Rozdział I - Nowo przybyli

Zaktualizowano: sty 27

— O, Boże… — zajęczał cicho Dziki. Oczy paliły go żywym ogniem, czuł też straszny ból w plecach. Rozchylił powoli powieki, czując zlepiający je piasek. Nie miał pojęcia, skąd wzięło się to nagłe światło. Przeczuwał jednak, że gdyby trwało chociaż chwilę dłużej, to raz na zawsze pożegnałby się ze wzrokiem. Musiał upaść, gdy to się pojawiło, bo czuł zimny beton tuż pod swoimi plecami. Spróbował się podnieść, choć przed oczami wciąż miał mroczki.

— Nic ci nie jest? — spytał przestraszony dziewczęcy głos.

Słysząc go, prawie podskoczył, jednocześnie otwierając oczy szerzej.

— Chyba zasłabłem — odpowiedział i jeszcze raz spróbował się podnieść. Plecy zakuły go tak, że się skrzywił. — Już mi chyba lepiej, dziękuję — skłamał, próbując zlokalizować właściciela głosu.

Było to jednak trudne, bo wciąż kiepsko widział, mimo że kontury otaczających go rzeczy zaczynały się powoli wyostrzać. Gdy się skupił, dostrzegł w końcu zarys twarzy młodej dziewczyny o blond włosach, wlepiającej w niego przestraszone niebieskie oczy.

— Dzięki za pomo... — przerwał wpół słowa. Teraz, gdy odzyskał wzrok i rozejrzał się dokładnie, dotarło do niego, że coś było mocno nie tak. Jeszcze chwilę wcześniej zmierzał główną drogą w stronę miasta. Nie miał pojęcia jak, ale znalazł się na miejskim cmentarzu, w dodatku zamiast na chodniku – leżał na czyimś grobie. Obrócił głowę w stronę tablicy i odczytał:

„Kochanemu Dziadkowi Pogrążone w żałobie wnuki

Igor Wawrzyn

1939-2007”

Pod spodem ktoś dopisał markerem: „Pomoc nie nadejdzie”. Zdezorientowany Dziki odwrócił się w stronę blondynki.

— Powiedz… Ty mnie tu przyciągnęłaś, bo zemdlałem, czy coś? — spytał, choć widząc jej posturę, miał spore wątpliwości, czy dałaby radę wciągnąć go z ulicy na cmentarz i w dodatku ułożyć na nagrobku.

Zgodnie z jego oczekiwaniami dziewczyna pokręciła głową, sama wyglądała na mocno zagubioną.

— Obudziłam się chwilę przed tobą. Myślałam, że ty mnie tu przyniosłeś, ja chyba też byłam nieprzytomna – odpowiedziała drżącym głosem i przegarnęła nerwowo włosy, rozglądając się jednocześnie na boki. — My chyba nie umarliśmy... prawda? — zapytała po chwili, sprawiając, że Dzikiemu włosy zjeżyły się na głowie. Nie wiedział czemu, ale gdy obudził się na cmentarzu, myśl o tym, że umarł, była chyba jedną z pierwszych, jaka przyszła mu do głowy.

— Nie sądzę, żeby martwego mogły tak boleć plecy — stwierdził żartobliwie, próbując uspokoić zarówno siebie, jak i dziewczynę. Najwyraźniej jednak nie była to odpowiedź, jakiej oczekiwała, bo odwróciła lekko przerażoną twarz, znów rozglądając się po cmentarzu.

Westchnął, czując w środku dziwne zaniepokojenie całą tą sytuacją. Zsunął się z mogiły, przeciągając się jednocześnie parę razy, by ulżyć bólowi pleców.

Nie było sensu tkwić dłużej w tym miejscu. Skinieniem głowy zachęcił dziewczynę do wyjścia i skierował swoje kroki w stronę bramy. Idąc betonową drogą, dostrzegł kolejną postać leżącą nieruchomo na jednym z grobów.

— Chodź — rzucił w stronę towarzyszki i mijając kilka mogił zbliżył się do nieprzytomnego chłopaka.

Jego ułożone w nienaturalny sposób ciało drgało rozpaczliwie z każdą próbą złapania oddechu. Dziki pochylił się nad nim i obrócił go na plecy, a następnie otwartą dłonią klepnął go kilka razy po twarzy.

— Hej, obudź się! — krzyknął, starając się docucić młodzika.

Po kilku policzkach chłopak drgnął niepewnie i otworzył powoli oczy.

— Nic nie widzę! — wykrzyczał nagle przestraszonym głosem i spróbował wstać, wymachując po omacku rękoma. Dziki złapał go jednak za ramię i posadził na jednym z grobów, żeby w szoku nie zrobił sobie krzywdy.

— Zaraz ci przejdzie, posiedź tu chwilę — powiedział zdecydowanym tonem, rozglądając się jednocześnie za innym nieprzytomnymi, w zasięgu wzroku nie dostrzegł jednak nikogo więcej. — Zostań z nim — zwrócił się do dziewczyny, a sam zbliżył się do czarnej cmentarnej bramy, by zobaczyć, co dzieję się na zewnątrz.

Gdy tylko wyjrzał przez metalowe pręty, dostrzegł coś, co przyprawiło go o zdumienie. Sklep naprzeciwko cmentarza był całkiem zniszczony, jego gruzy wysypywały się na ulicę, jakby w środku wybuchła bomba.

– Co tu się stało? – spytał sam siebie, a dziwny niepokój wypełnił jego umysł, zwłaszcza że ulica przed cmentarzem była całkiem pusta. Nie było śladów policji albo chociaż gapiów, którzy na pewno zlecieliby się zaraz po wybuchu.

Odwracając się od wyjścia, wrócił do dziewczyny i chłopaka z setkami pytań bombardującymi jego głowę.

— Co się tam dzieje? — spytała blondynka, spoglądając z lekkim przerażeniem w stronę wyjścia.

— Nie jestem pewien, ale chyba coś musiało wybuchnąć. Sklep naprzeciwko jest zawalony — odpowiedział.

— Wybuchło... — powtórzyła dziewczyna. Wydawało mi się, że zanim straciłam przytomność, słyszałam jakiś gwizd. Może to był gaz…

— Sam nie wiem. — Dziki podrapał się po głowie, nie wiedział, co ma o tym myśleć. — Może rzeczywiście był wybuch gazu. Ktoś mógł nas tu przynieść, bo na cmentarzu było bezpieczniej. Ale dlaczego nas zostawił? I gdzie jest straż, albo chociaż inni ludzie? — spytał, kręcąc bezradnie głową. Żadne sensowne wyjaśnienie nie przychodziło mu jednak do głowy.

— Hej, może on coś wie! — krzyknął nagle towarzyszący im chłopak, wskazując palcem na sylwetkę jakiegoś mężczyzny zbliżającego się z głębi cmentarza.

— Chodźmy go spytać! — oznajmiła dziewczyna wyraźnie ucieszona widokiem kogoś znacznie starszego. Dziki pomógł wstać ciągle roztrzęsionemu chłopakowi i wspierając go, ruszył za nią.

Gdy podeszli nieco bliżej do mężczyzny, ogarnął go jakiś dziwny niepokój. Zbliżający się do nich człowiek miał dziwny zataczający się chód, jakby był pijany albo bardzo chory. Nabrał powietrza, by krzyknąć do dziewczyny z ostrzeżeniem, ale ona zdążyła już dobiec do przybysza.

— Przepraszam pana! — zawołała, machając ręką, by zwrócić uwagę idącej do niej bokiem postaci. — Nie wie pan może, co się tutaj sta… — Nim jednak skończyła zdanie, przygarbiony człowiek obrócił się w jej stronę, a jego potężna ręka złapała mocnym chwytem za jej gardło, unosząc ją jednocześnie tak, jakby nic nie warzyła. Dziki przystanął zszokowany, ale po pierwszej chwili zaskoczenia wypuścił chłopaka, który upadł na ziemię, i ruszył w stronę dusiciela.

— Zostaw ją! — ryknął, łapiąc po drodze wazon z pobliskiego grobu. Zamachnął się już, by cisnąć nim w dusiciela, gdy jednak ujrzał go z bliska, całkiem go sparaliżowało. W głowę mężczyzny wbity był ogromny czerwony znicz. Szkło z lampy zespolone było z jego twarzą, zastępując brakującą część czoła i policzka. Przez przezroczysty materiał widać było wnętrze jego głowy oraz, o zgrozo, wiszący w środku mały płomyk.

Nie mogąc się ruszyć ze strachu, Dziki zobaczył, jak potwór ścisnął szyję dziewczyny, łamiąc jej kręgi niczym suche gałęzie. Gdy jej ciało zawisło bezwładnie w jego wielkiej jak pokrywa od śmietnika dłoni, cisnął nią o jeden z grobów, roztrzaskując ją przy tym jak robaka na szybie samochodu.

Dziki stał, nabierając powietrza, serce biło mu jak szalone, a do ust napłynęły wymiociny. Nim jednak zdążył wyrzucić z siebie cokolwiek, potwór zerknął na niego swoim „okiem” znajdującym się tuż na granicy zetknięcia twarzy i czerwonego szkła. Monstrum wyciągnęło w jego stronę swoje ogromne, zbyt długie jak na człowieka, ręce i ruszyło pokracznym krokiem do przodu.

Niewiele myśląc, cisnął wazonem, który miał pod ręką w stronę potwora, a potem, przeskakując między nagrobkami, rzucił się do ucieczki. Kątem oka dostrzegł sparaliżowanego ze strachu chłopaka.

— Wiej! — krzyknął w jego stronę, ale przerażony młodzik nawet nie drgnął.

Czując jak serce mało nie wyskoczy mu z piersi, Dziki skręcił w bok i przeskakując przez kolejne groby, dopadł do chłopaka, pchając go w stronę wyjścia. Młodzik pobudzony tym nagłym bodźcem ruszył pędem prosto w stronę bramy. Dziki starał się dotrzymać mu kroku, ale młodzik mimo mikrego wzrostu był niesamowicie szybki i już po chwili znacznie go wyprzedził.

Wciąż oddalając się od siebie, dobiegli do głównej alei. Tuż przed nimi ukazała się brama prowadząca na ulicę, gdy jednak zbliżyli się do niej, zza pobliskiego grobu wyłonił się kolejny potwór. Chłopak, nie zatrzymując się, pędził na oślep tak, że sam praktycznie nadział się na jego rękę . Odbijając się od niej, upadł prawie przed samym wyjściem. Monstrum nie zdążyło jednak obrócić się w jego stronę, bo chłopak poderwał się z ziemi niczym przerażony zając i pędząc prawie na czworaka, wybiegł za bramę.

Drugi potwór odwrócił się powoli w stronę Dzikiego, swoim wielkim cielskiem blokując mu drogę. Czując przeszywający go strach, odwrócił się i ruszył pędem w głąb cmentarza. Był tutaj kilka razy i wiedział że po drugiej stronie jest jeszcze mała furtka, przez którą ludzie wynoszą śmieci do kontenerów.

Biegnąc ze wszystkich sił, dotarł do najciaśniejszej części cmentarza, w której grób leżał praktycznie koło grobu. Byleby tylko nie zwolnić, wskoczył z desperacji na pierwszą mogiłę i zaczął przeskakiwać z jednej na drugą.

Po zeskoczeniu z ogromnego rodzinnego grobowca stanął praktycznie przed bocznym wyjściem. Oblał go jednak zimny pot, gdy zauważył, że mała czarna furtka zamknięta jest łańcuchem zwieńczonym sporą kłódką. Bez chwili namysłu wskoczył na ogrodzenie, ale wysoki mur cmentarny nie był przystosowany do wspinaczek. Dziki próbował desperacko zaprzeć się nogami, ale jego trampki ześlizgiwały się po wilgotnych cegłach. Walczył tak przez chwilę, mieląc nogami, kiedy poczuł szarpnięcie. Coś uniosło go do góry, trzymając za bluzę, i cisnęło o ziemię z taką siłą, że momentalnie stracił cały oddech. Jeden z tych potworów wyrósł tuż nad nim, nie wiadomo skąd.

— Zostaw mnie do cholery… — wysapał twarzą do ziemi, nie mogąc nawet krzyknąć, bo po uderzeniu nie był w stanie złapać tchu. Poczuł, jak serce wali mu z przerażenia, spróbował się podnieść, ale ręce trzęsły mu się tak, że nie był wstanie się poruszyć chociaż o milimetr. Już po chwili poczuł ogromny ból w plecach, najpierw myślał że to potwór nadepnął na niego i przygniótł do ziemi. Dopiero gdy spostrzegł że się unosi, zrozumiał, że bestia chwyciła go za bluzę, jednocześnie łapiąc za spory kawał skóry.

— PUSZCZAJ!!! ZOSTAW MNIE, ZOSTAW! — wykrzyczał, szamocząc się w powietrzu. Machał bezwładnie rękoma i nogami, gdy poczuł, że jego plecy musiały wyszarpać się z uścisku. Niewiele myśląc, rozpiął suwak i wyszarpał się z bluzy, lądując kolanami na ziemi. Spróbował się podnieść, ale ból, który przeszył jego stawy, sprawił, że niemal zesztywniał. Tuż nad nim potwór z czerwonym zniczem zamiast połowy twarzy spojrzał w stronę tkwiącej w jego ręku bluzy. Orientując się, że czegoś w niej brakuje, cisnął nią na bok i skupił swoje bezmyślne spojrzenie na próbującym wstać Dzikim.

Ten zdążył tylko zasłonić się rękoma, gdy potwór chwycił go za szyję. Jego ciało ponownie zesztywniało, ale tym razem ze strachu. Spróbował złapać oddech, ale dłoń potwora ściskała jego krtań jak imadło.

„To koniec…” — pomyślał przerażony. Przez jego głowę przebiegł obraz sprzed chwili: ciało dziewczyny uderzające bezwładnie o grób.

— Nieee! — Długi okrzyk wydarł się z jego gardła mimo uścisku. Potwór zatrzymał się przez chwilę, zdziwiony chyba tym niespodziewanym dźwiękiem, i przyciągnął go do siebie, jakby chciał mu się dokładniej przyjrzeć. Twarz Dzikiego i czerwony znicz w głowie bestii niemal stykały się ze sobą.

— Puszczaj mnie… — wysapał, wyrzucając z siebie resztkę powietrza. A potwór, jakby przekornie, ścisnął jego szyję trochę mocniej.

Dziki poczuł, jak strach zaczyna zamieniać się w gotującą wściekłość. Wsadził rękę do kieszeni spodni i sięgnął po tkwiący tam pęk kluczy od domu. Zacisnął go w pięści i nim potwór zdążył całkiem zmiażdżyć jego krtań, rąbnął prosto w jego szklaną część twarzy.

Czerwony znicz ustąpił bez najmniejszego problemu, roztrzaskując się na drobne kawałki, mały płomyk wiszący w głowie potwora zgasł momentalnie, a po chwili bestia zachwiała się i runęła na ziemię, ciągnąc za sobą Dzikiego.

Leżał tak przez chwilę, próbując pozbierać myśli. Z otępienia wydarł go jednak widok dwóch kolejnych podobnych monstrów, pełznących pokracznie między grobami. Podniósł się z ziemi, czując, że ciągle ma problem ze złapaniem oddechu i ruszył wzdłuż muru, szukając możliwości przedostania się na drugą stronę. Po kilku metrach dostrzegł spory marmurowy grób stykający się z murem. Wspinając się po mogile, bez trudu przedostał się na szczyt ceglanego winkla i prześlizgnął się na zewnątrz.

Boczna alejka przy cmentarzu była całkiem pusta, ani jednego samochodu, po pobliskich podwórkach nikt się nie kręcił. Dziki podniósł się i ruszył pędem w stronę głównej ulicy, przed sobą zobaczył zawalony sklep, ten sam, który wcześniej widział zza bramy. Chciał go minąć i pobiec w stronę bloków, kiedy nagle usłyszał czyjś krzyk:

— Tutaj! — Dziki zobaczył chłopaka z cmentarza wyglądającego niepewnie zza gruzów, podbiegł do niego i nim ten zdążył coś powiedzieć, rąbnął go pięścią z całej siły. Chłopak upadł na stertę kamieni, zasłaniając twarz rękoma.

— Nie, proszę, nie — zapiał przerażony.

— Zostawiłeś… Mnie…. TAM!!! — wycedził Dziki, czując jak jego wściekły krzyk łamie się w gardle i bolącej krtani.

— Przepraszam, ja… — próbował tłumaczyć się chłopak, dalej się zasłaniając.

— Zostawiłeś… TAM!!! — Dziki poczuł jak na zmianę przelewa się przez niego gniew i strach. Miał ochotę udusić chłopaka, a zaraz potem paraliżowała go myśl o tym, co stało się na cmentarzu. Spojrzał niepewnie w stronę bramy po drugiej stronie ulicy, ale wyglądało na to, że żaden z tych dziwaków nie zbliżał się do niej. Może dalej stali w miejscu w którym przeskoczył mur? Z zamyślenia wyrwał go cichy głos chłopaka:

— Policja… — usłyszał gdzieś w okolicy swoich kolan.

— Co? — odwarknął poirytowany.

— Chciałem wezwać policję, ale mój telefon… — W tym momencie pokazał swoją komórkę. Oprócz kilku rys wydawała się w porządku, ale nie było nawet jednej kreski zasięgu.

Dziki drżącymi rękoma sięgnął do kieszeni w spodniach, na jego telefonie również nie było zasięgu.

— Musimy iść na policję, powiemy im, co się stało... Oni nam powiedzą, co się stało... — wyszeptał, by nie nadwerężać więcej krtani. Ciągle ledwo skupiając myśli, pomógł wstać chłopakowi.

— Możesz biec? — spytał, a chłopak pokiwał niepewnie głową.

— Dobrze, pobiegniemy tam. Najszybsza droga będzie przez te bloki — stwierdził, wskazując na stare blokowisko, ktore rozciągało się za nimi.

Biegnąc tak szybko jak tylko mogli, minęli pierwszy z szarych bloków i weszli na plac zabaw pełen pordzewiałych huśtawek i zdezelowanych karuzeli. W żadnym z pobliskich mieszkań nie było widać żywego ducha, niektóre z nich miały za to powybijane okna. Wodząc wzrokiem po ścianach w poszukiwaniu kogokolwiek żywego, Dziki zobaczył na jednej z nich ogromne kolorowe graffiti:

,,NIE IDŹ NA KOMISARIAT. JEST TAM GORZEJ NIŻ NA CMENTARZU”

— Przyjaciel

Pod spodem zaś ktoś domalował czerwonym kolorem”

,,Jedyna pomoc na jaką możesz liczyć to Armia Daniela, podążaj w stronę marketu w centrum miasta”


— Czemu się zatrzymałeś? — Chłopak patrzył się niepewnie na Dzikiego czytającego napisy.

— Nie widzisz, co tam jest napisane? — odpowiedział nerwowo, czując się już naprawdę zmieszany.

— To tylko jakieś bazgroły... Powinniśmy iść dalej... — stwierdził chłopak, patrząc się z nadzieją w stronę drogi na komisariat. — Tam musi ktoś być...

— No właśnie, ktoś albo coś... Widziałeś te stwory na cmentarzu? A jeżeli na komisariacie jest ich więcej? Może ktoś chciał nas ostrzec. Daj mi się chwilę zastanowić... 

Dziki poczuł się naprawdę zmęczony. Rozejrzał się i zobaczył jakąś ławkę, upadł na nią ciężko, czując, że zaraz oszaleje. „Nie ma żadnych ludzi” — pomyślał — „ani żadnych samochodów… Wszyscy uciekli? Dlaczego? Przez te potwory? To dlaczego ich zostawili? I Co to było za światło? Jakaś broń?”.

Im więcej myślał, tym trudniej mu było to wszystko poukładać. Chłopak kręcił się koło niego, ciągle nerwowo rozglądając po okolicy.

— Chyba nas nie gonią — stwierdził szeptem — gdyby nas gonili, już by tu byli.

— Nie gonią — odpowiedział Dziki. — Oni chyba nie są zbyt inteligentni… — dodał, nie wiedząc czemu.

Po chwili przeszło go jakieś dziwne uczucie, miał wrażenie, że ktoś mu się przygląda.

— Słuchaj, znajdźmy sobie jakieś inne miejsce, w ogóle znajdźmy kogoś normalnego, żywego... Tylko ostrożnie, nie wiem, co tu się dzieje, ale odnoszę wrażenie, że z całym miastem nie jest za dobrze — wyszeptał w stronę chłopaka i podniósł się z ławki, ciągle czując na sobie czyjeś spojrzenie.

Pośpiesznie opuścili bloki, lecz zamiast na komisariat, ruszyli w stronę szkoły, w której Dziki kilka lat temu kończył technikum. Nie powiedział tego młodemu towarzyszowi, ale chciał powoli kierować się w stronę swojego domu. Nie czuł się jednak na tyle pewnie, by iść sam. Wolał mieć jakiekolwiek towarzystwo, choćby tego tchórzliwego chłopaka.

Dłuższy czas szli w milczeniu, mijając opustoszałe ulice i domy. Po kilku minutach powolnego marszu doszli w końcu przed budynek szkoły. Długa pokryta graffiti fasada ciągnęła się wzdłuż ulicy, od strony chodnika można było dostrzec okna sali lekcyjnych oraz boisko do piłki ze starymi pordzewiałymi bramkami bez siatek.

— Zobacz — krzyknął nagle chłopak, wskazując na coś palcem. W jednym ze szkolnych okien stała jakaś postać. — Może ona coś wie… — mówiąc to, dał krok w stronę wejścia na teren placówki.

Dziki chwycił go jednak za ramię.

— Widziałeś jej twarz? Była normalna? — spytał, nie będąc pewien, czy bezpiecznie jest wejść do środka.

— Tak — odpowiedział chłopak — nie było znicza.

Przeszli przez furtkę i wejściem dla personelu dostali się prosto na hol. Długi korytarz, na którym uczniowie spędzali przerwy, był niemal całkiem ciemny. Nie wychodziło bowiem na niego żadne okno. Dziki włączył latarkę w telefonie i poświecił po malowanych brązową farbą ścianach. W nikłym świetle dostrzegł rozstawione drewniane ławeczki, jedna bardziej zniszczona od drugiej. Z nostalgią spojrzał na pierwszą z nich, którą za czasów szkoły sam ozdobił swoim podpisem. Znał to miejsce dość dobrze, uczył się tutaj cztery lata, wiedział więc w oknie której klasy chłopak musiał zauważyć tajemniczą postać. Mijając przypominające akwarium pomieszczenie dyżurnych, stanęli przed salą od matematyki, noszącą numer czterdzieści siedem. Dziki spojrzał niepewnie w stronę drzwi, miał wrażenie, że ze środka cuchnęło. Odór był naprawdę okropny, ale nie potrafił go do niczego przypisać.

— Wchodzimy? — spytał niepewnie chłopak.

Dziki miał cichą nadzieję, że młodzik nie spyta i sam otworzy drzwi, teraz zrozumiał jednak, że nie może na to liczyć. Skinął jedynie głową i delikatnie naciskając klamkę, otworzył wejście najciszej jak tylko potrafił. Wstrętny fetor jeszcze bardziej się nasilił, a Dziki spoglądając do środka, szybko znalazł jego źródło. Cała podłoga lepiła się od krwi i czegoś, co wyglądało jak oderwane kawałki mięsa. W Dzikim wezbrała fala mdłości, gdzieś w jego głowie zrodziła się myśl, że powinien uciekać.

— I co? — spytał nagle chłopak, zdecydowanie za głośno, i wtedy obaj usłyszeli ze środka dźwięk odsuwanego krzesła.

Nie licząc obsmarowanej podłogi, sala wyglądała normalnie. Rzędy zniszczonych ławek stały na swoich miejscach, a na podwójnej czarnej tablicy wciąż widniało nakreślone kredą zadanie z geometrii. Dziki wychylił się bardziej i za ostatnią ławką spostrzegł klęczącą postać jakiejś kobiety. Sądząc po noszonej przez nią koszuli i okularach, mogła być nauczycielką. Sam jednak nie przypominał sobie jej z lat, gdy się tu uczył. Skinął głową i razem z chłopakiem weszli powoli do środka, strzelając klejącymi się do podłogi butami.

Kobieta schowana za ławką trzęsła się jak w jakimś amoku, mrucząc coś pod nosem. Gdy on i chłopak byli już w połowie klasy, Dziki zobaczył, że jej włosy pozlepiane są od krwi. Nie mógł również zrozumieć jej dziwnego szeptu.

— Przepraszam, wszystko w porządku? — spytał niepewnie, odruchowo przyciszając głos.

Kobieta przestała się kiwać, wyglądała, jakby zesztywniała. Ucichły też te dziwne dźwięki, które z siebie wydobywała. Stali tak w ciszy przez dłuższą chwilę, Dziki chciał ponownie zadać pytanie, ale nim zdążył wypowiedzieć kolejne słowo, postać się wyprostowała.

Na jej widok złapał się za usta, tłumiąc wymioty, a chłopak za nim jęknął z odrazą. Od pasa w dół była całkiem naga. W jej tali i nogach brakowało sporych fragmentów ciała, a dłonie miała całe we krwi. Wyglądało to tak, jakby odrywała się po kawałku i rozrzucała swoje ciało po klasie. Towarzyszący mu chłopak nie wytrzymał dłużej i rzucił się do ucieczki. Nie wiedział jednak, jak duży był to błąd… Kobieta z krzykiem minęła skostniałego ze strachu Dzikiego i potrącając ławki rzuciła się w pogoń za uciekinierem. Gdy tylko obydwoje zniknęli za drzwiami, Dziki usłyszał wrzask.

W narastającej panice rozejrzał się po klasie, szukając czegoś, co mogłoby posłużyć za broń. Przy biurku nauczyciela stały przybory do rysowania na tablicy: linijka, kątomierz i ogromny cyrkiel. Pospiesznie złapał za cyrkiel i wybiegł z klasy, kierując się w stronę krzyków. Po chwili dostrzegł, jak kobieta przygwoździła chłopaka do podłogi i swoimi pokrwawionymi paznokciami rozszarpywała mu bluzę, docierając powoli do pleców.

— Zostaw go!!!! — wykrzyczał Dziki, przygotowując się, by uderzyć kobietę. Ta jednak nie zwróciła na niego uwagi, była zbyt mocno skupiona na rozpruwaniu pleców chłopaka. Dziki zamachnął się cyrklem jak kijem bejsbolowym i uderzył kobietę, trafiając w głowę. Choć wydawało mu się, że cios był silny, bo jej łeb uderzył z impetem o ścianę przy której przygwoździła chłopaka, to nie przerwała ona rozszarpywania jego pleców. Krzyki, które młodzik wydobywał z siebie, rozchodziły się echem po korytarzu, tworząc niewyobrażalny harmider. Dziki złapał teraz za bok cyrkla i szybkim ruchem zerwał z niego gumową przyssawkę, odsłaniając długi metalowy pręt.

— Ostrzegam cię! — krzyknął, ale kobieta wciąż nie przestawała, zamachnął się więc i z impetem wbił jej wystający pręt w bark.

Kobieta wygięła się po tym ciosie, próbując dosięgnąć wystający jej z pleców cyrkiel. Po kilku sekundach walki dosięgnęła narzędzia i wyszarpując je z siebie, cisnęła nim wściekle o podłogę.

Dziki cofnął się, widząc, że świdrujący wzrok postaci skupił się teraz na nim. Już po chwili kobieta rzuciła się z rykiem w jego stronę. Była tak szybka, że ledwo zdążył złapać ją za ręce. Przy tym napierała na niego z siłą, której w życiu nie wyobrażałby sobie u kogoś takiej postury. Jej cuchnący gorący oddech wbijał mu się w twarz z każdym krzykiem, który z siebie wydawała.

— Pomóż! — zawołał w stronę chłopaka, czując że brakuje mu sił.

— Nie mogę — odpowiedział chłopak, płacząc — ja nie chcę już dłużej...

— Pomóż mi do cholery! — krzyknął jeszcze raz Dziki, bo czuł, że pod naporem tej kobiety zaraz pęknie mu kręgosłup. Kątem oka dostrzegł, że chłopak się podnosi, lecz zamiast zrobić cokolwiek, rusza powoli w stronę wyjścia.

— Pomóż mi do cholery, bo przysięgam na Boga, że cię zabiję! — Ten krzyk był jednak aktem desperacji, Dziki czuł, że chłopak nie wróci. Nogi nie wytrzymały mu dłużej i runął plecami na podłogę, wciąż jednak ostatkiem sił trzymał ręce kobiety, by odwlec nieuniknione. Ta czując rosnącą przewagę, zaczęła szamotać się jeszcze mocniej i już po chwili ręce Dzikiego latały jedynie bezwładnie za jej pokrwawionymi kończynami. Po chwili lewa ręka kobiety wyrwała się z jego uścisku i uderzyła go ostrymi paznokciami w brzuch. Zawył z bólu i szykował się na drugi cios, gdy huk, od którego mało nie pękły mu bębenki, rozległ się po korytarzu. Słysząc świst w uszach, poczuł, że kobieta przestała się ruszać, jakby coś ją sparaliżowało. Po chwili jednak jej oczy znów skupiły się na nim, a dłoń wystrzeliła do góry i wtedy drugi huk wypełnił korytarz. Kobieta ponownie zamarła, a po chwili się osunęła, przygniatając Dzikiego swoim ciałem.

— Halo… Kto tu jest? — spytał niepewnie, próbując zepchnąć z siebie trupa. W głębi korytarza usłyszał wyraźnie rozbawiony nieznany sobie głos:

— Poczekaj chwilę, pomogę ci…

Dziki z pomocą nieznajomego zrzucił w końcu ciało i opierając się o ścianę, wyprostował się na bolących nogach. W ciemności korytarza dostrzegł jakąś postać. Przez chwilę myślał, że stoi przed nim żołnierz, mężczyzna miał bowiem na sobie mundur w zielone łaty i spodnie wciśnięte w długie czarne buty, ale gęsta broda i długie kręcone włosy bardziej przypominały filmowego najemnika niż prawdziwego wojskowego.

— Czy ona... — zaczął, spoglądając na ciało kobiety, ale mężczyzna przerwał mu momentalnie, wciąż rozbawionym głosem:

— No chyba po tym, co chciała ci zrobić, nie będziesz mi prawił morałów — zaśmiał się brodacz.

Dziki pokręcił głową.

— Nie będę... dzięki — dodał po chwili. — Posłuchaj, czy ty… — Nim jednak zdążył spytać o to, co się tu właściwie dzieje, mężczyzna przerwał mu ponownie:

— Słuchaj, ja wiem, że masz milion pytań, może nawet więcej, ale narobiliśmy tu sporego hałasu. Zwłaszcza ja — powiedział, pokazując ostentacyjnie pistolet — więc lepiej będzie, jeżeli porozmawiamy w jakimś innym miejscu. Poza tym wydaje mi się, że za drzwiami twój kolega wymaga pomocy…

Po tych słowach w Dzikim rozlała się jakaś gorycz. Mężczyzna musiał to zauważyć na jego twarzy, bo uśmiechnął się znacznie szerzej.

— Nie będzie z niego najlepszy towarzysz, ale skoro pomogłem tobie, to jego tu nie zostawię. Idziemy i więcej bez hałasu. Z pytaniami się wstrzymaj, aż dojdziemy na miejsce. — Mężczyzna odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

Dziki nie był do końca przekonany, czy powinien za nim iść, ale brodacz wydawał się być przynajmniej normalny. O ile normalnym możesz nazwać kogoś, kto zabija na twoich oczach. Czując jednak brak jakichkolwiek innych opcji, ruszył za nim i drzwiami dla personelu wyszli na zewnątrz.

Gdy byli już na skwerku przed szkołą, mężczyzna szepnął w stronę żywopłotu:

— Wyłaź, mały, i tak jak powiedziałem, gęba na kłódkę…

Po chwili zza jednego z krzaków wyłonił się towarzysz Dzikiego, twarz miał bladą, a oczy spuchnięte od płaczu. Spod zielonej bluzy wylewała mu się strugami krew. Brodacz spojrzał na niego z politowaniem, a potem przeszedł przez furtkę.

Szli dłuższą chwilę drogą biegnącą koło szkoły, aż doszli do parku miejskiego, w którym Dziki jeszcze jako uczeń spędzał czas, gdy w gorące dni zrywał się razem z kolegami z lekcji. Sam park wyglądał na niezmieniony, zdezelowane ławki stały na swoich miejscach, woda w stawku falowała delikatnie, drzewa bez liści też wyglądały tak, jak je zapamiętał. Dopiero gdy skręcali w stronę kolejnego blokowiska, których w Krańcowie było od groma, Dziki zauważył, że z parkiem też było coś nie tak. Brakowało kaczek, brakowało gołębi i jakichkolwiek zwierząt. Jesień dopiero się zaczynała, więc wokół powinno być jeszcze pełno ptactwa. Gdy wchodzili w osiedlową drogę, kątem oka spojrzał jeszcze raz w stronę szarego nieba, ale nic po nim nie latało.


2,247 wyświetlenia7 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie