Rozdział II - Autobusem do wolności.



Mężczyzna prowadził ich dalej w głąb blokowiska, Dziki zauważył że w wielu oknach brakowało szyb, a drzwi do większości klatek były otwarte. Nabrał powietrza, żeby spytać, co się tu właściwie dzieje, ale nim zdążył coś powiedzieć, mężczyzna wszedł mu w słowo:

— Jesteśmy prawie na miejscu, wstrzymaj się jeszcze chwilę, dobrze?

Po jakichś dwóch minutach marszu weszli do środkowej klatki jednego z bloków, a następnie w górę po schodach do mieszkania na ostatnim piętrze. Idąc, Dziki zauważył że w większości mieszkań drzwi były po prostu wyrwane, nie było też śladu po ich lokatorach. Ostatnie mieszkanie na ostatnim piętrze jako jedyne było zamknięte.

— Dobra, jesteśmy — odezwał się w końcu prowadzący ich brodacz, otwierając drzwi kluczem. — Rozgośćcie się.

Weszli do pierwszego pomieszczenia, które wyglądało bardziej jak zagracona piwnica niż pokój. Wszędzie walały się bez ładu różne rzeczy: rower górski, siekiery w różnych rozmiarach, ubrania na jednym ze stosów, wojskowe buty (kilka par tuż obok siebie), opakowania po konserwach i chipsach, itd. Dziki spojrzał na mężczyznę, ten jednak zaraz po zamknięciu drzwi zwrócił się w stronę młodego:

— Zajmiemy się teraz twoimi plecami, ty możesz poczekać w kuchni — dodał do Dzikiego i wskazał mu drzwi na wprost.

Dziki zawahał się przez chwilę, ale gdy zobaczył jak brodacz zdejmuje z chłopaka bluzę i odsłania jego poszarpane plecy (co natychmiast wywołało u młodego falę płaczu), stwierdził, że rzeczywiście nie ma ochoty tego oglądać.

Otworzył Drzwi i usiadł obok stołu na krześle kuchennym, kuchnia wyglądała na nieużywaną. To znaczy nie było w niej takiej graciarni jak w pokoju, stare białe szafki były pozamykane, a na stole stała tylko jedna szklanka po kawie. Teraz, gdy Dziki usiadł, jego ciało dało mu do zrozumienia, że dostało dzisiaj porcję nieziemskiego wysiłku, a w gardle miał tak sucho, że czuł się, jakby miał umrzeć z odwodnienia. Wstał i z nadzieją zbliżył się do kuchennego kranu, nadzieja jednak szybko prysła, bo nie wyleciała z niego nawet kropla wody. Zdesperowany spojrzał już nawet na szklankę z resztką kawy, ale nie poddał się pokusie. Opadł z powrotem na krześle i przez kilka kolejnych minut myślał tylko o tym, jak bardzo chce mu się pić. Miało to swoje plusy, bo teraz każdy inny problem wydawał się jakiś odległy.

Z zamyślenia wyrwał go wchodzący do kuchni brodacz, gestem zaprosił młodego z pokoju do kuchni. Towarzysz Dzikiego miał na sobie nową, trochę za dużą, bluzę granatowego koloru, wyglądało na to, że mężczyźnie udało się go obandażować, bo ubranie nie nasiąkało z tyłu czerwienią.

— Na szczęście wyglądało to gorzej, niż było w rzeczywistości, ale gdyby posiedziała na tobie jeszcze chwilę, to miałbyś na plecach mielonkę — stwierdził brodacz, rozsiadając się na wolnym krześle. — Ok. Teraz, kiedy mamy chwilę spokoju, możemy porozmawiać. Wstrzymajcie się jednak z pytaniami aż skończę, w porządku? Szkoda czasu na bezsensowne wywody, uwierzcie mi, nie jesteście pierwszymi, którym to tłumaczę, jasne?

Dziki skinął głową, młody chłopak wyglądał jakby wszystko mu było obojętne, patrzył się jedynie pusto w przestrzeń.

— No to od początku — zaczął mężczyzna, opierając ręce na brodzie, jakby coś sobie przypominał. — Więc tak...: pierwsze, co pamiętacie, to błysk jak flesz od aparatu i budzicie się na cmentarzu?

Dziki ponownie przytaknął.

— I tak zaczyna się historia prawie wszystkich. Dlaczego? Nie wiem i prawdopodobnie nikt nie wie. Czy żyjecie? Tak, bo można was zabić, o czym boleśnie przekonała się wasza koleżanka.

— Byłeś tam? Na cmentarzu? — przerwał mu Dziki trochę zbyt głośno, a ból gardła momentalnie o sobie przypomniał.

— Byłem… — odpowiedział mężczyzna, nie zmieniając tonu. — Obserwuję was praktycznie od momentu waszego pojawienia się.

— Więc dlaczego nie pokazałeś się wcześniej, na co czekałeś? — spytał Dziki, starając się jednak, by nie brzmiało to jak wyrzut. Bądź co bądź mężczyzna uratował mu życie.

— Zaraz zrozumiesz, obiecuję, ale najpierw spytam się was: obydwaj jesteście z Krańcowa, prawda?

Dziki przytaknął, jego towarzysz wciąż siedział z nieprzytomną miną.

— To dobrze. Zdecydowanie ułatwi wam to sprawę. Więc teraz tak, wyobraźcie sobie, że nagle wszyscy ludzie z naszego miasta zniknęli. A potem nagle zaczęli pojawiać się pojedynczo, budząc się tak jak wy na cmentarzu. Nie mieli żadnego kontaktu z terenem poza Krańcowem. Nie ma wody, nie ma prądu, wszystko stoi, nie działają telefony i jest praktycznie pusto. Ci, którzy próbują wyjść poza obszar miasta, umierają. Jeżeli ktoś próbuje przejść przez tory, umiera. Jeżeli ktoś spotka potwory, takie jak wy spotkaliście na cmentarzu, umiera… Zazwyczaj. Co do tych potworów, tak jak wam powiedziałem, ludzie co jakiś czas pojawiają się na cmentarzu, wygląda na to, że im ktoś jest starszy, tym większa szansa, że na cmentarzu obudzi się jako potwór, a nie jako człowiek. Takich ludzi nazywaliśmy kiedyś niewpełniwykształconymi, a potem przyjęła się krótka nazwa niewykształcony. Niewykształcony, którego spotkaliście, to po prostu znicz. Pieruńsko silny, ale dość powolny i ma bardzo oczywisty słaby punkt, uchodzi tu za najsłabsze monstrum. Dlatego czekałem, żeby zobaczyć, czy sobie z nim poradzicie. Jeżeli by wam się nie udało, to szkoda mojego czasu, bo i tak byście tu nie przetrwali — stwierdził gorzko brodaty mężczyzna.

Dziki nie wiedział, co ma sobie o tym myśleć, jego kolega wyglądał teraz dużo gorzej. Spojrzał na jego otępiałą twarz i rozbiegane oczy. Pewnie próbował nadążyć za słowami ich wybawiciela. Dziki nie miał jednak czasu sam się zastanowić nad jakimkolwiek sensem jego wypowiedzi, bo brodacz znów zaczął mówić.

— Idźmy dalej. Wasze rodziny, wasi znajomi i przyjaciele. Mogą tu być, mogli się jeszcze nie pojawić, mogą już nie żyć albo łażą jako potwory i zatruwają nam życie. I zapamiętajcie sobie jedną rzecz: Ludzie którzy przekroczyli granicę wieku trzydziestu lat, pojawiają się tu już jako potwory, za to ci poniżej trzynastu… Cóż takich tu jeszcze nikt nie spotkał, więc pewnie się nie pojawiają. Jeżeli chodzi o wasze rodziny, to cóż... Dla waszych rodziców byłoby lepiej, gdyby się tu wcale nie pojawili — stwierdził i zamilkł na chwilę, dając im chyba czas na wchłonięcie tylu informacji, ile są w stanie. To co powiedział, było tak nieprawdopodobne, że ciężko było to skomentować.

— Czekacie pewnie na to, żeby zasypać mnie pytaniami, co? — stwierdził w końcu, uśmiechając się w dziwny sposób. — Dobra, to kończę już. Jestem Kuba, ale niektórzy mówią na mnie Trzeci. To dlatego, że wedle tego, co ustaliliśmy, w Krańcowie pojawiłem się jako trzeci. Należę do pewnej grupy zwanej Autobus do Wolności, pomagamy nowo przybyłym stawiać tu pierwsze kroki. Ale tylko wybranym nowoprzybyłym… — stwierdził po chwili przerwy.

— Dlaczego? — wyrwało się w końcu Dzikiemu. Odchrząknął, bo w gardle czuł jakąś dziwną kluskę. Nie był zadowolony z tego, jak zabrzmiał jego głos. Roztarł nadal bolącą, jeszcze zaczerwienioną szyję i spojrzał na uśmiechniętego Kubę. Ten oparł się wygodniej na swoim krześle.

— Po pierwsze dlatego, że można łatwo tu zginąć, więc szkoda cennych zasobów na próbę pomagania komuś, kto i tak nie przetrwa.

Dziki nie mógł nie zauważyć, że mówiąc to, Kuba spojrzał prosto na młodego towarzysza.

— Po drugie nie pomagamy komuś, kto ma wyrok wypisany na twarzy. Dostatecznie wielu bandytów i wszelkiego rodzaju badziewia przelazło już przez cmentarz i teraz gwałci i morduje, bo nie ma policji, która by ich powstrzymała. Dlaczego pomogłem wam? Odpowiedź powinna się nasunąć raczej sama — stwierdził i spojrzał na jedną ze swoich dłoni. — Właściwie to pomogłem tobie — dodał, kierując wzrok w stronę Dzikiego. — Chciałeś pomóc dziewczynie na cmentarzu i stanąłeś do walki, by bronić swojego młodego kompana, więc chyba serce masz po właściwej stronie. Widziałem też, że na cmentarzu powaliłeś znicza. Broniłeś się, mimo że się bałeś i byłeś na zgoła straconej pozycji. Widziałem wielu, którzy tu trafiali.... Nie uwierzysz, jak wielu umiera, bo jedyne, co potrafią zrobić w krytycznej sytuacji, to prosić o litość bezrozumną bestię, zamiast próbować się bronić albo uciekać. — Kuba odwrócił wzrok od Dzikiego i wpatrywał się gdzieś w kąt. — Jeżeli chodzi o dziewczynę, możesz przyznać mi rację albo znienawidzić za to, co powiem, ale dla niej to lepiej, że to skończyło się tak szybko…

— Lepiej? —zapytał Dziki, w którym złość mieszała się z odrazą.

— Jeśli pożyjesz tu dłużej, przyznasz mi kiedyś rację — powiedział brodaty mężczyzna dobitnie w jego stronę. — Takie rzeczy trzeba jednak zrozumieć, ty myślisz jeszcze jak człowiek ze starego świata.

Dziki zawiesił się przez chwilę, słowa stary świat uderzyły w niego szczególnie mocno. Wiedział, o co chce spytać, miał jednak trudności ze sformułowaniem tego.

— Powiedz… Czy można jakoś wrócić? — Dziki spojrzał przez okno kuchenne na to szare niebo. Wzrok znów zwrócił na Kubę, który przyglądał mu się z zainteresowaniem, czekając na dalszą część jego wypowiedzi. — Chodzi mi o ten stary świat.

Kuba zaśmiał się.

— Przepraszam, wprowadziłem cię w błąd. Mianem starego świata określa się tutaj wszystko, co było przed błyskiem. To nie jest tak, że trafiłeś w jakieś inne miejsce, to jest nasze Krańcowo. Jeżeli zaś chodzi ci o to, czy można stąd wyjść i pójść do jakiegoś sąsiedniego miasta, gdzie, no nie wiem… grupa naukowców siedzi i zastanawia się, o co w tym chodzi, a prezydent w telewizji opowiada, jak to wszystko jest pod kontrolą… to niestety, nie. — Kuba zamyślił się przez chwilę i stwierdził jakby do siebie: — Nie jestem nawet pewien, czy coś w ogóle jest poza miastem — dodał po chwili w stronę Dzikiego. — Jeżeli spróbujesz wyjść poza granice miasta, umrzesz, a ze strefą poza Krańcowem nie ma żadnego kontaktu.

— Ale jak to się umiera? Od promieniowania czy coś takiego? — Dziki wciąż nie potrafił tego zrozumieć, jak można po prostu umrzeć.

— Ciężko to wyjaśnić. — Kuba podrapał się z tyłu głowy. — Właściwie musiałbyś to zobaczyć, żeby zrozumieć. Po prostu przekraczasz pewien punkt, zaczynasz zwalniać, a jak się zatrzymasz, to koniec – stoisz już zawsze. Więc od granicy miasta trzymaj się z daleka. To jedna z podstawowych zasad.

— A jest tych zasad więcej? — spytał Dziki.

— Następna sprawa, bo chyba o tym nie wspominałem, trzymajcie się z dala od piwnic, zejść pod ziemię czy czegokolwiek w tym rodzaju. Już się stamtąd po prostu nie wychodzi. Uważajcie na to — powiedział i gładząc się po brodzie, błądził gdzieś wzrokiem przez chwilę, milcząc i zastawiając się. — Ach właśnie! Nie zbliżajcie się też do torów, dużych transformatorów i skrzynek elektrycznych, bo was usmaży żywcem. W mieście nie ma prądu, ale to nie przeszkadza temu elektrycznemu cholerstwu miotać pioruny na prawo i lewo.

— Mieszkam za przejazdem, pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, to powrót do domu — wtrącił Dziki.

— Odradzam ci, ale zrobisz jak będziesz chciał — stwierdził Kuba, kiwając głową. — Słuchajcie, wiadomą sprawą, i już najbardziej oczywistą, jest to, żeby unikać cmentarza. Oprócz tego omijajcie duże zakłady przemysłowe i miejsca o symbolicznym znaczeniu, bo tam jest najwięcej niewykształconych. Centrum miasta też nie jest bezpieczne. Bardzo dużo ludzi, którym udało się przetrwać pierwsze dni, koczuje tam w tragicznych warunkach, bojąc się ruszyć gdziekolwiek dalej. Wygłodniali i zdesperowani zabiją was, jeżeli tylko pomyślą, że macie coś do jedzenia. Słyszałem nawet, że zdarzały się tam przypadki kanibalizmu. Tak więc jeśli nie chcecie trafić na czyjś talerz, tam też nie chadzajcie.

Dziki przytaknął, ale wspomnienie o wygłodniałych kanibalach przypomniało mu o dręczącym go pragnieniu.

— Głupio mi pytać… — wtrącił niepewnie — ale, czy masz może coś do picia?

— Jasne, trzymaj — powiedział Kuba, podając mu butelkę z wodą, którą wyciągnął pośpiesznie z szafki za plecami. — A propos jedzenia i picia. Szukajcie wody w butelkach i jedzenia po prywatnych domach, a od sklepów trzymajcie się z dala, bo albo są już okradzione, albo koczują tam ludzie, którzy niekoniecznie są sympatyczni. Jeśli wiecie, o co mi chodzi…

Znów zapadła między nimi cisza. Po całym tym wywodzie do Dzikiego zbyt wiele jeszcze nie docierało. Ugaszone pragnienie sprawiło, że inne problemy wróciły na swoje miejsce. Przeszło mu przez myśl, że jeszcze chyba nikt nie doznał takich zmian w życiu, w tak krótkim czasie, jak on i ten chłopak. Jego rodzina, jego przyjaciele, całe dotychczasowe życie… To po prostu było niemożliwe. Kiedy teraz miał chwilę, żeby się nad tym zastanowić, prawda uderzyła w niego, jakby dostał od kogoś w twarz. A te pytania, które mu zadał? Czy na pewno były istotne? Może przeoczył coś naprawdę ważnego . Z drugiej jednak strony bał się, że jeżeli dowie się jeszcze czegoś równie dziwnego, to nie wytrzyma i postrada rozum. Dziki milczał jeszcze dłuższą chwilę. O dziwo ciszę przerwał nagle głos młodego:

— To co ja mam teraz zrobić? — skierował pytanie w stronę Kuby, prawie z paniką na twarzy.

Mina brodatego zrzedła, a on sam, zakładając ręce na piersi i odchylając się na krześle, powiedział chłodno:

— Słuchaj, ja ci nie będę życia układał. Jasne, dałem ci szansę, której wielu przed tobą nie miało, więc próbuj przetrwać albo się zabić – wybór należy do ciebie.

Chłopak chciał coś odpowiedzieć, ale widząc wzrok brodacza, zamilkł.

— A ty nie chcesz o coś jeszcze zapytać? — rzucił w stronę Dzikiego.

Ostatnie słowa Kuby, choć skierowane do młodego, były dla niego jak kubeł zimnej wody. „Spróbuj przetrwać albo się zabić”. Jak niby ma przetrwać? Gdzie ma teraz pójść? Nawet do domu nie miał po co wracać.

— Jest w ogóle jakieś miejsce, do którego warto udać się na początek? Albo jakaś grupa nowych ludzi, do której warto by było przystać? Chyba raczej ciężko tu przetrwać samemu — stwierdził w końcu, nie wiedząc jak dokładniej sprecyzować pytanie.

Kuba zastanawiał się przez chwilę, widać było, że układa sobie coś w głowie.

— Ech, nie będę ukrywał, że porządnym ludziom jest tutaj raczej ciężko. Jest kilka grup, które mogłyby pomóc, ale miejsca są naprawdę ograniczone, rozumiesz… Każdy ma jakichś znajomych, którzy się pojawiają co jakiś czas, no i każdy by chciał, żeby ich przyjąć. — Kuba spojrzał w stronę Dzikiego. — Mógłbyś spróbować szczęścia i zobaczyć, czy w którejś z nich nie masz jakiegoś znajomego ze starego świata, ale — dodał nieco groźniejszym tonem — to już nie muszą być ludzie, których pamiętasz. Nawet nie wiesz, jak ten świat miesza ludziom w głowie.

— A ten autobus, do którego należysz? Nie ma u was miejsca?

Kuba zmarszczył czoło. Widać było, że znowu coś układa w głowie, ale Dziki podejrzewał już, jaka będzie jego odpowiedź.

— Słuchaj, grupa, do której doraźnie należę, bo większość czasu i tak spędzam przy cmentarzu, jest już przepełniona.

Dziki pokiwał głową, słuchając tej oczywistej odpowiedzi, ale Kuba ciągnął dalej:

— Prawda jest też taka, że utrzymanie autobusu spoczywa na moich barkach, jako najbardziej doświadczony zapewniam wszelkie możliwe zapasy. A grupa, której przewodzę, nie ma nawet stałego miejsca pobytu, jedynie trochę szczęścia i układów ze starego świata. Czasami ci, którym pomogliśmy na początku, odwdzięczają się, ale każdemu jest tutaj ciężko, nikomu się nie przelewa. Dodatkowo jeszcze poświęcam swój czas, siły i środki, żeby pomagać ludziom, którzy się pojawiają, a wbrew pozorom tych, którzy przechodzą mój przykry test, jest całkiem sporo. — Kuba wstał i spojrzał przez okno. — Rozumiesz więc, że to nie jest pierwsza taka rozmowa i nie mogę zrobić wyjątku i tobie jedynemu zaoferować miejsce. Byłoby to niesprawiedliwe wobec innych, którym pomogłem... Ale — dodał po chwili znacznie pewniejszym głosem — z tego, co wiem, to koło dawnej stacji kolejowej buduje się teraz jakaś nowa wspólnota, autobus mógłby cię tam podwieźć, jeśli chcesz spróbować szczęścia — zaproponował.

Dzikiemu nie bardzo się to podobało, propozycja brzmiała raczej jak coś rzuconego na odczepne, z drugiej jednak strony nie bardzo wiedział, co zrobić. Jak nigdy przydałaby mu się jakaś większa pomoc. „No właśnie, pomoc…” — pomyślał, wspominając graffiti, które dostrzegł na jednym z bloków.

— A Armia Daniela? — spytał niepewnie.

Kuba spojrzał na Dzikiego zszokowany, może nie wiedział, skąd dowiedział się o jej istnieniu.

— Nie — odpowiedział natychmiast zimnym, gniewnym głosem. — I dla twojego dobra spróbowałbym sił we wspólnocie albo samemu. Armia Daniela jest ostatnim miejscem, w jakim chciałbyś się znaleźć. Po za tym znam się trochę na ludziach. Nie wytrzymałbyś tam, pod każdym tego słowa znaczeniem. Także kolejna dobra rada, mam na nie chyba monopol…: Nie przyjmuj się do Armii Daniela. — Kuba skończył i obserwował ich jeszcze przez chwilę. Potem wstał i wyszedł do sąsiedniego pokoju, wrócił po chwili, niosąc dwa szkolne plecaki. — Słuchajcie… — Ton głosu zmienił mu się na znacznie bardziej życzliwy. — Mamy w autobusie taki zwyczaj, że jeśli ktoś wydaje się być w porządku i ma szansę przetrwać w tym świecie, to dajemy mu taką małą wyprawkę. To, co najważniejsze: trochę jedzenia, wody i siekierę do obrony. Jeżeli kiedyś uda wam się znaleźć tu swoje miejsce, nie zapomnijcie, kto wam pomógł. A teraz chodźcie ze mną.

Dziki spojrzał w stronę młodego, który oparł swój plecak na kolanach. Nie trudno było zgadnąć, że wcale nie ma ochoty się stąd ruszać. Z korytarza jednak dobiegł ponaglający głos Kuby. Dziki złapał siekierę, a potem skinął głową w stronę młodego. Chłopak zarzucił sobie plecak, po chwili jednak ściągnął go ze zmarszczoną miną. Widać, po tym wszystkim, co usłyszał, zapomniał nawet o ranie na plecach. Nie wziął też siekiery, która została oparta o stół. Przeszli z powrotem przez zagracony pokój i wyszli na klatkę schodową. Kuba spojrzał z uśmiechem na Dzikiego i zmarszczył się, gdy zobaczył, że młody nie wziął ofiarowanej broni, nie powiedział jednak ani słowa. Obrócił się i sięgnął do kieszeni po klucz.

— Od razu was ostrzegę, zabezpieczyłem dobrze te placówkę. Jakbyście chcieli coś stąd zabrać, zginiecie w męczarniach. — Łypnął na nich rozbawiony i przekręcił zamek w drzwiach. — Myślę jednak, że do tego nie dojdzie — dodał po chwili, klepiąc młodszego z chłopaków w ramię. Mijając ich, ruszył wolnym krokiem po schodach na dół. Cała trójka wyszła na zewnątrz blokowiska, a Kuba zaprowadził ich na przystanek autobusowy.

— Dobra tu was zostawię, jeżeli poczekacie trochę, to powinien przyjechać autobus z moimi ziomkami. Mogą was zabrać do wspólnoty, na stację albo gdzie tam będziecie chcieli… W granicach rozsądku oczywiście — dodał.

— Ja… — odezwał się niepewnie chłopak — ja chyba spróbuję wrócić do domu…

Dziki i Kuba spojrzeli na niego.

— Jesteś pewien? Nie chcesz poczekać na ten cały autobus? — spytał Dziki, spoglądając na chłopaka. Widać było, że ten najchętniej poszedłby gdzieś popłakać.

Kuba westchnął i kiwnięciem głowy dał Dzikiemu znać, by odpuścił.

— Ja nie wiem, po prostu chcę wrócić do domu — odpowiedział chłopak, spuszczając głowę jeszcze niżej.

— Więc powodzenia — powiedział Dziki niepewnie i wyciągnął do chłopaka rękę.

Wymienili uścisk i młodzik ruszył chwiejnym krokiem w stronę centrum, ciągle garbiąc się przez zbolałe plecy.

— Nie wróżę mu świetlanej przyszłości — stwierdził gorzko Kuba, obserwując oddalającego się chłopaka. — Mam jednak nadzieję, że tobie uda się przetrwać — stwierdził, wyciągając rękę.

— Tak w ogóle to jestem Dziki. I dziękuję za wszystko.

Mężczyźni wymienili uścisk dłoni.

— Zapamiętam to sobie — powiedział Kuba i machając ręką na pożegnanie, zniknął między budynkami.

Dziki został sam na przystanku, w głowie ciągle jeszcze czuł jakieś dziwne otępienie. Nie chcąc za bardzo rzucać się w oczy, już po chwili usiadł w budce, jakby instynktownie starając się zasłonić z każdej możliwej strony. Rozglądając się, dostrzegł na jednej ze ścian przystanku dość koślawy malowany odręcznie plakat. Przedstawiał krótko obciętego chłopaka, w jeansach i starej wojskowej kurtce. Podpis pod plakatem głosił: „Daniel twoja ostatnia nadzieja – Idź w stronę Marketu”. Odchylił się nieco i przyjrzał plakatowi lepiej. Teraz zobaczył jeszcze, że ktoś dopisał obok na szybie flamastrem: „Jeśli jesteś dziewczyną nie idź”.

Sens słów Kuby na temat dziewczyny z cmentarza zaczął kołatać w jego głowie. „Lepiej, że to skończyło się szybko” — powtórzył w myślach. Jeśli działy się tam takie rzeczy, o których właśnie pomyślał, to faktycznie, nie byli to ludzie, z którymi mógłby trzymać.

Nie wiedział dokładnie, ile czasu minęło, nie miał przy sobie zegarka. Całe miasto wydawało się martwe, a szare chmury zasłaniały słońce tak, że nie było widać nawet skrawka czystego nieba. Trudno było określić, jaka jest pora dnia. Dla zabicia czasu otworzył plecak, w środku były dwie butelki wody, duża mięsna konserwa, paczka chipsów i guma do żucia. Wyciągnął wodę i złapał łyk, minęło kolejnych kilka minut zanim usłyszał cichy warkot. Warkot nasilał się, a po chwili był już pewien, że był to warkot silnika.

„Moja podwózka” — stwierdził, wychylając się i wstając z miejsca. Na tej pustej drodze i w tej absolutnej głuszy pojazd zdawał się być zbyt głośny. Dziki już prawie przyzwyczaił się do tej panującej wszędzie ciszy. Warkot silnika roznosił się echem po całej okolicy, jakby zamiast autobusu w jego stronę pędził towarowy ekspres. Odruchowo rozejrzał się dookoła, mając wrażenie, że wszystko, co tylko żyje w tym mieście, wie już, gdzie się teraz znajdują.

Nowoczesny piętrowy autobus zatrzymał się z piskiem tuż przed Dzikim. Logo firmy turystycznej, do której musiał wcześniej należeć, ktoś zamalował sprayem tak, że teraz ogromny kolorowy napis FREEDOM BUS zajmował prawie cały widoczny bok. Dziki spojrzał przez okna i zobaczył kilka śpiących postaci, których ten nagły postój wcale nie wyrwał z drzemki. Zanim jednak zdążył im się dokładnie przyjrzeć, automatyczne drzwi od strony kierowcy się otworzyły, a z wnętrza autobusu dobiegł nieco znudzony głos:

— No wbijaj.

Dziki, nie czekając na dalsze ponaglenie, wszedł do środka. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to kierowca, ogromny nieogolony luzak z burzą dredów na głowie.

— Siemka — powiedział tym samym znudzonym głosem, co wcześniej, wyciągając w stronę Dzikiego rękę. Gdy się witali, kierowca przyjrzał mu się spokojnie, po czym zamykając drzwi przyciskiem, rzucił: — Zajmij sobie wolne miejsce, tylko nie pchaj się na górę, tam są nasze prywatne rzeczy.

Dziki skinął głową i ruszył w stronę tylnych siedzeń, mijając po drodze śpiących w fotelach ludzi. Na końcu autobusu zobaczył schody biegnące na drugie piętro. Gdyby nawet kierowca nie ostrzegł go, pewnie i tak nie dostałby się na górę, bo na jednym ze stopni siedział jakiś krótko obcięty, nieogolony mężczyzna, dzierżący w dłoniach myśliwską flintę. Spojrzał się on badawczo na Dzikiego, ale po chwili kiwnął mu głową na powitanie. Dziki odwzajemnił niepewnie gest. kiedy nagle poczuł potężne uderzenie w okolicach brzucha, a zaraz po nim parę dłoni owijających się dokoła jego pleców. Przez chwilę nie był pewien, co się właściwie dzieje. Gdy spojrzał w dół, okazało się, że niska dziewczyna o krótkich czerwonych włosach wtulała się w niego ze wszystkich sił. Sam nawet nie wiedział czemu, ale zrobiło mu się tak miło, że odwzajemnił gest. Stali tak przez chwilę w tym niespodziewanym uścisku, kiedy autobus powoli ruszył. Dziki wyrwał się jako pierwszy i delikatnie odsunął dziewczynę tak, by móc przyjrzeć się jej twarzy. Wbrew jednak temu, czego oczekiwał, nie dostrzegł żadnej znajomej sobie postaci, nikogo, kogo kojarzyłby choćby z widzenia – jakiejś bezimiennej sąsiadki albo dziewczyny spotykanej często na ulicy. Ta, stojąca przed nim, była mu całkiem obca.

— Przepraszam, ale... czy my... to znaczy... spotkaliśmy się wcześniej? — spytał niepewnie.

— Och — Dziewczyna uśmiechnęła się tak miło, że Dzikiemu zrobiło się jakoś cieplej. — Nie, nie sądzę.... to znaczy… — Postać stanęła na palcach, przyglądając się z bliska jego twarzy. — Nie, nigdy wcześniej cię nie widziałam — odpowiedziała, śmiejąc się.

Dziki również się zaśmiał, choć naprawdę nie wiedział czemu.

— Więc skąd ten niespodziewany atak czułości? — spytał żartobliwie.

— No, bo wiesz… — Dziewczyna zaczerwieniła się i spojrzała na swoje buty. — Pierwszy dzień jest dla każdego tak straszny, więc chciałam, żeby spotkało cię coś miłego.... Ttakie inne przywitanie od tego z cmentarza — dodała po chwili z goryczą w głosie.

— W takim razie dziękuję i gwarantuję ci, że jest to najmilsza rzecz, jaka mnie dzisiaj spotkała — dodał pewnie Dziki.

— Cieszę się — odpowiedziała, prawie podskakując, po czym złapała go za ramię i pociągnęła na wolną parę siedzeń tuż przed schodami. Kiedy już usiedli, Dziki się uspokoił, autobus wewnątrz wydawał się taki bezpieczny. Jakby całe zło tego świata zostało tam po drugiej stronie szyby, przez którą patrzył.

Dziewczyna wciąż przyglądała się mu z zainteresowaniem, nie była raczej typem osoby, która mogła długo usiedzieć w jednym miejscu, ciągle machała nogami albo przeciągała się, wyginając ręce. Teraz, gdy Dziki przyjrzał jej się uważniej, stwierdził, że musiała być niewiele młodsza od niego, ale przez swoje specyficzne zachowanie i dziwną fryzurę wydawała się dużo bardziej dziecinna.

— Jestem Oli — wypaliła nagle, jakby nie mogła dłużej znieść tej ciszy między nimi.

— O, przepraszam. Przez to twoje niespodziewane wejście zapomniałem się... Mówią na mnie Dziki.

— A nie wyglądasz, sam sobie to nadałeś? — spytała, wyraźnie krztusząc się ze śmiechu.

Dziki również się zaśmiał, wspominając pochodzenie ksywy, było bowiem dużo mniej oryginalne niż można by przypuszczać.

— To po prostu mój nick w grach online i tak się przyjęło — wyjaśnił.

— Aha. — Dziewczyna zmarszczyła czoło i spojrzała w jego stronę, jakby chciała przewiercić go na wylot. — Jesteś inny niż ci, którzy przychodzą zazwyczaj.

— To znaczy? — spytał Dziki niepewnie.

Ale nim Oli zdążyła coś powiedzieć, do ich rozmowy wtrącił się siedzący na schodach strażnik.

— Widziałeś już niewykształconego, prawda? — spytał niespodziewanie.

Dziki skinął głową.

— Nawet kilku… — dodał po chwili.

— Więc naprawdę dobrze się trzymasz — stwierdził mężczyzna. — Kuba nie przysyła tu ludzi, co do których ma jakieś wątpliwości, większość tych, z którymi jechaliśmy, to byli naprawdę twardzi goście. Było nawet paru takich, którzy na dzień dobry załatwili paru niewykształconych. — Strażnik wstał ze schodów i podszedł do Dzikiego. — Ale wiesz, gdy trafiali tutaj i mieli już chwilę, by zebrać myśli, cóż… załamywali się… albo — dodał po chwili — siedzieli milczący jak w jakimś transie. Tyle zmian w życiu naraz może naprawdę wejść człowiekowi na głowę, niektórzy po prostu wariują. — Strażnik spojrzał teraz na Dzikiego, jakby chciał sprawdzić, czy po tych słowach nie wybuchnie on szaleńczym śmiechem i nie zacznie wymachiwać nożem na prawo i lewo.

Dziki sięgnął do plecaka i wyciągnął wystającą z niego siekierę.

— Jeżeli chcesz, zabierz ją. Bezbronny chyba nie będę wam zagrażał…

— Spokojnie — odpowiedział mu mężczyzna — możesz ją zachować, dopóki zachowujesz się rozsądnie, a gdyby było inaczej, to nawet ona ci nie pomoże.

Mężczyzna wrócił na swoje miejsce, zostawiając Dzikiego z mieszanymi uczuciami. Oli zbliżyła się po chwili i szepnęła mu na ucho:

— Daruj mu. Primo to nasz strażnik i ma prawdziwy kompleks na punkcie naszego bezpieczeństwa, ale jest naprawdę w porządku. Pomoże ci, jeszcze zobaczysz.

Skinął głową, udając, że zgadza się z jej słowami, choć nie do końca wierzył, że Primo spróbuje mu pomóc w jakikolwiek sposób…

Przez tę dziwną konfrontację ze strażnikiem Dziki nie zauważył nawet, że autobus się zatrzymał. Stali teraz po środku jakiegoś pola, a z oddali rysowały się kontury Krańcowa, musieli wiec wyjechać za miasto, ale nie przypominał sobie tej okolicy.

Dredowaty kierowca powoli zbliżył się do niego, przeciskając się między siedzeniami i osobistymi rzeczami mieszkańców.

— Słuchaj... Kuba na pewno tłumaczył ci, że nie możesz zostać z nami na stałe...

Dziki zauważył, że jego głos był teraz dużo bardziej nerwowy, a Oli odwróciła się i wpatrywała w podłogę.

— Nie mniej, bez sensu byłoby ci pomagać, a potem odesłać na pewną śmierć — dodał po chwili — dlatego jeżeli ci to odpowiada, zostaniesz z nami parę dni… W tym czasie pokażemy ci trochę w praktyce – jak przetrwać i ułożyć sobie jakieś życie... A potem może ty kiedyś pomożesz nam... To co, pasuje ci ten układ? – spytał.

— Tak — zgodził się Dziki — nie mam zamiaru nadużywać waszej gościnności. Nie jesteście mi nic winni, a i tak mi pomagacie, więc dziękuję i postaram się nie być w tym czasie ciężarem.

Dredowaty otworzył delikatnie usta, być może nie spodziewał się takiej deklaracji ze strony Dzikiego, w każdym razie po chwili się zaśmiał.

— Cholera, chyba po raz pierwszy, od kiedy prowadzę ten autobus, usłyszałem słowo dziękuję.

— Co? — spytał Dziki, nie rozumiejąc w ogóle, o co chodzi.

Zamiast kierowcy odpowiedział mu jednak Primo głosem pełnym wyrzutów:

— Większość ludzi jest zbyt zajęta wymyślaniem setek powodów, dla których mieliby zostać z nami na stałe albo błaganiem o litość i narzekaniem, że ich zabijemy, jeżeli będą musieli radzić sobie sami. Nie mają więc czasu pomyśleć o tym, jak wiele dla nich robimy.

— No tak, gdybyście każdego zabierali, to ciągnąłby się tutaj już konwój autobusów — zażartował Dziki, chcąc nieco rozluźnić napięcie.

Nikt jednak się nie uśmiechnął. Primo stwierdził jednak po chwili ciszy:

— Nie byłoby konwoju... Nie przeżylibyśmy.

Dredowaty pokręcił głową, a potem rzucił w stronę Oli:

— Mała, obudzę pozostałych, a ty zacznij już zbierać rzeczy. Rozbijamy obóz, do rana daj naszemu gościowi namiot gościnny, chyba że woli spać w autobusie...

— Siedzenie mi wystarczy — odpowiedział Dziki — ale może mogę w czymś pomóc? Nie chcę siedzieć bezczynnie.

— Na razie wystarczy, że nie będziesz przeszkadzał — odpowiedział mu Primo.

***

Dziki przebudził się zlany potem. Jeszcze przed chwilą stał na cmentarzu otoczony setkami ludzi, którzy ciskali w niego wybuchającymi zniczami. Pokręcił głową, ciesząc się w duchu, że udało mu się nie obudzić z krzykiem. Najwidoczniej jego psychika miała własny sposób na poradzenie sobie z ostatnimi wydarzeniami. Kiedy zastanowił się nad tym przez chwilę, był szczęśliwy, że udało mu się w ogóle zasnąć. Tysiące myśli, które krążyły wieczorem w jego głowie, musiało jednak przegrać walkę ze zmęczeniem, jakie zalało resztę ciała.

Obrócił się na ciepłym siedzeniu, które służyło mu za łóżko i wyjrzał przez okno. Obóz mieszkańców autobusu zdawał się pogrążony w głębokim śnie, ognisko po środku porozrzucanych bez ładu pojedynczych namiotów tliło się resztkami żaru. Wodząc wzrokiem po namiotach, znalazł ten należący do Oli. Jeszcze kilka godzin wcześniej Dziki rozstawiał go własnymi rękami, chcąc chociaż odrobinę przydać się do czegoś. Miał co prawda wrażenie, że sama właścicielka rozstawiłaby go dużo szybciej bez jego pomocy. Co chwila bowiem poprawiała jakieś drobnostki sknocone przez Dzikiego, który z samym obozowaniem nigdy nie miał zbyt wiele wspólnego.

Dziki przyjrzał się uważnie jej namiotowi. Wewnątrz ciągle paliła się lampka, choć sądząc po braku jakiegokolwiek cienia, Oli musiała już spać... „Może bała się ciemności?” — stwierdził sam do siebie.

Zrobiło mu się jakoś smutno, kiedy pomyślał o niej, żyjącej w tym przerażającym świecie pełnym potworów... Z drugiej strony sama Oli przez cały dzień ani razu nie narzekała. Kiedy pomagał jej rozstawiać namiot i rozmawiali trochę, wydawała mu się naprawdę pozytywną, choć nieco zakręconą osobą. Na pewno było w niej najwięcej życia ze wszystkich mieszkańców tego autobusu. Pozostali chodzili ciągle jak w jakimś amoku albo śnie, a rozmawiali ze sobą tylko o tym, co należy zrobić albo gdzie czegoś szukać. Nawet luzacki kierowca autobusu, jak się wydawało Dzikiemu, od kiedy tylko się zatrzymali, chodził jakiś dziwnie wylękniony i spięty.

Dziki próbował położyć się spać, ale poczuł napierający na niego zew natury. Chcąc nie chcąc, podniósł się i wyszedł na zewnątrz. Oprócz niego w autobusie nie spał nikt więcej. Dziki pomyślał, że ludzie musieli już mieć dość siedzenia w ciągłym zamknięciu. Na zewnątrz było naprawdę chłodno i ciemno. Dziki miał jednak wrażenie, że jakieś światła muszą palić się po drugiej stronie pól, przy których obozowali, bo łuna była tak wyraźna, że bez trudu widział obozowisko i autobus.

Przeszedł kilka kroków, mijając po drodze namioty i zatrzymał się kawałek dalej, gdy zauważył coś, przez co serce na chwilę stanęło mu w miejscu. W oddali po środku pola stała jakaś postać. Dziki pochylił się odruchowo, chowając się w wysokiej trawie i licząc na to, że nie zwrócił jej uwagi. Przekonał się już, że w tym świecie wszystko może być śmiertelnie groźne. Wolał więc nie ryzykować. Klęczał tak jeszcze kilka sekund, ale postać zdawała się w ogóle nie poruszać. Dziki pomyślał już nawet, że to strach na wróble, kiedy zza jego pleców dobiegł głos:

— Spokojnie, to tylko Robi.

Primo zaszedł go od tyłu tak cicho, że Dziki prawie podskoczył i ledwo utrzymał potrzebę tam, gdzie powinna być.

— Robi, jaki Robi? — spytał drżącym głosem, przez który zrobiło mu się trochę głupio.

— Jedyny zamarły w tej okolicy. Tam dalej znajduje się granica miasta, jeżeli ją przekroczysz...

— To już słyszałem: zamierasz — wtrącił, wspominając swoją rozmowę z Kubą. Primo irytował go na tyle mocno, że nie chciał wyjść przy nim na kogoś nieświadomego. —To jakiś wasz znajomy? — spytał po chwili, bo Primo nie odchodził i wciąż obserwował go podejrzliwie.

— Nie, jak zdecydowaliśmy się tu zatrzymać po raz pierwszy, już tutaj był. Jego widok denerwował naszych, więc Oli nadała mu imię i zaczęła wszystkim wmawiać, że to nasz patron.

Dziki uśmiechnął się pod nosem, ale Primo, widząc to, zrobił jakiś dziwny grymas i powiedział prawie z groźbą:

— Oli to serce naszej grupy i nie pozwolę, żeby stała się jej jakakolwiek krzywda.

Dziki poczuł, że to ostrzeżenie miało mu dać do zrozumienia, żeby nie próbował niczego głupiego. Denerwowało go przy tym jak bardzo strażnik autobusu ocenia jego osobę, a jeszcze bardziej jego sugestia, że mógłby zrobić krzywdę Oli.

— Słuchaj, koleżko, nie wiem, gdzie leży twój problem — wypalił w końcu zdenerwowany — nie mam pojęcia, jakim ludziom pomagaliście wcześniej i jak wyglądały wasze relacje. Doskonale wiedziałem, że nie ma tu dla mnie miejsca, ten wasz Kuba zdążył mnie o tym poinformować… I uwierz mi, że gdyby on sam mnie tu nie skierował, to na pewno nie przyszłoby mi do głowy, żeby szukać u was pomocy. Powiedział jedynie, że możecie zawieźć mnie na stację do jakiejś budującej się wspólnoty i niczego więcej od was nie oczekiwałem, to że zostałem tu dzisiaj, to była wasza decyzja. Mogliście równie dobrze wywalić mnie stąd i ani bym nie protestował, ani do tego protestu nie miał prawa, bo to wasz cholerny autobus, a ja nie mam zamiaru prosić się, żeby w nim zostać — wypalił w nerwach. Po chwili jednak poczuł, że mógł trochę przesadzić. Prawda była taka, że potrzebował pomocy niezależnie od tego, co powiedział wcześniej.

Po jego słowach Primo zmarszczył czoło, ale jego wzrok nieco się zmienił. Przestał być tak jawnie wrogi.

— Choć ze mną — dodał po chwili i ruszył w stronę autobusu.

Po drabinie przykręconej z tyłu pojazdu weszli na jego dach. Najwidoczniej Primo urządził sobie tutaj punkt obserwacyjny, stało tam bowiem krzesło, mały stolik, na którym leżał półmisek orzeszków i woda oraz lornetka. Dziki spojrzał w stronę miasta, ale jego wzrok nie był wstanie przebić się przez ciemność, która rozlewała się nad polami. Miał wrażenie, że z jakiegoś powodu ten obóz jest jedynym jasnym punktem w okolicy.

— Wiesz, dlaczego rozbijamy obóz właśnie tutaj? — spytał go Primo, gdy już usiadł na krześle.

— Bo jest tu bezpiecznie?

— Bezpieczniej — poprawił go Primo — w tym mieście nie ma miejsc całkiem bezpiecznych, jednak to jest całkiem w porządku… Domyślasz się dlaczego?

— Bo nie ma tu potworów?

— Dokładnie. Praktycznie nie ma tu niewykształconych, co więcej znajdujemy się na granicy miasta, więc z tamtej strony — wskazał palcem w stronę pól i łuny światła — nic tutaj nie przyjdzie, musimy więc obserwować tylko jedną stronę. Dodatkowo jeżeli odgrodzimy autobusem obóz, to z miasta nie będzie widać ogniska dzięki tej świetlnej łunie za nami. W całkowitej ciemności ognisko widać naprawdę z daleka, a to może ci ściągnąć na głowę kłopoty. Można by rzec, że takie miejsce to prawdziwy skarb, a w Krańcowie są tylko takie dwa. Kiedyś wszystkich, których Kuba przyprowadził z cmentarza, woziliśmy do tego drugiego i pozwalaliśmy im tam zostać. Dostarczaliśmy im namioty i sporo innych rzeczy, praktycznie wszystko, czym mogliśmy się podzielić.

— Niech zgadnę, nie okazali się być szczególnie wdzięczni... — westchnął Dziki.

Primo prychnął wściekle:

— Nie, nie okazali się. Był taki jeden koleś, nie pamiętam nawet jego imienia ani wyglądu, dla mnie był taki sam jak każdy nowoprzybyły. Pamiętam jak wszedł do autobusu. Oli go przywitała tak jak ciebie. Siedzieli razem i rozmawiali. Wydawało mi się nawet, że ona mu się podoba. Pamiętam, że spędził z nami kilka dni, zanim zawieźliśmy go do obozu. W tym czasie nasza mała cwaniara szarpała dla niego z zapasów, ile tylko mogła, więc niczego mu tu nie brakowało. Obóz natomiast to już inna bajka, nigdy się tam nie przelewało. Jak pobędziesz tu jakiś czas, zobaczysz, jak trudno o chociażby wodę albo ile trzeba się narazić, żeby coś zjeść.

— Pewnie nie był zachwycony tym, że chcecie go zostawić....

— Nie był, ale najgorsze przyszło później. Udało mu się przekonać kilku ludzi z obozu, że my tu opływamy w luksusy, a ich los to tak naprawdę mamy w dupie, więc kiedy następnym razem przyjechaliśmy z nowoprzybyłym, zaatakowali nas…

— Co?! —przerwał Dziki, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. Przecież im pomagaliście.

— Najwidoczniej uważali, że za mało. Pewnie myśleli, że powinnyśmy tracić życie, żeby oni mogli siedzieć w obozie i biadolić. Nie to było jednak najgorsze. Ten sukinsyn wziął Oli na zakładniczkę.

Dziki poczuł, że ponownie coś się w nim gotuje. Jak ktoś mógłby w ogóle pomyśleć o zrobieniu krzywdy takiej miłej osobie.

— Jak to na zakładniczkę? Co się stało dalej?

— Odstrzeliłem mu łeb, w obozie nie mieli broni... Trzymał jej nóż przy szyi, chciał żebyśmy oddali im autobus z zapasami, więc wymierzyłem przez okno na piętrze, nawet go nie otwierając, i rozwaliłem mu ten cholerny łeb. Pozostali jak to zobaczyli, schowali się przerażeni, a my już nigdy tam nie wróciliśmy.

— Cóż, to wyjaśnia twoje podejście do nowoprzybyłych. Chcę powiedzieć, że...

— Dziki — przerwał mu Primo — jeżeli to, co powiedziałeś, jest prawdą, jeżeli chcesz rzeczywiście kopa na start i zamierzasz radzić sobie sam, to wiedz, że cię szanuje i… KURWA MAĆ! — Primo krzyknął i poderwał się z fotela.

Dziki obejrzał się w stronę miasta. Z ciemności na ich oświetlone tajemniczą łuną pole wchodziły pokracznie jakieś postacie, przez mrok nie mógł im się przyjrzeć, ale było ich mnóstwo, po chwili zaś usłyszał jakiś huk. Primo wystrzelił w powietrze z rewolweru hukowego, na dole z namiotów zaczęli wybiegać rezydenci autobusu.

— Zabierać, co się da, i do środka — usłyszał w ciemności głos kierowcy.

Sam Dziki, nie czekając, zsunął się po drabinie i spojrzał w stronę pól. Pokraczne postacie były zaledwie parę metrów od nich. Odbiegł w stronę obozu, Oli stała koło swojego namiotu, świecąc dookoła latarką.

— Dziki, sprawdź, czy nikt nie został — krzyknęła w jego stronę.

Dziki podbiegł do najdalszego namiotu i rozchylił wejście.

— Pusto! — krzyknął.

W tym samym czasie z namiotu obok wypadł jakiś chłopak z rzeczami wysypującymi się z niedomkniętego plecaka.

— Oli, do środka! — wrzasnął kierowca autobusu, stojąc w drzwiach.

— Musimy sprawdzić, czy są wszyscy! — odkrzyknęła, świecąc latarką w stronę namiotów.

Dziki odbiegł na koniec obozowiska i spojrzał na jedyny zamknięty namiot. Gdy zajrzał do środka, zobaczył leżącą tam dziewczynę. Złapał ją za ramię, a ta poderwała się przerażona. Z jej uszu wypadły słuchawki od mp3.

— Do autobusu, już! — krzyknął, wyciągając dziewczynę ze środka.

Na zewnątrz Oli sprawdzała ostatni namiot.

— Są wszyscy! — krzyknęła.

Dziki podbiegł do niej i ruszyli w stronę autobusu. Byli już w połowie drogi, gdy tuż obok wybiegła ogromna pozbawiona rąk postać, z głową okrągłą jak piłka. Dziki pchnął Oli w stronę pojazdu i zatrzymując się, rąbnął z całej siły pięścią w ten okrągły łeb. Przez chwilę myślał, że niewykształcony ma głowę z betonu, nie poruszył się bowiem nawet o milimetr, a Dziki poczuł, że zaraz pęknie mu ręka. Oli krzyknęła, zatrzymując się kawałek dalej. Istota odchyliła swój pozbawiony rąk korpus i celując ogromną głową jak maczugą, rąbnęła Dzikiego prosto w brzuch, wyginając się przy tym w sposób niewyobrażalny dla człowieka. Dziki padł na ziemię jak rażony gromem, nie mogąc złapać tchu. Zobaczył tylko jak niewykształcony odgina się po raz drugi i ponownie uderza swoją wielką głową, tym razem trafiając go w bark. Dziki wrzasnął z bólu, ale przez jego krzyk przebił się głos Prima:

— Odsuń się Oli, już!

Dziki zobaczył, jak Strażnik autobusu wbija się w nogi istoty i obala ją bez trudu na ziemię.

— Podnoś się szybko! — krzyknął, wyciągając dłoń.

Dziki chwycił rękę Prima i szarpnięty wstał, ciągle czując pulsujący ból. Oli podbiegła do niego z drugiej strony i wchodząc mu pod ramię, pomogła mu dobiec do autobusu. Nim drzwi zdążyły się za nimi zamknąć, kierowca wcisnął gaz i pojazd ruszył.

Dziki wyjrzał przez okno i zobaczył, jak gromada niewykształconych pozbawionych rąk, za to z ogromnymi okrągłymi głowami porośniętymi twardą skórą, biegnie za nimi. Autobus rozpędzał się powoli, więc ci, którzy zdołali ich dogonić, uderzali łbami w jego boki z gigantyczną siłą. Kilka okien z tyłu pękło, a Dziki usłyszał krzyki współpasażerów, ale autobus nabrał w końcu prędkości i niewykształceni zaczęli się oddalać, gdy zaś wjechał na drogę, praktycznie zniknęli im z oczu.

Dziki odetchnął z ulgą, obserwując ciemniejącą drogę. Przez dłuższą chwilę w autobusie nikt się nie odzywał, słychać było jedynie warkot silnika wpadający przez rozbite okna. Kątem oka spojrzał w stronę Prima, jego oczy biegały od osoby do osoby, najwidoczniej liczył, czy wszyscy zdążyli uciec. Kiedy skończył, Dziki spodziewał się wyrazu ulgi na jego twarzy, ten jednak szybko odwrócił się w stronę Dzikiego i prawie rykiem przerwał dotychczasową ciszę:

— Co się do cholery tam stało?

— Poprosiłam Dzikiego, żeby sprawdził namioty, miałam wrażenie, że nie wszyscy wyszli... — wpadła mu w słowo Oli — a potem Dziki wyciągnął Weronikę...

W tym momencie wzrok Prima powędrował na kulącą się w jednym z siedzeń dziewczynę, tę samą, którą Dziki wyciągnął z namiotu. Przez chwilę miał wrażenie, że Primo spopieli ją samym spojrzeniem.

— Nie słyszałaś sygnału? — spytał jadowicie, prawie sycząc przy tym jak wąż.

Dziewczyna zalała się czerwienią, a ręce zaczęły jej się trząść.

— Ja... nie...

— Zasnęła w słuchawkach, to nie jej wina, po prostu nie usłyszała sygnału. — Dziki próbował przedstawić to jak drobny wypadek, po chwili jednak pożałował, że w ogóle wtrącił się w rozmowę.

Po jego słowach Primo nabrał ze świstem powietrza, a oczy zawirowały mu ze wściekłości.

— Coo???

W tym momencie Oli stanęła między Primem a Weroniką, prawie zasłaniając ją jak tarcza.

— Przestań się już wydzierać, powinieneś się cieszyć, że jest cała!!! — zawołała gniewnym, zupełnie niepasującym do niej głosem.

— A jak myślisz, dzięki komu jest cała??? — odkrzyczał jej natychmiast Primo.

W tym momencie Oli zrobiła zaciętą minę.

— Dzięki Dzikiemu — wypaliła złośliwie, a strażnik autobusu momentalnie zamilkł.

Wyglądał prawie tak, jakby dziewczyna strzeliła go czymś ciężkim w twarz. Dziki miał nadzieję, że to już koniec tej awantury, ale twarz Prima czerwieniała coraz bardziej, a to mogło skończyć się tylko kolejnym wybuchem.

— Ja naprawdę przepraszam — wykrzyczała drżącym głosem Weronika — nie pomyślałam że usnę tak szybko, ja nigdy bym...

Primo wyciągnął rękę w jej stronę, o włos mijając głowę Oli.

— To nawet nie jest nieodpowiedzialne, to było idiotyczne!!! To ja nie śpię po nocach, próbując utrzymać was przy życiu, a wy nie potraficie nawet...

— Primo odpuść, myślę, że już dostała za swoje i więcej czegoś takiego nie zrobi — wtrącił dyplomatycznie kierowca autobusu — ani ona, ani nikt inny...

Strażnik stał przez chwilę, dysząc ciężko. Dziki czuł, że rozważa, czy dziewczyna aby na pewno dostała odpowiednią lekcję. Nim jednak atmosfera zdążyła opaść, odwrócił się w stronę Dzikiego.

— Chodź ze mną.

Dziki czuł, że coś rozlewa mu się w środku. „Teraz on ma oberwać? Ale za co?” — pomyślał, czując kołatanie serca.

— Dziki nie zrobił nic złego — wykrzyczała natychmiast Oli, tym razem stając przed nim jak wcześniej przed Weroniką.

— Potrzebujesz adwokata, Dziki? Chodź ze mną na górę. — Primo odwrócił się i depcząc potłuczone szkło, ruszył schodami na piętro autobusu.

— Nie musisz — wyszeptała mu Oli.

— Spokojnie, przecież mnie nie zabije — odpowiedział, uśmiechając się, chociaż tak naprawdę nie było mu ani trochę do śmiechu, a i co do swoich słów zaczynał mieć wątpliwość. Mimo to ruszył za Primem po schodach, tłukąc szkło jeszcze bardziej.

Piętro autobusu wyglądało na dość sprawnie zagospodarowane, wymontowano z niego prawie wszystkie siedzenia, robiąc miejsce na lodówki turystyczne i baniaki z wodą, które zajmowały prawie pół autobusu. Druga część zapchana była sprzętem turystycznym, namiotami, rozkładanymi łóżkami, zestawami podróżnymi i apteczkami. Primo siedział pośród tych gratów na jednym z ocalałych siedzeń.

— Siadaj — powiedział spokojnym zupełnie niepodobnym do siebie głosem, wskazując Dzikiemu rozkładaną leżankę. Dziki usiadł niepewnie na krawędzi leżaka. Gdyby Primo dostał ataku furii i postanowiłby go udusić, to z tej pozycji miałby jeszcze szansę uciec.

— Dobra robota, Dziki, dziękuję — powiedział do niego głosem ponownie zupełnie innym od jego zwyczajnego opryskliwego tonu. Dziki był tym zupełnie zbity z tropu, spodziewał się że dostanie raczej reprymendę podobną do tej z dołu, za to, że Primo musiał ratować mu życie lub coś w ten deseń. Nie wiedział w ogóle, co ma odpowiedzieć, więc pokiwał jedynie głową. Primo, widząc, że wiadomość dotarła, kontynuował już swoim normalnym wrednym głosem.

— Cieszę się, że Weronice nic nie jest, wiem, że może tak to nie wyglądało, ale naprawdę się cieszę. Widzisz, Dziki, oni są jak dzieci, tylko naprawdę traumatyczne rzeczy zapamiętują na dłużej, więc wolę, żeby ta trauma wychodziła ode mnie niż żeby mieli skończyć... Wiesz, o co mi chodzi.

Dziki pokiwał głową, a Primo uśmiechnął się nieco sztucznie.

— Po tym, co zrobiłeś, jestem pewien, że odwagi ci nie brakuje. Ale gdy zobaczyłem, jak próbujesz sprzedać sierpa potłukowi, to nie wiedziałem, czy cię ratować, czy posrać się ze śmiechu.

— Potłukowi? Chodzi ci o tego niewykształconego?

— Dokładnie. — Primo popatrzył się przez chwilę w okno. — To jasne, że odruchowo próbowałeś walnąć go w coś, co wyglądało jak łeb. Tylko, że widzisz… tak w zasadzie to potłuk tego łba używa jako broni, niczym takiej maczugi... więc jest dość twardy.

Dziki odruchowo spojrzał na swoją prawą rękę, która wciąż pulsowała bólem.

— Przekonałem się o tym, ale ty go jakoś załatwiłeś...?

— Ja go tylko przewróciłem. Mają strasznie ciężkie głowy i nie mają kończyn górnych, więc podnoszą się dość długo. Zabicie go byłoby już zupełnie inną bajką. To, co chce ci powiedzieć, Dziki, to to, że musisz się uczyć naprawdę szybko. Samą odwagą niewiele zdziałasz, jeśli nie będziesz wiedział z czym i jak walczyć, a przed czym zawsze uciekać. — Primo zamyślił się przez chwilę i wyjrzał przez okno. — Teraz najlepiej byłoby, żebyś uciekał przed wszystkim, nawet będąc weteranem tego świata, nie zaryzykowałbym niepotrzebnego starcia, choćby ze zniczem... Bo to jest zawsze gra o życie.

Dziki był w stanie sobie to wyobrazić, znicz, z którym miał do czynienia, o mało co nie pozbawił go życia, a przecież był tu najsłabszym niewykształconym. Czuł jednak, że Primo zmierza do czegoś bardziej konkretnego niż tylko ogólne moralizowanie.

— Dziki, prawda jest taka, że nie będziesz mógł zostać z nami zbyt długo...

Dziki westchnął mimowolnie, wolał raczej odwlekać w myślach ten moment, gdy będzie zdany tylko na siebie w tym chorym miejscu.

— Wiem, jak to wygląda — kontynuował Primo — pewnie myślisz, że jestem cholernie zrażony do nowo przybyłych i nie chcę się dzielić zapasami z kimś, kto może mi potem wbić nóż w plecy... Ale tu nie chodzi o to, nie wydajesz się być gnidą jak tamten, a jedzenia i wody dla jednej osoby więcej na pewno by starczyło... Problem leży z innej strony.

Dziki zainteresował się teraz znacznie bardziej, jeżeli nie chodziło o jedzenie i wodę, to o co? O miejsce?

— Widzisz, Dziki, liczba mieszkańców autobusu nie jest przypadkowa. Jest nas dokładnie tylu, ilu powinno być, a nawet o jednego za dużo, a to dlatego, że ludzie przyciągają niewykształconych.

— Jak to? — Dziki był wstrząśnięty, on będzie wabił te bestie?

— A no tak to, nie wiem dokładnie, na jakiej zasadzie się to odbywa, ale jeżeli w jednym miejscu jest więcej niż troje ludzi przez dłuższy czas, to zaraz coś się na nich napatoczy. Liczba mieszkańców autobusu wynosi obecnie dwanaście osób. To nie jest ścisła matematyka, ale przy dwunastu osobach atakują nas małe grupy niewykształconych, przed którymi jesteśmy w stanie się bronić. Jeżeli jednak dodamy ciebie, robi się nas trzynaście i grupy z małych robią się duże... Oczywiście to nie jest ścisłe, liczyłem, że może nie przyciągniesz zbyt wielu.

— To znaczy, że wiedziałeś, że oni przyjdą.

— Wiedziałem, że coś przyjdzie... Gdybym wiedział, że potłuki, to nawet nie próbowalibyśmy biwakować, i tu wracamy do ciebie. Przez czas twojego pobytu nie będziemy mogli zatrzymywać się na zbyt długo, w jadącym autobusie ciężko się wyspać, a i paliwo nie jest łatwe do zdobycia, więc nie możemy jeździć wiecznie... Przez ten czas jednak postaram się przekazać ci tyle wiedzy, żebyś nie zginął zbyt szybko, jasne?

— Rozumiem i dziękuję. Robicie dla mnie i tak zbyt wiele.

— Po to jest ten autobus. Ale ostrzegam, jak na dole się wygadasz, że cię nie objechałem albo że rozmawialiśmy normlanie, to będziesz żałował, że cię potłuki nie dopadły...


326 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie