Rozdział X - Czerwona bandamka

Aktualizacja: mar 20


Czerwona Bandamka - Jarosałw Domański
.ep
Download EP • 561KB



Trwające zaledwie kilka sekund wygaszenie, było przypieczętowaniem agonii, którą przeżywał Dziki po błysku. Marzył już tylko o tym, by Janek w końcu się ocknął i zajął jego miejsce za kierownicą.

Odrywając na chwilę wzrok od drogi, spojrzał zazdrośnie na nieprzytomnego Korka, zwiniętego ciasno na siedzeniu obok. Sam oddałby wszystko, by ulżyć bólowi głowy i położyć się spać.

Po kilkudziesięciu ciągnących się w nieskończoność minutach, pełnych walki z zamykającymi się oczami, pojawił się w końcu jego wybawca.

Kierowca autobusu wyglądał, jakby był na ciężkim kacu, a w drżącej ręce trzymał puszkę z napojem energetycznym. – Dobra Dziki, idź spać – wyszeptał, by nie nadwyrężać głowy.

Dzikiemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Natychmiast zatrzymał autobus i czym prędzej wbiegł na piętro, bez ceregieli rozkładając się na jedynym ocalałym fotelu. Mimo niewyobrażalnego wręcz zmęczenia sen nie przyszedł tak szybko, jakby tego oczekiwał. Gdy zamknął w końcu oczy, słowa wypowiedziane przez oszalałego weterana zaczęły świdrować mu czaszkę. Akompaniując przy okazji zwyczajowemu po błyskowemu bólowi głowy - "Jeżeli nie odejdziesz z autobusu, pociągniesz ich wszystkich do grobu”. Dziki wiedział, że musi jak najszybciej porozmawiać na ten temat z Kubą. Choć sam nie chciał do końca tego przyznać, czuł, że to może być koniec jego wspólnej podróży z Autobusem do Wolności.

Na jego szczęście wymęczony organizm nie mógł zbyt długo znosić wewnętrznej walki i Dziki zaległ w końcu objęciach Morfeusza.

Sen nie trwał jednak, tak długo jakby tego oczekiwał. Miał wrażenie że ledwo odpłynął myślami, a już po chwili obudziły go kroki Oli wchodzącej na piętro.

Dziewczyna nachyliła się nad nim i głaszcząc go po włosach wyszeptała – przepraszam, wiem że jesteś wykończony, ale mamy kłopot…

Dziki słysząc to, poderwał się, czując natychmiast jak ból głowy, rozsadza mu czaszkę. Zawroty, które pojawiły się zaraz po tym, zmusiły go, by z powrotem usiadł.

Po tak długim Błysku i krótkiej drzemce czuł, że nie dałby rady podołać niczemu poważnemu. – Co się stało Oli? – spytał, mdło. Dziewczyna, nie odpowiedziała od razu, podała mu najpierw puszkę z napojem i kilka proszków przeciw bólowych. – Zbierz się trochę, zaraz ci powiem…- wyszeptała, opierając mu dłoń na czole jakby miał gorączkę. Dziki czuł, że raczej nie zdoła wykrzesać z siebie nic szczególnego. Nie mniej wyjadł proszki, popijając je napojem i przymknął oczy, by trochę odetchnąć. – Mów, co jest – powiedział, walcząc z tym, by znowu nie usnąć. - Radio nam szwankuje – odparła – Starałam się przekonać Janka, że powinniśmy zrobić objazd po przystankach, bo Kuba mógł przecież kogoś wysłać. Wiem jednak, że mnie samej na pewno nie posłucha... Dziki westchnął, od dawna już nie czuł się tak wyorany przez Błysk. Zastanawiał się, czy to tylko wynik tego, jak długi był tym razem. Czy może dołożył się do tego, stres, jaki przeżył w trakcie spotkania z Hieną. Zbierając siły jeszcze przez chwilę, mimo silnego oporu organizmu, podniósł się z fotela.

Oli wślizgnęła mu się pod ramię i pomogła zejść po krętych schodach. Było dla niego, nie zrozumiałe jakim cudem dziewczyna znosiła to wszystko tak dobrze.

Na dole, większość mieszkańców wciąż dosypiała. Oprócz Janka i Oli, przytomny był tylko Klucz który ledwo stojąc na nogach, grzebał coś przy radiu.

- Co się z nim stało? – spytał Dziki, pochylając się nad mechanikiem.

Klucz podrapał się po głowie śrubokrętem. – Na pewno nie jest zepsute, to chyba jakieś zakłócenia z zewnątrz - odpowiedział.

Błysk był bardzo długi. Zdarzało się już, że gdy trwał ponad godzinę, były potem problemy z łącznością. Ze względu na to, tym bardziej nie miał ochoty objeżdżać miasta. Taki czas trwania, mógł oznaczać jedną z dwóch rzeczy: grupę ludzi na cmentarzu, albo mrowie niewykształconych maszerujących po mieście.– Oli, może jednak powinniśmy poczekać, aż będzie szansa skontaktowania się z Kubą - stwierdził ostrożnie.

Janek przytaknął, potwierdzając swoją aprobatę dla tego co usłyszał, ale Oli spojrzała przenikliwie na Dzikiego. – Dziki, wiem że jesteś zmęczony. Wiem że błysk dał ci się we znaki… ale jeśli teraz ktoś tam czeka? Tak jak ty kiedyś czekałeś... Liczy na pomoc która nie przyjdzie? Mogę siedzieć za ciebie na wartach, przez cały tydzień. Mogę prowadzić autobus za Janka, ale proszę dla spokoju mojego sumienia, sprawdźmy czy nikogo nie ma.

Dziki poczuł ukłucie w boku, Oli jak nikt inny potrafiła wzbudzić w człowieku poczucie winy. Spoglądając na kierowcę, powiedział najpewniej jak tylko mógł – Janek, zacznij objazd od najbliższych przystanków.

Zirytowana mina mężczyzny, nie kryła tego co myśli o pomyśle dziewczyny. Wykonał jednak polecenie i gwałtownym, pełnym złości ruchem, skręcił na główną drogę, sprawiając jednocześnie, że kilka osób spadło ze swoich siedzeń.

W akompaniamencie, złorzeczenia zbierających się z podłogi ludzi, autobus skierował się w stronę bloków, przy których Kuba miał swoją kryjówkę. Z tego miejsca najczęściej też zabierali nowoprzybyłych. Dziki rozsiadł się na ja jednym z przednich siedzeń i wyglądając przez szybę, obserwował okolice. Oli usiadła obok niego i głaszcząc go, po zbolałej głowie powiedziała – wiem, że często to powtarzam, ale jesteś po prostu najlepszy.

Dziki uśmiechnął się krzywo. W pewnym momencie, gdy patrzył na dziewczynę, uświadomił sobie, co spotkało go ostatniej nocy.

Zastanawiał się przez chwilę czy powiedzieć jej o pojawieniu się Hieny i o tym, że myśli by opuścić autobus. W końcu jednak zdecydował, że nim nie porozmawia z Kubą, zachowa to dla siebie. Był pewien, że bez względu na wszystko Oli będzie go przekonywać, żeby z nimi został a sam Dziki, nie był przekonany czy jest to bezpieczne. Ich lider bez wątpienia będzie miał na to chłodniejsze spojrzenie.

Z zamyślenia wyrwał go trzeszczący dźwięk, który wydobył się niespodziewanie z radia.-…1 do 2 3 do 5, 5 z 3,0,8 suma 211…- przedarło się chrypliwie przez zakłócenia.

Oli wyskoczyła z fotela, dobiegając do radia, a Janek jęknął zawiedziony. - Dziki słyszałeś? Zabieramy! Tylko z którego przystanku? - spytała podekscytowana. - Z którego… o boże, nie mam zeszytu… Niech ktoś obudzi Korka! – krzyknął Dziki, jednocześnie powtarzając w myślach liczby, by ich nie zapomnieć.

Obudzony przez Klucza chłopak, ledwo otworzył oczy, gdyby nie to, że mechanik trzymał mu głowę pewnie zaraz znowu by usnął.

Dziki, stanął nad nim mówiąc – Korek, przetłumacz 1 do 2, 3 do 5, 5 z 3,0,8 suma 211…

Chłopak przewracał oczami, powtarzając bezgłośnie, to co usłyszał. Po chwili solidnej walki z własnymi mdłościami powiedział - są na przystanku obok straży pożarnej, Kuby z nimi nie będzie.- Po tych słowach, padł natychmiast na fotel zasłaniając usta ręką, by stłumić wymioty.

Widząc to Oli, poklepała chłopaka po plecach. – Strasznie cię, dzisiaj styrało - stwierdziła.

Dziewczyna nie wiedziała, że Korek miał za sobą przetrwany świadomy błysk, a to było naprawdę wykańczające. Dziki widział w tym jeden plus, ledwo przytomny chłopak mógł być mniej skory, do wyjawienia tego, co usłyszał ostatniej nocy. Miał jednocześnie nadzieję, że Korek będzie czuł się źle, na tyle długo by zdążył najpierw porozmawiać z Kubą. Nie chciał by wieść, rozeszła się po autobusie pocztą pantoflową.

- Dobra Janek wieź nas po nowych! - rozkazał Dziki.

Kierowca, marudząc przez chwilę, po raz kolejny zawrócił gwałtownie autobus. Spowodowało to, że kilka osób ponownie, wturlało się pod siedzenia.

- BÓG CIĘ OPUŚCIŁ JANEK?! - Wykrzyczał Bocian, który ledwo wydostał się spomiędzy foteli po ostatnim razie, a kilka innych osób zawtórowało mu przekleństwami.

Ich kierowca nic sobie jednak z tego nie robił i już po chwili zaczął swoje standardowe marudzenie. - Strasznie daleko, bliżej Strefy Głodu już ich wywiać nie mogło - powiedział, gdy Dziki usadowił się obok niego.

- Nie przejmuj się, Ręka Olbrzyma zdycha pewnie z bólu tak samo, jak my. Raczej wątpię, żeby szukali dzisiaj zaczepki - powiedział, próbując nieco uspokoić ich kierowcę.

Janek nie przyjął jednak tego, tak entuzjastycznie jak Dziki oczekiwał. Był to rzeczywiście pierwszy raz, gdy odbierali kogoś z tak daleka, ale skoro przystanek znajdował się w kodzie Kuby, znaczyło, że brał pod uwagę możliwość odebrania kogoś również stamtąd. Autobus toczył się powoli. Proszki, które łyknął Dziki zaczęły w końcu działać, mógł więc w końcu obserwować drogę, bez ryzyka przyozdobienia podłogi zawartością swojego żołądka. Mijali właśnie ulicę Rynkową, rzędy lumpeksów ściśniętych jeden obok drugiego w ciasnych obskurnych kamienicach były dominującym widokiem przez większość czasu.

W normalnych warunkach autobus prawie nigdy nie wjeżdżał do tej części miasta. Między innymi dlatego, że znajdowała się o rzut kamieniem od Strefy Głodu. Przebywanie tam wiązało się więc z niebezpieczeństwem spotkania patroli bandery. Z oddali tuż przednimi wyrastał już budynek państwowej straży pożarnej, jedyny, który w całej okolicy miał mniej niż pięćdziesiąt lat. Zamknięte na rolety garaże dla wozów pożarniczych i nietknięte szyby świadczyły, że miejsce oparło się do tej pory szabrownikom. Może dlatego, że było zbyt blisko Armii Daniela. Oprócz tego Dziki z doświadczenie wiedział, że miejsca tego typu były często siedliskiem specjalistów. Najwidoczniej nikt nie chciał ryzykować tak bardzo, by zdobyć sprzęt pożarniczy.

Podnosząc się z miejsca, Dziki zbliżył się do Oli która również wlepiona była w szybę. – To, co? Szykujesz się do najmilszej rzeczy, jaka spotka ich w tym świecie?

Dziewczyna słysząc to, uśmiechnęła się i skinęła wesoło głową. Świadomość, że mogła komuś pomóc, działała na nią w naprawdę niezwykły sposób. Dziki poczuł, że sam chciałby czerpać, podobną energię z takich sytuacji. Dla niego jednak, nowoprzybyli oznaczali tylko kłopoty. – Więc, ja się przygotuję, żeby ich trochę postraszyć - rzucił złośliwie, a Oli spojrzała na niego, z politowaniem. - Jakoś sobie tego nie wyobrażam, za dobrze ci z oczu patrzy – stwierdziła.

- Siedzą! - wtrącił Janek z grobową miną. – Kurwa, ilu ich jest…- dodał po chwili całkiem załamany.

Słysząc to, Dziki zbliżył się do przedniej szyby. Na przystanku przed nimi, siedziała grupa pięciu osób. – Zwolnij trochę... – powiedział, przyglądając się uważnie postacią.

- Coś nie tak? – spytała Oli, również przechodząc na przód autobusu.

- Pierwszy raz widzę, żeby Kuba przysłał nam aż piątkę. Chcę się lepiej przyjrzeć – stwierdził marszcząc brwi.

Oli popatrzyła na niego niepewnie. – Sam, mówiłeś że błysk był bardzo długi. Teraz już chyba wiadomo dlaczego.

Dziki przyjrzał się Nowoprzybyłym, wszyscy mieli na sobie standardową wyprawkę Kuby. Małe siekiery, plecaki szkolne z zapasami. Coś jednak dalej mu nie pasowało, złapał ledwo przytomnego Korka za ramię i potrząsnął nim. – Korek, ile osób mieliśmy zabrać? Z przystanku koło straży, pamiętasz?

Chłopak, otworzył oczy spoglądając z bólem na Dzikiego – chyba piątkę...- odpowiedział, po czym natychmiast zwymiotował na podłogę.

Dziki odskakując, popatrzył na Janka. – Chyba po prostu mamy pecha…

Janek słysząc to, warknął natychmiast.- Pecha? Dziki to jest jebana tragedia… pięć dodatkowych osób. Przecież nie staniemy nigdzie dłużej jak na pół godziny… Niewykształceni, będą za nami latać jak opętani.

- Spokojnie - powiedziała Oli. – Może uda się upchnąć większość we Wspólnocie - dodała, pomagając Korkowi, posprzątać jego ‘’wpadkę”.

- No, zawsze jest szansa – skłamał Dziki, który po ostatniej rozmowie z Mike’m doskonale wiedział, że Wspólnota nie przyjmie już nikogo nie przydatnego.

Kierowca westchnął, zatrzymując się w końcu pod przystankiem.

Nowoprzybyli ustawili się przed autobusem, dwóch chłopaków w kapturach, stanęło na przedzie grupy. Janek, po wyraźnie długiej chwili wewnętrznej walki, wyciągnął w końcu rękę i nacisnął guzik otwierający drzwi. - No wbijajcie! – zawołał, oschle.

Mężczyźni weszli niepewnie do środka, gdy tylko ostatni stanął w autobusie a drzwi się zamknęły, zakapturzone postacie natychmiast wyciągnęły broń, pierwsza wycelowała w Janka, druga prosto w Dzikiego. Ten, zapomniał całkiem o bólu i mdłościach, czując narastające w sobie przerażenie. - Cześć…- zawołał znajomy głos z pod kaptura.

Dziki który był w tym momencie w takim szoku, że nie mógł nawet sklecić, jednego całego zdania, wydukał jedynie.- Kim ty… Czego ty chcesz?

Mężczyzna mierzący do niego ściągnął kaptur z głowy i wtedy Dziki przeżył drugi szok. Mógł się spodziewać każdego: Maciejewskiego, Modrzewa albo nawet samego Daniela. Pod przesłoną jednak krył się ktoś zupełnie inny.

- Wiewiór…jak…dlaczego?! - zawołał Dziki.

Mężczyzna westchnął ciężko, uciekając na chwilę wzrokiem. Wciąż jednak nie opuścił broni, mierząc prosto w głowę Dzikiego.- Nie było trudno…- powiedział.- Zwłaszcza że miałem to…

Wiewiór sięgnął wolną ręką do bluzy i wyciągnął z niej notatnik Kuby, a Dziki zaklął głośno. W środku zapisany był cały kod, którym ich lider komunikował się z autobusem.

- Więc to ty go zabrałeś?! Kiedy? - zawołał z wyrzutem Dziki. - Po tym, jak zginął Klocek, gdy odwoziliście mnie autobusem do Wspólnoty. Znalazłem go na jednym z wolnych miejsc i przejrzałem od niechcenia. Nawet nie wiesz w jakim szoku byłem, gdy zrozumiałem, co ten niepozorny zeszyt zawiera - wyjaśnił Wiewiór. - Więc zakłócenia na radiu to też wasza robota? – spytał Dziki. - Tak, nie mogliśmy pozwolić, żeby prawdziwa wiadomość od Kuby się przedostała. Do tego notatnik powiedział nam, z których przystanków odbieracie i jak powinni wyglądać potencjalni nowoprzybyli - wyjaśnił Wiewiór.

Dziki, nie mógł uwierzyć w to co się dzieję. Pokręcił głową i patrząc na mierzącego w niego weterana, powiedział - ale po co? Niczym Ci nie zawiniliśmy… Jeżeli chciałeś zabrać więcej zapasów albo srebrnych po tamtej akcji wystarczyło powiedzieć… Przecież byśmy się dogadali...

Wiewiór opuścił głowę, wyglądało na to że sam nie był przekonany o słuszności własnych czynów. Wyjaśnił jednak pokrętnie. - Tu nie chodzi o pieniądze czy towar, twoja obecność… Wasza obecność, jest niezbędna by zakończyć pewne sprawy.

Dzikiego w tym momencie zatkało. Nie wiedział, czy to złośliwość losu, czy wracająca karma, ale przysiągłby, że podobne słowa usłyszał Modrzew od Mike'a, chwilę przed tym nim go pojmali. Nie mogąc powstrzymać drżenia w głosie, wydukał jedynie.- Jakie sprawy?

- Zobaczysz - stwierdził Weteran, po czym zwrócił się do ich kierowcy. - Janek kieruj się na Strefę Głodu.

W tym momencie Dziki nie wytrzymał i prawie wparował w lufę pistoletu.- TY SUKINSYNU CHCESZ NAS SPRZEDAĆ DANIELOWI? JUŻ ZAPOMNIAŁEŚ, ŻE URATOWAŁEM CI ŻYCIE… TY GNIDO BEZ HONORU MYŚLISZ, ŻE DANIEL CIĘ OSZCZĘDZI, ZDECHNIESZ JAK KAŻDY WETERAN! - wykrzyczał wściekle, nim zdążył ugryźć się w język.

Prowokowanie kogoś kto mierzył ci w głowę, nigdy nie było dobrym pomysłem. Niespodziewanie jednak Wiewiór nie zareagował agresją, jego wzrok wbił się w podłogę. Odpowiedział też całkiem spokojnie.- Mylisz się Dziki. Nie zapomniałem, co dla mnie zrobiłeś. Dlatego proszę współpracuj, a nikomu z autobusu włos z głowy nie spadnie. Masz na to moje słowo... Dziki nie wiedział, czy to przez niepewność w głosie Wiewióra, czy może po prostu nerwy jeszcze z niego nie opadły, ale pełnym nienawiści głosem krzyknął - dlaczego to robisz?!

- Bo jestem szpiegiem Daniela…- Odpowiedział mężczyzna. Dziki spojrzał zszokowany, nie mógł uwierzyć, w to co usłyszał. - Przecież ty polowałeś na Rękę Olbrzyma…Jesteś powszechnie znanym prawdziwym weteranem… To jakiś kurwa żart!

Wiewiór westchnął, kręcąc w irytacji głową. - Zastanów się Dziki, dlaczego ochotnicza straż Wilka nigdy nie trafiła na Rękę Olbrzyma? Bo ja ich ostrzegałem… Dlaczego znajdowali weteranów mimo, że ci tak dobrze się kryją? Bo znam kryjówki większości z nich…Bo wszyscy mi ufają, bo zawsze byłem tym spoko gościem...Wiewiórem który dla każdego był w porządku i z którym każdy robił interesy. Prawda jest jednak taka, że jestem szpiegiem Daniela praktycznie od powstania Strefy Głodu. Bo widzisz ja i Daniel znamy się jeszcze ze Starego świata.

- Nie, to niemożliwe…nie wierzę... – wydukał Dziki.

- Dlaczego? Matko, wszyscy otaczają Daniela takim kultem, że zapomnieli już chyba, że on w Starym Świecie był zwykłym człowiekiem. Pracował, miał kolegów i znajomych. Przecież całe bractwo to jego towarzysze z dawnego świata. Co w tym dziwnego, że mogliśmy się znać? Chyba jedyne dziwactwo, to fakt, że właśnie ja zdecydowałem się włóczyć poza Gorgorem, zamiast opływać w luksusy. Daniel potrzebował jednak kogoś takiego... Więc się zgłosiłem, dla dobra Strefy Głodu - stwierdził Wiewiór z wyraźną dumą w głosie.

- Dla dobra Strefy Głodu?!- krzyknął Dziki, nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. - O czym ty mówisz? Ty w ogóle tam byłeś? Jak ktoś taki jak ty może popierać to co robi Daniel – zawołał, nie rozumiejąc zupełnie, motywacji stojącego przed nim człowieka.

- Tak byłem! I wiesz co? Byłem też we Wspólnocie. Może gdybyś wszedł w nią trochę dalej, niż do baru i z powrotem, to zobaczyłbyś prawdę. Mike może ci nie płacze w ramie, bo ma ciepłą posadkę i protekcje Krzaka, ale widziałeś kiedyś "zbędnych” ? Ludzi stojących najniżej we Wspólnocie? Myślisz sobie, że jesteś jakimś cholernym aniołem stróżem, bo razem z Oli i Kubą upychacie tam ludzi na siłę? A interesowało cię, co się potem z nimi dzieje? Ja ci powiem, ludzie tam zaharowują się na śmierć, podczas gdy elity pokroju Sępa, Zoidberga czy Hektora płacą mi kolosalne kwoty za głupie filmy ze starego świata…

- I CO?! STREFA GŁODU JEST MOŻE LEPSZA?! - spytał ironicznie Dziki.

Wiewiór jednak i na to miał gotową odpowiedź. - JEST, BO PRZYNAJMNIEJ JEST UCZCIWA! Dostajesz tyle, na ile zapracujesz. Jeżeli jedyne co potrafisz robić, to siedzieć na dupie i czekać aż dadzą, to dostajesz minimum. Nikt tam też nie udaje elitarnego kółka, chcesz to zostajesz, nie chcesz odchodzisz. Poza tym przyjrzałeś się kiedyś ludziom w strefie? Tam nie ma nikogo, kto na to nie zasłużył. Daniel osobiście odsącza to ziarno od plew. Cierpią tylko ci, którzy powinni cierpieć. Bananowa młodzież która w starym świecie woziła się limuzynami ojców i wszystkich miała za śmieci. Urzędnicy którzy zamiast pomagać ludziom gnębili ich i wykorzystywali stanowiska dla własnych celów. Daniel daje szansę wszystkim których Stary świat skreślił. Zwyczajnym szarym ludziom jak my… Bo to jest Nowy Świat i nowa sprawiedliwość! - wykrzyczał dumnie.

- Bandera trochę ci pieprzy obraz tej sprawiedliwości…- wysapał jadowicie Dziki.

W tym momencie twarz Wiewióra nie co przygasła. - Tu mnie masz…Bandera to chłam ale są nam potrzebni. Gdyby nie przewaga liczebna jaką nam dają, weterani już dawno by się zjednoczyli i podbili Strefę Głodu. Potem zaprowadzili tam porządki nie wiele lepsze niż te które znasz ze Starego Świata. Dobra starczy tej politycznej gadki, siadaj i oddaj mi broń, nie mamy więcej czasu…

Dziki zawahał się, obserwując Wiewióra, ale z lufą prawie wetkniętą w czoło, nie miał jak próbować czegokolwiek. Zrezygnowany sięgnął do kieszeni i wyjął pistolet, podając go swojemu oprawcy. - Bardzo dobrze, strzelanina to ostatnia rzecz jakiej nam tutaj potrzeba. Ruszaj Janek, nie będę się więcej powtarzał! – krzyknął Wiewiór, odbierając broń. Dziki usiadł obok Oli. Dziewczyna obserwowała wszystko z lękiem na twarzy. Widział jednak, że stara się zachować spokój. Gdy tylko zajął miejsce a Wiewiór, obrócił się do nich plecami. Złapała go za rękę i położyła ją na swoim udzie. Pod spódniczką Dziki wyczuł kaburę i pistolet.

Iskra nadziei rozbłysnęła mu w głowie. To była ich szansa! Żaden z napastników na pewno nie spodziewał się, że oprócz Dzikiego ktoś może mieć w autobusie broń. Teraz musiał tylko znaleźć odpowiedni moment do ataku.

Wiewiór i Żółty stali akurat, wpatrując się w przednią szybę, zwróceni do nich plecami.

Mężczyźni, którzy przyszli razem z nimi, przeszli co prawda na tył. Mogli więc zobaczyć co dzieje się obok Dzikiego, żaden z nich nie miał jednak broni palnej.

Wystarczyłoby zastrzelić zdrajców weteranów, a ich towarzysze pewnie sami by się poddali. Gdy jednak sięgał już pod spódniczkę, by wydobyć pistolet, Wiewiór ponownie odwrócił się w ich stronę. Dziki cofnął natychmiast rękę, starając się zachować kamienną twarz.

- Nie denerwuj się Oli. - powiedział Wiewiór, spokojnym głosem - Dostałem słowo od samego Daniela, że jak wszystko pójdzie dobrze, to puścimy was wolno – stwierdził, próbując chyba uspokoić dziewczynę.

- I ty mu wierzysz? – zakpiła Oli.

- Bardziej niż komukolwiek innemu - odpowiedział były weteran - Kbks masz pewnie na górze? - spytał zwracając się do Dzikiego.- Lepiej pójdę po niego, bo jeszcze komuś z twoich podopiecznych przyjdzie coś głupiego do głowy... - dodał i ruszył w stronę schodów.

Dziki odwrócił się powoli, wyczuwając nadarzającą się okazje. Gdy Wiewiór będzie już wchodził na piętro, zwróci się przez chwilę do nich plecami. Żółty który pilnował Janka, nie zerkał nawet na tył autobusu. Żaden z nich nie będzie więc widział tego, co się dzieje obok Dzikiego. Musiałby tylko trafić pierwszego z byłych weteranów w głowę, a potem odwrócić się, nim zareaguje ten drugi i zastrzelić również jego. Na koniec wystarczyło zastraszyć pozostałych wrogów i byliby wolni.

Serce załopotało mu przeraźliwie.- Uspokój się - powtarzał w myślach, obserwując jak Wiewiór, zbliża się do schodów. Gdy mężczyzna dał pierwszy krok na górę, ręka zadrżała mu kierując się do ukrytej broni - Uspokój się! - narastało w jego głowie.

Wiewiór znikał już na spirali. Dziki spojrzał momentalnie na Oli, kiwając głową. Dziewczyna poderwała spódniczkę do góry, a on złapał za broń, zrywając się jednocześnie gotów do strzału. W tym samym momencie stało się jednak coś, czego się nie spodziewał. Janek rąbnął z całej siły w hamulce, a rozpędzony autobus stanął prawie dęba. Żółty pofrunął prosto na przednią szybę, uderzając w nią czołem. Dziki rąbnął brzuchem, w oparcie siedzenia przełamując je do przodu i wypuszczając pistolet z ręki. Tuż za nimi Wiewiór zleciał ze schodów, lądując między siedzeniami. Mieszkańcy autobusu, oraz pozostali oprawcy runęli na podłogę.

- TERAZ ! WSZYSCY! DO ATAKU! – wykrzyczał Janek, który najwyraźniej miał swój własny plan wybawienia ich z opresji.

Kierowca rzucił się natychmiast na Żółtego, którego pistolet potoczył się pod kokpit.

Oli która dopiero otrząsnęła się po uderzeniu głową w oparcie, dała szybkiego nura między siedzenie, by znaleźć broń wypuszczoną przez Dzikiego.

Z tyłu Klucz i Smalec rzucili się na Wiewióra, próbując odebrać mu pistolet, którego jakimś cudem nie wypuścił mimo upadku.

Żółty zdołał strącić z siebie Janka i wyciągnął nóż, którym przeciął wściekle powietrze. Ostrze o włos tylko minęło głowę ich kierowcy.

Dziki doskoczył do nich i łapiąc zdrajcę weterana pod pachami odciągnął go do tyłu. Janek nie czekając, wyprostował się i rąbnął Żółtego w twarz. Mężczyzna zdołał jednak oswobodzić rękę z nożem i obrócił się, chcąc ugodzić teraz Dzikiego.

Gdzieś z głębi autobusu dobiegły krzyki. Beata, Laura i Weronika przyciskały do ziemi jednego z napastników. Próbując uniemożliwić mu, dotarcie, do leżącej na ziemi siekiery. Mężczyźni z autobusu, rzucili się na dwóch pozostałych.

Green, dopadł do rozsypanej skrzynki z narzędziami, którą przy hamowaniu zleciała z siedzenia Klucza. Wyciągając z niej młotek, wymierzył jednemu z nieznajomych cios, czym prawie roztrzaskał mu czaszkę.

Widząc to Kryspin, dobiegł do Edka i Bociana. We trójkę bez trudu przycisnęli trzeciego z oprawców na ziemi.

W międzyczasie, Dziki usłyszał kolejny krzyk. Smalec runął między fotele odepchnięty przez Wiewióra, który szarpał się teraz z Kluczem, o kontrolę nad pistoletem.

W tej samej chwili mężczyzna, którego trzymały dziewczyny zdołał doczłapać się do swojej siekiery. Odwrócił się natychmiast próbując uderzyć ostrzem jedną z nich.

Dostrzegając to Green zostawił pozbawionego przytomności oprawcę i ruszył na pomoc koleżanką. Dobiegając do wymachującego siekierą banderowca, przygwoździł go od tyłu.

W tym samym czasie zza siedzenia wyłoniła się Oli trzymając pistolet. Dziki poczuł, że mają szansę. Spróbował odskoczyć od Żółtego, by dać dziewczynie czystą drogę do strzału. Mężczyzna musiał jednak zauważyć co się dzieje, bo chwycił go ze wszystkich sił i cały czas szamotał, nie dając jej wycelować.

Janek który został z tyłu, wyrwał gaśnicę z kosza przy drzwiach i rąbnął Żółtego w głowę. Ten jednak nie odpuścił, wciąż kurczowo trzymając się rąk Dzikiego i chowając przed mierzącą w ich stronę Oli.

Janek uniósł ponownie gaśnicę, szykując się do drugiego ciosu, ale Żółty zdołał się uchylić i tym razem oberwał w kark zamiast w głowę. Dziki poczuł, że przeciwnik słabnie. Napierając ze wszystkich sił, starał się obrócić go plecami do Oli. Żółty chcąc za wszelką cenę uniknąć wystawienia się na strzał, chwycił Dzikiego i pociągnął go na ziemię.

Upadając, Dziki znalazł się na górze. Przycisnął więc obydwie ręce Żółtego do podłogi czyniąc go właściwie bezbronnym. Błyskawicznie znalazł się przy nim Janek, wymierzając kolejne uderzenie z gaśnicy. Twarz Żółtego zalała się krwią. Zamroczony mężczyzna przestał już nawet się opierać.

W tym samym momencie jednak Dziki usłyszał mrożący krew w żyłach dźwięk wystrzału i krzyk dziewcząt z Autobusu.

Klucz stał naprzeciw Wiewióra, kurczliwie trzymając się za bok swojej bluzy spod której zaczynała sączyć się krew.

Cisza która nastała w tym momencie trwała niewyobrażalnie długo. Klucz osunął się powoli na podłogę, wciąż jednak przytomny spoglądał przerażony na pistolet w ręku Wiewióra.- Opuść broń Oli! - zawołał mężczyzna, przyciskając lufę do czoła mechanika.

Dziewczyna zamarła na chwilę. Jej oczy biegały dookoła, szukając jakiejkolwiek okazji, ale Wiewiór nie dał jej czasu, by mogła cokolwiek wymyślić.- NATYCHMIAST BO GO ZABIJĘ! - wykrzyczał wściekle, prawie wbijając Kluczowi lufę w czoło.

Zrezygnowana dziewczyna upuściła pistolet. W tym samym momencie Żółty oprzytomniał i zepchnął z siebie Dzikiego. Ten spodziewał się, że zaraz oberwie, ale mężczyzna dopadł do Janka i rąbnął go rękojeścią noża. Ich kierowca momentalnie upadł na ziemię, zasłaniając twarz, a Żółty zaczął kopać go ze wszystkich sił.- Gaśnicą kurwo! Gaśnicą! Gaśnicą!!! – wykrzykiwał co raz głośniej, z każdym kolejnym ciosem. - Nie! - krzyknęła Oli, wyskakując, do przodu, ale Dziki złapał ją w pasie, blokując jak zapora. - Powstrzymaj go! Powstrzymaj błagam!- zawołała w stronę Wiewióra.

Ten stał, przyglądając się jak sparaliżowany. Dopiero gdy Żółty podniósł nóż, chcąc ugodzić leżącego na ziemi kierowcę, Wiewiór krzyknął - Dość!

- Ten sukinsyn mało mnie nie zatłukł - wykrzyczał Żółty, patrząc z wyrzutem. - Za bardzo się z nimi cackasz Wiewiór! - wrzasnął, podnosząc jednocześnie pistolet z ziemi. - Jesteś pod moimi rozkazami, więc się hamuj i siadaj za kółko! Reszta ma iść na tył i ostrzegam was! Nadszarpnęliście już moją cierpliwość! Nie chcę nikogo zabijać, ale zrobię to, jeśli będę musiał! - warknął, mierząc po zgromadzonych. - A wy! Armio z koziej dupy, zbierać swój majdan i ich pilnować - dodał, zerkając z pogardą na swoich towarzyszy, którzy na drżących nogach podnosili się z podłogi. Bocian ze Smalcem wsparli Klucza, który był w takim szoku, że nawet nie jęknął. Ciągle tylko patrzył się nieprzytomnie w przestrzeń.

Mężczyźni, ułożyli rannego na tylnym rzędzie siedzeń, a Green natychmiast podwinął mu bluzę.

- Jak jest źle? – Spytał Dziki, stając obok i obserwując krew lejącą się po brzuchu mechanika.

Green pokręcił głową. - Opatrzę ranę, ale to tylko tymczasowe. Boże a jak doszło do perforacji jelit? Ja nigdy nie zajmowałem się czymś takim... - powiedział głosem, który świadczył, że sam ledwo trzyma się kupy.

Oli ścisnęła jego rękę mówiąc. - Dasz radę, ja wiem że możesz mu pomóc.

Chłopak potrząsnął niepewnie głową, otwierając szerzej oczy. - Moje przybory…są na piętrze - wyszeptał do Dzikiego.- Będę ich potrzebował. Dziki zerknął w stronę schodów. Wiewiór nie zaryzykował ponownie, odwracania się do nich plecami. Rozsiadł się na środkowych stopniach, tak by mieć wszystkich przed sobą.

Biorąc głęboki oddech, Dziki podniósł się i zbliżył do dawnego weterana, ten natychmiast wymierzył do niego z pistoletu.

- Wiewiór, z Kluczem nie jest dobrze...- zaczął Dziki, siląc się na spokój - Green potrzebuje swojej apteczki, żeby mu pomóc. Gdybyś mógł…

- Nie - przerwał mu jednak mężczyzna - Mówiłem żebyście nie próbowali niczego głupiego. Teraz radźcie sobie z tym co macie tutaj.

Dziki miał już odejść zrezygnowany. Po chwili jednak Wiewiór sięgnął do swojego plecaka i wyciągnął z niego jakieś zawiniątko. - Wspomóż się tym – powiedział, rzucając pakunek na podłogę.

- Dzięki…- odpowiedział Dziki, biorąc bandaże z podłogi i zanosząc je do Greena.

- Nie wiele, ale musi wystarczyć – stwierdził medyk, próbując powstrzymać krwawienie.

Klucz, mimo rany i utraty krwi, ciągle nie stracił przytomności. Przez cały czas wpatrywał się tępo w sufit.

Zajmując miejsce, Dziki przebiegł wzrokiem po swoich towarzyszach. Mieszkańcy autobusu wyglądali na przerażonych. Większość patrzyła na Klucza, kręcąc co jakiś czas głową. Papużki ścisnęły się obok siebie, chowając twarze w dłoniach. Nawet Oli w jakimś dziwnym amoku ciągle głaskała Janka po dredach. Sam kierowca ledwo dyszał, bo jego twarz napuchła i poczerwieniała, przez co wyglądał jak ogromny pomidor.

Ciszę przerwała dopiero Weronika, która wyszeptała przerażona. - Dziki, co oni z nami zrobią?

Wszyscy skupili na nim wzrok, jakby oczekując, że jest w stanie udzielić im sensownej odpowiedzi. Jedyne co przychodziło mu do głowy to "zemsta” . Być może to, co przewidywał Kuba, w końcu się ziściło i Daniel postanowił ukarać Dzikiego, za pomoc której udzielił jego wrogą.

Wiedział jednak, że nie może podzielić się tym ze wszystkimi. Po takiej deklaracji ludzie całkiem by się załamali. Czując, jak łzy bezsilnej złości nabiegają mu do oczu, milczał. Kolejni mieszkańcy zrezygnowani odwracali wzrok. Czyżby z jego twarzy wyczytali, o co może chodzić?

Fala potępieńczych myśli zalała mu głowę - znowu zawiódł… po raz kolejny… - Mimo że miał złe przeczucia, mimo że wiedział gdzieś w głębi, że coś jest nie tak. Dlaczego się zgodził? Dlaczego podejmował tak wiele złych decyzji? Ręce trzęsły mu się z żalu i goryczy. Oli, która to zobaczyła, zacisnęła dłoń na jego kolanie. - Damy radę – wyszeptała, próbując się uśmiechnąć.

Dziki miał jednak spore wątpliwości. Jakie plany mógł mieć wobec nich Daniel? Czy Wiewiór kłamał, mówiąc na samym początku, że nie spotka ich krzywda? Może tak naprawdę w Strefie Głodu czekają już na nich gotowe sznury...

Przez jego głowę, przeszła wizja Oli wiszącej z pętlą na szyi, z której martwych oczu wypływały łzy. Poczuł jak ogarnia go gorycz, której nie był w stanie przezwyciężyć. Podniósł się, gotów rzucić na Wiewióra. Chciał zginąć próbując coś zrobić. Nim jednak zdążył, dać chociaż krok, dziewczyna złapała go i pociągnęła z powrotem na siedzenie. – ZOSTAW! – krzyknął, próbując wyrwać się z jej rąk.

Wiewiór spojrzał w ich stronę, ściskając nerwowo pistolet.

Wyraźnie przestraszona Oli, chwyciła Dzikiego za kołnierz i patrząc mu w oczy, pocałowała go. Dziki próbował ją odepchnąć, ale dziewczyna nie przerywała, ciągle przyciskając swoje usta do jego.

Wiewiór, pokręcił głową wyglądając przez szybę, a Oli odklejając się od ust Dzikiego, wyszeptała mu do ucha. – Nie poddamy się, będziemy walczyć do końca, ale nie możesz teraz zginąć, bezmyślnie rzucając się pod lufę…

Dziki, popatrzył na nią. Jej twarz nie była smutna, biło z niej jakieś dziwne zacięcie. Kiwnął głową, dając znak że zrozumiał swój błąd, po czym już spokojnie wyprostował się na fotelu.

- Dojeżdżamy! - zawołał Żółty, w stronę Wiewióra.

Dziki wyjrzał przez boczne okno. W oddali dostrzegł szyld pizzerii "Papa Pepo”, w której razem z Mike’m spotkali się z informatorem Wilka i po raz pierwszy złamali zasadę neutralności autobusu. Odwrócił wzrok, czując obrzydzenie, do samego siebie. Kątem oka dostrzegł, że Wiewiór się poruszył.

Były weteran, sięgnął do kieszeni wyciągając z niej czerwoną wandamkę, którą przewiązał sobie na prawym ramieniu. Z niewyobrażalną dumą popatrzył na symbol przynależności do Armii Daniela, szepcząc – Nareszcie w domu.

- Więc tak ona wygląda – powiedziała Oli, która przez okno obserwowała, zbliżającą się Strefę Głodu.

Miejsce nie zmieniło się ani trochę od momentu, gdy Dziki był tu po raz Pierwszy. H-market największy sklep w Krańcowie, stanowiący główne źródło zaopatrzenia Armii, otoczony był płotem z siatki i drutu kolczastego. Cały parking oraz ulica przed nim zastawione były prowizorycznymi szałasami i namiotami, a kręcący się po nim ludzie nazywani potocznie "herlakami” wciąż wyglądali jak cienie kurczowo trzymające się życia.

Żółty zatrzymał autobus, tuż przed pierwszymi szałasami. Ich wychudzeni mieszkańcy wyłonili się, obserwując pojazd z zaciekawieniem. - Daj znać przez radio, że jesteśmy! - rozkazał Wiewiór.

- Autobus w Strefie, czekamy na dalsze rozkazy. Powtarzam autobus w strefie - zawołał Żółty, łapiąc za gruszkę.

Po chwili ciszy z trzeszczącego głośnika dobiegł damski głos. - Poczekajcie chwilę, już do was idzie…

- Idzie? Kto idzie? – wyszeptał przerażony Janek, plując krwią dookoła.

Ciche rozmowy rozgorzały między mieszkańcami, ale do Dzikiego nie docierało jeszcze zbyt wiele. W myślach wciąż pluł sobie w twarz za błędy, jakie popełnił.

Zauważył jedynie że pilnujący ich banderowcy, opuścili swoje siedzenia i wyszli z autobusu. Przez chwilę wszystko zamarło, nawet Wiewiór i Żółty zdawali się, oczekiwać na nadejście tego kogoś.

Dopiero gdy siedząca obok Dzikiego Oli pisnęła, wrócił na chwilę do siebie. Wszyscy jego towarzysze przykleili się do okna, obserwując. Pierwsze co zobaczył to herlacy rozbiegający się w popłochu. Dopiero po chwili dostrzegł zbliżającą się postać i poczuł, jak krew krzepnie mu w żyłach. W ich stronę zmierzał bowiem sam Olbrzym Maciejewski.

Dziki widział go wcześniej tylko raz, gdy przekradał się z Dix przez Strefę Głodu, ale za to doskonale go zapamiętał. Mężczyzna miał ponad dwa metry wzrostu, a swoją budową przypominał niedźwiedzia. Jeansową kurtkę wielkości namiotu zamienił jednak teraz na mundur ręki olbrzyma.

Maciejewski postawił nogę na stopniu, a cały autobus zdawał się przechylać.

- Daniel Żyje! – zawołał na powitanie Żółty, podrywając się z miejsca.

- Żyje...- odpowiedział Olbrzym chrapliwym głosem i mijając Żółtego, ruszył przygarbiony na tył, ledwo mieszcząc się w przejściu między siedzeniami.

Dziki miał wrażenie, że cały piętrus buja się przy każdym jego kroku. Olbrzym zatrzymał się przy Wiewiórze, mierząc go badawczym wzrokiem. Po chwili ciszy wyciągnął swoją wielką jak bochenek chleba dłoń. - Więc to ty jesteś szpiclem? Mam wrażenie, że kiedyś do ciebie strzelałem – stwierdził.

- Na szczęście kiepsko strzelasz- odparł Wiewiór, ściskając mężczyźnie dłoń.

Olbrzym przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, po czym przebiegł wzrokiem po mieszkańcach autobusu. - Więc który to? – spytał.

- On - odpowiedział Wiewiór, wskazując palcem na Dzikiego.

Maciejewski zmrużył oczy, przyglądając mu się przez chwilę. Być może zapamiętał jego twarz ze Strefy Głodu. Widząc wzrok Olbrzyma skupiony na Dzikim, Oli przycisnęła się do niego mocniej. Ten zaś poczuł jak zimny pot, spływa mu po karku. Więc jednak chodziło o niego, czyli Daniel chciał się zemścić. Jaki los zgotował mu tutaj w Strefie? Śmierć? Czy może coś gorszego? Może po prostu chciał go wykończyć osobiście...

Niespodziewanie jednak Maciejewski, pokręcił głową z wyraźnym rozczarowaniem rysującym się na swojej brodatej twarzy. - Jesteś pewien że to wypali? On jest tak przeciętny, że aż mnie dupa boli…- powiedział z wyraźną kpiną.

Wiewiór spojrzał na Dzikiego, po czym skupił się z powrotem na Olbrzymie. - Dix nie raz pokazała, że zrobi dla niego wszystko. Zakochała się w nim, a my to wykorzystamy…

Dziki poczuł, jak serce ucieka mu z klatki piersiowej.- Więc chodziło o Dix? Czemu? Przecież nawet nie brała udziału w polowaniu na rękę Olbrzyma? Czemu właśnie ona i to teraz?

Maciejewski wciąż wyglądał na nieprzekonanego, przyglądając się jeszcze raz Dzikiemu rzucił złośliwie - Słaby ma dziewczyna gust, ale z rozmytą waginą nie ma co wybrzydzać… Ciekawe czy pindol mu się od niej rozpłynął?

Wiewiór westchnął, słysząc ten kiepski żart. - Stan jego "pindola” nie ma znaczenia w planie. Pytanie, czy ty jesteś gotowy. Bo chcę ci powiedzieć, że są aż trzy możliwe drogi, którymi to się potoczy…

- Jakie kurwa trzy! - przerwał natychmiast Maciejewski - Mówiłeś, że Dix przyprowadzi nam Wilka. Jakie kurwa trzy drogi? – zawołał groźnie, bez trudu spoglądając w twarz, siedzącego na schodach Wiewióra.

Chyba każdy inny człowiek miałby w tym momencie mokro w spodniach. Wiewiór jednak spojrzał się pewnie w gębę Olbrzyma, mówiąc - posłuchaj i spuść trochę z kija, sprowadzę Wilka tam gdzie chcesz. Musisz tylko zrozumieć, że reszta już ode mnie nie zależy. Za chwilę Żółty wypuści przez radio komunikat, że mamy cały autobus do wolności i że oddamy jego mieszkańców, jeżeli Wilk odda się w nasze ręce.

- A jak się nie odda? Doskonale kutas wie, co go tutaj czeka…- warknął Maciejewski, zderzając ze sobą swoje wielkie pięści.

- Daj mi skończyć! Gdyby jednak Wilk, nie chciał podłożyć łba pod topór są jeszcze dwie opcje. Dix go dorwie i przyprowadzi tutaj by wymienić go za Dzikiego…

- Znaczy za tego srajtka?- dopytał Maciejewski, wskazując swoim wielkim paluchem w stronę Dzikiego.

- Tak dokładnie, ale problemem jest trzecia opcja. Wilk może przekonać Dix żeby połączyli siły i spróbowali odbić autobus – westchnął Wiewiór, myśląc pewnie że Olbrzym się tym w jakiś sposób przejmie.

Niespodziewanie jednak Maciejewski uśmiechnął się złowieszczo, strzelając kostkami w palcach. Wydając przy tym dźwięk który przypominał kruszenie kamieni. - Właśnie na to najbardziej liczę - stwierdził pewnie.

Wiewiór spojrzał się zdziwiony w twarz kolosa. - Masz jakiś plan na taką ewentualność? No bo nie ujmując… dziewiętnastu ludzi z ręki plus ty przeciw: Defektowi, Wilkowi, Weteranom i reszcie ochotników, to raczej sromotna klęska… - stwierdził ostrożnie.

Maciejewski, zaśmiał się pogardliwie. - Pomarańczowy, pieprznij no w klakson!

- Jestem żółty…- wymamrotał pod nosem mężczyzna, posłusznie jednak zatrąbił.

Po chwili Dziki dostrzegł przez okno poruszenie w całej Strefie Głodu. Zewsząd zaczęli złazić się ludzie w brązowych mundurach. Całe mrowie postaci w strojach ręki Olbrzyma stanęło przed autobusem.

- Co to do cholery jest? – zawołał Wiewiór, mrugając kilka razy, jakby nie wierzył temu co widzi.

- Rekruci - stwierdził ironicznie Maciejewski. – To oczywiste, że przy zamęcie, który sialiśmy te weterańskie fiuty będą mieć nas na celowniku. Dlatego przebrałem wszystkich wolnych banderowców i trochę herlaków w nasze ciuchy. Jak się zlezą, wypuszczę na nich te hałastrę - stwierdził dumnie Olbrzym.

Po chwili szoku, jaki wywołała zbliżająca się gromada, Wiewiór popatrzył w stronę Olbrzyma nieprzekonany. - Dix dobrze posługuję się błędami. Wilk i Szara też sporo potrafią, nie mówiąc już o tym, że Zjawa może się pojawić razem z nimi. Możliwe że będziesz potrzebować czegoś więcej niż ludzi udających armię – stwierdził. - Myślę że powinieneś zwrócić się o pomoc z Gorgoru - dodał po chwili.

Niespodziewanie Maciejewski obrócił się w jego stronę ze wściekłą miną.- Nie będę zawracał Danielowi dupy, tą rozmyto –cipną i jej haremem. Jak przyjdzie, wypruje z niej flaki i dam pokaz tym kryjącym się po ruinach ciołom, że żadne błędy ich nie ocalą. Zresztą Daniel już od dawna ma mnie na oku. Jak mu teraz pokaże ile jestem wart, zostanę jednym z braci i sam będę ucztował w Gorgorze – ryknął, jak niedźwiedź szykujący się do ataku.

W tym momencie w Dzikim się zagotowało. Miał ochotę rzucić się na Maciejewskiego i wydłubać mu oczy gołymi rękami. Byłby to jednak zryw równie idiotyczny co niebezpieczny dla mieszkańców autobusu. Odwracając się od Olbrzyma, spojrzał na stojącą pod oknem bandę. Gdy przyjrzał im się bliżej, od razu zauważył różnicę między nimi, a regularnym oddziałem Armii. Ci tutaj mieli na sobie zwykle brązowe ubrania, nie mieli broni palnej ani żadnego wyposażenia. Stanowili wręcz oczywisty wabik. Z drugiej strony w chaosie, jaki bez wątpienia panowałby w czasie walki, ciężko byłoby ich odróżnić od normalnych członków Ręki Olbrzyma. Dziki wciąż jednak nie rozumiał, jak z ich pomocą mężczyzna chciał wygrać te bitwę.

- Przynajmniej będziecie blisko Strefy Głodu. Gdyby coś poszło nie tak, posiłki są na miejscu...- stwierdził Wiewiór, który najwidoczniej nie podzielał entuzjazmu Maciejewskiego.

Olbrzym spojrzał jednak na niego pogardliwe. - Nie będziemy walczyć pod Strefą Głodu, jedziemy do starej cegielni - stwierdził.

W tym momencie Wiewiór, wyglądał już na całkiem zagubionego. - CO?! To idiotyczne – zawołał. - Gdyby coś poszło nie tak, żołnierze ze Strefy nie dadzą rady dotrzeć…

- Bo nie będą potrzebni - wtrącił się nagle jakiś obcy głos.

W harmidrze, jaki samą swoją obecnością robił Maciejewski, nikt nie zauważył kolejnej postaci, która weszła bezszelestnie do autobusu. Dość wysoki mężczyzna z ogromną szramą ciągnącą się przez prawy policzek, stał od kilku sekund, przysłuchując się rozmowie. Dziki po samym jego stroju, stwierdził, że musiał być jakąś ważną figurą. Przybysz ubrany był w grubą ramoneskę, naszpikowaną w wielu miejscach gwoździami, spodnie miały na sobie liczne metalowe wzmocnienia, a jego buty wyglądały jak marzenie każdego Gota.

- Nie mieliśmy chyba jeszcze okazji się poznać - stwierdził mężczyzna, wyciągając dłoń w stronę Wiewióra. - Jestem Cichy, mój oddział ‘’Stalowi” zajmuje się badaniem niewykształconych z woli brata Daniela - przedstawił się.

- Witaj - odpowiedział krótko były weteran.

Podobnie, jak wcześniej Maciejewski, Cichy przyglądał się przez chwilę Wiewiórowi. - Słyszałem, o tym co dla nas robiłeś od samego Daniela, choć oczywiście bez szczegółów. Nasz brat, trzymał wszystko co związane z twoją tożsamością w tajemnicy- stwierdził, spoglądając w końcu na ludzi z autobusu. - Wiec to nasza przynęta?

- Przynęta, przynętą... za to pułapka nam chyba niedomaga - stwierdził Wiewiór, rzucając Olbrzymowi ironiczne spojrzenie. Maciejewski słysząc to, najeżył się, zaciskając swoje ogromne pięści.

- Spokój bracia - powiedział Cichy, stając między mężczyznami. - Gdyby Maciejewski był tak skłonny do wyjaśniania planu, jak do prężenia muskułów, już dawno rozwialibyśmy wszelkie wątpliwości.

Olbrzym, który najwidoczniej czuł do Cichego większy szacunek niż do Wiewióra, nie zareagował na kpinę.

Momentalnie wlepił wzrok w Becie. Dziewczyna, czując jego spojrzenie pobladła i zamarła ze łzami w oczach.

Cichy widząc niechęć między Maciejewskim i Wiewiórem, spróbował jakoś to załagodzić.

Sięgając do swojej kurtki, wyciągnął papierosy, częstując obu mężczyzn. - No bracia, zapalmy na zgodę - powiedział. - Jesteśmy jedną armią, wszyscy wybrani przez samego Daniela. Nie zachowujmy się jak heralcy. Nie musimy się całować po tyłkach, ale mamy się szanować i postępować z honorem wobec swoich.

Obaj mężczyźnie sięgnęli po fajki. Maciejewski wyciągnął zapalniczkę, podając ogień Wiewiórowi i Cichemu. Wszyscy milczeli przez jakiś czas, wypuszczając kłęby dymu, które zasnuły autobus.

Gdy Olbrzym w końcu się trochę uspokoił, Cichy przygasił swojego papierosa i zaczął tłumaczyć plan Wiewiórowi. - Jak się zapewne domyślasz bracie, w Gorgorze zakładają, że jednak dojdzie do walki. Czy to Dix zaatakuje wspólnie z wetami i Wilkiem, czy może sam Defekt ruszy rozliczyć się z nami, to już bez znaczenia. Miejsce, które wybierzemy na wymianę, nie jest przypadkowe. Na terenie starej cegielni znajdują się dwa place. Większy, na którym gromadzono gotową cegłę i mniejszy, gdzie trzymano inny sprzęt. Ustawimy autobus i fałszywą Rękę Olbrzyma na dużym placu i poczekamy na pojawienie się wetów. Gdy tylko się zbliżą otworzymy, mały plac…a wtedy czeka ich niespodzianka.- stwierdził tajemniczo Cichy, a Maciejewski uśmiechnął się złowieszczo.

- Jaka niespodzianka? – dopytał natychmiast Wiewiór.

Dziki nadstawił uszu. Zastanawiał się, co przygotowali ludzie Daniela przeciw Defektowi i Dix.

- Potłuki - odpowiedział w końcu Cichy- Całe mrowie. Mały plac jest miejscem, w którym pojawiają się po błysku. Zabezpieczyliśmy bramę razem z chłopakami z oddziału jakiś rok temu, od tamtej pory zgromadziła się tam już mała armia

Wiewiór słysząc to natychmiast zawołał. - Przecież na tym placu będziemy również my, niewykształceni rzucą się również na nas! To głupota!

Maciejewski odparł mu jednak - Chyba jako były wet potrafisz sobie radzić z niewykształconymi. Zresztą my będziemy mieli autobus, żeby się w nim schować.

Cichy spojrzał jednak na Wiewióra z lekkim zaskoczeniem.- Wykonałeś już swoje zadanie bracie, twoja obecność nie jest konieczna przy cegielni. Maciejewski doskonale sobie poradzi- stwierdził, opierając dłoń na plecach Olbrzyma.

Wiewiór spojrzał przez szybę na Strefę Głodu. Po chwili jednak jego wzrok spadł na Dzikiego. Patrzyli na siebie, aż w końcu mężczyzna stwierdził. - To moja wola. Chcę dopilnować kilku rzeczy…

Maciejewski spojrzał przenikliwie na Wiewióra a Cichy skupił się na Dzikim. – No tak, te historię też słyszałem. Brat Daniel wspominał, że masz długi życiowe wobec tego chłopaka.

Słysząc to Olbrzym ryknął śmiechem – Dałeś się uratować wetowi? I to jeszcze temu szramotemu herlakowi?

Dziki złapał się odruchowo za bliznę na twarzy, przez to że prawie nigdy nie patrzył w lustro, ciągle zdarzało mu się zapomnieć jaką krzywdę zrobił mu Dziad. Niespodziewanie Wiewiór stanął jednak w jego obronie. – Zdziwiłbyś się, gdybyś zobaczył ile ten ‘’herlak’’ potrafi.

Maciejewski naprężył natychmiast muskuły, patrząc na Dzikiego. – O uwierz mi, chętnie się przekonam – powiedział, wyciągając swoją dłoń w jego stronę.

Cichy powstrzymał go jednak, krzycząc - Dość! Brat Daniel dał Wiewiórowi słowo, że temu chłopakowi nie spadnie włos z głowy… Długi życiowe to sprawa honorowa, a patrząc na twoje zachowanie Maciejewski, nie dziwię się mu, że chce dopilnować, by wola Daniela była przestrzegana.

Maciejewski słyszą to, spuścił głowę. Ta postura była dla niego tak nienaturalna, że Dzikiemu przypominał teraz jakieś kreskówkowe dziecko olbrzymów, które nabroiło rodzicom i musiało się z tego tłumaczyć. – Nigdy nie śmiałbym wystąpić, przeciw woli Daniela.

Cichy słysząc to skinął głową. – Wierzę, ale skoro nasz nowy brat, chce wziąć udział w akcji. Dajmy mu szansę.- Zwracając się ponownie do Wiewióra, powiedział.- Posłuchaj więc całości planu. Prawdziwa Ręka Olbrzyma, nie będzie na placu z Maciejewskim. Cały oddział schowamy w dawnych pomieszczeniach biurowych. Gdy niewykształceni wmieszają się już w walkę z przybyłymi wetami, nasi ludzie wystrzelają ich bezpiecznie zza płotu… tak jak robimy to z niewykształconymi pod marketem.

- Rozumiem, że straty w fałszywej Ręce nie mają znaczenia? – spytał natychmiast Wiewiór.

Cichy uśmiechnął się. – Bracie, ci straceńcy zostali wyselekcjonowani, jako najbardziej patologiczny element. Gdy ich już nie będzie, Nowy Świat tylko się oczyści… Oczywiście, wszyscy z nich są przekonani że przeżyją i niech tak na razie zostanie. Tym którym rzeczywiście uda się przetrwać, podniesie się żołd i tyle…

Wiewiór pokiwał głową, wciąż jednak wyglądał na pełnego wątpliwości. – Rozumiem założenie… Rozumiem też, że ogólny chaos i zaskoczenie pozwoli rozprawić się z większością weteranów. Posłuchaj mnie jednak Cichy, ja widziałem na własne oczy co potrafi Dix, albo Zjawa… Zmienianie toru lotu kul, nadludzka siła, teleportacja...

Cichy wtrącił jednak natychmiast.- Cóż, nie sądzę żeby Dix która jest na granicy ‘’pożarcia” przez defekt, tryskała nadludzkimi umiejętnościami. Z tego co donoszą nasi szpiedzy, Wilk i Szara nie posiadają zbyt wielu użytecznych błędów. Zjawa jednak… Tak ona może stanowić problem. Nie ukrywam, że gdy do Daniela dotarła wiadomość, o jej zgłoszeniu się do grupy przeciw nam, cały Gorgor był co najmniej zaniepokojony.

- No właśnie - potwierdził Wiewiór. – Jej nie wolno lekceważyć. Oprócz Daniela nie widziałem wcześniej nikogo, kto z taką łatwością ciskał by błędami.

Cichy, jednak nie dał się zbić z tropu. – Na jej pojawienie się, również będziemy przygotowani. W trakcie zadania, osobistym strażnikiem Maciejewskiego, a więc również teraz i twoim… będzie Bandera-bord.

Olbrzym, uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony, ale Wiewiór dopytywał dalej. – Bandera-bord? Nigdy o nim nie słyszałem? To jakiś nowy członek Armii?

Maciejewski i Cichy spojrzeli na siebie porozumiewawczo. – Poniekąd - odpowiedział, dowódca Stalowych.

Były weteran spoglądał, to na jednego, to na drugiego. – On posługuje się błędami? Jest w tym dobry?

- Poniekąd - odpowiedział Maciejewski.

Wiewiór, wyglądał już na całkiem zbitego z tropu, Cichy widząc to zaśmiał się.- Posłuchaj, będziecie dziś mieli okazję się poznać, Daniel na pewno nie omieszka się ‘’tym’’ pochwalić.

Dziki poczuł teraz prawdziwe przerażenie. Do tej chwili, przysłuchując się rozmowie członków Armii, miał jednak wrażenie że weterani i Defekt mieli spore szanse. Nawet mimo elementu zaskoczenia i niewykształconych. Czym jednak było to ‘’coś’’ o czym teraz mówili, coś co najwidoczniej było ich sposobem, na walkę z kimś tak potężnym jak Zjawa.

Dziki liczył, że może mężczyźni, pociągną temat dalej. Cichy ruszył jednak na przód autobusu mówiąc – kazałem już wyłączyć zakłócanie. Myślę że czas przedstawić światu nasze żądania.

Stając obok Żółtego, Cichy sięgnął po gruszkę od radia i wziął głęboki wdech. - Weterani z Krańcowa! mówi Cichy z Armii, a przemawiam w imieniu samego Daniela. W strefie głodu gościmy od kilku minut Autobus do Wolności. Jego mieszkańców nie spotkała jak do tej pory żadna krzywda, ale to może się wkrótce zmienić… Wśród was jest ktoś, kto uważa się za bohatera i obrońcę sprawiedliwości. Ktoś, kto wymusza na was różne dziwne przysięgi i każe walczyć w wojnie, którą sam rozpętał. Wilku, jeśli to słyszysz i nie jesteś zakłamanym szczurem, który potrafi tylko chować się za innymi to wiedz, że Daniel w swej łaskawości zgodził się wymienić Autobus do Wolności za twoje bezwarunkowe poddanie się…- W tym momencie Cichy zrobił pauzę i ponownie złapał oddech.- Gdyby jednak to, co o tobie myślę, okazało się prawdą i ukryjesz się jak szczur z podkulonym ogonem. Poświęcisz tych wszystkich ludzi, myśląc, że możesz dalej bawić się w bohatera... To daje propozycję tobie liderko Defektu! Dziki jest tu z nami i chętnie oddamy go z powrotem wraz z resztą jego podopiecznych w zamian za przyprowadzenie nam tego tchórza Wilka. Czekamy na placu starej cegielni jutro przed zmrokiem.

Po skończonej wypowiedzi, Cichy wyłączył natychmiast radio. Zapewne nie miał ochoty, na falę bezsensownych wyzwisk, jaka musiała zacząć się teraz na kanele.

- Dotrze to do nich? – spytał Maciejewski.

- Na pewno – odpowiedział Wiewiór. - Wieża Defektu prowadzi ciągły nasłuch. Antenę mają na szczycie dachu, więc dysponują największym zasięgiem w Krańcowie.

- Doskonale – stwierdził Cichy. - Wypocznijcie Bracia, zjedzcie, zabawcie się. Jutro ciężki dzień. DANIEL ŻYJE! – zawołał na pożegnanie i wyszedł z autobusu.

Wiewiór spojrzał na Maciejewskiego. - Będzie trzeba przysłać tu ludzi żeby przeszukali autobus. Mam wrażenie, że może tu być ukryta broń, trzeba też zabrać radio…

- Da radę, zaraz podeślę chłopaków z oddziału - stwierdził Olbrzym, również wychodząc.

Wiewiór zszedł z pół piętra i mijając Dzikiego bez słowa, zbliżył się do Greena.- Co z nim? – spytał, patrząc na Klucza, który w końcu stracił przytomność.

- Na razie zatamowałem krwawienie, ale będę potrzebował mojej torby. Muszę wyjąć z niego kulę i wtedy zaszyć ranę…- odpowiedział chłopak.

- Postaram się, żeby dali wam trochę spokoju, ale ostrzegam. To jest Stefa Głodu, jeśli spróbujecie czegoś głupiego, nikt nie będzie miał dla was litości - powiedział Wiewiór, wpatrując się znacząco w Dzikiego.

Po chwili do Autobusu weszli ‘’prawdziwi” członkowie Ręki Olbrzyma. - Szef nas przysłał - powiedział pierwszy z nich.

- Przeszukajcie autobus i zabierzcie wszystko co da radę użyć jako broń. Zostawcie tylko środki medyczne bo mają rannego. Potem zamknijcie wszystko i ustawcie warty - rozkazał Wiewiór.

Żołnierze posłusznie zaczęli przeczesywać autokar, a Żółty razem z Wiewiórem wyszli i ruszyli w głąb Strefy Głodu.



314 wyświetlenia17 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie