Rozdział XVII - Dotyk

Zakłady chemiczne w Krańcowe były jedynym dużym zakładem, który w starym świecie nie zdążył jeszcze upaść. Ogromny, ciągnący się na półtora kilometra, plac zajmowały hale produkcyjne, magazyny oraz budynki biurowe, które Dziki znał niezwykle dobrze. Od skończenia szkoły to właśnie pracując tutaj, spędzał większość swojego życia. Chociaż od momentu błysku minęło co najmniej kilka lat, to infrastruktura nie poddawała się upływowi czasu. Ogromne zbiorniki stały najeżone setkami rdzewiejących rur, magazyny oraz hale produkcyjne otoczone były ciągle nienaruszonym ogrodzeniem. Na bocznicy zaś stał mały spalinowóz, który rozwoził torami duże ilości półproduktów z różnych miejsc na terenie fabryki. Wszystko to wyglądało dokładnie jak w starym świecie, zapewne ze względu na niewykształconych, którzy skutecznie odstraszali szabrowników od tego miejsca. Zresztą Dzikiemu nie przychodziło wcale do głowy, czego można by tu szukać, nie same zakłady były jednak ich celem.

Na przeciw głównego wejścia zakładów chemicznych z ciągle nietkniętą budką strażnika i opuszczonym szlabanem znajdowała się przyzakładowa przychodnia, w której kiedyś leczono pracowników zakładu. Po pewnym czasie placówkę przemianowano na ogólnodostępny punkt medyczny, przy którym powstała spora prywatna apteka, docelowe miejsce ich podróży.

Kiedy jadąc samochodem, zbliżali się do wejścia, Dziki niemal czuł gęstniejącą atmosferę. Z opowieści słyszał, że zakład chemiczny jest jednym z najniebezpieczniejszych w całym Krańcowie. Sam jednak nie miał okazji zapoznać się z czającymi się tu zagrożeniami, czuł więc, że bagatelizuje zagrożenie. Tego jednak nie można było powiedzieć o jego kompanach, Mike i Maniek już od połowy drogi praktycznie zamilkli, a gdy tylko zobaczyli pierwszy z zakładowych budynków, zaczęli się rozglądać, reagując nerwowo na każdy niespodziewany dźwięk.

Gdy w końcu dotarli na miejsce, zaparkowali samochód na placu przed apteką. Nie wysiedli jednak od razu. Mike ciągle z włączonym silnikiem i rękami na kierownicy obserwował wejście do zakładów, jakby oczekując, że za chwilę coś z niego wypełznie. Po kilku niemych minutach westchnął w końcu i zwrócił się do Mańka i Dzikiego:

— Nie będziemy gasić samochodu, Maniek staniesz w drzwiach i będziesz pilnował tego, co dzieje się na zewnątrz. My z Dzikim wejdziemy i zabierzemy z apteki, co tylko się da.

Maniek przytaknął z ponurą miną.

Gdy tylko wyszli na plac, Dziki poczuł chłód panujący na zewnątrz. Nie wiedząc czemu, miał wrażenie, że niebo tutaj jest znacznie bardziej szare niż w innych częściach miasta. Po chwili zamyślenia wszedł na krypę samochodu po wielką wojskową torbę, do której chcieli spakować leki. Schodząc z samochodu, spojrzał w stronę zakładów chemicznych, szafka z jego rzeczami musiała ciągle tkwić tam nietknięta. Nie miał tam jednak nic na tyle cennego, by warto było ryzykować wejście do środka. Mike w tym czasie dobrał się już do drzwi apteki.

— Chodź, są otwarte.

Dziki zbliżył się powoli. Gdy weszli do środka, poczuł w powietrzu charakterystyczny zapach leków. Podłoga wewnątrz wyglądała na czystą, reklamówki syropów dla dzieci powiewały od podmuchu, który wpuścili. Z tyłu za elegancką drewnianą ladą stały równo ułożone na pułkach syropy i proszki w różnych kolorowych opakowaniach. Wszystko wyglądało tak, jakby za chwilę miała podejść farmaceutka i spytać ich w czym może pomóc. Cała apteka musiała wyglądać jak w dniu błysku.

— Mieliśmy szczęście, że było otwarte, nie musieliśmy siłować się z drzwiami — pomyślał na głos Dziki.

— To nie szczęście — odpowiedział mu niespodziewanie Mike —błysnęło gdzieś około czternastej pięćdziesiąt siedem, wszystkie sklepy są jeszcze o tej godzinie otwarte, a wszystko, co tutaj spotkasz, nawet jeżeli się odnawia, to do stanu z chwili przed błyskiem.

Nie zwlekając dłużej Mike otworzył skobel przy ladzie i przesunął drewniane drzwiczki tak, że dostali się do półek z lekami. Dziki rozłożył torbę na podłodze.

— Co właściwie bierzemy?

— Nie mam pojęcia — stwierdził Mike, krzywiąc się — tak naprawdę znam tylko nazwy proszków od bólu głowy. Ale mocniejsze leki trzymają chyba tu, na dole, w szafkach — powiedział, wskazując na oznaczone alfabetycznie rzędy drzwi. — Spróbujmy zabrać jak najwięcej różnych rzeczy, nie wiadomo, co może się przydać. Torba jest spora, a jak nic się nie będzie działo, to upchamy jeszcze na tył samochodu.

Dziki przytaknął i otworzył pierwszą parę drzwi, wyciągając jakieś opakowanie. „Mykodermina” — przeczytał w myślach i wrzucił parę opakowań do torby. „Polfungicid” — przeczytał dalej i wrzucił kolejnych parę opakowań do torby, mając nadzieję, że trafi na coś przydatnego. Wertowanie każdej ulotki z osobna byłoby zbyt czasochłonne. „Ospamox… to chyba kiedyś brałem” — przypomniał sobie i wrzucił kolejne opakowania do torby.

W tym czasie Mike nie bawił się nawet w czytanie nazw, wrzucał po prostu po kilka różnych leków naraz, licząc pewnie, że w dużej ilości trafi na coś użytecznego. Maniek czekał skulony przy drzwiach, nerwowo trzymając pistolet w dłoni.

— Wiesz co, przenieśmy to na pakę i zabierzmy drugą torbę — stwierdził Mike, dosypując kolejną partię leków, tak że torby nie dałoby rady już zasunąć.

Dziki skinął głową i złapał za jedno z uszu, torba nie ważyła wiele, pomimo tego, że wypełnili ją po brzegi. Maniek zrobił im miejsce, wychodząc na plac.

— Mam wrażenie, że coś kręci się do po zakładzie — szepnął do nich, przygryzając nerwowo wargę.

— Jasne, że się kręci, ważne żeby... — słowa Mike’a utonęły w głośnym dźwięku uderzania czegoś o podłogę.

—To ze środka — stwierdził retorycznie Maniek i dał krok w stronę samochodu. — Spadajmy stąd —wyszeptał w ich stronę.

— Oszalałeś — skarcił go natychmiast Mike — wiesz, ile towaru tam zostało? Nie wrócimy z jedną torbą leków, które jeszcze pewnie są gówno warte, bo wrzucaliśmy jak leci. Musimy przynajmniej sprawdzić, może to tylko jakiś niegroźny specjalista.

Maniek pokręcił głową, ale odstąpił od drzwi auta. Dziki, nie czekając, wyciągnął z samochodu dwie siekiery, podając jedną Mike’owi.

— Nie będziemy robić hałasu — skwitował.

— Widzisz, jak szybko się uczysz — stwierdził z uśmiechem Mike, przyjmując siekierę.

Zbliżyli się do drzwi, okazało się, że w środku apteki coś zaczęło dość mocno się szamotać i wywracać jakieś drobne rzeczy. Mike wszedł pierwszy, a Dziki tuż za nim, źródła dziwnego hałasu nie musieli długo szukać. Na końcu półek z lekami znajdowało się wejście do pomieszczenia personalnego. Kiedy weszli tu po raz pierwszy, było zamknięte. Teraz w wyważonych drzwiach stała karykaturalna postać mężczyzny we flanelowej koszuli. Niewykształcony miał olbrzymie dłonie porośnięte grubą jak kurtka skórą, którymi z całej siły ściskał swoją już i tak odkształconą głowę.

— Specjalista? — spytał niepewnie Dziki.

— Chyba — szepnął Mike.

Stwór zdawał się zajęty walką z samym sobą, bo nie zwrócił nawet uwagi, gdy weszli. Rzucał się ciągle, próbując zmiażdżyć własną głowę olbrzymimi rękoma.

— Jeżeli tak bardzo chce opuścić ten świat, może warto mu pomóc — stwierdził Mike i obracając siekierę w ręce, zbliżył się do lady. Gdy tylko jednak przekroczył jej linię, bestia spojrzała się prosto na niego i krzyknęła:

— TY NIE ROZUMIESZ, WY NIC NIE ROZUMIECIE!

Mike zatrzymał się niepewnie, wciąż z siekierą przygotowaną do uderzenia, ale niewykształcony nie czekał na zaproszenie. Puścił głowę i jedną ręką rąbnął Mike’a w tors. Cios był niewyobrażalnie silny, bo Mike mimo swojej potężnej postury padł jak długi na podłodze przed ladą. Niewykształcony wychylił się za nim i swoją wielką ręką przycisnął jego głowę do ziemi.

— TY NIE ROZUMIESZ, JEDEN Z WAS DZISIAJ ZGINIE.

— A coś ty taki łaskawy?! — ryknął Dziki i zamachując się od tyłu, rąbnął bestię siekierą w łeb. Niewykształcony stał przez chwilę nieruchomo z ostrzem wbitym w głowę, po czym wyszeptał:

— Nie powinieneś był…

Po czym upadł, przyciskając swoim truchłem Mike’a do ziemi.

— Zdejmijcie go, duszę się — krzyknął Mike, ledwo łapiąc powietrze.

Maniek, który przybiegł z dworu, dopadł się razem z Dzikim do ciała niewykształconego. Istota była niewyobrażalnie ciężka, a jeszcze dziwniejsze było to, że gdy obrócili go na bok, z jego głowy zamiast krwi posypały się opiłki metalu.

— Pierwszy raz coś takiego widzę — stwierdził Maniek, przyglądając się truchłu.

Mike poderwał się z ziemi.

— Panowie, szkoda czasu, mnie jedno spotkanie starczy — warknął, po czym dopadł się do pułki z lekami i zaczął pośpiesznie napełniać reklamówki, które leżały za ladą.

Dziki i Maniek zrobili to samo, ładowali cokolwiek, byle do pełna i biegiem wrzucali na krypę samochodu. Po kilku kursach Maniek wrócił już tylko z jedną siatką, w tym chaotycznym biegu opróżnili cały front aptek .

— Myślicie, że z tyłu mają jakiś magazyn? — spytał niepewnie Mike, zerkając na wyważone przez niewykształconego drzwi.

— Chyba tak — potwierdził Dziki — często jak kasjerka nie mogła czegoś znaleźć, to wchodziła przez te drzwi na tył.

— Będziemy ryzykować? — spytał Maniek, patrząc się pytająco na Mike’a.

— I tak już podjęliśmy walkę, może był tylko jeden. — Mike zbliżył się powoli do wyrwanych drzwi, Maniek, choć z widoczną niechęcią, zrobił to samo.

Dziki został przed ladą, nie chcąc blokować im drogi ucieczki, gdyby jednak było tam coś gorszego. Po chwili obydwaj towarzysze zniknęli za drzwiami, a on został jedynie w towarzystwie martwego niewykształconego. Mimowolnie spojrzał na rozłupaną przez siebie głowę. Nie było widać ani kropli krwi, z wyrwy, którą ostrze zrobiło w głowie potwora, kapały strugi czegoś, co wyglądało jak topiąca się cyna.

— Jest jeszcze parę pudełek — powiedział Mike, wychodząc z pomieszczenia, trzymając w rękach spory karton leków.

— I baniak wody w automacie, ale nie wiem, czy warto się pierdolić — stwierdził Maniek, idąc tuż za nim.

— Dziki, wejdź tam i zabierz resztę — dodał po chwili.

Dziki ruszył do wyrwanych drzwi i wszedł do środka, w pokoju socjalnym była wygodna kanapa, automat z wodą i telewizor. Pod drzwiami zaś stało kilka kartonów leków, widać w dniu błysku apteka musiała przyjąć dostawę. Podniósł jedno z pudełek i ruszył do wyjścia.

Gdy wyszedł zza lady i przechodził koło niewykształconego, poczuł dziwne szarpnięcie. Przez chwilę myślał, że nieuważnie potknął się o ciało potwora, gdy jednak spróbował poruszyć nogą, poczuł, że coś ją blokuje. Podniósł karton z lekami i jego serce zamarło. Niewykształcony trzymał swoją ogromną ręką jego kostkę.

— Co jest, Dziki? — spytał Mike, który wracał z dworu, musiał bowiem dostrzec przerażenie na twarzy kompana.

Dziki nie zdążył jednak nic powiedzieć, Mike spojrzał w dół i zaklął głośno, bestia wsparła się na drugiej ręce i podniosła głowę. Z dziury po siekierze wylewała się jej na twarz ta srebrzysta przypominająca cynę substancja.

— Siekiera — krzyknął Mike i wskoczył za ladę. Gdy ładowali leki, odłożyli broń, żeby nie przeszkadzała.

Dziki puścił pudełko z lekami i spróbował wyrwać nogę z uścisku, miał jednak wrażenie, że im bardziej szarpie, tym bestia mocniej ściska jego kostkę.

— MÓWIŁ.... ŻE ...NIE. WY… — niewykształcony próbował coś powiedzieć, ale srebrna substancja zalewała mu usta.

Dziki spojrzał w jego oczy, które zrobiły się czarne i szkliste, po chwili zaś zlały się, tworząc jedno duże, jak u cyklopa.

— Uważaj — krzyknął Mike, wybiegając z siekierą zza kontuaru.

Niemal natychmiast zamachnął się i z całej siły rąbnął niewykształconego w rękę, ostrze siekiery wbiło się jednak zaledwie centymetr w te grubą skórę.

W tym samym momencie do apteki wbiegł Maniek, bez ceregieli wyciągnął pistolet i strzelił niewykształconemu w zalewającą się srebrem twarz. Kula jednak odbiła się rykoszetem.

— Siekiera — krzyknął Mike, a Maniek wpadł za kontuar.

Po chwili raz za razem obydwaj bili ostrzami w przedramię niewykształconego.

Dziki szarpał przeraźliwie nogą, słysząc głuche uderzenia. Srebro na twarzy istoty przestało się wylewać i zaczęło twardnieć, ciemniejąc. Oko, które było teraz całe czarne, rozciągnęło się na boki, wchodząc w te dziwaczną metaliczną strukturę. Dzikiemu ten widok przypomniał coś, co już kiedyś widział, przez chwilę przestał się wyrywać, bo jego serce wyrywało się za niego.

— Delimer! — wrzasnął przerażony.

W tym momencie kolejne uderzenie Mańka odcięło rękę bestii. Dziki, choć wolny, nie był w stanie poruszyć się nawet o centymetr. Maska spawalnicza na twarzy niewykształconego ukształtowała się już w pełni, gruba skóra, która wcześniej pokrywała tylko jego ręce, rozciągnęła się na resztę ciała. Delimer wyprostował się powoli przed Dzikim, prawie dotykając głową sufitu, choć leżący tu wcześniej niewykształcony był dużo niższy. W tym momencie Dziki poczuł szarpnięcie do tyłu. Pociągnięty przez Mike’a rzucił się w stronę wyjścia. Maniek, który uciekł jako pierwszy, wpadł za kierownicę furgonetki. Mike wepchnął Dzikiego od strony pasażera i nie zdążył jeszcze dobrze wsiąść, gdy Maniek wcisnął pedał gazu. Dostawczak wypadł z bramy, wysypując z niedomkniętej krypy luźno leżące leki.

Jechali, zostawiając za sobą oddalającą się aptekę. Dziki nie mógł uwierzyć w to, co stało się przed chwilą, nie było mu jednak dane zastanowić się nad tym nawet przez chwilę. Gdy tylko odjechali poza teren przyzakładowy, Maniek zatrzymał z piskiem samochód.

— Co ty wyprawiasz? Jedź! — krzyknął Mike, ale Maniek nie ruszył.

Sięgnął szybkim ruchem do kieszeni i wyciągnął pistolet, mierząc w stronę siedzącego po środku Dzikiego.

— Co ty wyprawiasz?! —ryknął Mike, łapiąc Mańka za rękę.

— Dotknął go delimer, tak będzie lepiej, trzeba to szybko załatwić — krzyczał Maniek, szarpiąc się.

Wtedy dopiero do Dzikiego dotarło, co się właściwie stało, fala strachu przelała się przez jego ciało, a w ustach poczuł niesamowite mdłości. Został dotknięty przez delimera, teraz bestia będzie go ścigała już zawsze... dopóki nie zabije. Poczuł, że zaraz się porzyga. W międzyczasie Mike wyszarpał Mańkowi pistolet z ręki.

— Oszalałeś, maniek — krzyknął Mike, ściskając broń.

— On jest martwy, Mike! Jeżeli zabierzemy go do wspólnoty, ściągnie za sobą delimera. Chcesz, żeby zginęło więcej ludzi?

Mike pokręcił głową.

— Nie, jedziemy samochodem. Mamy nad nim sporą przewagę. Zabierzmy Dzikiego do wspólnoty, może Krzak coś wymyśli — wykrzyczał, starając się, by brzmiało to pewnie, ale nie był w stanie ukryć przerażenia w głosie.

Maniek wzbraniał się przed ruszeniem, ale Mike chwycił za pistolet i wycelował mu głowę.

— Ruszaj, albo rozpieprzę ci łeb.

Maniek musiał stwierdzić, że Mike jest w amoku, bo ruszył do przodu, wyciskając z silnika ostatnie poty. Drogę do wspólnoty pokonali w kilka minut. Maniek nie dał nawet szansy, by strażnik przejechał autobusem, otwierając bramę. Gdy tylko byli przed wejściem, wyskoczył z samochodu i po linie wspiął się na górę autobusu.

— Dotknięty, on jest dotknięty! — wykrzyczał, kiedy tylko znalazł się na placu.

— Uważaj, Dziki, teraz mogą się tutaj dziać bardzo dziwne rzeczy, trzymaj broń w pogotowiu i bądź gotów jej użyć — wypalił Mike, wciąż przerażonym głosem.

Autobus przed nimi cofnął się, a Mike siadając na miejscu kierowcy wjechał przez przejście na plac. Wrzawa, której narobił Maniek, ściągnęła mieszkańców wspólnoty na zewnątrz. Dziki zobaczył, że ludzie zbliżają się do samochodu. Krzak wyłonił się ze swojego biura, przechodząc przez tłum.

— Co się tu dzieje? Co to za wrzaski, Maniek? — krzyknął, próbując doprowadzić podwładnego do porządku.

Ten przekrzykując lidera, wrzeszczał w stronę tłumu:

— Delimer dotknął Dzikiego, a Mike kazał zabrać go tutaj, bestia zaraz tu będzie i wykończy nas wszystkich!

Wzrok zebranych skupił się na dostawczaku, po chwili ciszy do słuchających dotarło, co właściwie wykrzyczał Maniek.

— Wyrzucić ich!!! — krzyknął nagle ktoś z tłumu i nagle cała fala przekleństw poleciała w ich stronę, ale wtedy ktoś wystrzelił w powietrze.

— DOŚĆ!!! — ryknął Krzak, opuszczając broń, po czym zbliżył się do samochodu.

— Daj trochę do tyłu, Mike, chcę z wami porozmawiać — Krzak wypowiadał się spokojnie, choć jego oczy zdradzały, że sam jest zszokowany tą sytuacją.

Mike cofnął samochodem pod sam autobusowy mur. Krzak przepchnął go na bok, siadając na miejscu kierowcy.

— Co się tam właściwie stało, to na pewno był delimer? — spytał wciąż spokojnie, choć ręce mu drżały.

— Nie wiem, pierwszy raz coś takiego widziałem — stwierdził Mike, panicznie wodząc wzrokiem po kokpicie samochodu. — Najpierw byłem pewien, że to zwykły niewykształcony, ale gdy myśleliśmy, że go zabiliśmy, on zaczął się przemieniać i na koniec wyglądał całkiem jak delimer z maską i tym ogromnym cielskiem.

Krzak pokiwał głową, choć widać było, że nie zachwyciło go to, co usłyszał.

— To był rodzący się delimer, Dix opowiadała mi kiedyś o nich, podobno natknęli się kiedyś na jednego.

— No i co teraz, Krzaku? Dziki jest jednym z nas, przecież nie możemy go tak zostawić… — powiedział Mike błagalnym głosem.

Serce Dzikiego waliło jak oszalałe. Fakt, że mówili o nim, zupełnie ignorując jego obecność, sprawiał, że powaga tej sytuacji przygniatała go jeszcze bardziej. Czuł, że zaraz tego nie wytrzyma. Krzak oparł zrezygnowany ręce na twarzy.

— Porozmawiam z nimi. Armia Daniela pokonała delimera, my też mamy broń i do tego mury, ja spróbuję ich przekonać. — Jego głos zdradzał jednak, jak bardzo czuł się bezsilny w tej sytuacji.

Krzak wyszedł z samochodu. Kiedy zbliżył się do zebranego tłumu, wrzawa natychmiast stała się głośniejsza.

— Wyrzuć ich stąd! Na co czekasz? Delimer zaraz tu będzie!

— CISZA! — ryknął Krzak, unosząc ręce, by uciszyć zebranych. — To prawda, Dziki został dotknięty, wolę żebyście usłyszeli to ode mnie z potwierdzonego źródła, bo widzę, że byle krzykacz potrafi was zmusić do wydawania sądów na swoich. — Krzak spojrzał z wyrzutem na Mańka, który spuszczając głowę, starał wcisnąć się w tłum. — Dziki został dotknięty, robiąc coś dla was, pojechał po leki, których potrzebowaliście, by wasi bliscy nie padli martwi na choroby, które na pewno ich nie ominą. — Zrobił tutaj przerwę, badając nastroje, niektórzy mieli dość niepewne wyrazy twarzy, więc kontynuował: — Dziki jest jednym z nas, jest częścią wspólnoty, każdy z nas oczekiwałby pomocy w takiej sytuacji. Armia Daniela pokonała delimera, więc my...

— Czy ty się z dupą zamieniłeś na mózgi? — przerwał mu Ostry, wychodząc naprzeciw wszystkich. — Chcesz, żeby delimer tu przyszedł i pozabijał nas wszystkich?!

— Chcę, żebyście spełnili swoją powinność jako wspólnota — krzyknął Krzak w stronę Ostrego, ale tłum stanął za nim murem. Głośne buczenie i wyzwiska poleciały w stronę Krzaka.

— Jak chcesz, to idź sobie sam walcz z delimerem! Nikt nie będzie zdychał za twoich pupili! Wyrzucić ich wszystkich!

— Dziki, to się nie skończy dobrze. — Mike spojrzał w jego stronę. — Musimy się stąd zabierać.

Słowa Mike’a docierały do niego jak z opóźnieniem, wszystko, co działo się przed nim, było jak kolejny koszmar, z którego nie mógł się obudzić. Dopiero co zdążył przyzwyczaić się do tego świata, powoli odnajdywać w nim swoje miejsce, a nagle spadł na niego nieubłagany wyrok śmierci.

Jakie to miało teraz znaczenie, ich krzyki pomsty, nawoływania. Co za różnica, kto zakończy jego żywot, co oni mogli mu zrobić gorszego od tego, co już go czeka. Fala bezsilnej złości przelała się przez niego. Odruchowo ścisnął mocniej pistolet, mając ochotę strzelić w ten tłum sukinsynów, jego dawnych towarzyszy, którzy teraz chcieli się go pozbyć jak chorego psa.

Narastający hałas przedzierał się coraz bardziej przez myśli Dzikiego, niczym młot wbijając mu się w czaszkę, Krzak nie był już w stanie powstrzymać tłumu, dawni towarzysze zbliżali się do nich, krzycząc, by wynosili się ze wspólnoty.

— Co robimy, Dziki?! — spytał panicznie Mike, biegając wzrokiem od Dzikiego do tłumu.

Ale on nie był w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji, gromada doskoczyła do nich, waląc w szyby samochodu, ktoś złapał za drzwi od strony pasażera i otworzył je szarpnięciem.

— Wynoś się!!! — ryknął Ostry, łapiąc Dzikiego za kurtkę.

Dziki nie czekał nawet sekundy i natychmiast przycisnął mu pistolet do głowy. Ostry pobladł momentalnie i puścił kurtkę, po czym przewrócił się do tyłu, jakby już został postrzelony.

— Zabijcie go — powiedział drżącym głosem — na co czekacie, strzelać.

Kilka osób uniosło broń do góry, ale nim zdążyli oddać pierwsze strzały, Mike wcisnął gaz i uderzył w tłum, kilka osób odbiło się od samochodu na boki, Dziki miał wrażenie, że musieli też po kimś przejechać. Mike nie tracąc czasu, wrzucił wsteczny i wyjechał przez ciągle otwartą bramę. Dziki usłyszał pierwsze strzały, kule świsnęły, trafiając w maskę samochodu i rozbijając chłodnicę, z której buchnęła para.

Minęli bokiem wieżę defektu, której mieszkańcy stali na placu, obserwując całą sytuację. Mike obrócił samochód i ruszyli drogą.

Przez dłuższą chwilę żaden się nie odzywał. Dziki był pewien że Mike musi mieć w głowie niemniejszy mentlik niż on teraz. Minęli zakręt i wjechali w małą osiedlową uliczkę pełną starych jednorodzinnych domków i blaszanych ogrodzeń.

Mike odetchnął ciężko, wciąż kurczowo trzymając się kierownicy.

— Nie jest dobrze, Dziki, delimer… — Mike wzdrygnął się, wymawiając nazwę niewykształconego — …na pewno jest już w pobliżu. Nie zyskaliśmy wiele czasu i...

— Wracaj do wspólnoty — przerwał mu Dziki.

— O czym ty mówisz? Rozerwą nas...

— Mnie, ty nie masz z tym nic wspólnego, to ja zostałem dotknięty...

— Dziki, nie zostawię cię, musimy…

— Mike, do cholery — krzyknął Dziki, przerywając przyjacielowi — to koniec!!! I nie próbuj nawet pieprzyć czegoś w stylu, że wymyślimy coś. On mnie dopadnie i zabije, a jeżeli będziesz przy mnie, to ciebie też.

— Stary .... — zaczął jeszcze raz Mike zrezygnowany, ale Dziki przerwał mu ponownie.

— Nie chcę, żebyś musiał patrzeć, jak umieram. Wiesz dobrze, że tego nie powstrzymamy. Być może palnę sobie w łeb, zanim ta bestia mnie dopadnie, przynajmniej nie będę się męczył jak tamten banderowiec na Zatorzu. — Dziki poczuł, jak ogarnia go przerażająca niemoc. Te słowa wydawały się tak nierealne, a jednak wypowiadał je. Jak można było w ogóle rozważać coś takiego.

Mike kręcił głową z załamaną miną, nie będąc w stanie powiedzieć słowa.

— Mike, zrobiłeś dla mnie więcej niż ktokolwiek, dzięki tobie przetrwałem tu pewnie nawet dłużej, niż powinienem i już nie zdołam ci się za to odwdzięczyć. Byłbym ostatnim dupkiem, gdybym jeszcze narażał cię po czymś takim. — Dziki starał się brzmieć jak człowiek pogodzony ze swoim losem. Za wszelką cenę chciał, by Mike odjechał, choć w środku czuł, że zaraz się załamie. — Dobrze wiesz, że już po mnie, ciesz się, że możemy się chociaż pożegnać.

Dziki wyciągnął do Mike’a rękę, a ten podciągnął go w swoją stronę i uścisnął. Trwali tak przez chwilę, jakby widzieli się po raz ostatni i smutne było to, że prawdopodobnie właśnie tak było.

— Stary, tak mi przykro — wydusił z siebie Mike, łamiącym się głosem.

— Jeszcze raz dzięki za wszystko. — Dziki wyszedł z objęć kompana i złapał za klamkę. ale Mike zatrzymał go jeszcze przez chwilę.

— Idź do mojego starego mieszkania, zgromadziłem tam zapasy na wypadek, gdyby coś we wspólnocie poszło nie tak. Bierz, ile tylko chcesz.

Dziki skinął głową i miał już wychodzić, gdy przypomniało mu się coś jeszcze.

— Mike, jeżeli natkniesz się na autobus do wolności, przeproś ode mnie Oli, za to że nie dotrzymałem obiet.... — słowa stanęły mu w gardle szarpnął za klamkę i wypadł na zewnątrz.

Mike krzyknął coś za nim, ale już nie słuchał, biegł, ile sił w nogach, mijając osiedle, do którego wjechali, skręcił na jedno z podwórek i upadł oparty o mur. Łzy nabiegły mu mimowolnie do oczu.

„Zajebisty koniec” — pomyślał, tłukąc nerwowo pięściami o swoje kolana. Z oddali dobiegł go warkot samochodu, Mike musiał odjechać. „Może wróci do wspólnoty, w końcu to nie o niego chodziło. Na samochodzie ciągle były leki, mógł przecież wrócić... leki były im potrzebne”.

Podniósł się powoli i poczuł, że nachodzi go dziwna fala obojętności, to było tak nierealne. Skąd ta bestia mogłaby wiedzieć, że on tu jest, tyle czasu minęło. Apteka nie była daleko. Gdyby delimer go ścigał, powinien już tutaj być, może to był jakiś inny niewykształcony, tylko bardzo podobny. Przez chwilę Dzikiego naszła myśl, by wrócić do wspólnoty zaraz za Mikiem i spróbować wyjaśnić, że może to była pomyłka...

Ale teraz i tak nikt by go nie posłuchał, wszyscy byli przerażeni i wściekli, może jakby udało mu się przeczekać parę dni, zaszyć się gdzieś. Gdyby zobaczyli, że delimer go nie ściga, może przyjęliby go z powrotem. Był w końcu nie byle jakim członkiem wspólnoty, Krzak bardzo go cenił, chciał nawet by inni stanęli w jego obronie.

„Muszę to przeczekać” — pomyślał — „upewnić się, czy to był on — stwierdził Dziki.

Gdy udało mu się pozbierać myśli, postanowił pójść do starego domu Mike’a, nieopodal osiedla kolejowego. Skoro były tam ukryte zapasy, miejsce musiało być w miarę bezpieczne. Dziki podniósł się i trzymając pistolet zaciśnięty w ręce, ruszył przez furtkę na ulicę.

Szedł spokojnie brukowaną drogą, mijając praktycznie nietknięte budynki. Często zastanawiało go, dlaczego im dalej od centrum, tym mniej zniszczone wydawało się Krańcowo. W tych domach mogło tkwić wiele naprawdę użytecznych przedmiotów.

„Może szabrownicy na obrzeżach są bardziej ostrożni? Albo domy były pełne gospodarzy i nikt nie chciał ryzykować spotkania z nimi...”

Dziki wrócił w pobliże torów, w oddali zobaczył wznoszącą się nad budynkami wieżę ciśnień.

Zrobiło mu się smutno na myśl o Dix, zastanawiał się, co by zrobiła, gdyby dowiedziała się, że został dotknięty. Jak bardzo by się przejęła? Czy po prostu stwierdziłaby, że takie rzeczy się tu zdarzają. Odgonił nachodzące go złe myśli, bo w oddali zauważył już kamienicę, w której znajdowało się mieszkanie Mike’a. Stary, od dawna wymagający remontu, budynek stał otoczony przez metalowe garaże, Mike wynajmował tam kawalerkę ze względu na niski czynsz i była to chyba jedyna zaleta tego miejsca.

Dziki pchnął stare drewniane drzwi i wszedł na zimną ciemną klatkę, zapach wilgoci unosił się w powietrzu, mieszając się ze smrodem zgnilizny bijącym spod najbliższych drzwi. Dziki zatrzymał się przezornie, nasłuchując, czy w którymś z mieszkań na parterze nie czai się gospodarz. Stał przez kilka minut, czując przenikający z wnętrza chłód, ale kamienica wydawała się pusta. Było tak cicho, że na pewno usłyszałby kroki z najbliższych mieszkań, zwłaszcza że gospodarze nie zachowywali się cicho.

Jedną ręką złapał za metalową poręcz, bo schody były bardzo strome, drugą zaś wyciągnął z bronią przygotowaną do strzału i ruszył powoli na górę. Kawalerka Mike’a znajdowała się na drugim piętrze, nim jednak wszedł do środka przez zniszczone brązowe drzwi, odczekał chwilę, nasłuchując ewentualnego gospodarza. Gdy jednak ponownie nie usłyszał żadnego dźwięku, wszedł do środka.

Mieszkanie Mike’a nie zmieniło się ani trochę, przez ciasny przedsionek wchodziło się od razu do kuchni, z której można było dostać się do pokoju i łazienki. Kuchnia wyglądała, jakby ktoś korzystał z niej przez dłuższy czas. Stół w kraciastą czerwoną ceratę pełen był brudnych talerzy i szklanek, większość szafek była otwarta i świeciła pustkami. Dziki zląkł się nawet, że ktoś mógł dobrać się do zapasów jego kompana, ale po chwili stwierdził, że Mike nie byłby tak głupi i nie trzymałby zapasów w tak oczywistym miejscu, jak kuchenna szafka.

Wszedł więc do pokoju, bo w łazience i tak nie byłoby miejsca na ukrycie czegokolwiek. Pokój Mike’a przypominał ciągle pokój nastolatka, na ścianach wisiały plakaty z jego ulubionych gier, łóżko w rogu przykryte było kocem z rysunkiem barbarzyńskiej wojowniczki o ogromnych piersiach. W drugim kącie zaś stała największa duma Mike’a: jego komputer, który pieszczotliwie nazywał bestią, bo pożerał nawet gry o największych wymaganiach.

Dziki ruszył prosto do dużej szafy przy ścianie i zaczął szukać w niej zapasów, ale oprócz ubrań, płyt z grami i muzyką oraz całej masy gadżetów gameingowych nie znalazł nic. Następnie przeszukał biurko i okolice komputera, ale tam też nic nie znalazł, zrezygnowany usiadł na łóżku i wtedy doszło do niego coś dziwnego.

Nigdy nie siadał na łóżku i nigdy nie widział tego koca, bo Mike nigdy nie ścielił łóżka…

Wstał i uchylił schowek na pościel pod siedziskiem. W środku na równo ułożonym prześcieradle leżała kołdra i poduszki. Dziki wyciągnął je, odsłaniając schowek. Pod pościelą leżały konserwy, sucharki, butelki z colą i wodą, parę puszek energetyków, nie za wiele, ale na kilka dni powinno starczyć. Z szafy wyciągnął stary plecak Mike’a jeszcze z czasów szkoły i zapakował do niego, ile dał radę. Z tego, co pozostało, postanowił zrobić sobie kolację.

Kiedy usiadł tak spokojnie w dobrze znanej sobie kuchni i cieszył się smakiem tego wykwintnego jak na Krańcowskie warunki jedzenia, poczucie zagrożenia zupełnie minęło. Wszystkie wydarzenia ze wspólnoty i sprzed apteki stały się tak irracjonalnie odległe, że prawie zrobiło mu się głupio po tym ckliwym pożegnaniu z Mikiem. Dziki najbardziej żałował jednak, że nie ma przy sobie zegarka, bo trudno było mu określić, jak długo tkwi już w mieszkaniu Mike’a. Popijał ostatnie łyki energetyka z puszki, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że gdyby cokolwiek go ścigało, już dawno musiałoby tutaj być. Znudzony zaczął nawet zastanawiać się, jak przygotować mieszkanie na noc. Zanim ruszy do wspólnoty, by wyjaśnić całą sytuację musi minąć przynajmniej jeden dzień, by jej mieszkańcy utwierdzili się w przekonaniu, że zagrożenie było wyolbrzymione przez Mańka.

— Właśnie... Maniek — Dziki z lubością wyobraził sobie głupią minę, jaką zrobi Maniek po jego powrocie, gdy okaże się, że prawie doprowadził do linczu, nie mając realnego powodu. Dziki obiecał sam sobie, że przy pierwszej okazji znokautuje go na samym środku wspólnoty.

Zamyślenie przerwał Dzikiemu niespodziewany dźwięk. Z przerażeniem spojrzał w stronę okna, na zewnątrz ktoś wystrzelił. Nie mógł się mylić, w nowym świecie słyszał więcej odgłosów strzału niż kiedykolwiek wcześniej, to był strzał.

Skulony zbliżył się w stronę okna, to mogło być cokolwiek. Najbardziej obawiał się, że jacyś uzbrojeni psychole przyszli akurat przeszukać kamienicę. Ale po co i do czego strzelali.

Dziki wychylił się powoli za parapet i spojrzał w dół. Na pustej drodze stała jakaś postać, z bronią wzniesioną do góry. Dziki przyjrzał jej się uważnie, miała na sobie czarną maskę gazową i równie czarny strój, jaki nosili na sobie antyterroryści w amerykańskich filmach. Postać patrzyła się prosto w stronę okna, z którego się wychylał się Dziki.

Nie mógł tego zrozumieć, przecież tylko Mike wiedział, że tu jest. Może to był jakiś jego znajomy weteran? Dlaczego więc dawał o sobie znać w tak głośny sposób? Może chciał zwrócić na siebie uwagę? Tylko po co? Dziki wychylił się tak, by postać na dole mogła go zauważyć, ale też by mógł cofnąć się, gdyby postanowiła do niego strzelić. Gdy tylko jednak stał się widoczny, tajemniczy przybysz opuścił broń i wskazał na coś ręką.

Dziki spojrzał we wskazanym kierunku i poczuł, jak przelewa go fala strachu… U szczytu drogi, z kierunku wskazanego przez obcego, zbliżał się delimer. Nieśpiesznym ciężkim krokiem bestia kroczyła prosto w stronę kamienicy. Dziki odpadł od okna na podłogę i poczuł jak ze strachu trzęsie mu się całe ciało.

— Boże, on tu idzie!!! — nie wiedział, co zrobić, ale nie mógł czekać. On tu na pewno przyjdzie.

Wbiegł do pokoju Mike’a i złapał plecak z zapasami, potem pędem zbiegł na dół i wybiegł przez drewniane drzwi.

Delimer zbliżał się powoli do kamienicy, widok Dzikiego wypadającego z wnętrza budynku nie wpłynął na niego w jakiś szczególny sposób. Tym samym, nieśpiesznym tempem maszerował w jego stronę.

Tajemniczy mężczyzna wychylił się z bocznej drogi, krzycząc:

— TUTAJ!

Dziki pobiegł w jego stronę, nieznajomy ruszył drogą, którą jeszcze w starym świecie nigdy nie miał okazji iść. Mijali pędem Krańcowskie slumsy pełne ruderowatych drewnianych budynków i wielorodzinnych małych kamieniczek, które wyglądały nawet gorzej niż ta, w której mieszkał Mike.

Biegli tak przez dłuższy czas. Dziki miał wrażenie, że zaraz wypluje płuca, ale obcy nie zwalniał nawet trochę. Budynki w okolicy zaczęły się zmieniać, w oddali widział wyrastające bloki, musieli zbliżać się do centrum, choć Dziki nie znał tej drogi. Dopiero po kolejnych kilkuset metrach postać zatrzymała się w końcu.

Dziki usiadł, opierając się o ścianę jakiegoś małego sklepu z chemią, nigdy jeszcze nie biegł tak szybko i tak długo.

— Pechowy dzień? — spytał obcy męskim głosem przytłumionym przez pochłaniacz maski.

Dziki nie odpowiedział, wciąż z ledwością łapiąc powietrze. Mężczyzna podał mu butelkę z wodą, którą wyciągnął ze swojej kamizelki. Dziki złapał pośpiesznie kilka łyków i poczuł, jak w głowie mu się przejaśnia.

— Dzięki... — wybełkotał dysząc ciężko, mężczyzna skinął głową i usiadł obok niego, opierając się o ścianę. — Powiedz, przysłał cię Mike? Jesteś jakimś jego znajomym?

— Nie — odpowiedział krótko mężczyzna.

Dzikiego trochę to zaniepokoiło, przez maskę nie mógł odczytać nic z jego twarzy, a fakt, że nie przysłał go Mike, budził w nim lekki niepokój.

— Podejrzewam też, że się nie znamy, bo już dawno byś się przedstawił. Skąd wiedziałeś, że jestem tam w kamienicy?

Mężczyzna odwrócił się w jego stronę, czarna maska i strój nadawały mu dziwny, złowieszczy wygląd, a jego następne słowa jeszcze bardziej zaniepokoiły Dzikiego:

— Śledziłem cię — odpowiedział krótko.

— Dlaczego? — spytał badawczo Dziki, sięgając powoli ręką do kieszeni kurtki, gdzie trzymał pistolet.

— Z ciekawości — odpowiedział mężczyzna — usłyszałem tę wrzawę we wspólnocie, a potem zobaczyłem, jak odbiegasz z płaczem od samochodu…

Ta odpowiedź jeszcze bardziej zaniepokoiła Dzikiego. Z ręką w kieszeni zaciśniętą na broni podniósł się i zrównał z mężczyzną.

— Jeszcze raz dzięki za pomoc, ale jeżeli kombinujesz coś, to gwarantuję ci, że jestem ostatnim przeciwnikiem, z którym chcesz się mierzyć. Jak za pewne widziałeś, mam wyrok śmierci na głowie, ten delimer ściga mnie, więc nie mam wiele do stracenia.

— Domyśliłem się — odpowiedział mężczyzna, patrząc w stronę drogi, z której przybiegli. — Sam nigdy nie pofatygowałby się tutaj, musiał kogoś ścigać.

— No właśnie, więc jak zapewne rozumiesz, nie mam wiele czasu. Muszę iść dalej. — Dziki minął mężczyznę i ruszył w stronę centrum, gdy usłyszał wołanie.

— W najlepszym wypadku zawsze będziesz miał godzinę — zawołał za nim nieznajomy.

Dziki zatrzymał się, słuchając tego, co mówi.

— Delimer przyśpiesza, gdy znajduje się daleko od ciebie i zwalnia, gdy jest już blisko. Jeżeli zaczniesz uciekać przed nim z najdalszego punktu w Krańcowie, to dochodząc do przeciwległego końca miasta, będziesz miał godzinę, żeby zjeść i się przespać.

— Skąd to wiesz? — spytał Dziki, odwracając się w stronę postaci.

— Wiem sporo więcej i wiem też, że będziesz miał problem. Pierwszy dzień jeszcze jakoś minie, ale co potem? Kolejne dni przerywanego snu sprawią, że będzie ci coraz trudniej wstawać na czas i uciekać. Nie mówiąc już o tym, że będziesz musiał szukać w międzyczasie jedzenia i wody.

Dziki poczuł przerażenie i jednocześnie irracjonalny gniew na tego mężczyznę. Choć czuł, że to, co mówi, jest prawdą, ta prawda nie podobała mu się ani trochę.

— Więc co mam zrobić? Strzelić sobie w łeb?

— To też jest wyjście— odpowiedział chłodno mężczyzna.

Dziki był wściekły, czyżby ten sukinsyn liczył na to, że się załamie i skończy ze sobą tutaj? Pewnie chciał potem szabrować jego ciało, nie brudząc sobie przy tym rąk, niedoczekanie.

— Mimo wszystko spróbuję iść dalej — odpowiedział, starając się brzmieć pewnie.

— Oferuję ci pomoc — powiedział niespodziewanie mężczyzna.

— Jak to? — spytał Dziki, nie mogąc zrozumieć intencji obcego.

— Po prostu zawrzyjmy umowę. Będę ci pomagał przedzierać się przez Krańcowo, szukać jedzenia i będziemy spać na zmianę, tak by delimer nas nie zaskoczył…

— A w zamian? — spytał Dziki, ciągle czując, że coś z tym jest nie tak.

— Gdy w końcu się poddasz albo umrzesz z wycieńczenia, wezmę wszystko co masz — odpowiedział chłodno mężczyzna, sprawiając, że Dzikiemu znowu prawie puściły nerwy.

Z drugiej jednak strony potrzebował pomocy, a w odróżnieniu od Mike’a ten człowiek w ogóle go nie obchodził, nie miał skrupułów, żeby narazić go na niebezpieczeństwo.

— Wiesz, że nie mam zbyt wiele, chyba tylko mój pistolet ma jakąś wartość.

— To wystarczy — opowiedział mężczyzna i wyciągnął dłoń schowaną w czarną skórzaną rękawicę.

Dziki uścisnął ją i razem ruszyli w stronę centrum.


171 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie