Rozdział XVIII - Za Lasem Ludzi

Dziki obudził się przerażony i odruchowo spojrzał na zegarek. Choć do alarmu zostało jeszcze kilka minut, nie mógł pozbyć się wrażenia, że spał zbyt długo. Oczywiście jeżeli godzinę można uznać w ogóle za namiastkę snu.

Pod powiekami czuł piekący piach, a organizm rozpaczliwie domagał się chociaż kilku minut więcej. Od prawie dwóch tygodni nie przespał dłużej niż godzinę na raz, a to dlatego, że granice Krańcowa nie pozwalały oddalić się od delimera, choćby trochę dalej. Ostatnie dni spędził, podróżując nieustannie między dwoma najbardziej wysuniętymi punktami miasta. Kiedy tylko delimer zbliżał się do jednego z nich, ruszał do tego drugiego. Czuł jednak, że już dłużej nie będzie w stanie tego wytrzymać. Schudł tak mocno, że spodnie musiał ściskać paskiem na ostatnią dziurkę, a przez nieustanny niedobór snu miał trudności z myśleniem i koncentracją. Właściwie to i tak był cud, że udało mu się przetrwać tak długo. Cud, który był zasługą jego tajemniczego towarzysza.

Choć od dwóch tygodni podróżowali razem, mężczyzna wciąż nie uznał za stosowne się przedstawić, a jego małomówność, która na początku nieco irytowała Dzikiego, teraz była prawdziwym błogosławieństwem. Czuł bowiem, że ze zmęczenia i tak nie mógłby skupić się na rozmowie. Drugim błogosławieństwem był fakt, że mężczyzna znał miasto niesamowicie dobrze. Z jego wiedzą bez trudu omijali wszelkie niebezpieczeństwa, które czekały w Krańcowie i zyskiwali te cenną godzinę, przez którą Dziki mógł w końcu odpocząć.

Tak naprawdę był niemal pewien, że gdyby nie pomoc tego tajemniczego weterana, jego ucieczka przed delimerem skończyłaby się dużo wcześniej. Jedzenia, które znalazł w mieszkaniu Mike’a tuż po ucieczce ze wspólnoty, ledwo starczyło na dwa dni, a poszukiwanie czegokolwiek w trakcie przemieszczania się po mieście nie wchodziło w rachubę. Nie było po prostu na to czasu. Nowy towarzysz znał jednak całą masę miejsc, niemal wypełnionych po brzegi wszystkim, czego akurat potrzebowali. Dziki miał wrażenie, że sam musiał ukrywać te zapasy już od dłuższego czasu.

Siedzący przy oknie towarzysz zauważył, że Dziki się obudził, bo obrócił w jego stronę twarz zakrytą maską gazową. Była to jedna z cech tego człowieka, której Dziki nie potrafił zrozumieć, prawie nigdy nie ściągał gazówki z twarzy.

— Masz jeszcze czas — powiedział spokojnym głosem i z powrotem odwrócił się w stronę okna, wypatrując nadchodzącego delimera.

— Chyba już się nie kładę, wolę coś zjeść — stwierdził z bólem Dziki.

Braku snu tymi paroma minutami więcej na pewno już nie nadrobi, za to może przynajmniej nasycić żołądek. Jedynym plusem, jeżeli w ogóle można było ich szukać w tej sytuacji, było to, że mógł zjeść jak jeszcze nigdy w nowym świecie. Towarzysz przez moment, w którym Dziki spał, ustawił na stole kilka puszek z gotowym spaghetti i termos pełen kawy. Dziki dopadł się do jedzenia, nie potrafił zrozumieć, jak jedząc tyle, wciąż traci na wadze... tego jedzenia było tak dużo. Chyba tyle, że dałoby radę wyżywić całą wspólnotę... Ile mogło być warte takie jedzenie na przykład u Siwego? Czy jakby przynieść dość jedzenia, to dałoby radę kupić broń? Czy pistolet Dzikiego był wart tych zapasów, które poświęcał teraz nieznajomy? Czy nie byłoby mu łatwiej przestać dzielić się tym wszystkim i przyśpieszyć nieubłagany moment, w którym Dziki się wykończy?

Weteran usiadł naprzeciwko Dzikiego i nalał sobie kawy do kubka.

— Skoro już i tak nie śpisz, nie będziemy na niego czekać. Jak zjesz, ruszamy na drugą stronę, może wpadnie gdzieś po drodze i zyskamy parę minut. W każdym razie na następnym postoju ja śpię — stwierdził nieznajomy, zdejmując na chwilę gazówkę, by napić się kawy.

Dziki nie mógł się nadziwić, widząc twarz swojego towarzysza. Całą tę eskapadę znosił bowiem wyjątkowo dobrze. Twarz Dzikiego już od dłuższego czasu prawie się zapadła, a cienie pod oczami miał tak wyraźne, jakby domalował je sobie kawałkiem węgla. Mężczyzna przed nim wyglądał co najwyżej na lekko niewyspanego. Za każdym razem, kiedy tak siadali naprzeciw siebie, w Dzikim rodziła się masa pytań, które chciał mu zadać, ale na ogół zmęczenie wygrywało. Czuł, że już niedługo to zmęczenie wygra całkiem i po prostu umrze ze zmęczenia. Ponieważ mieli te kilka minut zyskane kosztem snu, Dziki postanowił w końcu porozmawiać z weteranem. Kiedy podróżowali, był zbyt zmęczony, by jednocześnie mówić i chodzić.

— Pewnie się nie spodziewałeś, co ? — zaczął Dziki, a mężczyzna spojrzał na niego pytająco. — Że będziesz musiał tyle się ze mną męczyć, ta broń naprawdę jest tyle warta? — spytał badawczo, bo cala sytuacja wydawała mu się naprawdę dziwna.

Weteran zamyślił się przez chwilę z kubkiem kawy podniesionym do połowy. Dziki odniósł wrażenie, że odpowiedź na to pytanie przysparza mu sporo problemów.

— Nie męczę się — odpowiedział wymijająco, swoimi słowami sprawiając jednak, że Dziki pomyślał, iż zaraz oszaleje.

Czuł się jak wrak, ledwo zbierał myśli, a on zachowywał się, jakby to, co się dzieje, naprawdę było jakąś błahostką.

— Jak to możliwe? — spytał rozpaczliwie, licząc na to, że usłyszy coś, co będzie w stanie wyjaśnić mu to irracjonalną sytuację.

— Pojawiłem się, gdy Krańcowo było dużo bardziej niebezpieczne niż jest teraz. Myślisz, że spałem dużo dłużej? Do tego jeszcze musiałem cały czas być czujny, teraz przynajmniej mogę się przespać w łóżku.

— To gdzie spałeś wcześniej? W namiocie? — dopytywał zirytowany Dziki, bo odpowiedź ani trochę go nie usatysfakcjonowała.

— W łazienkach na podłodze – to na ogół jedyne miejsce w domu, które ma dodatkowy zamek i nie ma żadnej większej szyby. Gdy coś wdarło się do mieszkania, jak spałem, miałem przynajmniej te kilka sekund, zanim sforsowało drzwi. Teraz, jak mnie pilnujesz, sypiam lepiej niż wtedy — odpowiedział pewnie nieznajomy.

Dziki opuścił głowę zrezygnowany, mężczyzna widocznie dużo lepiej znosił krótki sen od niego. Ich wspólna podróż, która Dzikiemu wydawała się męczarnią, dla niego była czymś bardziej komfortowym, niż to, co znosił, podróżując samemu. Dziki nie mógł powstrzymać ironicznego uśmiechu i z bezsilnej złości wyrzucił w końcu z goryczą coś, na co zbierało mu się od dawna:

— Niestety nasza wspólna podróż już się kończy, nie wytrzymam kolejnego takiego tygodnia.

Mężczyzna nie skomentował natychmiast tego, co usłyszał. Szybkim tempem dopił kawę i włożył maskę gazową na twarz. Dopiero, gdy zbliżył się do okna i wyjrzał na podwórze, odpowiedział Dzikiemu chłodnym głosem:

— Jeżeli się poddajesz, to strzelenie sobie w głowę będzie na pewno mniej bolesne niż powolne wykańczanie się w drodze. Pistolet mogę zabrać z twojego ciała, nie przeszkadza mi to. Obiecuję również pochować twoje ciało, żeby nie skończyło jako karma dla grabarzy.

W Dzikim coś pękło i to nie po raz pierwszy, od kiedy się pojawił. W starym świecie choćby nie wiadomo, jak było źle, wszyscy zawsze mówią ci, że będzie lepiej, że wszystko się ułoży i żeby się nie martwić, choćby było to najbardziej wierutne kłamstwo. Tutaj najlepsze, na co możesz liczyć, to porada, jak zabić się najmniej boleśnie i obietnica niezostawienia twojego truchła na pastwę sępów.

Z drugiej strony skarcił się w myślach... Czego właściwie oczekiwał? Że nieznajomy da mu odpowiedź, jak uratować się z tej sytuacji? „Przynajmniej był szczery” — pomyślał Dziki i spojrzał na swój pistolet leżący na stole. Naszły go jakieś dziwne mdłości, choć nie wiedział już nawet, czy ze strachu, czy z niewyspania.

— Nie w ten sposób… — powiedział, czując odrazę do samego siebie, jak mógł w ogóle myśleć o czymś takim.

Mężczyzna odwrócił się w jego stronę, przysłuchując się uważnie.

— Nie zabiję się, zrobię wszystko, żeby dać sobie ten cień szansy, którego ten parszywy świat tak usilnie mi odmawia… Ja zatłukę tego delimera — ryknął wściekle dziki, podnosząc pistolet. — Jeżeli chce mnie dopaść, to będzie musiał mocno się postarać, bo nie zdechnę na kolanach, błagając o życie bezmyślnego potwora .... — Nie potrafił powiedzieć, skąd wybiegło to desperackie wyzwanie, być może ta bezsilność która się w nim gromadziła musiała w końcu dać upust. Nie mniej zwróciła ona w wyjątkowy sposób uwagę jego towarzysza, bo odszedł od okna.

— Uspokój się — przerwał wylew gniewu Dzikiego, wpatrując mu się w twarz przez szkła w masce. — Skoro chcesz walczyć z delimerem, to rozumiem, że to jest właściwy moment.

— Właściwy moment na co? — spytał Dziki, ciągle czując pulsujący w sobie gniew.

— Powiem ci potem, zbliża się — odpowiedział mężczyzna, zerkając w stronę okna.

***

W drodze powrotnej do drugiej granicy miasta Dziki nie potrafił powstrzymać chwiejących się w nim emocji. Obiecał sobie, że nie będzie tworzył żadnego poczucia fałszywej nadziei, z drugiej strony tajemnicze zdanie wypowiedziane w tamtym momencie samo podsuwało, że może istnieje chociaż cień szansy. Może nieznajomy znał sposób? Pewnie na tyle niebezpieczny, że nie ośmielił się nim podzielić, póki Dziki nie zadeklarował, że jest gotowy na wszystko?

Droga, którą podróżowali, nie zmieniła się: od budynku przy południowej granicy Krańcowa, w którym spędzili ostatni postój, przez uliczki blokowe i drogą za starym kościołem wydeptaną przez uczniów wagarujących w pobliskich krzakach, następnie podwórkami prywatnych domów, mijając bokiem strefę głodu (gdyby wtedy uciekając z Dix, wiedział o tej drodze). Po czym będąc już za centrum, w stronę cmentarza, na którym pojawił się Dziki, i na koniec drogą koło przedszkola, w którym zginął Primo, potem już prosto do przeciwległej granicy północnej.

— Ciemno się robi — stwierdził Dziki, licząc, że uda mu się zagadnąć nieznajomego i wyciągnąć coś więcej o jego pomyśle, ale towarzysz wydobył z siebie jedynie twierdzące: „Yhyy” i kontynuował swój marsz w milczeniu.

Na drugą stronę dotarli, tak jak Dziki się spodziewał, prawie przed zmrokiem. Tym razem jednak nie zatrzymali się w domu, gdzie zazwyczaj robili postój i skierowali się dalej w stronę granicy miasta. Ostatnim miejscem, które minęli, było boisko do piłki pobliskiej szkoły. Nieznajomy zrobił coś, czego nigdy wcześniej nie robił i wyszedł razem z Dzikim na główną drogę. Idąc po asfalcie, zbliżali się już do samej granicy miasta, Dziki zobaczył wyrastającą przed nim tabliczkę oznaczającą koniec miasta Krańcowo. Na tabliczce znajdowało się ogromne wymalowane czerwonym sprayem ostrzeżenie:

„STREFA ZAMARCIA — ZAWRÓĆ!”

Nie zdziwiło to jednak Dzikiego tak bardzo, jak to, co zobaczył dalej: dziesiątki, jeśli nie setki, ludzi. Zatrzymał się zszokowany, a jego towarzysz stanął tuż obok. Przebiegł wzrokiem po stojących tam postaciach, wszystkie odwrócone do niego plecami zamrożone w różnych pozycjach, od spokojnego marszu po desperacki bieg. Przypominali figury woskowe, które ktoś poustawiał bez ładu i składu na drodze.

— Las zamarłych — stwierdził nieznajomy, przerywając ciszę.

Dziki przełknął ślinę, nie mogąc oprzeć się przytłaczającej atmosferze tego miejsca. Dookoła absolutna cisza. tylko ich dwóch i ci wszyscy ludzie, którzy stali tam ukarani za złamanie jednej z pierwszych zasad nowego świata, której się nauczył: ,,Nie wychodź za granicę miasta”.

— Dlaczego jest ich aż tylu? Nikt im nie powiedział? — spytał Dziki wciąż przerażony dziwną aurą, która panowała w tej okolicy.

Towarzysz zamyślił się przez chwilę, zawsze gdy się nad czymś zastanawiał akcentował to długim: „hmmmmm”.

— Początki tego miejsca są dość jasne, ta droga, jak zapewne wiesz, prowadzi do kamienicy najbliższego dużego miasta. Gdy ludzie pojawili się tutaj i zastali puste Krańcowo, kilkoro z nich zdecydowało się szukać pomocy właśnie tam... To ta grupa. — Mężczyzna wskazał palcem na małe skupisko, stojące mniej więcej po środku lasu.

Dziki zauważył dwie kobiety i trzech mężczyzn w zwyczajnych codziennych ubraniach zamarłych w pozie, która wskazywała na niepewny krok. Miał nawet wrażenie, że za chwilę jedna z dziewczyn o czarnych kręconych włosach odwróci się nerwowo w jego stronę.

— Spora część z nich wywodzi się z tego samego okresu, ludzie zbliżali się do granicy i zauważali pierwszą grupę – zgubieni ciekawością, ruszali w ich stronę — kontynuował towarzysz.

Dziki przyjrzał się i rzeczywiście zauważył, że część ludzi w podobnych codziennych ubraniach kieruje się jakby w stronę grupy, której przyglądał się wcześniej. Mężczyzna dał Dzikiemu chwilę na przyjrzenie się temu, po czym kontynuował:

— Po jakimś czasie ktoś napisał na znaku ostrzeżenie... — stwierdził towarzysz, wskazując palcem na znak który minęli. — Liczba nieświadomych, którzy zamierali, zaczęła maleć. Pojawili się jednak inni, spójrz. — Mężczyzna wskazał palcem na kolejną postać.

Dziki przyjrzał się jej i pomimo tego, że widział jej plecy, był niemal pewien, że nie był to ktoś, kto żył krótko w tym świecie, a już na pewno nie był to ktoś, kto nie znał podstawowej zasady. Mężczyzna miał na sobie stary wojskowy mundur, w ręku trzymał sporą siekierę, a z jego plecaka wystawały śpiwór, namiot i lampa podróżna.

— Mówili na niego Dziesiąty, pierwszych dziesięciu nosiło pseudonimy odzwierciedlające kolejność ich pojawienia się w nowym świecie. Dziesiąty był też pierwszym weteranem, który zdecydował się na coś, co potem nazwano desperackim marszem.

— Moment, kiedy znający zasadę decyduje się przekroczyć granicę — domyślił się Dziki.

— Dokładnie — odpowiedział weteran — nim jednak wyjaśnię ci, po co tu przyszliśmy, poznasz jeszcze kogoś. — Mężczyzna przeszedł kilka kroków i stanął przy postaci, która znajdowała się najbliżej granicy. W odróżnieniu od reszty ten zwrócony był twarzą do Krańcowa, zamarły w pozie gwałtownego zwrotu desperacko wyciągał rękę w stronę miasta. Dziki przyjrzał się jego twarzy, i z przerażeniem stwierdził, że jego oczy błyszczały jak u żywego człowieka.

— Ten, który zmienił zdanie — stwierdził kpiąco mężczyzna — pokazał jednak coś, co jest dla nas najważniejsze, że z desperackiego marszu można zawrócić... a w każdym razie spróbować.

Dziki zaczął domyślać się, co planuje dla niego nieznajomy. Perspektywa ta jednak nie podobała mu się ani trochę. Przyjrzał się jeszcze raz mężczyźnie wyciągającemu dłoń i naszedł go dziwny lęk na myśl o próbie przekroczenia granicy.

— Więc mam przejść... — spytał, nie potrafiąc ukryć lęku w swoim głosie.

— Nie sam, delimer ma pójść z tobą — stwierdził weteran, zupełnie ignorując przerażoną minę Dzikiego.

— A on też będzie zamierał?

— Nie ma wyjątków — stwierdził nieznajomy.

— Ale jak mam to zrobić?

— Hmm, zauważyłeś pewnie, że ci wszyscy ludzie znajdują się w różnej odległości od granicy, jedni zamierali tuż za tabliczką, inni jednak kroczyli całkiem daleko. I z tego, co zdążyłem zauważyć, nie ma tu znaczenia płeć, wiek czy doświadczenie... to raczej siła woli.

Dziki spojrzał przerażony, był przekonany, że to był tylko domysł mężczyzny, nic potwierdzonego. Równie dobrze mógł to być czysty przypadek, że jedni dochodzili dalej od innych.

— Czyli to nic pewnego, że dam radę zawrócić — stwierdził w końcu.

— Pewne jest tylko jedno: delimer będzie cię ścigał, póki cię nie zabije, a sam powiedziałeś, że dłużej już nie dasz rady uciekać — skwitował weteran, przyglądając się pobliskiej zamarłej postaci.

Dziki przytaknął niechętnie, czuł się jak wrak i właściwie ledwo stał na nogach. Tutaj przynajmniej była jakaś minimalna szansa. Nie mógł jednak opanować lęku na widok tych wszystkich otaczających go ludzi.

— Więc to chyba pożegnanie — stwierdził, czując, że znowu łamie mu się głos. Sięgnął ręką do kieszeni, łapiąc pistolet. — Trzymaj, zgodnie z umową.

— Nie chcę, może tobie tam przyda się bardziej — stwierdził niespodziewanie mężczyzna.

— Więc po co to wszystko? Dlaczego męczyłeś się razem ze mną tyle czasu? — spytał, nie mogąc ani trochę zrozumieć intencji jego tajemniczego towarzysza.

— Hmm, chyba po prostu chciałem mieć jakieś towarzystwo, poza tym nie żegnam się. Poczekam najpierw na finał twojej opowieści — odpowiedział z przekonaniem weteran.

— Ta opowieść może nie mieć happy endu — stwierdził gorzko Dziki, patrząc w stronę zamarłych postaci.

— Tak, czy siak, to finał. Ostatnia rada: postaraj się przekroczyć granicę równo z delimerem. Będziecie mieli jednakowe szanse. — Mężczyzna spojrzał w ciemniejące niebo. — Chwilę już rozmawiamy, niedługo powinien tu być... Powodzenia. — Weteran wyciągnął rękę.

— Dzięki za wszystko. — Dziki uścisnął dłoń mężczyzny, a ten odwrócił się i ruszył w stronę najbliższego budynku, skąd pewnie planował obserwować wszystko.

Przyglądając się malejącej sylwetce weterana, Dziki poczuł, jak znowu przeszywa go strach. Ten jednak nie był związany z delimerem, do perspektywy jego nadejścia zdążył się już przyzwyczaić. To było coś związanego z tym miejscem, czuł się, jakby został sam na cmentarzu, a do tego miał ciągłe wrażenie czyjejś obecności. Przełknął nerwowo ślinę i wyciągnął pistolet, by dodać sobie otuchy. Choć było to dziwne, nawet teraz czuł się o wiele pewniej z bronią w ręku.

Czekając na nieubłagane nadejście swojego prześladowcy, powiódł wzrokiem po okolicznych domach. Dachy budynków z sąsiedniego osiedla ciemniały powoli w mroku, jaki zaczynał ogarniać okolicę. Dziki poczuł, jak robi się coraz zimniej, zasunął więc kurtkę pod samą szyję. Naszło go jakieś dziwne uczucie, że cały nowy świat naigrywa się z niego. Gdy kładł się spać, miał wrażenie, że już po chwili nieznajomy budzi go, krzycząc, że zbliża się delimer. Teraz, gdy czekał tu na niego, każda sekunda zdawała się trwać wiecznie.

Miał wrażenie, że mijają godziny, przy tym dokuczały mu nasilające się zawroty głowy i mdłości. Jeżeli to, czy będzie w stanie wrócić naprawdę, zależało od jego siły woli, to czuł, że w tym stanie nie wykrzesze jej zbyt wiele. Czyli to tutaj będzie jego grób, stanie jako jeden z zamarłych… Ciekawe, czy jego historią nieznajomy też z kimś się podzieli? Czy jak za kilka lat przyjdą tu jacyś weterani, to będą opowiadali sobie o Dzikim, który uciekał przed delimerem… Czy ktoś z jego znajomych przyjdzie tutaj i rozpozna go pośród dziesiątek innych zamarłych postaci…

— DOŚĆ! — wykrzyczał nagle, wściekły sam na siebie za to jak rozszalały się jego myśli.

Ścisnął mocniej pistolet, by dodać sobie otuchy i wtedy dostrzegł w oddali zbliżającą się postać. Ciemny kształt rysował się na końcu drogi, niczym samochód bez świateł, jadący powoli w jego stronę. Sylwetka delimera nabierała kształtu z każdym powolnym krokiem. Dziki niemal uśmiechnął się ironicznie, widząc jak niewykształcony wcale nie śpieszy się z tym, by go wykończyć.

Obserwując nadchodzącego potwora, przykleił się plecami do granicy miasta. Choć za nim była jedynie pusta przestrzeń, czuł, jakby opierał się o niewidzialny mur. Nie ośmielił się jednak choćby machnąć ręką do tyłu. Niewykształcony zbliżył się powoli, a Dziki po raz pierwszy mógł przyjrzeć mu się z bliska.

Podobnie jak ludzie delimery różniły się od siebie fizycznie. Ten, który ścigał Dzikiego, był dużo wyższy od tego, którego kiedyś spotkał przed sklepem. Chodź Dziki nie należał do najniższych, z ledwością sięgał mu do pasa. Był jednak znacznie mniej potężny od swojego podsklepowego odpowiednika, brakowało mu również jednej dłoni. Tę w próbie ratowania Dzikiego odcięli w aptece Mike i Maniek. To co jednak musiało łączyć wszystkie delimery to maska spawalnicza na twarzy. Prostokątna czarna osłona starego typu z jednym ciemnym szkłem na oczy, zdająca się wyrastać z tyłu głowy. Oprócz tego ich skóra była gruba jak u nosorożca.

— Więc jesteś… — stwierdził Dziki, choć sam nie wiedział czemu. Bezrozumny potwór i tak nie był w stanie go zrozumieć.

Delimer zatrzymał się zaledwie parę metrów od niego, najwidoczniej przyglądając mu się. Dziki nie czekając, złapał za pistolet i wycelował w stronę niewykształconego. Chociaż po tych wszystkich opowieściach wiedział, że nie będzie to miało sensu, postanowił jeszcze spróbować walczyć, zanim spróbuje przejść przez granice.

Wystrzelił kilka razy, celując w korpus delimera, ale kule wbiły się w jego ciało bezgłośnie jak w worek z piaskiem i nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Wycelował wiec w stronę maski i nacisnął spust jeszcze raz, pocisk trafił z głośnym brzękiem, wginając delikatnie czarną metaliczną strukturę. W tym momencie delimer poruszył się gwałtownie, wyciągając swoją długą rękę w stronę Dzikiego, jakby chciał chwycić go wpół. Dziki uśmiechnął się ironicznie pod nosem, właściwie czego oczekiwał? Nie czekając dłużej, naparł na mur za swoimi plecami i cofnął się za granicę miasta…

Zobaczył oślepiającą biel, nie wiedząc czemu, czuł że się unosi…

***

Dziki zajęczał cicho. Oczy paliły go żywym ogniem, czuł też straszny ból w plecach. Rozchylił powoli powieki, czując zlepiający je piasek, nie miał pojęcia, skąd wzięło się to nagłe światło, ale musiał upaść, gdy się pojawiło, bo pod plecami czuł zimny chłodny beton. Nie wiedział czemu, ale miał wrażenie, że już kiedyś czuł coś podobnego.

Podniósł się powoli i wtedy dotarło do niego, co wydarzyło się przed chwilą. Poderwał się przerażony, celując bronią w powietrze, ale po delimerze nie było śladu. Jakimś cudem znalazł się na cmentarzu, obrócił się, zerkając na mogiłę, z której się podnosił.

„Igor Wawrzyn... Czy wtedy leżał w tym samym miejscu?” Imię i nazwisko wydały mu się znajome. Przeszedł ostrożnie między nagrobkami, kierując się w stronę wyjścia, w mieście było całkiem cicho, dokładnie jak w dniu, w którym przybył. Zezując w głąb cmentarza, spróbował dostrzec, czy kręcą się tu znicze albo inni niewykształceni, był jednak całkiem sam.

Odchylił delikatnie czarną furtkę i wyszedł na chodnik przed cmentarzem. Dopiero wtedy dotarło do niego, że coś było nie tak. Niebo nad nim miało zwyczajną błękitną barwę, nie był jednak w stanie dostrzec słońca, mimo tego, że w mieście było całkiem jasno. Zrobił kilka niepewnych kroków, zastanawiając się, gdzie ma właściwie iść. Ciągle niepokoił go fakt, że nie był w stanie dostrzec delimera.

„Co tak właściwie się stało?” — pomyślał.

To, co miał przed sobą, nie było tym, co spodziewał się zobaczyć po przekroczeniu granicy Krańcowa. Skierował się w stronę wspólnoty, choć sam nie wiedział czemu. Może po prostu ta droga wydała mu się czymś znanym i bezpiecznym?

Przeszedł kilka kroków i znowu dotarło do niego, że coś jest nie tak, w ogóle nie czuł swoich nóg, a zmysły miał całkiem otępiałe, jakby był bardzo pijany. Odruchowo spojrzał na swoja rękę, której w ogóle nie był świadomy. Gdy podniósł ją na wysokość oczu, poczuł niewyobrażalne przerażenie. Jego dłoń była gładka jak u lalki, pozbawiona jakichkolwiek zmarszczek czy paznokci.

Przerażony dopadł do witryny pobliskiej kwiaciarni, w odbiciu szyby dostrzegł swoją twarz. Była zupełnie gładka pozbawiona włosów czy brwi, jak u ludzi ciężko poparzonych. Jego nos był zaledwie dwoma szparkami wbitymi w jednolitą gładką strukturę jego skóry.

To był defekt, był tego pewien. Taki sam kolor i fakturę miały na sobie plamy Dix… Ale dlaczego? Czy to właśnie działo się z ludźmi przekraczającymi granicę?

Roztrzęsiony odszedł od witryny przyglądając się swoim dłoniom. Spróbował zacisnąć jedną z pięści i choć ta posłusznie wykonała polecenie, w ogóle jej nie czuł, jakby należała do zupełnie innej osoby. Wyszedł za róg cmentarza, tam gdzie kiedyś razem z Dix spotkali Siwego.

Droga wydawała się pusta, Dziki miał już odejść, gdy za swoimi plecami usłyszał cichy szmer. Ponownie spojrzał w głąb ulicy i teraz dostrzegł, że w oddali ktoś leżał na chodniku. Spojrzał na swoją rękę, upewniając się, że pistolet ciągle w niej jest, nie czuł go bowiem wcale. Następnie powolnym krokiem zbliżył się do ciała.

Leżący bez ruchu blondwłosy chłopak wydawał się martwy, jego ciało zwinięte było w karykaturalny kłębek. Gdy Dziki zbliżył się bardziej, dostrzegł że nie oddycha.

Wzdychając pokręcił głową i miał już odejść, gdy zobaczył, że jedna z dłoni trupa bezszelestnie podnosi się do góry. Ten dziwny łukowaty ruch miał w sobie coś nienaturalnego, jakby ogromna niewidzialna postać rozkładała przed nim ludzkich rozmiarów lalkę.

Wiedział, że powinien uciekać, ale ten dziwaczny pokaz całkiem go zahipnotyzował. Blondyn podniósł się do góry jak marionetka pociągnięta na sznurkach. Jego kończyny i głowa zwisały bezwładnie. W pewnym momencie ludzka pacynka otworzyła usta i zawołała:

— Witaj, Dziki!

Dziki poczuł takie przerażenie, że zupełnie nieświadomie wypuścił pistolet z ręki, głos który usłyszał zdawał się dochodzić zewsząd, a ruch ust blondyna w ogóle nie pasował do wypowiedzianych słów.

— Co się stało? Zgubiłeś gdzieś język? — zawołała postać i podfrunęła tak blisko, że niemal stykali się czołami.

— Kim ty… Czym ty do cholery jesteś? — zawołał Dziki, odsuwając się niemal natychmiast.

Istota zachichotała i obleciała go dookoła, jakby była przyczepiona do niewidzialnego wentylatora.

— Jestem kimś takim jak ty, tylko dużo później. Dla twojego uproszczenia: gdy jeszcze byłem bardziej podobny do ciebie, wołali na mnie Smutny. — Istota, przedstawiając się, wykonała w powietrzu karykaturalny ukłon, machając bezwładnymi rękoma. — Widzę, że masz mały problem, bo tuż za tobą jest… delimer. — Ostatnie słowo zabrzmiało jak grom, niemal trzęsąc sąsiednimi budynkami.

Dziki odwrócił się przerażony, myśląc, że tuż za nim wyrośnie ogromna postać z maską na twarzy, ale ulica była pusta.

— Tuż za tobą to pojęcie względne po tej stronie Krańcowa — zakpiła istota, podlatując bliżej, tak że teraz obydwaj spoglądali w głąb ulicy.

— Skąd ty to wiesz? W ogóle skąd ty wiesz, kim jestem? — zapytał zupełnie zdezorientowany Dziki.

— O, wiem dużo więcej — odpowiedział natychmiast blondyn, okręcając swoją twarz tak, że jego martwe oczy wydawały się patrzeć w stronę Dzikiego. — Wiem na przykład, kto czeka na ciebie przy granicy, zabawne że ci nie powiedział…

— Czego nie powiedział?

— To teraz nieważne, masz na głowie dużo większe zmartwienie. Gdybyś jednak dał radę wrócić, pozdrów go ode mnie. — Istota zaśmiała się ponownie, unosząc w powietrze.

— Zaraz… wrócić, to znaczy gdzie? Gdzie ja właściwie jestem? — dopytywał, krzycząc w stronę oddalającego się ciała.

— Za lasem ludzi idziesz powoli krok przed delimerem, chociaż na moje oko już ewidentnie… ZAMIERASZ!!! — Ostatnie słowo istoty ponownie zabrzmiało jak grom, niemal trzęsąc całą okolicą, i sprawiając, że przerażenie jeszcze bardziej opętało Dzikiego.

Po tych słowach istota runęła bezwładnie na ziemię, jakby ktoś przeciął podtrzymujące ją sznurki.

— Na twoim miejscu nie zostawałbym tu zbyt długo, on zaraz tu będzie.

Dziki podbiegł do leżącego na ziemi ciała.

— CZEKAJ! Jak ja mam się stąd wydostać? Powiedz cokolwiek!!! — krzyknął, próbując potrząsnąć leżącym na ziemi blondynem.

— Po prostu zawróć, bo na razie idziesz ciągle prosto… — zawołał głos, który tym razem nie zadał sobie nawet trudu, by poruszyć ustami w ciele.

— CZEKAJ, PROSZĘ! To znaczy, że tak naprawdę idę dalej? Ale dlaczego tego nie widzę? Dlaczego jestem tu? Jak mogę być w dwóch miejscach naraz?

— A kto powiedział, że jesteś w dwóch miejscach naraz? Na to, co się tu dzieje, nie ma prostej odpowiedzi, ale mogę dać ci radę: rozwiąż swój pierwszy problem, a może rozwiązanie drugiego przyjdzie samo. Powodzenia, Dziki… — zawołał oddalający się głos.

— NIE, POCZEKAJ, JESZCZE JEDNO PYTANIE!!! — Ponownie potrząsnął ciałem blondyna, ale głos nie pojawił się ponownie.

Mimo usilnych prób i machania bezwładną głową ze wszystkich sił nie było już żadnego odzewu. Odsunął się od leżącego na ziemi trupa i pobiegł do głównej ulicy.

Rozejrzał się w poszukiwaniu delimera, ale potwora nie było nigdzie w pobliżu. Wzdłuż ulicy ciągnęły się rzędy klockowatych budynków, a w oddali widać było sylwetki bloków. Budynki w pobliżu cmentarza były jednak dużo mniej zniszczone niż zapamiętał ze swoich wędrówek w nowym świecie.

Słowa blondyna docierały do niego jakby z opóźnieniem.

„Więc cały czas idzie? Ale jak? Czy to, co się tutaj działo, było tylko wytworem jego wyobraźni? Czy zamarcie zamykało człowieka w jego własnej głowie? A jeżeli tak, to jaki miał wpływ na to, co dzieje się z jego ciałem w prawdziwym świecie…?”.

Jedno było pewne, stojąc tutaj, na pewno nie uzyska odpowiedzi na to pytanie. Ruszył, tak jak zamierzał wcześniej w kierunku wspólnoty, tym razem jednak nie bawił się w skradanie i chodzenie opłotkami. Pędził biegiem główną ulicą z myślą, że nic gorszego od delimera i tak go nie spotka. Znieczulenie, które dał mu defekt, miało jeden gigantyczny plus, w ogóle nie czuł, żeby jego nogi się męczyły. Drogę do stacji przebiegł bez zatrzymywania, nie zwalniając tempa nawet na chwilę, a po dotarciu na miejsce, nie czuł nawet drobnej zadyszki.

Bez ceregieli wparował do budynku baru, ale zgodnie ze swoim przeczuciem, nie zastał tam żadnych śladów po istnieniu wspólnoty. Wszystko wyglądało, jak gdyby wrócił do starego świata: drewniane ławki z logo znanych piw ustawione były dookoła ściany. Za barem w lodówkach stały butelki i puszki z alkoholem, a automat do gier stojący w rogu rozbrzmiewał skoczną melodią.

Odsunął się powoli, wychodząc na parking przed budynkiem dworca, nie było śladu po murach czy namiotach. Autobusy stały ustawione jak w dniu, w którym przybył do wspólnoty, przy peronie zaś nie było pociągu, który od nocy latarni stał zwinięty w serpentynę, oddzielając ich od drugiej strony.

Usiadł przez chwilę na chodniku, sam nie wiedział, czego się właściwie spodziewał. Może, że znalezienie czegoś znajomego doda mu otuchy? Odruchowo spojrzał w stronę wieży górującej w oddali. Poczuł, jak zalewa go smutek, teraz już na pewno nigdy nie zobaczy Dix. Gdy podróżował z nieznajomym, był zbyt zmęczony, by myśleć, ale teraz to znowu wróciło. Te same myśli, które krążyły mu w głowie pierwszego dnia, nim jeszcze rwany sen pomieszał mu w psychice.

Poczuł się słaby, bardzo słaby, jakby nagle zachorował, ale ta słabość nie wychodziła z jego ciała, którego i tak nie czuł. Pomyślał przez chwilę, że może dobrze by było po prostu tutaj umrzeć…

„Nie poddawaj się…” — usłyszał w swojej głowie. — „Idź dalej!!!” — ten głos… znał ten głos. Należał do weterana, ale jakim cudem?

Podniósł się i rozejrzał, nie był jednak w stanie zlokalizować, skąd on dobiega. Wtedy tuż obok siebie dostrzegł jakiś ruch.

Smutny, a raczej ciało przez które rozmawiał, leżało tuż obok Dzikiego. Jakim cudem nawet nie zauważył, kiedy się pojawiło?

— Jesteś prawdziwym młotkiem, aż szkoda, że on tak w ciebie wierzył — stwierdził ironicznie głos, poruszając niezgrabnie ustami w ciele.

— O co ci chodzi ? — spytał poirytowany Dziki.

— Chyba nie przeszedłeś przez granicę szukać mocnych wrażeń w nudnym życiu? Wydawało mi się, że dałem ci jasną wskazówkę — odpowiedział.

Dziki nie miał mimiki twarzy, bo cały pokryty był defektem, ale Smutny musiał wyczuć jego zdezorientowanie, bo zadrgał ciałem w wyraźnym poirytowaniu.

— Jakim cudem ty przeżyłeś do tej pory? — zawołał wyraźnie zirytowany i nagle stało się coś niespodziewanego.

Dzikiego i Smutnego zalała jakaś dziwna szarość, jakby wszystkie otaczające ich kolory wyblakły. To nie było jednak najdziwniejsze. Już po chwili Dziki zobaczył, jak na jego oczach wyświetlają się wspomnienia. I to całkiem dosłownie, czuł się, jakby miał w głowie projektor, który na gałkach ocznych wyświetlał całą jego historię w nowym świecie.

— No i wszystko jasne. — Kolory wróciły momentalnie na swoje miejsce. — To nie żaden naturalny talent ani bystrość umysłu. Tobie po prostu ciągle ktoś pomaga: Kuba, autobus do wolności, przyjaciel o imieniu Mike, ukochana Dix , a na końcu…

Dziki przysłuchał się uważnie, myśląc, że za chwilę usłyszy imię Weterana, ale Smutny urwał w pół słowa.

— Wygląda na to, że ja również muszę poprowadzić cię za rękę. Posłuchaj, skoro pojawiłeś się tutaj, to znaczy, że delimer również, matole… A skoro ty pojawiłeś się tam, gdzie pierwszego dnia, to znaczy, że gdzie pojawił się delimer?

— W aptece?

— Brawo, używanie mózgu nie boli. Przeszedłeś przez granicę, żeby od niego uciec, ale nie dasz rady, bo on jest z tobą związany i ściga cię wszędzie, nawet tutaj. Musisz więc go powstrzymać.

— A nie mogę po prostu uciec i uwięzić go tutaj? Mógłbyś mi po prostu wskazać drogę do wyjścia...— stwierdził z wyraźną nadzieją.

— Nie możesz, bo przyszedłeś tu w konkretnym celu. Nie opuścisz tego miejsca, jeśli nie pokonasz delimera…

Dziki opuścił głowę.

— Więc to koniec…

— TAK?! — Smutny zaryczał wściekle.

Dziki poczuł, jak w jego ciele dzieje się coś przerażającego, jakby w jego środku znalazła się nagle druga osoba. Po raz pierwszy od dłuższego czasu znów czuł swoją rękę, ale stracił nad nią kontrolę. Dłoń z pistoletem powędrowała w górę, przykładając mu lufę do skroni.

— Skoro to koniec, to nie traćmy czasu, walnij sobie w łeb — zakpił Smutny.

— NIE! — wykrzyczał Dziki, łapiąc się drugą ręką za pistolet, nie mógł jednak oderwać go od głowy.

— Spokojnie, jak nie masz jaj, żeby to zrobić, to po prostu ci pomogę — ponownie zakpił Smutny, a dźwięk jego głosu rozbił się po czaszce Dzikiego.

— PRZESTAŃ!!!

— To potrwa chwilę, liczę do trzech i bum — zakpił, a jego śmiech sprawiał, że bębenki w uszach Dzikiego pękały.

— Raz…

Dziki poczuł, jak serce wyrywa mu się z klatki piersiowej.

— Dwa…

Pchał ze wszystkich sił rękę z pistoletem, ale wciąż nie mógł jej przesunąć.

— T…

— NIEEEEE — Dziki poczuł przelewającą go falę gniewu, poczuł jak jego ręka uwalnia się, wyprostował ją z oporem i nacisnął spust, celując prosto w stronę blondwłosego ciała.

— STOP!!!— Krzyknął Smutny, z niewiadomych przyczyn pistolet nie wystrzelił mimo wciśniętego spustu.

Dziki stał tak przez chwilę z bronią ciągle wycelowaną w blondyna, fale złości wylewały się z niego, a zdrowy rozsądek ledwo powstrzymywał palec od naciśnięcia na spust po raz kolejny.

— Teraz już wiem, dlaczego się tobą zainteresował, obydwaj jesteście tacy podobni… — stwierdził Smutny, a Dziki miał przez chwilę wrażenie, że usłyszał strach w jego głosie.

— No dobrze niech będzie, pomogę ci... — powiedział w końcu niechętnie, jakby był starszym bratem, który musi pomóc młodszemu. Ciało uniosło się w powietrze i powoli zbliżyło do Dzikiego, krzyżując na piersi bezwładne ręce. — Mam nadzieję, że zauważyłeś, jak po przekroczeniu granicy coś się w tobie zmieniło… — zakpił.

Dziki jednak nie dał się sprowokować, tylko skinął twierdząco głową.

— Dobrze, więc zapewne rozumiesz, że podobne zmiany nie ominęły również twojego oprawcy. W świecie, w którym normalnie egzystujesz, delimer jest niemal niezniszczalny… Ale w strefie przygranicznej wszystko się zmienia. Ciebie przejście przez granicę odczłowieczyło, a jego uczłowieczyło, rozumiesz?

Dziki poczuł falę nadziei rozlewającą się w środku, więc tutaj potwór jest słabszy, może nawet delikatny jak człowiek.

— Rozumiem, tutaj mogę spróbować z nim walczyć, a jeśli go pokonam, jak wrócę?

— Po prostu zawróć… A nie, czekaj, bo znowu się nie domyślisz. Po prostu przejdź przez granicę miasta od strony cegielni. Możesz to jednak zrobić dopiero, gdy pokonasz delimera. — Ciało Smutnego uderzyło o ziemię, dając znak, że rozmowa jest skończona, ale Dziki miał jeszcze jedno pytanie.

— Jeżeli można stąd wyjść tak łatwo, czemu inni nie wrócili? — zawołał w powietrze.

— Bo chcieli iść dalej, to poszli, taki był ich wybór — odezwał się głos z nieba.

***

„Może i miałem szczęście ale tym razem nie mam zamiaru liczyć tylko na nie” — pomyślał Dziki, opierając siekierę o płot swojego rodzinnego domu. Nie był w stanie wyobrazić sobie, ile czasu minęło, od kiedy po raz ostatni widział ten budynek. Mały parterowy domek, który należał do jego rodziny, stał nietknięty jak w dniu błysku, gdy Dziki opuścił go po raz ostatni. W nowym świecie nigdy nie odważył się przyjść tutaj. Nie tylko dlatego, że trzeba było pokonać dość ryzykowną przeprawę przez tory tylko po to, aby powspominać to, co minęło. Bał się po prostu, że może tu spotkać kogoś ze swoich bliskich przemienionego w niewykształconego. Teraz jednak, gdy miał przygotować się do walki z delimerem, nie chciał tego robić w żadnym innym miejscu. Budynki i ulica, którą znał niemal od dziecka, dodawały mu pewności, jakiej żadne inne miejsce nie byłoby w stanie mu dać.

Oczekując na przybycie potwora, postanowił nieco się przygotować. Z domów swoich dawnych sąsiadów powyciągał wszystko, co mogło służyć za prowizoryczną broń. Siekiery, widły, długie noże i tym podobne rzeczy ustawił wzdłuż płotów na całej długości ulicy. Postanowił zabezpieczyć się na wypadek, gdyby sam pistolet nie wystarczył. Przelał też benzynę do szklanych butelek po oranżadzie a do kieszeni zapakował benzynową zapalniczkę.

Nie wiedział, czy to wszystko miało jakiś większy sens, może delimer po tej stronie będzie jak człowiek i już pierwszy strzał powali go na ziemię? Nie mógł jednak czekać bezczynnie. Przez cały czas, gdy przeszukiwał domy sąsiadów, miał wrażenie, że jest obserwowany. Może Smutny przyglądał się jego staraniom? Gdy jednak spróbował go wywołać, nikt mu nie odpowiedział.

W końcu jednak stwierdził, że chyba nie jest w stanie zrobić już nic więcej. Stanął więc po prostu na środku ulicy, czekając na pojawienie się delimera. Chociaż od zakładów chemicznych do jego domu było maksymalnie dwadzieścia minut drogi, i to jeśli naprawdę się wlekło, delimer nie pojawiał się przez dłuższy czas. W końcu jednak po długim nerwowym oczekiwaniu jakaś postać wyrosła u szczytu drogi. Dziki poczuł wrastające w nim napięcie, niewykształcony zbliżał się powoli. Czy bardzo się zmienił? Czy na tyle, że walka z nim będzie miała sens?

Delimer kroczył nieśpiesznie, ale już z oddali widać było, że pozostał nieproporcjonalnie wysoki. Za wysoki jak na człowieka. Maska spawalnicza wciąż tkwiła na jego twarzy, zdając się wyrastać z tyłu głowy, gdy jednak zbliżył się na tyle, że można było dostrzec szczegóły jego wyglądu, Dziki zobaczył coś, co podniosło go na duchu: jego skóra nie była już gruba, jak u nosorożca, wydawała się delikatna jak u człowieka.

Delimer zatrzymał się kilka metrów od Dzikiego, przyglądając mu się przez szkło w masce.

— Lubisz to przeciągać, co? — spytał ironicznie Dziki.

Ku jego zdziwieniu delimer skinął delikatnie głową, choć mógł to być czysty przypadek, a nie odpowiedź na pytanie. Dziki poczuł się jakoś dziwnie, nie czekał jednak, by sprawdzić, czy niewykształcony naprawdę zmądrzał. Złapał za pistolet i wycelował w nogę potwora.

— Zaczynamy! — krzyknął i nacisnął spust.

Uradowany dostrzegł, że chwilę po wystrzale noga delimera cofnęła się, a bestia przyklęknęła na kolano. Nie czekając, biegiem okrążył go dookoła i ponownie wystrzelił, tym razem celując w potylicę niewykształconego. Delimer jednak wykonał gwałtowny zwrot głowy i kula trafiła w maskę, robiąc w metalu sporej wielkości dziurę.

Dziki zatrzymał się, chcąc oddać kolejny strzał, ale delimer poderwał się na równe nogi i z niewyobrażalną szybkością przebiegł dzielący ich dystans. Nim Dziki zdążył zareagować, poczuł uderzenie. Cios dosłownie wyrwał go z butów, bo poczuł, jak unosi się w powietrzu i uderza o płot. Wciąż nie czuł żadnego bólu, bo jego ciało wydawało się obce, ale nie mógł złapać tchu. Złapał za pręt, podnosząc się i zobaczył jak delimer niczym byk ponownie rusza w jego stronę. Tym razem zdążył odskoczyć i niewykształcony z impetem wbił się w ogrodzenie, odrywając spory jego kawał i wpadając do ogródka po drugiej stronie.

Dziki nie czekał, aż bestia zorientuje się, że nie trafiła. Złapał za leżące na ziemi widły i z rozpędu wbił je w plecy delimera. Pchnięcie było tak silne, że metal prawie całkiem schował się w ciele niewykształconego. Dziki musiał jednak odskoczyć do tyłu, bo delimer rozszalał się i kręcąc się dookoła, próbował sięgnąć wystającą z pleców rękojeść.

Po chwili bezsensownej szamotaniny zatrzymał się i rozejrzał w poszukiwaniu Dzikiego. Ten dobiegł właśnie do płotu przy swoim domu i złapał za butelkę z benzyną. Cisnął nią z całej siły pod nogi delimera. Butelka trafiła w asfalt, a paliwo rozlało się na drogę i spodnie potwora. Delimer ruszył w jego stronę, wyciągając swoją olbrzymią rękę. Dziki ponownie złapał pistolet i ostrzelał nogi niewykształconego. Niestety kule nie zapaliły benzyny, jak działo się to na filmach.

Niemniej trafiony delimer ponownie przykląkł na chwilę, co dało Dzikiemu czas na sięgnięcie po zapalniczkę.

Przeszukując domy sąsiadów, specjalnie zabrał z jednego właśnie tę konkretną. Benzynowa zapalniczka mogła być wypuszczona z ręki bez obawy, że zgaśnie. Podbiegł do delimera na tyle blisko, by pozostać poza zasięgiem jego rąk i cisnął płonącą zapalniczką w jego wilgotne od paliwa nogawki.

Zgodnie z oczekiwaniami ogień momentalnie pokrył jego spodnie i piął się ku podbrzuszu. Delimer jednak nie zwrócił na to uwagi i zupełnie ignorując fakt, że jedna z jego nóg przypominała płonące sito, wparował w Dzikiego, chwytając go za bluzę, uniósł go w powietrze, by tuż po chwili rąbnąć nim o ziemię, jakby był szmacianą lalką. Chociaż Dziki nie czuł bólu, miał wrażenie że coś w środku mu pękło, bo powietrze wystrzeliło z jego płuc przez usta razem z krwią. Na bezdechu uniósł broń i celując w szyję tuż pod maską delimera, ostrzelał jego nieosłonięte gardło. Niewykształcony cofnął się, trzymając się za grdykę, co dało Dzikiemu czas na powstanie.

Coś było z nim mocno nie tak, nie był w stanie złapać jakiegokolwiek głębszego oddechu. Chociaż nie czuł bólu, wiedział, że w środku jest z nim nie za dobrze. Dysząc jak ryba wyrzucona z wody, dokuśtykał do płotu i chwycił kolejną z butelek. Spodnie delimera wciąż płonęły, ale rana na jego szyi zdążyła już zakrzepnąć i niewykształcony szykował się do kolejnego ciosu. Dziki nie czekając, cisnął w niego butelką benzyny i tym razem efekt był właśnie taki, jakiego oczekiwał. Ogromna kula ognia pokryła delimera, sprawiając, że całe jego ciało zajęło się płomieniami. Niewykształcony zdawał się jednak nie zwracać na to uwagi, więc Dziki wyrzucił kolejne butelki.

Raz za razem przy uderzeniu delimer pokrywał się płomieniami. I choć właściwie przypominał już chodzącą pochodnię, to wciąż utrzymywał się na nogach. Dzikiemu przeszło nawet przez myśl, że może zbyt mocno przecenił swoje możliwości, albo Smutny go okłamał, i tak naprawdę delimer jest tutaj tak samo wytrzymały i zabójczy.

Teraz już jednak nie było odwrotu, kulał n jedną nogę, a powietrze, które wciągał do płuc, nie wypełniłoby dziecięcego balona. Nie był w stanie uciekać, walczyć też już właściwie nie, ale nie miał zamiaru się poddawać. Przeładował pistolet ostatnim magazynkiem, który dostał jeszcze w prezencie od Krzaka i biorąc spod swojego płotu długi nóż zbliżył się do delimera. Na niewykształconym spłonęło już całe ubranie, a skóra przypominała jeden wielki kawałek węgla, niemniej natychmiast zareagował na nadchodzącego Dzikiego i ruszył do przodu, sprawiając, że wielu miejscach jego zwęglone ciało po prostu popękało. Dziki nie czekając, wystrzelił dwie kule, celując prosto w jego kolano. Delimer przyklęknął, cofając nogę, przez co jego głowa znalazła się w zasięgu Dzikiego. Tak szybko, jak pozwalały mu na to rany, Dziki zbliżył się i pchnął nożem w grdykę potwora.

Delimer zareagował natychmiast, uderzając go ręką tak, że potoczył się po ziemi. Poczuł, jak z ust wylewa mu się więcej krwi, po raz kolejny nie mógł złapać tchu. Poczuł, że z każdą próbą złapania powietrza, jego krtań napełnia się jakimś płynem, który odcina drogę oddechowi. Podniósł się na czworaka, pochylając głowę. Posoka lała mu się ust, ale już po chwili z wielkim trudem złapał wilgotny oddech, który okazał się być niezwykle bolesny. Czyli jego rany były już tak rozległe, że nawet defekt ich nie znieczulał.

Spróbował się wyprostować, ale zanim podniósł głowę, poczuł uderzenie, które rozpłaszczyło go na ziemi. Jego wnętrzności zapłonęły. Kaszląc i wyrzucając z siebie bąble krwi, musiał walczyć o każdy oddech.

Nim zebrał myśli po pierwszym ciosie, poczuł, że się unosi. Delimer chwycił go ręką i trzymając za kurtkę, podnosił do góry, jakby nic nie ważył. Czuł, jak umiera, a jego zmysły zaczynają odpływać, nie wytrzyma kolejnego uderzenia, nie wytrzyma kolejnego upadku. Tego już było zbyt dużo, ten potwór był tak silny…

„Boże, jednak umrę” — pomyślał. — „Więc po co to wszystko? Po co była ta cała męczarnia, którą przetrwałem do tej pory…”

— Nie, nie, nie! NIE MAM ZAMIARU TUTAJ ZDYCHAĆ! — ryknął, plując krwią.

Delimer zamarł na chwilę, a Dziki, przełamując ból, wyprostował dłoń z pistoletem. Dziękował opatrzności, że po mimo wszystkiego, co znosiła jego ręka, nawet na chwilę nie wypuściła broni. Przyłożył pistolet do kolana delimera i wystrzelił. Niewykształcony puścił go, ale Dziki nie przestał. Raz za razem naciskał spust, celując w to samo miejsce. Gdy skończyły się naboje, wypuścił broń i obracając się na plecach, kopnął z całej siły w nogę bestii. Poczuł przez chwilę, jakby łamał grubą deskę, kolano, które przez całą walkę było jego celem, nie wytrzymało. Noga delimera wygięła się w drugą stronę, a bestia runęła na ziemię.

Dziki przeturlał się na bok, unikając ręki niewykształconego, który mimo upadku wciąż starał się go sięgnąć. Leżał tak przez chwilę. Gdy się nie poruszał, ból zdawał się w ogóle zanikać, ale każda próba napięcia jakiegokolwiek mięśnia kończyła się natychmiastową agonią. Delimer podsuwał się powoli w jego stronę. Miał z tym jednak spore problemy, jedna z jego rąk była krótsza, a niesprawna noga ryła w ziemi jak kotwica.

Dziki przełamując ból, podsunął się pod ogrodzenie tak, by mógł oprzeć się o nie plecami. Czuł, że kręci mu się w głowie, a umysł zaczyna powoli odpływać. Jeżeli straci tutaj przytomność, to będzie koniec, delimer choć był w tragicznym stanie na pewno nie odpuści. Adrenalina po raz kolejny uderzyła w Dzikim, podniósł się powoli, czując ból tak silny, że łzy nabiegły mu do oczu. Zagryzając zęby, by nie krzyknąć, złapał za jedną z odłożonych wcześniej siekier i zbliżył się do niewykształconego. Delimer uniósł zamaskowaną głowę i wyciągnął w jego stronę okaleczony kikut.

Dziki wziął zamach i rąbnął potwora w głowę, niewykształcony zamarł przez chwilę, ale zamiast umrzeć, już po chwili obrócił się gwałtownie na plecy, wyrywając Dzikiemu siekierę z ręki.

— ZDYCHAJ W KOŃCU — krzyknął Dziki, opluwając potwora krwią z ust. W odruchu niepochamowanej złości chwycił delimera za maskę i z wielkim trudem oderwał ją od twarzy.

Bestia ryknęła wściekle, próbując zasłonić głowę rękoma, pod maską były bowiem gołe mięśnie i kości.

„Maska była jego twarzą” — pomyślał i nim przyszedł mu do głowy jakikolwiek lepszy pomysł, chwycił za boki maski i rąbnął jej krawędzią w czaszkę potwora. Delimer zawył, więc Dziki wiedział, że musiał w końcu trafić na jego słaby punkt. Uderzał raz razem, wbijając maskę coraz głębiej w łeb potwora, aż w końcu poczuł, że uderza metalem o asfalt.

Cofnął się powoli, delimer leżał bez ruchu. Przypominał ciało wyciągnięte z głębokiego pożaru, Dziki obrócił się, nie chcąc na to patrzeć. Położył się plecami na ziemi. To było coś potwornego. Jeżeli w przygranicznej strefie delimer był bardziej podobny do człowieka, to w Krańcowie zabicie go było naprawdę czymś nierealnym, albo wymagającym armii.

— To byłoby właściwie Pyrrusowe zwycięstwo — zawołał głos Smutnego tuż nad jego głową. — W tym stanie nigdy nie dotarłbyś do granicy i podejrzewam, że umarłbyś gdzieś w okolicach przejazdu.

— Przynajmniej umrę na własnych zasadach — odwarknął Dziki, rozglądając się w poszukiwaniu bezwładnego blondwłosego ciała.

— Trzymajcie mnie! — syknął Smutny — podlatując tak, że unosił się centralnie nad Dzikim. — Powiedziałem: byłoby, gdyby nie to, że w moich oczach ktoś, kto pokonał delimera, zasłużył na pomoc. — Smutny odleciał kawałek, prostując się w powietrzu i zarzucając bezwładne ręce na tors. — Chociaż muszę przyznać, że twój poprzednik poradził sobie znacznie lepiej. Przynajmniej odszedł stąd o własnych siłach.

— Ktoś jeszcze tu był? Walczył z delimerem? — Dziki poderwał się nieco zbyt gwałtownie i poczuł, że swoją ciekawość przypłacił właśnie utratą jakiegoś organu w środku.

— Nie ruszaj się już więcej, dobrze? — skwitował to ironicznie Smutny, nim odpowiedział na pytanie. — Tak, był. Ten sam człowiek, który cię tutaj przyprowadził i przychodził doglądać, jak sobie radzisz przez cały czas, gdy zamierałeś.

— On? Ale Dlaczego mi nie powiedział, że tu był? Ile czasu mnie już nie ma? Mam wrażenie, że minęło parę ładnych godzin… — Dziki musiał powstrzymywać swoje ciało przed zbytnią ekscytacją, by znowu nie doznać porcji bólu.

— Nie wiem czemu ci nie powiedział, możesz go zapytać, jak wrócisz. A od twojego przejścia przez granicę minęło dokładnie 27 dni.

— Pytam poważnie — odszczeknął zirytowany.

— A ja poważnie odpowiadam, poczucie czasu jest względne miedzy tymi dwoma strefami. Delimer przeszedł zaraz za tobą, a mimo to potrzebował kilku godzin, żeby cię znaleźć. Ale to już nieważne, jak zaraz cię stąd nie zabiorę, to umrzesz. Nawet ktoś z ciężkim defektem nie wytrzyma w tym stanie zbyt długo...

Dziki rozłożył się na ziemi. Choć postać Smutnego irytowała go tak bardzo, nie mógł zaprzeczyć, że potrzebował pomocy. W swoich pierwotnych założeniach nie przewidział, że zostanie tak poturbowany. Poczuł, jak w jego trzewiach rozlewa się piekące ciepło. Adrenalina powoli opuszczała jego ciało, a umysł zachodził mgłą, teraz to już na pewno stał na granicy śmierci. Nie miał pojęcia, co zamierza zrobić z nim Smutny, ale to i tak nie miało znaczenia, nie był już w stanie walczyć, ani nawet poruszać się. „Przynajmniej już tak nie boli” pomyślał, gdy jego umysł całkiem zaszedł mgłą.

Ostatnie, co pamiętał, to twarz Dix w momencie, gdy złączyli się w tym pamiętnym pocałunku. Dlaczego właśnie teraz ma w głowie takie rzeczy? Nie wiedząc czemu, znowu poczuł że się unosi...

***

Szare Krańcowskie niebo ciemniało nad lasem ludzi, Dziki dał niepewny krok naprzód, zostawiając za sobą strefę przygraniczną. Obrócił się powoli, obserwując zamarłych.

Pośród wcześniej widzianych przez niego postaci wyróżniała się teraz jedna całkiem nowa. Delimer w niebieskich spodniach, zwrócony plecami do Krańcowa, stojący najdalej ze wszystkich postaci.

„Wróciłem”pomyślał Dziki i spojrzał na swoje dłonie. Były normalne, całkiem normalne. Z paznokciami i zmarszczkami, które znał niemal na pamięć. Dotknął swojej głowy, przebiegając ręką po nieogolonej twarzy i z radością poczuł ukłucie zarostu. „Zniknął!”— pomyślał uradowany — defekt zniknął, muszę o tym koniecznie powiedzieć Dix....

Dziki wsadził rękę do kieszeni, ale zamiast pistoletu poczuł w niej grubo zwiniętą kartkę papieru. Wyciągnął ją przed siebie i zobaczył treść zapisaną eleganckim czytelnym pismem:

Kretynie.

I tak nie masz amunicji, więc po cholerę sięgasz po pistolet...

Dziki już po pierwszym zdaniu poczuł, że to wiadomość od Smutnego.

...Twoją bezużyteczną obecnie broń wsadziłem do plecaka razem z trofeum zwycięstwa. Tak wsadziłem ci na barki tornister i założę się, że byłeś tak podniecony oczyszczeniem z defektu, że nawet go nie zauważyłeś...

Dziki ściągnął ramię plecaka, pełen jakiejś dziwnej irytacji, bo rzeczywiście na początku nawet nie zwrócił na niego uwagi. Odsunął suwak i zajrzał do środka. W środku oprócz jego tetetki leżała zakrwawiona maska delimera. Serce zadrgało mu nerwowo na jej widok. „Po co on w ogóle wcisnął mu to do plecaka?”.

...W swojej bezgranicznej głupocie pewnie nawet nie pomyślałeś, że będziesz potrzebował jakiegoś dowodu na to, że pokonałeś delimera. Twoi dawni towarzysze prędzej uwierzą, że do tej pory chowałeś się przed nim, niż, że udało ci się go pokonać.

W każdym razie nie daj się zabić tak od razu, sporo się namęczyłem, żeby poskładać cię do kup,y więc szanuj mój czas.

A ponieważ jesteś mi teraz coś winien, do gdy spotkasz ponownie tego weterana, to przekaż mu ode mnie trzy rzeczy:

1) Widziałeś się ze mną.

2) To on się mylił, nie ja.

3) Jeżeli chce spróbować jeszcze raz, to nowe siedlisko mam obok szpitala.

Powodzenia (będzie Ci potrzebne).

Dziki przeczytał list, dopiero teraz przyszło mu do głowy, że być może jego milczący kompan wciąż tutaj jest. Zamiast iść od razu do wspólnoty, ruszył w stronę małego parterowego budynku, w którym sypiali po tej stronie Krańcowa, gdy jeszcze Dziki miał na głowie delimera.

Domek nie różniący się z zewnątrz od większości innych stojących w pobliżu budowli znał aż za dobrze. Gdy wchodziło się do środka, wszystko wskazywało na to, że był już od dawna wyszabrowany. Szafki na korytarzu świeciły pustkami, na podłodze leżały porozrzucane buty i ubrania. A w kuchni opustoszałe było wszystko, łącznie z lodówką. Dziki jednak nie zwrócił na to uwagi i natychmiast udał się do salonu, gdzie przesiadywali razem z weteranem. W małym pokoju, w którym stał tylko stół i łóżko, na szarej ścianie nabazgrana była czarnym sprayem jakaś wiadomość:

Dziki

Widziałem, że wracasz, ale nie mogłem czekać, mam swoje problemy, które nie dają mi spokoju.

Przygotowałem ci prezent powitalny, pamiętasz budynek przy ulicy Głównej w centrum miasta, gdzie nocowaliśmy, podróżując razem? W miejscu, z którego zawsze wyciągałem kawę, jest paczka dla ciebie.

Spotkaj się ze mną, jak już uporządkujesz swoje sprawy, często jestem w miejscach, które razem odwiedzaliśmy.

Do zobaczenia.

Dziki zastanowił się przez chwilę nad treścią wiadomości, nigdy nie nocowali w centrum miasta, bo zawsze spali w strefach przygranicznych. Za to doskonale wiedział, gdzie weteran ukrywał zapasy. Gdy była jego kolej na czuwanie, to on dbał o przygotowanie posiłku.

Bez ceregieli zbliżył się do stołu i odsunął go na bok. Pod grubym dywanem w kratę, który ściągnął z podłogi, znajdowało się wejście do piwnicy. Dziki otworzył wieko i zszedł do małego ciasnego pomieszczenia. W ciemności wymacał jakiś pakunek, który wyciągnął na górę.

Rozkładając na podłodze dużą sportową torbę, odsunął powoli zamek. W środku było coś, od czego zabiło mu szybciej serce: długi karabin z drewnianą kolbą i magazynki. Dziki wziął dość ciężką broń do ręki.

— KBKs 5.6 mm — przeczytał na wytłoczeniu obok zamka. Nie było to jednak wszystko, oprócz broni były tam też ubrania. Gruby wojskowy mundur w ciemnozielonym kolorze, czarna kamizelka kuloodporna z napisem Policja na piersi oraz małe ochraniacze na łokcie i kolana.

Dziki nie mógł uwierzyć, ten prezent wart był majątek, jak na Krańcowskie standardy. Nie czekając, wcisnął na siebie nowe wyposażenie. Mundur był na niego trochę za duży, ale dzięki ściągaczom udało mu się dopasować go do siebie. Kamizelka w uniwersalnym rozmiarze leżała idealnie, a karabin w dłoni był czymś, od czego szybciej zabiło mu serce.

„DZIĘKI!” — pomyślał w środku, nie wiedząc nawet, jak będzie mógł zrewanżować się za to wszystko, co weteran zrobił dla niego do tej pory.

Czując, że właśnie ten dzień stał się dla niego lepszy, wyszedł z budynku i ruszył w stronę wspólnoty. Nie mógł się doczekać, by zobaczyć Dix i Mike’a. Ciekawe, co powiedzą, widząc go żywego…


160 wyświetlenia0 komentarz