Rozdział XI - Strefa głodu

Dziki leżał, bojąc się poruszyć choćby o centymetr. W głowie słyszał głośny szum, a jego serce zamarło w oczekiwaniu na huk i błysk, które ostatecznie zakończą jego życie… Nic takiego jednak się nie stało. Czy było już po wszystkim? Czy uczucia towarzyszące śmierci tak różniły się od jego dotychczasowych wyobrażeń? A może po prostu rąbnął w miejsce gdzie błąd jeszcze nie dotarł? Nie był aktywny albo może… po prostu jakimś cudem mu się udało. Zanim zdążył się zastanowić nad tym, jak bardzo bolą go obtarte łokcie i kolana, tuż obok siebie usłyszał jęknięcie.

Nawet nie otwierając oczu, wiedział że to Dix. Niestety zamiast oczekiwanej ulgi oblał go momentalnie zimny pot ze strachu. A co jeśli dziewczyna nie miała aż tyle szczęścia, co on? Uchylił powieki i spojrzał w jej stronę z dudniącym coraz mocniej sercem. Leżała na plecach, a jej twarz skierowana była w jego stronę. Oprócz grymasu bólu wykrzywiającego jej usta wszystko wydawało się być z nią w porządku. Czerwony kombinezon miała ubabrany w piachu, podobnie jak jej ciemne włosy, ale żadnych oznak spalenia nie widział. Odetchnął z ogromną ulgą, opierając brodę o brudną ziemię, na której leżał.

Brudna ziemia zamiast żwiru i torów. Zaraz, ale jakim cudem?! Jak udało im się uniknąć losu, który zaledwie pół godziny wcześniej spotkał jego towarzyszy ze wspólnoty? Po raz kolejny stało się coś, czego Dziki nie potrafił zrozumieć. Chwilę temu wisiał parę centymetrów nad torami, a teraz nie wiadomo, w jaki sposób, znalazł się na trawniku. Podźwignął się w końcu, czując pod palcami suchość trawy na której wylądowali. Dziewczyna, czując ruch obok siebie, otworzyła zaciśnięte w bólu oczy i spojrzała na niego. Przez dłuższy moment po prostu na siebie spoglądali, jakby chcąc się upewnić, czy to dzieje się naprawdę.

— Ej, wszystko gra? — zapytał słabo, trzymając się za obolałe żebra .

Dix podniosła się powoli, wydychając ze świstem powietrze i rozmasowując jeden z boków. Zdrowy rozsądek uderzył w niego jak kubeł zimnej wody, znów przywracając uczucie niepokoju. Rozejrzał się dookoła, żeby zobaczyć, co się właściwie stało. Obydwoje bez wątpienia nie byli już na stacji, a co gorsza nie rozpoznał też żadnego z budynków. Znajdowali się na jakimś podwórzu, między dwoma wielorodzinnymi barakami, i to w nie najlepszym stanie. Drewniane okna z łuszczącą się farbą straszyły starymi pożółkłymi firanami i bijącą z wnętrza budynków ciemnością. Czuł, jak tętno zaczyna mu przyspieszać.

— Wszystko ok, a u ciebie, Dziki? — zapytała Dix, dotykając jego ramienia.

Wzdrygnął się, zaskoczony czymś tak niespodziewanym. Dziewczyna, przestraszona jego reakcją szybko cofnęła rękę.

— Tak, raczej tak — odpowiedział niepewnie.

W jego głowie rozlało się tyle pytań, że nie był nawet w stanie do końca skupić się na tym, co powiedział. Wstał powoli, rozglądając się dalej jak zahipnotyzowany. Ruszył parę kroków przed siebie i dotknął jednego z budynków, chcąc przekonać się, że to wszystko nie jest tylko jakimś złudzeniem.

— Jak? Jakim cudem znaleźliśmy się poza stacją? — spytał, czując, że jego głos zabrzmiał jakoś dziwnie maniakalnie, odchrząknął nerwowo i obrócił się w stronę otrzepującej się z piachu dziewczyny.

Ta przerwała to, co robiła i spojrzała na niego znów zaskoczona.

— Słucham? To ty nie wiedziałeś? Myślałam, że... — zaczęła, ale dostrzegając jego zmieszanie, zamilkła.

— Czego nie wiedziałem? — znów zapytał, ciągle zdezorientowany. Czuł, że zaraz postrada zmysły, a dodatkowo kiedy Dix parsknęła śmiechem, już w ogóle zgłupiał.

— No, nie wiedziałeś o błędzie, kryjącym się między peronami? Nie wiedziałeś o furcie, Dziki? — Rozbawienie Dix wcale mu się nie udzieliło. Nie miał pojęcia, co ją tak śmieszy. Przez chwilę nawet poczuł złość, że niemalże zginęli, a ona zachowuje się tak niepoważnie.

Dziewczyna pokręciła głową z miną, jakby uświadomiła sobie coś niewyobrażalnie głupiego. Nerwowo ogarnęła włosy, które uciekły jej z kucyka.

— Kompletnie nie rozumiem, o czym mówisz — podkreślił jeszcze raz Dziki.

Po jego odpowiedzi Dix wybuchła śmiechem. W tym momencie poczuł się już naprawdę zirytowany. Założył ręce na piersi w oczekiwaniu aż jej przejdzie, ale dziewczyna rechotała dobrych kilka sekund zalewając się łzami. Po czym zupełnie niespodziewanie przytuliła się do niego.

— Rany, ty naprawdę chciałeś skoczyć na tory, a ja myślałam że wiesz...— powiedziała, z głową utkwioną gdzieś w okolicy jego prawego ramienia. Dziewczyna zadrgała jeszcze kilka razy, krztusząc się od powstrzymywanego śmiechu.

— No, co wiem?! — Dziki poczuł że potrzebuje natychmiastowych wyjaśnień, by zachować jakąkolwiek psychiczną równowagę po tym wszystkim.

Wcale nie pomógł mu jej nagły atak czułości. Chociaż pewnie w innych okolicznościach byłby tym zachwycony. Wywrócił oczyma, słysząc kolejny rechot z jej strony.

— No, już dobra — odetchnęła, starając się uspokoić. Odsunęła się od niego i zaczęła rozglądać za czymś na ziemi. — Furta to taki błąd tego świata, który potrafi przenieść cię w zupełnie inne miejsce — wyjaśniła, mijając go i podnosząc z ziemi swój karabin.

— Więc ty wiedziałaś, że takie coś tam jest?! — spytał zszokowany, obracając się za nią na pięcie.

— Wiedziałam — odpowiedziała Dix, poważniejąc. — A ty biegłeś w jej stronę i jeszcze tak pewnie skoczyłeś... — Uniosła broń, dmuchając w zapiaszczone elementy. — Byłam pewna, że wiesz, co robisz. Rany, Dziki, przecież jesteś ze wspólnoty, śpisz zaraz obok tego błędu. Jak mogłeś nie wiedzieć?

Zdegustowanie w jej tonie było porównywalne z tym, jakie właśnie odczuwał wewnętrznie. Bardzo dobrze znał odpowiedź na jej pytanie. Musiała to być kolejna rzecz, o której Mike zapomniał mu powiedzieć. Takie sytuacje zdarzały się wręcz nagminnie. Od momentu przyjęcia do wspólnoty jego przyjaciel zachowywał się tak, jakby Dziki już od dawna był weteranem.

— Właśnie, Mike — pomyślał na głos Dziki.

Dix spojrzała na niego z niemym pytaniem.

— Wydaje mi się, że powinniśmy wracać pod wierzę. Nawet nie wiem, która godzina — stwierdził, oklepując się w poszukiwaniu swojego telefonu.

„Przecież bitwa pod dworcem na pewno się jeszcze nie skończyła. Co się tam teraz działo?”. Spojrzał na Dix, dziewczyna przygryzła nerwowo wargę i rozejrzała się dookoła, przyglądając się otaczającym ich dwóm długim budynkom mieszkalnym.

— Gdzie my właściwie jesteśmy? Kojarzysz tę okolicę? — spytała po chwili.

— Jesteśmy chyba na slumsach Korczyńskich, gdzieś przy starej cegielni — odpowiedział jej, obserwując okolicę. Choć w ciemności widać było tylko najbliższe budynki, nie przypominał sobie, żeby gdziekolwiek indziej w Krańcowie stały podobne długie rudery.

— O, cholera — zaklął, kiedy doszło do niego, jak daleko od stacji się znajdują.

— No właśnie, cholera — syknęła Dix. — Daleko nas wyrzuciło. Nie damy rady wrócić na dworzec. Na pewno nie w noc latarni.

Dziki westchnął pod nosem, spoglądając w stronę miasta. Perspektywa marszu ciemnymi ulicami w normalnych warunkach byłaby niezbyt przyjemna. A teraz dochodzili do tego jeszcze gospodarze włóczący się w różnych miejscach.

— W samym centrum miasta jest teraz bardzo niebezpiecznie. Nawet jeżeli we dwoje nic nie przywabiamy, to coś może się na nas napatoczyć — stwierdziła Dix, wyrywając Dzikiego z zamyślenia. — Spróbujmy się zabarykadować w jednym z budynków i przeczekać. Rano wrócimy do wspólnoty — dodała po chwili. — Trudno, będą musieli dać sobie jakoś radę bez nas.

Dziki przytaknął i razem z Dix weszli w głąb slumsu. Przez zagracone podwórze wypełnione zniszczonym sprzętem oraz charakterystycznym dla takich okolic odorem szamba doszli do najbliższego z kilku wejść prowadzących do wnętrza baraku. Dziki minął Dix, dając jej znać, że pójdzie jako pierwszy i pchnął delikatnie obdrapane zielone frontówki. Te odsunęły się, ukazując im drogę na betonowy przedsionek z podłogą tak brudną, że przypominała klepisko. Z wnętrza ponurego, cuchnącego wilgocią korytarza uzyskiwało się dostęp do poszczególnych mieszkań.

— Spokojnie — szepnęła za jego lewym ramieniem Dix, widząc że Dziki wyciągnął schowany w spodniach pistolet. — Gospodarze opuścili domy. Nawet, jeżeli coś tu było, to wróci dopiero nad ranem — mówiąc to, wyciągnęła latarkę z kabury przy pasku i poświeciła po poszczególnych drzwiach.

Dziki zamknął zielone wierzeje za nimi.

— Które? — spytała dziewczyna, ruszając do przodu i obserwując cuchnący korytarz.

— Najładniejsze wejście, najbogatsze wnętrze — odpowiedział Dziki, wzruszając ramionami.

Dix spojrzała na niego przez ramię i parsknęła śmiechem.

— Nie byłabym tego taka pewna, to w końcu Korczyn — mruknęła, otwierając ze skrzypnięciem „najładniejsze” z drzwi i weszła przez nie do wnętrza mieszkania.

W środku pachniało tak, jak się Dziki tego spodziewał: wilgocią i stęchlizną. Mieszkanie było małe, ciemne i ciasne. Z mikroskopijnego przedsionka wchodziło się bezpośrednio do kuchni, która zastawiona była starymi pożółkłymi od papierosów meblami. Lodówka Polar i kuchnia gazowa Ewa stojące po lewo pamiętały jeszcze czasy PRL-u. Tym jednak, co rzuciło im się w oczy najbardziej, był słoik pełen petów stojący na poplamionej ceracie. Ta nietypowa popielniczka dała Dzikiemu jasny obraz, jakiego typu ludzie zajmowali to mieszkanie. Z kuchni można było dostać się jeszcze tylko do jednego pokoju, nie było tu nawet łazienki.

— Cóż, raczej niewiele tu znajdziemy — stwierdził Dziki, wpatrując się w słoiko-popielniczkę.

— Nie przyszliśmy na szaber, tylko żeby przeczekać noc. Powinniśmy zabarykadować wejście, gdyby ewentualny gospodarz wrócił rano z wizytą. — Dix przekręciła zamek w drzwiach, a chwilę później wepchnęli pod drzwi niską kuchenną szafkę. — Powinno starczyć —stwierdziła.

Gdy już poczuli się nieco bezpieczniej, Dziki zaczął rozglądać się po mieszkaniu. Otwierając jedną po drugiej z szafek kuchennych, znalazł całkiem sporo długoterminowego jedzenia, o wiele więcej, niż się spodziewał znaleźć w takim miejscu. Jedna z nich pełna była tanich makaronów, druga płatków kukurydzianych z niskiej pułki, była też kawa i herbata oraz piwo. Na lodówce zaś leżała cała reklamówka zupek w proszku.

— Trochę nam się poszczęściło — stwierdził radośnie Dziki w stronę wychodzącej właśnie z drugiego pomieszczenia Dix. — To mieszkanie chyba nigdy nie było trzepane. Jak na slumsowe standardy nie ma tragedii.

Dziewczyna westchnęła ciężko, stawiając na stole butelkę z wodą, którą znalazła pewnie w sąsiednim pokoju. Chwilę potem przyklęknęła przy jednej z szafek, której Dziki jeszcze nie przeszukiwał. Wyciągnęła z niej niewielki rondel i podała mu go.

— To żadne szczęście, jesteśmy po stronie Armii Daniela — skwitowała. Wstając na równe nogi, przesunęła Dzikiego w bok i wlała do garnka wodę z butelki, którą znalazła pod stołem. — Jego sługusy nie szabrują, bo nie muszą, biorą coś w rodzaju żołdu wypłacanego w towarach z marketu —wyjaśniła. — Siadaj, napijemy się czegoś.

Przez dłuższy czas nie rozmawiali, Dix zrobiła im po kawie, a Dziki z resztek wody przygotował im spaghetti w proszku. Siedząc przy stole, jedli w milczeniu, przyświecała im jedynie latarka, którą dziewczyna postawiła na stole niczym świeczkę. Gdy już miał chwilę, by zebrać myśli, zaczął zastanawiać się, jak wygląda sytuacja we wspólnocie. „Czy defektowi i jego towarzyszom udało się przetrwać do tej pory? Czy ktoś jeszcze zginął? Czy ten potwór, który zaatakował ich na peronie przedostał się pod barykadę? A jeśli tak, to czy ludziom ze wspólnoty udało się go powstrzymać?”.

— Zaraz wybuchnie ci czaszka, tak intensywnie myślisz. — Usłyszał nagle od strony Dix.

Ta, brodą wspartą na dłoni, przeglądała jakąś starą gazetę, którą zgarnęła z przedsionka.

— Jak uważasz, na stacji wszystko w porządku? — zapytał nieco retorycznie, chociaż w duchu oczekiwał, że dziewczyna powie jednak coś, co go uspokoi.

— Mam nadzieję. Wiesz, chłopaki z defektu to twarde sukinsyny, myślę, że na pewno sobie poradzili — powiedziała. — Twoim towarzyszom też pomogli, o to się nie martw — dodała po chwili.

Dziki nie był jednak do końca przekonany. Przykro było to przyznać, ale poziom między defektem a wspólnotą był nie do przeskoczenia. Dix o tym wiedziała, więc nie dziwiło go, że po tych słowach uznała najwyraźniej, że temat należy zakończyć. Po chwili znów skupiła się na oglądaniu obrazków w czasopiśmie.

— A to coś, co spotkaliśmy – te cienie – widziałaś już coś takiego? — dopytywał dalej.

Dix uniosła na niego wzrok i nie odpowiedziała od razu, widać było, że zbiera myśli, bo jej oczy biegały z jednej strony na drugą, jakby chwytały urywki wspomnień.

— Kiedyś widziałam coś podobnego. To było dokładnie w Krańcowskich zakładach chemicznych. Od tak, po prostu stały, bardzo podobne do tych ze stacji, z tym że dużo mniejsze i nieagresywne — powiedziała, prostując się na krześle, na którym siedziała, aż oparcie zatrzeszczało złowieszczo.

Dziki dostrzegł na jej twarzy jakąś dziwną melancholię na wspomnienie o zakładach chemicznych. O ile dobrze pamiętał, Mike wspominał, by się tam nie zbliżać, więc czego Dix mogła tam szukać?

— Myślisz, że co to właściwie mogło być? — spytał.

— Niewykształcony, to jasne. Ale dokładniej? Mogę się tylko domyślać — odparła.

— Chętnie posłucham twoich domysłów — stwierdził, chcąc podtrzymać rozmowę. Dość miał już trwania w milczeniu i walki z własnymi myślami. Dobijało go to, że siedzi tu sobie bezpiecznie i popija kawkę, gdy jego przyjaciel walczy o życie przy wieży. Znów spojrzał na dziewczynę, bo ta nie odpowiadała.

Dix wyglądała na lekko zaskoczoną, ale najwidoczniej dociekliwość Dzikiego przypadła jej do gustu, bo uśmiechnęła się lekko pod nosem i kontynuowała:

— No dobra, skoro tak stawiasz sprawę. Wiesz zapewne, skąd wzięła się nazwa niewykształcony?

Dziki kiwnął głową. To akurat Kuba mu kiedyś wyjaśnił. Ale dziewczyna i tak kontynuowała:

— Od nie-w-pełni-wykształconego, tak na początku nazywaliśmy te potwory. To dlatego, że pierwsze, które spotykaliśmy, zawsze wyglądały tak, jakby czegoś w nich brakowało. Ta nazwa jednak nie oddaje pełnego spectrum tych istot. — Dix wstała z krzesła i zaczęła dreptać w miejscu. Przypominała teraz profesora na katedrze, dającego wykład dla swoich studentów.

Dziki uśmiechnął się i oparł wygodniej. Dix kontynuowała:

— Wiele z tych istot przeszło jakiś dziwny rodzaj przemiany, czasami zyskując wyjątkowe cechy, których uwarunkowanie było zależne od jednego z czynników, między innymi: wieku, wykonywanego zawodu, czy też miejsca pobytu w momencie błysku. Dla przykładu kolejarze, wszyscy którzy wykonywali ten zawód, przeszli określony rodzaj przemiany, o której właściwościach mogłeś się przekonać.

— Rozumiem. Czyli istnieją tak jakby gatunki niewykształconych, które tworzyły się, gdy dana grupa ludzi w momencie błysku spełniała określoną specyfikację — wtrącił Dziki.

— Brawo, dokładnie tak — pochwaliła go Dix i kontynuowała, przemierzając niewielkie pomieszczenie w tą i z powrotem. — Mówiłam ci, że widziałam podobne cienie przy zakładach chemicznych. Wtedy wyszły one z autobusu. Cienie, które spotkaliśmy razem, wyszły z pociągu. Rozumiesz zależność? — zapytała, spoglądając na niego.

— Podejrzewam, że są to dawni ludzie, którzy w momencie błysku znajdowali się w środku komunikacji miejskiej albo zmierzali do Krańcowa —odpowiedział. — No dobrze, ale dlaczego ten pociąg wjechał na stację akurat teraz? Coś go sprowokowało? Nie wyglądało to jak przypadek. — Dzikiemu naprawdę trudno było uwierzyć, że był to jedynie zbieg okoliczności.

— Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Chyba znów mogę tylko podesłać ci kilka domysłów. — Dix podniosła do ust szklankę i upiła z niej porządny łyk, krzywiąc się lekko od gorzkiej kawy. — Więc tak, pociąg mógł stać gdzieś za Krańcowem, za strefą zamarcia. — Dziewczyna ułożyła dwa noże na wzór torów kolejowych. Pustą paczkę po papierosach ustawiła na nich jako imitację wagonów. — Każdej nocy latarni, gdy wracał prąd w liniach, pociąg przejeżdżał kawałek —stwierdziła, przesuwając papieroso-lokomotywę. — Cóż, pewnie tym razem był już na tyle blisko, że kiedy dostał trochę prądu, był w stanie dojechać aż do nas, albo... — przerwała nagle, robiąc dramatyczną pauzę i gniotąc opakowanie po fajkach w ręku — ...cały pociąg jest niewykształconym i został przywabiony przez dużą liczbę ludzi na peronie — zakończyła dobitnie.

— Niewykształcony pociąg? — dopytał Dziki, mając spore wątpliwości, czy dobrze zrozumiał.

— Tak, i to dokładnie w takiej formie, o jakiej myślisz. W zakładach chemicznych widziałam ludzi zespolonych z maszynami, na których najpewniej pracowali przed błyskiem. Niezbyt przyjemny widok. — Skrzywiła się na samo wspomnienie. Podsunęła sobie w końcu krzesło i usiadła na nim.

— Przerażające… swoją drogą naprawdę dużo wiesz o tym świecie, co? — stwierdził, przyglądając się jej zamyślonej twarzy. W tym świetle wydawała mu się strasznie blada, ale mogło to być powodem specyficznego koloru światła latarki. Spojrzał odruchowo na jedną ze swoich dłoni.

— Och… — Dix uśmiechnęła się lekko, wręcz nieśmiało i odwróciła wzrok gdzieś na bok.

Zaskoczyło go takie zachowanie z jej strony. Pewnie dlatego, że pod maską niezłomnej liderki defektu wciąż kryła się normalna dziewczyna, może niegdyś niezbyt pewna siebie dziewczyna.

— Wiesz, Dziki, chyba mogę oficjalnie powiedzieć, że jestem prawdziwą weteranką. Oprócz Zjawy nie ma raczej innej dziewczyny, która byłaby tu tak długo, jak ja. Już na pewno większość dziewczyn nie miała takich możliwości podróżowania po tym świecie.

— Na pewno, też niewiele kobiet ma pod sobą armię na własne rozkazy — zaśmiał się Dziki.

— Defekt nie jest moją prywatną armią, Dziki. Łączy nas wspólny cel, a ja po prostu idę na przodzie — odpowiedziała i z jakiegoś powodu wydała się lekko urażona.

— Przepraszam, jeżeli powiedziałem coś nie tak — wystrzelił natychmiast, ale Dix przerwała mu gestem dłoni.

— Nic się nie stało, po prostu z defektem to nie jest tak, jak myślisz. Miło się z tobą rozmawia i chętnie wyjaśniłabym ci jeszcze parę rzeczy, ale musimy poruszyć dużo ważniejszą kwestię — stwierdziła, popychając palcem zgniecioną paczkę.

— Naszego powrotu. — Myśl o tym sprawiła, że momentalnie zrzedła mu mina.

— Dokładnie. — Dix wyprostowała się na krześle i wyjrzała przez szparę w zasłoniętym oknie. — Za kilka godzin zgasną latarnie. Gdy gospodarze wrócą już do domów, my też będziemy musieli jakoś wrócić na stację, nie wiem tylko, czy rozsądnie będzie podróżować razem.

— Co? Czemu? — spytał nieco niepewnie. — Przecież jest nas tylko dwoje, nie przyciągamy...

— Nie chodzi o niewykształconych, Dziki, ale o mnie. Będziemy musieli przejść przez strefę głodu, wiesz co to jest? Królestwo Daniela.

Dziki zauważył, że położyła szczególny nacisk na ostatnie dwa słowa.

— W strefie mam bezwzględny wyrok śmierci, jak każdy, kto mi towarzyszy. Myślę, że samemu będziesz miał o wiele większe szanse. Ja tymczasem będę musiała przedostać się jakąś inną drogą…

— Słuchaj. Przyzwyczaiłem się już do groźby śmierci, właściwie wszystko w tym świecie chce, żebyśmy zakończyli życie jak najszybciej. I pewnie jest jeszcze cała masa rzeczy, o której nie zdążyłem się dowiedzieć, że chce mojej śmierci. Więc ryzyko utraty życia nie jest dla mnie argumentem —stwierdził, uderzając pięścią w stół.

Dziewczyna zaśmiała się, spoglądając na niego jakoś inaczej niż wcześniej. Widząc jej niezwykle skupione na nim spojrzenie, Dziki stwierdził, iż z jakiegoś tajemniczego powodu nie chce się z nią rozstawać. Nawet jeżeli wiązałoby się to z zagrożeniem większym niż zwykle.

— Zresztą ten Daniel i jego ludzie też pewnie musieli radzić sobie z gospodarzami. Myślisz, że wycieńczeni całonocną walką będą szukali akurat ciebie zamiast odsypiać w najlepsze? — dodał, żeby podkreślić bezsens rozstawania się w tym momencie.

Dix uśmiechała się, słuchając tego monologu z jego strony. Zamilkł, bo jej brak odpowiedzi zbił go z tropu.

— No, to co sądzisz? Jest sens żebyśmy szli osobno? Dix? — spytał ostatecznie.

— Rany, Dziki, jesteś naprawdę... — powiedziała, znów wspierając brodę na dłoni.

Ton, jakim to powiedziała, sprawił, że zrobiło mu się gorąco, a jej niebieskie oczy, które teraz wpatrywały się w niego, prawie błyszczały. Podrapał się po głowie zakłopotany, bo czuł, jak palą go policzki.

— Wiesz, strasznie mi kogoś przypominasz. — Dix spojrzała w stronę drugiego pokoju, uciekając wzrokiem.

Dziki miał wrażenie, że znowu zaczerwieniła się lekko, co już kompletnie sprawiło, że poczuł się niezręcznie. Przez chwilę milczeli obydwoje. Miał nadzieję, że powie, kogo jej przypomina. Może dawnego chłopaka? I czemu aż tak bardzo go to interesowało? Dziewczyna jednak szybko zmieniła temat.

— Chcesz się zdrzemnąć? W tamtym pokoju jest łóżko, mogłabym cię popilnować. — Wstała od stołu i ruszyła w stronę opartego o ścianę karabinu.

— Dopiero wypiłem kawę — stwierdził Dziki, nieco zawiedziony, że nie usłyszał tego, co chciał.

— Mnie by to nie przeszkadzało — stwierdziła Dix, ziewając ostentacyjnie.

— To kładź się — powiedział, podnosząc się i ustawiając sobie krzesło przy ścianie, tuż przy wejściu do mieszkania. — Ja będę czuwał.

Rozsiadł się wygodnie, uprzednio wyjmując swój pistolet z kieszeni i kładąc go tuż obok siebie na niskiej brudnej szafeczce. Czuł, że dziewczyna wpatrywała się w niego jeszcze chwilę, ale on z uporczywością liczył pety w słoiku – popielniczce. Gdy w końcu zniknęła za framugą, pozostał sam z sercem bijącym jak oszalałe.

"czym tu teraz zająć myśli"- westchnął sam do siebie w ciemności.

***

Szarość Krańcowskiego nieba powoli zaczęła przebijać się przez zasłonięte okna. Latarnie zgasły już kilka godzin temu, co znaczyło, że większość gospodarzy powinna już być przy swoich domach. Dla Dzikiego był to najbardziej nerwowy okres, bo w każdej chwili mógł do drzwi zapukać niewykształcony. Chociaż, sądząc po względnym porządku, jaki tu zastali, nie wydawało mu się, by w tym domu przebywał ktokolwiek. To w tym świecie nigdy niczego nie można było być pewnym. Siedział więc jak na szpilkach, ze zdrętwiałym karkiem i nogami.

Co najgorsze powoli zaczynał już odczuwać skutki nieprzespanej nocy, a wypita jakiś czas temu kawa dawno straciła na mocy. Wstał z trzeszczącego krzesła jak najciszej. Przez ostatnie kilka godzin starał się nie wiercić, by dać Dix szansę na trochę odpoczynku. Czuł jednak, że jeśli się nie rozprostuje, to już nigdy więcej nie będzie w stanie chodzić. Przeszedł w tę i z powrotem, machając ramionami, by się rozruszać. Zasłonił usta, by nie ziewnąć zbyt głośno. Nie bardzo mu to wyszło, bo z sąsiedniego pomieszczenia usłyszał, jak Dix przewraca się na drugi bok.

Spojrzał na stojącą na blacie butelkę z wodą. Odlał jej trochę i zagotował w garnku pseudokawę po turecku. Zaparzony roztwór koloru smoły wlał do czystego kubka i przeszedł parę kroków w stronę drugiego pokoju, by zobaczyć, czy dziewczyna się nie przebudziła.

Przez zasłonki w pokoju, w którym spała Dix, zaczęła w końcu wpadać szarość, tak że Dziki mógł przyjrzeć się leżącej na łóżku towarzyszce. Dziewczyna nie spała spokojnie, zwinięta w ciasny kłębek wierciła się nieustannie. Czasami też mówiła coś do siebie, choć Dzikiemu nie udało się wyłapać żadnego logicznego słowa. Zastanawiał się, jaką historię kryje za sobą śpiąca przed nim postać. Jak to się stało, że zachorowała? Czemu to właśnie ona przewodzi tą najlepiej zorganizowaną grupą? Jaki jest jej prawdziwy powód, w tym nieustawicznym pościgu za tajemniczym pierwszym?

Złapał łyk kawy i skrzywił się okrutnie, smakowała obrzydliwie, ale bez wątpienia stawiała na nogi. Niemalże poczuł, jak oczy mu się wykręcają. Odsunął się od framugi i wrócił do kuchni. Chcąc zająć sobie trochę czasu, postanowił przyrządzić im śniadanie. Przez chwilę zastanawiał się, czy w lodówce nie kryje się jakaś konserwa, ale ryzyko zasmrodzenia całego mieszkania było zbyt duże, by je podjąć. Pamiętał, że podczas przeszukiwania półek mignęła mu gdzieś mąka.

Wykorzystując więc znalezioną w szafce składniki, ukręcił jakieś naleśnikopodobne placki, które doprawił cukrem. W efekcie końcowym okazało się to być nie tylko jadalne, a nawet nieskromnie Dziki przyznał, że w Krańcowie taki posiłek mógłby uchodzić za prawdziwy rarytas. Dix pojawiła się obok niego tak nagle, że prawie strącił rondel z kawą. Najpewniej obudziła się, jak zaczął pichcić.

— Wow, Dziki, jakie cudo — powiedziała jeszcze zaspana, obserwując ułożone na talerzu placki, które jej podał.

— Częstuj się, kawę też już podgrzewam — odpowiedział, podpalając gaz, kątem oka spojrzał, jak dziewczyna niemrawo podchodzi do stołu.

Kiedy już usiedli razem i zobaczył, jak Dix zajada się jego plackami, poczuł przez chwilę, jakby znowu znajdował się w starym świecie. Siorbnął kawy, uśmiechając się do kubka. Jakie to było zwyczajne i przyjemne. On i śliczna dziewczyna, jedzący razem śniadanie. Dix musiała zauważyć jego rozmarzoną minę, bo spytała nagle:

— Wszystko w porządku? — Upiła z kubka, krztusząc się i krzywiąc. — O rany…

— No, nie jest najlepsza — odpowiedział zmartwiony. — Wszystko gra, odpłynąłem trochę. — Potarł suche od braku snu oczy, co tylko pogorszyło sprawę.

— Mówiłam, żebyś się przespał — stwierdziła z troską w głosie, co sprawiło, że Dziki uznał już tę noc za wartą nieprzespania. — Czeka nas jeszcze trochę przygotowań. Jeżeli chcemy przejść przez strefę głodu, nie możemy wyglądać zbyt dobrze. — Dodała Dix, po czym wyszła do sąsiedniego pokoju. — Jest tutaj sporo ubrań, pewnie nie są w naszym rozmiarze, ale to bez znaczenia. Ważne, żeby wyglądały na sfatygowane. — Dziewczyna przyniosła trochę śmierdzących wilgocią męskich ciuchów i położyła je na stole.

— Przebierz się, niedługo będziemy ruszać.

Dziki spojrzał na ubrania. Sam oddawał bardzo podobne do takich specjalnych koszy dla biednych i potrzebujących. Z tym, że jego były chociaż wyprane. Z cuchnącego kopca wybrał parę startych jeansowych spodni i za dużą bluzę z kapturem, po czym starając się nie zwymiotować, włożył je na siebie.

— Gotowy? — spytała po chwili Dix i weszła do kuchni ubrana w stare brązowe dresy i zielony polar z kapturem, zapięty pod samą szyję.

— Jak bardzo źle wyglądam? — zapytał, chcąc trochę zażartować, ale Dix najwyraźniej potraktowała to poważnie, bo to, co usłyszał w odpowiedzi, trochę go załamało.

— Jest ok, jeszcze twarz trochę wybrudź. Musimy wyglądać na takich, co nic nie mają — powiedziała, odsuwając z mozołem starą lodówkę od ściany.

Dziki natychmiast ruszył by jej pomóc.

— To ma znaczenie? — spytał, dając się natrzeć dziewczynie smarem zza lodówki.

— Uwierz mi, że ma — odpowiedziała Dix.

Gdy wybrudziła już Dzikiego, z drugiego pokoju przyniosła trochę damskich kosmetyków. Z ich pomocą narobiła sobie na twarzy kilka dziwnych różowych plam.

— Będę musiała zostawić tu karabin, jest za duży, żeby nieść go pod ubraniem, a torba sugerowałaby, że mamy coś wartościowego — westchnęła, po czym zawinęła broń w koc i wcisnęła pod łóżko.

— Może kiedyś po niego wrócę — dodała.

Po tej dziwnej transformacji, dopili ostatnie łyki kawy i wyszli powoli na zewnątrz. Na brudnym korytarzu nie zastali na całe szczęście nikogo. Wyszli więc ostrożnie przez zielone obdrapane drzwi na zewnątrz. Teraz, gdy na ulicy było już jasno, Dziki bez trudu rozpoznał, w którym miejscu się znajdują. Z podwórza, na którym wypadli wczoraj w nocy, bez trudu zauważył długie kominy cegielni górujące nad niskimi gromadami baraków, podobnych do tego, w jakim dzisiaj spali.

— O tak, świeże powietrze — odetchnęła dziewczyna. — Dobra, idziemy, mamy przed sobą spory kawał do przejścia — powiedziała przyciszonym tonem i skierowała się w stronę drogi biegnącej do centrum miasta.

Szli obok siebie chodnikiem z rękoma w kieszeni i kapturami zaciągniętymi na głowy. Dookoła nich ciągnęły się długie rzędy zrujnowanych budynków oraz sklepików zabezpieczonych potężnymi kratami. Zupełnie tak, jak je zapamiętał jeszcze ze starego świata. Ta część miasta nie była zbyt bezpieczna. Siatki w oknach okolicznych sklepów i potężne kłódy były jakby standardem. Co najważniejsze, nienaruszone zabezpieczenia równały się towarem nietkniętym przez nikogo. Dzikiemu zrobiło się żal na myśl, ile rzeczy znajduje się w tym miejscu.

Droga przez osiedle domków jednorodzinnych ustawionych jeden przy drugim tuż przy głównej ulicy mijała im szybko. Dziki zawdzięczał to faktowi, że Dix nie zachowywała się tak paranoicznie, jak Mike. Kiedy podróżowali razem, jego kompan co chwila zmuszał ich do postoju, wypatrywania zagrożeń albo do podróżowania jakimiś dzikimi ostępami. Dix kroczyła pewnie chodnikiem, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Być może znała to miasto tak dobrze, że wiedziała z góry, gdzie może czaić się niebezpieczeństwo. Drugą ewentualnością było to, iż przywykła po prostu do podróżowania w towarzystwie grupy, której każdy w tym mieście schodził z drogi. Dziki zdecydowanie wolał wierzyć, że chodzi o to pierwsze. Osiedle przy starej cegielni opuścili w niecałe dwadzieścia minut, gdy doszli do pierwszego skrzyżowania i Dziki zobaczył znak drogowy, przyszła mu do głowy pewna myśl.

— Ej, a nie możemy iść przez Zarzecze? — spytał, spoglądając na odbijającą w bok drogę.

Dix zwolniła kroku, zatrzymując się w końcu i spoglądając w stronę, o której mówił Dziki.

— Wydaje mi się, że przechodząc przez rzekę, moglibyśmy minąć całą tę okolicę marketu, czy też obecnie strefy głodu, i wrócić drugim mostem prawie przy cmentarzu. Co ty na to?

— Byłoby świetnie, Dziki, gdyby nie to, że most jest zawalony, a rzeka to teraz właściwie żrący kwas bagno, niestety musimy iść tędy. — Z tymi słowami Dix przekroczyła skrzyżowanie, a Dziki ruszył za nią załamany wiadomością o zawalonym moście.

Droga uciekała im spod nóg, co było jedynym pocieszeniem. Po kolejnych kilkunastu minutach wędrówki zaczęli dostrzegać zmiany w otaczającej infrastrukturze. Dookoła nich zaczęły pojawiać się pierwsze ładniejsze budynki i domki jednorodzinne. Kraty w sklepach nie były już tak grube, a fasady budynków w znacznie mniejszym stopniu obmalowane graffiti. Powoli zbliżali się do centrum miasta.

— Jesteśmy coraz bliżej — zauważył, kiedy w końcu Dix zdecydowała, żeby przystanęli.

Teraz, wychylając się zza budynku, mogli już dostrzec główną ulicę,

— Jeżeli natrafimy na kogoś od Daniela, zachowuj się jak jakiś tępak i miejmy nadzieję, że naprawdę są dzisiaj zmęczeni — rzuciła Dix w jego stronę. Market był już zaledwie parę kilometrów przed nimi.

— Dużo się tam zmieniło? — spytał Dziki, a dziewczyna spojrzała na niego znacząco i odparła z gniewem w głosie.

— Nie poznasz tego miejsca.

Dziki nie musiał zgadywać, że nie przepadała za Danielem. Po tym, co usłyszał od Mike’a, trudno było się dziwić. Ruszyli dalej, wychodząc zza budynku, gdy niespodziewanie dziewczyna szepnęła:

— Cholera, kapliczka.

— Co takiego? — spytał Dziki, zaciskając dłoń na broni, którą miał w kieszeni.

— To jest teraz posterunek, nie przypatruj się im i nie zatrzymuj. Zachowuj się tak, jakbyś tu przechodził już milion razy — poinstruowała go, pochylając głowę, by zasłonić twarz.

Dziki jeszcze przez chwilę nie rozumiał, o co dokładnie chodzi. Dopiero gdy wyjrzał delikatnie spod kaptura na bok, zobaczył starą kapliczkę. Teraz obwarowana dookoła złomem była niczym stanowisko strzeleckie. Na jej szczycie stał jakiś mężczyzna z lornetką w dłoni. Pod spodem w prowizorycznym okopie drzemało sobie kilku osiłków z czerwoną opaską na ręku.

Serce Dzikiego załomotało nerwowo w piersi, ale ze wszystkich sił starał się zachować spokój, szedł równo obok Dix, wpatrując się uparcie w asfalt. Na szczęście wyraźnie zmęczona grupa nie zwróciła na nich większej uwagi, choć stojący na górze obserwator bez wątpienia odprowadzał ich wzrokiem.

Po minięciu posterunku i kilku nerwowych chwilach znaleźli się o paręset metrów przed marketem. Po prawej stronie drogi widać już było ogromny słup reklamowy z literą H na szczycie. Dziki zerknął w opustoszałe, powybijane szyby dużego prywatnego budynku, w którym niegdyś mieścił się gabinet stomatologiczny. Znał doskonale to miejsce, bo to tu właśnie chadzał na wizyty dentystyczne. Zaraz za budynkiem zaczynał się parking, tuż przy sklepie z akumulatorami. Po drugiej stronie ulicy zaś przywitał ich widok sporego ogrodzonego placu, na którym stały pordzewiałe samochody. Szyld „Mechanika Rokietnicki” straszył z oddali łuszczącą się farbą. Ojciec Dzikiego kilka razy naprawiał tu samochód. Obecnie plac stanowił jedynie naturalną osłonę dla rzędu pawilonów, wśród których znajdowały się salon myśliwski, kwiaciarnia i zegarmistrz. Połączony ciąg sklepów musiał być zamieszkały, bo szyby na dole piętrowego budynku były zasłonięte. Kręciło się tam również kilku ludzi, którzy najpewniej ochraniali to miejsce. W ich rękach bez trudu można było dojrzeć broń.

Odwrócił twarz w drugą stronę, bo któryś z patrolujących przystanął, aby się im przyjrzeć. Dix momentalnie wcisnęła głowę w kaptur, przyśpieszając kroku.

Szli dalej przed siebie, nie zatrzymując się nawet na sekundę. Gdy tylko oddalili się od uzbrojonych mężczyzn spojrzał znów na prawo. Pas zieleni, który w starym świecie oddzielał główną ulicę od stacji kontroli pojazdów, był teraz wyschniętą na wiór trawą i jednym pojedynczym czarnym drzewem. Dziki był pewien, że drzewo musiało być kilkukrotnie podpalane i gaszone. Nie to jednak zainteresowało go najbardziej. Ciężarówki stojące na parkingu przed stacją kontroli były w naprawdę okropnym stanie. Pordzewiałe z poprzebijanymi kołami, wymalowane sprejami o wyjątkowo przygnębiających barwach. Jakby w sklepie z farbami zostały tylko same ciemne kolory. Pojazdy wyglądały tak, jakby stały tu dobre dwadzieścia lat, niszczejąc.

„Ile czasu minęło, odkąd ten świat powstał tak naprawdę?” — pomyślał. Nie miał jednak czasu, by się nad tym zastanowić, bo właśnie jego oczom ukazał się H—Market. Byli już dosłownie o rzut beretem od znanego sobie ze starego świata sklepu. Musiał przyznać, że Dix miała sporo racji, nie poznałby tego miejsca.

Pozbawiony samochodów parking przed sklepem wyglądał teraz jak jakiś obóz dla uchodźców. Cały teren pełen był namiotów i jakichś prowizorycznych domków, pobudowanych ze sklejki i śmieci.

Sam budynek sklepu stał otoczony dwoma rzędami płotu z drutu kolczastego, a na jego dachu znajdowało się coś, co wyglądało jak stanowiska strzeleckie. Obok marketu stał jeszcze budynek stacji benzynowej, nie miał jednak możliwości przyjrzeć mu się bliżej, bo Dix znacznie przyśpieszyła.

Nic tak jednak nie zszokowało Dzikiego, jak fakt, ilu ludzi znajduje się w tym miejscu. Te wszystkie ruszające się drobne postacie, zlepione w tę śmieszną parodię pseudospołeczeństwa. Było ich znacznie więcej niż mieszkańców wspólnoty oraz ludzi z defektu razem wziętych. Z każdym kolejnym krokiem, gdy zmniejszali odległość między nimi a H—Marketem, Dziki dostrzegał ogrom, a jednocześnie zapaść tego miejsca. Kiedy zbliżyli się na tyle, że mógł przyjrzeć się żyjącym tu ludziom, zrozumiał, o co chodziło z nazwą strefa głodu.

Pierwszy mężczyzna, którego zobaczył, stał oparty o ścianę jakiegoś kartonowego szałasu. Wyglądał przy tym, jakby był chory. Ręce i nogi miał tak cienkie, że trudno było uwierzyć, iż nie złamał się pod własnym ciężarem. Cienie pod jego oczami i nieogolona twarz przywodziły na myśl jakiegoś podsklepowego żula, tylko że nawet oni prezentowali się czasem lepiej.

Poczuł, jak coś szarpie go w bok. Dix odciągnęła ich tak, że minęli mężczyznę szerokim łukiem, trudno było zresztą się dziwić. Smród, który od niego buchał, prawie zatykał.

Nieprzyjemne uczucie bycia obserwowanym siedziało mu na karku, odkąd tylko weszli w granice strefy. Mimowolnie rozglądając się, dostrzegł blok mieszkalny, który stał po drugiej stronie ulicy. Cały jego front był obwarowany, podobnie jak kapliczka, którą minęli. Tuż przy wejściu na klatkę schodową stał… ciężki karabin maszynowy. Na jego widok przełknął nerwowo ślinę i spojrzał na ciągnącą go za ramię Dix. Dziewczyna parła do przodu, manewrując między szałasami i namiotami. Na pewno nie była w nastroju do zwiedzania. Szczególnie, że coraz to nowi mijani przez nich ludzie, wodzili za nimi wzrokiem. Co przerażające wyjątkowo wygłodniałym.

Dix w pewnym momencie zatrzymała się gwałtownie, tak że prawie wpadł na nią. Poprawiając kaptur który zsunął mu się z głowy, spojrzał przed siebie. Kilkanaście metrów przed nimi wychudzone postacie zbierały dziesiątki ciał porozrzucanych w różnych miejscach obozowiska. Spora część szałasów po tej stronie była zawalona, z niektórych tlił się dym. Widok był makabryczny, szczególnie, kiedy dojrzał, jak jeden z tych mizernie wyglądających ludzi ciągnął jakąś martwą postać za nogę w stronę kupy usypanej z trupów. Zasłonił sobie usta, odwracając głowę.

Z trudem opanował odruch wymiotny. Takie widoki wciąż stanowiły dla niego coś, czego nie mógł od tak przetrawić. Spojrzał na Dix, trzymała go mocnym chwytem za nadgarstek. Nie widział jej twarzy, ale spodziewał się, że na niej nie zrobiło to takiego wrażenia, jak na nim. Podniósł głowę, odchylając kaptur, by znów spojrzeć w tamtą stronę. Pogorzelisko ciągnęło się przez całą szerokość jezdni, prawie zahaczając o pobliski blok. Dziki zrozumiał, że niewykształceni musieli zaatakować głownie z tej strony. Nie miał szans jednak na lepszą ocenę sytuacji, bo dziewczyna pociągnęła go w głąb placu, tak by minąć to, co tam powstało. Po drodze natknęli się na kolejną dziwną grupę. Widząc ich, Dix momentalnie puściła rękę Dzikiego i wsadziła dłonie do kieszenie, a głowę cofnęła mocno w głąb kaptura.

Ubrani na czarno mężczyźni przypominali Dzikiemu oddziały policyjne. Wszyscy w jednakowych czarnych kombinezonach z kamizelkami kuloodpornymi. Jedyne, co zdradzało ich, to fakt, że zamiast tarcz i pałek trzymali w rękach strzelby myśliwskie, a na ramionach mieli naszywki ochrony H—Marketu.

Grupa przeszła obok bez słowa, nawet nie spoglądając w ich stronę, dla nich musieli wyglądać jak wszyscy inni mieszkańcy strefy głodu. Gdy tylko się oddalili, spojrzał za nimi ukradkiem, a jego głowę przeszyła fala pytań. „Wszyscy mieli broń. Skąd? Od Pierwszego? Było jej w Krańcowie aż tyle?”.

— To byli obrońcy — szepnęła Dix, gdy gromada zniknęła za szałasami i ruszyła w stronę pogorzeliska.

Wzdrygnął się, słysząc jej głos, który wyrwał go z zamyślenia.

— Zajmują się ochroną marketu i jego zawartości. W siłach Daniela uchodzą za elitę — wyjaśniła.

Mógł się mylić, ale ostatnie słowa, jakie powiedziała, podlatywały kpiną. Spojrzał raz jeszcze na kręcących się to tu to tam mężczyzn.

Chociaż specyficzny strój nadawał im dość groźnego wyglądu, dla Dzikiego ludzie, którzy ich minęli, nie byli zbyt imponujący. Szczupli, o szczurkowanych twarzach, w większości wyglądający na bardzo młodych. To już ci, których mijali, drzemiący przy kapliczce, wyglądali znacznie groźniej i potężniej.

— Niezbyt okazała ta elita — odszepnął.

— Daniel nie da broni nikomu, kogo nie może łatwo kontrolować — odparła Dix, co dało mu jasny obraz na to, co kierowało ich wielkim wodzem w doborze ludzi.

Schodząc z drogi dwóm potężnie wyglądającym mężczyznom z czerwoną chustką na ramieniu, przeszli obok jakiegoś dużego namiotu. Minąwszy na skos kilka kolejnych lepianek, dotarli w końcu w okolice pogorzeliska po drugiej stronie placu. Tym razem Dziki przystanął zszokowany. Z ruin, które widział przed sobą, wnioskował, że zniszczona została co najmniej połowa tych dziwnych szałasów. Te, które stały bliżej wyjazdu ze strefy były zmiecione z powierzchni ziemi. Ciała ludzi porozrzucane bez ładu. Wyglądało to jak po wybuchu bomby w jakimś zatłoczonym miejscu.

— Daniel Żyje! — krzyknął ktoś za nimi, Dziki i Dix zatrzymali się jak sparaliżowani.

Dwóch mężczyzn ubranych w stroje ochrony przeszło obok nich, zbliżając się do czegoś, co przypominało mały namiot, tyle że zrobiony z jeansu.

Kiedy jednak ów namiot podniósł się po chwili, okazał się być największym mężczyzną, jakiego Dziki kiedykolwiek wcześniej widział. Teraz będąc zaledwie parę kroków od tego kolosa, rozumiał, czemu Daniel chciał otaczać się wyłącznie niepozornymi słabymi ludźmi. Ogromna postać ubrana w jeansową kurtkę z przewiązaną na ramieniu czerwoną bandanką górowała nad wszystkim dookoła. W odróżnieniu jednak od jego dawnego kompana ze wspólnoty Robala, ten człowiek był nie tylko wysoki, ale i niezwykle potężny. Na pewno nie był typowym mieszkańcem strefy głodu.

— Żyje, żyje po cholerę się drzesz — odezwał się olbrzym tubalnym głosem.

— Maciejewski, brat Daniel oczekuje informacji o stratach — zawołał jeden z ubranych na czarno mężczyzn.

Potężny banderowiec zaciągnął się resztką tlącego się jeszcze peta i wyrzucił go w stronę stłoczonej gromady wychudzonych postaci. Niedopałek odbił się od pleców jednego z nich, a reszta niemalże natychmiast się rozbiegła, ani myśląc, by pomóc oparzonemu koledze. Maciejewski, jak najwidoczniej nazywał się kolos, zaśmiał się na widok próbującego ugasić mały pożar obdartusa, wyjątkowo rozbawiony tym, co zrobił. Słysząc ponaglające chrząknięcie ze strony dwójki dużo mniejszych od niego, przedstawicieli porządku wywrócił oczyma i ostentacyjnie wkładając sobie palec w ucho, odpowiedział lekceważąco:

— Więc, niewykształconych było łącznie w chuj i ciut, a głodujących padło od chuja i trochę — zakpił, rechocząc zadowolony z siebie.

Dwaj obrońcy obdarzyli go poirytowanym spojrzeniem, Maciejewski nie zwracając na to uwagi, wytarł brudną rękę o przechodzącego obok chłopaczka. Nastolatek w bluzie z nazwą jakiejś znanej firmy uciekł z piskiem, zalewając się łzami. Jeden z przybyłych nie wytrzymał w końcu wyraźnego lekceważenia i prostując się tak, by spojrzeć olbrzymowi w oczy syknął:

— Szanuj Daniela!

Głos obrońcy wydał się Dzikiemu dziwnie znajomy, nie mógł sobie jednak przypomnieć, gdzie i kiedy słyszał go wcześniej. Zobaczył tylko, jak jego właściciel bierze pewnym chwytem strzelbę w swoje chude dłonie, a mina na twarzy Maciejewskiego rzednie.

— Szanuję, szanuję, ale po cholerę ja mam to liczyć, jakby pierwszy raz przyleźli, a temu się nagle na rachunki zebrało — wytłumaczył się olbrzym, widocznie uspokojony widokiem broni.

— Daniel ma swoje powody, których nie musi ci zdradzać, jak nie potrafisz liczyć, to wynajmij sobie herlaka, niech policzy za ciebie — odpowiedział pierwszy z przybyłych, z wyraźną kpiną w głosie.

— Wynajmij! To daj mi na to. Myślicie, że sram talentami, jak u was w markecie — odpowiedział wyraźnie oburzony.

W tym momencie drugi z mężczyzn odwrócił się w stronę Dzikiego. Choć ich wzrok spotkał się tylko przez chwilę, Dzikiego zmroziło. Zobaczył przed sobą młodego chłopaka, tego samego z którym pojawił na cmentarzu. Odruchowo cofnął głowę w kaptur i zaczął mamrotać do siebie, kiwając się na boki. Miał nadzieję, że smar na twarzy nieco zmienił jego wygląd, a młodzik nie miał dość czasu, by mu się lepiej przyjrzeć. Chwycił Dix za ramię i odciągnął na bok, dalej mamrocząc jakieś bezsensy. Chłopak bez wątpienia wciąż im się przyglądał, Dziki czuł jego wzrok na swoich plecach. W pewnym momencie jednak kłótnia między olbrzymem a kompanem młodego rozgorzała na dobre, Dziki zobaczył, jak chłopak odwraca się w ich stronę.

— Jakbyś nie przeżerał całego żołdu, to byś teraz miał na wynajęcie herlaka! — podniósł głos obrońca.

Maciejewski, chyba ostatkiem zdrowego rozsądku, powstrzymywał się, żeby go nie uderzyć, bo nerwowo zaczął podwijać rękawy swojej jeansowej kurtki.

— Jest mnie dwa razy więcej niż ciebie, a ceny narzuciliście takie, że prawie tu głodem przymieram! — odwarknął potężnie, co sprawiło chwilowe zawahanie na twarzy jego rozmówcy. Co by nie mówić, był od niego dwa razy większy.

— Jakbyś tak głodem przymierał, to z przydziału brałbyś konserwy zamiast browaru i fajek! — włączył się do kłótni były kolega w niedoli Dzikiego.

Był to najlepszy moment, żeby się ulotnić. Dziki ścisnął mocniej rękę Dix i odciągnął ją pośpiesznie w głąb placu. Nie usłyszeli już końca kłótni, ale musiała trwać dalej, bo chłopak nie poszedł za nimi. Być może próbował w tym momencie powstrzymać swoich towarzyszy od rzucenia się sobie do gardeł.

— Co się stało? — spytała Dix, gdy tylko głosy kłócących się zginęły gdzieś pomiędzy szumami zawodzenia mieszkańców strefy. — Prawie mnie stamtąd wywlokłeś.

— Znam jednego z tych gości — odpowiedział Dziki, zerkając do tyłu, wręcz paranoicznie.

Dix jak na komendę odwróciła się z lękiem, żeby sprawdzić, czy nikt za nimi nie idzie.

— Jednego z tych obrońców? A on cię poznał? — spytała równie wystraszona, co Dziki.

— Mam nadzieję, że nie... — mruknął pod nosem, ciągle przyśpieszając kroku.

Lawirując między zgliszczami szałasów, co chwila napotykali jakieś ciało. Dziki już nawet się nie wzdrygał, przywykł do tego widoku szybciej, niż się spodziewał. Wśród tego, co tu się działo, ciężko było nawet odróżnić, które z ciał należało do niewykształconego, a które do człowieka.Po drodze minęli jeszcze kilku herlaków chodzących od szałasu do szałasu, niektórzy nawoływali swoich bliskich, inni po prostu rabowali, co się dało.

— Dlaczego oni tu są? — spytał nagle Dziki z jakąś dziwną wzbierającą w nim złością, obserwując, jak dwóch okrutnie zniszczonych mężczyzn przeszukuje ciało trzeciego.

Widząc jego spojrzenie spod kaptura, zaczęli rabować szybciej, po chwili najzwyczajniej się rozbiegając. Tak musiała wygląda tutejsza solidarność.

— Hmm? — mruknęła Dix, odrywając wzrok od tej samej sceny.

— Ci ludzie, zobacz, przeszliśmy całe to miejsce i nikt nas nie zatrzymał. Więc czemu oni stąd nie odejdą? Przecież to jest jakiś koszmar — powiedział, gwałtownie odsuwając się w bok, kiedy zza kolejnej niekompletnej już budy wypadł jakiś charczący mężczyzna.

Dix odciągnęła Dzikiego na bok, czekając z odpowiedzią, aż mężczyzna się oddali. — A gdzie mają pójść, Dziki? Kto się nimi zajmie? Wiesz kim oni są? To są w większości ludzie, którzy nie potrafią poradzić sobie sami. Nie mają przyjaciół, którzy by im pomogli, nie mają odwagi, ani charakteru, by tułać się samotnie. A tutaj dostaną przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie i nadzieję na to, że w dużej grupie to nie oni będą kolejną ofiarą. Tak to tutaj wygląda — powiedziała z trwogą, obserwując leżącą na jakimś ciele zawodzącą dziewczynę.

Brudna od stóp do głów, z włosami pozlepianymi od krwi, biła pięściami w trupa chłopaka, jakby każde uderzenie miało dać jej szansę na przywrócenie mu życia. Ale jedno spojrzenie Dzikiego w jego puste pozbawione życia oczy dało jasny obraz, jak bezsensowne były to starania.

— Daniel ich karmi? Tak z dobrego serca? — zapytał, chcąc odciągnąć myśli od tego, co zobaczył przed chwilą.

Na szczęście Dix podchwyciła pytanie i szepnęła z kpiną:

— To są jego tarcze, kiedy wpadają tu niewykształceni, najpierw wlewają się do strefy głodu i mordują jej mieszkańców. W tym czasie jego żołnierze mogą sobie bezpiecznie strzelać do nich zza siatki. Dzięki temu nie traci swoich ludzi, to jest wszystko doskonale wykalkulowane.

— Rozumiem. — Dziki spojrzał w stronę obwarowanego sklepu. Ani siatka, ani brama nie wyglądały na chociażby wygiętą. Czyli niewykształceni pewnie nigdy nawet nie zbliżyli się do H—Marketu. — Jak widać, system się sprawdza — stwierdził smutno.

— Niestety — odparła zrezygnowana towarzyszka.

Niespodziewanie ponad ich głowami rozległa się muzyka. Z głośników na parkingu zaczęła dobiegać melodia, w której Dziki od razu rozpoznał muzykę typową dla H—Marketu. Dżingiel, który witał kupujących na parkingu, rozchodził się echem po całej okolicy.

— Co się dzieje?— zapytał zdenerwowany.

— Chyba wzywają na jedzenie — stwierdziła Dix, zatrzymując się i rozglądając dookoła.

Pobliscy herlacy porzucili natychmiast swoje zajęcia i prawie biegiem ruszyli w stronę bramy przy wejściu do centrum handlowego. Dziki zauważył wózek magazynowy, który na swoich widłach wiózł największy garnek, jaki kiedykolwiek widział. Grupa mężczyzn w czarnych ochroniarskich swetrach otworzyła bramę, a mieszkańcy strefy wdarli się tabunem do środka. Dopiero kilka strzałów w powietrze od jednego ze strażników ostudziło ich zapały.

— Znacie zasady — powiedział znudzonym tonem przez megafon jakiś ubrany na czarno obrońca.

— Ustawiać się! Już! Dla każdego porcja, a jak do wieczora uprzątniecie ciała, Daniel obiecał dziś drugi obiad, więc śpieszyć się! — zawołał towarzyszący mu mężczyzna wydający jedzenie.

Jego kompan odłożył od niechcenia megafon na bok i przeładował strzelbę. Ludzie natychmiast ustawili się w szeregu.

— Ruszajmy, Dziki, to będzie dziwnie wyglądało, jeśli jako jedyni nie pójdziemy po zupę. Trzeba się pośpieszyć, mamy praktycznie drogę wolną — stwierdziła Dix i pchnęła go w stronę jakiegoś większego szałasu.

I znów, idąc z głowami nisko i krążąc dookoła co większych namiotów, zbliżyli się do wyjścia ze strefy. Ostatnie szałasy stały już praktycznie na drodze, poza parkingiem dawnego sklepu. Dix dała krok do przodu, wychodząc na asfalt, gdy tuż obok nich pojawiło się dwóch banderowców, również opuszczających to miejsce.

— Cholera jasna wolałbym, żeby najpierw skończyli robotę, jak się nażrą, to żaden nie pójdzie dalej sprzątać — odezwał się jeden z nich opryskliwym głosem.

Dziki spojrzał na nich. Początkowo wcale nie zwrócili na nich uwagi, więc może jest szansa.

— Idź dalej — szepnęła Dix tuż obok jego prawego ramienia, popychając delikatnie Dzikiego, który zatrzymał się, widząc ludzi Daniela wyłaniających się z boku.

— Może ta obietnica drugiego posiłku ich zmotywuje, ostatnio dostali dwa razy? — odezwał się drugi głos nie mniej wredny od poprzedniego.

— Ta, ale wtedy robotę mieli lżejszą. Ty, zobacz. Ej, wy!

Obawy Dzikiego się jednak spełniły, banderowcy zwrócili się w ich stronę.

— Skończyliście żreć, to do roboty! Ta zgnilizna się sama nie wyniesie!

Dix nie zareagowała, więc i Dziki udał, że nie słyszy. Nie zatrzymywali się, ale dało się odczuć, że dwójka banderowców kieruje się wprost na nich. Kolejny krok do przodu i Dziki zacisnął dłoń na pistolecie schowanym w kieszeni bluzy.

— Ty! Mówię do ciebie! — ryknął za jego plecami mężczyzna i łapiąc za ramię, obrócił go popychając przy tym na znak przejścia dla pieszych.

Dziki uniósł głowę i zobaczył nad sobą jakiegoś młodego łysego gnoja o dość małpiej aparycji. Wyglądał na dobrze odżywionego, a na szarej bluzie nosił czerwoną opaskę. Nie wiedząc, co zrobić, Dziki poszedł za radą Dix i postanowił udawać beznadziejny przypadek.

— O rany, jestem taki głodny, tak bardzo nie mam siły, proszę coś do jedzenia. Błagam! — wysapał najbardziej żałosnym głosem, jakim umiał, trzęsąc się przy tym, jakby miał delirkę.

Wyciągnął rękę w stronę chłopaczka, a ten zaśmiał się do swojego równie urodziwego kolegi.

— Temu już się chyba coś we łbie przestawiło.

— No, ale popatrz, na herlaka to on jeszcze nie wygląda. To albo jakiś cwaniak i nas tu próbuje w wała zrobić, albo przybył niedawno. Co ćpałeś, gnoju? I skąd masz? — spytał podejrzliwie drugi małpolud, przyglądając się Dzikiemu, po czym trzepnął go zaczepnie w kaptur tak, że znów nic nie widział.

Dziki poczuł, jak wzbiera nim złość, ostatkiem sił powstrzymywał się, by nie wyciągnąć broni.

— Ty on z babeczką jakąś jest! — krzyknął nagle jego kolega, uradowany.

Człowiek małpa pchnął Dzikiego na ziemię, zrzucając mu kaptur z głowy i zbliżył się do Dix.

— No? Pokaż się malutka — powiedział, pochylając się w jej stronę, by przyjrzeć się lepiej. Jeśli jest tak odżywiona jak on, to może jeszcze się zabawimy. Co ty na to słonko? Nie chciałabyś dostać czegoś do jedzonka? — spytał złośliwie.

W tym samym czasie drugi z banderowców ściągnął Dix kaptur z głowy i odsunął się od niej jak oparzony.

— No stary, co ona ma na ryju! — powiedział z obrzydzeniem, spoglądając jak dziewczyna ponownie próbuje naciągnąć kaptur na głowę, by ukryć twarz.

— Niby wybredny nie rucha, ale nie wiem, czy jest dla czego ryzykować — syknął człowiek małpa, cofając się.

Tego dla Dzikiego już było za wiele, poderwał się z ziemi, trzymając w ręku pistolet i wycelował w stronę małpiego draba. Banderowiec, który stał obok, zamarł zszokowany na widok broni. Przez chwilę nic się nie działo, Dziki wysapywał z siebie wściekłość, gotów nacisnąć spusty.

W tym momencie jednak stało się coś dziwnego. Przedstawiciel Krańcowskiej patologii spojrzał w bok i zaklął szpetnie. Dziki obrócił głowę i sparaliżował go strach. Od strony zgliszczy zbliżał się do nich chłopak z cmentarza, wlepiając wzrok prosto w niego. Gdy tylko podszedł bliżej, machnął ręką, dając znak Dzikiemu, by odłożył broń. Nie wiedząc zupełnie co robić, opuścił rękę z pistoletem, ale nie schował jej do kieszeni. Postanowił najpierw zobaczyć, jak to wszystko potoczy się dalej. Nie miał pojęcia, jak zachowa się jego dawny znajomy, więc zamilkł w oczekiwaniu.

— Co się tu dzieje? — spytał chłopak w czarnym stroju.

Dziki widział, jak stara się przy tym brzmieć groźnie. Choć jego głos przypominający pisk nastolatki, w normalnych warunkach na pewno nie zrobiłby na nikim wrażenia, to jednak dwaj banderowcy stanęli jak wryci. Ten mniej podobny do małpy wyciągnął na powitanie dłoń, wołając:

— Daniel żyje!

Chłopak zignorował to jednak, okrążając ich dookoła i zdejmując myśliwską strzelbę z ramienia.

— Żyje... — odpowiedział dopiero po chwili, obserwując całą czwórkę. — Albo mi się wydaje, albo próbujecie tutaj złamać jeden z podstawowych zakazów? Słucham?! — Podniesienie głosu i widok strzelby zadziałało na dwóch łysoli jak kubeł zimnej wody.

Dzikiemu cała sytuacja wydawała się zupełnie irracjonalna. Młody chłopak siląc się na podstępny i złowieszczy głos, mógł co najwyżej wzbudzić politowanie. Tymczasem dwaj banderowcy wyglądali na naprawdę przerażonych. W głowie mu się to nie mieściło.

— Nie chcecie gadać?! Więc może powiecie mi, co Daniel myśli o napastowaniu seksualnym kobiet w strefie? — spytał chłopak, stając między dwoma drabami, od których, o zgrozo, był o głowę niższy.

— Od seksu jest burdel, a gwałty zmniejszają napływ ludzi do strefy — wyrecytował z przestrachem ten, który najchętniej omawiał plan zabawy z Dix. Teraz spuścił głowę, jakby tłumaczył się przed nauczycielem.

— No wspaniale, że pamiętasz! — zakpił chłopak. — Jak Cię nie stać na seks, to żryj mniej. A teraz wynoście się, bo złożę na was raport Maciejewskiemu. On się wami odpowiednio zaopiekuje. — zasyczał wściekle obrońca.

Draby posłusznie odeszły, choć gdy tylko oddaliły się kawałek ,natychmiast dało się słyszeć złorzeczenia biegnące z ich strony. Młodzik odprowadził ich wzrokiem do granicy strefy, po czym odwrócił się w stronę Dzikiego. Przez chwilę patrzył na niego z jakąś dziwną konsternacją, a potem zaśmiał się, przecierając twarz dłonią.

— Ty, wstyd się przyznać, ale ja nawet nie wiem, jak masz na imię — powiedział chłopak, wyciągając rękę w jego stronę.

Dziki uścisnął ją i spojrzał w stronę Dix, ta zerknęła z nadzieją w stronę drogi, ale przecież nie mogli teraz uciec.

— Wystarczy Dziki i tak już nie pamiętam, kiedy ostatnio używałem prawdziwego imienia — odpowiedział w końcu, uśmiechając się sztucznie.

— Rozumiem, wiesz, ja nawet nie zdążyłem ci podziękować. Wtedy za cmentarz, a potem za szkołę — powiedział, kiwając głową na wspomnienie o tamtych wydarzeniach. — Ja po prostu za bardzo się bałem, by myśleć o czymś takim. O takich rzeczach, by podziękować, czy coś... — Głos chłopaka uwiązł gdzieś w gardle, a oczy zeszkliły się, jakby miał zamiar się popłakać.

Dziki stał w szoku, obserwując całą tę sytuację. Do tej pory miał wątpliwości, czy chłopak, którego uratował w ogóle jeszcze żyje. Teraz stał tuż przed nim i jak na ironię to jego los zależał od tego, co zrobi młodzik. Chłopak wyglądał, jakby mocno coś rozważał i po chwili zamyślenia zawołał w końcu:

— Chodźcie ze mną.

Po tych słowach odwrócił się w stronę strefy i machnął zachęcająco ręką. Dix, która zdążyła zbliżyć się do Dzikiego, ścisnęła go za ramię.

— Dziki, uciekajmy— szepnęła bardzo cicho, ale chłopak ponownie odwrócił się w ich stronę

— No chodźcie, chodźcie, nie bójcie się — ponaglił ich.


201 wyświetlenia0 komentarz