Rozdział XV - Smutki Nowego Świata

Powrót Dzikiego i Dix zza strefy głodu odbił się głośnym echem chyba po całym Krańcowie. Różne wersje ich przygód krążyły nie tylko pośród defektowców i członków wspólnoty, ale wybiegły również dalej, docierając nawet do weteranów, którzy odwiedzali okolice dworca, by wymienić się towarami i informacjami.

W momencie swojego powrotu Dziki najbardziej ucieszył się z tego, że jego przyjacielowi Mike’owi udało się przetrwać noc latarni, nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia. Liczebność wspólnoty uszczupliła się o całe osiem osób. Oprócz Robala i Hesika, którzy zginęli na torach, wspólnota straciła jeszcze Jacę, Bambiego i Kiera, zabitych przez niewykształcony byt z pociągu. Tuż po jego przejściu przez furtę zginął jeszcze Matek, a już po nocy latarni obrażenia doprowadziły do śmierci chłopaka, na którego wołali Bongo. Dzikiemu ciężko było udawać, że śmierć tych ludzi znaczyła dla niego coś więcej, większość z nich nigdy nie zamieniła z nim słowa, dając jasno do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany.

Znaczne uszczuplenie się liczebności wspólnoty zmusiło jednak ich lidera do podjęcia wielu ekstremalnie drażliwych decyzji. Wydarzenia, które miały miejsce na barykadzie, znacznie zaostrzyły bowiem stosunki między Krzakiem a jego podkomendnymi. Nic więc dziwnego, że lider nie konsultując się z nikim, przyjął do ich grona dwóch zupełnie nowych ludzi, jak się okazało, jego dobrych znajomych ze starego świata. Wywołało to natychmiastowe oburzenie wśród większości starych członków wspólnoty, zwłaszcza że bez ceregieli Krzak oddał im wszystkie rzeczy należące do poległych w noc latarni, w tym tak cenną w Krańcowie broń. Tym razem jednak, gdy gromada leserów z Ostrym na czele pojawiła się, grożąc porzuceniem wspólnoty, lider niespodziewanie odpowiedział po prostu:

— Droga wolna!

Dzień po tym wystąpieniu Krzak wezwał do siebie Dzikiego, Mike’a i Mańka oraz nowo dołączonych Danieleskiego i Romcia. Na cichym zebraniu poinformował ich, że skończył patyczkować się ze swoimi dawnymi towarzyszami i od teraz wszyscy oprócz tu zebranych znajdują się na wylocie.

O tym, że lider nie rzucał słów na wiatr, dość boleśnie przekonał się Pietras, który trzy dni po powrocie Dzikiego został przyłapany przez Krzaka na spaniu podczas budowy murów. Fakt, że w tym samym momencie został bez ceregieli wyrzucony ze wspólnoty, wstrząsnął nawet najbardziej pewnymi siebie mieszkańcami dworca. Co prawda po kilkudniowej banicji Pietras wrócił do nich, ale Krzak zaznaczył, że drugiego ostrzeżenia nie będzie.

Pomimo wyraźnego rozłamu, jaki panował w ich grupie, praca przy budowie umocnień trwała jak nigdy. Teraz, gdy byli tak blisko zabezpieczenia ich bazy, nikt nie chciał ryzykować utraty miejsca we wspólnocie. Nawet najwięksi buntownicy, tacy jak Ostry, bez mrugnięcia wykonywali polecenia Krzaka.

Dzięki temu wzmożonemu wysiłkowi dwa tygodnie później udało im się w końcu zabezpieczyć w pełni okolice dworca. W dniu zakończenia prac Krzak wezwał do siebie wszystkich członków wspólnoty i poinformował, że oficjalnie mogą zacząć zbierać swoich bliskich wewnątrz murów. Sprawiło to, że nerwowa atmosfera nieco ustąpiła.

Jeszcze tego samego dnia Ostry przyprowadził swoją dziewczynę Sandrę i oprowadził ją po wspólnocie, przedstawiając jej członkom. W tym, o dziwo, Dzikiemu, co do którego po raz pierwszy nie zachowywał się wrogo. Podobnie uczyniła większość mieszkańców wspólnoty i już wieczorem cały teren stacji wypełnił się nowymi twarzami.

— Cholera, sporo ich — stwierdził Mike, gdy tego dnia razem z Dzikim obserwowali rozmawiających ze sobą radośnie ludzi stłoczonych przed budynkiem dworca.

Dziki nie chciał nic mówić, ale po tym, co widział w strefie głodu, garstka osób stojąca na placu nie robiła na nim wielkiego wrażenia.

Jedyną osobą niezadowoloną z tej sytuacji wydawał się Maniek. Za każdym razem, kiedy spotkał się gdzieś z Dzikim, biadolił, jakie to kłopoty ściągną na nich ci wszyscy nowi ludzie albo marudził, jak bardzo są nieużyteczni.

Choć Dziki nie miał nikogo, kogo mógłby zaprosić do wspólnoty, zakończenie prac dało mu znacznie więcej wolnego czasu. Mógł więc w końcu pomyśleć o spotkaniu się z Dix. Od pamiętnego momentu spędzonego razem po przeniesieniu przez furtę widzieli się raptem kilka razy. Na ogół po szybkiej wymianie kilku zdań rozstawali się zaraz przygnieceni nawałem spoczywających na nich obowiązków. Ten dziwny związek, który budowali, był dla Dzikiego nie lada zagwozdką. Bez wątpienia liderka defektu znaczyła dla niego „coś” więcej. Nie wiedział jednak, czy ona traktuje go w ten sam sposób. Trudno mu było ukryć irytację, gdy po raz kolejny słyszał, że najważniejsze dla niej to dopaść w końcu Pierwszego. Czasem czuł się dla niej znacznie mniej ważny niż pragnienie zemsty, które w sobie miała. Z drugiej strony sam też nie mógł powiedzieć, że dawał z siebie wszystko.

Choć budowa muru została zakończona, Krzak nic nie wspomniał o złożonej Dix obietnicy. Dziki liczył, że w końcu zorganizuje choćby małą grupę, która zacznie razem z defektem poszukiwać Pierwszego, ale wspólnota ciągle przeżywała swoje własne problemy. Nagromadzenie nowych ludzi sprawiło, że prawo trzech stało się dla nich prawdziwym katem, zmuszając do niemal codziennego odpierania ataków ze strony niewykształconych. Choć zbudowany mur dawał im ogromną przewagę, to jednak nie mogli pozwolić sobie na pozostawienie swojego domu bez osłony.

Dziki próbował nawet porozmawiać z Krzakiem, czy nie mógłby na ochotnika podróżować jakiś czas z defektem. Ten pomysł jednak wybiła mu z głowy sama Dix. Do tej pory nie było wiadomo, czy defekt nie przenosi się pomiędzy ludźmi jak choroba i z wiadomych przyczyn nikt nie chciał tego sprawdzać.

Największe obawy budziła w nim jednak przyszłość. Co jeżeli Dix dopadłaby w końcu Pierwszego? Czy tak po prostu zrezygnowałaby z przewodnictwa w defekcie? A jeżeli tak, to co zrobiliby dalej? Pomimo przyjaznych relacji, jakie łączyły Krzaka i Dix, Dziki miał wątpliwości, czy ten pozwoliłby jej zostać we wspólnocie. Na pewno jakiś czas musieliby spędzić w odosobnieniu, by upewnić się, że Dix nie zaraża defektem. Co stałoby się jednak, jeżeli zarażała? Gdyby Dziki zachorował na defekt, a Pierwszy jednak nie miałby lekarstwa...?

Te wszystkie pytania bez odpowiedzi rodziły prawdziwy mętlik w jego głowie i szczerze mówiąc, sam chyba wolał skupiać się na budowie murów niż na próbie szukania wyjścia z tej sytuacji. Jego struty humor rozumiał tylko Mike, któremu Dziki zwierzył się ze wszystkiego, co wydarzyło się w po tym, jak wylądowali na Korczynie.

Nastrój poprawił mu się nieco ,gdy pewnego dnia pod mury wspólnoty przyjechał zaproszony przez Krzaka autobus do wolności. Widok starych znajomych, a szczególnie Oli, zadziałał na niego naprawdę budująco. Brakowało tylko Kuby, który choć oficjalnie przewodził autobusowi, to praktycznie nigdy nim nie podróżował.

Razem z mieszkańcami autobusu spędził naprawdę miły dzień. Oli przez cały czas zadręczała go setkami pytań, które wyrzucała z siebie tak szybko, że Dziki czasami gubił się, na które w tym momencie odpowiada. Radosnej dziewczynie w ogóle to jednak nie przeszkadzało.

W odróżnieniu od jego towarzyszy ze wspólnoty większość mieszkańców autobusu do wolności naprawdę miło wspominała Dzikiego. Nawet gburowaty strażnik autobusu Primo porozmawiał z nim życzliwie, gdy Oli zostawiła go w końcu i poszła oglądać okolice dworca. Jednak nawet doświadczony weteran, którym Primo bez wątpienia był, nie udzielił mu odpowiedzi na pytanie, które krążyło mu po głowie od spotkania z Danielem: Czym jest heterochrom.

Zaproszenie autobusu do wspólnoty nie było jednak tylko zachcianką jej lidera. Krzak miał znacznie szersze plany. We wspólnocie mimo tego, że jej członkowie pościągali wszystkich swoich znajomych (słowo balasty przestało być używane), cięgle pozostało sporo miejsca. Lider dogadał się więc z kierowcą autobusu Jankiem, że od tej pory wszystkich godnych zaufania ludzi autobus będzie przywoził wprost do wspólnoty.

Pierwszy kurs miał się odbyć już następnego dnia, bo po całym Krańcowie porozrzucani byli ludzie, którzy przeszli test Kuby jeszcze przed pojawieniem się Dzikiego. On sam jednak nie miał okazji uczestniczyć w przygotowaniu Freedom Busa do drogi, bo tej nocy wypadała jego nocna warta. Gdy autobus opuszczał teren wspólnoty, by pozbierać dla niej nowych członków, Dziki odsypiał w najlepsze na swoim kawałku podłogi.

Dzienna szarość wpadła jednak w końcu do budynku baru, sprawiając, że Dziki musiał przerwać swoje dosypianie. Ciągle jeszcze ledwo przytomny sięgnął ręką po telefon. Zaklął cicho pod nosem, widząc że po całonocnym maratonie tetrisa (ta noc była bowiem wyjątkowo spokojna) jego cegła padła na amen. Nie mogąc nawet sprawdzić godziny, stwierdził, że nie ma sensu wylegiwać się dalej.

Podnosząc się, zerknął na opustoszałe karimaty. Nikt oprócz niego nie musiał odsypiać zarwanej nocy. Wstając z barłogu, który zrobił ze śpiwora, sięgnął do swojego plecaka i wyjął pistolet. Od dłuższego czasu praktycznie nie nosił go ze sobą. Wyciągnął magazynek i z nieskrywanym żalem przyjrzał się świecącej w nim pustce. „Będę chyba musiał pomyśleć o jakiejś lepszej broni białej” — pomyślał.

Perspektywa zdobycia amunicji w Krańcowie wydawała mu się dość mocno nierealna. Mimo to włożył broń do kieszeni, bo wciąż jeszcze nie udało mu się zdobyć kabury. Zakładając na plecy bluzę, ruszył w stronę nowej stołówki, którą urządzili w dawnym budynku dworca .

Kiedy wyszedł na zewnątrz, a oczy przyzwyczaiły się mu do światła, zobaczył, że na placu, gdzie wcześniej stały autobusy, ktoś zaczął ustawiać namioty. Przeszedł obok, mijając kilka już rozstawionych i przez ogromne wrota wszedł do dawnego budynku dworca, gdzie urządzili pseudostołówkę.

Przestronne pomieszczenie poczekalni wypełnione było teraz stolikami i krzesłami, które znaleźli w pobliskich domach. Pod ścianą poukładane były w rządku kuchnie gazowe, a w dawnych pomieszczeniach, z których kiedyś przez okienka sprzedawano bilety, stały teraz zapasy poukrywane w drewnianych skrzyniach.

— Dziki! — zawołał go Mike, który razem z Mańkiem popijał sobie kawę przy małym okrągłym stoliku w rogu .

— Siemka — przywitał się z nimi i wyjął swój czarny kubek ze schowka pod jedną z kuchenek.

— Co tutaj tak pusto? — spytał, nalewając sobie kawy z dzbanka.

— Krzaku zrobił rano zebranie — odpowiedział Maniek znad szklanki.

— Ta, ale nie budziliśmy cię, bo po warcie i tak masz odpust — dodał Mike.

Dziki podsunął sobie krzesło i usiadł przy stole.

— I co na tym zebraniu?

— Chodziło głównie o kursy zaopatrzeniowe — wyjaśnił Maniek, krzywiąc się nieco. — Większość balastów (on jako jedyny używał jeszcze tego zwrotu) ma przy sobie tyle, ile ma na sobie. Potrzebujemy teraz ubrań, środków czystości i wielu innych pierdół, na które wcześniej nie zwracało się tak uwagi.

Dziki musiał złapać łyk kawy, by nie parsknąć śmiechem. Maniek, który praktycznie zrósł się ze swoim mundurem, na pewno nie zwracał uwagi na środki czystości.

— Nom, a Krzak stwierdził, że to będzie dobra okazja, by oswoić trochę nowoprzybyłych z szabrowaniem — wtrącił Mike. — Budynki przy naszej bazie są bezpieczne, więc wybrał paru i kazał im przeczesywać teren w poszukiwaniu przydatnych rzeczy.

— Jak rozumiem ma to na celu wyłowienie nowych zaopatrzeniowców? — spytał Dziki, na co Maniek prawie natychmiast parsknął śmiechem.

— Krzak jest ogromnym optymistą, jeśli myśli, że to będzie wyglądało inaczej niż w starej wspólnocie. Jak już się tu trochę oswoją, to siłą trzeba ich będzie wywalać za mury.

Dziki nie odpowiedział, bo skupił się na piciu kawy, ale po części zgadzał się z Mańkiem. Od jego dołączenia przez większość czasu miał wrażenie, że ciężar utrzymania wspólnoty spada na nich trzech oraz dopiero co zaaklimatyzowanych kumplach Krzaka. Reszta zachowywała się, jakby naprawdę było jej to całkiem obojętne. Miał przeczucie, że ludzie, którzy dołączyli, nie będą dużo lepszym sortem. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi. Młody wszedł powoli na stołówkę z miną jakby miał coś na sumieniu.

Dziki przyjrzał mu się. Chociaż sam nie był urodzonym kulturystą, to na pewno nie było z nim tak źle jak z bratem Roberta, który wyglądał, jakby podmuch wiatru mógł go złamać wpół.

— Lejek! Miałeś na warcie być — wrzasnął Maniek, przez co Młody aż podskoczył ze strachu. Trwał tak przez chwilę, wyglądając, jakby miał zaraz dostać zapaści, a oczy błądziły mu po stołówce w poszukiwaniu źródła krzyku.

Dopiero po absurdalnie długiej chwili, która sprawiła, że nawet Dziki uwierzył w głoszoną przez Mańka tezę o upośledzeniu chłopaka, Młody zauważył ich przy stole. Niepewnym krokiem zbliżył się do stołu.

— Pietras stoi teraz — wybąkał prawie szeptem.

— Śpioszek? Od razu poczułem się bezpieczniej... A twój brat gdzie? — spytał Maniek

— Poszedł szkolić nowych członków… — odpowiedział młody, trzęsąc się jak osika.

— Jeżeli wyszkoli ich tak, jak ciebie, to ja swojej przyszłości tutaj nie widzę — rzucił opryskliwie Maniek i złapał się za kubek z kawą.

Młody spuścił głowę, nie odsunął się jednak od ich stolika. Stał tam, oczekując chyba na pozwolenie, że może się oddalić. Widząc to Maniek, spojrzał na niego jak na idiotę i ryknął:

— NO RÓB, CO MASZ ROBIĆ!

Dopiero po tych słowach Młody poszedł w stronę skrzyń z zapasami, slalomując przy tym, jakby był pijany .

— Czemu ty go tak ciśniesz? — spytał spokojnie Mike, gdy chłopak oddalił się już od nich.

— Bo nie powinno go tu być ? Bo mam wrażenie, że ktoś przez niego zginie? Powiedz, chciałbyś, żeby Młody cię osłaniał przy pompie wodnej? — odpowiedział natychmiast Maniek, uderzając kubkiem o stół i rozlewając przy tym jego zawartość.

— Nie bardzo — stwierdził Mike, marszcząc czoło.

— Teraz kiedy już przyjmujemy balasty, to pierwsze co powinien zrobić Robert, to iść do Krzaka, powiedzieć, że pomylił się co do brata. Młodego natrzeć gównem w ramach pokuty, a jego broń zdeponować, żeby czekała na jakiegoś ogarniętego, co dołączy do wspólnoty. A zamiast tego oni dalej ciągną ten cyrk — stwierdził Maniek z uśmiechem, jakby już wyobrażał sobie całą tę sytuację.

— Może się wyrobi — wypalił nagle Mike, co wywołało u Mańka atak spazmatycznych skurczów twarzy.

W międzyczasie Dziki dokończył swoją kawę.

— To co teraz, my też gdzieś ruszamy?

Nie, nie możemy zostawić wspólnoty pustej. Trzeba poczekać, aż ktoś wróci — odpowiedział Mike, odkładając ich kubki do schowka.

— To chodźmy na mury — rzucił Maniek i we trzech wyszli ze stołówki.

Mijając powoli rozrastające się pole namiotowe, zbliżyli się do granicznego budynku przy murze. Po drabinie wspięli się na dach, gdzie urządzono teraz punkt obserwacyjny.

— Nie wierzę, Pietras znowu gdzieś polazł. Pójdę do Krzaka i... — zaczął natychmiast Maniek, ale Dziki już go nie słuchał, jego uwagę przyciągnęła górująca w oddali wieża ciśnień.

Na placu pod nią kręciło się jak zawsze kilku ludzi w czerwonych strojach. Zastanawiał się, co dzieję się teraz z Dix , od kilku dni nie miał o niej żadnych wieści. Nie towarzyszyła im nawet w czasie ostatniego kursu po wodę. Podczas jej nieobecności władzę w wieży przejmował defektowiec na którego wołali Rengo, ale nawet on nie był w stanie powiedzieć Dzikiemu, co się z nią dzieje.

— Ilu ludzi jest w defekcie? — spytał zaciekawiony.

Nawet jeżeli grupa szukająca Pierwszego nie była zbyt liczna, to jako osłonę transportu z wodą defekt oddał ostatnio co najmniej dziesięć osób. A przecież ktoś musiał jeszcze pilnować wieży.

— Trudno powiedzieć, to się ciągle zmienia, tam u nich ciągle ktoś umiera albo dochodzi ktoś nowy — odpowiedział Maniek, wyciągając paczkę chipsów, którą Pietras schował sobie pod swoim leżakiem.

— Ludzie sami przychodzą, jak zachorują? — dopytywał dalej Dziki, częstując się z podstawionej paczki.

— Tak, dlatego oni od zawsze mieli bazę w wieży ciśnień, to charakterystyczne miejsce i każdy, kto złapie defekt, od razu wie, gdzie ma iść. Wszyscy w mieście wiedzą, gdzie jest wieża — stwierdził Maniek, przegryzając garść chipsów.

— Ciekawe, są tutaj tyle lat i nie mają żadnych umocnień. Nigdy nawet nie słyszałem, żeby coś atakowało tę wieżę — wtrącił się nagle Mike.

— A po co ma atakować, jak u nich wszystko jest defektem skażone — stwierdził Maniek z odrazą w głosie.

Ton, w jakim to powiedział, momentalnie zirytował Dzikiego.

— Defektu nie łapiesz przez przedmioty, tylko przez błędy i kontakt z defektowcami — próbował wyjaśnić Mike, który też miał swoją teorię na temat tajemniczej choroby, ale Maniek popatrzył się tylko na niego ironicznie, widać było, że ma w tym temacie swoje zdanie.

— A niewykształceni? — spytał Dziki, chcąc odciągnąć temat od defektu, bo żadna z ich opinii na temat tej choroby nie przypadła mu do gustu. — Oni ich nie atakują?

— Atakują, ale nie lgną do nich. Prawo trzech nie działa na nich jak na zdrowych. Natomiast jak ludzi zrobi się gdzieś trochę więcej, to zaraz złażą się całe grupy niewykształconych. Widzisz przecież, co tutaj się dzieje, od kiedy pojawiły się balasty — stwierdził Maniek z mściwą satysfakcją, wrzucając zgniecioną paczkę po chipsach pod leżak Pietrasa.

Nagle Dzikiemu przeszła przez myśl przerażająca wizja.

— A jak tu przylezie Delimer?

— Nie przylezie — wyjaśnił spokojnie Mike — delimer nie jest wędrowny, ma tam jakiś swój teren, po którym łazi i nie wychodzi z niego, chyba że kogoś dotknie i go ściga. Wtedy można go ściągnąć wszędzie — tłumaczył, rozglądając się leniwie po okolicy. — Miejsce, w którym stoi wspólnota nie jest przypadkowe. To jedno z najbezpieczniejszych części Krańcowa, mało tu sklepów, praktycznie nie ma wody, ale za to nie ma tu delimerów.

— Oni występują tylko na Zatorzu i przy zakładach chemicznych koło obwodnicy — dodał Maniek — więc problemu nie ma, ale gdyby ktoś tu jakiegoś ściągnął, to żegnaj wspólnoto.

— Nie da się go zabić? Mamy przecież sporo ludzi, broni. — Dzikiego trochę zdziwiło stwierdzenie Mike’a, że jeden niewykształcony może zniszczyć to, na co tak ciężko pracowali.

— Opowiem ci coś — powiedział nagle Maniek.

— Kiedy Krzak był jeszcze w Armii Daniela, grupa banderowców natknęła się na delimera w jakiejś opuszczonej hali. Oczywiście, że nie bardzo wiedzieli, co to właściwie jest, a sam stwór wydawał im się powolny i pokraczny. Postanowili więc, że się go pozbędą. Oczywiście finał był jasny do przewidzenia — w tym momencie Maniek uśmiechnął się złośliwie, przeciągając jednocześnie kciukiem po szyi.

— Finalnie jednemu udało się uciec z miejsca rzezi, ale był już naznaczony. W swojej bezsensownej próbie zachowania życia ściągnął delimera prawie pod samą Strefę Głodu, a tam bestia boleśnie zakończyła jego życie. Wtedy Daniel jako punkt honoru uznał pozbycie się potwora, to by było coś, nikt nie podskoczyłby Armii, która zabiła delimera. Zebrały się więc wszystkie elitarne grupy: Bracia, Obrońcy, Kręgi od Szamba i inne nazwy, jakie tam sobie wymyślili. Walili do niego chyba przez pół dnia, podobno wyglądał już bardziej jak sito, zanim łaskawie padł.

— Więc jednak można go zabić... — stwierdził Dziki nieco spokojniejszym głosem.

Mike westchnął ciężko i wyjaśnił:

— Wiesz, da się, ale spójrz na zaangażowane środki. Daniel ma na swoim terenie sklep z bronią, nie musi oszczędzać amunicji. Wątpię, czy wszyscy we wspólnocie mamy dość magazynków, żeby wykończyć tę bestię.

Dziki po wysłuchaniu tego, był już pewien, że dotknięcie przez delimera to niemal pewny wyrok śmierci. Ale coś jeszcze go nurtowało.

— A jeżeli delimer ma już naznaczonego, a ty go dotkniesz?

— To cię nie zapamięta, on musi zabić tego, którego już ściga, żeby obrać nowy cel — odpowiedział mu Mike. — No ale jak mu wejdziesz pod rękę, to cię załatwi. Jak kogoś ściga, jest strasznie agresywny. Z kolei jak nie ma żadnego celu, to tkwi w takim lekkim uśpieniu, można przejść koło niego całkiem blisko i może nawet na ciebie nie zareagować. Dlatego nie są aż tak niebezpieczne, chyba że sam szukasz kłopotów.

— Postaram się trzymać z daleka — stwierdził Dziki.

Wszyscy trzej zwrócili się w stronę wieży, obserwując krążących po placu wartowników z Defektu. Mike bez ceregieli rozłożył się po chwili na dachu, Dziki idąc w jego ślady, postanowił zrobić to samo. Nieprzespana noc ciągle jeszcze dawała mu się we znaki. Gdy zamknął oczy, miał wrażenie, że za chwilę odpłynie. Po chwili jednak zobaczył ostre światło przebijające się mu przez zamknięte powieki, myślał przez chwilę, że Maniek robi sobie głupie żarty i świeci mu latarką w oczy.

— Pięć lat masz? — spytał poirytowany, gdy nagle światło błysnęło mu w twarz jak tysiąc fleszy od aparatu.

Mimo że nie otworzył oczu widział biel tak ostrą, jakby patrzył się prosto w słońce.

— CO SIĘ DZIEJE? — krzyknął, przecierając oczy z bólu i wtedy usłyszał dziwny świdrujący dźwięk który pulsował mu w uszach.

— Błysk się pojawia — wrzasnął Mike, przekrzykując narastające świszczenie. — Musimy zejść z murów, bo pospadamy.

Wszyscy trzej ześlizgnęli się po drabinie i biegiem ruszyli w stronę baru.

— Lepiej się położyć przed kulminacją — wrzasnął Mike, próbując przekrzyczeć narastające w uszach świszczenie.

Dziki czuł, że znowu zbiera w nim wściekłość, był pewien, że przyjaciel znowu nie powiedział mu o czymś ważnym. Nie mógł jednak wydobyć z siebie nawet słowa, bo czuł, że jak tylko otworzy szczękę, to ciśnienie rozerwie mu bębenki. Świszczenie z każdą chwilą narastało coraz bardziej, kiedy wpadli do baru, Dziki nic już nie słyszał. Zobaczył jedynie przez łzy, że Maniek i Mike rzucili się na karimaty, tuż obok nich swoje miejsca zdążyli już zająć Młody i Pietras. Wszyscy zasłonili głowy poduszkami, więc Dziki zrobił to samo. Już po chwili błysnęło po raz drugi. Światło przechodziło przez poduszkę i zamknięte powieki, a świst był tak głośny, że rozsadzał czaszkę. Poczuł się, jakby umierał. Z jego płuc wydobył się krzyk, nim całkiem odpłynął.

***

Nie był pewien, ile czasu minęło. Wciąż słabo widział, a ból głowy przyćmiewał mu zdolność myślenia. Wcisnął głowę w ścianę, chcąc podkraść dla swojego czoła odrobinę chłodu. Nie miał zamiaru się podnosić, ale poczuł, że coś uporczywie klepie go po ramieniu. Obrócił się, czując, że zaraz znowu odpłynie, zobaczył nad sobą Krzaka trzymającego jakieś tabletki.

— Na łeb — wyszeptał.

Dziki bez słowa wziął leki i przełknął je szybko, po czym padł z powrotem twarzą w poduszkę.

— Jak się już ogarniecie, to przyjdźcie do mnie — usłyszał nad sobą mdły głos lidera.

Musiał leżeć co najmniej pół godziny, zanim proszki przyćmiły ból i mógł w ogóle zacząć myśleć. Mimo to postanowił poleżeć jeszcze chwilę, dopiero gdy usłyszał, że Maniek i Mike podnoszą się, chcąc, nie chcąc, wstał razem z nimi.

We trójkę, z minami, jakby byli na ciężkim kacu, weszli do pokoju Krzaka.

Lider siedział przy biurku z ręcznikiem związanym na głowie, a minę miał podobną do nich.

— Pech, co ? Nie miało kuźwa kiedy. Chociaż trzeba się było spodziewać, bo już od ponad miesiąca był spokój. Dobra, nieważne, słuchajcie ostatnio wywalało samych ludzi, więc nie zdziwiłbym się, jakby się dzisiaj zaczęły przemarsze. Weźcie te najmocniejsze prochy, łyknijcie sobie jeszcze, a potem wysuńcie się do przodu i rozejrzyjcie za autobusem. Umówiliśmy się, że będą wracali drogą koło dawnego przedszkola miejskiego. — Krzak wstał i otworzył mały sejf koło biurka, które Dziki dopiero teraz zauważył. W środku pełno było małych kolorowych opakowań leków. Lider wyjął sporej wielkości opakowanie i podał Mike’owi. Mike rozdzielił im po proszku, a potem wyszli na zewnątrz, ciągle jeszcze otępieni.

— Jakie przemarsze, o czym on mówił i co to do cholery było to światło? — spytał Dziki, czując, że ból powoli staje się znośny.

— To był taki sam błysk jak ten, w trakcie którego się pojawiłeś — odpowiedział Mike, który z nich trzech wyglądał najlepiej. — Kiedy dzieje się coś takiego, to znaczy, że właśnie wyrzuca ludzi... albo niewykształconych — dodał po chwili ciszy.

— Kiedy wywali dużą ilość gospodarzy i ci sporymi grupami wracają do swoich domów, to są to przemarsze. I uwierz mi, nie chcesz trafić na przemarsz, to tak mini noc latarni.

— To niewykształceni też wypadają na cmentarzu? — dopytywał dalej Dziki, masując czoło, by podświadomie przyśpieszyć działanie leku.

— Nie do końca wiadomo — wtrącił się Maniek, próbując hamować swój pełen mdłości ton. — Jak to się zaczyna, to wszyscy tracą przytomność, a potem nim dojdą do siebie, to zaraza się już rozpełza. — Po tym zdaniu Maniek złapał się za usta, tłumiąc wymioty.

Dziki miał wrażenie, że zniósł to chyba nawet gorzej od niego. Po chwili drzwi za ich plecami otworzyły się, Pietras razem z Młodym wypełzli na zewnątrz, kierując chwiejne kroki w stronę punktu obserwacyjnego.

W tym momencie Dziki poczuł w sobie taką samą nienawiść do leserów, jaką tryskał od dawna Maniek. Naprawdę czuł się fatalnie, a jednak to właśnie on, jak zawsze, musiał wyruszyć poza bezpieczne miejsce, podczas gdy Pietras razem z Młodym będą sobie odchorowywać, leżąc na dachu i udając, że pilnują czegokolwiek.

Nie wiedział, czy była to kwestia bólu, czy po prostu ta kropla przelała w nim czarę goryczy.

— Poczekajcie tu chwilę — stwierdził w stronę dwóch kompanów i wrócił się do budynku baru. Złość kipiała w nim tak bardzo, że miał zamiar w tym momencie wymusić po prostu na Krzaku, żeby to Pietras z Młodym wyszli na spotkanie autobusu. Bez pukania wszedł do biura Krzaka, lider spojrzał na niego pytająco, ale nim Dziki zdążył coś powiedzieć, ten rzucił pierwszy:

— O, Dziki, dobrze że się wróciłeś… — stwierdził, podnosząc się z krzesła.

To niespodziewane stwierdzenie sprawiło, że Dziki prawie zapomniał, po co przyszedł. Krzak zajrzał do szafki pod biurkiem i wyciągnął małe kartonowe pudełko.

— Mike wspominał mi, że jesteś już pusty.

Dziki nie bardzo rozumiał, o co chodzi. Być może ból głowy był jeszcze zbyt silny, ale gdy zobaczył, że Krzak wyciąga z pudełka magazynki, zrozumiał, że chodziło mu o broń.

— Dobrze pamiętałem? Masz tetetkę 7.62? — spytał lider, odliczając w rękach naboje.

Dziki skinął głową i nim zdążył coś odpowiedzieć, Krzak wcisnął mu w rękę garść luźnych naboi.

— Taki mały prezent za zaangażowanie, byłem ostatnio pohandlować z Siwym. Z beryla, który został po śmierci Jacy, nie mielibyśmy pożytku, bo amunicji do niego chyba w Krańcowie już nie ma. Postanowiłem więc, że zamienię go na coś dla was. Daj to jeszcze Mike’owi i Mańkowi — dodał Krzak, dając mu w rękę magazynek do AK 47 i kilka luźnych pestek do pistoletu.

— Tylko nie wspominajcie o tym nikomu, nie chcę, żeby ktoś uznał, że was faworyzuję. — Krzak usiadł już przy biurku, łapiąc się za czoło, najwidoczniej liczenie pogorszyło jego stan, bo wyglądał, jakby miał puścić pawia.

Dziki stał przez chwilę, po czym westchnął ciężko.

— Dzięki.

W tym momencie poczuł w sobie jakieś dziwne poczucie winy. „ Po prostu są ludzie i taborety” — pomyślał. — „W końcu czy to pierwszy raz robi coś za innych?”.

— Dziki, a ty chciałeś coś ode mnie? — spytał nagle Krzak, jakby przypomniał sobie, że to przecież Dziki przyszedł do niego.

— Nie, to już nieważne — odpowiedział.

Gdy wyszedł na zewnątrz, Mike siedział na chodniku, opierając głowę o kolana, a Maniek leżał na ziemi z rozłożonymi rękoma. Dziki stuknął delikatnie Mike’a magazynkiem w głowę.

— Prezent od Krzaka, tylko morda w kubeł — dodał.

Mike zabrał od Dzikiego magazynek i natychmiast podpiął pod swój karabin, wymieniając stary. Maniek podniósł się z ziemi, by przyjrzeć się, co robią, wtedy Dziki wsypał mu w ręce naboje.

— Tylko nie chwal się tym na prawo i lewo.

— To moje święte prawo — stwierdził Maniek. Po chwili jednak pożałował, że otworzył usta, bo ledwo powstrzymał zawartość żołądka przed wypadnięciem.

By nie powodować kolejnych gwałtownych pogorszeń nastroju, ruszyli w milczeniu. Najpierw wspięli się na nowo wybudowany mur z autobusów i dalej po linie zeszli na dół. Wspólnota miała co prawda bramę, ale otwarcie jej wymagało uruchomienia jednego z autobusów, więc przejście po linie było dużo szybsze.

Po przejściu na drugą stronę ruszyli w stronę bazy Defektu. Sądząc po dość niemrawych ruchach chodzących pod wieżą ciśnień strażników, oni również musieli niezbyt dobrze znosić błysk.

Po kilku minutach chwiejnych kroków przeszli obok przejazdu kolejowego, a potem dalej drogą, którą razem z Mikiem szli w stronę obwodnicy. Tym razem jednak nie skręcili w lewo, lecz w prawo w stronę centrum miasta. Dziki nie miał najmilszych wspomnień z tym miejscem, zaledwie kawałek dalej razem z Dix zostali napadnięci przez kanibali.

— Nie jest tu zbyt bezpiecznie, to tutaj nas dopadli — powiedział Dziki, przypominając Mike’owi o tym, co spotkało go wcześniej.

Mike zaklął pod nosem i złapał karabin w dłonie, jakby dopiero słowa Dzikiego przypomniały mu, że trzeba zacząć uważać.

Dziki zaczynał rozumieć, dlaczego Krzak wysłał ich przodem, nawet pomimo środków przeciwbólowych ciężko było się skupić, czując ten ucisk w głowie. Janek konający z bólu nad kierownicą na pewno miałby problem dowieźć nowych potencjalnych członków bezpiecznie na teren dworca. Jedyne, co pocieszało Dzikiego, to fakt, że mogący się tu kręcić kanibale na pewno nie czuli się lepiej.

Minęli właśnie pierwszy ze sklepów, o którym myślał Dziki, wspominając tą ulicę, i bez żadnego zaskoczenia spostrzegł, że mały market wciąż był wyczyszczony do cna. Zza rozbitych szyb ukazywały się jedynie puste porozbijane półki.

Przedszkole nie było daleko, jeżeli autobus nie zmienił trasy, już niedługo powinni się na niego napatoczyć. Przeszli obok porozrzucanych na ulicy wózków sklepowych i ogromnego budynku w całości zalanego graffiti.

Dziki spojrzał w jego stronę, przyglądając się napisom, jednocześnie zastanowił się, dlaczego przechodząc tu wcześniej, nie zwrócił na niego uwagi. Kątem oka przeczytał niejasną wskazówkę dla jakiejś dziewczyny bądź chłopaka: Meyb, jeśli to czytasz, udaj się do miejsca, gdzie się poznaliśmy, czekam. Oczywiście było tam też zaproszenie do strefy głodu: Armia Daniela twoja ostatnia szansa — — — .> kieruj się na H-Market. Na ostatnim, któremu Dziki zdążył się przyjrzeć, była dość nieprzyjemna rada: Po prostu się zabij…

Szli dalej obok tej swoistej tablicy informacyjnej i wtedy Dziki zobaczył coś, od czego serce zabiło mu mocniej.

— Freedombus! — wykrzyknął radośnie, przyśpieszając kroku, Maniek i Mike zrobili to samo .

Autobus stał zaparkowany pod bramą przedszkola, wszystkie jego okna były zasłonięte kotarami, łącznie z szybą kierowcy. Dziki pomyślał, że może jeszcze się nie obudzili, albo z bólu nie są w stanie się poruszać.

Dobiegł do bocznych drzwi, które z niewiadomego powodu zostały otwarte i stanął zaskoczony widokiem.

Autobus był całkiem pusty, większość osobistych rzeczy jego mieszkańców leżała bez ładu na siedzeniach. Maniek wszedł do środka, mijając Dzikiego i zaczął rozglądać się w środku. Po chwili usiadł na miejscu kierowcy i przekręcił tkwiący w stacyjce kluczyk. Dźwięk silnika wypełnił panującą dookoła ciszę.

— Działa, nie mieli powodu, żeby go opuszczać — stwierdził.

Dzikiego przeszedł w tym momencie dziwny lęk. A jeżeli kanibale jednak nie byli tak schorowani…

— Może schowali się w przedszkolu? — stwierdził Mike, widząc przerażoną minę Dzikiego.

— Musimy to sprawdzić — zawołał i natychmiast ruszył w stronę bramy na teren przedszkola.

— Dziki powinniśmy wrócić do Krzaka, zabrać ze sobą jakieś wsparcie... — krzyknął w jego stronę Maniek, Dziki jednak nie słuchał, ruszył dalej w stronę zielonej furtki.

Nigdy wcześniej nie był w tym miejscu, jego rodzice uznali chyba, że ten etap edukacji jest mu zbędny. Nie mniej czuł, że to, co może go tu czekać, niewiele będzie miało wspólnego z tym, do czego budynek służył jeszcze w starym świecie. Plac zabaw, który czasami widywał zza ogrodzenia, z bliska wyglądał dużo bardziej przerażająco. Zniszczone pordzewiałe i od lat nieużywane karuzele i huśtawki kontrastowały mocno z kolorowymi rysunkami na oknach klas, a ciemne przymglone szyby nadawały temu miejscu jeszcze bardziej złowieszczy wygląd. Nim jednak zdążył dać pierwszy krok w wyschniętą trawę, zatrzymał go Mike.

— Idę z tobą, Maniek poczeka przy autobusie, jakby nasi wracali tą drogą albo ktoś z autobusu wrócił — powiedział przyciszonym głosem.

Dziki skinął głową, a Mike chwycił broń w ręce i wyprzedził go, wychodząc na chodnik. Zbliżyli się do brązowego muru, droga prowadziła ich za szkołę, więc wejście musiało znajdować się z boku budynku. Zerkając przez dziwnie przymglone szyby do ciemnych klas, zobaczyli nienaruszone półki pełne starych samochodzików i mocno sfatygowanych pluszaków.

— Creepy — skomentował po angielsku Mike, kiedy w trzecim oknie zobaczyli gromadę misiów pousadzanych na malutkich krzesełkach, tak że wpatrywały się prosto w nich.

— Wejście — szepnął Dziki, wskazując palcem na przeszklone drzwi.

Minęli wyschnięty żywopłot oddzielający wejście od parkingu dla nauczycieli i weszli do środka.

Korytarz przedszkola był niesamowicie ciemny, ogromne drzewa otaczające budynek nie pozwalały na to, by nawet odrobina światła wlała się do środka. Dziki wyciągnął latarkę z kurtki i poświecił w głąb holu. Kolorowe malunki krasnali rodem z bajek, które miały wskazywać dzieciom drogę do szatni, pokryte były obelżywym i wulgarnym graffiti.

— Potem się dziwili, że dzieci wyrastały na psycholi — zażartował Mike, obserwując wyjątkowo przerośniętego skrzata, który z uśmiechem rodem z horroru w komiksowej chmurce wypowiadał słowo ,,szatnia”.

— Bardziej by pasowało „rzeźnia” — wyszeptał Dziki.

Minęli korytarz pełen kolejnych przerażających rysunków i drzwi do szatni pełnej osobistych rzeczy maluchów. Worki z butami były porozrzucane a tornistry leżały na podłodze wyprute z zawartości.

Nasłuchując jakichkolwiek odgłosów, przeszli do następnego skrzydła. Kolejny długi szeroki korytarz pełen był wejść do poszczególnych sal zabaw. Praktycznie każde drzwi, które mijali, miały na sobie ogromny malunek jakiegoś owocu. Miało to zapewne ułatwić maluchom odnalezienie odpowiedniej klasy. Mijając po kolei gruszkę, jabłko i banana, trafili w końcu na ślad, który mógł wskazywać, że przebywali tu ludzie z autobusu. Po środku korytarza leżały porozrzucane bez ładu jakieś drobne przedmioty: butelka wody, nóż, opakowanie proszków od bólu głowy, gumka do włosów i, o dziwo, pistolet. Mike podniósł broń do góry.

— Co myślisz?

Dziki zmarszczył brwi.

— Tak mi się wydaje, że przebyliśmy podobną drogę od pierwszego błyśnięcia na murze do utraty przytomności w barze. Jeśli złapało ich, gdy przejeżdżali koło przedszkola, to mogli zdążyć dobiec tutaj i próbować przeczekać… Ale gdzie są teraz? — starał się, żeby jego głos zabrzmiał spokojnie, ale czuł teraz naprawdę ogromny niepokój. Mógł uwierzyć w to, że ktoś otępiały bólem zapomni zabrać wody, ale nikt w tym świecie nie zapomniałby swojej broni.

— Znajdziemy ich — próbował dodać mu otuchy Mike, ale to wcale nie pomogło. Dziki zganił się w myślach, gdy przez głowę przeszło mu, że martwego też można znaleźć.

Szli korytarzem jeszcze kawałek, mijając zamknięte drzwi z pomarańczą i schodami ruszyli na piętro budynku. Układ górnego korytarza był identyczny, z tą różnicą, że zamiast owoców, na drzwiach namalowane były zwierzęta. Dziki podszedł do pierwszych drzwi z pieskiem, były delikatnie uchylone. Starając się nie narobić hałasu, pchnął je delikatnie i poświecił latarką do środka.

Wnętrze klasy miało tylko biurko dla nauczyciela, resztę pomieszczenia zajmowała ogromna piankowa podłoga i kilka poprzewracanych półek z zabawkami dla dzieci. Dziki zamknął drzwi równie cicho. W tym czasie Mike zaglądał do następnej klasy, ale ponieważ cofnął się po chwili, najprawdopodobniej też nic w niej nie dostrzegł. Dziki zbliżył się już do kolejnych drzwi, gdy usłyszał cichy jęk. Mike musiał usłyszeć to samo, bo wycelował w głąb korytarza.

— Niewykształcony? — wypowiedział prawie bezgłośnie Dziki, ale Mike nie odpowiedział, mrużąc oczy, by dojrzeć coś w ciemności.

Korytarz rozwidlał się na końcu, ogromny namalowany drogowskaz wskazywał w lewo na sikającego krasnala i w prawo na namalowaną nauczycielkę i pielęgniarkę. Stali tak, obserwując rozwidlenie, a jęk nabierał coraz bardziej na sile. Gdy był już naprawdę głośny i zaczął rozbijać się echem po pustym korytarzu, zza lewego winkla wyłoniła się przerażająca postać. Dziki po raz kolejny poczuł, że jego odporność została poddana próbie, a żołądek zawinął mu się w trąbkę.

Mężczyzna, który wyszedł z ciemności, miał obcięte obie ręce tuż pod łokciem, z ociekających krwią kikutów ciągle wystawały mu poczerwieniałe kości przedramienia. Jego twarz usiana była licznymi nacięciami, zwłaszcza w okolicach ust, a oczodoły świeciły przerażającą czarną pustką. Dziki kątem oka zobaczył ruch, Mike opuścił karabin i wyciągnął nóż. Najwidoczniej stwierdził, że potwór nie jest wart strzału. Dziki jeszcze raz spojrzał na bestię, która kroczyła korytarzem, jęcząc za każdym razem, gdy jedna z nagich kości zetknęła się przypadkiem ze ścianą. Mike zbliżył się do niego praktycznie bezszelestnie, tak że niemal stykali się torsami, a potem szybkim ruchem pchnął go ostrzem prosto w pusty oczodół. Bestia runęła do tyłu, a jej dziwaczny wrzask z pozbawionych języka ust wypełnił korytar. Mike stał przez chwilę zszokowany, a potem, uderzając butem od góry, wbił nóż głębiej, aż bestia umilkła.

— Co to za dziwactwo tym razem? — szepnął Dziki, znowu czując mdłości w gardle.

— Nie mam cholernego pojęcia, ja pierwszy raz widzę coś takiego — odpowiedział Mike, który chyba nie czuł się lepiej od Dzikiego. Przykląkł na chwilę koło trupa i chciał wydobyć swój nóż, ale stwierdził najwidoczniej, że nie warto. — Gospodarze często się okaleczają, ale nie aż tak — dodał po chwili.

Dziki podszedł powoli, nie mógł pozbyć się wrażenia, że widział już coś podobnego. W pewnym momencie poczuł, jak przelewa go fala dreszczy. Znał leżącą przed nim postać, znał ją doskonale. Chociaż przez straszliwie okaleczoną twarz ledwo był wstanie rozpoznać jej właściciela, to już po chwili dotarło to do niego.

Martwy na podłodze leżał nie kto inny tylko Primo, strażnik autobusu. Dziki odsunął się przerażony, jakby trup miał zaraz powstać, spojrzał na plecy Mike’a, który nieświadomy tego, co zrobił, kroczył dalej w głąb korytarza. Złapał powietrze, chcąc zawołać przyjaciela, ale poczuł jak głos grzęźnie mu gdzieś w gardle.

— Pomocy... Ktokolwiek... Błagam! — głośne wołanie wydobyło się z głębi korytarza, odbijając się echem po pustym budynku.

— To chyba oni — zawołał Mike i zostawiając Dzikiego z tyłu, pobiegł w stronę rozwidlenia na końcu holu.

Dziki nie był w stanie się poruszyć, wciąż stał zszokowany, zezując na okaleczonego trupa.

„Jak to w ogóle możliwe?” — pomyślał. „Jaki potwór byłby w stanie zrobić coś takiego...”. Kątem oka dostrzegł ruch w głębi holu. Biała sylwetka prześlizgnęła się w ciemności niczym duch, bez wątpienia podążając za Mikiem.

Dziki wyrwał się z szoku. Mijając ciało szerokim łukiem, ruszył śladami tajemniczego widziadła. Z oddali słyszał wyraźny odgłos przesuwania czegoś ciężkiego po podłodze.

— Jeszcze tylko chwila, trzymajcie się! — dobiegł do niego głos Mike’a.

Skręcił w lewą stronę i gdy tylko wyjrzał zza rogu, dostrzegł mrożący krew w żyłach widok.

Tuż za plecami jego przyjaciela, który siłował się z wielkim biurkiem, blokującym dostęp do łazienki, kroczyła postać niewykształconej kobiety. Dzikiemu natychmiast przyszła na myśl szkolna pielęgniarka. Gospodarz, być może specjalista, miała na sobie kitel tak nasiąknięty krwią, że przybrał niemal jednolity szkarłatno-bordowy kolor. Jej prawie białe blond włosy pozlepiane były w wielu miejscach posoką. Na stopach nie miała butów, jedynie rajstopy, które już dawno podarły się niemal do wysokości kostek. Przez korytarz szła bezszelestnie jak widmo, do którego zresztą upodabniała ją nienaturalnie blada skóra.

Niewykształcona zbliżyła się do Mike’a, a jedna z jej dłoni wystrzeliła w górę.

— Za tobą! — ryknął Dziki, łapiąc jednocześnie za pistolet.

Niewykształcona odkręciła się na pięcie i ruszyła w stronę Dzikiego, zapominając w ogóle o Mike’u, obok którego była już na wyciągnięcie ręki.

Dziki przerażony tym niespodziewanym zrywem, nie zdążył nawet wycelować, nacisnął spust, pudłując. Kula odbiła się od jednej ze ścian, robiąc w niej rysę. Niewykształcona wparowała w niego, niczym mały byk. W szarpaninie upuścił latarkę, starając się utrzymać jej dłonie jak najdalej od swojej twarzy. Kobieta choć nie była potężnej postury, rzucała się jak oszalała. W którymś momencie jej mokry od krwi nadgarstek wyślizgnął się Dzikiemu z uścisku i nim zdążył ponownie złapać ją za rękę, kobieta uderzyła go palcami prosto w oczy. Zawył z bólu, odchylając się do tyłu, ona wykorzystując to, pchnęła go z całej siły, tak że runął plecami na podłogę. Po sekundzie poczuł, jak kolana kobiety uderzają w jego ramiona, zdołał jednak wyswobodzić jedną z rąk i w ostatniej chwili zasłonić dłonią oczy. Zaraz bowiem poczuł, jak palce kobiety próbują przebić się do jego oczodołów.

Huk wystrzału rozbił się echem po korytarzu, Dziki poczuł, jak po jego ciele rozlewają się kawałki kobiety oderwane przez kule. Gospodarz runęła prosto na niego, tak że stykali się głowami. Spróbował wyswobodzić się spod kobiety, gdy usłyszał świszczący oddech, który nabierała do płuc.

— Odroczenie! — wykrzyczał z ledwością, bo gospodarz naciskała mu na klatkę piersiową. Poczuł nagle, że ciężar ustępuje, Mike musiał ściągnąć z niego kobietę. Po chwili usłyszał kilka głuchych uderzeń.

— W porządku, stary? — usłyszał nad sobą głos przyjaciela.

— Chyba wydłubała mi oczy! — krzyknął, czując niewyobrażalny ból w głowie.

— Spokojnie, stary, spokojnie. Pokaż, jak to wygląda.

Ale Dziki nie miał zamiaru otwierać oczu, czuł, że jeżeli to zrobi, to po prostu wypadną. Mike jednak chwycił go za twarz i rozciągnął siłą jedną z powiek.

— Jest na swoim miejscu — pocieszył Dzikiego i klepnął go w ramię. — Posiedź tu chwilę.

Dziki oparł się o ścianę, spróbował otworzyć oczy, ale gdy tylko rozszerzył powiekę choć o milimetr, zalewały go łzy, a patrzałki szczypały tak bardzo, że musiał je zamknąć z powrotem. Po chwili poczuł gwałtowne uderzenie w pas i ręce obejmujące jego plecy.

— Oli — wyszeptał .

— Dziki, wszystko w porządku? Powiedz, co się dzieje? — zatroskany głos dziewczyny, choć sam w sobie przykry, był jedną z najmilszych rzeczy, jakie słyszał od dawna.

„Żyje, nic jej nie jest” — pomyślał i poczuł falę ulgi przepływającą przez ciało, nawet oczy piekły przez chwilę mniej.

— Wszystko dobrze Oli, to ze wzruszenia — zażartował i spróbował ponownie otworzyć oczy. Był już w stanie coś zobaczyć, ale obraz ciągle zachodził mu mgłą, a przywilej zobaczenia czubka głowy przyjaciółki przypłacił kolejną porcją bólu.

— Nie wiem, jak wam dziękować chłopaki — odezwał się kolejny głos w ciemności.

Dziki spróbował przyjrzeć się jego właścicielowi. Przez łzy dostrzegł burzę dredów i nieogoloną twarz, to musiał być Janek, kierowca autobusu.

— Naprawdę nie sądziłem, że ktoś tutaj przyjdzie, uratowaliście nam życie.

— Nie rozklejaj się — przerwał mu Mike — jedna płaczka nam już wystarczy — dodał, gładząc Dzikiego po głowie. — Co się właściwie stało? Dlaczego opuściliście autobus?

— Nie opuściliśmy, wracaliśmy właśnie z grupą ludzi, gdy zaczęło błyskać. Zjechałem w boczną drogę, tu niedaleko, by jak zawsze przeczekać błysk w autobusie. Nie mam pojęcia, jak dostaliśmy się tutaj, obudziliśmy się już zamknięci w kiblu — wyjaśnił Janek.

Dziki był już wstanie dojrzeć jego nieogoloną brodę, więc czuł, że mu się poprawia.

— Ktoś musiał was tu przywlec... ale kto? Przecież nie ona... — stwierdził Mike, spoglądając zapewne w stronę martwej gospodarz.

— Nie mam pojęcia — powiedział Janek i wzruszył ramionami.

Po chwili za jego plecami odezwała się Weronika:

— Oli, nie ma z nami Primo, ta cholera musiała go gdzieś zabrać.

W tym momencie Oli puściła Dzikiego. Dziki otworzył ponownie oczy, obserwując przez mgłę wejście do łazienki. Zobaczył grupę ludzi stłoczonych przy drzwiach, wśród nich rozpoznał stałych mieszkańców autobusu oraz dostrzegł kilka nowych zupełnie obcych postaci.

— Poczekajcie tutaj — stwierdził, podnosząc się przy pomocy ściany. — My z Mikiem przeszukamy przedszkole — stwierdził, czując jak przelewa go fala przerażenia. Nie miał pojęcia, co teraz zrobić, przecież nie mógł im powiedzieć,, że jego przyjaciel, chwilę wcześniej z zimną krwią zabił strażnika autobusu. Jego ciało ciągle leżało na drodze do wyjścia, musiał zyskać chociaż chwilę by uświadomić Mike’a i ustalić z nim jakąś wspólną wersję wydarzeń.

— To nie jest dobry pomysł, żeby tu czekali — stwierdził Mike, rujnując nieświadomie plan Dzikiego. — Jest nas za dużo w jednym miejscu, coś może się tu przypałętać. Lepiej będzie jak wszyscy pójdziecie do autobusu.

— Zostaję z wami! — zawołała natychmiast Oli — we trójkę nic nie przywabimy i...

— Posłuchaj Oli, przedszkole jest malutkie, przeszukamy je raz dwa, ty lepiej odprowadź naszych nowych wspólnotowców do autobusu — stwierdził pewnie Mike, łapiąc dziewczynę za ramię.

Oli zrobiła obrażoną minę, a Dziki był pewien, że właśnie szuka w głowie jakiegoś argumentu.

— Skoro już jesteśmy na piętrze, to przeszukamy je razem, a potem odprowadzicie nas do autobusu. W międzyczasie będziemy się wszyscy rozglądać — stwierdziła dziewczyna, ruszając w głąb korytarza, by jej rozmówca nie zdążył zaprotestować.

— Ona jest niezwykła — szepnął Mike w stronę Dzikiego.

Wykorzystując okazję Dziki spróbował dać przyjacielowi jakiś znak, ale Janek ponaglił ich:

— Chodźcie, bo pójdzie sama.

Kierowca autobusu pokręcił głową i ruszył za Oli, a Mike zaraz za nim. Grupa ludzi z niepewnymi twarzami minęła Dzikiego, ginąc w ciemności korytarza. Dziki ruszył jako ostatni, nie mogąc wyobrazić sobie tego, co stanie się za chwilę.

Hol kończył się podwójnymi drzwiami z lewej i prawej strony. Jedne prowadziły do pokoju nauczycielskiego, drugie do ambulatorium. Tam też zatrzymała się Oli, wodząc niepewnie wzrokiem od jednych drzwi do drugich.

— Zacznijmy od gabinetu — postanowił Mike, stając obok dziewczyny.

Przyjaciel odchylił drzwi i wszedł do środka, Dziki doskoczył do niego, licząc na to, że uda mu się zostać z nim sam na sam, ale zaraz za nim do środka weszli Janek i Oli.

Wszyscy stanęli zszokowani widokiem, który zastali. Cały gabinet pielęgniarki niemal tonął we krwi: białe meble, podłoga, szafka na lekarstwa, wszystko nosiło na sobie czerwoną łunę. Stojąca w rogu kozetka miała po środku ogromną czerwoną kałużę. Dziki miał wrażenie, że Oli zaraz załamie się tym widokiem, bo łzy zaczęły napływać jej do oczu. Na stoliku spostrzegł zakrwawione nożyczki, a na biurku całą masę opakowań po środkach przeciwbólowych.

— To suka — wrzasnął nagle Mike — tak was dopadła, musiała pewnie nabrać się jakichś leków i obudziła się wcześniej.

— Co? — Janek popatrzył na Mike’a jak na wariata. — Ale skąd by wiedziała, jakie leki wziąć? Poza tym to gospodarz, oni nie opuszczają swoich siedlisk tak po prostu.

— Są cwańsze, niż myślisz. Wiem już, że na pewno umieją otwierać kluczem zamknięte drzwi. Niektórzy potrafią też mówić i chyba nawet mają jakąś pamięć związaną z tym, co robili wcześniej — tłumaczył dalej Mike.

— Wątpię, żeby szkolna pielęgniarka mogła wiedzieć cokolwiek o substancjach wybudzających wcześniej z błysku... Błysku nawet nie było w naszym świecie — przerwał mu Janek, broniąc się przed zaakceptowaniem inteligencji wśród niewykształconych.

— Kłócić się będziecie później, musimy znaleźć Prima — ryknęła wściekle Oli i wyszła z gabinetu, ciągle z trudem powstrzymując łzy.

Dziki wybiegł za nią, mijając grupę, która zgromadziła się przy drzwiach. Oli szła chwiejnym krokiem w głąb ciemnego korytarza. Nim zdążyła skręcić w stronę klas, podbiegł do niej i objął ją ramieniem. Poczuł, że Oli wciska mu się pod tors i po chwili usłyszał jej załamany głos:

— Ja już nie daję rady... Ja już naprawdę mam dość... Ja już nie chcę.

Dziki podniósł jej głowę ręką i spojrzał w zapłakane oczy.

— Wiem... — nie potrafił znaleźć nawet jednego słowa na pocieszenie, język wiązł mu w gardle na samą myśl o tym, co stanie się za chwilę.

Oli przetarła rękawem oczy i pociągnęła nosem.

— Chodźmy dalej, Dziki. — Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni małą latarkę w breloczku i skręciła za róg korytarza.

Dziki zwolnił, biorąc głęboki oddech. To już za chwilę... Wychylił się i dostrzegł Oli, stojącą na wysokości pierwszych drzwi.

— Nie — powiedziała głosem tak martwym, że serce Dzikiego przez chwilę stanęło. — Boże, nie, Boże, Boże, nieeeee… — wrzasnęła po chwili i padła na kolana, wpadając w histerię.

Dziki dobiegł do niej, obejmując ją ramieniem, spojrzał jeszcze raz na trupa. Coś ścisnęło mu żołądek, a w głowie rozszalał się mętlik. Z tyłu usłyszał kroki. Mike i Janek biegli w ich stronę, a za nimi reszta grupy.

— Co się... — zaczął Janek, ale przerwał, zapewne gdy zobaczył ciało.

Dziki czuł już to, jakby czekał na potwierdzenie wyroku. Janek milczał przez chwilę, aż w końcu skrzywił się i kopnął z całej siły w drzwi.

— KURWA!!!

Kątem oka spojrzał na Mike’a. Przyjaciel nie powiedział ani słowa, ale jego twarz pobladła, a puste oczy wpatrywały się w Oli, która raz po raz wylewała z siebie kolejne potoki łez. Janek kucnął przy nich z niedowierzaniem, obserwując okaleczone ciało. Dziki słyszał świdrujący płacz Oli, przerażone szepty mieszkańców autobusu. Ciągle wpatrywał się w Mike’a, który nie był w stanie poruszyć nawet jednym mięśniem na twarzy. Ta chwila ciągnęła się w nieskończoność...

Pierwszy z amoku wyrwał się Janek.

— Musimy stąd iść — szepnął, opierając rękę na plecach Oli.

— Nie!!! — krzyknęła dziewczyna i znowu dostała histerycznego ataku, zalewając rękaw Dzikiego łzami.

— Oli, musimy, nie zostaniemy przecież tutaj, wracamy do autobusu — tłumaczył Janek, siląc się na spokój.

Oli jednak w ogóle go nie słuchała. Dziki zaczął się powoli podnosić, próbując pociągnąć ją ze sobą. Dziewczyna wstała z oporem, ściskając jego rękę tak mocno, że cała już zdrętwiała. Nic nie mówił, po prostu szedł z nią powoli. Wiedział, że w takich chwilach nie ma słów, które pomagają. Każdy musi to po prostu przetrwać. Kiedy szli schodami, spojrzał do tyłu, Mike szedł na końcu gromady ze spuszczoną głową, co i rusz nerwowo przygryzając usta. Dziki wiedział, że musi walczyć w nim chęć przyznania się, miał jednak cichą nadzieję, że przyjaciel tego nie zrobi. Nie wiedział, jak mogło by się to skończyć. Szli tak smutnym pochodem, mijając kolejne kolorowe rysunki na ścianach, które teraz wydawały mu się strasznie nie na miejscu.

Kiedy opuszczali budynek, jeden z chłopaków zatrzymał się na chwilę. Wyciągnął z kieszeni mazak i dużymi czarnymi literami wykreślił Przemysław ,,Primo” Majorkiewicz r3.

Dziki i Oli minęli furtkę jako pierwsi, przy autobusie stała teraz mała grupa ludzi. Oprócz Mańka był tam jeszcze Danielewicz i Romcio przyjęci przez Krzaka, jego koledzy ze starego świata.

— Miałem już iść, zobaczyć co z wami — powiedział na ich widok Maniek głosem, jakby chciał się wytłumaczyć z czegoś złego. — Co tam się stało? — spytał, patrząc na płaczącą dziewczynę.

Dziki nie odpowiedział, wszedł do autobusu, ciągle prowadząc ze sobą Oli.

Chwilę później zobaczył przez szybę, jak Maniek zaczepia Janka. Po krótkiej rozmowie Maniek pokiwał głową.

— Dobra, ładujcie się, wracamy do wspólnoty! — zawołał Janek.

Dziki wyjrzał przez szybę i zobaczył Mike’a, który ze spuszczoną głową ciągle stał w bramie przedszkola.

— Poczekaj chwilę, dobrze? Sprawdzę, czy są już wszyscy — skłamał Dziki, wyciągając rękę z uścisku Oli.

Dziewczyna natychmiast schowała twarz w oparciu fotela. Dziki wybiegł z autobusu, słysząc głos Mańka:

— Co, on na zaproszenie czeka?

Dziki dobiegł do przyjaciela, nie wiedząc nawet, co powiedzieć. Mike zaczął jednak pierwszy:

— Bez rąk , bez oczu, skąd mogłem wiedzieć… Ale tak było lepiej, on i tak by nie przeżył. Właściwie to skróciłem mu te mękę, prawda…? PRAWDA? — prawie wrzasnął, spoglądając w oczy Dzikiego.

Ten nie wiedział, co powiedzieć, nie czuł się w stanie, by ocenić tę sytuację moralnie. Wiedział jedynie, że nie chce, aby Mike zadręczał się czymś, na co już nie ma wpływu. Złapał go więc za ramię i powiedział najbardziej przekonującym głosem, na jaki było go stać:

— Tak jest lepiej.

Mike pokiwał głową, jakby chciał się dodatkowo w tym utwierdzić.

— Myślisz, że powinienem...

— Nie teraz — przerwał mu Dziki — to jest jeszcze za świeże. — Tak naprawdę jednak nie wiedział, czy kiedykolwiek istnieć będzie moment, w którym można by było coś takiego powiedzieć.

Mike ruszył w stronę autobusu. Krok miał chwiejny, a głowę spuszczoną nisko w dół. Gdyby nie to, że wszyscy dookoła pochłonięci byli rozpaczą, pewnie ktoś zwróciłby uwagę na jego dziwne zachowanie. Teraz jednak wszyscy byli zbyt zajęci opłakiwaniem straconego towarzysza.

Dziki jeszcze raz zerknął w stronę przedszkola, przez chwilę miał wrażenie, że dostrzega jakąś postać w jednym z okien. Mała dziewczyna, która nie mogła być człowiekiem, o wielkich pozbawionych białek czarnych oczach. Postać, która zniknęła tak szybko, jak tylko się pojawiła.


214 wyświetlenia2 komentarz