Rozdział IX - Chłodne powitanie

— Wyspany? — spytał wesoło Mike, spoglądając, jak Dziki niezgrabnie próbuje wydostać się ze swojego śpiwora.

Dziki nie odpowiedział natychmiast, od pierwszej nocy w tym świecie nie spał chyba jeszcze tak twardo. Przez chwilę po przebudzeniu zastanawiał się nawet, dlaczego zamiast białego sufitu w swoim domu, widzi nad głową starą poszarzałą jarzeniówkę. Jego wczorajsze przyjęcie w kręgi wspólnoty odbyło się bez większych ceremoniałów. Gdy wjechali na teren dworca, było już całkiem ciemno, a większość mieszkańców wspólnoty spała twardym snem. Nie mniej, gdy dotarli pod sam bar, czekał już na nich lider wspólnoty Krzak w towarzystwie jakiegoś nieznanego Dzikiemu człowieka. Najpewniej to on pełnił tego dnia nocną wartę i zaalarmował lidera, gdy w stronę ich bazy zbliżył się samochód. Początkowa kwaśna mina Krzaka, który zapewne spodziewał się, że samo auto jest tym, co Dziki zamierza ofiarować wspólnocie, zmieniła się zupełnie, gdy Mike otworzył pakę i ukazał zawartość pojazdu. Ilość zapasów przyprawiła o zdumienie nie tylko Krzaka, ale i stojącego z nim wartownika.

Po tej krótkiej prezentacji Dziki stał się oficjalnie częścią wspólnoty i wczorajszej nocy otrzymał od Krzaka: karimatę, śpiwór i swoje oficjalne miejsce na podłodze baru, gdzie wreszcie udało mu się porządnie wyspać.

— Strasznie spokojna noc, odwykłem od snu nieprzerwanego wrzaskami... — stwierdził Dziki, wydostając w końcu nogi ze śpiwora. Było to dla niego niewyobrażalne, jak bardzo musiał się rzucać we śnie, skoro doprowadził posłanie do takiego stanu.

— Gdzie są wszyscy? — spytał po chwili, obserwując puste legowiska rozsiane bez ładu po podłodze.

— Na śniadaniu, posiłki wydaje Maniek na skwerku za barem. Jak się pośpieszysz, to może uda nam się jeszcze coś złapać... — wyjaśnił Mike.

Dziki słysząc to, poderwał się momentalnie, dźwięk słowa śniadanie sprawił, że jego organizm natychmiast zaczął się domagać tego, czego odmawiano mu od tak długiego czasu, czyli normalnego posiłku.

Z lekkim obrzydzeniem spojrzał w stronę zwiniętej koszulki i spodni, które nosiły na sobie ślady zbyt długiego pobytu w Krańcowie. Przyjaciel widząc jego minę, sięgnął do plecaka, który miał ułożony obok swojego posłania.

— Masz tu coś na przebranie — stwierdził, rzucając w stronę Dzikiego zwitek ubrań. Mike musiał zrozumieć katusze, jakie przeżywał ktoś chodzący od tygodnia w tych samych ciuchach.

— Jak zjemy, to pójdziemy poszukać ci trochę niezbędnych rzeczy... Eh, buty też już masz w kiepskim stanie — dodał, obserwując trampki Dzikiego sfatygowane kilometrami przebytymi w ostatnim czasie.

Dziki wcisnął na siebie za duże dresy i koszulkę. Przy swojej niezbyt potężnej posturze wyglądał trochę jak strach na wróble, była to jednak lepsza alternatywa od zasmradzania całej okolicy. Przed wyjściem Dziki sięgnął jeszcze pod karimatę i wyciągnął pistolet, którego przezornie nie pozostawił na widoku. Chwilę później razem z Mikiem opuścili bar.

— Pogoda się tu w ogóle zmienia? — spytał, bo od kiedy tylko się pojawił, szare ponure niebo bez odrobiny słońca było widokiem, jaki zmuszony był oglądać codziennie.

— Od półtora roku ciągle jest tak samo... — stwierdził Mike, odruchowo spoglądając w górę.

Z tyłu za barem trwała właśnie jakaś ożywiona dyskusja, Mike skinął głową i poprowadził Dzikiego przez małą żelazną furtkę na tył budynku. W starym świecie znajdował się tam ogródek piwny, gdzie klienci w pogodne dni popijali sobie alkohol pod chmurką. Dziki miał wrażenie, że miejsce, podobnie jak sam budynek baru, nie zmieniło się zbyt mocno. Stare drewniane stoły z dużymi kolorowymi parasolami reklamujące znane marki piw stały rozstawione bez większego ładu na kostce za barem. Z tą jednak różnicą, że pewnie nawet w najlepszych dniach ten mały barek nigdy nie był tak wypełniony ludźmi.

Gromada wspólnotowców zajadająca posiłki zajmowała niemal wszystkie możliwe miejsca przy stołach. Maniek, którego Dziki spotkał już wcześniej, wydawał je oknem, przez które kiedyś sprzedawano piwo bezpośrednio na tył. Cisza, jaka zapanowała, gdy tylko wszedł w zasięg wzroku siedzących tam ludzi, dała mu jasny obraz, że to właśnie on był dzisiaj tematem numer jeden przy śniadaniu.

Nie zważając na to ani trochę, Mike pchnął go w stronę pustych miejsc przy jednym z długich stołów. Siedząca przy nim grupa ludzi obrzuciła Dzikiego niechętnym spojrzeniem, a gdy tylko usiadł, niemal posadzony siłą przez przyjaciela, wszyscy jak jeden mąż ostentacyjnie skupili wzrok w swoich talerzach.

— Siema, Chłopy! — niemal wykrzyczał Mike, przerywając trwającą ciszę.

Dziki miał wrażenie, że albo nie dostrzega, co się dzieje, albo zupełnie nie zwraca na to uwagi.

— Ooo cześć, Mike — odpowiedział ironicznym tonem krótko obcięty chłopak z licznymi szramami na twarzy — wyspaliście się? Wygodnie i bezpiecznie w dużej grupie, co?

— A ciebie, Ostry, co ugryzło? — spytał Mike, piorunując wzrokiem siedzącego przed sobą kompana.

— Nic, nic. Chodźcie, chłopaki, Mike i jego kumpel mają pewnie sporo do pogadania. Wspomnienia ze starego świata i tym podobne... — Mężczyzna podniósł się, zostawiając niedojedzone śniadanie na talerzu.

— Znowu będziemy się w to bawić, Ostry? W dręczenie nowego? — spytał, opierając się pięściami o stół i prezentując przy tym swoje potężnie zbudowane barki.

— Tu nie chodzi o żadne dręczenie... — wtrącił bardzo wysoki, chudy chłopak siedzący na końcu stołu. — Ale wiesz, niektórzy z nas już dawno zauważyli, że zasady ustalone przez Krzaka są często naginane dla pewnych wybranych osób...

Twarz Mike’a przeszył wyraźny grymas.

— Sugerujesz, Robal, że ja tu zajmuję jakieś wyższe miejsce? Że nie narażam się dostatecznie dla wspólnoty albo spijam efekty czyjejś pracy? — wysyczał z wyraźną wściekłością malującą się na twarzy.

Wysoki chłopak nazwany Robalem opuścił głowę i wymamrotał pod nosem coś, co brzmiało jak: „była kolejka...”

— A nawet jeśli była... — Maniek pojawił się przy stole tak niespodziewanie, że wszyscy siedzący tam ludzie łącznie z Mikiem aż drgnęli — to kolejka obowiązuje balasty, nie weteranów.

— Co ty pieprzysz, Maniek? — Ostry, widząc poparcie ze strony Robala, musiał nabrać nieco więcej pewności siebie, bo wyprostował się i wskazując palcem na Dzikiego wykrzyknął: — To truchło nie jest weteranem, sam nie przeżyłby tu dnia.

W Dzikim znowu rozlały się sprzeczne uczucia. Z jednej strony miał ochotę wstać i rąbnąć Ostrego w jego głupi ryj. Z drugiej jakiś cichy głos w jego głowie dawał mu do zrozumienia, że w tym, co mówi, może kryć się sporo prawdy. Skoro jednak zdecydował się podążać tą drogą, nie miał zamiaru pozwolić na to, by ktoś pogrywał z nim w ten sposób.

— A co, może byłeś i sprawdzałeś? — warknął tak groźnie, jak tylko potrafił.

Ostry być może nie spodziewał się, że Dziki włączy się w kłótnię, bo mina mu nieco zrzedła, a dłoń się cofnęła. Widząc to Dziki, spojrzał pewnie prosto w jego oczy i tak jak się spodziewał, Ostry natychmiast zwrócił się w stronę Mańka.

— Maniuś, przecież to jasne, że Mike wcisnął nam balast. Po tym, co odwalił Robert ze swoim bratem, sam najgłośniej krzyczałeś do Krzaka, że nie chcesz tu więcej takiej chałtury.

Dziki zauważył, że niski chłopaczek siedzący przy jednym ze stołów drgnął nerwowo, rzucając zlęknione spojrzenie w ich stronę.

— A może ja nie uważam, że Dziki to chałtura? Zgadnij, dzięki komu po raz pierwszy od dawna jesz normalne śniadanie? — odpysknął natychmiast Maniek.

Ostry spojrzał odruchowo na swój talerz, a potem z powrotem na Mańka.

— Mamy zasady...

— Zasady, o których przypomina wam się zawsze, gdy działają na waszą korzyść — wtrącił się Mike. — Dlatego nigdy nie ma problemu, żeby znaleźć chętnego do posprzątania po śniadaniu albo żeby stanąć na warcie w nocy. A potem, gdy trzeba ruszyć po coś dupę za stację, to wszyscy rozkładają ręce, twierdząc, że to, co swoje, już dzisiaj zrobili.

— I co, twierdzisz że się nie narażam, że nie walczę dla wspólnoty? — wrzasnął Ostry, a Dziki miał wrażenie, że za chwilę dojdzie do bójki.

— Twierdzę, że walczysz dla ochrony własnej dupy, bo zmusza cię prawo trzech... — warknął Mike.

Ostry złapał już powietrze, by mu odpowiedzieć, ale niespodziewanie wszyscy siedzący przy stołach obrócili się w stronę wejścia na skwerek. Krzak wszedł przez furtkę, otwierając ją z głośnym piskiem. Ubrany był w stary wojskowy mundur, a przez plecy miał przewieszoną myśliwską flintę. Lider wspólnoty przeszedł powoli między krzesłami, stając równo na wysokości stołu, przy którym właśnie trwała kłótnia.

— Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do decyzji, jakie podejmuję, to zapraszam na rozmowę do siebie do biura... — zaczął spokojnym tonem Krzak, ale Dziki, widząc miny ludzi dookoła, wiedział że to jeszcze nie koniec. — Natomiast jeżeli komuś nie podoba się we wspólnocie, to wypad! Wszyscy macie się za weteranów? Więc nie musicie tu być, wszyscy sobie doskonale sami poradzicie... Prawda? — Krzak rozejrzał się, ludzie przy stołach spuścili głowy, nikt nie odważył się powiedzieć słowa. — Tak właśnie myślałem. Ostry, ponieważ jesteś taki pełen energii do walki, to mam dla ciebie zadanie. Wybierzesz dwóch ochotników i pojedziesz razem z nimi do składu budowlanego, użyjecie samochodu, którym Mike i Dziki dostarczali nam wczoraj zapasy. Przywieziecie ze sobą wszystko, co potrzebne do pierwszego etapu budowy umocnień: narzędzia, arkusze grubej blachy, pręty zbrojeniowe. Dobrze by było, gdybyście znaleźli jakiś agregat...

— A jeżeli nikt nie będzie chciał iść? — wtrącił niepewnie Ostry.

— To pojedziesz sam. Ale ja na twoim miejscu wolałbym mieć kogoś, kto będzie mnie osłaniał. Gdyby przyszło ci natomiast na myśl zlekceważyć moje polecenie, to wylecisz ze wspólnoty jako przykład tego, że to moje słowo we wspólnocie jest ostateczne — stwierdził dobitnie Krzak.

Dziki zauważył, że ludzie pomiędzy stolikami spojrzeli po sobie ze zdziwionymi minami, Ostry również wyglądał jakby zupełnie nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego.

— Mike, ściągnąłeś tu Dzikiego. Zadbaj teraz o to, by pokazał, jak wiele potrafi zrobić dla tego miejsca. Tak, by nikt już więcej nie poddawał tutaj pod wątpliwość jego przydatności. A ja jego starania zweryfikuję, tak jak zweryfikuję starania każdego z was... — Krzak ostatni raz rozejrzał się po gromadzie stłoczonej na skwerku, po czym biorąc z okna puszkę Coli, wyszedł przez furtkę na zewnątrz.

Ostry spojrzał natychmiast w stronę Robala.

— Idziesz ze mną! Albo cię zweryfikuje! — ryknął rozkazującym tonem.

— Chryste... — Robal podniósł się niechętnie.

Teraz, gdy wstał, swoją posturą przypominał koszykarza, był po prostu niesamowicie długi. Ze spuszczoną głową ruszył za sięgającym mu do pasa Ostrym, mamrocząc coś pod nosem. Po ich wyjściu Mike usiadł w końcu do stołu.

— Dobra, nareszcie możemy coś zjeść.


***

— Odroczenie? Jak to odroczenie? — spytał Dziki, nie mogąc zrozumieć tego, co przed chwilą usłyszał.

Mike oparł się o mur małego domku, do którego właśnie mieli zamiar wejść i powtórzył jeszcze raz:

— A no właśnie odroczenie. Po prawie trzech to jedna z najbardziej upierdliwych zasad tego świata. Gospodarze, chociaż wyglądają jak ludzie, mają dziwną fizjologię. Dla nas naturalne jest, że strzał w głowę czy serce momentalnie doprowadza do zgonu. Ale z nimi jest inaczej. — Mike popukał sobie palcem w skroń, zbierając myśli. — Widzisz, Dziki, jeżeli nawet roztrzaskasz gospodarzowi łeb, on i tak nie umiera natychmiast. Po krótkim, czasem niezauważalnym, paraliżu wpada w stan nazywany odroczeniem. Zachowuje się wtedy, jakby nie zauważył w ogóle swojej śmiertelnej rany. Taki stan odroczenia śmierci trwa czasami całe dnie, na szczęście jednak druga śmiertelna rana kasuje go. Dlatego pamiętaj, weteran tego świata zawsze uderza dwa razy.

Dziki próbował przypomnieć sobie moment, w którym zastrzelił gospodarza, gdy nocowali w bloku. Rzeczywiście miał wrażenie, że istota dopiero po drugim strzale w głowę wyzionęła ducha.

— To odroczenie dotyczy tylko gospodarzy?

— Gospodarzy i specjalistów.

— O tym drugim nie słyszałem. — Dziki wrócił myślami do momentu, gdy Primo tłumaczył mu różne rzeczy o niewykształconych, był jednak pewien, że pierwszy raz słyszał tę nazwę.

— Specjaliści to tacy niewykształceni, którzy wrócili do miejsca swojej pracy. Spora część z nich wygląda jak tacy półludzie, półmaszyny. Zespalają się z różnymi urządzeniami ze swojego dawnego miejsca pracy, są cholernie niebezpieczni, ale na szczęście nie ma ich wielu.

Dziki skinął głową, dając znak, że rozumie, choć podejrzewał, że jego wyobrażenie specjalistów nijak miało się do rzeczywistości. W tym czasie Mike otworzył drzwi budynku, przy którym stali i dał pewny krok do środka.

Ponieważ znajdowali się bardzo blisko stacji, Mike twierdził, że tutejsze domy były już wielokrotnie przeszukiwane i raczej nie należało spodziewać się, by cokolwiek się w nich zalęgło. Mimo wszystko gdy byli już w środku, przyjaciel złapał za swój długi jak maczeta nóż i zwolnił nieco kroku.

Jasny korytarz, którym szli, pełen był różnego rodzaju tandetnych turystycznych ozdób: od pigmejskich drewnianych masek i włóczni, po ciupagi przyozdobione napisem „kocham góry”.

— Mieszkańcy tego domu lubili podróżować — stwierdził Mike, oglądając ułożone na parapecie zdjęcia przedstawiające młodą parę w różnych egzotycznych miejscach. — To dobry znak, może znajdziemy tutaj porządne ubrania. Wojskowe ciuchy byłyby rarytasem, ale żeby je znaleźć w prywatnym domu, trzeba mieć trochę fuksa.

Przez korytarz weszli do dużego salonu wypełnionego meblami stylizowanymi na antyki. Spora część drewnianych szafek była otwarta, a na podłodze porozrzucane były różnego rodzaju dokumenty i papiery. Mike ze średnim zainteresowaniem spojrzał do jednej z otwartych szuflad i wyciągnął małą benzynową zapalniczkę, która już po chwili wylądowała u niego w kieszeni.

—Zobaczę, co mają w garażu, ty sprawdź, czy nie mają tu gdzieś szafy z ubraniami.

Dziki posłusznie przeszedł przez salon i otwierając drzwi obok kuchni, przeszedł do sypialni. Sporą część pokoju zajmowało ogromne małżeńskie łoże z błękitnymi kotarami, przypominające nieco łóżka, na jakich spały księżniczki w bajkach. Nie mogąc się powstrzymać, Dziki rzucił się na chwilę na miękki materac przykryty puchowa kołdrą i niemal zatonął w miękkości tego łoża. „Powinienem to sobie przyciągnąć do baru” — zakpił w myślach podnosząc się z materaca.

Z ogromnej stojącej tuż obok szafy z przesuwnymi drzwiami wysypywały się różnego rodzaju ubrania. Uradowany dostrzegł kilka par solidnych szarych bojówek, były co prawda trochę za duże, ale po podwinięciu nogawek i ściśnięciu pasem, który również znalazł w szafie, nie było tragedii.

Dużo gorzej sprawa miała się z butami, prawie nowa para górskich treków, którą znalazł w szafie, była tak ogromna, że nie dałby rady zrobić w nich nawet kroku. Przeszukując małą komodę stojącą przy łóżku, znalazł sporo czystych wypranych skarpetek i kilka par majtek. W normalnych warunkach nigdy nie pomyślałby o założeniu cudzej bielizny, ale teraz noszone od ponad tygodnia majtki wręcz domagały się zmiany.

Po kilku minutach z garażu wrócił Mike, niosąc na plecach ogromny turystyczny plecak.

— Widzę, że coś wygrzebałeś? — spytał, oglądając oddzielone na łóżku rzeczy.

— Tak, ale ciągle nie mam butów — stwierdził , pokazując palcem górskie treki w rozmiarze małego kajaka.

— W korytarzu chyba widziałem jakieś mniejsze, przymierzysz jak będziemy wychodzili... O, i znalazłem to — Mike położył na łóżku dużą turystyczną latarkę.

Dziki pośpiesznie spakował odłożone ubrania do przyniesionego przez Mike’a plecaka.

— Idziemy przeszukać kuchnię? — spytał.

Mike pokręcił jednak głową.

— Obawiam się, że nasi koledzy ze wspólnoty zrobili to już kilka razy. Podejrzewam, że oprócz ubrań nie znajdziemy tu nic ciekawego.

Dziki założył plecak i razem z Mikiem wyszli na korytarz. Tam przymierzył jeszcze jedną parę górskich butów, tym razem pasowały. Problem w tym, że były damskie i do tego w dość intensywnie jaskrawym kolorze.

— To będzie zbyt mocno rzucało się w oczy, poszukamy ci czegoś innego — Stwierdził Mike, ledwo powstrzymując się od śmiechu na widok Dzikiego ubranego w damskie buty.

Stojący po sąsiedzku dom, do którego dostali się, przeskakując przez ogrodzenie, przeszukali bez większego problemu w kilka minut. Jego dawni właściciele musieli mieć syna o dość podobnych gabarytach do Dzikiego. W wypełnionym plakatami zespołów Disco pokoju znalazł nie tylko pasujące buty, ale również leżące jak ulał bluzy i T-shirty. Choć napisy na ubraniach typu: „INSTRUKTOR SEXU” nie wzbudzały aprobaty Dzikiego, stwierdził jednak, że tak jak w wypadku bielizny, nie może wybrzydzać. Poza ubraniami nie było tam niestety nic więcej, co mogłoby przykuć uwagę. Podobnie jak budynek, w którym byli wcześniej ,ten również nosił ślady wielokrotnego szabrowania, tak więc wszystko, co mogło być przydatne, już dawno było w rękach ludzi ze wspólnoty.

— No teraz przynajmniej nie będziesz jechał na kilometr — stwierdził Mike, wrzucając Dzikiemu do plecaka dwie puszki dezodorantu, które znalazł w łazience.

Wychodząc, Dziki zwrócił uwagę na ozdobne miecze zawieszone przy wejściu.

— Szkoda, że nie są prawdziwe — westchnął.

— Chciałbym zobaczyć twoją walkę z gospodarzem przy użyciu miecza — stwierdził Mike ze śmiechem.

Wychodząc na zewnątrz, weszli na drogę prowadzącą prosto do baru. Nie oddalili się zbytnio od stacji, bo jak twierdził jego przyjaciel, dla ciuchów, które można było znaleźć w każdym domu, nie warto było ryzykować zbyt długiej eskapady. Powrót na teren dworca zajął im raptem kilka minut. Nim jednak zdążyli zbliżyć się do bazy-baru, usłyszeli Krzyki Mańka dobiegające ze skwerku na tyle.

— ...takiego debila palcem robionego!

— Ja naprawdę nie chciałem... — odezwał się po chwili drugi przerażony głos.

— Daje ci najprostszą robotę na świecie, bo do niczego innego się nie nadajesz, a ty i tak to spierdalasz! Powiedz mi, jakim cudem ty jeszcze żyjesz?!

— Ja naprawdę przepraszam.

— Ocho, Maniek znowu się dorwał do młodego — stwierdził Mike, wsłuchując się w krzyki dobiegające zza baru.

Przeszli przez furtkę i wyszli na tył budynku, gdzie wcześniej jedli śniadanie. Dziki szybko zauważył przyczynę tego całego rabanu. Chłopak, którego wcześniej zauważył przy śniadaniu, jak zerkał lękliwie w ich stronę, zamiatał właśnie potłuczone talerze, stojąc w kałuży wody. Tuż obok niego leżała ogromna przewrócona balia, w której zapewne chwilę wcześniej mył naczynia.

— Powiedz mi teraz, ile wody zużyłeś, żeby umyć talerze? — krzyczał stojący obok Maniek, przyglądając się przy tym chłopakowi, niczym Kat swojej ofierze.

— Pół bańki....

— Dokładnie pół bańki, a ile talerzy mamy teraz zdatnych do użycia? Ja ci powiem ile... Jeden! Jeden cholerny talerz umyty w dwóch i pół litra wody. To jedna czwarta tego, co przyniosłeś do wspólnoty!!!

Młody wyglądał, jakby zaraz miał się popłakać, a ręce trzęsły mu się tak bardzo, że ledwo utrzymywał miotłę.

— Ja naprawdę przepraszam, nie wiedziałem, że balia będzie tak ciężka.

— Dobrze, młody, nie wiedziałeś — dodał po chwili Maniek, zupełnie innym zajadłym tonem. Dziki czuł, że ta nagła zmiana nastroju spowodowana jest tym, że kat właśnie wymyślił odpowiednia karę dla swojej ofiary. — Ale niestety teraz mamy tylko jeden czysty talerz, dlatego pójdziesz zaraz do jakiegoś domu i przyniesiesz brakującą zastawę — wysyczał, jakby zaraz miał zamienić się w żmiję.

— Sam? — mówiąc to, chłopak spojrzał przerażony w stronę Mańka.

Ten słysząc strach w jego głosie, odpowiedział z satysfakcją:

— Tak, sam! A co, Robert cię musi za rękę zaprowadzić? A może się nie nadajesz, żeby tu być? A może powinienem iść, powiedzieć Krzakowi, że bez swojego braciszka boisz się dać nawet krok poza bar? Krzaka już od dawna korci, żeby kogoś wyrzucić...

— Nie, nie, ja pójdę, ja już idę. — Młody obrócił się gwałtownie, niemal potykając się o własne nogi i z miotłą w ręku pobiegł w stronę furtki.

— O Boże, ten chłopak to jakaś porażka... — stwierdził Maniek do siebie, ale po chwili widząc Mike’a i Dzikiego, wyprostował się dumnie. — Jak tam? Dziki ubrany?

— Coś tam wydłubaliśmy w okolicy — stwierdził Mike, stając obok towarzysza ze wspólnoty. — A tak w ogóle to co to za akcja i gdzie się wszyscy rozleźli? Już dawno tak pusto tu nie było...

— Ostry i Robal zmusili Roberta, żeby pojechał z nimi do składu. Pietras jak zawsze odsypia nocną wartę, a pozostali zobaczyli, że Krzak nie jest w dobrym humorze, więc poszli robić coś przydatnego i teraz udają, że szykują do budowy muru ten skrajny budynek naprzeciwko magazynów — wyjaśnił Maniek.

— A ty? — dopytywał dalej Mike.

— A ja się dzisiaj bawię w cholernego strażnika. Jak się włóczyłeś z Dzikim, to ja zaopatrzałem ten pieprznik, więc dzisiaj będę odpoczywał... — stwierdził, przeciągając się leniwie.

— I zamieniał życie młodego w piekło? — zaśmiał się Mike, ale Maniek nie był chyba w nastroju do żartów.

— Weź mi nawet o nim nie mów, zauważyłem, że kręci się jak smród po gaciach, to dałem mu jakąś robotę, żeby powietrza nie marnował, no i widzisz, jaki jest finał... Ja mam wrażenie ,że on jest ułomny.

Mike zaśmiał się obelżywie, Dzikiemu jednak nie było do śmiechu. Było mu naprawdę szkoda tego chłopaka, nie każdy przecież rodzi się odważny jak bohater z kreskówki...

— Dobra, my też nie będziemy się kręcić, weźmiemy coś do picia i zobaczymy, co wymyślili tam z tym budynkiem — stwierdził Mike.

Słysząc to, Maniek wyciągnął z kieszeni klucz i podał go Mike’owi.

— To od piwnicy z zapasami, jak już weźmiesz, co chcesz, to zamknij i oddaj Krzakowi. Słyszałem, że nasi koledzy już kombinują, jak coś podwędzić swoim balastom.

Maniek wspiął się przez okno, którym wcześniej wydawał posiłki, do wnętrza baru. W tym czasie Mike, używając klucza, otworzył drzwi do piwnicy znajdujące się pod oknem i zniknął, wracając po chwili z butelką wody, paczką chipsów i dwoma colami.

Usiedli sobie we dwóch przy jednym ze stolików i spokojnie przegryzali chipsy.

— Trochę nie wspólna ta wspólnota... — stwierdził Dziki, rozkoszując się od dawna zapomnianym paprykowym smakiem. — Myślałem, że teraz z tymi zasadami przyjmowania jest lepiej.

Mike pokręcił głową, po czym stwierdził zrezygnowanym głosem:

— Wiesz, ludzie się pozmieniali, niektórzy sporo przeszli. Dla przykładu Maniek i Ostry, oni znają się jeszcze ze starego świata. Podobno byli naprawdę dobrymi kumplami, jak ty i ja. Ale od kiedy Ostry jest we wspólnocie, ciągłe się o coś ścinają. Ale głównym powodem są oczywiście balasty.

—To znaczy? — Dziki otworzył colę i wsłuchał się w słowa Mike’a.

— Cóż, nie trudno chyba wywnioskować, że Maniek nie ma tutaj nikogo, tak samo jak Krzak. Wszyscy jego znajomi i rodzina albo nie żyją, albo się nie pojawili. Za to Ostry ma tutaj dziewczynę. Wszyscy wiedzą, że bunkruje ją gdzieś w okolicy i pomaga, kiedy tylko może. Przez to jest rozerwany, utrzymanie kogoś przy życiu zajmuje sporo czasu i sił... Czasu i sił, których nie poświęca dla wspólnoty. Maniek natomiast skupia się tylko na wspólnocie, przez to czuje się lepszy ale również wykorzystywany... tak jak ja.

— Więc wykorzystałem cię? — zażartował Dziki.

— Przestań, jesteś moim przyjacielem, już o tym rozmawialiśmy. Zresztą ty nie jesteś balastem, nie umiałbyś nim być. Chodzi mi po prostu o to, że to takie błędne koło. Zobacz, Ostry to, co znajdzie, zamiast przynieść do wspólnoty, zanosi dziewczynie. My nie mamy zasobów, żeby zabezpieczyć stacje. Więc finalnie on nie może tej dziewczyny ściągnąć tutaj. Jeżeli zabezpieczać stacje będziemy tylko ja, Maniek i Krzak, to zajmie wieczność.

— Teraz jestem też ja — dodał pewnie Dziki.

— Wiem, ale to i tak za mało. Dysproporcja jest duża, tak samo jak dużo jest pracy. Trzeba ustawić autobusy, obić je blachą, zablokować okna w budynkach, dorobić kawałki muru tam, gdzie nie wciśniesz autobusu albo gdzie nie stoi żaden budynek. Do tego ciągle brakuje wody. Przy prawie dwudziestu osobach wychodzi jakieś trzydzieści – czterdzieści litrów dziennie do samego picia, a gdzie jeszcze wyrabianie cementu? — westchnął zrezygnowany Mike.

— Ech, brak wody rzeczywiście jest problemem.

Dziki zamyślił się przez chwilę, gdzie można by zdobyć jakąś jej większą ilość. Podejrzewał jednak, że wszystkie miejsca, jakie wpadły mu do głowy, zostały już dawno sprawdzone przez mieszkańców wspólnoty.

Mike w tym czasie dokończył chipsy, przesypując sobie okruszki z paczki prosto do ust.

— Dobra, nie ma co dłużej odwlekać, spróbujemy znaleźć sobie jakieś zajęcie.

Podnieśli się powoli z krzeseł i przez furtkę wyszli w stronę wejścia do baru.

— Cholera miałem oddać Krzakowi klucze — stwierdził po chwili, łapiąc się za kieszeń. — Ty też nie musisz targać tego plecaka, zostaw go w środku, ubrania ci nie zginą.

Dziki posłusznie wszedł za Mikiem do ich pseudobazy i zostawił rzeczy przy swoim śpiworze. W tym samym czasie jego kompan zniknął za drzwiami pokoju Krzaka. Lider wspólnoty musiał jednak mieć do niego jakąś sprawę, bo nie wychodził przez dobrych kilka minut. Znudzony czekaniem Dziki wyszedł na dwór, bo zaduch panujący wewnątrz wydał mu się wyjątkowo męczący. Rozsiadłszy się na chodniku, zaczął obserwować okolicę.

Stary budynek dworca, od którego oddzielał go wypełniony autobusami parking, był o wiele większy i bardziej przestronny niż bar, w którym spali. Dziki zaczął się zastanawiać, czemu to tam nie urządzili sobie sypialni wspólnotowcy. Po chwili jednak stwierdził, że ogromne szklane okna i podwójne drzwi bez zamka (budynek w starym świecie był otwarty przez całą dobę ) nie dawały dobrych możliwości, by się zabezpieczyć. Dziki nabrał ochoty, by sprawdzić, czy w środku nie kryje się przypadkiem coś przydatnego. Podejrzewał natomiast, że coś stojącego tak blisko po prostu musiało już zostać przeszukane.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu wrócił myślami do starego świata, zastanawiał się, czy znał tam kogoś, kto mógłby mieć w domu coś przydatnego. Większość , z którymi pracował, odpadała w przedbiegach, byli to jeszcze ludzie starego systemu, dla których jedyną rozrywką była wódka przy obiedzie ze szwagrem. Jedyne, co można by było znaleźć u nich w domach to maszyny do pędzenia bimbru. Koledzy z lat szkoły mieli dużo większe wachlarze zainteresowań, ale jedynym który przyszedł mu namyśl, był maniak militariów Krzysiek Biernat. Niestety Krzychu mieszkał po drugiej stronie miasta, więc jego dom był dla Dzikiego niedostępny...

Z zamyślenia wyrwał Dzikiego skrzypliwy dźwięk otwierających się drzwi stacji. Przez chwilę obstawiał, że to któryś z członków wspólnoty siedział sobie tam w oczekiwaniu, aż Krzaka opuszczą nerwy. Po chwili jednak z budynku wyłonił się niewykształcony.

Dziki po raz kolejny dostał mikrozawału, bo po przeciwległej stronie drogi i placu parkingowego stanął najobrzydliwszy stwór, jakiego do tej pory widział. Była to korpulentna garbata postać o kończynach przypominających gałęzie, ubrana w poszarpany czerwony strój, z głębokim kapturem zakrywającym całkowicie twarz. Najgorsze w niej były jednak ogromne długie kolce pokrywające w całości wielki garb, w których Dziki, o zgrozo, zauważył pozaczepiane ludzkie kości.

Widział, że powinien uciekać albo chociaż krzyknąć, ale teraz nie był na to zupełnie gotowy. Złudne poczucie bezpieczeństwa, jakie dała mu wspólnota, zupełnie go rozbroiło. Nie było w nim nawet dość adrenaliny, by chociaż sięgnąć ręką do kieszeni po pistolet. Siedział po prostu i obserwował, jak tak pokraczna istota bezszelestnym hipnotyzującym ruchem zbliża się w jego stronę. Powoli minęła parking i zmniejszyła dzielący ich dystans o połowę, wtedy ciało Dzikiego zrozumiało, że już czas na działanie. Serce rąbnęło z taką siłą, jakby po chwili zawieszenia przypomniało sobie, że musi nadrobić stracone uderzenia. Dziki szybkim ruchem sięgnął do kieszeni po broń i poderwał się na równe nogi gotowy do oddania strzału.

W tym momencie to niewykształcony stanął jak wryty. Skulił się, sprawiając wrażenie o wiele niższego i jeszcze bardziej najeżył kolce na swoim garbie. To dziwaczne zachowanie zupełnie pogubiło Dzikiego, tym bardziej, że już po chwili istota cofnęła się o krok.

— Czekaj! Nie marnuj kuli! — usłyszał za sobą głos Mike’a, przez którego poczuł kolejny przykurcz w klatce.

Mike wyszedł pewnie przed Dzikiego i rozkładając ręce, jakby chciał złapać kurczaka, zawołał w stronę niewykształconego:

— Obałek! Nie pomyliłeś się? Polazł stąd, ale już!

Niewykształcony zupełnie niespodziewanie rzucił się do pośpiesznej ucieczki, wbiegł między stojące na boku parkingu autobusy i slalomując między nimi zniknął gdzieś przy torowisku. Pozostawiając Dzikiego w szoku niemniejszym , jak wtedy, gdy się pojawił. Jego mina sprawiła, że Mike zaśmiał się, chwytając za kolana.

— Mike, o co do cholery chodziło? — spytał, nie mogąc opanować drżenia kolan.

— Przerażający, co?

— Przerażający? Chłopie, to wyglądało jak jakiś powalony pożeracz weteranów. Jak go zobaczyłem, to nawet się ruszyć nie mogłem, bo bałem się, że ściągnie kaptur i mnie spopieli wzrokiem. Ja myślałem, że to jakiś Delimer dwa — wypalił Dziki.

Mike zaśmiał się ponownie.

— Nie, on i Delimer to zupełnie inna półka...

— Czy ty widziałeś te ludzkie kości na jego plecach? — spytał ironicznie Dziki.

— Słuchaj, Obałek to tylko grabarz, oni tak wyglądają przerażająco, ale żywią się tylko trupami. Właściwie są nawet przydatni, bo dzięki nim nie musisz co chwila oglądać zwłok ludzi, którym się nie poszczęściło i niewykształconych zabitych w domach. W sumie właśnie dlatego go nie zabiliśmy, poza tym one są strasznie tchórzliwe. Aż się dziwię, że podszedł do ciebie tak blisko...

Mike zrobił chwilę przerwy, jakby zbierał myśli i nagle wybuchnął śmiechem:

— Chłopie! Ciebie tak sparaliżował strach, że Obałek wziął cię za trupa!

— Strasznie śmieszne, naprawdę — syknął zirytowany Dziki — poza tym wy to nazwaliście? To jest chore...

— A co, mam ciągle Grabarz mówić? Musimy jakoś swojego odróżnić — stwierdził Mike, wycierając oczy, bo zdążył już popłakać się ze śmiechu.

— A co, inni z jego gatunku różnią się? Ilością kolców? Liczysz je za każdym razem? — spytał ironicznie Dziki.

— Wiesz, to trochę jak z kotem, niby wszystkie czarne takie same, ale i tak poznasz swojego.

— Nie, Mike. To stanowczo nie jest jak z kotem...

Mike zaśmiał się:

— Dobra, Dziki idziemy zobaczyć, co tam nasi koledzy wymyślili.

Idąc wzdłuż baru, ruszyli w stronę widocznej z oddali wieży ciśnień.

— To jaki teren właściwie chcecie odgrodzić? — spytał Dziki, bo choć kilka razy słyszał już o planach Krzaka, nigdy wcześniej nie miał okazji dopytać się o szczegóły.

Mike przystanął na chwilę, rozglądając się dokoła.

— Cóż, na pewno całą strefę parkingową przed barem i budynek dworca. Oprócz tego magazyny ciągnące się wzdłuż torów, aż do skrajnego budynku przy drodze — opisał, wskazując okolicę dłonią.

Stare magazyny biegnące przy torach nie były używane już od wielu lat jeszcze w starym świecie, stanowiły jednak solidny kawał muru odgradzającego dość duży plac. Biegnąca przy nich droga również nie wydawała się być szczególnie trudna do zabezpieczenia. Trzy autobusy ustawione w poprzek bez trudu odcięłyby te część wspólnoty. Dużo gorzej według Dzikiego prezentowała się perspektywa zabezpieczania przeciwległych do magazynów budynków prywatnych. Porozkładane bez większego ładu małe domki na mikroskopijnych działeczkach tworzyły całą masę wąskich przejść, którymi bez trudu można było wedrzeć się na teren stacji.

Po tych wstępnych oględzinach przeszli dalej w stronę ostatniego prywatnego domku, stojącego praktycznie równo z końcem magazynów. Niski parterowy budynek o białej fasadzie miał wyrwane okna, a ze środka dochodziły wyraźne odgłosy rozmów.

Przeszli przez pozbawiony drzwi korytarz i weszli do pustego pokoju bez żadnych mebli, za to pełnego ludzi. Członkowie wspólnoty wynosili ostatnie graty dawnych właścicieli tego domu, ich praca jednak momentalnie zamarła na widok Mike’a i Dzikiego. Wszystkie oczy w pokoju skupiły się na nich. Ta niezręczna cisza trwała dobrych kilka sekund, zanim bez słowa wszyscy wrócili do swojej pracy. Jakiś chłopak o dłuższych czarnych włosach próbował przejść obok Mike’a, wynosząc połamane deski, ale ten zatrzymał go, chwytając za ramię.

— Jak będziemy dalej odstawiać taki cyrk, to daleko nie zajedziemy — stwierdził zrezygnowanym głosem.

Ciemnowłosy chłopak opuścił na chwilę wzrok, a potem sam westchnął:

— Słuchaj Mike, jesteś ostatnią osobą, do której coś mam i do której chciałbym mieć, ale tak się po prostu nie robi...

— Co się nie robi? — odpowiedział natychmiast Mike, nie puszczając ramienia chłopaka.

— Każdy z nas ma kogoś do ściągnięcia… — odpowiedział mężczyzna.

— DZIKI TO NIE BALAST! — ryknął Mike, sprawiając, że chłopak odsunął się o kilka kroków. — Myślisz, że dzięki komu dzisiaj nie musisz szukać niczego do żarcia, co?

— Mike, proszę cię, przecież to ty przywiozłeś zapasy... — tłumaczył się dalej ciemnowłosy.

— Czy ty, Jaca, sobie ze mnie jaja robisz? Myślisz, że gdybym wiedział o takiej ilości zapasów, to trzymałbym je, nie wiem... na specjalną okazję? Myślisz, że wiedziałem, że Dziki się pojawi i dlatego postanowiłem zatrzymać sobie taką ilość towaru jako kartę przetargową? — Mike nabrał powietrza i kontynuował już spokojnym tonem. — To Dziki zasugerował mi, że na osiedlu, w którym mieszka, jest mało znany sklep w którym coś jeszcze może być. Oczywiście, że pomogłem mu przedostać tu te rzeczy, ba to ja odpaliłem mu samochód, którym przywieźliśmy zapasy. A wiecie, co robił Dziki, gdy ja próbowałem naprawić auto? Osłaniał mnie przed niewykształconymi z obwodnicy, zabijając dwóch tylko za pomocą siekiery...

Dziki był pod wrażeniem tego, jak Mike nauczył się kłamać w tym świecie. Jego podkolorowana historia brzmiała tak wiarygodnie, że gdyby nie znał prawdy, sam by ją kupił. Nie mniej słowa Mike’a musiały nieco złagodzić nastroje, bo kilka osób pokiwało głowami, zniknęły też spojrzenia jawnej wrogości.

— A jak zdobyliście broń? — spytał jakiś korpulentny grubasek siedzący na stercie cegieł w rogu pokoju.

— Kupiliśmy od Siwego — odpowiedział Mike, wywołując niemałe poruszenie.

— ZA CO? — spytał chłopak, którego wcześniej Mike nazwał Jacą.

Serce Dzikiego zamarło po raz kolejny, miał wrażenie, że jego przyjaciel musiał się w tym momencie sporo zagalopować. Ale już po chwili Mike pewnie odpowiedział:

— Za głowę...

— To Siwy jeszcze skupuje? Myślałem, że już dawno zamknął listę? — spytał jeszcze raz grubasek.

— To była wyjątkowa sytuacja, jeden z jego ludzi mocno podpadł. Mieliśmy trochę farta — odpowiedział Mike głosem, jakby opowiadał o znalezionej na ulicy monecie.

Wydało się to Dzikiemu absolutnie irracjonalne. Większość ludzi tutaj wyglądała raczej na zawiedzionych faktem, że to był tylko jednorazowy strzał, gdy Siwy kogoś kupił.

— A wiedzieliście ją? — spytał Jaca, całkiem chyba zapominając o żalu, jaki miał przed chwilą.

— Kogo? — spytał Mike, łapiąc się za głowę, jak zawsze, gdy próbował sobie coś przypomnieć.

— Zjawę, podobno teraz pracuje dla Siwego — odpowiedział grubas tajemniczym głosem.

— Myślałem, że Zjawa to Krańcowska legenda... — odpowiedział Mike całkiem zmieszany.

Te niezrozumiałą dla Dzikiego rozmowę przerwał dźwięk nadjeżdżającego samochodu.

— Ostry wraca, ciekawe, co przytargali....

Cała gromada wyszła na zewnątrz, obserwując zbliżającego się drogą dostawczaka. Już z oddali widać było, że samochód sporo przeszedł, przednia maska była wgnieciona i cała zabarwiona na czerwono, jakby przebijali się przez tłum ludzi albo trafili co najmniej w jelenia.

Auto zatrzymało się tuż obok nich, prowadzący samochód Robal wyszedł jako pierwszy z głupim uśmiechem na twarzy.

— Co wy zrobiliście z autem? — spytał Mike, patrząc z jakimś dziwnym smutkiem na przód samochodu.

— W markecie była cała masa niewykształconych, więc wywabialiśmy ich na zewnątrz i jak tylko któryś wylazł, to bach maską w ścianę — stwierdził dumnie Robal, demonstrując uderzenie na swoich wielkich pięściach.

— Skoro już się napatrzyliście, to niech ktoś pomoże wyładować — rzucił opryskliwym tonem Ostry, wychodząc z drugiej strony. — Agregatów nie ma, już ktoś dawno zwinął. Podejrzewam, że Siwy, bo musi brać skądś prąd do oświetlania Bajkolandii.

Ostry rzucił jeszcze jedno nienawistne spojrzenie w stronę Dzikiego i ruszył w stronę baru.

— Przejdzie mu... — stwierdził Mike.

— Jakoś wątpię — odpowiedział Dziki, ustawiając się w kolejce do rozładowania samochodu.


201 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie