ROZDZIAŁ V - Delimer

-JEEEEEEEEEEEEEZUUUUU NIEEEEEEEEEEEEEEEEEE!

Wrzask, jaki usłyszał Dziki, poderwał go na równe nogi tak szybko, jak chyba jeszcze nigdy nie udało mu się wstać. Z walącym sercem próbował zobaczyć cokolwiek wokół siebie, ale w domu było tak ciemno, że nie widział dobrze własnych rąk. Przez chwilę myślał, że coś mu się przyśniło, lecz wtedy usłyszał drugi głos gdzieś na zewnątrz.

— POMÓŻ MU KURWA!!! NO JUŻ!!! GDZIE TY KURWA BIEGNIESZ!?

Wrzaskom i zawodzeniom nie było końca. Ktoś ewidentnie szamotał się za oknem.

— Mike — szepnął, próbując dojrzeć jakikolwiek kształt czy zarys przyjaciela w tym mroku, ale jego wzrok nie mógł się przyzwyczaić.

— Tu jestem, Dziki — odezwał się szept z ciemności. Dziki opadł cicho na podłogę i czołgając się po podłodze, zbliżył się do okna, gdzie po omacku zlokalizował Mike’a, klepiąc go dłonią po czuprynie i twarzy, na co ten zareagował cichym parsknięciem.

— Nie wychylaj się — wyszeptał przyjaciel oparty o grzejnik tuż obok niego. Z tego, co Dziki wyczuł, broń trzymał w pogotowiu.

— Co się tam dzieje? — spytał drżącym głosem, nie mogąc się uspokoić.

— Cholera wie… — stwierdził. — Mam tylko nadzieję, że to nie Michał. Musimy przeczekać do rana. Teraz i tak nic byśmy nie zdziałali.

Leżeli tak pod oknem jeszcze jakiś czas pomimo tego, że krzyki ustały tak nagle, jak się pojawiły. Dziki już nie zasnął, Mike natomiast bez ceregieli rozłożył się na dywanie i już po chwili chrapał w najlepsze. Dopiero, gdy zaczęło świtać przebudził się i wychylił przez okno, by spojrzeć na ulice.

— Chyba pusto — wyszeptał. — Chodź, sprawdzimy, co się stało — powiedział, podrywając się z miejsca.

Wyszli powoli z mieszkania. Mike szedł pierwszy z karabinem w pogotowiu, zgarbiony jak żołnierze na filmach. Dziki tuż za nim, powoli, przy murze, z siekierą w dłoni. Zbliżyli się do stalowego ogrodzenia, za którym byli jeszcze trochę ukryci, gdyby ktoś obserwował ich od strony ulicy. Mike przyglądał się czemuś przez pręty. Nagle skrzywił się dość mocno i cofnął się gwałtownie.

— Trup — powiedział zdenerwowanym głosem, przełykając nerwowo ślinę. Odchylił cicho drzwi od bramy.

Dziki przez jego ramię zobaczył leżące na ziemi ciało, z tej odległości trudno było jednak cokolwiek powiedzieć. Postać miała niebieską bluzę z kapturem zaciągniętym na głowę, a na lewym ramieniu przewiązaną czerwoną wstążkę. Mike rozejrzał się po ulicy i wyszedł pierwszy. Dopiero kiedy się zbliżyli, Dzikiemu włosy stanęły dęba. Młody chłopak był wykręcony jak kluska, jakby coś z niezwykłą siłą skręciło go wpół i rzuciło nim o ziemię.

— Żołnierz Daniela — skwitował Mike, krzywiąc się na jego widok. — Widzisz wstążkę? Dziki? — dopytywał się, nie otrzymawszy odpowiedzi.

Dziki nie mógł jednak nic powiedzieć. Widok tego zmasakrowanego ciała wzbudził w nim potężną falę mdłości. Uniósł rękę, by dać do zrozumienia, że potrzebuje jeszcze chwili. Mike uśmiechnął się, widząc jego minę.

— Będziesz rzygał?

Dziki pokręcił tylko głową i wyprostował się, oddychając głębiej parę razy. Dopiero teraz był gotów, by znów spojrzeć na ciało.

— Przepraszam, ja… — powiedział i dalej z obrzydzeniem zerknął na denata.

— Spoko, stary, i tak jestem w szoku, że się nie porzygałeś. Dobra, nie gadajmy o tym, zobacz. — Wskazał na wstążkę. — Ci najniżej postawieni rozpoznają się po niej. Armia jest duża, ciągle ktoś ginie, ciągle dołącza ktoś nowy, dlatego nie poznają się po gębach. Ze wstążką na ramieniu jest spora szansa, że mógłbyś się dostać nawet pod sam H-Market. O ile nie sprzątnąłby cię ktoś spoza Armii. Mało kto za nimi przepada. — Mike przyglądał się chwilę ciału. — Raczej nie ma przy sobie nic ciekawego, ci najniżej postawieni dostają tylko wyżywienie, sami muszą zorganizować sobie ekwipunek — dodał prostując się i rozglądając dookoła. — Nie widywałem ich wcześniej w tej okolicy. Muszą szukać czegoś konkretnego, inaczej nie ryzykowaliby podróży tak daleko od swojej bazy.

— Słyszałem o tej armii, Kuba z autobusu mi o niej mówił — powiedział Dziki. — Widziałem nawet jakiś plakat na przystanku. Kim oni właściwie są? To jakieś dawne wojsko? — spytał, a Mike na te słowa prychnął śmiechem.

— Wojsko, dobre sobie. Chyba w egocentrycznych wizjach jedynego miłościwego księcia Daniela. To trochę dłuższa historia, opowiem ci po drodze, chodź — powiedział i ruszył w głąb osiedla, ciągle bacznie obserwując okolice.

— Masz jakiś konkretny plan, jak znaleźć tego Modrzewa? Sorry, ale obawiam się, że bez doświadczenia, czy choćby wiedzy jak on wygląda, nie będę ci zbyt pomocny — zaczął Dziki, ale Mike spojrzał na niego przez ramię z uśmiechem.

— Spokojnie, stary. I tak dajesz radę. Idziemy tam, gdzie można się ukryć — powiedział Mike z uśmiechem. Ruszyli naprzód, mijając kolejno boczne uliczki i domy. Mike wspominał co chwila, że ilość rzeczy, jaką można by było tu znaleźć, mogłaby wyprawić niejednego nowo przybyłego, a i starczyło by pewnie dla wspólnoty. Wypady i oczyszczanie terenu według Krzaka było jak na razie zbyt niebezpieczne, więc każdy, kto tu przychodził, robił to na swoją odpowiedzialność.

— Mike, słuchaj… — powiedział po dłuższej chwili Dziki, spoglądając na plecy kompana. — To wczoraj, wiesz… Trochę mnie poniosło i… Właściwie przeprosiłeś mnie za coś, za co ja powinienem przeprosić ciebie.

— Dobra, stary, było – minęło. Rozumiem i nie mam urazy — odpowiedział po chwili, ale nie spojrzał w jego stronę. — I chciałbym żeby tak zostało.

— Jasne — odpowiedział Dziki. — A no i dzięki w ogóle…

— Przestań, jesteś moim przyjacielem — powiedział i spojrzał na niego przez ramię.

Dziki uśmiechnął się, widząc znów to same spojrzenie, które znał i poczuł wewnętrzną ulgę.

— Skończmy te łzawe tematy — powiedział, śmiejąc się krótko. — Więc pytałeś o Armię, to dłuższa historia. Jak zapewne już wyłapałeś, ludzie pojawiają się w Krańcowie od dłuższego czasu. No, a jak się pojawiają, to znaczy, że ktoś musiał pojawić się pierwszy — tłumaczył, gestykulując. — No i pojawił się pierwszy, którego wszyscy nazywają tu Pierwszym. Wiem, niezbyt to oryginalne, co?

Dziki zaśmiał się przytakując.

— W każdym razie ten Pierwszy mógł równie dobrze zginąć i pewnie nikt by się o nim nie dowiedział, ale nie dość, że nie zginął, to jeszcze okazał się być wyjątkowo kurde zaradny. Nie wiem, czy w młodości był fanem survivalu, czy jednym z tych maniaków, co kopią sobie bunkry pod domami, ale w pustym mieście czuł się chyba jak ryba w wodzie. Wyczyścił wszystkie najbardziej oczywiste miejsca z broni: komisariat, jednostkę wojskową, nawet muzeum nie oszczędził. Gromadził sobie zapasy po budynkach, szabrując sklepy itd. A potem pojawił się drugi i trzeci. Ponoć na początku błysk wyrzucał niewielu ludzi… — opowiadał Mike, podczas gdy Dziki obserwował tak dobrze sobie znaną okolicę. Pamiętał każdy z tych budynków, pamiętał twarze ich mieszkańców. Teraz było tu tak pusto.

— Trójka pierwszych żyła tutaj, nie wchodząc sobie wzajemnie w drogę, aż pewnego dnia błysk wywalił największą zarazę, jaką nosiła Krańcowa Ziemia: Daniela, który co gorsza okazał się być krewniakiem Pierwszego.

— Niezły zbieg okoliczności, co? — wtrącił Dziki i zaśmiał się, widząc jak Mike wywraca oczyma.

— Niestety nie do końca, z błysku wypadają tylko ludzie z okolic Krańcowa, nie młodsi niż trzynaście i nie starsi niż trzydzieści lat, co nie daje nam wcale tak dużej liczby potencjalnie się pojawiających. To pewnie też powiedział ci Kuba, co?

Dziki przytaknął.

— W każdym razie kuzynowie spiknęli się ze sobą i niestety o ile Pierwszy troszczył się wyłącznie o własne przetrwanie, o tyle jego brat miał nieco ambitniejsze plany. Wykorzystując zgromadzone przez Pierwszego zapasy, uzbroili kilku znajomych ze starego świata i stworzyli Oddział Daniela.

W trakcie opowieści minęli kolejne budynki, zatrzymując się na chwilę. Mike wyjął lornetkę i nie przerywając opowiadania rozglądał się po terenie.

— Dobrze uzbrojeni ruszyli do centrum i zdobyli największy market na terenie miasta czyli nasz H-Market, który stał się ich bazą zaopatrzeniową. Oczywiście to szybko zwróciło uwagę, w międzyczasie błysk wywalał coraz więcej nowo przybyłych, no i nie wszyscy byli tępakami. Wiesz, serial „Przetrwać za wszelką cenę” był dość popularny — dodał Mike, wspominając po raz kolejny popularny w starym świecie serial o grupie ludzi próbującej przetrwać w zniszczonym świecie pełnym Zombie.

— Daniel zrozumiał więc, że w końcu pojawi się dość liczna grupa na tyle ogarniętych ludzi, by móc zagrozić jego pozycji. Zaczął więc zbierać sobie Armię. — Mike przerwał na chwilę, wskazując na coś palcem i podał Dzikiemu lornetkę. Przyglądając się wskazanemu przez przyjaciela domostwu, dostrzegł jakąś postać w jednym z okien domów. — To Gospodarz — powiedział.

Dziki stał tam przez chwilę, obserwując przechadzającego się po pokoju niewykształconego, a Mike znów zaczął mówić:

— Oczywiście Daniel brał do Armii tylko tych najgorszych i najsłabszych, takich, którymi łatwo było manipulować i rządzić. Ze starego oddziału stworzył sobie kadrę oficerską i stał się największą potęgą pseudomilitarną jaka istnieje w Krańcowie. Oczywiście, oprócz nas — dodał na koniec, szczerząc zęby.

Dziki spoglądając na niego pokiwał z pobłażaniem głową. Gdy napatrzył się już na gospodarza oddał Mike’owi lornetkę i ruszyli dalej.

— Daniel miał co prawda ambicje, żeby zlikwidować każdą tworzącą się grupę, ale w międzyczasie otrzymał cios w plecy, bo braciszek odszedł z Armii — dokończył.

— O, czemu? — zapytał zaskoczony Dziki.

— Słyszałem tylko plotki, wiesz, Daniel nie jest zbyt miłym gościem, więc jak pewnie sobie wyobrażasz, gwałty, morderstwa dla zabawy i tym podobne były w Armii na porządku dziennym. Podobno Pierwszemu nie bardzo to odpowiadało, więc odszedł — stwierdził Mike, drapiąc się po głowie.

— Kiepsko.

— Dla Daniela na pewno. Stracił możliwość dozbrajania Armii, Pierwszy chyba zapobiegawczo nie oddał bratu całej broni, jaką posiadał, a zaraz potem na bakier Danielowi zrodziła się zasada 3. Podobno przedtem ludzie nie przyciągali niewykształconych. Po tym musiał już trzymać żołnierzy, by bronili jego zapasów w markecie, więc nie mógł jednocześnie walczyć z grupami, które tworzyły się w innych częściach miasta.

— Hmm, no dobra, ale skoro ten Pierwszy zebrał całą broń, to skąd masz ją ty, albo Siwy? — zapytał zainteresowany tematem Dziki, licząc na to, że może przyjdzie mu do głowy coś, co pozwoli uniknąć kolejnego spotkania z Siwym.

— Ja miałem trochę farta, udało mi się znaleźć jedną z kryjówek Pierwszego. Niedługo potem jak się pojawiłem. Były też miejsca, których Pierwszy nie przewidział, niektórzy mieli prywatną broń w domach, były też grupy rekonstrukcyjne — wytłumaczył Mike.

— A ten Pierwszy, co się z nim stało? — Dziki zerknął przez płot do kolejnego z domów, ale nie dostrzegł tam nikogo.

— Nie wiem, nigdy go nie widziałem, znam tę historie tylko z opowieści. Skręcamy tu — powiedział, wyglądając najpierw zza uschniętego żywopłotu.

Dziki spojrzał na wyłaniającą się przed nimi dopiero co wybudowaną obwodnicę wokół miasta. Wysokie na kilka metrów nienaruszone ekrany dźwiękochłonne oddzielały jedną część Zatorza od drugiej niczym mur. Mike machnął na niego ręką i ruszyli w prawo, dalej klucząc powoli chodnikiem.

— Wiesz, bez telewizora i Youtuba ludzie robią się gadatliwi, więc sporo różnych opowieści kręci się po Krańcowie.

— No tak — stwierdził Dziki, przyznając, że coś w tym jest.

Droga, którą szli, była tak samo pusta, jak w innych częściach miasta. Dzikiego zaczęło zastanawiać, co stało się ze wszystkimi samochodami w mieście, bo do tej pory nie spotkali na ulicy żadnego wraku. Miał jednak trudności, by zastanowić się nad tym głębiej, bo brzęczenie od strony szyn wibrowało w głowie, nie pozwalając się skupić na czymkolwiek. Kiedy przechodzili pod wiaduktem, idąc wzdłuż torów, Dziki zerknął na graffiti. Było takie samo, jak je zapamiętał, przez co prawie się uśmiechnął. Wychodząc zza zakrętu, wpadł na stojącego jak drzewo Mike’a spoglądającego przez swoją lornetkę.

— Kurde, nie wierzę.

Szok w głosie kolegi natychmiast postawił Dzikiego w stan gotowości, zacisnął ręce na siekierze i rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, co wywołało u Mike’a takie poruszenie. Uliczka, do której skręcili, nie różniła się wiele od poprzedniej. Mike stał tam jednak z miną jak dziecko, które widzi wystawę z zabawkami.

— Patrz — wskazał palcem uradowany.

Dziki przyjrzał się uważnie i zauważył mały prywatny sklep schowany między osiedlowymi budynkami.

— „Agata” — przeczytał, nie mając pojęcia, o co chodzi Mike’owi.

— Byłem tu w zeszłym tygodniu. Tak jakby — dodał zamyślony, gubiąc się znowu w różnicy czasu między starym i nowym światem. To było naprawdę dziwne. Choć sam pamiętał, że niedawno robił tu zakupy, to sklep w rzeczywistości musiał stać od kilku lat nietknięty.

— Znam duże sklepy w Krańcowie — powiedział Mike i ruszył czym prędzej przez ulicę, zbliżając się do furtki przed sklepem. — I niestety reszta z tych, którzy się pojawili, też je zna. Więc w większości z tych sklepów są w tym momencie puste półki. Coś takiego jak to jest prawdziwym rarytasem... — dodał po chwili.

Stanęli przed drzwiami tego niewielkiego budyneczku. Mike pociągnął powoli za klamkę. Drzwi nie były zamknięte i z cichym skrzypnięciem otworzyły się przed nimi. Zapach, który wydostał się ze środka, był odrzucający. Dziki zasłonił sobie usta i nos rękawem.

— Nie krzyw się tak — zaśmiał się Mike, widząc minę Dzikiego. — Ucieszysz się, jak już wejdziemy i trafimy na górę żarcia.

— Wątpię — odpowiedział mu Dziki i wstrzymując oddech, razem z przyjacielem dał nura do środka.

Mike podał mu zapaloną latarkę, a sam uniósł karabin w pogotowiu. Nieduży prywatny sklep zdawał się być nietknięty zębem czasu, na półce za ladą kasową stały słoiki pełne gotowych dań typu pulpety i flaczki. Tuż obok wejścia na drucianym stojaku stały chipsy i prażynki, a w głębi pomieszczenia chłodziarka na piwo i inne alkohole. Po rozejrzeniu się, Dziki zlokalizował źródło smrodu, lodówka ze zgniłą wędliną stała na końcu lady po prawej stronie. Chociaż ciężko było się zbliżyć, żeby nie zwymiotować, Dziki zauważył, że nie było tam żadnego robactwa. Przeszło mu teraz przez głowę, że w tym świecie może w ogóle nie być zwierząt, przynajmniej żadnego jeszcze nie widział.

— Hej, Mike, czy tutaj są jakieś zwierzęta? To znaczy w mieście? — spytał, spoglądając, jak przyjaciel w mgnieniu oka znalazł się za ladą, a teraz przeczesuje półkę z chipsami, które wyjątkowo dobrze oparły się próbie czasu.

— Som… — odpowiedział Mike z wypchanymi ustami, próbując przełknąć solone prażynki. — I uwierz mi, nie chcesz ich spotkać. Podaj mi plecak, trzeba sobie wziąć parę rzeczy na drogę — powiedział, wyciągając rękę. — Jak już załatwimy sprawę z bronią, to wrócimy tutaj...

Mike zaczął pakować do największej z kieszeni słodycze i inne produkty z długotrwałą datą spożycia. I nagle stało się coś, od czego obydwaj zesztywnieli. Ktoś otworzył drzwi z rozmachem. Dziki od razu poświecił latarką w stronę wejścia, choć nie było to konieczne, światło z zewnątrz oświetliło postać dostatecznie dobrze. Chłopak, jak większość ludzi których spotkał Dziki, był młody, miał na sobie wojskowe spodnie i buty oraz czarną koszulkę z czerwoną opaską na ramieniu, w dłoni zaś trzymał zakrwawioną maczetę. Rozbiegane oczy i świszczący oddech mówiły o tym, że biegł tu ile sił w nogach.

— Rusz się tylko, a cię rozwalę — warknął zza lady Mike, chwytając za karabin i celując w przybysza.

Ten jednak nie miał zamiaru się opierać, ku zaskoczeniu ich obu padł od razu na kolana i wyrzucił maczetę przed siebie, unosząc wysoko ręce w górę.

— Pomóżcie mi, proszę — zawołał rozpaczliwie, błądząc po nich wzrokiem, z którego biło czyste przerażenie. — Błagam! Ja nie chcę umierać, błagam… — Głos trząsł mu się tak żałośnie, że Dziki nie wiedział, co ma myśleć. Mike w tym czasie przechodził przez ladę, bacznie obserwując na zmianę to jego, to drzwi, cały czas celując w stronę nieproszonego gościa.

— Zamknij się — powiedział Mike. — Co tutaj robisz? Śledziłeś nas?

— Ni… nie... nie — odpowiedział klęczący na podłodze chłopak łamiącym się głosem. Dziki spojrzał na jego twarz, po której spłynęły łzy, a podbródek zatrząsł mu się tak, jakby chciał sobie ze strachu odciąć usta. — On mnie gonił, zobaczyłem światło w sklepie i wpadłem tu… Ja nie chcę umierać — zawył ponownie, rozklejając się jak dziecko. Po chwili zaś kulił się na podłodze, płacząc rzewnie.

— Kto cię gonił? — spytał Dziki, patrząc w zwiniętą na podłodze postać mężczyzny. Nie musiał jednak długo czekać na odpowiedź. Wszyscy trzej usłyszeli dźwięk rozrywanego metalu, a potem głuche uderzenie.

Dziki wyjrzał przez okno w sklepie i zobaczył coś, od czego zamarło mu na chwilę serce. Niewykształcony, którego zobaczył przez okno, był wysoki jak samochód dostawczy, człekokształtna bestia odziana była w niebieski roboczy kombinezon i miała bardzo długie, wręcz karykaturalnie przerośnięte ramiona. Na twarzy zaś miała maskę z wyglądu przypominającą tę spawaliczą z jednym przyciemnionym szkiełkiem na oczy, jednak nie była ona całkiem zwyczajna. Kiedy niewykształcony obracał głowę, rozglądając się, Dziki zauważył, że nie jest ona w żaden sposób przyczepiona, leczwyrasta mu z tyłu karku.

Mike, widząc to samo ponad ramieniem Dzikiego, zbladł tak bardzo, że zdawał się prawie świecić w ciemności.

— Delimer — powiedział otępiały. Obcy Mężczyzna próbował poderwać się z kolan, by uciec od drzwi, ale ten zryw musiał otrzeźwić Mike’a, bo momentalnie uderzył członka Armii kolbą w głowę i przycisnął do podłogi.

— Ty, skurwysynu, ściągnąłeś na nasDelimera! — wrzasnął wściekle Mike.

W tym czasie Dziki zamarł, nie wiedząc co robić. Potwór wolno, ale nieubłaganie zbliżał się w stronę wejścia, a odgłos szamotaniny zdawał się przyciągać go bardziej.

— Nie mogłeś kurwa zginąć samemu! Postanowiłeś zabrać sobie towarzyszy, ha?! — krzyczał Mike, siłując się z mężczyzną.

— Nie błagam, ja nie chcę, ja nie chcę… — krzyczał żołnierz Daniela, próbując wyrwać się Mike’owi w panicznej szarpaninie.

— Dziki pomóż mi! — ryknął Mike w jego stronę, otrzeźwiając go z szoku i jednym niespodziewanym ruchem odciągnął mężczyznę na tyle, by móc uchylić drzwi. Dziki dopadł do tej szamoczącej się dwójki i pomógł Mike’owi przytrzymać wyrywającego się żołnierza.

— Musimy go wypchnąć, inaczej pozabija nas wszystkich! — warknął wściekle Mike, próbując przepchnąć mężczyznę przez rozchylone drzwi. Na zewnątrz Delimer wyrwał już furtkę z ogrodzenia, jakby była z plasteliny i zaczął rozbijać betonowe słupki rękoma.

— Nieeeee! — wydarł się histerycznie żołnierz i chwycił z całej siły za futrynę.

Pomimo potężnej muskulatury Mike’a nie mogli jednak wypchnąć go na zewnątrz, zdesperowany chwycił za karabin i strzelił mężczyźnie w rękę. Ten ryknął z bólu, chwytając się za ranną dłoń, dzięki temu zdołał ostatecznie przepchnąć żołnierza za drzwi. Mężczyzna wypadł, turlając się prawie pod samą bestię.

— Uciekaj, teraz! — ryknął z tyłu Mike i popchnął Dzikiego przed siebie, wybiegając ze sklepu. Szerokim łukiem minęli roztrzaskaną furtkę i dobiegli do ogrodzenia łączącego plac przed sklepem z sąsiednią działką, wtedy też Dziki usłyszał wrzask mężczyzny, którego tam zostawili.

Odwrócił się i zobaczył jak monstrum unosi go do góry i rzuca o resztki ogrodzenia. Trzask łamanych kości był tak bardzo głośny, że słyszeli go nawet z drugiej strony placu. Mężczyzna zawył przeraźliwie, a Dzikiemu zrobiło się słabo. Do gardła nabiegło mu tyle śliny, że wiedział, iż za chwilę zwymiotuje. Potwór podszedł do krzyczącego i swoją ogromną ręką przycisnął jego głowę do betonu. Niczym prasa zaczął wciskać ją powoli w ziemię, aż w końcu czaszka niewytrzymała i roztrzaskała się jak arbuz.

Dziki uniósł dłoń do ust, ale i tak nie powstrzymał fali wymiocin. Zawartość żołądka wylała się prosto pod jego nogi, a on sam zgiął się w pół.

Stał tam, nie mogąc się ruszyć, nogi zmiękły mu tak bardzo, że upadł na kolana. Klęcząc na ziemi, mimowolnie spojrzał na krew zmieszaną z mózgiem oraz włosami wystającymi spod dłoni Delimera. Niewykształcony jak posąg górował nad zwłokami. Przez moment stał całkiem nieruchomo, z ręką wciąż wciśniętą w miejsce głowy mężczyzny, zupełnie jakby przyglądał się swemu dziełu. Po chwili jednak podniósł się i skierował swój ogromny łeb w stronę Dzikiego. Nim jednak zdążył się choćby ruszyć w ich stronę, Dziki poczuł, że ktoś szarpie go do tyłu.


197 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie