Rozdział VIII - Coś dla Wspólnoty

Idąc chwilę w milczeniu, mężczyźni przeszli obok wieży Defektu. Dzikiemu jakoś dziwnie zagrało w żołądku, gdy przyjrzał się stojącym w oddali postaciom w kominiarkach. Zastanawiał się, co może teraz robić Dix i wtedy poczuł w środku jakiś dziwny żal. Uświadamiał sobie powoli, jakim szaleństwem byłoby przywiązać się do kogoś w tym chorym świecie, zwłaszcza kogoś z wyrokiem śmierci. Wewnętrzne rozterki musiały odbić się na jego mimice, bo Mike spojrzał na niego i spróbował go pocieszyć.

— Będzie dobrze — stwierdził z pewnością w głosie. Nie mógł jednak wiedzieć, że Dziki nie myślał wtedy wcale o przyjęcie do wspólnoty.

Ponownie przez dłuższy czas szli bez słowa. Natłok myśli wydawał się Dzikiemu wyjątkowo uciążliwy, więc kiedy tylko stracili wieżę z oczu, zapytał o coś, co nurtowało go od momentu, gdy wyszli z baru.

— Ty i Krzak musicie znać się naprawdę dobrze, wprowadził zamęt we własnej grupie, tylko dlatego, że za mnie poświadczyłeś…? — zapytał.

Mike nie odpowiedział. Rozejrzał się jedynie po pobliskich budynkach.

— Usiądźmy gdzieś, trzeba chwilę odpocząć — stwierdził po chwili.

Weszli na jedno z podwórek i rozłożyli się na ławce, przy ogromnym luksusowym domu, który w starym świecie musiał należeć do jakiegoś nowo bogackiego małżeństwa. Dziki w duchu dziękował Mike’owi za tę decyzję, nie chciał marudzić przyjacielowi, ale od kiedy wrócili z miasta, czuł, że jego nogi nigdy już nie będą takie, jak kiedyś.

— Zmęczony, co? Nie dziwię się, cholera nie pamiętam już, kiedy ostatni raz jechałem samochodem. Boże, jaki to luksus, nie musieć dźwigać czegoś na własnych nogach. Teraz się chyba nie dziwisz, że tak wyglądam? — dodał, demonstrując jeden z bicepsów.

— Tylko luster po drodze nie zacznij obmacywać... — zakpił Dziki.

Siedzieli tak przez chwilę, gasząc pragnienie resztkami wody, która im została.

— Kiedy jest tak pusto, to nawet tu przyjemnie, ta cisza ma coś w sobie — dodał, rozkoszując się spokojną chwilą.

— No proszę, kolejny nowofan nam rośnie — zaśmiał się Mike.

— Nowo co? — spytał Dziki, nie rozumiejąc użytego przez przyjaciela zwrotu.

— Nie będę ukrywał, że w tym świecie są tacy, którym obecny system rzeczy się podoba. Kurde, wręcz traktują to miejsce jak jakiś przedsionek nieba.

Dziki się zdziwił. Chyba naprawdę trzeba było mieć tragiczne życie, żeby cieszyć się z tych wszystkich potworów i innych okropieństw wylewających się z każdego konta.

— A ty? — spytał nagle.

Mike skrzywił się nieco.

— Przyzwyczaiłem się, po za tym uważam, że to bzdurny temat wymyślony chyba tylko dla zabicia czasu. No bo gdybym miał wybór? Ale ludzie lubią popadać w skrajności i jedni ciągle smęcą, że stary świat, że chcieliby wrócić itd. A drudzy cieszą się, że mogą okradać bezkarnie sklepy ze słodyczy i uważają, że są w raju, zapominając o tym, że mogą zginąć, nawet gdy odlewają się w krzakach. A prawda jest taka, że wszyscy utknęliśmy tutaj czy się komuś to podoba, czy nie.

— I naprawdę nikt się nie domyśla dlaczego? — dopytywał dalej Dziki.

— Ten temat już dawno porzucono, podobno na początku, kiedy jeszcze w Krańcowie żyła garstka ludzi, a niewykształceni nie włóczyli się za każdym rogiem, nowo przybyli próbowali zrozumieć, o co w tym chodzi. Powstało coś, co nazywało się Pierwsza Grupa. Wiem, że jej członkami byli Pierwszy, Drugi , Kuba, Dix i paru innych i razem coś tam kombinowali, żeby zrozumieć, o co w tym chodzi, ale chyba niczego się w końcu nie dowiedzieli...

— Dix była w tym całym sojuszu? Razem z Pierwszym? Przecież teraz go ściga.

— Tak jak powiedziałem, nie znam szczegółów. Cała Pierwsza Grupa może być tylko Krańcowską Legendą, takich historii krąży tutaj pełno… Ktoś coś usłyszał, ktoś coś powtórzył i dodał od siebie… Wiesz, jak z tym gościem, co już pół roku ucieka przed Delimerem, niby możliwe, ale czy to prawda? Albo czy pół roku to nie było pół godziny? Cholera wie.

Dziki pogrążył się w myślach. Żałował teraz, że nie spytał Kuby o kilka spraw więcej. Pomyślał nawet, że kiedy już dołączy do wspólnoty, to może spróbuje go odnaleźć. Kuba mógł wiedzieć jeszcze o wielu rzeczach, które dopiero teraz stały się dla Dzikiego istotne.

— Mówiłeś, że jesteś tu półtora roku, a to nowe Krańcowo dokładnie jak długo istnieje?

— Z tego, co wiem, to będzie zaraz szósty rok, licząc od momentu pojawienia się Pierwszego, natomiast czy coś tu było przed nim? Nie wiem, ale chyba musiało być.

— Szmat czasu — skomentował Dziki — a do Wspólnoty w końcu jak trafiłeś?

— Cóż… — Mike ścisnął brwi w skupieniu. — Pytałeś się mnie wcześniej, czy Krzak i ja znaliśmy się wcześniej. Znaliśmy się dużo wcześniej, jeszcze przed Wspólnotą. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, Krzaku dopiero co uciekł z Armii Daniela, a ja odłączyłem się właśnie od pewnej grupy…

— Krzak był w Armii? — przerwał, niedowierzając Dziki.

— Ano był, i to do tego nie byle kim. Dostał się do samej czołówki, do tak zwanych „braci”. Nie zdążyłem ci wspomnieć, ale Krzak w starym świecie był instruktorem Krav Magi, a oprócz tego fanem militariów, więc szybko się wybił. No ale był zbyt ułożonym gościem, by przymykać oko na te chore rzeczy, jakie się tam działy, kiedy więc nadarzyła się okazja, uciekł. Nigdy nie pytałem go o szczegóły, wiem jedynie, że Daniel nałożył na niego wyrok śmierci. Podobno żołnierz, który go zabije, ma opływać w kobiety i alkohol.

Mike poruszył brwiami, jakby sugerował Dzikiemu przyjęcie propozycji, ale widząc, że ten nie ma ochoty na żarty, kontynuował:

— No więc tak. Jak już uciekł, to szukał miejsca, jak najdalej to możliwe od wpływów Daniela, więc trafił w okolice bloków na obrzeżach miasta. A tam kręciłem się ja... i szczerze mówiąc, dałem się mu podejść.

— Jak to podejść? — spytał Dziki niepewnie.

— No, wiesz, jak uciekał, to chyba nie bardzo zwracał uwagę na to, w co jest ubrany. Daniel słowo „armia” traktuje dość poważnie, więc wszyscy wyżej od zwykłych banderowców noszą mundury. A przez chore zamiłowania wyżej wymienionego do różnych dziwnych motywów, to w tych mundurach dość rzucają się w oczy. Bracia noszą biało-czarne moro z czarnymi ochraniaczami, a na kamizelce mają narysowaną taką paskudną gębę, więc chyba rozumiesz, że ciężko było go nie zobaczyć, no i szczerze mówiąc, to pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to go sprzątnąć i zabrać mu sprzęt... Śledziłem go, żeby znaleźć odpowiednią chwilę...

— Domyślam się finału — powiedział Dziki, mrużąc oczy.

Na te słowa Mike podwinął rękaw bluzy i pokazał sporą bliznę przechodzącą mu przez ramię.

— Krzaku to naprawdę w porządku gość, a wiesz, kiedy to zrozumiałem? Bo nikt inny w Krańcowie nie oszczędziłby gościa, który do niego strzelał. A już tym bardziej nie opatrzyłby go i nie pytał o motywy. W każdym razie od tamtej pory, o ironio, zaczęliśmy podróżować razem. We dwóch zawsze raźniej, przynajmniej możesz się przespać, gdy ktoś cię pilnuje. Kiedy tak podróżowaliśmy, Krzak opowiedział mi trochę o Armii. Widać było, że boli go to, ile osób tam trafia i ginie, żeby Daniel i jego Elita mogli opływać w luksusy. Co prawda, oprócz Armii, istniały jeszcze inne grupy: Creepsi, Punki, Brygada 90, Sojusz Bloków i sporo innych, których nazw nawet nie pamiętam… ale większość z nich nie różniła się prawie niczym od Armii. Ot grupa znajomych z dawnego świata dołączała do siebie nowych, by wysyłać ich tam, gdzie sami leźć nie chcieli, no i oprócz Armii większość nie przetrwała zbyt długo. Krzak chciał stworzyć swoją własną grupę, ale taką, wiesz, bardziej sprawiedliwą. Zaczęliśmy więc zbierać ludzi, w międzyczasie powstał Autobus Wolności, więc mieliśmy dużo łatwiej o nowych członków, no i zaczęła się kształtować pierwsza Wspólnota. Z początku jej główną siłą byliśmy ja i Krzak. Dbaliśmy o zaopatrzenie, ochranialiśmy nowych, tłumaczyliśmy im zasady, itd. Potem dołączył jeszcze Blady. Szkoda go naprawdę, spoko koleś — powiedział Mike i zrobił chwilę przerwy, jakby coś wspominał. — …no i potem złapaliśmy jeszcze Mańka, jego miałeś okazję poznać. Kiedy było nas już trochę więcej, oczyściliśmy niedużą kamienicę i zrobiliśmy z niej bazę główną, no i wtedy zaczęły się pierwsze problemy. Przestaliśmy się przemieszczać, więc dużo łatwiej było nas znaleźć, chętni do wzięcia pod opiekę walili drzwiami i oknami, nie tylko nowo przybyli, ale też ludzie z całego Krańcowa. Wtedy braliśmy, jak leci, i to był błąd. Nie minął miesiąc, a ze Wspólnoty zrobił się burdel. Pierwszym problemem był oczywiście podział obowiązków, to zaczęło się uwidaczniać już na samym początku. Zanim dołączył Blady, było nas prawie trzydzieści osób, a po zaopatrzenie chodziliśmy tylko ja i Krzak. Wiesz, ja rozumiem, że nie każdy ma jaja ze stali, że stanąć twarzą w maskę z Delimerem i nie zrobić w gacie, mogą tylko nieliczni.

Dziki miał wrażenie, że zaczerwienił się lekko na te słowa.

— Ale to był ogromny problem, bo widziałem, że są tam goście, którzy daliby radę, ale po prostu woleli się nie narażać, taka pieprzona spychologia: „Wzięliście nas do Wspólnoty, to teraz o nas dbajcie”. Im było nas więcej, tym robiło się gorzej. Z desperacji zaczęliśmy przyjmować nawet najbardziej zakazanych gości, tylko po to, żeby mieć jakieś wsparcie w wyprawach, ale to była równia pochyła. Nasi nowi rekruci bardziej interesowali się zdobywaniem fajek i alkoholu, żeby przehandlować je na seks z dziewczynami, niż faktycznymi potrzebami Wspólnoty. No i wtedy stało się to, po czym Krzak się złamał. Pewnego dnia, jak wracaliśmy z zaopatrzeniem, złapała nas noc, więc zabunkrowaliśmy się z Krzakiem w centrum miasta. Tymczasem, gdy my próbowaliśmy przetrwać, nasi nowi kompani się pochlali i zgwałcili dziewczyny, które z nimi nie handlowały. — Tu Mike zrobił przerwę, widać było, że próbuje zdusić w sobie złość. Po chwili kontynuował grobowym głosem: — Wróciliśmy rano, a one tam siedziały na schodach kamienicy, całe we łzach, to były naprawdę ładne dziewczyny. A oni tam stali i ryli ze śmiechu. Wtedy Krzaka coś trafiło. Nigdy nie widziałem go w takiej furii. Zabił chyba z piętnaście osób, wszystkich, którzy tego dnia stali na straży kamienicy i wtedy stało się najgorsze.

— Co może być jeszcze gorszego?! — Dziki aż wrzasnął, nie mogąc po prostu uwierzyć, że to nie koniec.

— No właśnie, widzisz, to wszystko działo się pod oknami kamienicy, wszyscy to widzieli, i wiesz co? Zaczęli na nas pomstować: „Coś ty zrobił? Tylko oni przynosili wódę. Bałeś się, że ktoś ci władzę odbierze, to ich zabiłeś znienacka, fagasie. Kto będzie teraz fajki przynosił?”. — Mike naśladował piskliwe głosy mieszkańców, a jego twarz przybrała złowieszczy wyraz.

— Co zrobiliście potem? — spytał Dziki, który sam prawie czuł gorycz, jaka musiała tkwić wtedy w Krzaku.

— Odeszliśmy. Ja, Krzak, Maniek i Blady, a stara wspólnota nie pociągnęła długo. Cały czas działało na nich prawo trzech, a tego upadku nie miał kto bronić. — Mike zrobił kolejną przerwę i przetarł czoło, ciągle jeszcze zdenerwowany złymi wspomnieniami. — Po tym wszystkim długo włóczyliśmy się sami, ale Krzaku stwierdził, że chce spróbować jeszcze raz. Widać było, że żal mu tej garstki porządnych, którzy muszą cierpieć. Zaczęliśmy więc podwaliny pod nową wspólnotę. Tym razem jednak zasady przyjmowania miały być dużo bardziej restrykcyjne. Krzaku chciał najpierw mieć gromadę ludzi, której może przewodzić, a dopiero potem brać kogoś pod ochronę, więc stworzyliśmy zasady rekrutacji dla oddziału wspólnoty. Po pierwsze znajomość, jeżeli nic cię we wspólnocie nie trzyma, to wiadomo, że odejdziesz, jak zrobi się ciężko. Więc proste, że skoro ktoś cię poleca, to wierzy, że nie wbijesz nam noża w plecy. Po drugie broń, sam widziałeś jak ciężko ją zdobyć, jeżeli jesteś w stanie, to znaczy, że raczej sobie poradzisz. Po trzecie niewykształcony, pamiętasz, jak zareagowałeś na Delimera, a sporo ludzi potrafi reagować tak samo na znicza. Widziałeś znicza?

Dziki skinął głową.

— Więc chyba jasne, że broń ci nie potrzebna, jeżeli nie będziesz miał jaj, żeby strzelić. No i po czwarte zrób coś dla Wspólnoty, tego chyba nie muszę tłumaczyć. Jesteś razem, działamy dla dobra ogółu — dodał, naśladując na koniec przywódczy ton Krzaka.

— Szczerze mówiąc, to trochę restrykcyjne te wymagania — stwierdził Dziki.

— A żebyś wiedział — powiedział rozżalonym głosem Mike. — Jak Krzaku je zatwierdził, to myśleliśmy, że już na zawsze zostaniemy we czterech, ale jak sam stwierdził: „Wolę przyjąć jednego, któremu zaufam niż dziesięciu, których coś tam, coś tam”, nie pamiętam dokładnie. Sam więc byłem zdziwiony, że uzbieraliśmy aż tylu, no ale to zrodziło nam kolejny problem.

— No, jaki? Przecież ci ludzie mieli być już w porządku — dopytywał Dziki.

— No właśnie, w porządku. Widzisz, moi koledzy ze Wspólnoty naprawdę nie są źli, może ze względu na ciebie i nerwy parę razy mogłem coś tam na nich chlapnąć, ale to spoko goście. No i jak wszyscy spoko goście, którzy sobie radzą, dźwigają jakiś bagaż…

— Młodszą siostrę albo kuzyna pierdołę — odpowiedział nie pytany Dziki.

— Trafiłeś w sedno, oczywiście moglibyśmy wziąć już teraz parę osób pod opiekę bez zbytniego narażania się, ale oprócz mnie i Krzaka Wspólnota liczy dwadzieścia osób. Każdy chce, żebyśmy przyjęli dwie, trzy dodatkowe osoby. I teraz kto ma zdecydować, komu pomoc jest najbardziej potrzebna? Krzaku stwierdził, że najuczciwiej będzie poczekać, aż będziemy w stanie zebrać wszystkich. A to się przeciąga, więc zaczęły się kombinacje. Każdy stara się wkręcić swojego znajomego jako ewentualnego woja, no i mamy potem takie kuriozum, jak brata Roberta, na którego wszyscy mówią Młody. Początek był niby ok. Młody skombinował sobie pistolet, na cmentarzu pod okiem brata uwalił znicza i przyniósł dziesięć litrów wody. Wymagania spełnił, więc go wzięliśmy, a dalej to już satyra. O broń go nie winię, bo to naprawdę ciężko zdobyć, więc Robert mu pomógł na stówę. Chociaż stwierdził, że młody miał już pistolet, ale jak nam się zlecieli niewykształceni w nocy pod bazę, to nawet nie wyszedł pomóc. Klęczał pod oknem ze łzami w oczach, a Maniek powiedział nawet, że zlał się w gacie. O tych dziesięciu litrach wody nie będę wspominał, bo wychlał je sam przez dwa dni. Maniek twierdzi, że on jeszcze od tej nocy lać nie przestał i musi cięgle płyny uzupełniać…

Dziki roześmiał się, humor też mu się trochę poprawił, przynajmniej miał przykład kogoś, od kogo mógłby się okazać bardziej użyteczny. Z nową energią, która spłynęła na niego po tej rozmowie wstał i kiwając głową na Mike’a, powiedział energicznie:

— Ruszamy.

Opuścili eleganckie podwórko i udali się dalej chodnikiem w stronę obwodnicy. Z tego, co mówił Mike, ta część Krańcowa była dość bezpieczna. Minęli w międzyczasie stary minimarket, który musiał być rozszabrowany już od dłuższego czasu. Nie trzeba było wcale podchodzić, by zauważyć, że ze sklepu zostały tylko puste półki i wózki rozrzucone po parkingu.

Dochodząc do rozwidlenia dróg, skręcili w lewo w stronę obwodnicy, droga w prawo prowadziła bezpośrednio do centrum i cmentarza, na którym pojawił się Dziki. Idąc w stronę obwodnicy, minęli nowoczesny kościół, którego piaskowa fasada i potężne przeszklone drzwi wydawały się nienaruszone.

— Lepiej się tam nie zbliżać — powiedział nagle Mike, widząc, że Dziki przygląda się budynkowi. — Obiekty symboliczne zawsze przyciągają różnego rodzaju dziwactwa, nie tylko niewykształconych. Żebyś wiedział, jacy psychole potrafią kryć się w takich miejscach.

Nawet gdyby Mike tego nie powiedział, Dziki nie miał zamiaru wchodzić do świątyni. Nie wydawało mu się, że można by tam było znaleźć cokolwiek przydatnego.

Kiedy minęli kościół, Dziki zaczął powoli dostrzegać obwodnicę, wiadukt prowadzący nad torami i drogą w stronę starych zakładów przemysłowych, w których Dziki pracował jeszcze tydzień temu.

— Prawie jakbym szedł na drugą zmianę — wypalił.

— Jeszcze nie raz ci to przyjdzie do głowy, uwierz mi. Ja do tej pory budzę się czasami przestraszony, że zaspałem do roboty — odpowiedział mu Mike.

Skręcili teraz w stronę torów, do miejsca w którym złapali Modrzewa. Plama krwi, którą zostawił po sobie, ciągle świeciła się na betonowej drodze. Dziki spojrzał w stronę wiaduktu, drzwi serwisowe ciągle były otwarte, tak jak je zostawili. Kiedy już się zatrzymali, przez chwilę wsłuchał się w otoczenie. Oprócz buczenia torów udało mu się wyłapać odgłosy niewykształconych z obwodnicy. Skrzeki, ryki i psychopatyczne odgłosy śmiechu wydobywały się znad mostu.

— Wchodzimy tam? — spytał niepewnie.

— Nie tak po prostu, najpierw musimy się przyjrzeć, czy jest tam w ogóle auto, które się dla nas nadaje — mówiąc to Mike, przeszedł pod wiaduktem, a Dziki ruszył za nim.

Po drugiej stronie zobaczyli ogromną stertę gruzu i starą antenę radiową, sięgającą wysoko ponad dźwiękoszczelne ekrany obwodnicy. Sterta gruzu musiała być kiedyś miejskim ośrodkiem kultury. Dziki pamiętał to miejsce ze starego świata, na sali widowiskowej odbywały się koncerty fortepianowe, a w licznych pokojach odbywały się wszelkiej maści kółka zainteresowań.

— Ciekawe, komu to przeszkadzało? — spytał retorycznie, ale niespodziewanie usłyszał odpowiedź.

— Pierwszemu. Przed tym, jak się pojawiłeś, Defekt prawie dopadł go w tym budynku. Kiedy próbowali go pochwycić, wysadził cały budynek, zabijając sporo chłopaków Dix — odpowiedział mu Mike, przyglądając się ogrodzeniu anteny radiowej.

— A on sam to przeżył? — spytał Dziki, obserwując, jak Mike siłuje się z łańcuchem okalającym furtkę, przez którą technicy dostawali się do skrzynki przy antenie.

— Dix chyba w to wierzy, bo dalej go szuka… No wreszcie — powiedział Mike uradowany, zdejmując łańcuch. — Wespniemy się na górę i rozpatrzymy się w sytuacji.

Dziki spojrzał w stronę szczytu, antena była naprawdę wysoka, a na górę prowadziła wąska drabina otoczona klatką. Nie bardzo uśmiechało mu się wchodzić na szczyt, ale widząc, że Mike zaczął się już wspinać, nie bardzo miał czas, by wyrazić swój sprzeciw. Przełykając nerwowo ślinę, ruszył za towarzyszem.

Stopień za stopniem czuł jak opuszcza go pewność siebie, po raz pierwszy w życiu stał na tak wysokim obiekcie. Uspokajał się jednak, myśląc, że w starym świecie technicy wchodzili tędy nie raz, a nigdy nie słyszał, by któryś z nich spadł. Po jakichś dwóch minutach weszli na górę, Dziki stanął na starym kratkowanym podeście i wyjrzał za barierkę. Z miejsca, w którym stał, rozciągał się widok na całą okolicę Krańcowa, obwodnicę i Zatorze. Mike zdążył już wyciągnąć lornetkę i przyglądał się teraz drogą zjazdowym.

— Potrzebujemy jakiegoś kombi albo lepiej małego dostawczego — mruczał pod nosem, obserwując okolicę.

Dziki, nie mając lornetki, skupił się po prostu na oglądaniu okolicy i wypatrywaniu ewentualnych zagrożeń w pobliżu. Krańcowo wyglądało jednak całkiem normalnie, nie licząc oczywiście tego, że nie widać było wcale ludzi.

— Dziki — syknął nagle Mike z nietęgą miną, podając mu lornetkę. — Patrz tam, jak zaczyna się zjazd przy zakładach chemicznych.

Dziki przyłożył lornetkę do oczu i wędrując wzrokiem po samochodach oraz siedzących w nich niewykształconych, doszedł w końcu do zjazdów. Przez chwilę szukał czegoś, na co uwagę zwrócił Mike. Dopiero gdy z pola widzenia zniknęła mu spora ciężarówka, zobaczył, o co mu chodziło.

Na obwodnicy stała grupa ludzi, wszyscy mieli przy sobie broń i nosili wojskowe mundury z wielkim wymalowanym napisem „ND” na plecach. Nie był jednak w stanie dostrzec twarzy żadnej z postaci, bo w większości mieli maski gazowe albo kominiarki.

Po chwili zauważył, że dwóch mężczyzn w maskach dochodzi do jednego z samochodów i wyciąga z nich niewykształconego. Kobieta, która w starym świecie mogła być gospodynią domową w średnim wieku, teraz pokryta była licznymi ranami i obtłuczeniami, a skórę miała białą jak papier. Szamotała się zaś tak mocno, że tych dwóch mężczyzn ledwo było w stanie ją utrzymać. Dziki widział, jak wrzucają kobietę do starej karetki, która stała przy wyjeździe, a potem cała gromada upchnęła się do pojazdu i odjechała.

— To są ludzie Daniela? — spytał.

— Nie — odpowiedział mu Mike, zabierając lornetkę — tych nazywają tutaj Endekami. Choć cholera wie, kim są naprawdę. Nikt nigdy z nimi nie rozmawiał. Jak tylko ktoś się zbliży, to od razu go zabijają i vice versa, mają sporo fajnego sprzętu, więc weterani tego miejsca polują na nich. Dlatego od dłuższego czasu podróżują tylko dużymi grupami.

— Widziałem, jak zabierali niewykształconego, co oni z nimi robią? — dopytywał dalej Dziki.

— Cholera wie... Tak jak powiedziałem, nikt z nimi nigdy nie rozmawiał, ale równie dobrze to mogą być dobrze uzbrojone świrusy, a niewykształconych łapią sobie dla zabawy.

Dzikiego nie do końca to przekonało.

— Udało ci się znaleźć coś dla nas? — spytał po chwili.

— Chyba tak, ale wolałem odczekać aż pojadą. We dwóch za diabła nie dalibyśmy im rady. Jeszcze jedna sprawa, jak będziemy przełazić koło zakładów, obserwuj ogrodzenie, tam można spotkać sporo Delimerów, więc musimy być gotowi do ucieczki.

Po chwili zeszli z anteny, droga w dół wcale nie wydawała się lepsza. Zanim ruszyli w stronę wjazdu na wiadukt, Mike zbliżył się jeszcze do nasypu kolejowego. Używając sporej długości kija, strącił duży buczący kamień z nasypu, potem opróżnił swój plecak do końca i kładąc go na ziemi przy użyciu tego samego kija, wepchnął go do środka.

— Przyda się — powiedział, widząc pytającą minę Dzikiego.

Gdy tylko przyjaciel zabrał swój dziwny ładunek, przeszli obok gruzowiska po ośrodku kultury i stanęli naprzeciwko zakładów chemicznych. Niskie zielone ogrodzenie oddzielało to miejsce od ulicy, za nim stało składowisko starych beczek i hangary magazynowe. Zaraz obok płotu zaczynał się wjazd na wiadukt dla samochodów. Dziki i Mike ruszyli drogą w górę, cały czas obserwując, czy coś nie wyłazi zza ogrodzenia. Po chwili byli w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stali Endekowcy.

Mike rozglądał się przez chwilę.

— Jest tam — zawołał w końcu, wskazując na małe auta dostawcze, które wypatrzył przez lornetkę. Reklama na boku samochodu „Chleby Zakwas” ciągle była doskonale widoczna, choć pokryła się warstwą rdzy i brudu.

W oddali Dziki zauważył, że niewykształceni w autach zaczęli poruszać się znacznie żywej, jakby rozdrażnieni ich bliskością.

— Pośpieszmy się, lepiej nie prowokować ich zbyt długo — stwierdził Dziki, zaciskając dłoń na siekierce.

W tym czasie Mike otworzył drzwi od kabiny i szarpiąc za cyngiel, podniósł maskę.

— Osłaniaj mnie przez chwilę — zawołał, znikając pod klapą.

Dziki wyjrzał zza auta, w oddali nie było widać żadnego luźno chodzącego niewykształconego, ale ci zamknięci w swoich samochodach musieli być już pewni ich obecności, bo rzucali się na siedzeniach i tłukli w szyby rękoma.

— Jeszcze chwila — tłumaczył Mike i wszedł do kabiny, a potem z powrotem wrócił do grzebania pod maską.

W tym czasie jeden z niewykształconych rozbił szybę swoją głową i wykruszając kawałki szkła rękoma, powoli zaczął wypełzać z samochodu. Choć Dziki wolał tego uniknąć, zdawał sobie sprawę, że lepiej będzie pozbyć się go teraz, niż czekać, aż całkiem się wyswobodzi. Zbliżył się więc do auta i zobaczył niewykształconego, który w starym świecie musiał być jakimś ułożonym starszym mężczyzną. Miał na sobie dobrze dobraną koszulę i spodnie do garnituru, a włosy, choć teraz posklejane krwią i oprószone szkłem, nosiły ślady regularnego strzyżenia.

Niewykształcony, widząc Dzikiego, oparł się z całej siły o drzwi, próbując zrównać ich głowy, choć nogi ciągle miał uwięzione w samochodzie. Spojrzał się swoimi nieludzko przekrwionymi oczami na siekierę i zaniósł opętańczym śmiechem. Dziki złapał pewnie za rękojeść i uniósł ostrze do góry, biorąc zamach. Choć zamknął oczy tuż przed uderzeniem, wiedział, że trafił, bo ostrze natrafiło na potężny opór a śmiech umilkł.

Po omacku wyciągnął ostrze z głowy potwora i ciągle nie otwierając oczu, odwrócił się, co okazało się sporym błędem. Nim zdążył oddalić się chociaż o krok, poczuł potężne uderzenie i nagle runął na ziemię, przygnieciony olbrzymim ciężarem. Gdy tylko otworzył oczy, zobaczył grubą kobietę przygniatającą go do ziemi. Na twarzy miała okulary jeszcze powiększające jej przekrwione białka, a swoje obłe jak serdle palce zaciskała mu na szyi. Nie mogąc nawet krzyknąć, wymacał siekierę pod swoją prawą ręką i chwyciwszy ją, uderzył kobietę ostrzem w skroń. Choć sam cios nie był silny, to ostrze i tak wbiło się delikatnie w głowę niewykształconej, a na siekierę spłynęła czarna krew. Kobieta jednak nie odpuściła, a nawet jakby uśmiechnęła się delikatnie. Dziki spróbował uderzyć jeszcze raz, ale niewykształcona puściła nagle jego szyję i jedną ogromną ręką przycisnęła dłoń z siekierą do ziemi, drugą zaś podniosła i wystrzeliła w kierunku jego oczu. Broniąc się, odruchowo chwycił ją za nadgarstek, czerwone długie paznokcie zawisły centymetr nad jego źrenicami. Kobieta jednak napierała z niesamowitą siłą, a ręka Dzikiego słabła. Kiedy już myślał, że to koniec, tuż za kobietą pojawił się Mike. Biorąc potężny zamach długim kluczem do kół, rąbnął niewykształconą w głowę, czym momentalnie pozbawił ją życia.

— Chyba muszę iść po lewarek — zażartował, widząc, jak opasłe ciało niewykształconej rozlewa się po Dzikim.

Ten jednak nie miał ochoty na żarty i wysapał jedynie:

— Pomóż…

Po chwili wspólnymi siłami zrzucili ogromne cielsko na bok.

— Nieźle cię załatwiła, dobrze, że spojrzałem w lusterko — westchnął Mike.

Dziki zakaszlał mocno, to był kolejny raz, kiedy jego szyja przeżywała tą samą historię. Czuł, że chyba nigdy już nie odzyska normalnego głosu. W międzyczasie Mike przywołał go gestem do samochodu.

— Prawie zrobione, spróbujemy odpalić to próchno.

Dziki zajął miejsce na siedzeniu pasażera, w samochodzie ciągle znajdowało się sporo osobistych rzeczy kierowcy: okulary lecznicze, faktury i miejsca dostaw oraz od dawna rozładowany telefon komórkowy. Mike usiadł po stronie kierowcy, zacierając ręce.

— Najbardziej się bałem, że nie będzie kluczyków w środku — mruczał pod nosem. — Teraz trzymaj kciuki — powiedział, przekręcając powoli kluczyk w stacyjce.

Po cichym pyknięciu kontrolki zaświeciły niemrawo, a pompa paliwa zawyła cicho z tyłu. Kolejny delikatny ruch, a silnik zagruchotał głośno, prawie bujając kabiną. Mike jednak nie puszczał zapłonu i po kilku chwilach intensywnego grzechotu samochód odpalił z hukiem.

— Uff… — odetchnął Mike z wyraźną ulgą i nacisnął pedał gazu. — Trochę minęło, od kiedy ostatnio prowadziłem, no i nigdy jeszcze nie jechałem taką budą, więc się lepiej trzymaj.

Mike zrobił ostry skręt i zawrócił w głąb obwodnicy. Dziki podejrzewał, że będą przebijali się górą, miał tylko nadzieję, że jakiś rozbity samochód nie zatarasuje im drogi w nieodpowiednim miejscu. Na szczęście, gdy już wjechali w głąb wiaduktu, okazało się, że większość samochodów rozmieszczona jest dość luźno i nie było problemu z manewrowaniem nawet autem dostawczym. Dziki zdążył zauważyć kilka zasiedlonych samochodów, ale niewykształceni reagowali dość biernie, widząc jadące auto. Zaczął się nawet zastanawiać, co tak naprawdę pobudza te istoty do agresji. Mike zrobił w pewnym momencie ostry zwrot, mijając długo ciężarówkę z logo karmy dla zwierząt i musiał zmienić pas, żeby objechać dwa zderzone ze sobą Vany. Po kolejnych kilku sekundach byli już po drugiej stronie mostu i zjeżdżali w dół.

— Nie jest źle — skomentował ich krótką podróż. — Myślałem, że obwodnica jest bardziej zawalona.

Po chwili skręcili ostro pod zakaz i wyjechali na osiedlową drogę, kierując się w stronę sklepu, mijając wciąż nietknięte budynki Zatorza. Dziki pomyślał, że jego okolica miała naprawdę sporo szczęścia, a może pecha? Zastanawiał się, ilu mieszkańców, których mijał codziennie w drodze do pracy, siedzi teraz w swoich domach jako gospodarze, okaleczając się i mordując wszystkich, którzy ośmielą się przekroczyć próg ich domostwa.

— Dzięki Bogu, bałem się że ten Delimer może się tu kręcić — powiedział Mike, wyrywając Dzikiego z zamyślenia, teraz dopiero skupił się na tym, co było przed nimi. Sklep wydawał się dalej nieruszony, po ciele banderowca nie było już jednak śladu. Jedynie plama krwi i resztek zdradzała tragiczne wydarzenia, jakie miały tu miejsce. Dziki poczuł przez chwilę, że znowu zbiera mu się na wymioty, więc odwrócił się, obserwując kokpit samochodu.

Zrobioną przez Delimera dziurą Mike wjechał na podwórze, tak by nie musieli daleko nosić rzeczy.

— No dobra, mamy sporo miejsca — stwierdził, otwierając klapę samochodu. — Nie musimy się więc hamować, bierzemy wszystko, co nadaje się do jedzenia i picia.

Dziki szybko wszedł do środka, by nie przyglądać się plamie krwi, po pobieżnych oględzinach stwierdził, że w sklepie nie ma wcale zbyt dużo. Spora część produktów, jak paszteciki, mięso z zamrażarki i cały nabiał nie nadawały się do niczego. Zabierali więc wszystko, co się nie psuje: potężne konserwy mięsne, słoiki z przetworami, makarony, koncentraty, warzywa peklowane, słodycze, chipsy i oczywiście zupki chińskie, które pewnie dałoby radę zjeść i za sto lat. Po tym wszystkim w samochodzie wciąż jeszcze zostało sporo miejsca, więc zaczęli pakować wodę w butelkach i gazowane napoje. Mike poszedł jeszcze na zaplecze, donosząc parę dodatkowych opakowań batonów czekoladowych i parę zgrzewek soków owocowych. Samochód wciąż jednak wydawał się pustawy. Dziki wiedział, że zapasy małego osiedlowego sklepu nie będą duże, spodziewał się jednak trochę więcej. Nie zrażało to jednak Mike’a, który widząc, że zostało jeszcze miejsce, zaczął pakować piwo, wino, wódkę, baterie, gazety i wszystko, co znalazł za ladą.

— Coś dla rozrywki będzie miłym akcentem — powiedział. — Niech się teraz młody schowa ze swoimi dwoma bańkami wody, to wykracza sporo ponad zrobienie czegoś dla Wspólnoty — stwierdził Mike, z dumą obserwując ciężarówkę.

— Tak właściwie, to jak ją odpaliłeś? — spytał w końcu Dziki.

— Podładowałem akumulator tym buczącym kamieniem z torowiska. Dobra, spadajmy do Wspólnoty, nie widzi mi się przebijać wieczorem.


738 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie