Rozdział XX - Droga weterana

Dziki obudził się, czując lekki szum w głowie. Po wczorajszej pijackiej nocy nie było szans, by mógł obudzić się bez kaca. Walcząc z nachodzącymi go sporadycznie mdłościami, spojrzał na kawałek łóżka obok siebie. Puste miejsce nieco go zaskoczyło, bo nie pamiętał, by Dix podnosiła się przed nim.

— Czemu mnie nie obudziła? — pomyślał.

Po chwili walki z zawrotami głowy stwierdził, że może był po prostu zbyt nieprzytomny.

Ściągnął z siebie kołdrę i zbierając z podłogi ubrania, które wczoraj rozrzucił, włożył je powoli, by nie nadwyrężać swojego i tak lichego stanu. Pomyślał, że gdyby teraz błysnęło, to podwójny ból głowy bez wątpienia pozbawiłby go życia.

Gdy udało mu się w końcu doprowadzić się do porządku, zszedł na dół, czując, że spiralne schody będą dzisiaj dla niego najgorszą karą.

Wszystkie piętra w wieży zdawały się być opustoszałe. Zarówno w ambulatorium, jak i w składowiskach z zapasami, nie spotkał żywego ducha. Dopiero gdy doczłapał się na parter, zobaczył całą grupę defektu siedzącą razem przy bardzo długim stole.

Stół musiał zostać wniesiony z jakiegoś innego pomieszczenia, ponieważ w czasie swojej wczorajszej libacji na pewno nie dostrzegł go na tym piętrze.

— O, wstałeś już! Siadaj, musisz coś zjeść — zawołała Dix, wskazując mu puste miejsce obok siebie i spoglądając pobłażliwie na jego niezbyt rozgarniętą minę.

Dziki przywitał się ze wszystkim, przechodząc wzdłuż stołu i usiadł na wolnym krześle u szczytu.

— Może kieliszek wódki, Dziki, na klina? — zawołał siedzący najbliżej defektowiec, celując w niego przezroczystą butelką.

— Już dość go wczoraj złoiliście — stwierdziła Dix, odpychając butelkę ręką.

A Dziki dziękował za to opatrzności, bo czuł, że sam zapach alkoholu mógłby go przyprawić o wymioty. Choć czuł spory konflikt z własnym żołądkiem, sięgnął na środek stołu po otwartą puszkę sardynek. Miał nadzieję, że tłusty rybny posiłek uspokoi trochę jego organizm.

— Mam nadzieję, że lubisz ryby — stwierdził Rengo — przez defekt mamy przytępiały smak, więc tylko mocne rzeczy są dla nas zjadliwe.

— Ale dostanę chyba szklankę wody? — spytał niepewnie, z przerażeniem obserwując zastawiony alkoholem stół.

— Spokojnie, ja też jem normalnie — stwierdziła Dix, wyciągając spod krzesła butelkę. — Byłoby Ci ciężko przetrwać na samej gorzale — zaśmiała się, podając mu wodę.

Chociaż Dziki nie czuł się na siłach, by wtrącać się do panujących przy stole rozmów, musiał przyznać, że atmosfera panująca w wieży była o niebo lepsza, niż ta we wspólnocie. Wszyscy defektowcy traktowali się naprawdę przyjaźnie, od czasu do czasu zagadywali Dzikiego, choć ten nie był dziś szczególnie rozmowny. Czasami ktoś rzucił jakimś żartem, który wywoływał salwę śmiechu przy stole. Pomyślał, że na pewno byli o wiele lepszą wspólnotą niż ta, którą opuścił.

Po środku zaś tego wszystkiego była Dix, uśmiechnięta dziewczyna która poświęcała każdemu przy stole czas i krążąc miedzy ubranymi w kominiarki postaciami, znajdowała go dość dużo, by porozmawiać z każdym z osobna. Dziki pomyślał, że czegoś takiego musiał pragnąć Krzak dla jego byłego domu, problem jednak musiał leżeć u samej podstawy.

Ludzie w defekcie byli identyczni, i to pod każdym względem. Wszyscy oprócz jednakowego, zmienionego przez chorobę wyglądu, musieli dzielić podobne przeżycia: zachorowali, zostali odtrąceni przez swoich dawnych towarzyszy i przyjęci tutaj, gdy nikt nie chciał się nawet do nich zbliżyć. Taka wspólna historia łączyła ich bardziej niż żelazne zasady, jakie panowały we wspólnocie.

Dziki skończył śniadanie (dwie puszki sardynek i szprot w pomidorach) i musiał przyznać, że poczuł się znacznie lepiej. Dix przestała w tym czasie krążyć między swoimi towarzyszami i usiadła obok, chwytając jego rękę pod stołem, przez co poczuł się o wiele przyjemniej.

— Zamierzasz spotkać się dzisiaj z weteranem? — spytała.

— Nie wiem, czy na niego trafię, ale tak, pójdę do domu, w którym nocowaliśmy — stwierdził, choć jeszcze przed śniadaniem miał wątpliwości, czy da radę gdzieś się ruszyć.

— Chcesz, żeby ktoś ci towarzyszył? — spytał nagle Rengo, podsuwając się do Dzikiego, bo kątem ucha musiał usłyszeć o czym rozmawiają.

— Wolę pójść sam, nie wiem, jak mój wybawca zareagowałby, widząc, że przychodzę z kimś. Mógłby się wystraszyć, pomyśleć, że nabrałem złych zamiarów. Ale nie martwcie się, postaram się go przekonać, by przyszedł ze mną do wspólnoty. — Choć Dziki nie chciał tego mówić na głos, bał się również, że weteran może wierzyć w plotki o przenoszeniu się defektu między ludźmi.

— Będę się martwiła, jeśli pójdziesz sam — stwierdziła Dix, wpatrując się w niego ukradkiem.

— Dwa tygodnie ucieczek przed delimerem nauczyło mnie unikać niebezpieczeństw, masz na to moje słowo — stwierdził pewnie.

— Weź chociaż radio, będziesz mógł nas wezwać w razie potrzeby — stwierdził Rengo, kładąc sporą czarną krótkofalówkę na stole.

— To nie jest zły pomysł — odpowiedział, przyczepiając sobie szczekaczkę do kamizelki. — Chyba będę się zbierał, pewnie jest już późno, jeżeli nie zastanę go teraz, poczekam parę godzin i wrócę przed wieczorem.

— Tylko uważaj na siebie — stwierdziła Dix, ściskając mocniej jego rękę, gdy chciał już odejść od stołu.

— Spokojnie, nic mi nie będzie — odpowiedział, niechętnie wyjmując swoją dłoń z objęć dziewczyny.

Nim wyszedł, potrzebował jeszcze chwili, by odnaleźć swój kbks, który podczas wczorajszego picia zostawił przy jednej z prycz. Po tym żegnając się z kończącymi śniadanie defektowcami, wyszedł na zewnątrz, otwierając podwójne zielone drzwi.

— Nic się nie zmieniło — pomyślał natychmiast, obserwując szare pozbawione słońca niebo.

Z oddali dochodziła do niego wrzawa panująca pod murami wspólnoty, zatrzymał się na chwilę, zastanawiając się, jak wielu ludzi musi być teraz w jego dawnym domu.

Kilka głębszych oddechów świeżego powietrza poprawiło jego samopoczucie, więc nie zwlekając, ruszył w drogę. O dziwo, to właśnie początek swojej podróży uważał za najbardziej niebezpieczny. Po wczorajszych wydarzeniach nie miał najmniejszej ochoty na kolejne spotkanie z elitą Krańcowa. Na szczęście cel jego podróży wiódł w przeciwną stronę. Mijając bokiem główną drogę, przekradał się powoli przy torach, idąc w stronę przejazdu kolejowego. Uporczywe buczenie szyn zdradzało, że od jego zniknięcia wciąż stanowiły śmiertelną barierę oddzielającą Zatorze od reszty miasta.

Po kilku minutach przekradania się wzdłuż torów znalazł się na wysokości pierwszego szlabanu. Przezornie przeczekał chwilę, obserwując drogę i dopiero, gdy upewnił się że jest pusta, ruszył biegiem w stronę skrzyżowania. Nie skręcił jednak główną ulicą, tylko wbiegł w małą osiedlową dróżkę, zaczynającą się parę metrów wcześniej. Stamtąd szedł już pewnie szlakiem, którego nauczył go weteran. Przechodząc podwórzami i małymi leszowymi opłotkami, mijał wszystkie newralgiczne miejsca i niebezpieczne punkty, w których mógł spotkać kogoś groźnego.

Po półgodzinnym pośpiesznym marszu dotarł w końcu do miejsca, w którym nocowali podczas ucieczki przed delimerem. Z oddali dostrzegł strefę przygraniczną i las ludzi. Widok ten sprawił, że dostał gęsiej skórki i przez chwilę przyglądał się z oddali stojącym tam postaciom. W końcu jednak przypomniał sobie, po co tu przyszedł.

Sięgając po radiostację, postanowił dać znak, że wszystko z nim w porządku.

— Tu Dziki, dotarłem tam, gdzie zamierzałem, droga bezpieczna… nie ma się czym martwić — zawołał do mikrofonu, by uspokoić Dix, która na pewno martwiła się o niego. Po chwili ze słuchawki odezwał się trzeszczący zniekształcony głos dziewczyny:

— Cieszę się, uważaj na siebie. Całuski. — Dziki uśmiechnął się i ruszył w stronę budynku.

Zbliżając się do wejścia, dostrzegł z oddali postać w masce gazowej, obserwującą podwórze. Weteran skinął na niego głową i zniknął we wnętrzu domu.

— Weteran jest na miejscu, wyłączę na trochę radio, żeby go nie denerwować. Bez odbioru — wyszeptał, po czym przekręcając włącznik na off, schował krótkofalówkę pod kamizelkę.

— To ja, Dziki! — zawołał z progu, wchodząc powoli do wnętrza budynku.

— Nie krępuj się! — odpowiedział mu spokojny głos z sąsiedniego pokoju.

Nie zwlekając, wszedł do pomieszczenia, w którym nocował parę razy podczas ucieczki. W małym opustoszałym pokoju stał tylko stół, łóżko i krzesła. Dom w starym świecie nie był pewnie nawet skończony, Dziki miał więc podejrzenia, że to jego towarzysz przyniósł tutaj wszystkie meble.

Weteran siedział właśnie przy stole, gotując wodę na butli turystycznej.

— Jednak jesteś — stwierdził, ściągając bulgoczący czajnik z palnika — napijesz się kawy?

— Chętnie — odpowiedział i usiadł do stołu ze swoim dawnym kompanem.

Weteran nasypał fusów z przygotowanego wcześniej słoika do dwóch czarnych kubków i zalał je wrzątkiem. Opierając się na krześle, ściągnął z głowy maskę gazową, którą odłożył na stole. Dziki przyjrzał się jego twarzy, o dziwo, zdawał się wyglądać znacznie gorzej niż gdy podróżowali razem. Cienie pod oczami miał tak wyraźne, że przypominały siniaki, a nieogolona twarz zdradzała, że nie miał nawet chwili, by ostatnio zadbać o siebie.

— Ciężki tydzień? — spytał, czując jakieś dziwne przygnębienie.

— Ciężkie życie — westchnął weteran, biorąc łyk kawy. — Nie było cię trochę ponad dwa miesiące, przychodziłem czasem popatrzeć, czy jeszcze nie zamarłeś…

— Wołałeś do mnie? Słyszałem twój głos po tamtej stronie… — spytał nagle Dziki, przypominając sobie pamiętny krzyk pod barem.

— Raz czy dwa, był taki moment, w którym pomyślałem, że się poddałeś — stwierdził, spoglądając w stronę okna. — Ale jesteś… to najważniejsze — stwierdził wyraźnie zadowolony. — Żałuję, że nie mogłem być w czasie twojego powrotu, odciągnęły mnie pewne sprawy — westchnął ponownie, podnosząc kubek z kawą.

— Tak podejrzewałem… Chciałem się z tobą, spotkać jak najszybciej, nie tylko żeby podziękować, ale męczyła mnie też jedna rzecz… Dlaczego mi nie powiedziałeś, że byłeś po tamtej stronie? — spytał, obserwując reakcję towarzysza.

Gdy podróżowali razem prowadzili tylko strzępy rozmów, nie zdążył wyczuć, jakim typem człowieka jest jego rozmówca, a chciał za wszelką cenę uniknąć urażenia swojego wybawcy.

Weteran podniósł z zaciekawieniem jedną z brwi.

— Więc domyśliłeś się? Cóż powiem szczerze, że się bałem. Nie wiedziałem, czy to po tamtej stronie dzieje się naprawdę, czy tylko w głowie. Gdyby walka toczyła się w twoim umyśle, to moja interpretacja mogłaby wpłynąć na to, co byś tam zastał. Skoro mi się udało, będąc nieświadomym, to stwierdziłem, że z tobą będzie podobnie… — wyjaśnił.

— To nie jest tak, że się domyśliłem — wtrącił Dziki — i chyba jednak to dzieje się naprawdę, bo w tamtym świecie spotkałem kogoś. I ten ktoś kazał mi przekazać wiadomość. — Dziki sięgnął do kieszeni po kartkę od Smutnego i podał ją weteranowi. Ten nieco zdziwiony złapał liścik, ale gdy tylko spojrzał na jego treść, oczy rozszerzyły mu się, a ręka w której trzymał zwitek, zadrżała.

— Mówi ci coś ta wiadomość? — dopytał Dziki, bo mężczyzna zamilkł na dłuższą chwilę, zapewne kilkakrotnie czytając wiadomość.

— Niestety — odpowiedział z goryczą, gniotąc kartkę w ręku. — Ale to sprawy miedzy mną i Smutnym, nie zaprzątaj sobie tym głowy...

— Czym właściwie jest Smutny? Bo chyba nie człowiekiem… — wypalił natychmiast. Tożsamość Smutnego również była czymś, co niezwykle nurtowało go od momentu powrotu.

— Kiedyś był człowiekiem — stwierdził spokojnie mężczyzna. — Gdy go poznałem, był jak każdy weteran. Czym jest teraz? Myślę, że nawet on nie ma pojęcia…

Dziki złapał łyk kawy i skrzywił się mocno, zapomniał już, jaką siekierę parzy jego dawny kompan.

— O właśnie, chciałem ci podziękować za prezent, to jest naprawdę warte majątek, nie wiem, jak mógłbym się odpłacić…

— Nie musisz, niech ci służy dobrze — stwierdził weteran, machając ręką, jakby ofiarowane Dzikiemu rzeczy były jakąś błahostką.

— Mogę ci zadać niedyskretne pytanie? — weteran ponownie podniósł brew, a Dziki nieco ośmielony swobodnym tonem ich rozmowy, spytał w końcu o to, co nurtowało go niemal od początku.

— Dlaczego mi pomogłeś? Tylko proszę nie mów, że chodziło ci o towarzystwo, z twoim sprzętem i wiedzą znalazłbyś sobie znacznie mniej problematycznych towarzyszy.

Weteran nie odpowiedział od razu. Dziki miał wrażenie, że wyjaśnienie tego sprawia mu taką samą trudność jak wtedy, gdy spytał o to po raz pierwszy, jeszcze w trakcie wspólnej ucieczki. W końcu jednak rozmówca złapał głęboki wdech i wypalił nieco zbyt głośno:

— Bo przeżywaliśmy tę samą historię…

Dziki chciał już dopytać, co to znaczy, ale weteran opuścił głowę i patrząc się w podłogę, westchnął.

— Łączy nas nie tylko fakt, że obydwaj zostaliśmy dotknięci przez delimera, podobnie jak ty byłem częścią pewnej grupy. Tak samo jak ciebie moi byli towarzysze zostawili mnie na pastwę losu, podobnie jak ty nie chciałem umierać... — stwierdził, kręcąc głową. — Ale jeśli mam być z tobą szczery… — dodał po chwili — to nie jest tak, że ratowanie cię od początku było moim celem... Najpierw to była tylko ciekawość, drzemałem sobie w pobliżu dworca, bo to dość bezpieczny obszar. Niespodziewanie obudziła mnie wrzawa. „Dotknięty! On jest dotknięty!” — zawołał, naśladując głos Mańka, przez co do Dzikiego wróciły nieprzyjemne wspomnienia tamtej chwili. Weteran podniósł się i wyjrzał przez okno, obserwując przez chwilę okolicę, w końcu jednak ponownie spojrzał na Dzikiego i kontynuował: — Czułem, że takie poruszenie mógł wywołać tylko ktoś naznaczony przez delimera. Choć nie wiedziałem jeszcze o kogo chodzi, zastanawiałem się, czy mieszkańcy miejsca, które tak dumnie nazywa się wspólnotą, postąpią inaczej, niż moi dawni kompani…

W tym momencie Dziki poczuł rozpierający go żal.

— Zapewne tutaj też mamy podobne doświadczenia…

— Oj tak… podkradłem się pod mury i zobaczyłem akurat jak uciekacie samochodem. — Weteran pokręcił z niesmakiem głową i ponownie spojrzał w stronę okna. — Na tym właściwie miałem skończyć swoją ingerencję. Zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem w drogę, chciałem przenocować w jednym z pobliskich budynków…. Ale traf chciał, że gdy opuszczałem okolicę stacji, natknąłem się na twojego prześladowcę…

Dziki nie miał nawet cienia wątpliwości, że chodziło mu delimera. Serce podskoczyło mu do gardła na myśl, jak musiał wyglądać kroczący wtedy w jego stronę niewykształcony.

— …szedł sobie powoli ulicą, jakby w ogóle mu nie zależało — opisywał weteran. — Przypomniał mi się mój własny demon, zdążyłem się na niego napatrzeć w trakcie swojej ucieczki, wróciło do mnie to, co sam wtedy czułem. Sam do końca nie wiem, co mną kierowało, ale zamiast iść dalej, poszedłem za nim. Jeżeli obserwujesz te bydlaki przez jakiś czas, to zauważasz specyficzne zmiany w ich zachowaniu, gdy zbliżają się do swojego naznaczonego. Kiedy wiedziałem, że jesteśmy już blisko, wyprzedziłem go. Niestety na tej ulicy było sporo kamienic. Nie miałem czasu na przeszukiwanie każdej. Postanowiłem wystrzelić w powietrze, licząc, że się wyłonisz zwabiony ciekawością. Przez chwilę bałem się już, że nie zdążysz, ten sukinsyn jakby wyczuł twój strach i przyśpieszył. Ale jednak uciekłeś, a ja razem z tobą, czy raczej ty ze mną…

Weteran uśmiechnął się niepewnie i był to chyba pierwszy raz, gdy Dziki widział to na jego twarzy.

— Jeżeli myślisz, że miałem wtedy ułożony w głowie jakiś plan, to bardzo się mylisz. Tak naprawdę nie wiedziałem, co z tobą zrobić, kim jesteś? Albo czy w ogóle zasługujesz na uwagę… W końcu jednak uznałem, że skoro podjąłem już taką decyzję, to mogę trochę ci pomóc. Udałem, że chodzi o czysty biznes, czułem, że nie uwierzysz w mój altruizm, a oferta broń za pomoc wydała mi się rozsądna. Przynajmniej na tyle, byś mi chociaż trochę zaufał… Potem było jeszcze dziwniej, dni mijały, a w zasadzie nic się nie zmieniało, twoja obecność nie przeszkadzała mi szczególnie. Taki tryb życia, jaki prowadziłeś, to dla mnie codzienność, ale naprawdę nie wiedziałem, co z tobą zrobić. Widziałem jednak, że giniesz w oczach i że już niedługo to będzie twój koniec. Nie wiedziałem, czy powinienem ci mówić o przejściu przez granicę, gdyby ci się nie udało, to nie delimer, a ja miałbym cię na sumieniu. Gdy jednak wybuchnąłeś tamtego dnia, przypomniałeś mi, jak sam byłem gotów zrobić wszystko, by przeżyć… Dlatego zabrałem cię do lasu ludzi…

Dziki pokiwał głową, to było na pewno wiarygodne wyjaśnienie i w pełni odpowiadało temu, czego sam się już domyślał.

— W takim razie pozostaje mi cieszyć się, że tak wiele nas łączy… I naprawdę dziękuję za to, co dla mnie zrobiłeś, bez względu na motywację.

— Powiedziałem, że nie ma sprawy, nie przysparzałeś kłopotów — stwierdził weteran, odchodząc w końcu od okna i siadając z powrotem przy stole.

— Czy po tym wszystkim będzie dziwne, jeśli spytam, kim tak naprawdę jesteś? Albo chociaż jak na ciebie wołają? — wypalił w końcu Dziki.

Weteran spojrzał niepewnie w stronę Dzikiego.

— Możesz żałować tego, co chcesz wiedzieć… — stwierdził tajemniczo.

— Żałować poznania ksywki? Którą pewnie jeszcze sam sobie nadałeś? — zaśmiał się Dziki.

— Być może, w końcu mogę nie należeć do szczególnie lubianych ludzi — stwierdził mężczyzna krzywiąc się nieco.

— Nie wierzę, gorszej renomy jak Pers chyba nie masz. Zresztą zawdzięczam ci życie, nawet gdybyś był Siwy II, i tak nic by to nie zmieniło.

— Hmm — mężczyzna spojrzał się w stronę Dzikiego. Widać było, że rozważa coś w głowie, w końcu jednak podniósł się i opierając rękami od stołu, powiedział:

— Mam tylko jedno przezwisko i tak, nadałem je sobie sam. A to dlatego, że nie było tu nikogo, kto mógłby mi je nadać. Bo ja byłem tu pierwszy i mówią na mnie Pierwszy — stwierdził weteran głosem, jakby tę formułkę od dawna układał w pamięci.

Dziki siedział jak sparaliżowany, dopiero po chwili dotarły do niego słowa mężczyzny. Nie mógł powstrzymać szoku, który go zalał.

— To niemożliwie!!! — wykrzyczał, wciąż kręcąc z niedowierzania głową.

— Cóż, dokładnie takiej reakcji się spodziewałem — stwierdził Pierwszy, odwracając się od Dzikiego. — Więc powiedz, jakie pogłoski słyszałeś…

— Jestem członkiem defektu — stwierdził nagle Dziki, nim zdążył ugryźć się w język.

Pierwszy obrócił się tak gwałtownie, że Dziki aż cofnął się do tyłu.

— Nie jesteś rozmyty… — wysapał niepewnie, obserwując jego twarz.

— To nie tak, że jestem chory, ja i Dix, my jesteśmy jakby razem… — stwierdził.

Nie wiedząc czemu, czuł się teraz jak otwarta książka, po prostu nie mógł tego wytrzymać. Oczy Pierwszego przebiegły nerwowo w stronę drzwi, a potem z powrotem spoczęły na Dzikim.

— Nie przyprowadziłem jej tutaj! — zawołał przerażony, widząc, że ręka mężczyzny powędrowała w stronę kabury — ale obiecałem, że pomogę cię ścigać… Boże, co za cholerny świat, dlaczego pomogłeś mi akurat ty… — stwierdził, kręcąc głową z niedowierzaniem.

Pierwszy obserwował Dzikiego przez chwilę, sam zapewne będąc w szoku po tym, co usłyszał. W końcu jednak uspokoił się i opierając ręce o stół stwierdził:

— To ironia, karma, czysty przypadek albo po prostu ten świat bardzo lubi psuć ludziom krew... Dla mnie ważniejsze jest, co masz zamiar zrobić dalej, Dziki… — stwierdził groźnie.

— A co mam zrobić? — odpowiedział zszokowany. — Uratowałeś mi życie, pomagałeś mi… Dix powiedziała, że Pierwszy to chory psychol, fanatyk tego świata i zimnokrwisty morderca…

— Dziki, Pierwszy to ja — wtrącił weteran.

— Nie, to nie prawda. Ty jesteś normalny, oczywiście jak na standardy tego świata, ale normalny. Masz jakieś głupie nawyki jak z tą maską, ale… — zaczął tłumaczyć sam sobie, jakby to był jakiś głupi żart.

Pierwszy wpatrywał się w niego już znacznie spokojniej, Dziki złapał głęboki oddech, jego głowa dawała mu znać, że zaraz oszaleje.

— Zabiłeś tego chłopaka Kamila, zaraziłeś Dix defektem, a potem pomogłeś mi, dałeś mi to wszystko, co mam na sobie. To niemożliwe, jak możesz tak postępować, ludzie nie zachowują się tak chaotycznie. No, to jaki ty w końcu jesteś zły czy dobry?!

— Normalny… — odpowiedział Pierwszy, krzyżując ręce na piersi.

— To nie jest normalne… — odpowiedział natychmiast Dziki, a Weteran zmierzył go wzrokiem.

— Tak ci się wydaje? To ja też ci coś powiem… Nie wydajesz mi się złym człowiekiem, trochę nerwowym, nieco zbyt emocjonalnym, ale jednak całkiem w porządku…

Dziki spojrzał niepewnie, a Pierwszy kontynuował:

— Niemniej, gdy byłeś po tamtej stronie, postanowiłem dowiedzieć się o tobie czegoś więcej i wiesz co? Usłyszałem historię o pewnym nowo przybyłym, który spotkał we wspólnocie swojego przyjaciela. Nowo przybyły ten potrzebował broni, by dostać się do wspólnoty, więc jego przyjaciel wpadł na pewien pomysł… Mam kontynuować?

Dziki poczuł się, jakby ktoś wylał mu na głowę wiadro zimnej wody, chciał już coś powiedzieć, wykrzyczeć, że to był pomysł Mike’a, że tak naprawdę nie chciał brać w tym udziału… Ale jednak brał, nie potrafił powiedzieć nic z sensem, więc opuścił głowę.

— Ja cię nie oceniam, miałeś ważny powód. Chciałeś przeżyć, dlaczego więc nie możesz uwierzyć, że ja również miałem powód…

— Co może kierować człowiekiem, który zabija swojego kompana…? — stwierdził sarkastycznie.

— Naprawdę chcesz ze mną o tym rozmawiać? — Pierwszy pokręcił głową, uśmiechając się ironicznie. — Dobrze, odpowiem ci na to pytanie, ale musisz wysłuchać całej historii, jeżeli naprawdę chcesz wiedzieć, co mną kierowało… — Pierwszy odsunął się od stołu i ponownie stanął przy oknie, wyglądając na podwórze. — Nim stałem się Pierwszym, nim zostałem pseudolegendą tego miejsca, byłem zwykłym człowiekiem. Najprzeciętniejszym i najzwyklejszym, może z tą jedną różnicą, że nie pałałem szczególną sympatią do tego przeciętnego zwykłego życia — stwierdził dobitnie. — Od momentu, gdy zacząłem być świadomy, liczyłem na to, że stanie się w nim coś niezwykłego, spotka mnie jakaś wielka przygoda albo spłynie na mnie wyższy, cel który nada sens mojemu istnieniu. — Pierwszy zrobił przerwę i westchnął ciężko. — Nic jednak takiego się nie stało. Żyłem jako zwyczajna szara jednostka do bólu przeciętna, przerabiająca tylko jedzenie na gówno. Nawet nie wiesz, jakim to było to dla mnie koszmarem… Najbardziej dobijało mnie to, że jestem na tyle bystry, by dostrzec, że w życiu jest coś więcej niż praca i piwko w weekend, ale jednocześnie brakowało mi możliwości, by zająć się wyższymi celami. — Pierwszy pokręcił z obrzydzeniem głową. — I tak trwałem w tej nędzy życiowej, z przerażeniem obserwując lata, które uciekały mi bez spełnionych marzeń i celów innych niż przetrwanie do następnej wypłaty. Do tego ciągle byłem sam, nie umiałem dogadywać się z kobietami, a nawet gdy natrafiłem na jakąś desperatkę, to bałem się angażować w związek.Chore, prawda? — spytał retorycznie i kontynuował: — ale tak właśnie było, dlatego byłem sam… Pewnie już dawno strzeliłbym sobie w łeb, gdyby nie to, że śmierci bałem się jeszcze bardziej niż życia. Zawsze gdy o niej myślałem, spostrzegałem przerażony, że nic nie zrobiłem w tym cholernym świecie, a strach przed nicością po prostu mnie paraliżował… Aż pewnego kolejnego przeciętnego dnia gdy szedłem do swojej nędznej pracy, oślepił mnie tajemniczy błysk. Jakby ktoś strzelił mi w twarz z aparatu… Mówi Ci to coś? — spytał.

Dziki potwierdził, kiwając głową.

— Obudziłem się na cmentarzu jak ty i każdy inny, pomyślałem, że nie żyję. Przez chwilę nawet się ucieszyłem, widząc, że jest życie pozagrobowe, ale to było tylko złudzenie. Wszystko było ze mną w porządku… to z miastem było coś nie tak. Wszędzie pustki, żadnego człowieka. Pomyślałem sobie, że może doszło do jakiejś katastrofy i mnie zostawili, bo myśleli, że nie żyję… Ale żadnego dowodu nie znalazłem, wróciłem więc do domu. Przesiedziałem tam jakiś czas bez prądu i wody, aż w końcu zdecydowałem się ruszyć. Poszedłem do sklepu, zabrałem, co chciałem i nie płacąc, wyszedłem, pomyślałem że w razie czego jakoś to wyjaśnię… Ale nikt nie przyszedł, nie było policji, nikt mnie nie ścigał, miasto było całkiem puste. Wtedy doszło do mnie, że może właśnie na to czekałem, następnego dnia postanowiłem zaszaleć. Poszedłem na komisariat i zabrałem radiowóz, przebrany w policyjny mundur pędziłem po mieście na sygnale i bawiłem się świetnie. Potem zupełnie bez powodu ostrzelałem witryny sklepowe, a na kolację zjadłem chyba ze trzy kilo batonów, popijając piwem. Po kilku dniach bezsensownych rajdów i strzelania do przedmiotów martwych moja sielanka się skończyła. W mieście pojawili się niewykształceni… — Pierwszy zbliżył się do stołu i szepnął tajemniczo: — Widziałeś kiedyś Krańcowskiego Dziada?

Dziki pokręcił głową, nie kojarząc nawet nazwy.

— Tak myślałem, chyba już wszystkie zostały zabite, nieważne… Ale to właśnie dziada wtedy spotkałem. Był wielki jak drzewo, miał chyba ze trzy metry, skórę jak kora i taką długą brodę zrobioną z czegoś jak drut. Próbowałem przed nim uciec, ale to bydle biegało naprawdę szybko, stoczyłem z nim walkę. W duchu dziękowałem sobie, że zachciało mi się zabawy w policjanta, a nie na przykład w strażaka, bo przynajmniej miałem przy sobie broń. Ale to nie tak, że wyszedłem z tego bez szwanku. Byłem w tak ciężkim stanie, że chyba ze dwie godziny przeleżałem na ulicy obok trupa tej bestii. Gdy w końcu się podniosłem, ogarnęło mnie przerażenie. A jeżeli obił mi jakiś organ? Roztrzaskał płuca? Albo mam wewnętrzny krwotok… do kogo pójdę? Kto mi pomoże…? Mój lęk przed śmiercią wrócił i zmotywował mnie do działania. Kilka dni dochodziłem do siebie w domu. Gdy jednak się zebrałem, nie marnowałem już ani chwili… — Pierwszy odsunął się od okna i zbliżył do klapy w podłodze, gdzie ukryte były jego rzeczy, po czym obserwując wnętrze, kontynuował opowieść: — Zacząłem przygotowywać się do przyjścia następnych niewykształconych, zbierałem broń, gromadziłem zapasy. Wziąłem nawet pod uwagę, że mogą pojawić się tacy, z którymi nie będę w stanie wygrać, więc oprócz swojego domu przygotowałem kolejną kryjówkę taką jak tu, a potem kolejną i kolejną. Sprawiało mi to niesamowitą frajdę, może nie była to przygoda, której oczekiwałem, ale przynajmniej czułem, że żyję. Nie myślałem o śmierci, nie myślałem o smutnym życiu i nawet z podnieceniem czekałem na pojawienie się kolejnego potwora. Po kilku miesiącach i paru ciężkich walkach potworów zrobiło się mnóstwo, stwierdziłem więc, że nie ma sensu ciągle z nimi walczyć. Więc po prostu sobie żyłem, dalej bawiąc się tym światem. Czasem strzelałem do niewykształconych, a czasem grałem na konsoli podłączonej do agregatu. W końcu jednak pojawił się ktoś, kogo się nie spodziewałem…

— Drugi? — wtrącił Dziki.

— Dokładnie, jego pojawienie się nie do końca było mi na rękę. Na początku strasznie mnie irytował, cieszył się, że spotkał innego człowieka, strasznie dużo gadał, chciał, żebyśmy podróżowali razem.

— Ty wolałeś być sam? — spytał Dziki z niedowierzaniem.

— Nie chciałem się do nikogo przywiązywać. Ten świat był pełen potworów, myślałem sobie: „A co będzie, jeśli w końcu się skumplujemy, a on zginie…?”. Takie już po prostu mam myślenie. Tak więc nie trzymaliśmy się razem na początku, wiedziałem, że z czasem pojawi się więcej ludzi. Liczyłem nawet, że o mnie zapomni, ale on ciągle wracał… Nawet gdy miał już ze sobą sporo nowych twarzy.

— Tworzył pierwszą grupę — stwierdził Dziki.

— Bzdurna nazwa…— stwierdził kpiąco Pierwszy, odwracając się na chwilę w stronę Dzikiego — ale widzę, że o tym też słyszałeś…

— Dix mi opowiadała i o tym, że dołączyłeś, gdy pojawił się Daniel…

— Ta, przychodziłem czasem na cmentarz zobaczyć, kogo błysk wyrzucił tym razem. Nie, żeby nawiązać jakieś relacje, ale po prostu z ciekawości i któregoś dnia pojawił się on. W starym świecie nie byliśmy jakoś związani, ale był moją rodziną i z jakiegoś powodu poczułem się za niego odpowiedzialny, więc zabrałem go ze sobą. To w sumie przez niego dołączyłem na stałe do grupy Drugiego… I wiesz co? Wcale nie żałowałem…

Dziki spojrzał się pytająco.

— Było zupełnie inaczej, niż myślałem. Po raz pierwszy w życiu byłem częścią czegoś. Miałem grupę ludzi, na której mi zależało i której zależało na mnie. Naprawdę myślałem, że zyskałem przyjaciół, postanowiłem więc podzielić się z nimi tym, co miałem: broń, sprzęt, zapasy… Jedyne, w czym się nie zgadzaliśmy, to kwestie świata…

— Oni chcieli wrócić do tego, co było… — dokończył Dziki.

— Dokładnie, bałem się, że jak wydostaniemy się z tego piekła, to się rozejdziemy, to wszystko znowu się rozpadnie, a ja zostanę sam… Drugi jednak przekonał mnie, że bez względu na wszystko będziemy już zawsze sobie bliscy, więc pomogłem im dostać się do granicy… mimo wątpliwości które miałem.

— I wtedy Drugi zamarł — dokończył Dziki.

— Niestety… — stwierdził Pierwszy z wyraźnym żalem, a oczy przez chwilę zaszły mu mgłą, ale otrząsnął się i kontynuował. — Przeszedł przez granicę, widziałem, że coś z nim jest nie tak… Ruszyłem za nim… Chciałem go wyciągnąć… ale było za późno. Finalnie jeszcze na sam koniec uratował mi życie, gdy przeszedłem na tamtą stronę, wypchnął mnie z powrotem… Nie wiem, jakim cudem, ale zdołał to zrobić…

— Brakuje ci go? — spytał Dziki.

— Czasami… Po jego zniknięciu było tylko gorzej. Grupa się rozpadała, kilka osób odeszło. Bałem się, że to wszystko szlak trafi, więc podjąłem najgorszą decyzję, jaką mogłem, i poparłem kandydaturę Trzeciego, czyli Kuby, na nowego lidera. Wiedziałem, że jest podszytym tchórzem i egoistą, ale jako jedyny miał jakiekolwiek pomysły. Liczyłem, że utrzyma to jakoś w całości, ale to był błąd. Jego pierwszym celem było sprawdzenie zakładów chemicznych i tego, co się tam kryje…

Dziki nadstawił uszu, bo wiedział, że historia zbliża się do punktu kulminacyjnego.

— Już na samym początku zaatakowały nas setki niewykształconych. Siódma zginęła zgnieciona przez jednego z nich, a Trzeci w pewnym momencie po prostu zniknął. Musiał do tego użyć jakiegoś błędu, zaraz po tym rozdzieliliśmy się z Piątą. Została odcięta w hali magazynowej, a my na części produkcyjnej. Walczyliśmy o każdą sekundę przetrwania: ja, Daniel i Czwarty, czyli Kamil. Przebijając się przez hordy potworów, weszliśmy do pomieszczenia kontrolnego, a tam czekał na nas kolejny niewykształcony… — Pierwszy skupił się przez chwilę, na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech. — Pamiętam, że pierwszy raz takiego widziałem, mówił strasznie dużo coś o końcu i że jeden z nas zginie… Strzeliłem mu w głowę i wydawało mi się, że go załatwiłem. Pomieszczenie było puste, więc chwilę tam zostaliśmy, żeby połatać rany i wymyślić jakiś plan. Ale ten sukinsyn nie był takim zwykłym niewykształconym…

— Rodzący się delimer? — wtrącił Dziki.

— Dowiedziałem się, że miałeś podobne doświadczenia… Przemienił się pod moimi nogami, nawet nie zauważyłem kiedy, już byłem w jego uścisku. Z pomocą Daniela udało mi się wyszarpnąć, próbowaliśmy jeszcze raz pozbawić go życia… Ale finał był jasny do przewidzenia. Uciekaliśmy ścigani przez delimera, a jednocześnie coraz ciężej było przechodzić przez kolejne pomieszczenia pełne niewykształconych… Kończyła nam się amunicja i wtedy Czwarty podjął decyzję, która zaważyła na jego dalszym losie. Strzelił mi w nogę…

— Co? Dlaczego? — przerwał oburzony Dziki.

— Żeby dać sobie szansę, delimer ścigał mnie i nie pozwalał się nam zatrzymać. A jego obchodziło tylko tyle, żeby dostać się do Piątej. Nie miał nawet na tyle odwagi, by przynajmniej mnie zabić, chyba nie chciał brudzić sobie rąk. Pewnie miał zamiar tłumaczyć, że to jednak niewyształceni mnie zabili.

— Ale zaraz przecież po tym z nim walczyłeś? Jak? Ranny w nogę, z delimerem na karku?

Pierwszy westchnął.

— Słuchaj dalej, Daniel chciał ze mną zostać. Z wszystkich moich towarzyszy to właśnie on, człowiek którego w starym świecie nawet nie ufałem, postanowił być ze mną do końca… Ale ja kazałem mu uciekać, nie chciałem, żeby umierał razem ze mną… Pamiętam, że leżałem na podłodze, wykrwawiałem się… Nawet gdybym uciekł przed delimerem, rana i tak by mnie zabiła. Muszę tutaj pominąć część historii, zdradza zbyt dużo moich słabości… W każdym razie w tym krytycznym momencie, gdy myślałem, że to koniec, nauczyłem się korzystać z błędów…

— Jak? W takim momencie? — wtrącił Dziki.

— Tak jak powiedziałem, celowo pomijam tę część… Udało mi się zasklepić ranę i uciekać dalej. Mogę ci przysiąc, że nie szukałem wtedy Kamila. Chciałem po prostu wydostać się jak najszybciej. Pech chciał, że trafiłem na niego prawie przy wyjściu. Usłyszałem jego głos, jak nawoływał Piątą i coś we mnie zawrzało, zapragnąłem zemsty za to, co mi zrobił… Moje ciało zareagowało samo, wpadłem do tego pomieszczenia, mając tylko nóż w ręku, bo broń oddałem Danielowi wcześniej. No i zaczęło się, błędy dały mi nadludzkie możliwości, walczyliśmy długo i choć to on miał przewagę na początku, to jednak ja wygrałem… Pozbawiłem go życia na oczach Piątej… Okazało się, że widziała nas z podestu nad halą… Gdy dotarło do mnie, co właściwie zrobiłem, przeraziłem się… To nie miało tak być, wcale nie czułem się lepiej, zacząłem uciekać… Chociaż wtedy mogłem zabić Dix bez problemu, to nie chciałem tego, naprawdę nie chciałem. Czułem od niej to samo, co od siebie przed chwilą, pragnienie zemsty. Wiedziałem, że mi nie odpuści, postanowiłem zamknąć ją gdzieś, żeby zyskać na czasie. Kolejny pech chciał, że archiwum, gdzie ją wepchnąłem było przemienione przez błąd, ale nie miałem czasu się zastanawiać. Jeszcze zanim spostrzegła, że się rozmywa, ostrzelała drzwi, licząc, że któraś kula mnie trafi, więc chyba wiesz, dlaczego jej nie wypuściłem… Potem stamtąd uciekłem, a reszty historii już się pewnie domyślasz…

— Tak.

— Rozumiesz więc, Dziki, że nie do końca tak miało się to skończyć. Najgorsze jest to, że gdy myślę na spokojnie, ja naprawdę rozumiem tego chłopaka. Piąta była dla niego najważniejsza, ze mną, ściganym przez delimera, miał małe szanse, by się stamtąd wydostać… Nie chciał jej narażać… Przysięgam, że gdybym wtedy go nie spotkał, gdybym nie był taki wściekły, to skończyłoby się to wszystko inaczej…

— Strzelił do ciebie, zostawił cię na pewną śmierć. Wydaje mi się, że miałeś prawo… — stwierdził ostrożnie Dziki.

— Z perspektywy bezstronnego widza, ale nie z perspektywy kochającej kobiety.

— Próbowałeś przekazać to jakoś Dix?

— Dziki, jej jedynym celem jest mnie zabić, myślisz, że zaproszę ją na pogaduszki przy herbacie? — zakpił.

— Więc może ja mógłbym spróbować to wyjaśnić…

— Przestań — ryknął pierwszy — czy gdybym zabił twoją ukochaną, chciałbyś słuchać, jakie miałem pobudki? To jest bezsensowne. Dix będzie chciała mnie zabić, gdy tylko mnie spotka, a ja nie oddam życia za darmo… Prawda jest taka, że gdy się spotkamy, jedno z nas będzie musiało zginąć, najlepsze co mogę zrobić, to uciekać.

— Chyba masz rację, gdybyś zabił Dix albo Mike’a, pewnie nie obchodziłoby mnie, że to oni strzelili pierwsi. Kamil jest mi obcy, łatwiej mi to zrozumieć…

— Sam widzisz — Pierwszy usiadł z powrotem przy stole, łapiąc za swoją kawę.

— Mogę cię jeszcze o coś spytać?

— Widzę że jeszcze ci mało… No słucham.

— Znasz lekarstwo na defekt? — spytał z nadzieją Dziki.

— Nie wykluczam, że takie może istnieć. Ale ja go nie znam… Mogę ci jednak powiedzieć coś, co przedłuży życie każdego chorego. Gdy już się rozmyjesz, abstynencja w błędach nie pomaga. By nie pogarszać swojego stanu, musisz używać ich zgodnie z pierwotną wolą.

— Z czym? Nie do końca rozumiem…

— Przekaż to Dix albo któremukolwiek z defektowców, będą wiedzieć, o co chodzi…

— Dziękuję za to… Powiedz mi jeszcze, znając błędy, nie próbowałeś walczyć z delimerem tutaj? Dlaczego przeszedłeś przez granicę…

— Próbowałem, ale nawet znając je na takim poziomie jak teraz, nie wygrałbym z nim jeden na jednego… w każdym razie nie w tym świecie… — Pierwszy poderwał się nagle, ze swojego paska odpiął mały przypominający pager przedmiot. Dziwne urządzenie buczało w krótkich przerwach, wibrując raz za razem. — Ktoś tu idzie, duża grupa, jakieś piętnaście osób — stwierdził, przyglądając się przedmiotowi.

Dziki podbiegł do okna, przez podwórze przechodziła właśnie ubrana w czerwone stroje grupa defektu…

— Mówiłeś im gdzie idziesz? — spytał Pierwszy podejrzliwym głosem.

— Nie, przysięgam, że nie — odparł Dziki tak samo zszokowany widokiem, jak jego rozmówca.

Pierwszy włożył maskę gazową na twarz.

— Wiec musieli cię śledzić… — wyszeptał, wyciągając pistolet.

— Nie, poczekaj, nie rób nic pochopnie… pójdę ich zagadać, może to tylko przypadek… może nic nie wiedzą.

Dziki wybiegł przez korytarz, próbując wymyślić cokolwiek, ale w tym momencie miał w głowie pustkę. Wyskoczył na zewnątrz, stając przed drzwiami, od siedzenia w półmroku nawet Krańcowska szarość oślepiła go przez chwilę.

— Dziki… — usłyszał głos Dix, wołający jego imię.

Rozejrzał się po grupie identycznych czerwonych postaci i dostrzegł dziewczynę wychodzą z tłumu po środku.

— Wszystko w porządku?

— Tak, ale co wy tu robicie? — spytał, siląc się na spokój.

— Pierwszy… jest w środku, prawda? — spytała Dix, opuszczając głowę.

— Skąd ty… radiostacja? Podsłuchiwaliście mnie? — krzyknął odruchowo, łapiąc się za krótkofalówkę.

— Nie musiałam, wystarczyło mi to, co opowiedziałeś. Wczoraj, gdy zdradziłeś swoją historię przy Krzaku, nabrałam podejrzeń, kim może być twój wybawca. Potem gdy byłeś w wieży i opowiadałeś o tym po raz drugi podpuszczałam chłopaków, by zadawali pytania o weterana, to wystarczyło…

— Więc wiedziałaś… Czemu nic nie powiedziałaś? — Dziki był w szoku.

„Dix od samego początku wiedziała, że jego wybawcą był Pierwszy, a mimo to nic nie dała po sobie poznać. Rozmawiała z nim, śmiała się, spali obok siebie. Czy dziewczyna go wykorzystała? Czy to stąd wynikła ta niespodziewana propozycja, aby przyłączył się do Defektu?”.

— Więc to było kłamstwo? Z tym, że defekt nie zaraża? Chciałaś po prostu mieć pewność, że zaprowadzę cię do Pierwszego? — ryknął wściekle.

— Dziki, jak możesz… Ja nigdy bym cię nie naraziła… Defekt się nie przenosi i to prawda — zawołała Dix, przez chwilę jej twarz naprawdę posmutniała. — Wiem, jaką jesteś osobą… — stwierdziła nagle, opuszczając głowę. — Bez względu na to, co ten sukinsyn zrobił wcześniej, to jednak uratował ci życie… Nawet gdybym ci powiedziała prawdę, a ty ze względu na to, co do mnie czujesz, przyprowadziłbyś mnie tutaj… Ja wiem, że to potem by cię dręczyło… Uznałam, że tak będzie lepiej — stwierdziła zaciskając ręce.

— Mimo wszystko powinnaś mi powiedzieć, ja może…

— Dziki, proszę — przerwała mu dziewczyna — to widać po tobie. Nawet to, że wyszedłeś tutaj, by dać mu czas na ucieczkę. Ale on już wie, że nie da rady, budynek jest otoczony, moi ludzie są wszędzie dookoła, wyciągnęłam z wieży wszystkie siły… — wykrzyczała na koniec Dix, by mieć pewność, że dotrze to do Pierwszego.

Dziki przełknął nerwowo ślinę, rozglądając się dookoła. W oknach sąsiednich budynków dostrzegł obserwujących okolicę defektowców, a na pobliskich podwórkach co chwila pojawiał się czerwony uniform. Rzeczywiście byli otoczeni.

— To się źle skończy, Dix… — stwierdził, patrząc jeszcze błagalnie w stronę dziewczyny.

Ale nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, poczuł, że za jego plecami ktoś się pojawił. Pierwszy stanął w drzwiach, a defektowcy momentalnie zesztywnieli, celując w niego bronią.

— Witaj, Piąta… — powiedział Pierwszy, rozglądając się po okolicy przez szkła w masce gazowej.

— NIE NAZYWAJ MNIE TAK!!! — krzyknęła dziewczyna — jestem Dix…

— Hmm — syknął weteran, gdy skończył już obserwować okolicę — jeżeli zależy ci na tych ludziach, odejdź. Inaczej wszyscy zginiecie… — warknął przerażającym głosem.

— Oni są tu z własnej woli, by raz na zawsze zakończyć twoje życie zwykłego mordercy… — odpowiedziała mu wściekle Dix.

— Byłem tu przed tobą i będę tu po tobie… — stwierdził ironicznie Pierwszy, prostując rękę z pistoletem.

— Nie! — krzyknął Dziki, stając pomiędzy Pierwszym a siłami defektu. — To się nie musi tak kończyć!!!

— Zejdź mi z drogi! — ryknął weteran i przepchnął Dzikiego na bok z taką siłą, że ten bezwładnie upadł na ziemię.

— Ognia! — krzyknęła Dix.

Kanonada pocisków przemknęła nad głową Dzikiego, bał się poruszyć chociaż o milimetr, bo nad sobą słyszał niekończący się świst kul. Kątem oka spojrzał na Pierwszego, który zdążył zasłonić głowę skrzyżowanymi rękoma. Chociaż pociski rozbijały ścianę dookoła niego, żaden z nich nie sięgnął samej postaci. Jakby jakaś tajemnicza siła zmieniała tor ich lotu.

— STOP. Blokuje wszystkie strzały! — krzyknęła Dix, a kanonada ucichła.

Pierwszy opuścił dłonie, mimo że wyglądało to jak egzekucja, na jego ciele nie było żadnego śladu od kuli albo chociaż zadrapania.

— Bezpośrednio — krzyknął Rengo i nie dając weteranowi chwili wytchnienia, ruszył w jego stronę, rozkładając pałkę teleskopową w dłoni, a kilku innych defektowców ruszyło za nim.

Rengo unosił już rękę, by zadać cios od góry, gdy Pierwszy wymierzył pistoletem, celując mu w głowę. Nim jednak nacisnął spust, przez ułamek sekundy obrócił się w stronę Dzikiego. Po krótkim zawahaniu opuścił broń i strzelił defektowcowi w nogę.

— Nie próbuj drugi raz — syknął wściekle, łapiąc upadającego Rengo, po czym cisnął nim o ścianę budynku, a ten osunął się nieprzytomny.

Kolejny defektowiec nadbiegł z boku, szykując się do ciosu maczetą. Pierwszy uskoczył na bok, bez trudu unikając ogromnego ostrza, nie skupiając się nawet na dokładnym celowaniu ostrzelał nogę atakującego, który już po chwili runął na ziemię.

Jeden z ludzi Dix czekający z tyłu podniósł broń, licząc zapewne, że w trakcie walki uda mu się trafić Pierwszego z zaskoczenia, ten jednak poderwał leżącego na ziemi Dzikiego i zasłonił się nim jak tarczą.

— ZOSTAW GO! — ryknęła natychmiast Dix.

Ale Pierwszy nie zwrócił na nią uwagi, wyszeptał jedynie:

— Jest ich za dużo, jeśli nie będę zabijał, przegram… Widzisz, Dziki, po tym wszystkim Piąta nazwie mnie jeszcze większym mordercą, ale pamiętaj, że to ona wysłała ich na…— weteran urwał w pół zdania, Dziki zaś otworzył z niedowierzania usta.

Dix z niewyobrażalną szybkością doskoczyła do nich i wymierzyła potężny cios w jego brzuch. Choć kamizelka kuloodporna którą nosił, cofnęła się od siły uderzenia, to jednak nic nie poczuł, z jakiegoś powodu to Pierwszy za nim przyjął cały impet ciosu. Mężczyznę odrzuciło z taką siłą, jakby trafił go samochód, po chwili lotu gruchnął plecami o pobliski budynek, osuwając się na ziemię.

Dziki stanął naprzeciw Dix chcąc ja zatrzymać. Dziewczyna jednak machnęła w jego stronę ręką i choć musnęła go zaledwie czubkami palców, poczuł jak upada uderzony siłą małego byka. Liderka Defektu doskoczyła do Pierwszego który ledwo zdążył się podnieść i wymierzyła kolejny potężny cios. Weteran jednak uchylił się sprawiając że jej dłoń trafiła w ścianę odkruszając kilka cegieł. Wykorzystując chwilę oszołomienia przeciwniczki uderzył ją pięścią w brzuch. Jego ciosy mimo że celne wyglądały na całkiem zwyczajne, choć Dix bez wątpienia odczuwała ich siłę to nie była to niewyobrażalna moc jaką ona sama stosowała.

Gdy ostatnie podbródkowe uderzenie trafiło w dziewczynę, sprawiając, że cofnęła się o kilka kroków, padł kolejny strzał, tym razem kula trafiła w nogę Pierwszego, rozrywając jego czarne bojówki. Weteran ryknął wściekle i z niewyobrażalną szybkością dobył pistolet. Strzelając prawie na ślepo, trafił w defektowca, który go zranił.

Dix poderwała się błyskawicznie, gotowa do ataku, ale niemal nadziała się na broń Piewszego. Dziki zamarł przerażony, widząc, jak weteran naciska spust, gdy lufa pistoletu prawie stykała się z jej głową. Gdy huk rozdarł powietrze, poczuł przerażenie i ogromną wściekłość, która przelała się przez jego ciało. Zobaczył, jak Dix upada na ziemię. Nim zdążył pomyśleć, złapał za kbks i wystrzelił.

Pierwszy machnął ręką, jakby odtrącał muchę. Dziki mógł przysiąc, że zobaczył, jak mężczyzna po prostu strącił kulę. Dziki spojrzał na maskę skrywającą jego twarz, był niemal pewien, że widzi pod nią Pierwszego szepczącego: „A nie mówiłem…”.

— NIE! — syknęła Dix, podnosząc się z ziemi. — TO MOJA WALKA — ryknęła po chwili, ocierając krew z czoła i zgarniając na bok pozlepiane nią włosy.

Dziki nie mógł uwierzyć, był pewien, że kula ją zabiła.

Dix odsunęła go na bok, stając naprzeciw Pierwszego.

— Nie umiem unikać kul tak dobrze, jak ty… Moja żądza zemsty prawie mnie zabiła, bo zamiast od razu zaatakować z całą mocą, chciałam cię upokorzyć, stłamsić, pokazać wszystkim, jaki jesteś słaby… Ale już dość… — Dziewczyna złapała błyskawicznie za pistolet i bez trudu wyrwała go Pierwszemu z ręki, gniotąc go jednocześnie, jakby był aluminiową puszką.

Dziki spojrzał przerażony na jej oczy, były tak samo puste, jak wtedy, gdy walczyła z potworem w kościele. Powietrze dookoła niej zdawało się elektryzować.

— Jeżeli to wszystko na co cię stać Pierwszy, to nie dziwię się, że przez cały czas uciekałeś… — syknęła z mściwą satysfakcją.

Pierwszy nie odpowiedział. Dziki miał wrażenie, że szkła w jego masce gazowej świeciły, odbijając moc, jaka biła od dziewczyny. Weteran opuścił jedną rękę i złożył pięść, jakby chciał chwycić niewidzialny przedmiot. Przez chwilę powietrze otaczające jego palce, zdawało się parować.

— Giń! — krzyknęła Dix, ruszając do przodu.

W tym momencie Pierwszy zamachnął się ręką, z której wystrzelił tuzin noży. Grube wojskowe ostrza z czarną rękojeścią przecięły powietrze z siłą, jakby były wyrzucane z jakiejś maszyny do miotania.

Kilku defektowców padło ranionych, dwa noże wbiły się Dix w kamizelkę. Dziewczyna jednak nie zwróciła na to uwagi, doskoczyła do pierwszego, wyrzucając w jego stronę grad ciosów. Pierwszy jednak uchylał się przed każdym, poruszając się przy tym z prędkością nienormalną dla człowieka. Szybciej nawet niż wtedy, gdy Dix prawie uniknęła kuli w kościele.

Dziki nie mógł uwierzyć w to, co działo się przed nim. Pierwszy wyskoczył w powietrze, przeskakując poza zasięgiem rąk dziewczyny, i jak z rękawa cisnął kolejnym nożem. Ta jednak odbiła ostrze z taką siłą, że gdy trafiło w fasadę sąsiedniego budynku, wbiło się w nią po rękojeść.

Lądując na ziemi tuż obok defektowców, Pierwszy wykonał obrót, ciskając dookoła serią ostrzy, która powaliła ich na ziemię. Dix obróciła się w jego stronę i próbowała zaatakować po raz kolejny, ale ten odskoczył do tyłu i cisnął kolejnym nożem.

— Możesz tylko się cofać?! — krzyknęła, lawirując między nadlatującymi ostrzami. — Nie jesteś niczym więcej niż fałszywą legendą. — Dziewczyna zrobiła piruet, o włos mijając kolejne noże, i doskoczyła do Pierwszego. Pogardliwy uśmiech pojawił się na jej twarzy.

Weteran spróbował zamachnąć się ostrzem, które dopiero co zmaterializował się w jego ręce. Dix bez problemu uniknęła nadlatującego zbyt wolno ciosu.

— BŁĄD! — ryknęła, uderzając pięścią w kamizelkę Pierwszego.

Dziki spojrzał przerażony, jak mężczyzna unosi się w powietrze od siły ciosu i ląduje metr dalej. Dix zatrzymała się, spoglądając z triumfem na leżącego przed nią Pierwszego. Dziki podbiegł do niego i zerknął przerażony: na kamizelce mężczyzny była odciśnięta pięść, jak wtedy na ciele potwora. Kilku członków defektu podniosło się z ziemi, uciskając miejsca ran od noża.

— To koniec, szefowo? — spytał jeden z nich.

Ale wtedy, ku zaskoczeniu wszystkich, Pierwszy podniósł się z ziemi. Dix pokręciła z niedowierzania głową, obserwując, jak mężczyzna odpina kamizelkę kuloodporną i rzuca ją na ziemię.

— Nie skończymy tego tutaj Piąta, coś zrozumiałem w momencie, gdy strzeliłem do ciebie… Nie mam zamiaru zostać mordercą po raz kolejny… — Pierwszy złapał za swój pas i wyciągnął z niego granat. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, wyrzucił go na środek placu, odpinając zawleczkę.

— Ziemia!!! — krzyknęła Dix, rzucając się do tyłu, defektowcy padli tuż obok.

Dziki spojrzał przerażony, nie wiedząc, co zrobić, bo był zaledwie metr od granatu…

— Uważaj! — krzyknął Pierwszy, wyskakując przed niego, jakby chciał go osłonić własnym ciałem. Skrzyżował przy tym ręce, jak wtedy przed ścianą.

Już po chwili huk eksplozji wypełnił okolicę, Dziki poczuł, jak podmuch gorącego powietrza okala go ze wszystkich stron, ale oprócz tego, nic więcej. Żadnego uczucia rozrywanego ciała albo łamanych kości.

Pierwszy tuż po eksplozji odskoczył na bok i rzucił się do ucieczki, przeskakując między ogrodzeniami.

— Nie!!! — krzyknęła Dix, podrywając się z ziemi. — Walcz ze mną, słyszysz!!!

Dziki podniósł się powoli, choć nie czuł, by oberwał, jego uszy były zatkane i wszystko dookoła słyszał jak przez studnię.

— Dix, twoi ludzie… Musimy im pomóc! — zawołał w stronę dziewczyny, gdy ta ruszała już w pościg.

— Zajmij się nimi Dziki, nie pozwolę mu uciec… — krzyknęła, znikając po chwili za sąsiednim budynkiem.

Dziki nie mógł w to uwierzyć. Został sam. Dookoła niego leżała gromada rannych ludzi w czerwonych strojach.

— Ktoś może wstać? Potrzebuję pomocy! — zawołał błagalnie chyba zbyt głośno, bo ciągle czuł, że słabo słyszy.

— Już się podnoszę, Dziki… — stwierdził jakiś defektowiec, wstając. Z jego boku wystawała czarna rękojeść.

— Jesteś ranny, usiądź! — krzyknął, ale mężczyzna pokręcił głową.

— Mam za ciężki defekt, nie czuję… — powiedział, osuwając się powoli z powrotem na trawę.

— Dziki, podejdź tu… — krzyknął siedzący przy ścianie Rengo.

Ten podbiegł do niego, oglądając jego nogę. W czerwonym kombinezonie była dziura, ale rana zdawała się nie krwawić.

— Jak ci pomóc? Nie wiem, co robić…

— Spokojnie, Dziki, nie denerwuj się — stwierdził, kładąc mu rękę na ramieniu. — Mam ciężki defekt, nie krwawię i nie czuję bólu. Ale nie wyjmę sam kuli, bo mam nieczułą rękę, a z tkwiącą kulą w nodze rana się nie zasklepi, a ja nie będę mógł chodzić. Rozumiesz?

— Mam ją wyciągnąć? Ale Jak? — zapytał przerażony.

— Ręką, nie denerwuj się, nie zrobisz mi krzywdy…

Dziki spojrzał z lękiem na ranę, nie przypominała ludzkiej. Była jak wykonana z plastiku na jakiejś medycznej lalce. Biorąc głęboki wdech, wsadził rękę w udo Rengo i poczuł się, jakby wsadzał dłoń w zimną galaretkę…

— Auu — zawołał Rengo, potrząsając głową.

— Mówiłeś, że nie czujesz … — zawołał spanikowany Dziki.

— Pod spodem jest jeszcze trochę człowieka — zażartował Rengo wyraźnie ucieszony — nie przejmuj się, to nie jest nawet połowa tego bólu, jaki powinienem czuć.

— Dix pobiegła za nim… — wysapał nieco zirytowany — powinna zostać i wam pomóc.

— Dziki, nie bądź na nią zły. On odebrał jej kogoś naprawdę bliskiego…

— Zemsta nie powinna być ważniejsza od was — stwierdził, czując jak wzbiera w nim złość.

— A gdyby ktoś zabił ją na twoich oczach? Jakbyś się zachował? Co byłoby ważniejsze od sprawiedliwości?

Dziki przypomniał sobie jak chwilę wcześniej strzelił do Pierwszego. Nie było wtedy ważne nic innego. Czuł się jakoś dziwnie. Czy weteran zrobił to specjalnie? Wiedział, że Dix uniknie kuli? A może to tylko przypadek? Teraz jednak znowu myślał na chłodno i czuł się naprawdę źle, zwłaszcza że Pierwszy bez wahania zasłonił go przed granatem…

— To nie jest tak do końca czarno-białe… — stwierdził, ciągle próbując wymacać kulę, ale w lodowatej nodze znalezienie zimnego pocisku nie było łatwe.

— Podejrzewam, że musi kryć się za tym jakaś głębsza historia, to byłoby zbyt proste, gdyby Pierwszy był po prostu chorym psychopatą. Podejrzewam również, że miałeś okazję poznać tę historię, skoro targają tobą wątpliwości. Teraz musisz ocenić, co w twoim sumieniu jest sprawiedliwe…

— Ty to akceptujesz? To, że Dix stawia zemstę na pierwszym miejscu? — spytał zaskoczony.

— Dix zebrała nas z ulicy, Dziki, kiedy wszyscy traktowali nas gorzej od niewykształconych. Nasi przyjaciele przepędzali nas, a weterani gardzili jak trędowatymi. Opiekowała się nami, pielęgnowała. Płakała nad każdym, którego rozmycie w końcu zabrało… Ona przywróciła nam wiarę, że wciąż jesteśmy ludźmi, jednak nie mówiła, że zapomniała o zemście, a my to akceptujemy i pomagamy jej z własnej woli…

Dziki macał jeszcze przez chwilę w nodze, aż udało mu się wyciągnąć małą spłaszczoną kulę. Noga zdawała się zrosnąć niemal od razu.

— Dobra… — powiedział Rengo, podnosząc się natychmiast — musimy zająć się ludźmi z mniejszym defektem, oni mogą jeszcze krwawić. Jak zobaczysz krew albo kogoś nieprzytomnego, daj mi znać. — Pomachał jeszcze przez chwilę nogą, jakby była odrętwiała, po czym ruszył w stronę pobojowiska.

***

Dziki wyjrzał przez okno, z pokoju Dix był doskonały widok na całą okolicę. Wieża górowała nad wszystkimi budynkami wokół niej. Gdyby miał lornetkę, mógłby nawet zobaczyć, co dzieje się za murami wspólnoty. Teraz jednak bardziej interesowało go to, co dzieje się w przy lesie ludzi. Czy Dix dogoniła Pierwszego? A jeśli tak, to które z nich wygrało? Czy jeżeli Pierwszy wygrałby, to darowałby życie Dix ? Przecież powiedział, że nie chcę zostać mordercą po raz kolejny.

Dziki westchnął, nie wiedząc, co zrobić, kiedy usłyszał kroki. Spojrzał z nadzieją w stronę klapy w podłodze, ale zamiast Dix na górę wszedł Rengo. Dziki rozpoznał go po dziurze na kombinezonie w okolicach uda.

— To prawdziwy cud, ale wszyscy żyją — zawołał uradowany. — Kiedy te noże cięły powietrze, myślałem, że nikt nie przeżyje.

— To nie był cud, tylko jego decyzja… Widziałem, jak celował ci w głowę, a potem spojrzał się na mnie i zmienił zdanie… — westchnął Dziki.

— Hmm, czyżby ruszyło cię sumienie? — spytał Rengo, stając obok Dzikiego przy oknie.

— Widziałem, że on też nie jest zadowolony z tego, jak to wszystko się potoczyło. Ale kiedy się bronił… wydaję mi się, że mógł zrobić znacznie więcej…

— To na pewno, ale powiedz mi… Nie czujesz, że on chce wprowadzić ci mętlik w głowię? Że może chce zaszkodzić przez Ciebie Dix? Że wszystko, co powiedział, mogło być wyssane z palca…?

Słowa Rengo przerwało kolejne otwarcie klapy w podłodze, tym razem była to Dix.

Dziki poderwał się z łóżka, dziewczyna spojrzała na niego, po czym zalała się łzami. Podbiegł do niej, nagle całe zdenerwowanie, jakie czuł, po prostu ustąpiło. Wtulał ją przez chwilę w siebie, gdy nagle dziewczyna załkała:

— Uciekł, znowu… już prawie go miałam, a on znowu…

Dziki pogładził ją po głowię. Dziewczyna nie odrywając się od niego, spytała:

— Co z naszymi Rengo?

— Wszystko w porządku, żaden nie dostał zbyt poważnie — odpowiedział.

— Cieszę się, naprawdę się cieszę. — Dix przetarła oczy odchodząc od Dzikiego. — Nie powinnam była was tam zabierać…