Rozdział IV - Zatorze

Późnym popołudniem dotarli przed dawny budynek Bajkolandii. W starym świecie był to zamknięty plac zabaw dla dzieci, mieszczący się w dużej hali niedaleko rynku miejskiego. Wystrój z zewnątrz niewiele się zmienił. Szyld „Centrum Zabaw Bajkolandia” i malunki wesołych bawiących się dzieci wciąż witały z frontu budynku. Jedynie strażnik z papierosem w ustach i jakimś fikuśnym karabinkiem, którego nazwy Dziki nie znał, zdradzał, że miejsce nie jest już placem zabaw. Bynajmniej takich, do jakich był wcześniej przeznaczony.

— Do Pana Siwego w sprawie wymiany — powiedział Mike do strażnika.

Ten obrzucił ich uważnym spojrzeniem, ale zrobił im miejsce i wpuścił ich do środka. Przedsionek, w którym kiedyś mieściła się szatnia, został zamieniony w pokój strażników. Był stojak na broń i wszystko, czego ludzie Siwego mogli potrzebować, siedząc za ladą portierni. Drugi strażnik, który czytał starego Playboya, podniósł się na ich widok i wziął od Mike’a jego karabin. Widząc, że przyjaciel bez oporu oddaje broń, Dziki również oddał swoją siekierę. Kolejny z mężczyzn, ten, który stał przy drzwiach prowadzących już bezpośrednio na teren hali, skinął Mike’owi głową i otworzył im wejście w głąb pomieszczenia.

Pierwsza rzecz, która rzuciła się Dzikiemu w oczy, zaraz po przekroczeniu przedsionka, to prawie oślepiająca jasność. Ogromne lampy paliły się nad głową, pomimo tego, że w pozostałej części miasta nie było prądu. Kiedy już oczy przyzwyczaiły się do światła, można było zobaczyć setki ogromnych drewnianych skrzyń, w których wedle napisów można było znaleźć prawie wszystko: od wojskowych mundurów. przez amunicję, po laptopy. Przechodząc prawdziwym labiryntem skrzyń i strażników, trafili w końcu na Siwego, we własnej osobie.

Nie sposób było go pomylić z nikim innym, miał na sobie różowy garnitur przypominający trochę te, które w komediach nosili alfonsowie, jasne blond włosy, które stawiał sobie wysoko na żel, a twarz miał ogoloną gładko jak papier. U jego stóp zaś leżało coś, co przyprawiło Dzikiego o dreszcz zgrozy i odruch wymiotny. Był to nagi mężczyzna z psią kolczatką na szyi, przyczepiony łańcuchem do podestu, na którym siedział Siwy.

Na widok gości Siwy uśmiechnął się szeroko, ukazując perłowo białe zęby i poprawiając się na swoim siedzeniu. Mike zbliżył się powoli i kiedy znalazł się już przed podestem, ukłonił się jak przed królem. Zdziwiony Dziki skopiował gest z drobnym opóźnieniem.

— Mike, już myślałem, że się na mnie pogniewałeś, brutalu — powiedział Siwy obrzydliwie przesłodzonym głosem, jakby specjalnie zmieniając jego ton tak, by brzmieć bardziej zniewieściale. Dzikiemu przeszły ciarki po plecach i z obrzydzeniem opuścił wzrok, nie mógł patrzeć na to, co było przed nim. Siwemu wcale to jednak nie przeszkadzało, Dziki odniósł wrażenie, że wręcz lubił obrzydzać swoich klientów i wzbudzać w nich strach.

— No powiedz, czego potrzebujesz od wujcia i co to za przystojniaczek kręci się koło ciebie — dodał, uśmiechając się szeroko w stronę Dzikiego, który z niedowierzaniem spojrzał na blondyna. Poczuł, jak jego żołądek wykonuje obrót o 180 stopni, kiedy Siwy puścił mu oczko, uśmiechając się lubieżnie.

— To znajomy ze starego świata — odpowiedział Mike, zupełnie niezrażony zachowaniem właściciela faktorii. — Potrzebuję dla niego broni.

Na te słowa twarz Siwego spoważniała momentalnie.

— Mike’uś pójdziemy na ciasteczko, co ? — spytał głosem pełnym aktorskiego żalu.

