Rozdział VII - Defekt

W nocy Dzikiego obudził cichy płacz, było to dla niego zadziwiające, jak rozchodzą się dźwięki, kiedy odgłosy miasta zupełnie znikną. Przez chwilę myślał nawet, że ciągle jest w półśnie, spojrzał jednak na Mike’a. On również nie spał, siedział, wpatrując się nerwowo w sufit.

— Gospodarz — wyszeptał niemal bezgłośnie — mam nadzieję, że nie hałasowaliśmy za bardzo.

Kolejną godzinę spędzili półdrzemiąc, z górnego piętra słychać było kroki, niekiedy przerywane płaczem lub dziwnym losowym wrzaskiem. Mike co chwila zerkał nerwowo w stronę drzwi i sufitu. Dziki złapał pistolet w ręce, trzymając go, bał się trochę mniej. Nie zmieniało to faktu, że siedzenie ze świadomością istnienia krążącego nad nimi niewykształconego było przerażające. Dziki musiał przysnąć w którymś momencie, bo broń wyślizgnęła mu się z ręki. Gdy się przebudził, dźwięki z piętra ustały.

— Może zasnęło — powiedział szeptem Mike, widząc, że Dziki wpatruje się w sufit. — Cholera, tak naprawdę to nawet nie wiem, czy oni śpią — stwierdził, ziewając szeroko.

I wtedy to usłyszeli: głośny skrzypiący dźwięk dobiegający od wejścia. Ktoś po drugiej stronie drzwi naciskał powoli klamkę. Serce Dzikiego zamarło, wychylił się zza oparcia fotela, trzymając broń w pogotowiu.

— Drzwi nie wyważy — próbował ich uspokoić Mike, ale jego głos nie brzmiał zbyt przekonująco.

Dziki sięgnął jedną ręką po latarkę ze stołu i poświecił w stronę wejścia. Gdy snop światła padł na korytarz, zobaczyli coś, od czego im obydwu żołądki się skręciły. Zamek w drzwiach się przekręcił, najpierw główny, potem obydwa dolne.

— Nie wierzę, to coś ma klucze — powiedział Mike głosem, jakby śnił.

Drzwi uchyliły się przed nimi powoli, opierając się jedynie na łańcuchu, który przezornie zaciągnął Mike. Przez szparę wcisnęła się chuda ręka, skóra na niej była biała jak papier i cała pokryta nacięciami i zakrzepłą czarną krwią.

— Jesteście tutaj sami? — wyszeptał skrzekliwy kobiecy głos, a ręka cofnęła się powoli.

Nagle drzwi wystrzeliły z hukiem do przodu naprężając łańcuch i powodując trzeszczenie zawiasów. Gospodarz próbował dostać się do środka, szarpiąc drzwiami jak oszalały. Łańcuch naprężał się i opadał przy każdej próbie, a hałas brzęczącego metalu wypełnił całe pomieszczenie. W pewnym momencie mocowanie łańcucha puściło, a wejście otworzyło się z hukiem.

Tuż za drzwiami ukazała się właścicielka ręki, drobna kobieta o białej skórze całej poszatkowanej bliznami, ubrana w niebieską nocną koszulę. Dziki nie mógł uwierzyć, że z jej posturą wyrwała łańcuch z drzwi.

— W łeb — ryknął Mike i wystrzelił, kule świsnęły Dzikiemu nad głową, a ogień z lufy rozświetlił na chwilę pokój.

Dziki chciał wycelować, ale dziewczyna zniknęła w ciemności.

— Nie opuszczaj broni, ona nie odpuści — syknął Mike, ciągle mierząc w stronę wejścia.

Niespodziewanie dziewczyna wpadła do pokoju, drepcząc na czworaka. Mike znowu wystrzelił. Tym razem musiał trafić, bo czarna krew bryzgnęła z jej pleców. Niewykształcona jednak się nie zatrzymała. Z impetem wpadła w fotel, zza którego wychylał się Dziki. Chcąc wycelować, wyjrzał za oparcie, ale niewykształcona złapała go z całej siły za przedramię i pociągnęła, zdzierając paznokciami skórę z ręki.

Dziki zawył z bólu i nacisnął spust, kula trafiła, rozbryzgując czarną krew dookoła. Dziewczyna ciągle jednak machała rękoma chcąc chwycić go po raz drugi. Cofnął się, wychodząc jej z zasięgu i strzelił ponownie. Dłonie niewykształconej zadrżały w powietrzu i opadły, Mike nadbiegł z drugiej strony i wbił jej w szyję nóż kuchenny.

— To chyba nie koniec — krzyknął, bo od strony drzwi dobiegł do nich odgłos kolejnych kroków. Dziki złapał pistolet w lewą rękę i wymierzył, ale z nerwów ciężko mu było utrzymać broń w jednej pozycji.

— Wykształcony? — zapytał niespodziewanie głos z głębi klatki.

— Magister — odpowiedział Mike, jednocześnie zwracając się szeptem do Dzikiego: — to ludzie, ale nie opuszczaj broni.

Choć nie do końca zrozumiał, o co w tym chodziło, posłusznie celował dalej w stronę drzwi. Odgłos kroków robił się coraz głośniejszy. Po chwili z ciemności wyłoniło się kilka postaci w kominiarkach i czerwonych kombinezonach. Dziki miał wrażenie, że widział je już wcześniej.

— Defekt — krzyknął radośnie Mike, opuszczając broń, więc Dziki zrobił to samo.

— Jesteś od Krzaka, prawda? — odezwał się nagle kobiecy głos.

Spomiędzy gromady postaci wyłoniła się czarnowłosa kobieta, jako jedyna z przybyłych nie nosiła kominiarki. Ubrana była jednak w ten sam czerwony kombinezon, co jej towarzysze, a przez plecy przewieszone miała coś, co przypominało karabin snajperski.

— Zgadza się, jestem Mike ze wspólnoty, a to mój kumpel, Dziki — odpowiedział, kłaniając się lekko.

— Dix — przedstawiła się dziewczyna i pewnie podała Mike’owi i Dzikiemu rękę.

— Wiem — odpowiedział jej Mike — miło znowu sąsiadkę widzieć. Nie wiem, czy pamiętasz, ale już się spotkaliśmy podczas ostatniej nocy latarni.

Dziewczyna zmrużyła oczy, przyglądając się twarzy Mike’a, a po chwili się uśmiechnęła.

— Pamiętam, kręcił się koło ciebie taki chłopak w wojskowym mundurze.

— Maniek. Ale tak właściwie to co tutaj robicie? — spytał Mike, ciągle wodząc wzrokiem po gromadzie, którą wypełnił się pokój.

— Szukamy Pierwszego — odpowiedziała pośpiesznie Dix, a Dziki nawet w półmroku dostrzegł, jak jej twarz przeszedł jakiś dziwny złowrogi wyraz. — Nocowaliśmy w sąsiednim bloku... — wyjaśniała dalej — kiedy usłyszeliśmy strzały, postanowiliśmy to sprawdzić. W Krańcowie tylko weterani mają broń, jak gdzieś padają strzały, zawsze może to być Pierwszy. A wy jak tu trafiliście ? Tak daleko od bezpiecznej stacji?

— Wracaliśmy od Siwego i zaskoczyła nas noc, chcieliśmy poczekać bezpiecznie do rana, ale cóż, nie dało się — zaczął Mike, ale dziewczyna przerwała mu nagle głosem pełnym odrazy.

— Handlujecie z Siwym?

— Nie no, to była wyjątkowa sytuacja... Dziki potrzebował broni, żeby w ogóle mieć szanse na miejsce we wspólnocie, no a broń ma tylko Siwy, więc nie mieliśmy wyboru. Wiesz jak trudno jest tu nowym — tłumaczył się Mike, dziewczyna jednak już go nie słuchała. Jej wzrok spoczął na ranie Dzikiego.

— Twoja ręka krwawi naprawdę mocno — stwierdziła.

— Ach, to nic — odpowiedział twardo Dziki, nie chcąc wyjść na mięczaka, choć sam nie wiedział czemu.

— To twoje nic może się przerodzić w poważny problem, jeżeli wda się zakażenie. Do szpitala nikt cię tu nie zabierze. Chłopaki — zwróciła się do towarzyszącej jej grupy — zostaniemy tu chwilę, odrobina towarzystwa naszym kolegom ze Wspólnoty nie zaszkodzi — powiedziała, wpatrując się w Mike’a z jakąś dziwną surowością. Po chwili jednak zdjęła plecak i wyciągnęła z niego coś, co wyglądało na całkiem profesjonalną apteczkę.

— No chodź tu, Dziki, spirytusu się chyba nie boisz — dodała, uśmiechając się pod nosem.

Mike ruszył głową, zachęcając go, więc ten usiadł obok Dix na sofie. W międzyczasie jej koledzy wynieśli ciało niewykształconej na korytarz i obsadzili drzwi z powrotem na miejscu.

— Jak ona się tu dostała? — spytała Dix, bandażując rękę Dzikiego.

— Miała klucze — odpowiedział cicho, z jakiegoś powodu nie chciał teraz rozmawiać… Wolał skupić się na jej dłoniach, które raz po raz stykały się z jego własną. To było tak przyjemne, że przez chwilę zapomniał nawet, że siedzi w cuchnącym krwią i zgnilizną mieszkaniu, otoczony przez gromadę dziwnych ludzi w mieście, w którym co chwila ktoś umiera.

— Skończone — stwierdziła Dix, podziwiając przez chwilę swoje dzieło. — Jak nie umrzesz, to pożyjesz — dodała z uśmiechem. — Długo tu już jesteś? — spytała.

— Tydzień — odpowiedział Dziki.

— Dobrze się trzymasz, dużo nowych, jak widzi gospodarza, to kwiczy potem gdzieś w kącie… — stwierdziła dziewczyna. Dziki szybko zmienił temat, bojąc się, że Mike może wspomnieć o jego problemach żołądkowych na widok Delimera.

— Ładnie ci to wyszło — powiedział, oglądając opatrunek na ręce.

— Ach, to — Dix spojrzała na bandaż — zanim zaczął się ten bajzel, studiowałam pielęgniarstwo, byłam na ostatnim roku — wyjaśniła. W tym samym momencie mina jej spochmurniała, a oczy zrobiły się dziwnie puste. Dziki przestraszył się, że zrobił coś nie tak.

— Naprawdę dzięki — powiedział pośpiesznie, chcąc wyrwać dziewczynę ze złych myśli.

— Nie ma sprawy, ale teraz jesteś mi dłużny — dodała z uśmiechem w stronę Mike’a, Dzikiemu zrobiło się przez to jakoś dziwnie.

— Byliście na Zatorzu, prawda? Rengo powiedział mi, że dwóch chłopaków ze Wspólnoty przełazi przez tory. Działo się tam coś?

— Cóż , spotkaliśmy Armię… — odpowiedział Mike, drapiąc się po głowie. — Nic specjalnego, tylko bandera, ale nie wydaje mi się, żeby zapuszczali się wcześniej na Zatorze.

Dix westchnęła, siadając na dywanie między swoimi ludźmi.

— Podejrzewam, że już wie…

— Co takiego? — dopytywał Mike.

— Że Pierwszy wrócił. Przez ostatnie pół roku była cisza, jakby się pod ziemię zapadł, a potem przed ostatnim błyskiem trafiliśmy na niego przy granicy od strony Koziogłowic. Od tamtej pory Daniel zaczął też wysyłać banderę po całej strefie.

— To wam trochę utrudnia sprawę, co? — spytał Mike.

— Opaski nie są zagrożeniem i na pewno nie daliby rady złapać Pierwszego, skoro nam się to nie udało, mogą być co najwyżej irytujący. Ciekawi mnie tylko, co chce tym osiągnąć…

Dix siedziała przez chwilę zamyślona.

— Słuchajcie, o świcie będziemy wracać pod wieżę. Dziki jest nowy, ty jeszcze z nami nie przebywałeś, więc możemy pójść razem, jeśli chcecie… Nie powinniście być narażeni na defekt… — powiedziała, opuszczając głowę.

— Świetnie — odpowiedział Mike z uśmiechem — w grupie raźniej i droga pójdzie szybciej, będziemy mogli pójść główną ulicą.

Reszta nocy minęła znacznie przyjemniej. W dużej uzbrojonej grupie Dziki czuł się o wiele bezpieczniej. Kiedy tak siedzieli i opowiadali różne historie ze starego i nowego świata prawie zapomniał o koszmarze, jaki spotkał go wcześniej. Wszystko teraz wydawało się takie zwyczajne, no może oprócz tego, że większość ludzi tutaj siedziała w kominiarkach, trzymając przy sobie jakąś broń. Była jeszcze jedna rzecz, która go cieszyła. W tym półmroku mógł sobie cały czas bez skrępowania obserwować Dix. Była naprawdę piękną dziewczyną. Nawet mimo tego dziwnego stroju, który nosiła jako członek Defektu, swoją urodą biła na głowę większość kobiet, jakie Dziki poznał w starym świecie. Wsłuchując się połowicznie w historię, opowiadaną przez jednego z mężczyzn w kominiarce, rozmarzył się, jakby to fajnie było spotkać ją przed błyskiem.

— ...no i wtedy wchodzę do tego domu, a tamten siedzi z dziewczyną, byłem w szoku, bo brzydki był jak kartofel. Tak sobie wtedy myślę, że dla niego ten błysk, to chyba było błogosławieństwo, bo w normalnym świecie, to by co najwyżej mógł rzodkiewkę wyrwać, nie dziewczynę, a tutaj jakaś desperatka pewnie poleciała na opiekuna. No i krzyczę z progu: „Mati nie bój się, to ja Sven, towar ci przyniosłem”. A ci jak się nie poderwą, patrzę i oczom nie wierzę – on z gospodynią siedział…

— Ściemniacz, buuuuuu — zawyła Dix, a inni zawtórowali jej ze śmiechem.

— Jak matkę kocham, szefowo, żeby mi jaja skręciło, z gospodynią siedział i jeszcze się tulili do siebie.

— Dusiła go pewnie, a ty żeś kumplowi kulę w łeb władował, bo ci się coś ubzdurało — zaśmiał się jeden z mężczyzn w kominiarce.

— Ale daj mi skończyć… No i się podrywają, ja łapię za karabin, a on krzyczy, żebym nie strzelał, że on to kocha, a ona wtedy jak mnie nie trzaśnie, aż mi się blado zrobiło… To cofnąłem się kawałek i łup serią w głowę. Chyba ze cztery kule w nią weszły, zanim się uwaliła, a wtedy Mati wyskakuje jak oszalały, macha maczetą nad głową i krzyczy, że mu ukochaną zabiłem. Szkoda mi było chłopa, nie jego wina, że we łbie mu się przestawiło, to strzeliłem mu w nogę i uciekłem...

— Że też go nie zabiła, przecież gospodarze są cholernie agresywni — skwitował głośno Mike.

— Sven to ściemniacz — powiedziała Dix, uśmiechając się pobłażliwie — z całej historii pewnie prawdziwe było to, że zarobił od gospodyni w łeb i uciekł, strzelając dookoła, a kolega Mati pewnie nawet nie istniał.

— Ale słowo, szefowo… — bronił się Sven.

— Hej — przerwał defekciarz przy oknie — świta.

Dziki z lekkim zawodem spojrzał w stronę okna, noc płynęła tak spokojnie, że widok szarzejącego nieba zwiastującego jej koniec naprawdę go zasmucił.

— No, chłopaki, zbieramy się. — Dix klasnęła w dłonie i przeciągając się, wstała jako pierwsza. Przygotowanie się do wyjścia zajęło im tylko chwilę, w tym czasie na zewnątrz zrobiło się już całkiem jasno, odbarykadowali drzwi i ruszyli klatką schodową na dół, a potem powoli między blokami w stronę głównej ulicy.

— Gospodarze na pewno nie opuszczają domów? — spytał Dziki.

— Podobno tak, jeżeli tylko… — zaczął Sven, ale Dix przerwała mu momentalnie.

— Nie wciskaj nowemu bajek. Nie wychodzą, są w jakiś sposób związani ze swoim miejscem. Kilku naszych uciekało już przed gospodarzami, zawsze dobiegają do progu, ale nie wychodzą nawet na podwórko… Nie przejmuj się — dodała z uśmiechem w stronę Dzikiego — na zewnątrz jest o wiele więcej dziwactw, które chętnie cię zabiją.

Doszli do głównej ulicy i ruszyli jej środkiem. Dziki nie musiał być szczególnie spostrzegawczy, żeby zobaczyć, jak prawie od razu w oknach pojawiły się postacie, które obserwowały ich ze złowieszczymi minami. Teraz zrozumiał, dlaczego idąc z Mikiem, trzymali się z dala od głównej drogi.

— Nie musisz się martwić — pocieszyła go Dix, gdy zobaczyła, jak nerwowo obserwuje okolice — po Krańcowie chodzi pogłoska, że sam kontakt z nami zaraża defektem, nikt się do nas nie zbliży.

Dzikiego strasznie ciekawiło, czym dokładnie jest defekt, ale słysząc gorycz, z jaką mówiła o tym Dix, postanowił spytać o to Mike’a, jak już zostaną sami. Odruchowo jednak spojrzał się w stronę kominiarki Svena. Oczy miał całkiem normalne, ale ze skórą dookoła nich było coś nie tak. Była po prostu zbyt gładka.

Szli w milczeniu przez dłuższy czas. Na głównej drodze spotykali czasem jakichś ludzi, ci jednak, kiedy tylko ich spostrzegli, uciekali natychmiast albo chowali się po budynkach.

— Nie bez powodu wszyscy nosimy czerwone stroje — wyjaśniała Dix, spoglądając w stronę Dzikiego i Mike’a. — Z oddali widać, że idziemy właśnie my i większość obwiesi ucieka na sam nasz widok, a my nie musimy ich oglądać.

— Tak właśnie myślałem, bo kamuflaż z tego raczej żaden — odpowiedział jej Mike.

Po kilku minutach marszu zbliżyli się do cmentarza, na którym pojawił się Dziki. Miejsce spoczynku było jednak puste, nie było innych nowo przybyłych ani niewykształconych.

— Nic tu się nie pojawi aż do następnego błysku — stwierdził Mike, odciągając Dzikiego, gdy ten zatrzymał się przy furtce.

Kątem oka spojrzał w stronę blokowiska, do którego zaprowadził ich Kuba. „Ciekawe, co teraz robi?” — pomyślał. Może czeka na kolejny błysk? Zastanawiał się też, co stało się z chłopakiem, z którym się pojawił. Czy udało mu się dojść do domu? A jeżeli tak, to czy nie spotkał tam czegoś podobnego do tego, co Dziki widział wczoraj.

Idąc głównymi drogami bez potrzeby ciągłego sprawdzania trasy i zatrzymywania się, do stacji kolejowej dotarli błyskawicznie. Na rozwidleniu Dix i jej ludzie pożegnali się z nimi (Dzikiemu serce zamarło przez chwilę, gdy ściskał rękę dziewczyny), a potem ruszyli w stronę Wieży Ciśnień, Mike i Dziki zaś ruszyli skierowali się w stronę baru.

— Czym dokładnie jest defekt? — spytał Dziki, kiedy tylko oddalili się od gromady.

Mike nie wydawał się być zdziwiony tym pytaniem, przystanął jedynie na chwilę i podrapał się po głowie, zbierając myśli.

— To choroba tego świata, jej pierwszym objawem jest rozmycie… i to dosłownie. Skóra robi ci się gładka, jakbyś był z plasteliny. Zaczynają też tępieć ci zmysły: dotyk, smak, węch. To na początek. Przez długi czas nie ma innych objawów, ale kiedy już złapiesz defekt, nie zostaje ci wiele życia. Po jakimś czasie masz nagłe zaostrzenie, potem tracisz wzrok, słuch, przestajesz się ruszać… I w końcu umierasz.

Serce Dzikiego załopotało jak szalone.

— Ale Dix wygląda normalnie — zaprotestował.

— Bo z nią jest trochę inaczej — odpowiedział po chwili zastanowienia Mike. — Dix jest w Krańcowie bardzo długo i była chyba jedną z pierwszych, u których wystąpił defekt, ale z niewiadomych mi przyczyn nie zaatakował jej tak, jak innych. Wiem jedynie, że od samego początku gromadzi chorych i próbuje im pomóc.

— Więc Dix żyje dużo dłużej, tak ? To znaczy, że to jej nie zabija? — spytał z nadzieją Dziki.

— Nie mam pojęcia — odpowiedział Mike — na pewno żyje dłużej niż inni. Jest w Krańcowie, od kiedy ja się pojawiłem, a była na pewno jeszcze sporo przede mną. A czemu tak dociekasz? Wpada w oko, co? Mówiłem, że ma całkiem niezłą facjatę... — zaśmiał się Mike.

Określenie „niezła facjata” było dla Dzikiego dość nieadekwatnym opisaniem wyjątkowej urody Dix. Postanowił jednak zachować to dla siebie.

— Czemu oni szukają tego Pierwszego? — spytał, by zmienić temat.

— Chyba dlatego, że Pierwszy nie choruje, ale to tylko moje przypuszczenia. Cały czas ktoś łapie defekt, zwłaszcza ludzie, którzy mają za dużą styczność z błędami. Podobno to Pierwszy odkrył, jak korzystać z błędów i miał z nimi styczność od początku, a jednak ciągle jest normalny... podobno — wyjaśnił mu przyjaciel.

Resztę drogi do baru przeszli w milczeniu. Mike podniósł rękę, witając się ze stojącymi przed wejściem członkami Wspólnoty, ale odpowiedziało mu jedynie kilka niemrawych skinięć głową. Większość stojących tam ludzi po prostu patrzyła się z wyrzutem. Przeszli obok zgromadzonych i weszli do środka. Mijając rozłożone karimaty i zapasy, przeszli prosto do biura Krzaka. Tym razem Mike otworzył drzwi, nie czekając na zaproszenie i dał Dzikiemu ręką znać, by wszedł razem z nim.

Krzak siedział przy swoim biurku, był blady, a oczy miał podkrążone, jakby też nie spał ostatnio najlepiej.

— Wróciliście — powitał ich krótko.

— Nie inaczej — odparł pewnie Mike — i tak właściwie to Dziki jest już jedną nogą we wspólnocie, bo...

— O tym zadecyduję ja — przerwał mu twardo Krzak, a Mike zrobił taką minę, jakby ktoś zdzielił go w twarz.

— Jak rozumiem, masz broń, pokaż — zwrócił się w stronę Dzikiego i wyciągnął rękę.

Dziki wyjął więc pistolet z kieszeni i podał go Krzakowi.

— Tetetka, słoniowata amunicja z dobrą siłą przebicia. Za to cholernie niecelna, ale przynajmniej pestki są jeszcze realnie dostępne — skomentował, oglądając pistolet. — A co z niewykształconym? — spytał, nie odrywając wzroku od broni.

— Dziki rozwalił gospodarza, gnida była mała, za to szybka i pieruńsko silna — odpowiedział natychmiast Mike.

— Macie jakiś dowód? — spytał Krzak, podnosząc wzrok znad broni.

— Dowód? — ryknął Mike. — A moje słowo już ci nie wystarcza? Ale dobra, skoro chcesz tak pogrywać, Dix z Defektu widziała trupa. Możemy iść do wieży i z nią pogadać, jeśli chcesz.

Krzak podniósł brwi, jego mina mówiła, że wcale nie ma ochoty tego robić. Wstał z fotela i odwrócił się w stronę mapy. Potem spokojnym głosem zaczął:

— Wiecie, co się tutaj działo, jak już poszliście?

Mike i Dziki spojrzeli na siebie, ale Krzak sam im odpowiedział:

— Zlecieli się prawie wszyscy…

Zrobił chwilę przerwy, przechadzając się po biurze, w końcu jednak skupił wzrok na Mike’u.

— I znowu zaczął się ten sam temat… Mój kuzyn to kawał chłopa… moja siostra to… ten znajomy jest naprawdę wyjątkowy – aż mało mnie krew nie zalała. Każdy chce, żebym kogoś przyjął, tylko który z was kurwa weźmie odpowiedzialność, jak tę osobę spotka coś złego? Który z was będzie dzielił zapasy, wiedząc, że nie wystarczy dla wszystkich, co? — Krzak odwrócił się gwałtownie w ich stronę, aż Mike i Dziki cofnęli się o krok. — KTO ODEJMIE SOBIE OD RYJA, ŻEBY DAĆ ŻREĆ SIOSTRZE, KTÓRA JEST TUTAJ TYLKO CHOLERNYM BALASTEM?! — ryknął w ich stronę Krzak, a w jego oczach błyskała furia — CZY JA KURWA POWIEDZIAŁEM, ŻE KOGOŚ NIE PRZYJMĘ? PROSIŁEM TYLKO, DAJCIE MI TROCHĘ CZASU, ŻEBYM MÓGŁ UPORZĄDKOWAĆ TEN PIERDOLNIK, ŻEBY BYŁY ZAPASY, ŻEBY BYŁA WODA, CHOCIAŻ KURWA KAWAŁEK ZASRANEGO MURU. — Zrobił krótką przerwę, żeby złapać powietrze, a potem spoglądając na Mike’a, syknął jadowicie: — ALE NIE... KAŻDY TYLKO CIĄGLE CZEGOŚ ODE MNIE CHCE... CIĄGLE KURWA WYMAGA. ALE JAK TRZEBA NADSTAWIĆ KARKU, ZARYZYKOWAĆ ALBO RUSZYĆ DUPĘ DO ROBOTY, TO SIĘ NAGLE CHĘTNI KOŃCZĄ. A WCZORAJ WSZYSCY PRZYCHODZĄ I MÓWIĄ, ŻE PIERDOLĄ WSPÓLNOTĘ. NIE, TO JA PIERDOLĘ WSPÓLNOTĘ... DOSKONALE RADZIŁEM SOBIE SAM I BĘDĘ SOBIE RADZIŁ, A WY SOBIE KURWA RÓBCIE CO CHCECIE.

Krzak stał jeszcze przez chwilę, dysząc ciężko. Dziki po tym całym wywodzie był naprawdę zrezygnowany, a wręcz zły na Mike’a, że próbował go tutaj wciągnąć. Nie mniej po chwili Krzak się uspokoił i dodał już normalnym, bardzo stonowanym głosem:

— Zrobiłeś prawie wszystko, czego oczekuję od członka Wspólnoty, pozostało ci jeszcze zrobić coś dla dobra ogółu, ale niech to nie będzie jakaś pierdoła pokroju przyniesienia dziesięciu litrów wody… Zróbcie coś, co jest naprawdę spektakularne. Żeby nikt nie podważał mojej decyzji.

Dziki stał przez chwilę, zszokowany tą nagłą zmianą nastroju. Pewnym było, że Krzak trzymał w sobie coś złego i potrzebował chwili, by to rozładować. Dzikiemu jednak nie bardzo to odpowiadało, z początku wyobrażał sobie wspólnotę jako swoistego rodzaju elitarny klub przetrwania, który łączy najlepszych ludzi z całego Krańcowa i dla których Dziki będzie co najwyżej piątym kołem u wozu. Teraz jednak w osobie Krzaka zobaczył, z jak wieloma problemami boryka się to miejsce i na pewno nie miał zamiaru zostać kolejnym z nich.

— Krzaku, posłuchaj — zaczął Dziki, starając się za wszelką cenę, żeby to, co ma powiedzieć, nie zabrzmiało jak jakiś wyrzut. — Rozumiem twój punkt widzenia i w całości się z nim zgadzam, dla waszej wspólnoty będę tylko problem.

Na te słowa Mike rozszerzył szeroko oczy i już miał zamiar się wtrącić, ale Dziki uciszył go ręką.

— Dopiero co pojawiłem się w Krańcowie, ledwo ogarniam, co się tutaj dzieje, nie znam połowy rzeczy, które powinienem znać i tak szczerze, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem, co potrafi Delimer, załamałem się tak bardzo, że naraziłem życie Mike’a. Zastrzeliłem niewykształconego, to prawda, ale zrobiłem to w panice i to bronią, której bez pomocy Mike’a nigdy bym sobie sam nie załatwił. Sam Mike powiedział, że mam niesamowite szczęście, bo ciągle natrafiam praktycznie na samych życzliwych ludzi, którzy służą mi pomocą... Większość z was trafiła tutaj, nie dostając nawet prostej wskazówki. Więc i tak dostałem dużo więcej niż wy i teraz muszę radzić sobie sam.

Dziki odwrócił się na pięcie, mijając zszokowanego Mike’a, któremu z niedowierzania opadła szczęka.

— Zaczekaj — zatrzymał go głos Krzaka.

Dziki odwrócił się jeszcze raz, przywódca Wspólnoty stał, obserwując go badawczo.

— Podjąłem już decyzję i nie mam zamiaru z niej rezygnować. Z początku zrobiłem to tylko ze względu na Mike’a, teraz jednak po tym, co usłyszałem, wierzę, że nie bez powodu stoi on tak twardo po twojej stronie.

— Dziękuję, ale ja też podjąłem decyzję. Nie mam zamiaru nikogo narażać, jeżeli przeżyję dość długo, by być wart przyjęcia, a ty nadal podtrzymasz swoją decyzję, wtedy zostanę — odpowiedział stanowczo.

— DZIKI! — ryknął niespodziewanie Krzak tak mocno, że aż Mike podskoczył — to nie jest prośba, kiedyś prawie za moimi plecami ktoś zdecydował, że mam być przywódcą tej cholernej Wspólnoty. Wczoraj jako przywódca musiałem walczyć o słuszność decyzji dania ci szansy, chociaż wcale cię nie znałem. Jeżeli teraz spróbujesz zawieść moje zaufanie, to słowo honoru, nie dożyjesz jutra, bo sam cię zabiję — warknął. — A teraz wypad obydwaj i zróbcie coś, żebym się za te cholerną decyzję nie musiał wstydzić.

Mike i Dziki wyszli z biura, w Dzikim wciąż jeszcze trwała wewnętrzna walka. Nim jednak zdążył się na niej skupić, Mike rąbnął nim o ścianę.

— Co ty do cholery za szopkę odstawiasz? Ja ręczę za ciebie ręką i dupą, a ty się chcesz bawić w męczennika? Wiesz ilu ludzi o wiele bardziej od ciebie nie powinno być tutaj? — Po tych słowach wyszedł zdenerwowany.

Dzikiemu zrobiło się teraz naprawdę głupio. Przez ten cały czas Mike ryzykował dla niego życie, a on tak po prostu chciał odejść. Słowa Krzaka i Mike’a wpłynęły jednak na jego decyzję. Skoro obaj zaufali mu na tyle, by się narazić, nie miał zamiaru ich zawieźć.

Po chwili wybiegł za Mikiem przed bar.

— Stary, naprawdę mi głupio... — zaczął, ale przyjaciel mu przerwał.

— Dobra, daj spokój, Dziki… Zawsze się za bardzo przejmowałeś, z resztą Krzaku cię polubił, to widać.

— W którym momencie to widziałeś? — zapytał Dziki, robiąc głupią minę.

— Posłuchaj, on nie zatrzymał cię z grzeczności. Krzaku taki nie jest, gdyby nie chciał cię tutaj, to nawet by się ucieszył, że zdecydowałeś się odejść z własnej woli. — Mówiąc to Mike, skinął głową, dając znak, by ruszyli w drogę.

Minęli ogrodzenie baru i kilka starych autobusów.

— Będziemy z nich robić prowizoryczne mury — wyjaśnił, wskazując na pojazdy. — Dzięki nim zatrzymamy przynajmniej część tego cholerstwa, które się złazi, no ale ciągle brakuje materiałów — dodał.

Kiedy minęli plac przy barze i wąską drogą szli koło starych magazynów kolejowych, Dziki zobaczył jakąś postać zmierzającą w ich stronę.

— To Maniek — ucieszył się Mike — jeden z równiejszych gości we wspólnocie... Siema, Knypku — krzyknął Mike, machając ręką.

Niski chłopak o krótko ściętych czarnych włosach skinął im głową z daleka. Kiedy się zbliżył, Dziki przyjrzał mu się wyraźnie, miał na sobie stary wojskowy mundur z odprutymi flagami, a z tyłu ogromny plecak. Pod prawym ramieniem zwisała mu kabura z pistoletem.

Witam Pany — odpowiedział, podając Mikowi i Dzikiemu rękę. — Więc to jest powód wczorajszego rabanu, co? Jak tam warunki? Już spełnione?

— Taa, pozostało jeszcze zrobić dobrze wspólnocie — zażartował wulgarnie Mike.

— No to tyłki was rozbolą, bo chłopaki ostro na niego pomstują — odpowiedział Maniek, spoglądając na Dzikiego.

— Pomstują, ale za robotę to się żaden nie weźmie. Widzę, że jak poszedłem z Dzikim, to teraz ty latasz po zaopatrzenie — stwierdził Mike, przyglądając się wypchanemu plecakowi mężczyzny.

— Taaaaa — potwierdził, ziewając, Maniek — od kiedy zabunkrowaliśmy bar, to wszyscy się w cholernych strażników pozamieniali, tylko pilnować nie ma czego. To co macie zamiar zrobić?

— Jeszcze nie wiem — odpowiedział Mike — zastanawiam się, czego najbardziej nam brakuje, wiesz, żeby nie cisnęli Dzikiego, jak to przyniesie.

— Brakuje wszystkiego, bo na dwadzieścia dwie osoby tylko trzy chodzą po towar. A cisnąć go i tak będą, bo przeskoczył na początek listy, chociaż kolejność była zaklepana — stwierdził Maniek z goryczą w głosie. — Ale tak między nami to niech się kurwa nauczą, że ci, którzy coś robią mają większe prawo głosu. Bo dać pistolet i powiedzieć, żeby się kręcił jak idiota po pustym sklepie, to można każdemu cieciowi, co wypadnie z cmentarza... Bez obrazy — dodał po chwili w stronę Dzikiego. — Dobra, idę, bo nam księżniczki poumierają z głodu, choć to mi właściwie nasuwa myśl, że powinienem iść nieco wolniej. — Mike razem z Dzikim zaśmiali się i ruszyli dalej w stronę przejazdu.

— Brakuje wszystkiego, co? — spytał retorycznie Dziki, próbując usilnie wymyślić coś, co mógłby zrobić dla Wspólnoty, choć jedyne, co przychodziło mu do głowy, to sklep, który zaczęli szabrować na Zatorzu. — A może wrócimy do Agaty?

— Szczerze, to myślałem o tym, ale jeżeli będziemy bawić się deskami i nosić żarcie w plecakach, to zajmie nam to wieczność. Musimy znaleźć jakiś sposób, żeby zebrać większą ilość towaru na raz. Jak przyniesiemy zapasy na parę tygodni, to się wszystkim zamkną dzioby — stwierdził Mike.

— Gdyby udało się nam skombinować jakieś większe auto, ale poza autobusem i tych na obwodnicy, to żadnego nie widziałem — rozmyślał Dziki.

— Poza obwodnicą to i ja żadnego nie widziałem, ale dlaczego by nie wziąć jednego z tamtych? —spytał Mike, uśmiechając się złowieszczo.

— Myślisz, że one się do czegoś nadają? — spytał Dziki, zastanawiając się, czy samochód w ogóle da radę odpalić po tylu latach postoju.

— Nie mam pojęcia, samochody są głośne i zwracają uwagę, więc nikt nie zadawał sobie trudu, żeby jakiś ściągnąć z obwodnicy. Tak naprawdę to do tej pory zastanawiam się, jakim cudem udaje się przetrwać freedombusowi. No dobra, nie dowiemy się, jeżeli nie sprawdzimy — skwitował w końcu Mike i razem z Dzikim ruszyli w stronę obwodnicy.


210 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie