Rozdział XIV Eskalacja Błędu.

Dziki ocknął się, modląc w duchu, by to był tylko zły sen, może tak naprawdę leży teraz w swoim wygodnym łóżku i właśnie jego największym problemem staje się kolejne spóźnienie do pracy? W sumie, gdy przypomniał sobie kilka ostatnich minut świadomości, nawet perspektywa zaśnięcia na warcie tuż pod nosem Krzaka nie była aż taka zła.

Powoli otworzył oczy, miał problemy, żeby obraz zlał mu się w całość. Ból głowy powrócił tak nagle, jak jego zmysły. Czuł niesamowite mdłości, a z tyłu czaszki nieprzyjemne pulsujące miejsce. Kiedy po chwili jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, a obraz w końcu zebrał do kupy, spostrzegł nad sobą ogromny kopulasty dach pokryty witrażami. Byli w kościele.

Mężczyźni musieli zadać sobie sporo trudu, by przytargać go taki kawał. Świątynia znajdowała się zaledwie kilometr, może dwa, od Krańcowskich zakładów Chemicznych. Rozejrzał się uważniej po wnętrzu. W starym świecie był tutaj kilka razy, jeszcze za czasów szkoły. Teraz to miejsce zmieniło się nie do poznania, podobnie jak okolice H—Marketu. W powietrzu zamiast zapachu kadzidła unosił się odór krwi i gnijącego mięsa. Wszystkie insygnia, takie jak obrazy i symbole, zostały usunięte, ołtarz przykryty został ogromną czerwoną płachtą, a w miejscu Tabernakulum stała teraz ogromna pokraczna rzeźba, w której Dziki rozpoznał, o zgrozo, grabarza.

Obrócił się powoli, czuł, że ręce miał związane za plecami. Żeby nie urazić rany, która dalej doskwierała mu z tyłu głowy, ostrożnie obrócił twarz. Jak się okazało, leżał tuż pod ołtarzem. Kojarzył, gdzie znajdowało się wyjście, więc odszukał je wzrokiem. Wciągnął powietrze zaskoczony, bo jego oczy właśnie dojrzały coś więcej w tym półmroku.

W ławach kościelnych siedziała duża grupa ludzi. Wszyscy wyglądali, jakby byli na coś chorzy, większość z nich miała pod oczami ogromne cienie kontrastujące z białą jak papier skórą. Inni wyglądali, jakby dostali szczękościsku, wykrzywiając w dziwny w sposób buzie, jeszcze inni ślinili się paskudnie, zupełnie jakby byli naćpani. Ich oczy błądziły gdzieś dziwnie zamglone.

Dziki rozejrzał się w poszukiwaniu Dix, dziewczyna siedziała przywiązana plecami do mównicy, zaledwie kilka metrów od niego. Była przytomna, patrzyła dokładnie w to samo miejsce, obserwując z uwagą postacie przed nimi. Wzdrygnął się, kiedy ciszę panującą wewnątrz przerwał odgłos otwieranych drzwi, ktoś musiał wchodzić od strony prezbiterium. Dix spojrzała w jego stronę, najwidoczniej dostrzegając ruch. Spojrzał na nią z paniką w oczach, ale po dziewczynie nie było widać ani odrobiny zdenerwowania. Dziki obrócił głowę, bo mężczyzna, który ubrany był w komiczny strój, wyglądający jak nieporadna próba przerobienia czerwonej bluzy z kapturem w liturgiczne szaty, zbliżył się do ołtarza. Postacie siedzące w ławach przyklęknęły jak do modlitwy, a mężczyzna po krótkim spojrzeniu na więźniów zajął miejsce przy mównicy.

— Skończył się dla nas czas postu! — wykrzyknął radośnie. Jego głos rozniósł się echem po kościele. — Oto po świetlistej nocy przybywa dla nas promyk nadziei w postaci tych dwóch darów od nowego świata.

Dzikiemu przewróciło się w żołądku. Tajemnica, dlaczego ich porwali, została właśnie wyjaśniona. To musieli być ci słynni kanibale, o których tyle opowieści słyszał już wcześniej. Spojrzał w stronę Dix, myślał, że dziewczyna się chociaż przejmie, ta jednak wciąż wpatrywała się w postacie w ławach. Z jej twarzy nie można było nic wyczytać.

— Śmierć jednych to życie dla innych — kontynuował swoją mowę pseudokapłan. — Niczym przenajświętszy grabarz kontynuować będziemy swoją egzystencję, aż do czasu pełnej przemiany, gdy staniemy to się jednością z tym światem! — Wykrzyknął, unosząc swoje dłonie w górę. Wtedy postacie zasiadające w ławach zawtórowały mu, niczym na prawdziwym nabożeństwie. —

Niech nowy świat przyjmie ofiarę z krwi, którą rozlejemy na jego chwałę, niech mięso nam dane stanie się owocem naszej przemiany, gdy przywdziejemy czerwone szaty i przez wieczność kroczyć będziemy wiecznymi Krańcowa drogami.

Gdyby ktoś kiedyś powiedział Dzikiemu, że będzie świadkiem czegoś takiego, pomimo tych wszystkich dziwactw, które zdążył już zobaczyć w nowym świecie, pewnie i tak nigdy by nie uwierzył.

— Krew na ofiarę, mięso na pokarm! — wykrzyknął stojący przy mównicy mężczyzna, powodując u Dzikiego wzdrygnięcie.

Spojrzał w bok, dostrzegając jak przez prezbieterium do głównej sali weszło kolejnych dwóch mężczyzn. Ci byli wysocy i dobrze zbudowani, ale z twarzami zapadniętymi jak u wszystkich w tym miejscu. Zbliżyli się w stronę mównicy i długimi kuchennymi nożami odcięli więzy, którymi skrępowana była Dix. Gdy dziewczyna była już wolna, poderwali ją do góry, trzymając za obie ręce. Dzikiego zmroziło. Kompletnie zapomniał o bólu, bo szarpnął się tak mocno, że uderzył głową o marmurową posadzkę, mimo zamroczenia próbował podczołgać się bliżej.

— Zostawcie ją, sukinsyny! Wy jesteście chorzy, jak możecie coś takiego robić bydlaki! — wykrzyknął, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Za wszelką cenę próbował wyszarpać ręce z więzów, ale liny ściskały mu dłonie, prawie rozcinając skórę. Ci którzy go krępowali, doskonale wiedzieli, co robią.

Dix natomiast pozostała niewzruszona, nie szarpała się, nie stawiała żadnego oporu. Musiało to również zaskoczyć pseudokapłana, bo zbliżył się do niej i spoglądając prosto w jej nieruchome oblicze, odrzekł:

— Dobrze, że pogodziłaś się z losem, w nagrodę za twój spokój zrobimy to szybko. — Obrócił się na pięcie i zajął ponownie swoje miejsce tuż przy mównicy.

— Nie! Sukinsyny, zostawcie ją! — ryknął jeszcze raz Dziki, choć dobrze wiedział, że nie ma to żadnego sensu.

Zobaczył, jak mężczyźni, którzy trzymali Dix, pchnęli ją na kolana. Obraz zaczął mu się rozlewać przed oczyma. Czuł, jak do oczu cisną mu się łzy bezsilności i bólu. Od szarpania miał wrażenie, że zaraz wyrwie sobie dłonie ze stawów.

— Rozbieraj się!— usłyszał rozkazujący ton jednego z nich.

Dix posłusznie ściągnęła bluzę razem z koszulką, ukazując swoje nagie plecy. Wszyscy zamarli, łącznie z Dzikim.

— O Boże, co to jest?! — zawył z obrzydzeniem kapłan, zasłaniając sobie usta brudną dłonią.

Dziki też to dostrzegł. Zamrugał kilkukrotnie, żeby pozbyć się z oczu rozmywających mu obraz łez. Patrzył prosto w stronę pleców dziewczyny. Całe pokryte były gładkimi plamami nienaturalnie brązowego koloru. Wyglądały prawie tak, jakby część jej skóry zrobiona była z plasteliny. Ta dziwna zmiana dotknęła również jedną z jej piersi. Była całkiem gładka i pozbawiona sutka, zarysowana jedynie jak u lalek.

Mężczyźni stojący przy niej odskoczyli jak oparzeni, gromada siedząca w ławkach poderwała się i odsunęła od ołtarza. Jedynie Dix pozostała na swoim miejscu z miną, która zdradzała, że dokładnie takiej reakcji musiała się spodziewać.

— To jest jakaś abominacja! — wykrzyknął ktoś z tłumu wściekle.

— Zabić to i wyrzucić, zanim pozaraża nas wszystkich! — krzyknął ktoś inny.

Kapłan stał przez chwilę, analizując całą sytuację, w końcu szybkim ruchem sięgnął do kieszeni i wyciągnął pistolet. Należącą wcześniej do Dzikiego tetetkę. To go trochę otrzeźwiło, znów szarpnął się w stronę kapłana i zawołał do obnażonej dziewczyny:

— Dix uważaj! — Dziki spróbował się poderwać, jego zryw skończył się jednak bolesnym upadkiem na schody pod ołtarzem. Spróbował jeszcze raz podnieść głowę i wtedy zobaczył coś, czego nigdy by się nie spodziewał. Kapłan wyprostował rękę i wycelował w stronę dziewczyny. Padł strzał, a Dix w jednej sekundzie niemalże równej szybkości pocisku odskoczyła na bok. To była prędkość, jakiej nigdy nie osiągnąłby żaden człowiek. Był już niemal pewien, że dziewczynie udało się uniknąć kuli, po chwili jednak zobaczył, że jej ramię zalewa się czerwienią. Kapłan spojrzał na pistolet, jakby nie dowierzając, że nie udało mu się powalić jej tym strzałem. Nim jednak zdążył wycelować w nią po raz drugi, Dix była już przy nim. Pochwyciła go za szaty i cisnęła nim o ołtarz, jakby był jakimś szmacianym manekinem. Mężczyzna uderzył o stół ofiarny z taką siłą, że w pewnym momencie Dziki usłyszał dźwięk pękających żeber.

Dix odwróciła się w stronę dwóch mężczyzn, którzy mieli zamiar dokonać na niej mordu. Pierwszy z nich wybiegł w jej stronę, machając wściekle nożem, jakby chciał pociąć wiszące przed nim powietrze. Dziewczyna odchyliła głowę i wyciągnęła ramię, pozwalając ostrzu przebić rękę na wylot. Mężczyzna stanął zszokowany, nie mogąc uwolnić noża z dłoni Dix. Dziewczyna, wykorzystując jego zawahanie chwyciła go za szyję, ściskając ją przy tym tak mocno, że ten posiniał momentalnie. Szarpiąc się w tył, udało mu się wyrwać z tego morderczego uścisku, ale jego krtań zacisnęła się tak mocno, że nie był w stanie złapać tchu. Zgiął się w pół, a z jego ust wylała się krew. Zdążył tylko wyciągnąć rękę w stronę stojącej nad nim Dix, a już po chwili upadł, staczając się z niewysokiego podwyższenia.

Jego kompan, widząc to, zeskoczył przerażony ze schodów i puścił się biegiem w stronę wyjścia. Zanim w popłochu rozbiegli się również ludzie siedzący do tej pory w ławach. Drzwi na zewnątrz trzasnęły głośno, powodując nieprzyjemne echo. Teraz byli tu już tylko Dix i Dziki. Dziewczyna przeszła kilka kroków do przodu i podniosła z ziemi bluzę. Przy próbie wciągnięcia jej na siebie, okazało się, że nie mogła przełożyć ręki przez nóż, który ciągle tkwił w jej dłoni. Cmoknęła niezadowolona na ten widok. Obróciła się i zbliżyła w stronę Dzikiego, jakby była w lekkim amoku. Powolnym ruchem wyciągnęła nóż ze swojej ręki i wciągnęła na siebie do końca ubranie. Uklęknęła przed nim, wyraźnie unikając jego pytającego spojrzenia. Dziki nie był pewien, czy tego nie zauważył, czy też nie zwrócił na to uwagi wcześniej, ale jej dłoń również pokryta była defektem. Pozbawiona paznokci, całkiem gładka i w nienaturalnym kolorze.

— Dix, twoja ręka… — powiedział, dostrzegając zakrwawiony rękaw.

— Ja nic nie czuję, Dziki — odpowiedziała mu pozbawionym emocji głosem i szybkim ruchem przecięła więzy, które krępowały jego ręce.

Dziki poczuł mrowienie po tym, jak krew w końcu wróciła do jego dłoni. Usiadł obolały, bo od tego szarpania na pewno stłukł sobie kilka rzeczy. Dix wstała i całkiem nieprzytomnie ruszyła przed siebie. Spojrzał na nią, zachowywała się jak zszokowana ofiara wypadku.

— Chodźmy już stąd — szepnęła jakby ledwo powstrzymywała się od płaczu.

Dziki podniósł się i podszedł do wbitego w ołtarz kapłana. Z jego jeszcze ciepłej ręki wyciągnął swój pistolet. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie warto byłoby przeszukać ciał, ale zrezygnował, raz, że ciągle miał wewnętrzny opór przed dotykaniem zwłok, a dwa, nie chciał dłużej tkwić w tym miejscu. Spojrzał na kluczącą powoli w stronę wyjścia dziewczynę.

— Dix, poczekaj, trzeba opatrzyć twoje ramię, zaraz czegoś poszukam… Strasznie krwawisz. Usiądź tu na chwilę. Dix! — zawołał, ale dziewczyna nawet się nie zatrzymała.

Dźwięk otwieranych drzwi sprawił, że obydwoje się zatrzymali. Ogromne kościelne wrota otworzyła jakaś istota, która od razu przywiodła Dzikiemu na myśl grabarza. Niska przygarbiona postać w długiej czerwonej szacie, z licznymi kolcami wyrastającymi z grzbietu.

— Przyszedł po ciała — odetchnął z ulgą. — Ale przecież my jeszcze tu jesteśmy... — dodał po chwili. Dziki po raz pierwszy od czasu spotkania z Obałkiem widział grabarza z tak bliska. Niewykształcony swoim dziwnym kołyszącym krokiem zbliżał się pewnie w ich stronę. Coś w tym wszystkim mocno mu się nie podobało.

— To nie jest grabarz — krzyknęła Diź cofając się i zaciskając jednocześnie pięści.

Teraz dopiero Dziki przyjrzał się uważniej. U grabarzy kolce na garbie przypominały kości albo zwierzęce rogi, to co szło w ich stronę, najeżone było zwykłymi metalowymi prętami.

Istota zatrzymała się i bladą jak u trupa dłonią ściągnęła z głowy kaptur, ukazując zdeformowaną twarz. Biała jak marmur gęba przypominała jakąś groteskową rzeźbę i to zrobioną przez kogoś wyjątkowo nieuzdolnionego, jedno z oczu potwora było olbrzymie jak grejpfrut i wystawało sztywno z za małego oczodołu. Drugie oko było całkiem niewidoczne, ukryte pod przerośniętymi powiekami napuchniętymi jak u bokserów po ciężkim meczu. Usta zaś miał ściągnięte tak mocno, że przez cały czas widać było wszystkie jego pożółkłe zęby.

— BALRTOSZ! — zaskrzypiało monstrum, spoglądając swoim wielkim okiem na ołtarz — BALTLOSZ MALWY. — Choć słowa były nieskładne, w mig pojęli, o co mu chodziło. Dziki nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Przyszło mu do głowy, że może kanibale schwytali jakiegoś niewykształconego i upodobniali go do obiektu swojego kultu? A może to po prostu był jakiś inny gatunek, którego jeszcze nie spotkał.

— Uciekajmy. Szybko! — ponagliła go Dix i ruszyła w bok między ławami, chcąc okrążyć istotę. Widząc to, potwór złapał swoją lewą rękąza rząd siedzeń. Ponieważ wcześniej schowana była ona pod szatą, Dziki nie mógł zobaczyć, jak bardzo przerośnięta jest ona względem reszty ciała. Wyglądała jak noga nosorożca przyczepiona na miejsce zwykłej ręki. Istota, używając swej przerośniętej kończyny, bez najmniejszego trudu cisnęła ogromną dębową ławą w stronę Dix. Dziewczyna w odruchu rzuciła się na ziemię, a kawałki roztrzaskanego o jeden z filarów drewnianego siedziska rozleciały się dookoła niej.

— NLIE MAL ULIELKI! — ryknął potwór i chwytając największą z ław, pchnął nią w stronę drzwi, blokując im wyjście. Następnie powolnym kołyszącym się krokiem ruszył w stronę Dix. Niewiele myśląc, Dziki złapał za pistolet i celując w potwora, nacisnął spust. Pocisk trafił, wydając przy tym dźwięk, jakby nabój wbijał się w gruby betonowy mur. Potwór ryknął wściekły, łapiąc za rząd połączonych ze sobą krzeseł i cisnął nim w stronę Dzikiego, przerzucając je przez niemal pół kościoła. Dziki odskoczył na bok w ostatniej chwili, a pojedyncze elementy rozbiły się o schody przed ołtarzem, zamieniając w stertę połamanych desek.

Gdy podnosił się po swoim uniku, zobaczył, że Dix zmierza w stronę potwora, trzymając w rękach długą drewnianą deskę, która jeszcze przed chwilą byłą klęcznikiem. Wyciągnął w jej stronę rękę, jakby chciał ją powstrzymać, ale nim zdążył wykrzyknąć jakiekolwiek ostrzeżenie, dziewczyna dopadła do potwora. Niczym kijem bejsbolowym zdzieliła bestię w twarz z taką siłą, że gruby kawał drewna roztrzaskał się na drzazgi. Potwór ryknął wściekle, próbując wymierzyć cios swoją wielką ręką, ale nim zdążył wziąć odpowiedni zamach, Dix strzeliła go w szczękę, sprawiając ku zdumieniu Dzikiego, że cofnął się o kilka kroków. Dziewczyna ruszyła dalej, okładając głowę potwora kolejnymi ciosami. Po każdym haku wymierzonym od dziewczyny łeb bestii odchylał się, jakby uderzał zawodowy bokser. W końcu jednak bestia otrząsnęła się i wyczekując okazji, zasłoniła się swoją ludzką ręką, blokując cios dziewczyny. W tym czasie jego przerośnięta kończyna zebrała krótki zamach i rąbnęła Dix prosto w brzuch. Mimo niewielkiego rozpędu siła uderzenia była tak duża, że dziewczyna niemal uniosła się w powietrze, upadając jakiś metr od potwora.

Dziki, który w tym momencie otrząsnął się z szoku, jaki wywołała w nim ta walka, złapał za leżący pod ołtarzem nóż upuszczony wcześniej przez zabitego kanibala. Z ostrzem w dłoni ruszył biegiem w stronę potwora, który kroczył do leżącej na ziemi Dix, unosząc swoją maczugo-rękę do kolejnego ciosu.

— Zostaw ją — krzyknął, a bestia przyciągnięta głosem odwróciła się w jego stronę. Wtedy z całej siły pchnął ostrzem w przerośnięte oko na jej twarzy. Stwór zawył, cofając się i wymachując wściekle swoją przerośniętą kończyną, roztrzaskując przy tym ławki oraz podłogę oraz o włos mijając uchylającego się Dzikiego.

Korzystając z chwili odciągnął Dix do tyłu. Dziewczyna była nieprzytomna, jej twarz zastygła bez wyrazu, a klatka piersiowa unosiła się gwałtownymi ruchami. Ciągnąc ją za rękę, odsunął ich tak daleko od potwora, jak tylko dał radę. Po czym, okrążając bestię łukiem, dobiegł do barykady blokującej wyjście.

Złapał za ławę przyciśniętą do drzwi i szarpnął ze wszystkich sił. Zdołał jednak przesunąć ją tylko kilka centymetrów, była naprawdę ciężka. To było przerażające, że tej bestii udało się pchnąć ją z taką łatwością. Odsuwając się, spojrzał w bok, zaniepokojony ciszą która zapadła. Stwór stał w miejscu dysząc ciężko i nasłuchując jakichś dźwięków, które mogły zdradzić położenie jego celów. W pewnym momencie wykrzywił swoją zniekształconą twarz w wyrazie niewyobrażalnego wysiłku. Przez chwilę jego przerośnięte powieki podniosły się z wielkim trudem, odsłaniając małe czarne oczko, którym patrzył prosto w stronę Dzikiego. Gdy tylko powieki znowu opadły, bestia ruszyła w jego stronę, wymachując wściekle swoją przerośniętą ręką. Dziki ponownie złapał za ławę i zapierając się ze wszystkich sił, spróbował przesunąć ją jeszcze raz. W tym momencie usłyszał za sobą trzask łamanego drewna, w ostatniej chwili odskoczył, unikając zabójczego ciosu stwora. Ogromna pięść uderzyła we wrota kościoła, robiąc w nich głębokie wgniecenie i sprawiając, że wygięły się na zewnątrz.

Stwór zatrzymał się na chwilę, zapewne orientując się, że nie trafił w to, co zamierzał. Obrócił się powoli i ponownie z niewyobrażalnym grymasem na twarzy otworzył swoje małe oczko, poszukując nim Dzikiego. Gdy tylko zlokalizował swoją ofiarę, ruszył wściekłym pędem, wystawiając swoją wielką pięść niczym taran. Dziki uniósł pistolet, próbując dostrzec w muszce głowę zbliżającego się potwora. Gdy tylko był pewien, że trafi nacisnął spust, ale zamiast spodziewanego huku wystrzału usłyszał jedynie głuchy metaliczny dźwięk. W pistolecie nie było już kul, przerażony spojrzał w stronę ogromnej pięści, nie miał już szansy na ucieczkę.

Gdy w duchu żegnał się już z życiem, a jego ciało szykowało na przyjęcie ogromnego impetu uderzenia, spostrzegł coś niewyobrażalnego. Dix wbiła się w potwora, gdy ten był zaledwie centymetry od Dzikiego. Niczym zawodowy rugbista wpasowała się w nogi bestii, sprawiając, że ta runęła z łoskotem na ziemię. Dziewczyna podniosła się powoli, prostując się na wpół zgiętych kolanach, Dziki spojrzał na jej twarz i poczuł przeszywający lęk. Biła z niej wściekłość tak niewyobrażalna, że zdawała się wypełniać całe pomieszczenie.

Potwór podniósł się pokracznie, wspierając się niczym goryl na knykciach swej wielkiej kończyny. Wydał z siebie przy tym ryk tak głośny, że zdawał się zatrząść fasadą kościoła. Dix nie zwróciła na to uwagi, kroczyła w stronę potwora jak w jakimś amoku, ślizgając po ziemi stopami.

—Dix, co ty wypra… — krzyknął przerażony, ale nie zdążył dokończyć. Zgodnie z jego przeczuciem bestia obróciła się gwałtownie, machając swoją wielką pięścią jak kosą. Był pewien, że uderzenie zmiecie dziewczynę i wbije w najbliższą ścianę albo ławy. Zamiast tego po raz kolejny stało się coś, czego nie zrozumiał. Ogromna kończyna zatrzymała się na dziewczynie jak łańcuch, którym uderza się w słupek. Dziki pokręcił z niedowierzania głową, obserwując, jak dziewczyna bez żadnego wysiłku odpycha rękę bestii na bok.

— Zdychaj! — ryknęła Dix i rąbnęła swoją małą piąstką w klatkę piersiową stwora.

Dziki był pewien, że bestia nie ma prawa nawet poczuć tego ciosu. Zszokowany dostrzegł jednak, że dłoń Dix zagnieździła się w ciele potwora, jakby uderzyła w glinę. I podobnie jak w glinie zostawiła po sobie odcisk w ciele potwora. Bestia stała jak sparaliżowana, próbując z trudem chwycić powietrze. Po chwili zaś runęła na ziemię, przeważając się na stronę swojej gigantycznej kończyny.

— Uciekamy! — krzyknęła Dix i łapiąc Dzikiego za ramię, pociągnęła go w stronę drzwi.

Dopadli do blokującej wyjście ławy, Dziki ponownie zaparł się ze wszystkich sił, próbując ją przesunąć, ale nie był w stanie. Dix chwyciła za oparcie tuż obok niego i bez żadnego grymasu na twarzy przesunęła ogromną ławę na bok. Nie czekając, otworzyła wrota, które po ciosie potwora ledwo trzymały się w zawiasach. Widząc stojącego w szoku Dzikiego, dziewczyna chwyciła go wściekle za rękę i niemal wyszarpała siłą na zewnątrz.

Po nie wiadomo jak długim czasie spędzonym w ciemnym kościele, nawet szarość krańcowa wydała się niewyobrażalnie jasna. Mijając przedsionek, wybiegli na kamienne schody prowadzące do parkingu, a stamtąd ruszyli pędem w stronę drogi. Dix ciągnęła Dzikiego za sobą, nie puszczając jego dłoni. Gdy byli już w połowie drogi, zatrzymała się jednak tak gwałtownie, że szarpnęła go jak opuszczona w dół kotwica.

Po chwili zamarcia dziewczyna ścisnęła mu dłoń tak mocno, że prawie zawył z bólu.

— Dix, co się dzieje? — wrzasnął, ale dziewczyna nie odpowiedziała.

Padła na kolana, puszczając jego rękę i łapiąc się za głowę.

— Boże, nie teraz! — krzyknęła przerażona, a z jej oczu wylały się nienaturalnie obfite łzy.

— Dix, co się dzieje? — zawołał jeszcze raz, obserwując, jak twarz dziewczyny niemal zalewa się łzami. Wtedy też dostrzegł, że defekt po prostu wylał się na jej szyi, zajmując coraz więcej ciała i nieubłaganie zmierzał ku twarzy.

— Nie, dopóki on żyje, nie mogę teraz, nie, póki on żyje. Boże, Kamil, nie teraz!!! — wrzasnęła tak głośno, że echo odbiło się od sąsiednich budynków. Dziki nie wiedział, co zrobić, dziewczyna upadła po chwili na ziemię całkiem nieprzytomna. Defekt zatrzymał się na jej szyi, czyniąc ją gładką i niewyobrażalnie nieludzką. Nie chcąc tracić nawet sekundy, bo nie był pewien, czy ten wrzask nie ściągnie na nich kłopotów, wciągnął dziewczynę na plecy i ruszył w stronę ulicy.

Ten dodatkowy ciężar był dla niego sporym problemem, nie potrafił wyobrazić sobie jakim cudem Mike z taką łatwością mógł przenieść go wtedy spod Agatki. W myślach pluł sobie w brodę, że zamiast podciągać się na drążku, czy chociaż robić pompki, wolne chwile we wspólnocie spędzał, grając na komórce. Wyszedł na ulicę. Choć stąd do wspólnoty było maksymalnie piętnaście minut, to czuł, że nie dałby rady donieść tam Dix na swoim grzbiecie. Wbiegł więc resztką sił w osiedle domków, które znajdowało się przed kościołem.


183 wyświetlenia2 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie