Ręka Olbrzyma

Choć Krańcowo było miastem rozległym, nigdy nie stanowiło jednolitej całości. Od strony wschodniej dzieliła je bowiem szeroka linia kolejowa, przez którą można było przedostać się jedynie nielicznymi przejazdami.

Oddzielone przez torowisko osiedle zwykło się potocznie nazywać ''Zatorzem''. Choć było ono urzędowo częścią miasta, brak możliwości swobodnego przemieszczania się zrodził w umysłach jego mieszkańców poczucie swoistej autonomii. W Starym świecie, Mieszkaniec osiedla za torami spytany gdzie mieszka nigdy nie odpowiedział-w Krańcowie, lecz pchany jakimś wewnętrznym poczuciem tego podziału odpowiadał- na Zatorzu. Ta zrodzona wśród ludzi maniera sprawiła, że pośród osób przyjezdnych i nieznających dobrze miasta bardzo często pojawiało się przekonanie, że "Zatorze'' to jakieś sąsiednie miasteczko znajdujące się po drugiej stronie torów.

Od strony zachodniej przez Krańcowo przepływała rzeka "Wiślinka” oddzielająca kolejny kawałek miasta oraz jeden z najważniejszych obiektów, Szpital powiatowy. Dzięki dwóm szerokim mostom przedostanie się na drugi brzeg, nigdy nie stanowiło problemu. Mieszkańcy tej części miasta nie czuli więc wewnętrznego podziału, jak miało to miejsce w wypadku Zatorza. Choć sama okolica również nosiła swoją potoczną nazwę-Zarzecze.

W Nowym Świecie sytuacja zupełnie się zmieniła. Przez długi czas dwie pseudo-dzielnice pozostawały niedostępne dla weteranów, którzy musieli zadowolić się największą centralną częścią miasta. W końcu jednak jakiemuś bezimiennemu eksploratorowi udało się odkryć sposób na oszukanie błędu czekającego przy linii kolejowej i wytyczyć szlak dla kolejnych grup szukających swojego szczęścia.

Z drugiej strony Zarzecze wciąż pozostawało odcięte. Mosty, które niegdyś łączyły je z miastem, zapadły się z niewiadomego powodu. Płynąca pod nimi rzeka praktycznie zmieniła się w kwas, co skutecznie udaremniało każdą próbę przedostania się na drugi brzeg.

W umysłach Weteranów ten niedostępny teren urósł do rangi wielkiego tajemniczego skarbu. Pośród starych mieszkańców Krańcowa krążyły opowieści o nietkniętych do tej pory sklepach i szpitalu pełnym wyposażenia medycznego. Tylko czekających na śmiałka, który znajdzie sposób by przedostać się na tamtą stronę.

Choć historie o domach pełnych zapasów można by było jeszcze uznać za prawdopodobne. To o terenie Zarzecza krążyły też bardziej wydumane opowieści. Niektórzy Weterani twierdzili, że widywali na brzegu po drugiej stronie jakieś tajemnicze postacie. Miały one rzekomo krążyć nocami przy korycie rzeki. Oczywiście wielu przyznawało potem, że mogli to być po prostu niewykształceni, którzy dostali się na drugi brzeg, gdy mosty były jeszcze całe. Byli jednak i tacy, którzy upierali się, że musieli to być ludzie. Z tej historii prawdopodobnie wypłynęła kolejna legenda:

Za terenem Szpitala miało się rzekomo znajdować wyjście z Krańcowa i sposób na powrót do Starego świata.

Nie wielu ludzi w to wierzyło. Znalazło się jednak kilku wariatów, którzy uznali to za prawdopodobne. Bardzo często jako rzekome potwierdzenie tej historii wskazywano zapadnięte mosty. Obydwie potężne betonowe konstrukcje zawaliły się w tym samym czasie, tak jakby ktoś wysadził je celowo. Większość twierdziła jednak, że to po prostu wpływ kwasu w rzece, który przez długi czas podgryzał filary.

Ci najbardziej łatwowierni, wysnuwali nawet wnioski, że całe Krańcowo musi być jednym wielkim eksperymentem. Po stronie Zarzecza miała rzekomo znajdować się baza naukowców, z której badacze obserwowali wszystko z dala od Krańcowskich niebezpieczeństw. Większość Weteranów jednak, słysząc podobne historie, pukała się po prostu w czoło. Żadnych naukowców nikt bowiem w mieście nigdy nie widział, a obserwowanie wszystkiego przez koryto rzeki, na pewno nie było wymierną metodą badawczą...

Nie mniej krążące wszędzie historie, zarówno te prawdopodobne, jak i te wyssane z palca, podsycały wyobraźnie żyjących w Krańcowie ludzi. Przez to, co jakiś czas znajdowała się jakaś grupa próbująca swych sił w przedostaniu się do Zarzecza.

Z tego właśnie powodu w stronę jednego z zawalonych mostów, zmierzał oddział Armii Daniela dowodzony przez "Olbrzyma" Maciejewskiego. Maciejewski był ponad dwumetrowym potworem z brodą gęstą jak futro, cieszącym się złą sławą nie tylko pośród Krańcowskich Weteranów, ale również wśród innych członków armii. Na swoich rękach miał zarówno krew wrogów Daniela, jak i własnych towarzyszy, którzy ośmielili się w jakikolwiek sposób wejść mu w drogę.

Nie było więc niczym dziwnym, że zmierzający z nim banderowcy (najniższa struktura Armii Daniela, nosząca czerwone wstążki na wysokości lewego ramienia) mieli całkiem nietęgie miny. Ich podróż dodatkowo uprzykrzał fakt, że nieśli ze sobą ogromną metalową kładkę.

Kilkumetrowa konstrukcja zrobiona z prętów zbrojeniowych i blachy związanej ze sobą drutami i stalowymi linami musiała ważyć naprawdę dużo. Dźwigający ją ludzie wylewali bowiem z siebie siódme poty.

- Dobra jesteśmy! – ryknął Maciejewski, rozsiadając się jednocześnie na betonowej ławce i leniwie obserwując wystający fragment mostu.- Jeśli ten jajogłowy w Gorgorze dobrze to policzył, to kładka powinna zaprzeć się głęboko na obydwu kawałkach mostu. Do roboty!!!- wrzasnął raz jeszcze i sięgnął do kieszeni kurtki po papierosa.

-Jak my niby mamy to przerzucić ? Ta kładka waży z dwieście kilo…- syknął jeden z banderowców. Olbrzym przypalił sobie fajkę i zaciągnął się dymem, zerkając jednocześnie na mężczyznę, jakby chciał go zgnieść wzrokiem. – Dostajesz żreć to rusz czasem deklem, ustawcie ją sztorcem i jeb na tamtą stronę. – warknął pogardliwie i wrócił do palenia.

Zrezygnowani banderowcy świadomi, chyba że nie dostaną od swojego dowódcy bardziej precyzyjnych poleceń, zaczęli powoli podnosić kładkę. Konstrukcja trzeszczała i wyginała się, a mężczyźni pod nią walczyli ze wszystkich sił, by w końcu ustawić stalowy szkielet do pionu. -Tylko jej nie zwalcie na dół, bo macie moje słowo zanurkujecie po nią.- Ryknął Maciejewski, przyglądając się wysiłkom banderowców starających się utrzymać chybotającą się na boki kładkę.

W końcu jednak mężczyźni nie wytrzymali i wypuścili stalowy pomost z rąk. Kładka uderzyła ukosem we fragment mostu po drugiej stronie i wygięła się niebezpiecznie na środku, zawisając jednak między dwoma brzegami. Po chwili napięcia banderowcy odetchnęli z ulgą, a Maciejewski krzyknął- UDAŁO SIĘ !!!- Wyraźnie zadowolony Olbrzym zbliżył się do granicy mostu.- Trochę się wygięła- skwitował- musimy sprawdzić, czy da radę przejść.

Obracając się w stronę swoich podkomendnych, Maciejewski wybrał najchudszego chłopaczka i wskazał na niego ogromnym palcem.- TY ! NA DRUGĄ STRONĘ ! – ryknął. -Ale dlaczego! – pisknął przerażony chłopak, patrząc niepewnie w stronę trzeszczącej kładki. -BO CI KAZAŁEM !!! Możesz albo przejść kładką, albo wpław, mnie tam obojętnie…- stwierdził Maciejewski, uderzając o siebie swoimi wielkimi rękoma. Chłopak spojrzał jeszcze z nadzieją w stronę swoich towarzyszy, ale ci opuścili głowy szczęśliwi w duchu, że to nie na nich padł wątpliwy zaszczyt testowania konstrukcji. Zrezygnowany chłopak wspiął się na kładkę, która zaskrzypiała groźnie. Zsuwając się powoli, centymetr po centymetrze zbliżył się do miejsca załamania. Wtedy konstrukcja przesunęła się delikatnie.

-TRZYMAĆ TO !!! – rozkazał Maciejewski, a grupa banderowców chwyciła za stalowy pomost.- IDŹ DALEJ !!!- Rozkazał. Chłopak zatrzymał się, zapierając nogi na zgięciu blachy i spróbował chwycić się drugiej połowy kładki. Gdy tylko jego ciężar zatrzymał się na środku, cała konstrukcja złożyła się i pomost runął z pluskiem do rzeki. Zabierając ze sobą przymusowego ochotnika. Maciejewski ze skrzywioną miną zbliżył się do krawędzi. W dole pomost rozkładał się już z bulgotem, zżerany przez kwas w rzecze. -Stopi się, już jej nie odzyskamy- westchnął zrezygnowany. Sięgając równocześnie po kolejnego papierosa. Stojąca z nim grupa banderowców spojrzała złowieszczo w jego stronę. -Na co się gapicie – syknął.- Może któryś z was chce się spróbować ? A może wszyscy naraz ? Strasznie mnie ręce swędzą po tej porażce, którą mi dziś zaserwowaliście.- warknął, zaciskając swoje pięści wielkości bochenków chleba. Banderowcy, choć wyraźnie wściekli opuścili głowy.

Olbrzym szczycił się tym, że udało mu się pokonać grupę weteranów uzbrojonych po zęby. Więc oni zmęczeni drogą z gołymi rękami, nawet dużą grupą byli bez szans. -Tak myślałem- zakpił.- Wypieprzać do Strefy Głodu! Rzygać mi się chcę, jak na was patrzę! Nie mam zamiaru wracać tą samą drogą co…- W tym momencie jednak, obcy głos przerwał jego wrzaski. -...Chyba jeszcze nigdy nie spotkałem nikogo, o kim opowieści byłyby tak prawdziwe. Zajęci tym, co działo się na kładce, żołnierze Daniela nie zauważyli trójki weteranów, która podkradła się w międzyczasie od strony miasta. Maciejewski wysunął się na przód- Nie pomyliło ci się coś lalusiu, wypieprzaj stąd, zanim rozsmaruje cię na asfalcie! – ryknął wściekle.

Banderowcy stojący za nim, nie wyglądali na tak pewnych jego słów. Wszyscy trzej weterani mieli w rękach broń. Maciejewski, który jako jedyny nosił pistolet, nie wyjął go nawet z kabury przy kurtce. -Mówią na mnie Wilk. Nie wiem, czy o mnie słyszałeś…- próbował przedstawić się weteran, ale Maciejewski przerwał mu natychmiast. -Zaraz, to na ciebie będą mówili trup.- Warknął wściekle - Ale dla ścisłości, wiem, kim jesteś. Popieprzonym fagasem, który ma się za szeryfa tego miasta. -Ładnie to ująłeś- stwierdził Wilk, uśmiechając się szeroko- Więc jako popieprzony fagas... to znaczy szeryf. Mam obowiązek tępić takie gnidy jak ty. Walka o przetrwanie to jedno, ale ty jesteś zwykłym mordercą Maciejewski.

-O i jeszcze historia z morałem- zakpił Olbrzym- Nienawidzę dwóch rzeczy; banderowców i weteranów niestety tych pierwszych muszę znosić – stwierdził, zerkając na grupę za nim- Z tobą jednak zaraz zrobię porządek. BRAĆ ICH !!! – rozkazał w stronę swojego oddziału, ale mężczyźni stali bez ruchu. -Ujmę to tak- stwierdził Wilk- chociaż służycie w banderze, to do nikogo z was jeszcze osobiście nic nie mam. Więc możecie odejść. Dzisiaj karę poniesie tylko on!- krzyknął na koniec, wskazując palcem na Maciejewskiego.

-Ujmę to tak- zakpił Olbrzym, naśladując ton Wilka- bez względu na to, czy mi pomożecie czy nie, przeżyje. Gdy tylko wrócę do Strefy Głodu, urwę osobiście łeb każdemu, kto teraz zdezerteruje. Banderowcy spoglądali przerażeni to na Wilka to na Maciejewskiego. W pewnym momencie prawie wszyscy rzucili się do ucieczki, mijając przybyłych weteranów szerokim łukiem. Olbrzym syknął i złapał ostatniego ze swoich kompanów, który nie podjął jeszcze decyzji, zasłaniając się nim jak tarczą. -Zostaw go !!! – krzyknął Wilk, ale już po chwili jego głos utonął w tajemniczym szumie, który wypełnił okolice.

Narastający dookoła gwizd wygłuszył prawie wszystkie dźwięki. Nagle Maciejewski poderwał chłopaka, którym się zasłaniał do góry. W tym samym momencie banderowiec zesztywniał z ogromną dziurą po kuli w okolicy klatki piersiowej. Nim którykolwiek z weteranów zdążył podnieść broń, olbrzym cisnął w nich trupem i rzucił się do ucieczki. Mimo swojej ogromnej postury poruszał się niesamowicie szybko. Uchylając się przed pociskami, przypominał niedźwiedzia w biegu. W kilka sekund zbiegł z resztek mostu i przeskakując przez barierki uliczne, wpadł na teren małej kawiarni.

Mijając poprzewracane stoliki i stojące nieużywane maszyny do lodów, wbiegł do ciemnej mroźni. Już po chwili do pomieszczenia wpadł za nim jeden z Weteranów. Maciejewski, wyskakując z cienia, rąbnął go swoja ogromną pięścią, momentalnie pozbawiając przytomności. Nim jednak mężczyzna zdążył upaść na ziemię, chwycił jego opadającą głowę i z całej siły rąbnął nią o ścianę. Z dłoni martwego weterana wyciągnął karabin, który w jego olbrzymich rękach wyglądał jak dziecinna zabawka. Wychylając się zza drzwi, wystrzelał cały magazynek w drugiego z towarzyszy Wilka. Wyrzucając pustą broń, Olbrzym cofnął się z powrotem w głąb pomieszczenia. Okazało się, że budynek miał wyjście prowadzące na tył.

Maciejewski wyważył drzwi barkiem i wybiegł na zewnątrz. Z wąskiej uliczki pełnej kubłów na śmieci wypadł na jedną z bocznych dróg biegnących obok Krańcowskiego Muzeum Techniki Wojskowej. Mijając poczerniały płot, za którym stały skorupy czołgów i armaty przeciwpancerne, nadział się na kolejną postać. Blond włosa kobieta wysoka prawie jak on trzymała w rękach Karabin snajperski. -TY! – ryknął Maciejewski.- Dawno nie się widzieliśmy siostrzyczko. Kobieta zmarszczyła czoło i wykonała gest w języku migowym, a Maciejewski spojrzał na nią pogardliwie. -Przestań wymachiwać tymi łapami, i tak nigdy nie rozumiałem twojego pieprzenia Szara.- Blond włosa zrobiła zaciętą minę i wskazała na Maciejewskiego, jednocześnie przeciągając sobie kciukiem po szyi. -Naprawdę musi Cię dobrze bolcować. Bez cholernego mrugnięcia strzeliłaś do swojego brata... a teraz jeszcze grozisz mu śmiercią.- zakpił Olbrzym. Twarz Szarej skamieniała, wyciągnęła jednocześnie dwa palce wskazujące, zetknęła ich końce, a potem powoli rozdzieliła. Olbrzym spojrzał niepewnie. -Tak masz rację, ale teraz moim jedynym rodzeństwem jest Daniel. Nie myśl sobie, że dostaniesz taryfę ulgową.-

Olbrzym wrzasnął i ruszył wściekle w jej stronę. Kobieta spróbowała unieść karabin, ale Maciejewski wparował w nią jak lokomotywa, bez trudu przewracając na ziemie. Szara spojrzała na niego z przerażeniem, gdy uniósł swój wielki przypominający czarne kowadło but. Chwilę przed tym, jak miał już zgnieść jej głowę, padł głośny strzał, jakby ktoś wystrzelił petardę w studni. Nie wiedząc czemu, kobieta zniknęła. Na jej miejscu zaś pojawił się Wilk. Zszokowany Maciejewski zamarł przez chwilę, a leżący na ziemi mężczyzna przeturlał się na bok. -Jak ? CO ?- Olbrzym pokręcił głową – błąd.- wysapał wściekle, gdy zorientował się, czego był świadkiem.

Wilk wyciągnął nóż i ruszył w stronę Maciejewskiego. Olbrzym jednak bez trudu parował wszystkie ataki. Zachowywał się jak zawodowy bokser, doskonale trzymał gardę i wyprowadzał pewne ciosy. Po Krańcowie chodziły pogłoski, że w starym świecie należał do koła bokserskiego. Wilk przekonał się o tym boleśnie, gdy po potężnym haku runął na ziemie, prawie pozbawiony przytomności. Maciejewski zbliżał się do niego, gdy powietrze dookoła wypełnił świst.

Olbrzym rozejrzał się ze strachem i w pewnym momencie padł na ziemie. Jego jensowa kurtka rozdarła się na barku, a z jego ramienia trysneła czerwona krew. Ryknął wściekle, podrywając się z ziemi i wbiegając za ogrodzenie. Pędził ile sił w nogach, aż dotarł do zejścia nad rzekę. Zsuwając w dół po leszowej ścieżce, wpadł na łąkę pełną wyschniętych i przypalonych krzaków. Mimo bólu i krwi wylewającej się z jego ramienia biegł ze wszystkich sił.

-Pieprzona snajperka… pieprzone błędy… gdyby nie to… ja ich wszystkich – sapał wściekle, łapiąc przy tym powietrze jak ryba. Kilka minut biegu później, padł wykończony na ziemię. Leżąc w trawie sięgnął po pistolet i położył go obok siebie. -Niech tylko przyjdą…koniec zabawy…- wysapał. Czekał tak kilka kolejnych minut, uciskając krwawiącą ranę. Nikt jednak się nie pojawił. Zadowolony ze swojej ucieczki miał już się zbierać do Strefy Głodu, gdy zobaczył coś, od czego włosy stanęły mu dęba. Po drugiej stronie rzeki stała postać. Mężczyzna przypominający weterana obserwował go przez lornetkę. -To niemożliwe…- syknął Maciejewski, patrząc jak, przybysz obraca się powoli i znika między budynkami.


231 wyświetlenia3 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Koniec.