Rozdział X - Noc latarni

Dziki przebudził się nagle i odruchowo spojrzał na ekran w telefonie. Sądząc po absolutnej ciemności, jaka przywitała jego oczy, musiał być środek nocy. Na pewno było jeszcze przed trzecią, bo ustawiony na komórce alarm wciąż jeszcze nie raczył zadzwonić. Odetchnął ciężko i położył z powrotem głowę na niezbyt miękkiej poduszce. Wzrok powoli przyzwyczaił mu się do mroku, tak że po chwili był w stanie dojrzeć kontur starej niedziałającej jarzeniówki, wiszącej tuż nad jego posłaniem. Obrócił głowę w bok, na śpiącego z otwartą gębą i chrapiącego Mike’a. Dziękował w duchu, że jest tak ciemno i nie musi na to patrzeć w całej okazałości. Potarł knykciem kącik oka, by oczyścić je z tego piachu, który się tam zbierał. Usiadł niespiesznie, gramoląc się w szeleszczącym śpiworze, ale nikogo to nie obudziło. Przez chwilę zastanowił się, co musiałoby się stać, by poderwać ich wszystkich na równe nogi. Sięgnął w tył po telefon i zerknął po raz kolejny na ekran, tym razem sprawdzając dokładnie datę.

„Czterdzieści” — policzył w myślach dziki. Minęło właśnie czterdzieści dni, od kiedy błysk wyrzucił go na cmentarzu. Podnosząc się z karimaty, stwierdził, że musi zacząć gdzieś zapisywać daty, bo już teraz ciężko mu było zliczyć wszystko z pamięci. Od kiedy został przyjęty do wspólnoty, działo się tak wiele, że czasami brakowało mu nawet chwili, by skupić myśli.

Po pierwszym dość chłodnym powitaniu, jakie zaserwowali mu starzy mieszkańcy, sytuacja wcale się nie poprawiła. Chociaż nikt już nie okazywał mu otwartej niechęci, dało się wyczuć dystans, który budował się między wspólnotowcami a nowoprzyjętym Dzikim. Wyjątkami, oprócz jego przyjaciela ze starego świata Mike’a, byli jeden z weteranów Maniek oraz lider wspólnoty Krzak. Ten pierwszy bardzo cenił sobie to, że Dziki nie był jednym z tych, którzy bali się wyściubiać nos poza stację, a wspólne wyprawy Mike’a i Dzikiego po zaopatrzenie znacznie odciążały go z dotychczasowej roli głównego żywiciela wspólnoty. Krzak natomiast wielokrotnie chwalił zaangażowanie, jakie Dziki wnosił w budowę wspólnoty, co niestety nie przysporzyło mu fanów pośród wspólnotowych leserów.

Nie miał jednak okazji, żeby się na tym skupić. W Krzaka, jak mówił Mike, wstąpiła zupełnie nowa energia i zaczęli pełną parą rozbudowę wspólnoty. Dzięki technice „na kamień” odpalili w końcu stare autobusy, które zalegały na placu i umiejscowili je dokoła terenu, tworząc prowizoryczne mury. Wykorzystując stary wóz dostawczy, zrobili kilka kursów pod market budowlany niedaleko Zatorza i przywieźli wszystko, czego potrzebowali do budowy umocnień. Dzięki temu już po dwóch tygodniach codziennej ciężkiej pracy mieli odgrodzoną większą część stacji i okolicy. Spory problem sprawiały im prywatne domy, musieli zamurowywać w nich drzwi i okna, a autobusy ustawiać tak, by wspólnie z nimi tworzyły część muru.

Największą bolączką wspólnoty był brak wody, na całym odgrodzonym przez nich terenie nie było ani jednej studni, źródełka czy też działającego kranu. Woda i napoje, które przywieźli z Agatki rozeszły się błyskawicznie, bo przez ciągłą pracę ludziom doskwierało pragnienie. Jedynym sposobem na uzupełnianie zapasów była dość ryzykowna podróż do jedynego źródła w pobliżu. Dwa razy w tygodniu grupa ludzi ze wspólnoty wspierana przez ochotników z defektu zbierała wszystkie puste pojemniki i butelki, po czym ruszała pod „Pekin”. W starym świecie była to nędzna kamienica dla najbiedniejszych mieszkańców Krańcowa. Na podwórzu zrujnowanego budynku znajdowała się pompa, z której dawni lokatorzy zabierali wodę do mieszkań, bo w samej kamienicy nie było nawet wodociągu. Było to też jedyne źródło w okolicy, z którego mogli regularnie czerpać.

Dziki miał okazję jechać po wodę już tydzień po swoim przyjęciu i szybko przekonał się, dlaczego nigdy nie ma ochotników na tę wyprawę. Chodź sama droga wydawała się spokojna, a zniszczona kamienica sprawiała wrażenie pustej, to kiedy tylko ktoś zaczynał pompować wodę, zaraz zlatywały się dziesiątki niewykształconych, jakby wabionych skrzypieniem. Dziki miał dzięki temu okazję poznać zupełnie nowy rodzaj niewykształconego. Mord, czyli karykaturalna bestia o ludzkiej sylwetce i głowie z ogromną paszczą najeżoną ostrymi spiczastymi zębami. Mord nie był zbyt wytrzymały i gdyby nie musieli ciągle oszczędzać amunicji, pewnie nawet nie byłby zbyt groźny, ale przez ciągły przymus walki bezpośredniej bardzo często robiło się nieciekawie. W czasie pierwszej wyprawy Dzikiego gość ze wspólnoty, na którego wołali Żuber, stracił prawie wszystkie palce u lewej ręki, bo próbując trafić potwora pięścią, nadział się prosto na jego szczękę. Wykrwawiający się kolega i szybkie namnażanie się kolejnych fal Mordów sprawiło, że nie tylko nie zabrali tyle wody ile planowali, ale musieli jeszcze użyć broni, by w ogóle wydostać się spod kamienicy.

Dziki sięgnął do swojego plecaka i spojrzał na pistolet, który miał od Siwego, praktycznie nigdy się z nim nie rozstawał. Wyciągnął magazynek i przyjrzał się kulom tkwiącym w środku.

— Będę chyba musiał pomyśleć o jakiejś lepszej broni białej — skwitował, bo perspektywa zdobycia amunicji w Krańcowie wydawała mu się dość mocno nierealna. Odkładając pistolet, zerknął jeszcze raz na telefon, by sprawdzić godzinę.

Chociaż do jego warty zostało jeszcze dwadzieścia minut, stwierdził, że nie ma sensu kłaść się ponownie. Podniósł się niespiesznie, zostawiając swoje posłanie w kompletnym nieładzie i ruszył w miejsce, które Maniek zwykł nazywać pieszczotliwie gazownią. Dziki odniósł wrażenie, że od leżenia w cienkim śpiworze na zimnej podłodze jego nerki nie będą już tak sprawne, jak były kiedyś.

Załatwiając potrzebę, pomyślał, że ostatnie dni były prawdziwym szokiem dla wielu wspólnotowych leserów. Krzak, mając dość ciągłej opieszałości swoich podkomendnych, zaczął tworzyć coś w rodzaju grafiku obowiązków. Dzięki niemu chciał w końcu zmusić wielu członków wspólnoty do podjęcia działania wykraczającego poza te, które uważano powszechnie za bezpieczne. I chociaż Dziki uważał, iż wprowadzenie jasnego podziału zadań było jak najbardziej sprawiedliwe, to z kolei nie bardzo leżał mu sposób, w jaki Krzak wynagrodził go za jego wysiłek wkładany w budowę wspólnoty.

Był w stanie zrozumieć, że skoro jako jeden z nielicznych regularnie opuszczał teren stacji, to lider zapewne uzna za stosowne, by teraz to on sobie trochę odpoczął. Sam Dziki jednak nie bardzo przepadał za siedzeniem na miejscu. Gdy zobaczył, że na tablicy wiszącej w ich pseudosypialni, jego imię widniało przy wszystkich obowiązkach związanych z pobytem na miejscu, wcale nie wybuchł entuzjazmem. Nagroda od Krzaka miała też inną wadę. Większość wspólnotowych leserów, wyspecjalizowanych wręcz w robieniu wszystkiego, byleby tylko nie ruszyć się poza teren stacji, zaczęła na niego patrzeć z jeszcze większą niechęcią niż wcześniej. Uśmiechnął się ironicznie pod nosem, bo sam najchętniej oddałby wszystkie nocne warty za możliwość ruszenia się z miejsca. Niestety Krzak wyraźnie zabronił wymieniania się obowiązkami.

Nocne czuwanie, które Dziki miał właśnie odbyć, było jednym z jego najbardziej znienawidzonych zadań. Stacja, jak się już wielokrotnie przekonał, to naprawdę bezpieczny punkt, więc przez większość czasu trzeba było po prostu walczyć ze snem i okropną nudą. Tym razem jednak Dziki miał coś, co miało pomóc mu nieco lepiej przetrwać tę noc. Gdy ostatnim razem to Mike jeździł po materiały na budowę muru, poprosił go, by ten naładował mu telefon ładowarką samochodową. Dzięki temu teraz, zmierzając z powrotem w stronę swojej karimaty, z radością spojrzał na prawie pełny wskaźnik baterii. Mimo tego, iż jego stary cegłophone miał zainstalowanych tylko parę gierek, to i tak noc przegrana w tetrisa wydawała się znacznie lepszą perspektywą niż noc spędzona na patrzeniu się w ciemność dookoła i spinaniu się za każdym razem, gdy najlżejszy szmer zdawał się zbliżającym niewykształconym.

Wiedząc, że i tak będzie musiał wstać w środku nocy, nawet się nie rozbierał. Przechodząc cicho między karimatami z chrapiącymi kompanami, zabrał ze swojego plecaka latarkę i udał się w stronę niedużego pomieszczenia, które od biedy można by nazwać kuchnią. Stamtąd każdego ranka Maniek wydawał posiłki przez okno na tył baru, oczywiście o ile pozwalały na to zapasy.

Poprzedniego dnia Dziki schował sobie puszkę energetyka za koszem na śmieci. Nie było to może najprzyjemniejsze miejsce, ale energetyki były najczęściej znikającym dobrem we wspólnocie, więc trzeba było ich pilnować na równi z amunicją. Zapalił latarkę i przyświecił sobie w tej kompletnej ciemności, odnajdując upragnioną puszkę. Przysiadł na chwilę na pustej plastikowej skrzynce i otworzył ją, wciągając nosem charakterystyczny zapach. Kiedy razem z Mikiem wyjeżdżali szukać zapasów, zawsze odkładali sobie parę awaryjnych wspomagaczy, ale ponieważ od tygodnia nigdzie razem nie jeździli, bo Dziki, jak to stwierdził żartobliwie jego kompan, zamiatał wspólnotę, finalnie nie zostało mu już nic.

Ostatnia puszka zniknęła w mgnieniu oka, a Dziki poczuł, że mocno gazowany Super Power jest jego jedynym paliwem, dzięki któremu przetrwa tę noc. Ostatnie minuty przed wyjściem spędził, grając sobie w Arkanoida na telefonie i zagryzając pełnoziarnistego batonika, którego Maniek zapomniał zamknąć z resztą zapasów. Gdy jednak zegarek wskazał nieubłaganie godzinę trzecią, ruszył w stronę drzwi. Idąc na wartę, niczym na skazanie, ponownie minął tych wszystkich szczęściarzy śpiących spokojnie w swoich śpiworach.

Wychodząc ponownie z dusznego budynku baru, stanął w absolutnej ciemności pokrywającej stację. Chociaż oczy miał już przyzwyczajone do mroku i tak nie widział dalej niż do początku drogi. Z tej odległości nie był nawet w stanie zobaczyć konturów przeciwległego budynku dworca bez skierowania na niego światła latarki. Wziął głęboki oddech zimnego powietrza i zasunął polar pod szyję. Chociaż dni w Krańcowie można by określić jako nijakie, to noce były zdecydowanie chłodne, przekonał się o tym boleśnie, gdy na swoją pierwszą wartę wyszedł bez kurtki.

Powoli skierował swoje kroki w stronę drabiny, po której wchodziło się na dach baru. Budynek nie był najwyższy w okolicy, ale przynajmniej można było z niego obserwować drogę z dwóch stron. Prawda była jednak taka, że wartę pełniło się w zasadzie na słuch, w absolutnej ciszy, jaka panowała dookoła, można było usłyszeć najlżejszy szmer. Wspiął się po szczeblach i podciągnął na dach z papy. Rozejrzał się, ale jak się spodziewał, zobaczył niewiele więcej niż przed barem.

Po chwili usłyszał ciężki oddech śpiącego człowieka i to niepochodzący wcale z wnętrza baru. Westchnął cicho i celując latarką w okolice komina na środku dachu, oblał światłem niemal rozlanego na leżaku kompana ze wspólnoty.

Pietras, bo tak miał na imię śpiący, był jednym z najczęściej okupujących nocne warty. Dla Dzikiego stało się jasne, czemu tak jest. Po odbębnieniu warty przez cały następny dzień miałeś wolne, żeby odespać i zebrać siły. Jedna czy dwie nocki na straży były idealnym pretekstem, żeby nie musieć nic robić przez cały dzień. W końcu jednak nieprzespane noce i brak możliwości odespania ich w barze, gdzie ciągle ktoś się kręcił, dawały się we znaki. Nawet najwięksi leserzy nie walczyli więc o warty zbyt mocno. Tylko Pietras zdawał się dobrze znosić nieprzespane noce, więc przez większość czasu to on pilnował ich, gdy spali.

„Pilnował, dobre sobie” — pomyślał Dziki, świecąc snopem światła prosto w twarz śpiącemu koledze.

Zdenerwowany brakiem reakcji z jego strony zrobił kilka ciężkich kroków w miejscu, chcąc sprawdzić, czy Pietras w ogóle coś usłyszy, ale ten pogrążony we śnie nawet nie drgnął. Dziki czuł zresztą, że nie powinien być zdziwiony, skoro udało mu się zasnąć z własną latarką skierowaną prosto w twarz. Baterie, które ledwo już dawały radę, świadczyły o tym, że paliła się całą noc. Obszedł więc towarzysza dookoła i zasłaniając mu od tyłu oczy dłonią, krzyknął mu prosto w prawe ucho:

— BUGRIBUGRIBUGRI!!! —

— JEZUS!!!— Pietras poderwał się z leżaka tak gwałtownie, że wyglądał niemal jak wampir powstający z trumny. Finału nie miał już jednak tak epickiego, bo potykając się o własne nogi, rąbnął twarzą prosto w papę pokrywającą dach, upuszczając przy tym latarkę i kilka innych rzeczy, które potoczyły się w stronę jednej z rynien.

— Nie, no co ty, Pietras, mów mi Dziki — odpowiedział z kpiną, obserwując, jak kolega z mikrozawałem serca próbuje drżącymi rękami zebrać swoje manele.

— Bóg cię opuścił, Dziki?! — warknął wściekle Pietras, próbując nieporadnie wyprostować się na wciąż drżących ze strachu nogach.

Dziki pokręcił głową, widząc jak chłopak nie dosyć, że dyszy jak po maratonie, to jeszcze podnosi się z mozołem, przy okazji celując sobie przyciśniętym do piersi pistoletem w twarz.

— Ty lepiej się ciesz, że to byłem ja, a nie Krzak, bo mógłbyś już zapomnieć o nocnych wartach — odpowiedział Dziki, wyjmując Pietrasowi spomiędzy zebranych rzeczy broń. Upewniwszy się, że jest zabezpieczona, wcisnął ją w rękę roztrzęsionemu koledze, który dopiero po chwili zorientował się, że celował sam do siebie.

— Może i masz rację… — Pietras rozejrzał się w poszukiwaniu latarki która potoczyła się po dachu. — Wiesz, większość nocy jest naprawdę hałaśliwa, co chwila słychać jakieś krzyki od strony miasta. No i rozumiesz… Nie ma szans, żeby zasnąć czy coś, ale dzisiaj było wyjątkowo spokojnie... Nic dziwnego, że odpłynąłem — tłumaczył się, wodząc wzrokiem po ciemnym dachu.

Dziki z lekkim zażenowaniem wysłuchał tych słów towarzysza. Choć bez wątpienia Pietras chciał dać do zrozumienia, że ta sytuacja była wyjątkowa, nie miał nawet cienia wątpliwości, że większość jego wart musiała wyglądać właśnie w ten sposób. Pokręcił do siebie jedynie głową, nic mu nie odpowiadając. Przez myśl przeszło mu nawet, że powinien powiedzieć o tym Krzakowi, ale zrezygnował, czując, iż większość członków wspólnoty mogłaby opatrznie zrozumieć jego intencje.

Pietras podniósł swoją latarkę tkwiącą w rynnie i popukał w nią ręką. Latarka o dziwo zareagowała na ten dziwny sposób doładowania i zaświeciła zdecydowanie mocniej. Chwilę później mężczyzna pochylił się w poszukiwaniu reszty rzeczy.

— Jak chcesz, to korzystaj z mojego leżaka do woli, tylko potem schowaj go za kominem — dodał po chwili, świecąc w stronę Dzikiego.

Dziki przytaknął leniwie, dalej nieco zażenowany postawą towarzysza. Odetchnął ciężko, podnosząc z dachu jakieś czasopismo. Nie zdążył jednak dojrzeć, co jest na okładce, bo Pietras mu je wyrwał.

— Nie przepadasz za wartami, co? — spytał nagle, jakby chcąc odwrócić uwagę od gazety. — Widać, że jesteś raczej z tych, co nie lubią siedzieć w miejscu.

Dziki uśmiechnął się do siebie w ciemności, wiedział już, czego chce Pietras. Od momentu wywieszenia grafiku słyszał coś w tym rodzaju co najmniej kilka razy.

— Nie, nie przepadam za wartami — odpowiedział w końcu. — Niestety jestem uziemiony, bo Krzak zabronił mi wymieniać się z kimkolwiek. — Chociaż nie widział teraz twarzy Pietrasa, wiedział, jak jego mina musiała zrzednąć po tych słowach. Taką reakcję widywał już co najmniej kilka razy u osób, które próbowały tej samej taktyki, co on.

— Cholerka no szkoda, złapałbym parę wart od ciebie. Mnie akurat noce wcale nie przeszkadzają… — powiedział z przekonaniem i ewidentnym zawodem.

„To na pewno” — pomyślał Dziki, uśmiechając się ironicznie. Powstrzymał się w ostatniej chwili, by nie powiedzieć tego na głos.

— Swoją drogą, co właściwie Krzaczora to boli? Chyba każdy powinien robić to, w czym czuje się dobrze — mruknął już nieco bardziej buntowniczym tonem. — Skoro lubisz jeździć po zapasy, to jeździsz po zapasy, a warty…

— Problem jest w tym, Pietras… — przerwał mu w końcu, nie chcąc dłużej słuchać tego marudzenia — że mamy sporą dysproporcję.

Pietras zatrzymał się, spoglądając w jego stronę.

— Nie rozumiem — odpowiedział dalej naburmuszony.

— Mam na myśli, że prawie każdy chce robić coś na stacji, a prawie nikt nie rusza się poza stację — odpowiedział Dziki, w końcu przysiadając w miejscu, z którego będzie miał dobry widok na ulicę.

Pietras chyba poczuł, że Dziki ma dość, bo nie powiedział już ani słowa. Prawda była taka, że od dłuższego czasu irytowało go zachowanie ludzi podobnych do towarzysza z dachu. Wyjście poza stację było narażaniem się, nigdy nie było wiadomo, czy wróci się żywym, a ci, którzy nosa nie wyściubiali poza bezpieczny teren, zawsze mieli najwięcej do powiedzenia w tym temacie. Gdyby nie to, że Dziki czuł się zobowiązany wobec Krzaka, a sam lider dał mu do zrozumienia, że stanowi jeden z filarów tego miejsca, pewnie już dawno walczyłby o murowanie w domach, jak pozostali. Większość osób myślała tylko o tym, by im było dobrze. A Pietras był ich sztandarowym przykładem. W nosie miał to, czy na jego warcie przydarzy się coś złego. Bez wyrzutów sumienia wolał ją przespać.

Pietras stał przez chwilę na krawędzi dachu. Dziki całą swoją osobą chciał dać mu do zrozumienia, by już sobie poszedł, milczał więc, nie zaczynając już żadnego tematu, z nadzieją, że kłopotliwa cisza przepłoszy go na dół. Niestety już po chwili usłyszał jęknięcie:

— Boże, no gdzie ja to posiałem...

Dziki obrócił głowę i odetchnął ciężko.

— Co jeszcze zgubiłeś? — spytał, przyświecając swoją latarką w stronę Pietrasa, bo jego znów zaczynała szwankować.

— Baterie, położyłem je tu i pewnie się gdzieś sturlały. Krzak mi już następnych nie da… Były nowe. No, cholera jasna… — biadolił pod nosem, schylając się w ciemności.

Dziki wstał już, by pomóc mu w poszukiwaniach, ale gdy podnosił się z leżaka, coś przykuło jego uwagę. Nad ciemną sylwetką Pietrasa poruszało się jakieś światło.

— Ej, czekaj na chwilę. Widzisz to? Popatrz tam — zapytał, wskazując ręką kierunek. Pietras tylko przez chwilę zerknął w tamtą stronę, nie przerywając poszukiwania baterii.

— To pewnie z defektu — syknął w irytacji, schylając się i grzebiąc w rynnie, przy której kucał. — No, weź mi tu poświeć… Widzisz, że moja już ledwo daje...

Dziki przyglądał się dalej zbliżającej się łunie światła. Na lewo od niej dostrzegł wieżę ciśnień, wiec nie mogła pochodzić stamtąd.

— To nie z defektu, wieża jest bardziej po lewo. Światło idzie jakby po ulicy.

Pietras podniósł się z kolan i odwrócił w kierunku drogi z miną, jakby miał zaraz Dzikiemu udowodnić, jak bardzo się myli. Światło zbliżało się coraz bardziej i po chwili obydwaj mogli już dostrzec, skąd pochodzi.

Latarnie uliczne zapalały się jedna po drugiej z głośnym bzyczącym jak rój pszczół dźwiękiem. Wyglądało to tak, jakby ktoś włączał je, podchodząc do każdej po kolei. Co najgorsze owo światło zbliżało się nieubłaganie w stronę wspólnoty.

— Cholera… Nie dzisiaj. Cholera jasna!

Głos Pietrasa załamywał się w ciemności, a Dziki poczuł, że musi się dziać coś niedobrego. Lampy rozświetliły się wokół wieży defektu tak, że był w stanie dostrzec stojących tam wartowników w czerwonych strojach. Ci rozglądali się jedynie przez chwilę, bo zaraz potem wbiegli do wieży wyraźnie zaalarmowani.

— Ej, Pietras, co się dzieje? — spytał, odwracając się nerwowo w stronę kompana, ale ten już był w drodze na dół, krzycząc jednocześnie.

— NOC LATARNI!! LUDZIE, WSTAWAĆ! ALARM!

Dziki chciał już ruszyć za nim, ale zatrzymał się, gdy łuna światła z pobliskiej latarni pozbawiła go na chwilę wzroku. Cała okolica niemal rozbłysnęła światłem, zupełnie jak w starym świecie. Tuż przed barem na wprost od Dzikiego rozświetlił się ogromny neon STACJA KRAŃCOWO.

Przez chwilę dochodził do siebie, mrużąc oczy i przysłaniając twarz ramieniem. Nie trwało to długo, kilka mocniejszych mrugnięć i wzrok wrócił mu momentalnie, a pozostałe zmysły wyostrzyły się, oczekując zagrożenia, które tak przeraziło Pietrasa. Po tym, jak towarzysz rzucił się ze strachem w stronę drabiny, Dziki spodziewał się grzmotów, wybuchów, czegoś niesamowicie złego i hałaśliwego. Był jednak tylko on oraz złudna perspektywa bezpieczeństwa, jaką dawała w pełni rozświetlona stacja i dawno niesłyszane bzyczenie od strony rozświetlonych lamp. Jedyna wrzawa, którą usłyszał, dobiegła spod jego nóg. Ludzie w barze musieli wstać obudzeni przez wrzaski i nagle zapalone jarzeniówki, które wisiały do tej pory nieużywane pod sufitem.

Dziki zszedł powoli na dół i przez otwarte drzwi zajrzał do środka baru. Tylko tyle był w stanie zrobić, bo o wejściu nie było nawet mowy, z powodu kręcących się w popłochu na wpół ubranych ludzi. Członkowie wspólnoty biegali jak w amoku, gromadząc pośpiesznie swoje rzeczy i ubierając się w biegu. Robal górujący nad wszystkimi poszukiwał chaotycznie spodni, by przysłonić majtki wystające mu spod kamizelki kuloodpornej, Maniek zebrał rzeczy ze swojej karimaty i ugrzązł przez chwilę w walce z butami, których z jakiegoś powodu nie mógł zaciągnąć na nogi. Tylko Mike, który prawie zawsze spał w ubraniu, złapał za karabin, bez towarzystwa którego nie funkcjonował. Dostrzegając zaskoczoną facjatę Dzikiego w wejściu, ruszył w jego stronę, machając ręką.

— DOŚĆ! — zagrzmiał tubalny głos Krzaka, uciszając, o dziwo, ogólną wrzawę.

Wszyscy jak jeden mąż zatrzymali się, spoglądając w stronę lidera, również niezbyt dobudzonego.

— Co wy do cholery wyprawiacie? To wasza pierwsza noc latarni?!

— Tak! — odpowiedział Dziki, unosząc rękę i dalej stojąc w progu. Uśmiechnął się zdezorientowany, widząc rozbawioną minę Mike’a, a kilka osób parsknęło śmiechem.

Krzak odetchnął, przecierając twarz dłonią. Spojrzał na Dzikiego, kiwając głową, a potem spuścił nieco z tonu.

— Ludzie, mamy co najmniej kilka minut, zanim zaczną wyłazić i jakieś pół godziny, zanim zbiorą się w większe grupy, więc zbierzcie się na spokojnie! Bronimy się jak zawsze pod wieżą defektu — dodał Krzak głośniej, by każdy usłyszał. Po chwili spojrzał na swój zegarek, po czym ruszył między nieco spokojniejszymi towarzyszami. W przelocie złapał Mike’a za ramię i razem zbliżyli się do Dzikiego, wychodząc na zewnątrz budynku.

— Mike, czy tłumaczyłeś Dzikiemu czym jest noc latarni? — zapytał, choć po tonie jego głosu było wiadomo, że już zna odpowiedź.

Mike uśmiechnął się głupkowato.

— Wiesz, jest tyle rzeczy, które mu tłumaczę, a nocy dawno nie było i właściwie to wypadło mi to z głowy, więc… — próbował usprawiedliwić się przyjaciel, zerkając z nadzieją w stronę Dzikiego, jakby liczył na to, że ten powie coś, co go wybroni.

Nie miał jednak pojęcia, co miałby powiedzieć. Sam czasami miał odczucie, że Mike zbyt mocno lekceważy wiele rzeczy.

— Dobra, skończ! — powiedział Krzak, przerywając nieporadne tłumaczenia Mike’a, który zamilkł z miną dziecka złapanego na kłamstwie. — Trudno, Dziki, będziesz musiał nadrobić zaległości już w trakcie całej akcji — stwierdził lider wspólnoty, po czym przez odchylone drzwi krzyknął do środka baru: — Zbierać się przed barem!

Po chwili gromada ludzi zaczęła ustawiać się na zewnątrz, widać było, że dla reszty, oprócz Dzikiego, nie był to pierwszy taki przypadek. Krzak rozejrzał się, jakby liczył ludzi w myślach, dodatkowo poganiając wzrokiem ostatnich maruderów. W końcu, gdy wyszli już wszyscy, wskazał ręką w stronę wieży, a stojący na przodzie Maniek ruszył jako pierwszy. Zaraz za nim poszli pozostali.

Dziki na początku szedł koło Mike’a, oczekując, że ten w końcu zacznie mu coś wyjaśniać. Niestety, gdy tylko opuścili obwód ich prowizorycznego muru, Krzak zaczął poganiać ich tak mocno, że pod wieżę defektu wpadli już praktycznie biegiem, bez szans na zamienienie po drodze nawet słowa. Na placu przed nimi czekał już oddział ubranych w czerwone kombinezony i czarne kominiarki członków defektu. Przez te jednakowe stroje i fakt, że każdy z nich miał przy sobie broń, Dzikiemu przypominali oni oddział jakiejś paramilitarnej struktury. Prezentowali się zdecydowanie lepiej niż zbieranina ze wspólnoty, która wyglądała przy nich jak grupa dzieci chcących pobawić się w żołnierzy. Do tego dzieci niemających zbyt wielkiego wyboru, jeżeli chodzi o dobór sprzętu.

We wspólnocie byli co prawda ludzie tacy jak Maniek, którzy nosili kompletne mundury i całkiem profesjonalny ekwipunek wojskowy. Przyglądając mu się, Dziki zobaczył, jak wita się z kilkoma członkami defektu. Mężczyzna nie wydawał się mieć nawet zadyszki, chociaż biegł jako pierwszy. Tak właśnie musieli wyglądać weterani tego świata.

Dziki westchnął, spoglądając na swoje ubranie, a potem na resztę kompanów.

W większości wspólnotowcy mieli na sobie to, co udało im się znaleźć podczas szabrowania różnych miejsc: motocyklowe kaski, ochraniacze rowerowe i tym podobne rzeczy zakładane po prostu na zwykłe sportowe ubranie, by jakoś ochronić ciało.

Dzikiemu zrobiło się jakoś niezręcznie, bo w porównaniu do swoich średnio przygotowanych kolegów, to właśnie on prezentował się najgorzej. Do tej pory udało mu się co prawda zdobyć dobre, wzmacniane spodnie i ciepłą kurtkę, ale nie miał na sobie praktycznie żadnej osłony. Spojrzał w stronę Mike’a rozmawiającego z liderem wspólnoty. Przyjaciel co prawda tłumaczył mu, że takie rzeczy w sumie niewiele pomagają, ale i tak obiecał sobie, że jak to wszystko się w końcu jakoś uspokoi i on zacznie na poważnie szukać dla siebie lepszego sprzętu.

Ruszył wolnym krokiem w stronę rozmawiającej dwójki. Licząc na to, że w końcu znajdzie się jakieś magiczne pięć minut, które mu poświęcą na wyjaśnienia. Obydwaj spojrzeli na niego, gdy się zbliżył, nim jednak Dziki otworzył usta, by o coś zapytać, wokół podniosły się szepty i przyciszone głosy. Wszyscy zwrócili swój w wzrok na nowo przybyłą postać wyłaniającą się właśnie z wierzy ciśnień.

Członkowie defektu niemalże natychmiast ustawili się w szeregu i odwrócili głowy w stronę jedynej postaci w czerwonym kombinezonie nienoszącej kominiarki. W ich stronę zmierzała właśnie liderka defektu Dix.

Dziki miał przyjemność spotkać ją już wcześniej i musiał przyznać, że wciąż wyglądała tak samo dobrze. Jej wygląd nie tylko na nim musiał wywrzeć wrażenie, bo z boku doszły go podniecone szepty chłopaków ze wspólnoty. Zmarszczył brwi, bo miał wyraźne przeczucie jakiego rodzaju komentarze padają właśnie na temat nadchodzącej dziewczyny. Odsuwając się od swoich towarzyszy, zerknął ponownie w jej stronę.

Dix swoje długie czarne włosy dalej wiązała w ciasną kitkę, a jej twarz, choć wyraźnie bardziej zmęczona niż przy ich ostatnim spotkaniu, nie straciła ani odrobinę na uroku. Cofnął się kilka kroków, stając obok prawego ramienia Mike’a.

Dziewczyna odebrała swoją broń od jednego z mężczyzn w czerwonym kombinezonie i podeszła na tyle blisko, by Dziki mógł dobrze jej się przyjrzeć. Zganił się nieco w myślach, za to, że znowu zaczęły przychodzić mu do głowy głupie rzeczy i to w dodatku w takich okolicznościach. Cofnął się za plecy Mike’a, bo walka z własnymi myślami musiała się komicznie odbić na jego mimice. Znał siebie już na tyle dobrze, by wiedzieć, że gdy próbuje zachowywać się naturalnie przy ładnej dziewczynie, to zawsze robi coś głupiego. Nieważne, czy byłby to stary, czy nowy świat .

Kryjąc się za swoim przyjacielem, nadstawił uszu, by przysłuchać się, o czym będą rozmawiać ze sobą liderzy. Krzak wysunął się przed Mike’a i zbliżył się do Dix, wyciągając rękę na przywitanie.

— Witaj, Krzaku. — Dix uścisnęła pewnie rękę lidera wspólnoty i uśmiechnęła się delikatnie. — Miło znów cię widzieć. Ostatnio jakoś jesteśmy w rozjazdach, nie ma nawet chwili na rozmowę.

— Szkoda, że okoliczności nam nie sprzyjają, Dix — odpowiedział Krzak, zerkając w stronę wieży na dziwną muropodobną strukturę, zbudowaną z pokładów pod szyny.

Ogromna, szeroka jak samochód i wysoka na jakieś dwa metry, konstrukcja ciągnęła się od samego wejścia do wieży, aż do torów po przeciwnej stronie, dzieląc plac na pół. Od dołu naszpikowana była prętami zbrojeniowymi, a na obydwu jej końcach dostawione były drabiny.

— Widzę, że nie próżnowaliście — stwierdził Krzak, wskazując na ogromną barykadę.

— Ostatnia noc sporo nas nauczyła.

Dix odwróciła się i zbliżyła razem z Krzakiem do konstrukcji. Dziki również podszedł, przyglądając się z bliska.

— Nie byłoby bezpiecznie bronić się w samej wieży, nie mamy z niej możliwości ucieczki, gdyby coś poszło nie tak. Ostatniej nocy przyszło ich naprawdę wielu, tak że ledwo daliśmy radę… — wytłumaczyła dziewczyna, a Krzak pokiwał głową, wsłuchując się w jej słowa.

— …dlatego grupa która nie poszukiwała pierwszego, budowała to od ostatniej nocy latarni, dodatkowo przygotowaliśmy kładkę, która prowadzi od barykady na peron. — Dix wskazała na koniec muru, gdzie pomost z drewnianych desek ciągnął się na kilka metrów w głąb torowiska, aż do drugiego peronu. — Tunel prowadzący do niego zawalił się już jakiś czas temu, więc będzie to nasza ostatnia awaryjna linia obrony.

— Wspaniała robota — skomentował Krzak, obserwując pracę, jaką wykonali ludzie z defektu.

— Myślę, że nie ma sensu dłużej zwlekać, zająć miejsca! — rozkazała Dix , a grupa defektowców rozbiegła się, zajmując wyznaczone miejsca na barykadzie.

— A wy, na co czekacie? Na miejsca! — krzyknął Krzak, choć jego słowa nie zrobiły takiego wrażenia, jak polecenia wydane przez liderkę defektu.

Grupa ze wspólnoty flegmatycznie i bez większego ładu zbliżyła się do barykad. Niektórzy próbowali skrócić sobie drogę, wspinając się po podkładach. Skończyło się to żałośnie, gdy jeden ze wspólnotowców stracił równowagę i runął plecami na plac. Kilku innych zatrzymało się, by zbombardować go potem salwą śmiechu. Mina Krzaka obserwującego to przedstawienie wyrażała jednoczesne zażenowanie i gotującą się wściekłość. Ochłonął jednak szybko, gdy zobaczył, że Dziki stoi koło niego, nie bardzo wiedząc, co robić.

— Ach no tak, Dziki... Choć ze mną.

W towarzystwie lidera ruszył w stronę krańca barykady, gdzie znajdowało się jedno z prowizorycznych wejść oraz ich awaryjna droga ucieczki przez tory.

— I co myślisz o defekcie ? — spytał nagle Krzak.

— Są hmm… dobrze zorganizowani — odpowiedział, nie wiedząc, czemu właściwie padło to pytanie.

— Niesamowicie zorganizowani, cała wspólnota powinna się od nich uczyć. Myślę, że gdyby chcieli, mogliby nie tylko oczyścić miasto, ale też zrobić porządek z Armią Daniela... Niestety większość swojego czasu marnują na bezskuteczne szukanie pierwszego — westchnął wyraźnie zawiedziony.

Dziki chciał już spytać Krzaka, czy wie coś więcej o tym pierwszym, ale nie zdążył, bo lider zaczął już wspinać się po barykadzie. Nie widząc większego sensu, by zwlekać, ruszył więc w jego ślady. Gdy wspinał się ku górze, zobaczył, że tuż koło nich zajęła miejsce Dix.

Zamarł na chwilę, spoglądając na nią i chyba zrobił to zbyt natarczywie, bo Dix spojrzała prosto na niego. Spodziewał się, że zmarszczy pytająco brwi albo rzuci coś w stylu: „na co się gapisz”. Ale zamiast tego dziewczyna rozszerzyła oczy i uśmiechnęła się .

— Hej, ty jesteś Dziki, nie?

— Tak — odpowiedział, wchodząc na barykadę.

— Więc dostałeś się do wspólnoty. Jak wrażenia? — spytała wciąż z uśmiechem na twarzy.

— Wspólnota to najwspanialsze miejsce na ziemi, chwalmy jej lidera — odpowiedział sztucznym głosem, jakby recytował jakąś formułkę.

Dix zaśmiała się, a Krzak za jego plecami jęknął zirytowany.

Przez chwilę myślał, że uda mu się nawet nawiązać jakąś krótką rozmowę z przywódczynią defektu, ale Krzak zawołał go, rujnując jego nadzieje.

— Dobra, Dziki, nadrobimy trochę braków w twojej wiedzy.

Dziki przytaknął, poważniejąc momentalnie.

— Na pewno nie raz spotkałeś się już z gospodarzem.

Dziki potwierdził ponownie skinięciem głową.

— Więc jak zapewne wiesz — ciągnął dalej Krzak — gospodarze od momentu pojawienia się, wracają do miejsca, z którym najbardziej związani byli w starym świecie i tam już zostają, nie ruszając się poza granice swojego, że się tak wyrażę, domu.

Dziki po raz kolejny skinął głową.

— Od tej reguły jest jeden wyjątek, w noc latarni, której znak szczególny już pewnie zauważyłeś. Gospodarze wychodzą ze swoich domów. Po wyjściu zaczynają chodzić do miejsc, które, jak podejrzewamy, odwiedzali często jeszcze jako normalni ludzie. Stacja, w której tworzymy naszą bazę, jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc w nowym świecie... z tym jednym wyjątkiem, że w starym świecie była, jak pewnie sobie wyobrażasz, dość mocno oblegana.

— Rozumiem, więc w noc latarni stacja to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc.

— Tak. Problem rozwiązałby się, gdybyśmy skończyli mury. Wtedy moglibyśmy się tam bronić, ale na razie to zbyt ryzykowne. Dlatego umówiliśmy się z defektem i bronimy się tutaj. Pod wieżę, która w starym świecie uchodziła za niebezpieczną ruinę, przyjdzie znacznie mniej niewykształconych, choć i tak będzie ich dużo, bo działa na nas prawo trzech.

— No to nie jest tak źle, jak myślałem, jeżeli to tylko gospodarze... — zaczął uspokojony Dziki, ale Krzak przerwał mu momentalnie.

— Nie bagatelizuj tego. Wiem, że do gospodarzy jesteś przyzwyczajony i pewnie razem z Mikiem spotykałeś ich wielu, ale tu będzie ich znacznie więcej i to na raz, a do tego ten świat jest pełen niespodzianek, niemiłych niespodzianek…

Chociaż ton Krzaka był poważny i wyraźnie wskazywał, że noc latarni będzie niebezpieczna, Dziki nie był w stanie potraktować jego ostrzeżenia zbyt poważnie. W czasie swojego pobytu w nowym świecie zdążył już odwiedzić sporo miejsc, zdarzało mu się, że razem z Mikiem przeczesywali opustoszałe ciemne domy, w których z każdego rogu mógł wyskoczyć jakiś niewykształcony. Tutaj, na barykadzie pełnej uzbrojonych ludzi, na placu rozświetlonym jak wystawa sklepowa, po prostu nie potrafił czuć żadnego lęku.

Jego spokoju nie podzielali jednak pozostali. Prawie nikt ze sobą nie rozmawiał, wszyscy wpatrywali się w milczeniu na ciemniejące w oddali kontury budynków przy stacji, a ciszę przerywały jedynie pojedyncze kaszlnięcia.

Dziki powiódł wzrokiem po barykadzie w poszukiwaniu Mike’a, okazało się, że oddzielił się on od gromadnie stłoczonych przy wejściu do wieży członków wspólnoty i jako jeden z nielicznych rozmawiał szeptem z jakimś członkiem defektu. Może z jednym z tych, których poznali wtedy przy blokowisku?

Mimochodem spojrzał również na Dix, dziewczyna wpatrywała się ze skupieniem w ciemność, swój karabin z lunetą oparła obok siebie, a w dłoni nerwowo obracała nóż.

Przez chwilę Dziki myślał, że atmosfera zaczęła nieco opadać, bo dosłyszał narastające szepty. Dopiero gdy zaczął szukać ich źródła, przeraził się – na barykadzie wszyscy bowiem milczeli. Głosy zdawały się dobiegać zewsząd, choć Dziki nie był w stanie wyłapać żadnych słów. Przypominało to wrzawę na stadionie, gdzie rozmowy setek osób zamieniają się w jeden wielki rumor.

— To gospodarze? — spytał Krzaka.

— O tak, większość już pewnie wyszła z domów. Szokujące, jak dźwięki rozchodzą się po pustym mieście, prawda?

Dziki miał wrażenie, że nie chodzi tylko o akustykę pustych ulic. Taki hałas mogła zrobić tylko wielka gromada ludzi. Nigdy nie zastanawiał się, ilu gospodarzy tkwi właściwie w Krańcowie, ale brzmiało to jak setki. Teraz dopiero poczuł lęk na myśl, jak wielu z nich może przyjść na stację.

— Mamy pierwszego — zawołała Dix tuż obok nich.

Dziki spojrzał w głąb placu, dopiero po chwili zobaczył wyłaniającą się zza cienia rzucanego przez magazyn kolejowy postać. Niewykształcony był pewnie kiedyś niespecjalnie przystojnym mężczyzną o obwisłym brzuchu i sumiastych wąsach. Fakt, że sporą część jego twarzy pokrywała teraz zaschnięta krew, wcale nie dodawał mu uroku.

— Poczekamy, aż podejdzie — stwierdził Krzak i wyciągnął maczetę z kabury. Dziki przez chwilę przyglądał się srebrnemu ostrzu, gdy niespodziewanie lider wspólnoty spojrzał się na niego, a jego oczy rozszerzyły się w szoku.

— Dziki, gdzie masz siekierę?

— Co? — odpowiedział mimowolnie Dziki i rozejrzał się, jakby siekiera była przypadkowo przyczepiona do jego kostki. — Cholera, nie brałem jej na wartę, została pewnie w bazie...

— Gratuluję... Więc jak masz zamiar… — warknął Krzak, ale na szczęście dla Dzikiego w rozmowę wtrąciła się Dix.

— Tam przy kładce leżą narzędzia, którymi chłopaki budowali zaporę, znajdź sobie coś… tylko się pośpiesz.

Dziki odskoczył do tyłu odprowadzony wściekłym wzrokiem Krzaka i ruszył w stronę połamanych podkładów. Ze sterty gruzu i porozrzucanych narzędzi wyciągnął wielki młot do wbijania klinów. Nie był tak poręczny jak siekiera i na pewno o wiele cięższy, ale przynajmniej mógł uchodzić za broń. Do wyboru był jeszcze tylko kilof albo łopata, więc stwierdził, że nie może wybrzydzać.

Gdy wrócił na miejsce, Krzak zmierzył go tylko krótkim spojrzeniem i pokręcił głową, ale przynajmniej obyło się bez dalszej reprymendy.

Wąsaty niewykształcony zbliżył się w tym czasie do barykady, nie wyglądał jednak na szczególnie chętnego, by zacząć się po niej wspinać. Zamiast tego krążył jak lew na wybiegu, łypiąc na nich co chwilę.

— Co on właściwie wyprawia? — spytał jeden z defektowców stojących najbliżej Dix .

— Nie mam pojęcia , ale nie byłoby źle, gdyby wszyscy zachowywali się tak samo irracjonalnie — stwierdziła Dix.

— Może go załatwię? — Defektowiec podniósł broń, gotując się do ostrzału, ale Dix pokręciła głową.

— Jak nie jest chętny, żeby wejść, nie będziemy marnować amunicji.

Otyły gospodarz kręcił się na dole, przyciągając uwagę większości ludzi z barykady, tak więc dopiero po dłuższej chwili ktoś musiał spojrzeć w stronę stacji, bo Dziki usłyszał głośne:

— IDĄ!!!

Szybko podniósł wzrok i spojrzał w głąb placu. Z ciemności wyłoniła się cała gromada niewykształconych, mężczyzn i kobiet o różnej posturze i aparycji, wszyscy potwornie okaleczeni.

— Szykujcie się! — krzyknęła Dix, stając na krawędzi barykady.

Gospodarze zbliżali się powoli, niektórzy zatrzymywali się zupełnie bez powodu, by wybuchnąć salwą histerycznego śmiechu, inni zanosili się głośnym jęczącym płaczem, niczym duchy w kreskówkach dla dzieci. Dziki spojrzał w dół na sumiastego grubasa, który przestał już krążyć dookoła i zamiast tego wpatrywał się w szczyt barykady nad swoją głową, cofając się lekko do tyłu. Dzikiemu przypominał teraz kota szykującego się do skoku. „Niemożliwe — pomyślał — nie przy tej wadze”.

Przeczucie Dzikiego okazało się jednak słuszne, gospodarz wyskoczył w górę na wysokość, która wprawiłaby w zazdrość niejednego olimpijczyka. Swoim ogromnym cielskiem runął prosto w barykadę, prawie sięgając jej szczytu i nadziewając się przy okazji na liczne druty sterczące do góry w ramach osłony. Nim jednak ktokolwiek zdążył zareagować, niewykształcony złapał za spodnie jednego z ludzi defektu i swoimi grubymi nogami z całej siły odepchnął się od barykady. Druty na które był nadziany rozerwały mu ubranie i sporą część brzucha, zanim razem ze swoją ofiarą runęli na ziemię.

Dziki zobaczył, jak defektowiec uderza o ziemię, o włos tylko mijając sterczące u dołu szpikulce.

Dix poderwała się momentalnie, stając na krawędzi muru. To samo zrobiła większość defektowców.

— Sven, wstawaj do cholery! — krzyczała w stronę leżącego na ziemi kompana, ale on ani drgnął. W przeciwieństwie do gospodarza, na którym upadek musiał nie zrobić większego wrażenia. Niewykształcony, chodź wydawałoby się, że zaraz przepołowi się od ran na swoim brzuchu, spróbował się podnieść, wyraźnie kierując kończyny w stronę nieprzytomnego.

Dziki spojrzał w dal. Gospodarze przyśpieszyli kroku, jakby wyczuli łatwą ofiarę, niektórzy ruszyli biegiem, pędząc prosto w stronę leżących.

— Na dół! — krzyknęła Dix i zeskoczyła z krawędzi barykady.

To samo zrobiło kilku innych członków defektu. Dziki złapał głęboki oddech i ruszył do przodu.

— Dziki, co ty wypra.... — krzyknął obok niego Krzak, ale było już za późno.

Dziki wyskoczył w powietrze i runął w dół barykady. Było znacznie wyżej, niż przypuszczał, bo nogi ugięły mu się pod ciężarem ciała i poczuł ogromny ból w kostkach. Nie było jednak czasu, by się nad tym zastanawiać. Gospodarz biegnący tuż obok niego wpadł prosto w jednego z defektowców. Impetem uderzenia przepchnął go o jakiś metr, prawie nadziewając się przy tym na druty przy barykadzie. Dziki puścił młot i łapiąc niewykształconego za plecy, pociągnął go z całej siły do tyłu. Ten, zaskoczony tym nagłym atakiem, upadł, turlając się po ziemi.

Defektowiec złapał upuszczony przez siebie kij bejsbolowy, okręcony dookoła nożami kuchennymi, i z całej siły rąbnął niewykształconego w głowę.

Tuż obok nich Dix zatłukła grubasa, który ściągnął Svena z barykady, kolejni członkowie defektu podnieśli rannego kompana i ruszyli z nim na koniec barykady do przygotowanego wejścia.

— Osłaniać ich — rozkazała Dix, krzycząc do ludzi na górze.

Ze szczytu muru tuż na ich głowami padły strzały. Dziki spojrzał na bok i zobaczył, jak znajdujący się najbliżej gospodarze padają rażeni pociskami. Im bliżej jednak do nich, tym więcej niewykształconych decydowało się przyspieszyć. Dziki ruszył jako ostatni, biegnąc tuż za Dix. Wiedział już jednak, że nie zdążą, serce zawaliło mu gwałtownie w oczekiwaniu na uderzenie. Tuż przed nim jakiś gospodarz próbował wbić się prosto w Dix, ta jednak zatrzymała się gwałtownie i biegnący mężczyzna wpadł prosto w druty, zamieniając się w durszlak. Dziki jednak nie zdążył wyhamować i wbiegł prosto na dziewczynę.

Obydwoje upadli na ziemię, Dziki poderwał się momentalnie, widząc, że biegnie na niego trójka niewykształconych o żulerskiej aparycji. W tym jednak momencie kolejna seria strzałów padła z barykady i niewykształceni padli tuż pod jego stopami. Obok siebie usłyszał krzyk. Niewykształcony, mężczyzna wielki jak koszykarz, złapał Dix w pasie i próbował podnieść ją do góry. Ta jednak szamotała się, wyślizgując mu się z zakrwawionych rąk. Dziki wyciągnął pistolet i celując w twarz gospodarza nacisnął spust, kula przebiła czaszkę, robiąc sporą dziurę w głowie potwora. Ten jednak zamiast upaść na ziemię, ciągle próbował utrzymać Dix. Dziki wystrzelił jeszcze raz i kolejna dziura ozdobiła głowę niewykształconego, który wciąż jednak nie chciał umrzeć. Dziewczynie udało się jednak wyswobodzić i gdy tylko jej nogi dotknęły ziemi, pchnęła niewykształconego tak, że runął prosto na tyłek. Ciągle jednak zamiast umrzeć, siedział, opierając się o swoje ręce, i to mimo dwóch dziur w głowie.

Dziki zatrzymał się, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi, gdy nad swoją głową usłyszał:

— Góra!

Jeden z ludzi defektu, wyciągając rękę, chciał wciągnąć go na barykadę. Dziki przeszedł między drutami i korzystając z pomocy, wspiął się na szczyt. Tuż obok niego Krzak pomógł wejść Dix na górę.

Dziki nie miał jednak nawet chwili, by złapać oddech. Za plecami usłyszał kolejnych gospodarzy, wspinających się tuż za nimi. Odwrócił się zdesperowany, rozglądając się za czymkolwiek, czego mógłby użyć jako pałki, bo młot zostawił na dole. Nie mogąc jednak znaleźć niczego sensownego, wycelował z pistoletu w kraniec barykady. Już po chwili wyrosła przed nim postać starszej kobiety o siwych włosach i świdrujących poczerniałych oczach

— Nie marnuj amunicji! — krzyknął obok niego Krzak i wbił maczetę w głowę kobiety, tak że jej białe włosy momentalnie zaszkliły się czerwienią.

Niewykształcona jednak nie puściła się muru i wciąż wlepiała swoje świdrujące oczy w Dzikiego. Dopiero drugi cios zadany w to samo miejsce sprawił, że kobieta spadła na dół.

— Pieprzone odroczenie — syknął Krzak, po czym odwrócił się w stronę Dzikiego, wcisnął mu maczetę w rękę i jednocześnie krzyknął: — Nie zgub!

Dziki złapał za rękojeść, maczeta była ciężka prawie jak siekiera i dużo szersza u szczytu. W tym wypadku wydawała się prawie idealną bronią. Nie musiał długo czekać, by przekonać się o jej użyteczności, bo już po chwili pod jego stopami na barykadę wspięli się dwaj gospodarze. Dziki zamachnął się z całej siły, trafiając pierwszego z nich w szyję i prawie go przy tym dekapitując. Po takim ciosie gospodarz odpadł od muru momentalnie. Zadowolony, że udało mu się zabić niewykształconego jednym ciosem, Dziki wymierzył w drugiego i wtedy zamarł.

Znał tego mężczyznę. Choć nigdy nie zamienili słowa, bardzo często mijali się w pobliżu przejazdu, gdy Dziki szedł na poranną zmianę. Domyślał się, że ten siwiejący starszy człowiek musiał pracować w sąsiednim mieście, bo codziennie wsiadał do tego samego pociągu o tej samej porze. Ten widok wytrącił go nieco z równowagi. Po raz pierwszy bowiem spotkał kogoś bliżej sobie znanego po przemianie w gospodarza. Nim jednak przyjrzał się dokładnie zmianom, jakie zaszły na twarzy tego zawsze spokojnego mężczyzny, Dix doskoczyła i dwoma szybkimi ciosami toporka strąciła go na dół.

— Rodzina? — spytała niepewnie, odwracając wzrok od Dzikiego.

— Znajomy... — odpowiedział.

Seria strzałów zagłuszyła jednak szybko jego myśli. Krzak stanął u szczytu barykady i spojrzał w głąb niej. Pod samą wieżą, w miejscu, gdzie stała większość członków wspólnoty, powietrze raz za razem rozświetlały błyski z wystrzałów.

— Tak, tak, zmarnujcie całą amunicję, ciekawe, ile wtedy będzie z was pożytku — stwierdził Krzak, choć chyba mówił to bardziej do siebie niż kogokolwiek innego.

Fala gospodarzy się przerzedziła. Ostatnie sztuki próbowały bez większego entuzjazmu wspiąć się na środku muru, ale stacjonujący tam członkowie defektu poradzili sobie z nimi bez większego problemu.

— Nie było tak źle — stwierdził Dziki w stronę Krzaka, chcąc nieco odciągnąć jego uwagę od padających jeszcze co jakiś czas strzałów spod wieży.

— Ta noc jeszcze się nawet nie zaczęła... — odpowiedział Krzak, spoglądając w stronę dworca.

Gdy ostatni gospodarz pod murem padł, trafiony kulą kogoś ze wspólnoty, na barykadzie ponownie zapanowała cisza. Dziki zobaczył, jak Mike przeciska się między defektowcami i z uśmiechem na twarzy idzie w jego stronę.

— Piękny skok, Dziki — powiedział, łapiąc go pod ramię i odsuwając na bok, tak by Dix nie słyszała, o czym mówią.

— Myślałem, że sobie pomagamy, tak czy nie? — odpowiedział zirytowany złośliwym tonem Mike’a.

— Przestań, Dziki. Trochę niepotrzebnie ryzykowałeś. Wiesz, defekt dałby sobie radę, ale skoro nic ci nie jest, to właściwie bardzo fajnie się stało. — Mike przybliżył się jeszcze bardziej, zerkając w stronę Dix, czy przypadkiem nie nasłuchuje, o czym mówią, ale ponieważ sama zajęta była rozmową z jakimś defektowcem, kontynuował:

— Nie ma co się oszukiwać, nasz sojusz z defektem jest bardzo jednostronny. Myślisz, że nie daliby sobie rady? Tak właściwie jesteśmy tylko problemem, bo ściągniemy im na głowę więcej niewykształconych. Dobrze, że ktoś z naszych pokazał, że jesteśmy jakoś zaangażowani, że nam zależy, że jesteśmy gotowi zaryzykować dla nich i tak dalej...

Dziki spojrzał na Mike’a i przycisnął się do niego z drugiej strony, tym razem zerkając, czy Krzak ich nie usłyszy:

— Jak właściwie Krzakowi udało się zawrzeć ten sojusz?

— Obiecał, że jak zbudujemy mur i uporządkujemy sprawy we wspólnocie, to pomożemy im szukać pierwszego. Wiesz, przed nimi jest mu łatwo się schować... rzucają się w oczy. No, ale sprawy się przeciągają, chłopaki są opieszali jak cholera i ciągle załatwiają jakieś prywaty, więc czas mija, a mur nieskończony. Do tej pory się dziwię, że Dix jeszcze nie straciła cierpliwości.

Mike cofnął się nieco i wyjrzał zza barykady na leżące pod spodem ciała gospodarzy.

— Wiedziałeś, gdzie się ustawić — stwierdził już normalnym głosem— na środku leży ich ze trzy razy tyle.

— Na nich nie ma reguły, atakują strasznie chaotycznie — odpowiedziała mu Dix, która musiała usłyszeć ostatnie zdanie.

— Nie rozluźniajcie się, idą następni — wtrącił Defektowiec stojący obok dziewczyny.

Dziki spojrzał w stronę stacji, nie było wątpliwości: z cienia rzucanego przez okoliczne budynki wyłaniały się kolejne postacie. Te jednak różniły się nieco od gospodarzy, którzy przyszli na początku. Niewykształceni ubrani byli w szare spodnie robocze, oprócz tego każdy miał na plecach pomarańczową kamizelkę z oznaczeniami Kolei Państwowych.

— Ja pierdolę — wypalił tuż obok niego Mike — kolejarze... Myślałem, że wszystkich już wytłukliśmy. — Odruchowo spojrzał w stronę Krzaka, jakby oczekiwał, że ten potwierdzi, iż to nie mogą być oni.

Lider wspólnoty zmarszczył jedynie brwi.

— Bo wytłukliśmy, ci musieli pojawić się z ostatnim błyskiem — stwierdził, krzywiąc się, Krzak.

— Mike, co to, do jasnej Anieli, są kolejarze? — krzyknął zirytowany Dziki. Miał już naprawdę dość tego, że pomimo tak długiego czasu spędzonego w Krańcowie, coś ciągle potrafiło go zaskoczyć.

— Oni kręcą się w tej stacji naprawy pociągów, są jednymi ze specjalistów, czyli gospodarzy koczujących w swoich dawnych miejscach pracy — odpowiedział mu nerwowo Mike, przeczesując włosy — specjaliści różnią się od zwykłych gospodarzy różnymi takimi błędami, które tkwią w nich samych. Ci tutaj są jak żywe transformatory elektryczne – dotknij go, a usmażysz się żywcem.

Dziki spojrzał w stronę powolnie zbliżającej się watahy. Nawet gdyby Mike nie powiedział mu o ich szczególnej właściwości, zdołałby się pewnie jej domyślić. Kolejarze wypuszczali z siebie drobne elektryczne wyładowania, za każdym razem gdy podnosili nogę do kolejnego kroku. Oprócz tego łuki elektryczne błyskały na niebiesko za każdym razem, gdy któryś z nich zbliżył się do ogrodzenia, łącząc przez chwilę drobnym wyładowaniem gospodarza i metalowy słupek. Co ciekawe, specjalna zdolność kolejarzy nie oszczędzała innych niewykształconych. Już po chwili od pojawienia się ich na placu Dziki zobaczył, jak jakiś gospodarz ubrany w jeansową kurtkę pada co i raz trafiony kolejnymi wyładowaniami dwóch pobliskich specjalistów.

— Jakieś rady? — spytał Dziki, czując, że właśnie zaczyna się ta gorsza część nocy.

— Jedna i prosta: nie dotykaj — odpowiedział mu Mike, zdejmując z ramienia karabin. Podobnie zrobili prawie wszyscy na barykadzie i już po chwili huk wystrzałów wypełnił powietrze. Dziki wyciągnął pistolet, ale nie zaczął kanonady razem z pozostałymi. Po tym jak próbował uratować Dix, jego magazynek był uboższy o dwie kule, a to, co mu zostało, wolał zachować na gorszy moment.

Ludzie z defektu nie szczędzili jednak amunicji, huki broni rozlegały się raz za razem. Problem był jednak w tym, że kolejarze nie poddawali się śmierci tak łatwo. I nie chodziło tu nawet o typowe dla zwykłych gospodarzy odroczenie. Gdy jeden z nich zbliżył się do barykady, Dziki zrozumiał, dlaczego są tak odporni. Niewykształcony miał powbijane w różne części ciała metalowe elementy. Jego głowa w dużej mierze scalona była z metalowym kawałkiem, w którym Dziki rozpoznał sygnalizator od nastawni. Gruby kawał stali był dla głowy niewykształconego jak tarcza. Jedyny ludzki kawałek łba był naprawdę niewielki i z daleka ciężko byłoby w niego trafić. Niemniej, gdy w końcu ktoś z barykady trafił ludzką część głowy, kolejarz padł na ziemię pozbawiony życia.

Dziki przyglądał się biernie temu, co dzieje się dookoła, nie strzelał na tyle dobrze, by zrobić sensowny użytek z broni. Wychylił się na chwilę, by spojrzeć na drugi koniec barykady, gdzie ludzie ze wspólnoty ostrzeliwali desperacko trójkę kolejarzy, którzy zdążyli niebezpiecznie zbliżyć się do osłony.

— Ci się już chyba wespną — powiedział w stronę Mike’a, ale zamiast niego zareagował Krzak.

Opuścił swoją pozycję i stanął tuż obok Dzikiego.

— Co oni do cholery wyrabiają? — wysapał do siebie wściekły lider wspólnoty.

Dix stojąca kawałek dalej również spojrzała w stronę wieży, gdzie kilku członków defektu stojących na środku barykady skupiło swój ogień na felernej trójce, ale udało im się powalić tylko jednego. Dwaj pozostali dopadli do betonowych podkładów i iskrząc się przy zetknięciu z drutami, nieubłaganie wspinali się ku górze.

Kolejni członkowie defektu ruszyli ze wsparciem w tamtą stronę i dzięki zmasowanemu ostrzałowi udało im się strącić kolejnego. Po chwili jednak na szczycie barykady wybuchła jakaś dziwna przepychanka. Dziki nie mógł wychylić się bardziej, zobaczył jedynie, że defektowcy się przewracają. Przez chwilę myślał, że jakiś gospodarz dostał się niezauważony na górę i teraz walka przeniosła się na szczyt barykady. Dopiero gdy do jego uszu dotarły pierwsze spanikowane głosy, zrozumiał, co się dzieje.

Członkowie wspólnoty stojący najbliżej wieży zrezygnowali z dalszej walki i w popłochu ruszyli w jego stronę, chcąc zapewne uciec po kładce na peron. Po drodze dołączali do nich kolejni wspólnotowy ulokowani w różnych częściach barykady. Problem był jednak taki, że mur, na którym stali, nie był zbyt szeroki. Uciekający przepychali się między tymi, którzy próbowali jeszcze walczyć, uniemożliwiając im celne strzelanie.

Widząc to, Dix odwróciła się gwałtownie w stronę lidera wspólnoty, wykrzykując:

— Krzaku, zrób coś!

Było już jednak za późno, uciekająca wataha wpadła na nich niewiele delikatniej, niż zrobiliby to gospodarze na dole. Dix i Mike ledwo uniknęli strącenia w dół, uskakując na kraniec barykady. Dziki osunął się przygnieciony do podkładów, raz po raz napychany na nie przez kolejnych uciekających ludzi. Krzak próbował stanąć na drodze gromady, ale biegnący na przedzie Pietras i Robal odepchnęli go i rzucili się w stronę kładki.

Tabun ludzi wpadł na drewniane deski, które zatrzeszczały niebezpiecznie.

— Spokojnie, bo się połamią... połamią się wszystkie! — krzyczał ktoś z tłumu, ale nikt nie zwracał na niego uwagi, wszyscy panicznie próbowali dostać się na peron.

Gdy tylko wataha przebiegła, Dziki wstał i spojrzał w stronę wieży. Jeden z kolejarzy zdołał wspiąć się na szczyt muru. Mimo bezlitosnego ostrzału, który prowadzili stojący tam defektowcy, niewykształcony przesuwał się powoli do przodu, sypiąc dookoła wyładowaniami elektrycznymi.

— Uważaj, bo spadnę, spadnę... cholera spaaadnę!!!

Dziki, słysząc wołanie, odwrócił się w stronę kładki. Ludzie prześcigali się, wchodząc na peron jeden po drugim. Stojący po środku Robal, najwyższy z nich wszystkich, próbował utrzymać równowagę, gdy kolejne osoby co rusz przepychały się w stronę barierki między jego nogami. W końcu, nie mogąc już dłużej balansować na krawędzi, Robal przechylił się i w panicznej próbie zachowania równowagi złapał jakiegoś członka wspólnoty. Po krótkiej szamotaninie obaj runęli na tory.

Dziki usłyszał głuchy strzał, jakby ktoś wystrzelił petardę w długiej rurze, a potem zobaczył błysk światła. Widok dwóch zwęglonych ciał tlących się na torach zmroził mu krew w żyłach.

— Tak po prostu... jeszcze w tak głupi sposób.... — powiedział i spojrzał w stronę Mike’a, który był chyba w takim samym szoku, co on, bo patrzył się pusto w przód, otwierając usta i nie mogąc wypowiedzieć nawet słowa.

Krzak obok nich powstał, na jego twarzy malowała się wściekłość. Dziki poczuł, że włosy stają mu dęba, przez chwilę myślał, że to z powodu gniewu, który wręcz wylewał się z lidera, ale to było coś innego. Spojrzał na krawędź muru, tuż pod jego stopami wyłoniła się głowa kolejarza, w swojej rozdziawionej w niewyobrażalny sposób szczęce trzymała lampę od wagonu żarzącą się czerwonym światłem. Jego serce załomotało tak mocno, że prawie poczuł ukłucie w mostku, a czas wydawał się zwolnić, gdy ta karykaturalna postać wznosiła się ku górze.

Dziki zacisnął palce na maczecie, ciało zareagowało szybciej niż mózg. I nim zrozumiał, czego nie powinien robić, ostrze wbiło się w głowę istoty.

Poczuł skurcz we wszystkich mięśniach, a w głowie miał absolutną ciemność, wiedział jedynie, że leży na plecach. W uszach miał jeden wielki szum, spróbował otworzyć oczy, ale większość obrazu przesłaniała mu ciemna plama, jakby zbyt długo patrzył się w słońce.

Nie wiedział, jak długo leżał na ziemi, ale przez szum usłyszał nad sobą głos Krzaka:

— Zabierz go stąd, już!

Poczuł, że się unosi, znał to uczucie. Już raz podróżował w ten sposób. Zobaczył plecy Mike’a, przyjaciel go niósł. Na kładce w miejscach, gdzie wzroku nie przysłaniała mu ciemna plama, widział tory.

Gdyby teraz upadł, byłoby po nim, gdyby Mike go upuścił, leżałby martwy jak oni. Spojrzał na dwa zwęglone ciała, które już nawet się nie tliły, dwa całkiem czarne worki smoły, które jeszcze tylko swoim kształtem przypominały ludzi, jakimi byli wcześniej. Poczuł, że znów zbiera mu się na wymioty, miał już naprawdę dość.

— Pomóżcie, do cholery! — krzyknął Mike, jego głos ledwo przebijał się przez świst, jaki miał w uszach.

Kilka par rąk wciągnęło go powoli na peron i ułożyło na plecach.

Nad sobą widział czerń. Nie wiedział, czy to niebo Krańcowe, czy po prostu całkiem stracił wzrok. I wtedy znowu to usłyszał. Ten głuchy huk, którego nie dało się porównać z niczym innym. Spróbował się poderwać, bo pomyślał, że ktoś znowu wypadł na tory, ale nie był w stanie...

— Dziki, spokojnie! — krzyknął Mike, przyciskając go do ziemi. — Stary, mocno dostałeś? Jak się czujesz? — dopytywał, klepiąc go po twarzy, jakby ten był nieprzytomny.

Dziki nie odpowiedział. Kątem oka spróbował spojrzeć w stronę barykady, ale czarna plama przesłaniała zbyt dużo. Walka musiała jednak rozgorzeć na dobre, bo strzały padały raz za razem, a elektryczne łuki rozjaśniały ciemność co kilka sekund. Złapał głęboki oddech i spróbował się podnieść, ale mięśnie drżały mu tak mocno, że nie mógł utrzymać równowagi. Mike podtrzymał go z boku, chroniąc przed upadkiem.

— Spokojnie... Daj sobie chwilę, musisz dojść do sie...

Nie skończył jednak, bo ostry głos przerwał mu w pół zdania.

— Mam nadzieję, że jesteście z siebie dumni! — Krzak wspiął się niespodziewanie na peron, piorunującym wzrokiem wpatrując się w stłoczonych dookoła Dzikiego członków wspólnoty. — Do tej pory myślałem, że jesteście cokolwiek warci, ale wy jesteście nędznymi tchórzami, a przez waszą brawurową ucieczkę dwóch waszych towarzyszy straciło życie. — Krzak rozejrzał się z odrazą po twarzach wspólnotowców. — Nikt z defektu nie opuścił barykady. Po tym, co zrobiliście, to będzie cud, jeśli zdecydują się dalej nas wspomagać! — Krzak wskazał w stronę ciągle trwającej biwty. — Dość mam już wszystkich, którzy liczą, że ktoś będzie ciągle narażał za nich życie. Ci, którzy nie chcą walczyć, mogą wypieprzać ze wspólnoty, choćby po torach. Reszta ma wracać na barykadę i nie oszczędzając niczego, ratować sytuację, do której doprowadziliście!

Z początku nikt nie drgnął. Każdy spoglądał z lękiem na Krzaka, dopiero Mike podniósł się i ruszył jako pierwszy. W ślad za nim ruszyła reszta, wszyscy mijali Krzaka łukiem, jakby bali się, że ich zaatakuje. Dziki spróbował się podnieść po raz kolejny, ale lider posadził go siłą na ziemi.

— Leż..., Dix przyjdzie zobaczyć, co z tobą, jak sytuacja się trochę poprawi.

— Ale...

Dziki nie zdążył skończyć, bo Krzak przerwał mu momentalnie:

— Nie lekceważ moich poleceń!

Dziki nie ośmielił się już nic powiedzieć, zważywszy, że kolejna próba wstania również mogła skończyć się niewypałem. Rozłożył się po prostu na ziemi, starając się opanować skurcze, które wciąż rozlewały się po jego ciele.

Minęło co najmniej trzydzieści minut, zanim jego nogi przestały drgać, a wzrok zaczął powoli wracać do normy. W tym czasie sytuacja na barykadzie musiała nieco się uspokoić, bo strzały stawały się dużo rzadsze, nie było też widać tylu elektrycznych błysków, co wcześniej.

Po chwili usłyszał kroki. Jakaś większa grupa musiała przechodzić po kładce. Przysiadł powoli, wspierając się na rękach i spojrzał w stronę przejścia.

Dix wspięła się na peron po prowizorycznej drabince i pomogła wciągnąć jakiegoś mężczyznę. Dziki przyjrzał się mu z daleka, wyglądał jak rażony piorunem. Po całej jego twarzy rozlewały się poparzone linie układające się w dziwaczne wzory. Nie był to jednak jedyny ranny wniesiony na peron. Już po chwili kilku kolejnych członków wspólnoty i defektu leżało na peronie, niektórzy pojękiwali cicho, inni byli całkiem nieprzytomni.

Dziki, czując, że wystarczy mu już zbierania sił, podniósł się powoli i zrobił kilka kroków w stronę przejścia. Kątem oka musiała zobaczyć go Dix, bo odeszła od leżącego na ziemi defektowca i podbiegła do niego.

— Nie mogłam przyjść wcześniej, było naprawdę źle. Wszystko w porządku? — spytała, wpatrując się w oczy Dzikiego.

— Tak, już mi lepiej, wracam na barykadę — odpowiedział, bo nie chciał zajmować jej czasu, widząc, że dookoła jest o wiele więcej osób wymagających pomocy.

— Nie, zostaniesz tutaj — rozkazała mu pośpiesznie Dix — ktoś musi pilnować rannych.

— Przecież tory ich oddzielają.

Skoro jedynym wejściem na peron była kładka przy barykadzie, Dziki nie widział w tym sensu, dziwił się również, dlaczego od początku nie zaczęli bronić się właśnie tutaj.

— Kolejarze przejdą przez tory! Nie mają z tym jakiegokolwiek problemu, a ponieważ jest tu już więcej niż troje ludzi, niektórzy zaczną przeć w te stronę. Zaraz przyślę ci kogoś do pomocy.

Wyjaśnienie Dix mocno zmartwiło Dzikiego. Myślał, że torowisko stanowi jakiś rodzaj ochrony, tymczasem była to kolejna pułapka bez wyjścia.

Dziewczyna wróciła do leżącego na ziemi mężczyzny, Dziki zaś podszedł do krawędzi peronu, by przyjrzeć się placowi przed barykadą. Po chwili zatrzymał się zmrożony widokiem: pod murem leżało tyle ciał gospodarzy, że zebrani w stos sięgnęliby szczytu barykady.

— Długo to jeszcze potrwa ? — spytał Dix, zbliżając się do rannych.

— Latarnie zgasną po czwartej, wtedy przestaną pojawiać się nowi. Oczywiście ci, którzy już tutaj będą, nie wrócą grzecznie do domu — odpowiedziała, kończąc smarować czymś twarz poparzonego wspólnotowca, w którym Dziki rozpoznał Jacę.

— Więcej dla niego nie zrobię, jeżeli nie ma poparzeń wewnętrznych, powinno być dobrze.

Dix podniosła się i rozejrzała.

— Cholera strasznie ich dużo, z rannymi jest problem. Nie mogą się bronić, a doliczają się do prawa trzech, im więcej ludzi przyślę ci do pomocy, tym więcej niewykształconych przyjdzie, co zrobić... — Liderka defektu rozejrzała się nerwowo. — Słyszysz? — spytała nagle.

Dziki nadstawił uszu, tory buczały, co było całkiem normalne. Przyzwyczaił się już do tego dźwięku. Teraz jednak przy ogólnej wrzawie, jaka panowała, nie powinien ich słyszeć. Buczały zbyt głośno, prawie jakby…

— Pociąg — stwierdził Dziki, przypominając sobie ten dźwięk, który w starym świecie słyszał tyle razy — tak buczą tory, kiedy jedzie pociąg.

Dix rozszerzyła oczy, patrząc na Dzikiego. Przez chwilę myślał, że nie może uwierzyć w to, co powiedział. Dopiero po sekundzie zrozumiał, że ona patrzy nie na niego, lecz przez niego. Odwrócił się gwałtownie w stronę przejazdu kolejowego, ciemności przed nimi rozjaśniały światła pociągu.

Ogromna zielona lokomotywa ciągnąca za sobą gromadę wagonów pasażerskich sunęła, przyśpieszając, w ich stronę. W miejscach, gdzie koła stykały się z torami, widać było tylko jedną wielką łunę błękitnego prądu, zaś światła we wnętrzu pociągu mrugały jak na jakiejś szalonej dyskotece. Dziki spojrzał w drugą stronę, węglarki, które stały przy peronie, od kiedy pojawił się w Krańcowie, blokowały dalszą drogę.

— Uderzy — krzyknął w stronę Dix i chwycił ją za ramię, ciągnąc za jedną z betonowych ławek.

Po sekundzie pociąg roztrzaskał ich kładkę i wpadł z impetem na stację. Lokomotywa rąbnęła w węglarkę, zgniatając się niemal do połowy. Wagony, które ciągnęła za sobą, pozwijały się jak wąż, uderzając w boki peronu tak, że cała struktura aż się zatrzęsła. Kilogramy oderwanych cegieł i kamieni poszybowały w górę, a ich szczątki posypały się wraz z kurzem na ziemię. Dziki podniósł się powoli, ciągle przytłumiony hukiem uderzenia. Wagony stały powykrzywiane, oddzielając ich od towarzyszy z barykady.

Dix poderwała się tuż obok niego, próbując pobiec w stronę rannych, ale Dziki zatrzymał ją, łapiąc za rękę.

— Spójrz — krzyknął, wskazując na wagony.

Za popękanymi szybami, gdzie wpadało światło peronu, widać było odbijające się na ścianach cienie podróżnych. Problem w tym, że żadnych podróżnych w wagonie nie było. Dix otworzyła