— Wiesz dobrze, że nie odmawiam słodyczy — zaśmiał się Mike.

Siwy zszedł ze swojego podestu i gestem panienki zaprosił ich w głąb faktorii. Przeszli po raz kolejny labiryntem skrzyń, tym razem pełnych alkoholu, aż doszli do miejsca, które można by uznać za coś w rodzaju jadalni. Stał tam rozłożony stolik i krzesła, z pobliskiego boomboxa brzmiała jakaś delikatna skrzypcowa melodia.

Mike wybiegł przed Siwego i odsunął mu krzesło, jakby właściciel faktorii był młodą panienką. Siwy skwitował to szerokim uśmiechem i zalotnie mrugnął w stronę Mike’a.

— No już, już, siadajcie — zawołał Siwy, a Mike posłusznie usiadł zaraz obok niego. Widząc to Dziki, również dosiadł się do stołu, choć utrzymał trochę większy dystans.

— Nieśmiały, co? — zaśmiał się właściciel faktorii, spoglądając na Dzikiego, który ledwo powstrzymywał zażenowanie.

— Wiesz, jak jest z tymi nowo przybyłymi, ale tak, Dzikusek jest trochę cichy — zaśmiał się ponownie Mike.

Siwy złapał za leżącą na stolę krótkofalówkę.

— Czego się napijecie, chłopcy? — spytał, przebiegając po nich wzrokiem.

— Może jakiś energetyk? Dla Dzikiego pewnie też — odpowiedział Mike.

— Eh, wątróbki sobie popsujecie... No, ale wszyscy je piją, co ja się dziwię. Dwa energetyki i mojito! — zawołał przez krótkofalówkę Siwy.

— I ciasteczka! — zawołał Mike.

— Oczywiście, dzióbeczku, i ciasteczka — dodał Siwy, odkładając urządzenie.

Po chwili do miejsca, gdzie siedzieli wszedł mężczyzna niosący wiklinowy koszyk. Po jego minie natychmiast można było stwierdzić, że nie przepada za tym, co robi. Nie mniej posłusznie ułożył energetyki przed Dzikim i Mikiem, a Siwemu podsunął zapuszkowane mojito, na koniec ułożył jeszcze pudełko ciastek na stole.

— Czy to wszystko, Panie Siwy? — spytał z wymuszonym uśmiechem.

— Tak, Szymku. Jak będę czegoś potrzebował, dam znać — zawołał właściciel faktorii.

Mike bez ceregieli rzucił się na opakowanie stojące na stole.

— Mój Boże, pfepyfne Sifwy, ty to fiesz, jak ugosiś fędrofców — wybełkotał Mike z buzią pełną ciasteczek.

Siwy uśmiechał się skromnie, jak gospodyni, której goście zaczęli wychwalać wypieki. Dziki przetarł oczy z niedowierzania, obserwując, jak popijający mojito właściciel faktorii spogląda zalotnie na jedzącego Mike’a.

W końcu przyjaciel opróżnił całą paczkę ciastek i popijając energetykiem, z uśmiechem ponowił pytanie.

— No, Siwy, powiedz, jak to będzie z tą bronią dla Dzikuska?

Właściciel Faktorii spochmurniał momentalnie.

— Mike, Mike, Mike… Obawiam się, że w całej tej waszej wspólnocie nie ma niczego, co chciałbym wymienić na broń... No chyba że inną broń, ale czy mi się to opłaca? Wasze spluwy są w tak żałosnym stanie, iż dziwi mnie to, że wspólnota jeszcze istnieje… — westchnął teatralnie.

— Wiem, że nie mamy nic na tyle wartościowego…. — powiedział ostrożnie Mike, biorąc kolejny łyk energetyka. — Ale mówię o innym rodzaju handlu, wiem, że oferujesz specjalne nagrody za pewne rzeczy.

Dziki, kiedy usłyszał te słowa, zbladł i spojrzał przerażony w stronę Mike’a, ale ten patrzył prosto na Siwego. Siwy nie odzywał się dłuższą chwilę, jakby coś kalkulował, w końcu westchnął zrezygnowany.

— Ech, stare dzieje. Widzisz Mike, jestem ofiarą własnych namiętności, poczucia sprawiedliwości i niezwykłej hojności. Rzeczywiście zwykłem kiedyś wymieniać niewyobrażalne ilości towaru w zamian za głowy moich dawnych nieprzyjaciół i wrogów ze starego świata, ale lista od dawna jest już pełna. Czy jest jeszcze ktoś, kto zawinił mi tak, by być warty jednej z najcenniejszych rzeczy w tym mieście, jaką jest broń? — spytał samego siebie Siwy, chodź Dziki był pewny że pogrywa z nimi.

— Siwy, przyjacielu, niech mnie gospodarz rozszarpie, jeśli miałbym zamiar w jakiś sposób wykorzystać twoją hojność. Chcę jedynie pomóc mojemu drugiemu przyjacielowi, wiesz jak wiele znaczą więzy starego świata, a przy tym, jak ciężko jest nowoprzybyłym.

Dziki zauważył mimowolnie, że sposób, w jaki wypowiadał się Mike, znacznie się zmienił. Intonował prawie jak bard, co każdy normalny człowiek odebrałby chyba jako kpinę, ale Siwy uśmiechał się, słuchając go, a oczy szkliły mu się jak panience do przystojnego kawalera.

— Och Mike, wiesz, że zawsze miałem do ciebie słabość, rzeczywiście jest jedna sprawa. Co prawda nic nie ogłaszałem, bo chciałem dokonać sprawiedliwości w granicach mieszkańców faktorii, ale dla ciebie, łamaczu serc, mogę chyba zrobić drobny wyjątek. Widzisz, jakiś czas temu zlokalizowaliśmy pewne naprawdę niezwykłe miejsce. Przeczucie wytrawnego kolekcjonera mówiło mi, że jego zawartość jest wyjątkowa i pełna błędów…

Dziki niewiele rozumiał ze słów Siwego, ale Mike musiał znać jego specyficzny język, bo wsłuchiwał się uważnie w każde słowo.

— Gdy moja grupa poszukiwawcza dotarła na miejsce, przewodził nimi niezwykle utalentowany Michał Modrzew, dawniej jeden z moich najlepszych, ale... — głos Siwego zmienił się nagle na gniewny i niezwykle zawistny: — Ten sukinsyn zabrał mi moją własność, a do tego zranił dwóch moich ludzi! NIKT NIE OKRADA SIWEGO! NIKT! To kwestia mojego honoru. Dostarcz mi Modrzewa, a zapłacę ci tym, czego tak pożądasz.

— Oczywiście, Siwy. Nie wolno dopuścić, by ktoś, kto wyciągnął rękę po coś, co należy do ciebie, chodził po Krańcowe i pysznił się tym. Z największą przyjemnością sprowadzę go do ciebie.

Dziki nie mógł uwierzyć, jak szybko mina Siwego się zmieniła, oczy znowu szkliły mu się jak panience, a uśmiechał się, jakby przystojny kawaler obiecał, że przywiezie mu kwiaty na białym koniu. Ten widok sprawiał, że Dzikiemu mroziło krew w żyłach, może nawet bardziej niż krzyki gospodarzy.

— Nie będziemy dłużej zwlekać. — Mike ukłonił się nisko. — Chodź, Dzikusie, znajdziemy tego sukinsyna, który tak skrzywdził Pana Siwego.

Gdy wychodzili, Dziki bezgłośnie wyrecytował:

— CO TO BYŁO…

Ale Mike nic nie mówił, jedynie się uśmiechał.

Opuścili Bajkolandię tą samą drogą, którą weszli, po drodze odbierając od strażnika karabin i siekierę. Szli w ciszy przez dobre dziesięć minut, wracając tą samą drogą, co poprzednio. W głowie Dzikiego było milion myśli, a na usta cisnęło się nie mniej słów. Z reguły nigdy nie miał oporów przed rozmawianiem na niewygodne tematy. Zawsze, jeśli nawet pokłócił się z Mikiem, jeszcze w starym świecie, to nigdy nie bał się powiedzieć nawet najgorszej prawdy. Co by miało się nie stać, ponieważ byli przyjaciółmi, zawsze wszystko wracało do normy. Więc i tym razem nie miał zamiaru milczeć.

— Mike, powiedz czy ty i Si...

— NIE!!! — Mike przerwał mu momentalnie, wywalając przy tym język, jakby miał zamiar zwymiotować . — Co nie zmienia faktu, że dobrze wiem, jaki jest na mnie napalony. Balansuję więc na takiej delikatnej granicy. Dzięki temu, że gram w jego grę, nieraz wyciągnąłem od niego dużo więcej niż inni — stwierdził z wyraźną dumą w głosie.

Dziki odetchnął uradowany. Wiedział, że jego przyjaciel musiał sporo przeżyć, ucieszył się więc, że nie zmienił się aż tak bardzo. Po głowie jednak ciągle krążyła mu druga myśl, nie mniej trapiąca od pierwszej.

— Słuchaj Mike, nie chcę ci teraz prawić morałów, ale… — zaczął spokojnym tonem, kiedy przyjaciel przerwał mu nagle.

— Nie miej wątpliwości — powiedział Mike ostro, po chwili westchnął i skończył już normalnym tonem: — Słuchaj, powtórzę to po raz kolejny. To już nie jest cywilizacja, którą znałeś. Trafiłeś na Autobus do wolności, a potem do nas i miałeś największego fuksa w życiu, bo większość ludzi w Krańcowie zabiłaby cię za buty, które nosisz na nogach. W Armii Daniela w ogóle zastrzeliliby cię dla śmiechu…

Spojrzenie Mike’a, mimo że znał je dobrze, nagle wydało się Dzikiemu bardzo obce. Zbyt chłodne jak na tego przyjaznego gościa, którego w starym świecie znał prawie od zawsze.

— Stary, czy ty widziałeś tego gościa na smyczy? — spytał Dziki, z odrazą przypominając sobie widok z Bajkolandii.

— Widziałem, ale posłuchaj – on wiedział, na co się pisze, zadzierając z Siwym. Tak zresztą jak każdy, nie dbam o to, co dzieje się z innymi, rozumiesz? Ja myślę, jak pomóc swoim.

Dziki nie był przekonany, wiedział jednak, że kłócenie się z Mikiem nie ma sensu. On miał gotowy plan i zamierzał go realizować, spytał więc:

— Ech, no dobrze, ale jak chcesz znaleźć tego Modrzewa?

— A widzisz, ja nie przyszedłem tutaj przypadkiem, z pustymi rękami, licząc na łut szczęścia. Doskonale wiem, gdzie zacząć szukać pana Modrzewa. Chciałem jedynie dowiedzieć się, ile Siwy będzie w stanie za niego wybulić i czy warto w ogóle się tym interesować.

— Jak to? — spytał Dziki.

— Więc na krótko zanim się pojawiłeś, kiedy, że się tak dwuznacznie wyrażę, Michał wydymał Siwego, szukał sobie grupy, co by go mogła ochronić przed „różową zemstą” i trafił z prośbą do nas. Oczywiście jak się Krzaku dowiedział, że facet skubnął Siwego, to kazał mu wypadać w podskokach, więc Michał ruszył do jedynego miejsca, w którym można się skryć przed ludźmi, czyli na Zatorze.

— Zatorze, czyli?

— Tak stary, wracasz na stare śmieci. — odpowiedział mu Mike.



Droga powrotna w stronę stacji kolejowej nie wydawała się wcale krótsza, może dlatego, że trasa, którą już raz pokonali, nie stała się w czasie ich powrotu ani trochę bezpieczniejsza. Ostrożność Mike’a zmuszała ich do częstych postojów zwłaszcza że z przezorności omijali wszystkie, nawet najmniejsze grupy, jakie weszły im w drogę.

— Większość to szabrownicy, którzy dużymi grupami napadają na mniejsze — powiedział szeptem w stronę skulonego pod murkiem Dzikiego, gdy czekali, aż kolejna grupa ludzi zniknie gdzieś za ogrodzeniem.

Mike który wychylony obserwował ich przez lornetkę, nie pozwolił im nawet drgnąć, aż gromada ludzi nie zniknęła w końcu gdzieś między budynkami.

— Teraz zrobili się aktywni, bo po błyśnięciu często wypadają nowi ludzie, którzy czasem mają przy sobie coś interesującego — stwierdził, tłumacząc tę nagłą aktywność, z jaką się spotkali. — No i jest też inna sprawa — dodał po dłuższej chwili namysłu. — Niekiedy zdarza się, a zdarza się to naprawdę rzadko, że któraś z lokacji wcześniej rozszabrowanych uzupełnia się od nowa. Nie pytaj dlaczego, bo sam tego nie wiem i raczej nikt ze wspólnoty też ci tego nie wyjaśni. Tak się po prostu dzieje i tyle — stwierdził, wzruszając ramionami. — Dzięki temu w gruncie rzeczy jeszcze tu jakoś trwamy.

Ruszyli dalej, upewniając się kilka razy, czy aby na pewno nikogo w okolicy już nie ma. Przebiegli pustą ulicę, i zaczęli przekradać się podwórzami, gdy Mike kontynuował szeptem swój monolog.

— Od biedy mogą nawet zjeść nowoprzybyłego, no co się tak patrzysz? Nie jedz przez dwa tygodnie, to się na każdy rodzaj posiłku zrobisz tolerancyjny — dodał rozbawiony, widząc minę Dzikiego.

— A ty? — zapytał niepewnie, ale Mike zaśmiał się krótko i poklepał go po ramieniu, kręcąc głową.

— Na szczęście ominęła mnie wątpliwa przyjemność kosztowania tutejszej kuchni, zresztą nie wiem, jak bardzo byłbym głodny, chyba nie przemógłbym się, żeby zeżreć drugiego człowieka… Przecież to niesmaczne.

— Myślę, że smak to w tym wypadku najmniejszy z problemów... — dodał Dziki, a Mike zaśmiał się ponownie. Od tamtej pory już nie rozmawiali, po drodze Mike zaprowadził go w stronę jakiegoś starego placu budowy niedaleko stacji. Wzięli stamtąd dwie spore deski, a na pytające spojrzenie ze strony Dzikiego odpowiedział jedynie słowami:

— Będą potrzebne, zobaczysz.

Po dłuższym czasie, maszerując z ciężkimi deskami na ramionach, minęli stację kolejową, gdzie znajdowała się siedziba wspólnoty i znaleźli się na wysokości wieży ciśnień. Zabytkowa budowla była jednym z najwyższych budynków w Krańcowie i można ja było dostrzec z wielu punktów w mieście. Sam nigdy nie interesował się, do czego dokładnie mógł służyć ów strzelisty budynek, wiedział jedynie, że podobne wieże stały bardzo często w pobliżu tras kolejowych. Z tego, co Dziki zauważył, budowla była zamieszkana. Kręciło się tam sporo ludzi w kominiarkach i czerwonych kombinezonach, Mike musiał ich znać, bo gdy się zbliżyli, pomachał im przyjaźnie ręką, a potem skierował ich prosto w stronę torów. Nim Dziki zdążył zapytać o to przyjaciela, ten wyjaśnił pierwszy:

— To Defekt. W porządku goście, między innymi ze względu na nich umieściliśmy sobie bazę na stacji… Dzięki temu możemy sobie wzajemnie pomagać, ale lepiej nie przebywać w ich pobliżu zbyt długo, bo można złapać to, co mają oni — stwierdził groźnie. — Nie chciałbyś wiedzieć, jak oni wyglądają bez kominiarek… — dodał po chwili, z dziwnym grymasem na twarzy, jakby chciał coś rozmazać.

Dziki kiwał głową, udając, że słucha, bo czuł się już naprawdę zmęczony tą podróżą. Mike narzucił spore tempo, a deski nie ważyły mało.

— Tylko ich liderka Dix ma normalną i to podobno całkiem niezłą facjatę. No ale dobra, jesteśmy — stwierdził po chwili, rzucając dźwigany przez nich balast i stając na trawie tuż przed rozciągającym się przed nimi torowiskiem. Kiedy tylko przystanęli, Dziki natychmiast sięgnął do plecaka po wodę, czując, że zaraz umrze z pragnienia.

— Jak widzisz, nasyp kolejowy stanowi naturalną barierę oddzielającą zatorze od reszty miasta. Jeżeli nie wiesz, jak przejść nasypem, to nie ma szans i się nie przedostaniesz, przysłuchaj się uważnie — powiedział Mike i zamilkł. Dziki wstrzymał przyspieszony po drodze z deskami oddech i nadstawił uszy.

— Tory buczą — stwierdził po chwili, spoglądając na przyjaciela.

— To nie tory, tylko kamienie. Tory są w porządku, ale jeżeli poruszysz któryś z kamieni, to skończysz chrupki jak bekon z grilla. Po to nam były te deski. Pomóż mi. — Mike wziął jedną z desek i razem z Dzikim oparli jedną część na ziemi, a drugą na pierwszej szynie.

— Po tym możemy spokojnie przejść, a i jakbyś kiedyś musiał iść sam na zatorze, to nigdy nie przechodź w innym miejscu, prąd jest czasem tak silny, że deski nie pomagają. Na nasze szczęście jedno z niewielu miejsc, gdzie możemy wykonać trik z deskami, jest blisko naszej bazy — stwierdził Mike, wchodząc na prowizoryczny pomost i gestem skłaniając Dzikiego, by ten poszedł za nim. Idąc po desce, doszli do jej końca, a potem, opierając drugą deskę o kolejne dwie szyny, mogli przedostać się dalej i tak raz za razem, przekładając deski, dostali się na drugą stronę.


Zatorze było niedużym osiedlem rozciągającym się za przejazdem kolejowym nieopodal stacji. Składało się z dwóch głównych ulic, które były połączone mniejszymi alejkami. Całe osiedle biegło wzdłuż torów, przez co mieszkańcy tej dzielnicy zawsze słyszeli nadjeżdżające pociągi i alarm sygnalizacji przejazdu. Dziki rozejrzał się po okolicy. Wszystko wyglądało dokładnie jak tydzień temu, to znaczy jak w starym świecie. Domy były tu nietknięte, bramy pozamykane, brakowało tylko samochodów. Wszystko wyglądało tak, jakby mieszkańcy wyjechali do pracy i mieli niedługo wrócić.

— Na zatorze prawie nikt nie chadza — zaczął wyjaśniać Mike, kiedy skończył ukrywać deski w zeschniętych krzakach. — Po pierwsze nie każdy zna sposób z deskami, a po drugie cała masa tu niewykształconych. Do tego można tu spotkać najgorszego z nich wszystkich, czyli Delimera.

— A co to niby jest ten Delimer? — spytał Dziki, ruszając za przyjacielem.

— Wyjątkowe badziewie, człekokształtna bestia tak silna, że może przełamać człowieka na pół jak zapałkę, do tego twarda jak kamień. Nie wiem, czy mój karabin przebiłby jego czaszkę… — powiedział, spoglądając na swoją broń, którą cały czas miał w pogotowiu. — Delimer jest dość wolny i z pozoru łatwo mu uciec, ale ma jedną cechę, która sprawia, że budzi takie przerażenie. I ważne, żebyś o tym pamiętał, Dziki — stwierdził groźnie Mike, a Dziki przełknął mimowolnie ślinę.

To nie żarty, jeśli jego przyjaciel mówił o czymś z taką powagą, to musiało to być niebezpieczne. Przytaknął wiec, nadstawiając uszu a Mike wyjaśnił dalej złowieszczym tonem .

— Jeżeli Delimer chociaż raz cię dotknie, to nigdy, przenigdy nie przestanie cię ścigać… aż nie dopadnie. Nie mam pojęcia, jak one to robią, po zapachu czy po czymś innym, ale jak już jeden cię ściga, to zawsze cię znajdzie. Krążą legendy że w Krańcowie jest koleś, który już pół roku się ukrywa. Sypia po dwie godziny, a potem ucieka, bo Delimer ciągle za nim podąża.

— Nic dziwnego, że większość ludzi nie przeżywa zbyt długo — podsumował Dziki.

— Tak, ale ty jesteś ze mną, we dwóch damy sobie radę. Nie po to tyle sezonów seriali o Zombie obejrzałem, żeby się dać zeżreć pierwszemu niewykształconemu, którego napotkam — zaśmiał się Mike.

— Mike, musimy chyba ogarnąć sobie jakieś miejsce do spania, bo powiem szczerze, że powoli zaczyna mnie morzyć, nie jestem w stanie powiedzieć, ile godzin jestem na nogach, a do tego się ściemnia… — powiedział Dziki, ziewając głośno i zasłaniając przy tym usta.

— Miałem zaproponować to samo, szukanie po ciemku mija się z celem. Oczyścimy sobie jakąś chałupkę i odpoczniemy trochę — powiedział, wskazując ręką na ciągnące się przed nimi osiedle, po czym skierował się w jego stronę. — Złaziliśmy się już dostatecznie — dodał po chwili.

— To może pójdziemy do domu moich rodziców? — spytał Dziki, doganiając towarzysza. Jego stara chałupa znajdował się zaledwie jakieś dziesięć minut drogi stąd.

— Nie. Wiesz, to niby blisko, ale cholera wie, co nas czeka po drodze. Lepiej nie łazić zmęczonym — odpowiedział szybko Mike, ale Dziki miał wrażenie, że była to wymówka. Nie miał jednak zamiaru się z nim kłócić, był na to zbyt zmęczony.

Mike poprowadził ich w stronę pobliskiego budynku, niedużego parterowego domku z czarnym spawanym ogrodzeniem. Do środka dostali się bez większego problemu, zarówno furtka, jak i drzwi nie były zamknięte. Mike wszedł jako pierwszy, żeby się rozejrzeć. Jak sam stwierdził, lepiej dmuchać na zimne. Każdy dom, nawet wyglądający na pusty, mógł skrywać niewykształconego gospodarza. Na ich szczęście jednak budynek, który wybrali, okazał się bezpieczny i nietknięty. Urządzona w stylu lat dziewięćdziesiątych chałupka nie grzeszyła ani szczytem smaku, ani czystości. Ogromne wysoko połyskliwe regały zajmowały większą cześć każdego pomieszczenia. Kuchnia obłożona starymi płytkami wyglądała na mocno wyeksploatowaną, nie mniej po pobieżnym przeszukaniu paskudnych brązowych szafek z radością odkryli, że było w nich sporo zupek chińskich, które posłużyły im za kolację.

Siedząc teraz w tej pustej kuchni, Dzikiego po raz pierwszy zaczęły nachodzić myśli, z którymi walczył przez ten czas. Nie miał nawet chwili, by móc się zastanowić, w jakiej sytuacji się znalazł. Cały ten tydzień nie dał mu sekundy wytchnienia. Teraz dopiero widok tak dobrze znanej okolicy w tym domu, który mijał prawie codziennie, sprawił, że zaczęło do niego docierać, ile rzeczy przepadło bezpowrotnie. Jego rodzice, którzy w najlepszym wypadku już dawno nie żyją, a w najgorszym włóczą się gdzieś, próbując kogoś zabić całkiem nieświadomie. Sama myśl o tym odebrała mu resztki sił… Czy to dlatego Mike nie chciał, aby poszli do niego? Może nie chciał, żeby Dziki oglądał swoich rodziców przemienionych w gospodarzy. Chciał mu tego oszczędzić? Czy może raczej bał się, że Dziki się załamie, zrobi coś głupiego, kiedy trzeba będzie ich…

— Mleko zepsute — powiedział do siebie Mike, wyrywając Dzikiego z zamyślenia.

— Co? — spytał nieprzytomnie, jakby nie dotarły do niego słowa przyjaciela.

— Mówiłem, że mleko jest zepsute. Wiesz, nie ma prądu, to lodówki nie chodzą. Cholera, nie pamiętam już, kiedy ostatni raz je piłem. — Mike zrobił wyjątkowo skonsternowaną minę, pukając sobie w czoło palcami, jakby miało mu to pomóc wrócić pamięcią do tamtych chwil.

— Wybacz, że nie podzielę twoje smutku na temat mleka — odpowiedział wyjątkowo zirytowany stwierdzeniem ze strony przyjaciela Dziki. — Moja rodzina, moja praca, mój dom, całe moje cholerne życie! — Podniósł głos, zaciskając dłonie w pięści. Gorycz rozlała się w nim tak bardzo, że łzy same cisnęły mu się do oczu. —- A ty mi tu pierdzielisz… o mleku, stary…

Mike momentalnie spochmurniał, przez jego twarz naznaczoną bliznami przeszedł grymas złości. W końcu, odrzucając ze złością butelkę ze skisłym mlekiem, oparł się o stół i zbliżył twarz do Dzikiego.

— Myślisz, że o tym nie wiem? — syknął ze złością Mike. — Uważasz, że ja nie żałuje tego, co stało się z moją rodziną? Kiedy zaczął się ten cały pierdolnik, dopiero co poznałem dziewczynę, byliśmy po pierwszej randce, może mogło być z tego coś więcej, teraz ona… Moja matka… Obie pewnie już dawno nie żyją. — Wściekłość jaka od niego biła, prawie przestraszyła Dzikiego. — Ale co mam zrobić? Zabić się, hę? Usiąść i płakać? Jakbym kurwa miał naprawdę wpływ na te wszystkie wydarzenia! — powiedział, podnosząc wściekle głos. — Myślisz, że ja też sobie nie zadawałem pytań?! Dlaczego ja? O Chuj w tym chodzi?! — Uderzył rękoma w stół, aż Dziki wstał od niego odsuwając się, był przygotowany nawet na to, że to może skończyć się bójką. — Myślisz, że nie miałem ochoty rozszarpać kogoś za to, co się stało?! Jak masz już dość, to proszę… — powiedział i podsunął mu karabin. — Pierdolnij sobie w głowę i nie marnuj mojego czasu! Albo weź się w garść, Dziki!

Dzikiego zamurowało, może dlatego, że nigdy w starym świecie nie kłócił się z Mikem aż do tego stopnia, a może dlatego, że nie wciąż nie docierało do nie niego, jak Mike bardzo się zmienił. W każdym razie jego przestraszona mina musiała nieco uspokoić towarzysza, bo opuścił głowę. Przez chwilę milczeli obydwaj, najwidoczniej Mike potrzebował chwili, by wściekłość z niego uleciała. Kiedy ponownie uniósł wzrok na Dzikiego, jego oczy były już spokojniejsze. Wyprostował się, poprawiając ubranie – był to jego stary pedantyczny nawyk z poprzedniego świata. Widząc to, Dziki uświadomił sobie, że ze starego świata został mu już tylko on i dziękował w duszy, że Mike mu pomagał, choć wcale nie musiał tego robić. Dziki polegał na nim przez cały ten czas.

— Przepraszam — wypalił nagle Mike — wiesz, wbrew pozorom, jesteś naprawdę twardy — powiedział zdecydowanie ciszej, odsunął sobie krzesło i usiadł ciężko, przymykając na chwilę oczy. Palcami roztarł powieki i sięgnął po butelkę z wodą z plecaka, po czym postawił ją przed sobą na stole. — Większość ludzi w pierwszych dniach ryczy gdzieś w kątach albo traci zmysły, a ty? Ty naprawdę dobrze to znosiłeś, tak dobrze, że praktycznie zapomniałem, że to dopiero twój pierwszy tydzień tego cholernego koszmaru — powiedział, uśmiechając się gorzko i z jakimś żalem spoglądając na tę niepełną butelkę. — Każdy tu nosi jakąś stratę, o starym świecie więc lepiej nie rozmawiać, jeśli nie trzeba. Nie rozdrapywać tych ran…

Spojrzał w stronę okna. Milczeli tak jeszcze chwilę. Trudno było Dzikiemu coś teraz powiedzieć, szczególnie, że nie miał nawet ochoty na przepraszanie czy wyjaśnianie. Czuł się naprawdę okropnie, a słowa Mike’a nie pomogły mu ani trochę, chodź był mu wdzięczny, że nie odszedł i nie zostawił go. Przyjaciel chyba też to czuł, bo wstał z miejsca i podszedł do okna.

— Robi się ciemno, nie uwierzysz, jak niewiele widać w nocy bez lamp ulicznych. Prześpij się, ja nas trochę popilnuję.

Dziki skinął głową, wychodząc z pomieszczenia do małego pokoju, z którego widać było kuchnię. W staromodnie urządzonej sypialni była składana sofa i kineskopowy telewizor. Nie myśląc wiele, Dziki rzucił się w ubraniu na łóżko, zawijając w koc, który podniósł tuman kurzu. Choć był strasznie zmęczony, długo nie mógł zasnąć, cały czas słyszał w uszach trzask łamanego karku i widział twarz dziewczyny z cmentarza.


275 wyświetlenia3 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie