Opowieści z Martwego Świata - Mike

Zaktualizowano: 28 lip 2021


Ebook
.rar
Download RAR • 80KB

Zwrotnica zaczynała swoją historię jako małe siedlisko, w którym zamieszkali wierni Krzakowi strażnicy, uciekający ze Wspólnoty po wyrzuceniu ich wodza. Z początku niewielka grupa bardzo szybko zaczęła się rozrastać. Najpierw powiększyła się na skutek przyjęcia części ocalałych z Autobusu do Wolności, a później uchodźców ze swojego dawnego domu. To jednak ciągle nie był koniec. Miejsce bardzo szybko zostało oficjalnie określone mianem ''Najbezpieczniejszego w Krańcowie'' bo z niewyjaśnionego powodu, wszyscy niewykształceni z Zatorza zupełnie zniknęli. Skutkowało to jeszcze większym napływem potencjalnych chętnych do zamieszkania w jego obrębie i wskutek czego, Zwrotnica stała się nie mniej liczna niż dawna Wspólnota.

Jak każda rozrastająca się społeczność nowa Zwrotnica potrzebowała przywódcy. Lidera, który poprowadziłby ją, zapewnił przetrwanie i utrzymał mieszkańców w ryzach. Stanowisko to wiązało się więc z licznymi obowiązkami, nie dając w zamian wymiernych korzyści. Z tego względu nie było niczym zaskakującym, że chętnych do wzięcia na siebie tej odpowiedzialności było jak na lekarstwo. Doprowadziło to do sytuacji, w której pieczę nad miejscem zaczęła sprawować osoba nadana z zupełnego przypadku…

Mike otworzył szeroko oczy, czując w gardle suchość tak przytłaczającą, jakby cały wczorajszy wieczór bawił się w połykacza ognia. Ledwo powstrzymując bolącą głowę przed natychmiastową implozją, usiadł powoli, opierając ramiona na kołdrze. - Kurwa... dlaczego ja nigdy nie mam umiaru - westchnął, rozglądając się po pokoju i wspominając ilość wódki, którą dzień wcześniej wlał w siebie.

Obracając głowę, najwolniej jak potrafił, zauważył, że Weroniki nie było już w łóżku. Jasność przebijająca się przez zasłonięte okna dawała do zrozumienia, że zbliża się południe, a wczorajsza ‘’narada’’ przeciągnęła się dłużej, niż myślał.

- Pić…- wyszeptał, rozglądając się z nadzieją za jakąkolwiek pozostawioną szklanką wody.

Gdy mdłym wzrokiem obiegał pomieszczenie, zobaczył, że na szafce nocnej ktoś postawił butelkę z piwem. Uradowany doskoczył do niej, otwierając natychmiast by złapać tak potrzebnego ''klina''. Podnosząc ''eliksir życia'' zobaczył krótką notkę, zapisaną pismem Weroniki.

Lecz się żulu :p

Widząc, narysowaną przy tekście buźkę z wypiętym językiem, zrozumiał, że grzechy poprzedniego wieczoru zostały mu już wybaczone. - Jesteś boska Wiewióreczko - stwierdził, radośnie łapiąc kolejny łyk.

W znacznie lepszym humorze kontynuował więc swoją kurację. Dopiero w połowie butelki przypomniało mu się, co było powodem wczorajszego spotkania. Ta pojedyncza myśl przekreśliła z miejsca całą radość wywołaną prezentem i liścikiem od ukochanej.

Ledwie dzień wcześniej zebrał się ze swoimi kompanami z byłej Wspólnoty, by przy butelce omówić kwestię jego dalszego sprawowania ''władzy''. Od dłuższego już czasu Mike miał dość tej ciągle narastającej odpowiedzialności. Niestety skończyło się to dokładnie tak, jak kończyło się za każdym razem. Żaden z byłych strażników ani myślał, by wziąć na siebie ten obowiązek, a o oddaniu władzy komuś spoza ich kręgu nikt nie chciał nawet słyszeć. Chcąc nie chcąc Mike został ponownie przymuszony do dalszego dzierżenia tytułu Burmistrza Zatorza''.

Przykładając sobie chłodną butelkę do czoła, by nieco ulżyć bólowi, zadał sobie pytanie które dręczyło go już od dłuższego czasu. - Jak ja się w to dałem wpakować?

W tym momencie drzwi do jego pokoju otworzyła Weronika. - Nie śpisz już rybko? - spytała, podchodząc do łóżka.

Mike widząc dziewczynę, uśmiechnął się mimo fatalnego samopoczucia i faktu, że pół piwa, zamiast poprawić, pogorszyło jego stan. - Trudno powiedzieć, bo za każdym razem jak cię widzę, nie mogę uwierzyć, że nie śnie... - rzucił zalotnie.

Weronika odwzajemniła uśmiech i siadając na kołdrze, pocałowała go w głowę. - Lepiej ci trochę? - spytała czule, mierzwiąc palcami jego ciemną czuprynę.

- Jeszcze nie wiem...- odparł Mike. - … ale słyszałem, że okład z młodych piersi bardzo pomaga na wszystkie dolegliwości.

Wykorzystując okazję, mężczyzna wcisnął się w bluzkę ukochanej, jakby chciał schować się przed złem Nowego Świata.

Dziewczyna pokręciła głową dając mu prztyczka w ucho. - Gdybyś wczoraj przyszedł zanim usnęłam, dostałbyś coś więcej niż okład - wyszeptała czerwieniąc się.

Mike wciąż wtulając się w dziewczynę, stwierdził, że to pomogło mu dużo bardziej niż jakiekolwiek piwo.

Ich romantyczną chwilę przerwało jednak pukanie do drzwi. Oli zajrzała do środka nie czekając nawet na zaproszenie, a Mike ledwo zdążył wyciągnąć swoją twarz z krągłości Weroniki.

- Chciałeś się z mną widzieć - stwierdziła przybyła dziewczyna, spoglądając pustym wzrokiem na siedzących w łóżku.

- Tak...? - spytał Mike, po chwili przypominając sobie, że rzeczywiście w trakcie wczorajszego pijackiego amoku, poprosił Oli by spotkała się z nim rano. - Tak, tak... Wiewióreczko, muszę cię przeprosić mam jedną sprawę do obgadania - wyjaśnił, podnosząc się natychmiast.

Weronika skinęła głową, spoglądając niepewnie na swoja dawną towarzyszkę z autobusu, która znikała właśnie w korytarzu.

Mike przebrał się w międzyczasie i jednym haustem dopijając piwo, wyszedł za gościem do przedpokoju.

Oli stojąc w przejściu przyglądała się jednemu z plakatów ''Fantasy'', które Mike rozwieszał po całym budynku. Gdy mężczyzna zbliżył się, spoglądając w pozbawioną jakiejkolwiek emocji twarz dziewczyny, poczuł, że skóra cierpnie mu na plecach.

Od momentu, gdy poznali się po raz pierwszy, Oli zmieniła się właściwie nie do poznania. Jako członkini Autobusu do Wolności, była radosną niepoprawną optymistką z głową pełną szalonych pomysłów i niespożytymi pokładami energii. Po rozpadzie organizacji i wszystkim, co ją spotkało po uprowadzeniu na dawne Zarzecze, stała się swoim całkowitym przeciwieństwem. Na jej twarzy w ogóle nie gościł już uśmiech. Dawniej pełne życia oczy stały się tak szare i puste tak, że przywodziły Mike'owi na myśl, spojrzenia niewykształconych. Krótkie kolorowe sukienki, które nosiła, i T- shirty z dziwnymi sloganami, zastąpiły jednolite czarne stroje. Tylko włosy, które wciąż farbowała na czerwono, przypominały o jej dawnym ekstrawaganckim stylu bycia.

Największą zmianę dziewczyna przeszła jednak w swoim podejściu do ludzi. Oli była niegdyś jedną z tych, które ''kochały” wszystkich. Szybko przywiązywała się do nowo poznanych osób, bardzo łatwo obdarzała spotkanych ludzi zaufaniem, a przy tym była nie zwykle wylewna. Każdy, kto przebywał dłużej w jej towarzystwie, był wielokrotnie przytulany, głaskany i mógł liczyć na pocieszanie w trudnych chwilach. Teraz do ludzi podchodziła nie ufnie i z dużym dystansem, a nawet przypadkowe otarcie w korytarzu zdawała się traktować z odrazą.

Mike'a, który opiekował się dziewczyną na prośbę swojego przyjaciela Dzikiego, przez długi czas bardzo to martwiło. Finalnie uznał jednak, że stan dziewczyny i tak poprawił się znacząco od momentu, gdy jego kompan przyprowadził ją do Zwrotnicy po raz pierwszy. Tuż po uratowaniu Oli praktycznie nie mówiła, większość czasu spędzała, leżąc pół przytomna w łóżku, a zmuszenie jej do jedzenia graniczyło z cudem.

Chociaż Mike swoją rolę opiekuna traktował bardzo poważnie, niezbyt lubił przebywać w jej towarzystwie. Po pierwsze dlatego, że nie miał pojęcia, jak rozmawiać z kimś, kto przeżył aż tyle, a po drugie był osobą odpowiedzialną za śmierć jej brata. O tym na szczęście sama Oli nigdy się nie dowiedziała.

Dlaczego więc Mike zaprosił ją do siebie w trakcie wczorajszego pijaństwa? Bo gdy odchodził rozczarowany wynikami narady ze swoimi kompanami, w jego nietrzeźwej głowie narodził się pomysł szalony, ale dający nadzieję na zrzucenie z siebie jarzma przywództwa. Gdy jego przyjaciel Dziki był jeszcze strażnikiem Autobusu do Wolności, kilka razy wspomniał mu, że to Oli była tak właściwie przywódcą ich grupy i chociaż to Kuba teoretycznie zarządzał wszystkim, to do dziewczyny należało zawsze ostatnie słowo.

Oczywiście, gdy była jeszcze tą '' zakochaną w świecie'' wersją siebie, Mike nigdy nie zaproponowałby jej tego, co miał zamiar zaproponować za chwilę. Nowa ''zimna'' Oli była jednak dla niego idealną osobą, by wcisnąć rządzenie Zwrotnicą właśnie w jej ręce.

Układając sobie w głowie, jak przedstawi te dość niespodziewaną propozycję, zaprosił dziewczynę gestem by przeszli na balkon. Mijając przeszklone drzwi, stanęli przy barierce mając w zasięgu wzroku nasyp kolejowy i całe pseudo miasteczko powstające w tym miejscu.

Granice Zwrotnicy rozciągały się wzdłuż torów, które zakłócały Prawo Trzech i uniemożliwiały niewykształconym wyczucie zgromadzonych tu ludzi, a tych jak na standardy Nowego Świata było już naprawdę dużo. Nagromadzeni na tym skrawku terenu osadnicy, zajmowali już nie tylko wszystkie domy, ale każdy garaż, a nawet przydomowe altanki. Na niektórych podwórzach paliły się ogniska, a buczenie pokrytych błędem szyn, mieszało się z gwarem rozmawiających na zewnątrz ludzi.

- Stało się coś złego prawda? - spytała nagle Oli, przerywając panującą między nimi ciszę.

Zaskoczony Mike złapał się natychmiast za tył głowy, parskając przy tym głupio jak przyłapane na czymś dziecko. - Nie... dlaczego? Skąd ten pomysł? - dopytał patrząc bez pewności na dziewczynę.

- Bo nigdy nie rozmawiasz ze mną sam na sam - odparła bez pardonowo, a Mike słuchając dalej opuścił zawstydzony głowę. - Jak chciałeś sprawdzić co u mnie, wysyłałeś którąś z papużek, albo przychodziłeś razem z Weroniką - dodała beznamiętnie. - Gdy przyprowadziłeś mnie tu by porozmawiać na osobności, pomyślałam, że Dziki nie żyje i chcesz mi o tym powiedzieć...

Mike poczuł w tym momencie jeszcze większe ciarki na plecach niż wcześniej. Nie tylko dlatego, że dziewczyna doszła do tak strasznego wniosku, ale przede wszystkim przez to, jak chłodno do tego podeszła. Pomyślał nawet przez chwilę, że może zbyt mocno zagalopował się ze swoimi planami. Oddanie rządów w ręce kogoś ‘’zimnego’’ to było jedno, ale przekazanie ich komuś w ogóle wypłukanemu z emocji nie wydawało mu się dobrym pomysłem. Mimo to spróbował, chociaż dowiedzieć się jak dziewczyna zareaguje na propozycję.

- Nie chodzi mi o Dzikiego - powiedział w końcu. - Sam ciągle zastanawiam się co się z nim właściwie dzieje. Próbuję wierzyć, że plotki to plotki... Nie ma żadnego ''Zbawiciela'' kontrolującego niewykształconych, a on po prostu odpoczywa gdzieś, po tym wszystkim, co przeszedł.

- Jesteś naiwny, jeśli tak myślisz - stwierdziła bez ogródek dziewczyna. - Myślisz, że to przypadek, że nie ma tu Niewykształconych? Że omijają nas wszystkie pogodowe anomalie? Byłeś jego przyjacielem, więc chroni cię, nawet po tym, co się z nim stało...

Mike słysząc to, zmarszczył czoło, opierając się o barierkę balkonu. Od zakończenia konfliktu z Zarzeczem nie miał z Dzikim żadnego kontaktu. Słyszał jedynie plotki...masę plotek. Weterani przedzierający się przez Centrum często wspominali o mężczyźnie podróżującym pośród niewykształconych, szerzyły się pogłoski o tajemniczych zniknięciach samotników albo atakach potworów na obozowiska tak skoordynowanych, że musiała stać za nimi jakaś inteligentna jednostka. Czy jednak naprawdę za to wszystko odpowiadał Dziki?

Jedynymi osobami, co do których Mike był pewien, że mogłyby udzielić odpowiedzi na to pytanie byli Daniel i Pierwszy. Obaj pozostawali jednak poza jego zasięgiem.

Chociaż teoretycznie zawieszenie broni nie zostało zerwane, Daniel i jego Armia wciąż budzili ogromną niechęć, zarówno wśród dawnych weteranów z centrum, jak i nowych przybyszów z Zarzecza. Ci pierwsi doskonale pamiętali plany Daniela dążące do eliminacji większości z nich. Ci drudzy, chociaż teoretycznie wyzwolili się dzięki niemu spod władzy Magistratu i Zwiadowców, nie mogli tak po prostu przełknąć bezpardonowego podejścia do cywili, jakie Armia miała w trakcie walk. Nawet do Zwrotnicy doszły przerażające opowieści o zagazowaniu szpitala i śmierci dziesiątek ludzi, którzy nie brali nawet udziału w walkach. O wymianie informacji z ludźmi podległymi Danielowi, można więc było zapomnieć.

Z kolei Pierwszy, który zniknął zaraz po kapitulacji Magistratu, zaszył się gdzieś tak głęboko, że zaczęły nawet krążyć pogłoski o jego rzekomej śmierci. W to jednak Mike nie wierzył, bo wiedział doskonale z opowieści Dzikiego, że mężczyzna był mistrzem w ukrywaniu się.

Nie mniej jakakolwiek szansa na poznanie prawdy, była obecnie niemożliwa. Mike nie chciał więc ciągnąć, tego wzbudzającego w nim masę niepewności tematu i wrócił z rozmową do wątku w którym mógł się chociaż trochę wypowiedzieć. - Oli, nie chciałem cię unikać...- zaczął się spokojnie tłumaczyć. - Ja po prostu... No co tu dużo mówić, jestem trochę pajacem... Nie lubię poważnych rozmów, bo od nich siwieje. Nawet teraz czuję, że będę musiał wyskubać ze trzy białe włosy z grzywy... Nie umiem pocieszać ani zachować zbyt długo powagi - westchnął. - I zdaję sobie sprawę, że w kiepskich chwilach te moje durne podejście, może zacząć irytować. Dlatego wolałem trzymać się od ciebie z daleka... Co nie znaczy, że się nie martwiłem... Bo się martwiłem. Naprawdę!

Dziewczyna nie odpowiedziała, a po jej minie ciężko było ocenić czy słowa Mike’a ją przekonały. Opierając się o barierkę, zerknęła na krążących w oddali ludzi i zupełnie zmieniła temat. - Zwrotnica rośnie każdego dnia, nie długo ilość zapasów po tej stronie nie zdąży się odnawiać, by ich wszystkich wyżywić…

- Wiem - westchnął Mike, dla którego ten problem był jednym z palących, jeżeli chodziło o sprawy Zatorza. - Za późno zaczęliśmy kontrolować ilość napływających tu ludzi, a teraz nie usuniesz stąd nikogo choćby siłą.

Słysząc to, Oli spojrzała na niego bez przekonania. - Mylisz się. Siłą usuniesz stąd ludzi bez najmniejszego problemu. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas... Na razie jako społeczność właściwie nie istnieją. Nie opowiedzą się więc wspólnie przeciwko wam. Musicie tylko dopilnować, by usuwać całe grupy związane ze sobą przynależnością, oczywiście tłumacząc pozostałym mieszkańcom, że to dla ''wspólnego dobra i przetrwania''... Przy okazji należy napomnieć, że każda ingerencja w wasze działanie będzie karana biletem na tamtą stronę torów i po problemie...

- ...To nie powstrzyma nikogo przed powrotem tutaj - wtrącił Mike. - Jak nie będą siedzieć w samej Zwrotnicy, to pójdą sobie w głąb osiedla i tam dalej będą wyżerać zapasy z Zatorza.

Oli wychyliła się przez barierkę, spoglądając na ludzi pod spodem.- Moglibyście zatrzymać ich po tamtej stronie. Przecież przejść przez torowisko da się tylko w kilku miejscach. Oczywiście musielibyście zrobić coś, czego nie robiliście do tej pory, zacząć pilnować swoich granic...

Mike odetchnął ciężko, opuszczając ciągle jeszcze bolącą głowę. - Ja się do tego nie nadaję Oli. Jestem strażnikiem, nie przywódcą... Przez cały okres swoich niby ''rządów'' nie wymyśliłem tyle, ile ty wymyśliłaś w trakcie tej rozmowy.

- Bo jesteś leniwy - wygarnęła dziewczyna. - Nie brakuje ci charakteru, a myśleć też potrafisz. Po prostu ci się nie chce... Wolisz zrobić swoje, a potem wypić piwko w barze albo położyć się spać obok Weroniki. Przywódca to natomiast praca, która się nie kończy. To coś, do czego nie przywykłeś.

- Masz rację - przyznał Mike, dotykając czołem chłodnej barierki.

- Nie rozumiem tylko, czemu rozmawiasz o tym ze mną. Do zwierzeń masz chyba swoją ‘’Wiewióreczkę”...- stwierdziła chłodno Oli.

Mike w tym momencie wyprostował się, zbierając siły, by powiedzieć to, co od początku chodziło mu po głowie. - Bo chciałem ci zaproponować, żebyś zajęła moje miejsce.

Na twarzy Oli po raz pierwszy od dłuższego czasu zagościła jakaś emocja. Dziewczyna wydawała się naprawdę zaskoczona, a Mike zastanawiał się, czy to dobrze, czy źle. Po chwili dłuższego milczenia obróciła się w jego stronę. - Musisz być naprawdę zdesperowany, skoro pytasz się o to mnie... Nikt z dawnych strażników Wspólnoty nie jest zainteresowany?

Mike pokręcił głową, łapiąc się jednocześnie za kark. - Nie. Każdy twierdzi, że się do tego nie nadaje, a o przywódcy spoza naszego kręgu nie chcą nawet słyszeć...

- I myślisz, że zaakceptowali by mnie? - zapytała dziewczyna.

- Jeszcze im o tym nie wspominałem, nie chciałem zaczynać tematu jeśli nie byłabyś zainteresowana - wyjaśnił Mike.

Oli ponownie omiotła wzrokiem Zwrotnice. Jej mina zrobiła się nie przenikniona, a w oczach zagościł od dawna niewidziany blask. - Nie dam ci odpowiedzi od razu – stwierdziła. - Muszę to przemyśleć... Zastanowić się, czy chce jeszcze coś zaczynać w swoim życiu, ale na razie nie mówię nie.

- To pocieszające...- westchnął Mike. - Jeżeli się zdecydujesz, przekonam chłopaków... a teraz chyba pójdę leczyć kaca dalej.

***

Ranek minął błyskawicznie, a wieczór przyniósł chłód i wytchnienie dla wracającego do sił Mike'a. Ponieważ po ‘’chorobie’’ nie było już śladu, postanowił on nie spędzać kończącego się dnia, na przesiadywaniu w swoim przymusowym królestwie. Wykorzystując swoją stałą wymówkę, jaką było „doglądanie okolicy”, udał się wprost pod wiadukt gdzie mógł w spokoju posiedzieć i zapomnieć na chwilę o tym, że po powrocie czeka go ponowne odgrywanie roli przywódcy.

Było to jego ulubione miejsce na całym Zatorzu. Siedząc na wysokim wsporniku miał w zasięgu wzroku spory kawałek okolicy, więc nic nie mogło zaskoczyć go nagłym pojawieniem się. Był jednocześnie dość blisko bazy by móc szybko wrócić gdyby w jego domu stało się coś złego i dostatecznie na uboczu by nikt nie trafił tu na niego przypadkowo.

Obserwując naładowane absurdalną elektrycznością tory, jedną ręką w spokoju popijał piwo, a drugą bawił się podręcznym radiem. Szum wydobywający się z głośnika, przechodził co chwila w niewyobrażalny pisk, zależnie od tego jak silnie naładowane było obecnie torowisko.

W pewnym momencie Mike’owi przypomniało się coś, co obiecał sobie robić, za każdym razem gdy będzie tu przesiadywał. Wsłuchując się w ''buczenie'' torów, próbował wychwycić moment, w którym natężenie prądu będzie w nich najsłabsze. Radiostacja Zwrotnicy miała moc dostateczną by przebić się przez zakłócenia które wywoływały, ale podręczne radia jak to które miał przy sobie, były zbyt słabe by nadawać na tamtą stronę gdy błąd był u szczytu mocy. Gdy po kilku minutach szyny praktycznie ucichły, co świadczyło, że prąd w nich przez chwilę zamarł, podniósł szczekaczkę wołając - Knypeek, knypeek... knypeek, knypeek... Jeśli jesteś gdzieś w pobliżu, czekam w naszym piwnym miejscu tylko po drugiej stronie. Mam sześciopak i ochotę na zakopanie wojennego topora…

Po kilku sekundach spokoju, błąd znowu nabrał na mocy, a z radia dobiegł wręcz niewyobrażalny rumor. - No to poczekamy... - stwierdził Mike, łapiąc za kolejną butelkę.

Następne dwie godziny spędził na powolnym dopijaniu przyniesionego alkoholu i wywoływaniu tajemniczej postaci, za każdym razem gdy tory się uspokoiły. Dzień kończył się jednak tak samo jak piwo i nadzieje na to, że wiadomość dotarła do swojego odbiorcy.

Mike cisnął ostatnią butelką w stronę torów, a te zareagowały strzelając widowiskowym łukiem elektrycznym między szynami. - Czas się zbierać... DOBRANOC CENTRUM! - krzyknął na koniec, a jego słowa przeniosły się echem na drugą stronę.

W tym samym momencie ktoś zawołał. - CZEGO TE MORDĘ DŻESZ KRETYNIE!

Słysząc znajomy głos, Mike uśmiechnął się pod nosem i usiadł z powrotem na miejscu. Po chwili na półkę wspiął się weteran w starym mundurze sił specjalnych. Widząc go mężczyzna odpowiedział natychmiast z teatralnym wyrzutem. - Maniek, wieśniaku! Dwa tygodnie tu już na ciebie czekam...

- A myłeś się w międzyczasie? - spytał weteran siadając obok.

- Nie! Stwierdziłem, że jak będę jebał poczujesz się jak w domu - odparł natychmiast Mike.

- Najebać to ja ci powinienem, za to jak mnie przez radio wołałeś! - wypomniał Maniek, spoglądając smutno na pusty kartonik po piwach.

Mike spojrzał na niego mętnym wzrokiem. - No jak wołałem? Przecież wszyscy tak do ciebie we Wspólnocie mówiliśmy...

- NIKT TAK DO MNIE NIE MÓWIŁ! - zaprotestował mężczyzna.

W tym momencie Mike uderzył się otwartą dłonią w czoło. - A no tak... My tak z chłopakami na ciebie mówiliśmy, jak cię w pobliżu nie było!

Maniek pokręcił głową sięgając do swojego plecaka i wyciągnął z niego dwa piwa. - Tak przewidywałem, że nie poczekasz...- stwierdził, podając Mike'owi jedną z puszek.

Ten chwycił ją natychmiast, tłumacząc się jednocześnie. - Od dwóch godzin tu siedzę! Co miałem robić? Rysować?

Mężczyźni siedzieli przez chwilę popijając piwo i gapiąc się w międzyczasie na tory.

- Czemu się właściwie odezwałeś? - spytał w końcu Maniek. - Myślałem, że po tej akcji we Wspólnocie nie będziesz mnie chciał więcej na oczy oglądać...

Mike zmarszczył czoło zastanawiając się nad tym przez chwilę. Na to pytanie nie było jednoznacznej odpowiedzi. Może po tym jak stracił nadzieję na ponowny kontakt z Dzikim, zaczęło mu podświadomie brakować kogoś pełniącego rolę przyjaciela? Może w tym momencie właśnie jego kielich goryczy się przepełniał i potrzebował wygadać się przed kimś? Mimo wszystko postanowił nie dzielić się takimi spostrzeżeniami z przybyłym mężczyzną, odpowiedział więc najprościej jak potrafił. - Nie wiem... Nie licząc Krzaka, to z tobą trzymałem się tutaj najdłużej. Byliśmy dobrą drużyną, zanim to się spieprzyło… Teraz tak myślę, że może trochę za mocno zareagowałem...

- To mi kurwa nos naprostuj! - wypomniał Maniek, a Mike' zacisnął natychmiast pięść.

- Mam spróbować? - spytał, uśmiechając się.

- Pierdol się. Wiesz jak przez to teraz chrapię? - spytał retorycznie mężczyzna, wyciągając z plecaka kolejne piwo. Przez chwilę Maniek wyglądał na naburmuszonego, ale po chwili spojrzał na Mike'a dość niepewnie. - Tak szczerze i najszczerzej to sam chciałem do ciebie podejść we Wspólnocie i o tym pogadać, ale jak się na mnie za każdym razem patrzyłeś jakbyś mi znowu chciał nos przestawiać, to dawałem sobie spokój.

Mike zamieszał resztką piwa w puszce, opróżniając ją po chwili do końca. - Nie miałem dystansu chłopie. Tak sobie jakoś w głowę wbiłem, że muszę się zająć Dzikim, że nie nawet nie myślałem... A przecież czy nie miałeś racji? Sprowadzenie wtedy Delimera do Wspólnoty to byłby koniec, ale to był mój kumpel i wiesz...

- Taa... wiem - odparł Maniek. - Mi też później było głupio. Nawet Krzak dał mi do zrozumienia, że nie rozegrałem tego jak powinienem. No i w sumie wykopał mnie ze strażników...

- ...Sam się wykopałeś! - wtrącił Mike. - Kazałeś mu wybierać między nami, a ja byłem z nim od początku! Czego się spodziewałeś? - spytał, spoglądając na Mańka ironicznie.

Ten zupełnie niespodziewanie odparł - Że nas pogodzi...

Słysząc to Mike, wydał z siebie nie pewne. - Co? - a Maniek kontynuował dalej.

- Myślałem, że ściągnie nas obu do siebie, posadzi przed tym swoim biurkiem i powie '' Maniek, nie powinieneś był tak zrobić, ale rozumiem czemu tak postąpiłeś. Zrozum też Mike'a to był jego kumpel, a teraz obaj przestańcie się kłócić i idźcie po zapasy bo nikogo innego nie umiem do tego zmusić'' - powiedział, udając jednocześnie głos Krzaka.

Mike roześmiał się opluwając przy okazji całą kamizelkę kuloodporną. - O kurwa, ale ty go chujowo udajesz... Krzak to byłby raczej tak. ''Chłopaki, to już ostatnia prosta zanim powstaną mury... Teraz to zobaczycie, wszystkich ZWERYFIKUJĘ i ich starania... A teraz idźcie po te zapasy bo to zobaczycie oni będą ZWERYFIKOWANI!''

Teraz Maniek wybuchł śmiechem krztusząc przy tym chwilę. - O Jezu pamiętasz to? I te jego weryfikację? Ja pierdolę przecież oprócz mnie on nikogo nie wyrzucił! Większość tych ciołów sama podchodziła jak Wspólnota się rozwinęła.

- Bo Krzak to był dobry koleś... - westchnął Mike, z żalem wspominając swojego dawnego lidera.

- No właśnie! - potwierdził Maniek. - Był za dobry! Co z tego, że miał pomysły i umiał się wydrzeć, jak nigdy potem nie stawiał na swoim. Groźby są skuteczne dopóki wszyscy myślą, że je spełnisz, a on tylko przemawiał i przemawiał...

- Bo liczył, że nas przekona do walki o wspólną sprawę, a nie do niej zmusi - wtrącił Mike,

Maniek myślał przez chwilę wpatrując się w swoje buty.- Wiesz jak jest, jednych nie trzeba przekonywać, a na innych nawet groźby nie pomogą. No, a TY panie burmistrzu? Jak sobie pan radzisz? - spytał niespodziewanie.

- O boże... nie gadaj, że o tym słyszałeś - jęknął zażenowany Mike.

- A pewnie, że słyszałem. Burmistrz Zwrotnicy z pierwszą damą przy boku - stwierdził Maniek, a Mike ukrył twarz w dłoniach.

- Kurwa chłopie, ja się wcale o to nie prosiłem... do tej pory nie mam pojęcia kiedy oni mnie wcisnęli w to całe rządzenie - jęknął mężczyzna, wciąż ukrywając twarz.

- Poważnie? - spytał Maniek. - To jak to się stało, że makowca z tobą jedzą?

- Bo ja wiem? - odparł Mike. - Niby odejście ze Wspólnoty to był mój pomysł, ale myślałem, że rządzimy wszyscy razem. Co prawda chłopakami czasem wpadali i pytali ''Co robimy z tym?'' albo ''idziemy tu czy tam?'', ale cały czas myślałem, że oddaje głos, a nie decyduje. A tu się okazało, że oni od początku traktowali moje zdanie jako to ostateczne... no i mam - westchnął, gniotąc ze złości puszkę.

- To czemu nie zrezygnujesz? - spytał niski weteran.

- Bo nikt z chłopaków nie chce mnie zastąpić, a komu innemu miałbym przekazać władzę? - stwierdził poirytowany Mike, praktycznie rozpłaszczając puszkę. - Miałem co prawda taki przebłysk, żeby wcisnąć to całe rządzenie Oli, ale mam sporo wątpliwości.

- Mówisz o tej dziewczynie z autobusu, co ją potem porwali na Zarzecze? - dopytał Maniek, wyraźnie zainteresowany.

Mike skinął głową z miną która zdradzała, że sam nie jest pewny swojego pomysłu. - Tak, dokładnie o niej. Jeśli mam być szczery, a teraz już chyba mogę... To z Dzikiego był w tym autobusie co najwyżej cieć, bo to właściwie ona tam rządziła. Dlatego wydawało mi się, że będzie miała doświadczenie.

W tym momencie Maniek wtrącił z obelżywym uśmiechem. - Tylko, że z tego co słyszałem to z niej jest taki trochę ''cukiereczek''. Przywódcy bez charakteru nie dałbym wielkich szans.

Mike w tym momencie prychnął. - Z tego cukiereczka to już nie wiele zostało. Teraz to jest jakiś bezduszny robot. Przed tym jak złożyłem jej propozycję, zaczęła mi tłumaczyć jak powinienem wyrzucać ludzi z Zatorza...

- Ładnie - podkreślił Maniek. - Może w takim układzie masz swoją szansę. Jak w ogóle zareagowała na propozycję?

- Powiedziała, że to przemyśli...- odparł Mike z wyraźną nadzieją w głosie. - A ty? Gdzie bywałeś, co widziałeś? Opowiadaj tylko nie ściemniaj!

- A co mam ci ściemniać? - westchnął Maniek. - Myślisz, że przeżywałem jakieś nieziemskie przygody? Jak się nie jest idiotą i nie szuka się na siłę kłopotów, to sobie można w Krańcowie wieść całkiem spokojne życie.

- Jakoś mi się w to wierzyć nie chce - zaprotestował Mike, na co Maniek odparł natychmiast.

- To popatrz na mnie! Poszedłem po prostu za szkołą Pierwszego i zamiast przeżerać co zarobiłem u Siwego, szykowałem sobie alternatywę za murami. Potem jak mnie wywalił z Faktorii bo się zrobiło ciężko, miałem przygotowaną bezpieczną kryjówkę w której mogłem siedzieć cały miesiąc. Oczywiście zamiast to po prostu zmarnować, zacząłem sobie trochę dorabiać i teraz słuchaj... Mam już ze trzy kryjówki pełne zapasów, chodzę sobie co jakiś czas dorobić jako ochroniarz dla jakiegoś handlarza, czasem złapie jakieś zlecenie specjalne...

- ...A to specjalne zlecenie, to co takiego? - wtrącił Mike. - Płyty z muzyką ze Starego Świata?

- Relikty - odparł Maniek.

Słysząc to zainteresowanie Mike, natychmiast przycichło. - Mówisz o tych wiecznie dzwoniących telefonach albo żarówkach które świecą się bez prądu? - wtrącił ironicznie. - Kto ci za to da chociaż złamanego pensa?

- Żarówki? Telefony? - prychnął Maniek. - Ty to chyba żyjesz jeszcze w roku czwartym... Kiedy my olewaliśmy ten temat po całości, na Zarzeczu miałeś cały przemysł oparty na Reliktach. Słyszałeś kiedyś o Plasibo?

- Chodzi ci o to, że jak sobie wmówię kaca po słabym alkoholu, to będę go miał? - dopytał Mike, a Maniek pokręcił głową.

- Plasibo to Relikt pochodzący z Zarzecza... - odparł. - W Starym Świecie, jakaś tam firma farmaceutyczna wypuściła partię soli fizjologicznej, która miała na opakowaniu źle wybitą datę ważności i lek zamiast do 2008 był rzekomo ważny do 2800.

- Jakie to ma znaczenie? - wtrącił Mike, który dalej nie widział w tym nic szczególnego.

- Takie, że Nowy Świat ten zwykły błąd w sztuce przemienił w istny cud - wyjaśnił Maniek. - Ta zwykła ''sól fizjologiczna'', działa teraz jak lekarstwo na każdą chorobę i dolegliwość. Niestety do tej pory potwierdzone jest istnienie tylko trzech opakowań i wszystkie zostały już zużyte...- opisał z wyraźnym podnieceniem. - A to tylko jeden z Reliktów który odkryli na Zarzeczu! W domach Centrum mogą kryć się jeszcze prawdziwe cuda na które do tej pory nikt nie zwracał uwagi. Dlatego teraz jak idę gdzieś trzepać jakiś budynek to nie patrzę tylko za jedzeniem i wodą. Oglądam każdą półkę, przepatruje dziecięce zabawki, przeglądam...

- ...Kosze z brudną bielizną...- wtrącił ciągle nieprzekonany Mike.- Majtki też czasem wyjmę i wąchne - dodał, udając jakby kontynuował opowieść za rozmówcę. Maniek zrobił marsową minę.

- Ty to kurwa jesteś łom... - warknął zirytowany weteran. - Jak sobie wbiłeś do tej głowy, że błędy są złe, to choćby któryś uratował ci życie i tak będziesz je opluwał!

- Bo NIE MA cudów bez konsekwencji!- stwierdził dobitnie Mike. - Prędzej czy później okażę się, że twoja sról fizjodupiczna powoduje raka albo jakiś turbodefekt!

- Kurwiu to chodź ze mną i się przekonaj! Pokazałbym ci masę rzeczy, od których gały by ci wypadły z orbit! - rzucił wyzywająco Maniek. - A nie czekaj zapomniałem, pan ''burmistrz'' nie zostawi swojego domku i ciepłych kapci. Przecież musisz wrócić wieczorem na kolacyjkę i klapsika w pupkę od żony...

Mike słysząc to nachmurzył się. O niczym innym nie marzył tak bardzo, jak o wyrwaniu się z Zatorza chociaż na chwilę. - Nawet nie wiesz co bym oddał, żeby się trochę z tobą powłóczyć, ale nie zostawię Weroniki i Zwrotnicy…

- Bo pipa się z ciebie zrobiła i tyle - wyrzucił Maniek.

Mike poderwał się natychmiast zaciskając pięści. - Pipa?! PIPA?! Jestem kurwa bardziej weteranem niż ty byłeś kiedykolwiek, kucharzyno ze Wspólnoty! Gdybym nie miał obowiązków, z palcem w dupie znalazłbym dwa razy więcej Reliktów niż widziałeś na oczy!

Maniek uśmiechnął się ironicznie. - Pierdolisz jak zawszę. Prawda jest taka, że nie wyściubisz już nosa za bezpieczne Zatorze jeśli ci żoneczka nie pozwoli…

- Coś się tak uczepił mojej Weroniki co? - warknął Mike. - Zazdrościsz bo od czterech lat nie miałeś cycka w rękach!

- Ty za to trzymasz pierwsze w swoim życiu i od razu dałeś sobie nimi zgnieść jaja! - zripostował Maniek.

Gdyby w tym momencie Mike był bardziej trzeźwy, na pewno nie powiedziałby tego co przyszło mu do głowy teraz. - CHCESZ ZOBACZYĆ MOJE JAJA?! To zostań dziś w Zwrotnicy! Jutro z rana ruszamy do Centrum, szukać tych Twoich reliktów!

- DOBRA! Ale jak się wycofasz, to oficjalnie jesteś pizdą i pantoflem!

***

- Nigdy więcej nie wypiję już nawet kieliszka…- zarzekał się Mike, który z bolącą głową stał przed drzwiami swojej sypialni.

Przez wczorajszą popijawę do Zwrotnicy wrócił razem z Mańkiem późno w nocy. Chociaż Zatorze było uznawane za bezpieczne, Weronika delikatnie mówiąc, nie przyjęła tego dobrze i Mike musiał odpokutować co swoje nie tylko kacem, ale nocą samotnie spędzoną na kanapie.

Dodatkowo teraz obciążony był wyzwaniem, które rzucił mu jego towarzysz. Po głowie ciągle chodziło mu, jak mógł dać się wciągnąć w te bezsensowną grę. Niestety w tym momencie nie mógł się wycofać, nie potwierdzając jednocześnie słów Mańka, który zdążył w trakcie drogi określić go jeszcze wieloma różnymi wariacjami słowa ‘’Eunuch”.

Biorąc głęboki oddech zapukał do sypialni, ale Weronika nie odpowiedziała. Otworzył więc drzwi i wsunął się do środka, myśląc, że dziewczyna jeszcze śpi. Jego luba siedziała jednak na łóżku, wpatrując się w odsłonięte okno.

- Wiewióreczko? - zagadnął Mike, chcąc sprawdzić w jakim humorze jest Weronika.

Dziewczyna odwróciła się, patrząc na niego podpuchniętymi oczami. Myślał, że w tym momencie czeka go powtórka wczorajszej awantury, ale Weronika wyciągnęła w jego stronę ręce jak małe dziecko które chce być wzięte na ręce.

Nie zwlekając podszedł do niej i podniósł ją do góry całując w czoło. Zignorował przy tym fakt, że podczas tego wysiłku jego głowa o mało nie pękła na pół.

- Nie chciałam cię wczoraj wyrzucić… - powiedziała Weronika, kładąc mu rękę na twarzy. - Byłam zła bo tak strasznie się martwiłam, a ty po raz kolejny wracasz pijany.

- Wiewióreczko ja…- zaczął Mike, ale dziewczyna nie dała mu dokończyć.

- ...Mike, ja wiem, że musisz mieć swoją przestrzeń i staram się jej nie ograniczać, ale to nie jest Stary Świat. Gdybyś wyszedł sobie z kolegą do baru nie powiedziała bym słowa, ale włóczyć się nocą po mieście pełnym niewykształconych…- usprawiedliwiała się dziewczyna.

- Na Zatorzu ich przecież nie ma - wtrącił Mike, ale Weronika nie dała się zwieść.

- Jesteś tego pewien? Możesz mi przysięgnąć, że nic ci tam nie groziło? - spytała.

Mike odłożył ją delikatnie na łóżka, siadając obok. - Nie mogę. Przecież wiesz, że w tym świecie nie można obiecać takich rzeczy.

Weronika westchnęła ściągając głowę chłopaka na swoje kolana. - Mike, Błysk zabrał mi rodzinę, a Nowy Świat przyjaciół z Autobusu, przeraża mnie myśl, że mogłabym stracić ciebie!

- Wiewióreczko, ze mną nie tak łatwo - odparł mężczyzna, kładąc sobie dłoń dziewczyny na czole. - Przecież wiesz, że staram się nie pakować w kłopoty…

W tym momencie język Mike’a ścierpł. Problem był w tym, że właśnie miał zamiar wpakować się nie lada kłopoty. Przekonywał jednak samego siebie, że cała ta wyprawa którą planował z Mańkiem nie był tak ryzykowna jak mogła być.

Obaj byli doświadczonymi weteranami, a Maniek musiał doskonale znać okolice w której szabrował. Dodatkowo była to okazja na zdobycie czegoś naprawdę cennego. Jeżeli Relikty były tak użyteczne, to przecież istniała szansa na zdobycie takiego, który pomógł by wyrwać się Zwrotnicy z kryzysu.

- Marszczysz czoło…- stwierdziła Weronika. - Nad czym już tak rozmyślasz?

Mike wiedział, że nie może tak po prostu przyznać się gdzie ma zamiar się udać. W głowie układał więc drobne kłamstwo, które miało na celu ‘’oszczędzenie Wiewióreczce zmartwień’’.- Rozmawiałem z Mańkiem tym moim znajomym weteranem, o tym co zaproponowała wczoraj Oli...- zaczął tłumaczyć.

- Mówisz o odcięciu Zatorza? - dopytała Weronika.

- Tak - potwierdził Mike. - Ludzie przechodzą tu na dziko, osiedlają się i zabierają zapasy których potrzebujemy. Jeśli tak dalej pójdzie czeka nas głód. Musimy zablokować możliwość przedostawania się na naszą stronę nieproszonym gościom…

- To w ogóle możliwe? - spytała dziewczyna, wyraźnie targana wątpliwościami.

Mike widząc, że Wiewióreczka podchwyciła temat zaczął tłumaczyć z nadzieją, że nie wyczuje podstępu. - Przez tory można przechodzić tylko w określonych miejscach, tam gdzie błąd generuje najmniejsze napięcie czy tam natężenie. Trzeba by było przejść się wzdłuż osiedla pooznaczać te punkty i ustawić tam posterunki - wymyślał, dopasowując wizję Oli tak by móc usprawiedliwić swój zaplanowany wyskok. - Oczywiście ktoś musi to posprawdzać, chciałem przejść się z Mańkiem i…

- ...Dlaczego akurat ty? - wtrąciła Weronika. - Ciągle powtarzasz, że musisz zajmować się tutaj wszystkim. Może tym razem niech ktoś inny się wykaże?

Mike przeklął w głowie. To było oczywiste, że dziewczyna stanie w jego obronie. Tylko psuła mu tym cały gotowy plan. Na szczęście mężczyzna już od dawna był mistrzem w wymyślaniu kłamstw na poczekaniu. - Tak. Tylko, że mi chodzi raczej o to by dać Mańkowi się wykazać. Chciałbym, żeby dołączył do Zwrotnicy, ale tak oficjalnie by nie było wątpliwości, gdy już zaczniemy porządkować to miejsce i wyrzucać obcych z powrotem do Centrum…

- ...Macie zamiar wyrzucać stąd ludzi!? - spytała zaskoczona Weronika.

Ze względu na to, że było to tylko częściowe kłamstwo, Mike mógł skupić się na tej części która była dla niego wygodna. - Taki będzie niestety finał. Po tej stronie torów już teraz jest za dużo ludzi. Chcę żeby zostali tutaj tylko ci do których będziemy mieli zaufanie.

- Rozumiem…- westchnęła Weronika. - To kiedy chcecie ruszyć?

- Jak tylko trochę odsapnę - odpowiedział Mike, czując przy okazji, że popełnia właśnie straszny błąd.

***

Z drobną pomocą Mike’owi udało się, przeciągnąć pobyt Mańka w Zwrotnicy o kolejny dzień.

Dzięki naprędce zorganizowanemu spotkaniu ze znajomymi z dawnej Wspólnoty weteran chętnie zabawił na Zatorzu do następnego ranka i nie nagabywał zbyt mocno na wcześniejszy wymarsz.

Podczas nostalgicznego wieczoru, gdy po raz kolejny wypominali Pietrasowi przespane warty albo wspominali poległych kompanów z ich pierwotnego składu, w głowie Mike’a buzowała masa myśli odnośnie do potencjalnego wypadu.

Gdyby w całej sprawie chodziło tylko o durny zakład, zawarty w stanie ograniczonego myślenia pewnie już dawno by się z niego wykpił. Prawda była jednak taka, że perspektywa wyrwania się z tej klatki, była dla Mike’a pokusą nie do zwalczenia. Już od dawna doskwierał mu przecież brak dawnej swobody, a ciągłe problemy z utrzymaniem porządku w ich pseudo-miasteczku tylko to pogłębiały. Miał jedynie cichą nadzieję, że jeżeli wyruszą rano, ich wyprawę uda się zamknąć w przeciągu jednego dnia i nie będzie narażał Weroniki na noc pełną zmartwień.

Dlatego też skoro świt zebrał wszystkie potrzebne rzeczy i właściwie siłą wyciągając kompana ze śpiwora, zmusił go do wczesnego wymarszu.

Opuszczając Zwrotnicę, mężczyźni udali się drogą w stronę dawnej Wieży Defektu. Był to jeden z bezpieczniejszych szlaków do Centrum i nie zmieniły tego nawet anomalia jakie przeszły przez Krańcowo od momentu połączenia z Zarzeczem.

Maniek który ciągle był nieco kołowaty, pożalił się w końcu na ich przedwczesny początek podróży. - Mimo wszystko myślałem, że dasz mi się wyspać…- ziewnął, ledwo utrzymując równowagę na deskach przełożonych przez tory.

- Już ty nie udawaj takiego delikutasa i tak miałeś wyjątkową okazję przespać noc bez zmartwień - odparł Mike, idąc w krok za nim.

- Dlatego właśnie chciałem to wykorzystać! - stwierdził dobitnie Maniek, zeskakując w końcu po drugiej stronie torów.

Mike słysząc wyraźny rozżalenie w jego głosie, spróbował podłapać temat i zaproponować przyłączenie się do Zwrotnicy. - Słuchaj, skoro już tak oficjalnie się pogodziliśmy…

- ...Ja ci dalej nie darowałem nosa! - wtrącił Maniek.

- Morda! - ryknął Mike i kontynuował, jakby mu nie przerwano. - Więc skoro oficjalnie się pogodziliśmy, to może rozważyłbyś ‘’łaskawie’’, pozostanie na Zatorzu - koniec swojej propozycji podkreślił zgrabnie zeskakując na stronę Centrum.

Maniek podrapał się w tym czasie teatralnie po brodzie. - Wiesz co Mike? Tak sobie właśnie pomyślałem, że zrobię to pod jednym warunkiem…

- Jakim? - spytał natychmiast mężczyzna.

Maniek uśmiechnął się obelżywie. - Pocałujesz mnie w dupę…

Mike zrobił poirytowaną minę i spytał natychmiast.- O co ci już chodzi?!

- O to, żebyś dał mi spokój z tym swoim kurwidołkiem - odparł Maniek, odwracając się w stronę pozostałości Wieży.

Drzwi budynku były otwarte, a barykady rozsypywały się powoli nienaprawiane, co świadczyło o tym, że miejsce już od dawna było opuszczone i nikt nawet nie myślał o tym, by zamieszkać tu ponownie.

Mike patrząc w to samo miejsce co jego kompan, nie poddawał się i przekonywał dalej. - No i powiedz, że źle ci się dzisiaj spało!

- Spało się dobrze - odparł Maniek. - Tylko, że ty chyba naprawdę niczego się już nie jesteś w stanie nauczyć łomie. Pierwsza Wspólnota rozpadła się, druga rozpadła się, Sojusz bloków nie istnieje, Odrodzenie Silnego zostało zniszczone, Brygada90 rozpadła się, a Armia Daniela jest na krawędzi załamania – wymieniał z dziwną zapalczywością. - Nie nauczyłeś się jeszcze, że w Krańcowie żadna społeczność nie przetrwa? Po co marnować swój czas i siły na budowanie czegoś co nie ma prawa istnieć. Tylko wolni Weterani się trzymają. Pamiętaj więcej niż trzy, to dużo…

- Defekt istnieje! - zaprotestował Mike, wskazując odruchowo na Wieżę.

- To co innego! Zresztą jak długo będą istnieć? Starzy chorujący powoli wymierają, nowych nie przybywa bo posługujących się Pierwotną Wolą też jest co raz mniej. Prędzej czy później Dix zostanie sama! Jeśli do tego czasu przeżyje…- skwitował Maniek, dając do zrozumienia by ruszyli dalej.

Mężczyźni przeszli w milczeniu pod pozostałości murów dawnej Wspólnoty. Mike był pewien, że jego towarzysz nie odpuści im wycieczki po tym miejscu, a sam też nie protestował. Był naprawdę ciekaw, jak jego dawny dom wygląda teraz.

Przechodząc przez wyrwę w murze, jaka powstała, gdy jeden z autobusów wpadł do dziury pod podmytym asfaltem, weszli na to co pozostało z placu handlowego. Nie wiele budynków przetrwało w tym miejscu nietkniętych. Dawny dworzec leżał w gruzach. Jego zawalony dach przykrywał góry czerwonej cegły, które nie spadły rowu. Podobna sytuacja miała się z dawnym ‘’Domem Strażników”. Z całego piętrowego budynku została jedynie jedna ściana, na której wisiały resztki podłogi.

O dziwo staremu barowi udało się uniknąć zniszczenia, ale żeby do niego wejść musieli, skakać nad ogromną dziurą w ziemi, która kończyła się akurat przed wejściem.

Wnętrze budynku było wyszabrowane do cna. Tylko stoły i krzesła stały na swoich miejscach. Pokryte warstwami piasku i kurzu meble świadczyły, że miejsce nie było odwiedzane już od dawna.

Zgarniając syf z jednego siedziska, Mike przycupnął na chwilę. - Byłeś tu już? W sensie po zniszczeniu? - spytał, patrząc na Mańka, który z jakąś dziwną żałością wpatrywał się w miejsce, gdzie lata temu na podłodze było jego miejsca na karimatę i śpiwór.

- Raz… - odparł mężczyzna. - Później tylko przechodziłem. Samemu źle się wspomina…

- Fakt - potwierdził Mike. - Powiem ci szczerze, że tęsknie za początkiem drugiej Wspólnoty. Była nas tutaj garstka, nie mieliśmy murów, a mimo to, jakoś spokojniej to wszystko szło…

- Bo to nadmiar ludzi generuje problemy! - warknął Maniek. - Gdy zaczynasz otwierać swoje podwórze i wpuszczasz kolejne osoby co raz więcej niechcianego elementu zaczyna pakować się do środka. Naprawdę wystarczy garstka idiotów i jeden krzykacz by rozpieprzyć wszystko. Przykład Krzaka powinien wbić ci się w głowę na wieczność!

Mike zamyślił się przez chwilę, podpisując palcem w kurzu na stole. - Może dlatego patrzę teraz z nadzieją w stronę Oli? Jeżeli byłaby konsekwentna, jeżeli zamknęlibyśmy Zatorze wtedy mielibyśmy szansę przetrwać.

- Może…- odparł Maniek. - Dobra nie będziemy tu dłużej smęcić, muszę jeszcze zrobić przystanek w Faktorii.

- Chcesz coś sprzedać? - spytał Mike.

- Kupić coś na drogę - odpowiedział tajemniczo mężczyzna.

***

Im dalej było od Zatorza, tym Mike co raz mniej rozpoznawał Centrum. Pierwsze co go zszokowało to oczywiście rośliny, te rosły tu tak bujnie, jak nie rosły chyba nawet w Starym Świecie. Drzewa zieleniły się mnóstwem liści, dziwaczne pnącza i krzewy wspinały się po gruzach budynków, a pojedyncze kępy trawy przebijały się powoli przez asfalt i chodnik.

- Ja pierdzielę, jakbym przyjechał na wycieczkę do jakiegoś botanicznego ogrodu – stwierdził w końcu, widząc ogromne drzewo które rozerwało mały mieszkalny budynek i swoimi gałęziami podnosiło powoli jego dach.

- Ile czasu nie wyściubiałeś nosa z Zatorza? - spytał nagle Maniek, nieco zdziwiony reakcją Mike’a.

- Od pierwszej burzy już nie przechodziłem na te stronę. Nie było po co… - wyjaśnił mężczyzna.

- To wiele wyjaśnia - kiwnął głową weteran. - Teraz wszystko jest zupełnie inne. Pogoda zmienia się jak pojebana, raz jest ukrop, raz pada, a potem znowu wieje. Rośliny rosną jak twoje łapy od sterydów i nic ich nie powstrzymuje, a na dodatek sporo z nich mutuje od błędów.

- Nie pierdol…- wtrącił Mike, a Maniek wykrzywił twarz.

- To niestety prawda. Są tutaj takie rośliny, które spokojnie mógłbyś traktować jak niewykształconych, bo coś takiego za diabła nie narodziłoby się w naszym świecie - dodał.

Mike podrapał się po głowie, mimo że to, co mówił Maniek, wydawało się niepokojące, nie mógł pozbyć się uczucia, że opuszczenie Zatorza dodało mu wiatru w skrzydła. Znowu czuł się silnym niezależnym weteranem, a nie opiekunem dziewcząt i wymuszonym przywódcą. Powoli wracała do niego stara pewność siebie i zacięcie które od dawna tłumiły wszystkie dziejące się dookoła niego wydarzenia. Jego twarz spowił natychmiast pewny siebie uśmiech. - Dobra, lećmy do tego Siwego… aż ciekawe jestem, co jeszcze nie zwykłego nas dzisiaj spotka! - zawołał, ruszając raźno w stronę faktorii, a kolejne minuty marszu, przynosiły co raz więcej zaskakujących odkryć.

Większa część miasta leżała po prostu w gruzach. Po dawnym ‘’Lesie bloków’’ nie został nawet ślad, pojedyncze wysokie budynki które ocalały, stały teraz jak latarnie pośród powstałego niemal równego terenu. Grabarze krążyli pośród roślin wyrastającym na drogach i chodnikach, a ich czerwone płaszcze co i rusz przebijały się między zielonymi krzewami.

- Chyba nie warto nocować w bloku co? - spytał Mike, widząc, że z większości nie pozostało.

- Na pewno nie warto kryć się w nich przed burzą - odparł Maniek prowadząc ich dalej. - Te dziwaczne pioruny roztrzaskują wszystko bez litości.

W końcu oczom Mike’a ukazała się znajoma okolica Faktorii. Gdy chciał już ruszać na drogę przed Bajkolandią, Maniek złapał go za ramię z ledwością zatrzymując. - Czekaj! Teraz to już tak nie wygląda! Trzeba dać znak przez radio, że to my. Inaczej mogą nas pomylić z bandytami i odstrzelić za nim podejdziemy.

- Bandyci…- powtórzył Mike. - Słyszałem o nich od weteranów przybywających na Zatorze, podobno jest tego sporo.

- Od cholery - warknął Maniek, sięgając po radio. - Prawie całe dawne wojsko z Zarzecza zamiast się grzecznie poddać, zaczęło jakieś bunty i ataki na nowo powstające miasta. Siłą przegnali ich na te stronę, ale teraz blokują drogi i rabują co się da… - wyjaśnił, po czym zawołał do mikrofonu. - Z tej strony Maniek, jest ze mną Mike, chcemy wymienić trochę towaru, Siwy wpuść nas.

Trzeszczący przesłodzony głos Siwego zawołał z głośnika niemal natychmiast. - MAJKUŚ!? Skarbie wchodź szybko już daję strażniczką znak!

Słysząc ton z jakim właściciel faktorii zaprosił go do środka, Mike nie mógł powstrzymać się od komentarza.- Wow…Chyba się stęsknił…

- Przynajmniej to nie ja będę miał dzisiaj poślady na celowniku – odparł obelżywie Maniek.

Wychodząc na główną drogę, Mike szybko uznał, że Bajkolandia powinna zmienić nazwę na Bunkrolandię. Miejsce zostało bowiem tak obwarowane, że trudno było rozpoznać choćby zarys starego budynku. Wszystkie okna zabetonowano, pozostawiając tylko niewielkie świetliki. Oryginalne drzwi zostały, zastąpione przez wrota, które wyglądały jak wyciągnięte ze starego bunkra. Nawet ceglany ściany wzmocniono dodatkowo metalowymi płytami.

Mike zastanawiał się czego poza Delimerem, mógł tak obawiać się Siwy, że zmienił swój dom w istną twierdzę. Gdy jednak przyjrzał się bliżej, zrozumiał, że nie była to wyłącznie fanaberia właściciela, a przymus przetrwania w tym miejscu. Cała lewa ściana Faktorii była osmolona jak po pożarze, na froncie trudno byłoby zliczyć wgniecenia i odpryski po kulach, a winkle były rozdarte aż do zbrojeń, najpewniej na skutek jakichś wybuchów.

- Ładne rzeczy…- skwitował Mike, wydłubując z dziury ogromną ołowianą kulę.

W tym samym czasie Maniek podszedł do drzwi, pukając w nie pistoletem. Te wydały z siebie głuchy metaliczny dźwięk i po chwili zostały z trudem otworzone przez uzbrojonego w ciężki ochronny strój wartownika. - Pan Siwy czeka…- powiedział mężczyzna, odsuwając się by wpuścić ich do środka.

Gdy przekroczyli próg budynku, Mike zauważył, że nie tylko zewnętrzna część placówki zmieniła się nie do poznania. Z miejsca, które handlowało praktycznie wszystkim, Bajkolandia zmieniła się w istną militarną składnicę. Zamiast skrzyń z żywnością, wszędzie wisiały stroje ochronne, karabiny, amunicja, ręcznie wykonana broń palna i biała. Do tego w środku pełno było pracowników. Mężczyźni w roboczych uniformach napełniali prochem puste łuski, rozwiercali lufy wiatrówek albo szyli ze sobą kawałki skóry, by tworzyć prymitywne ochraniacze.

Siwy siedział pośrodku tego wszystkiego na wysokim podeście. Ze swojego biurka mógł bez problemu obserwować prace otaczających go ludzi. Gdy tylko dostrzegł przybyłych gości, poderwał się natychmiast i doskakując do Mike’a, uścisnął go w pasie jak dziewczynka. - Skarbeńku, ile to już czasu nie widziałem tego umięśnionego torsu! Co u ciebie słychać! Opowiadaj! Płonę z ciekawości!

Mike mimowolnie uśmiechnął się, kłaniając po chwili właścicielowi faktorii jakby był jakimś królem. - Jak to u mnie Siwy... – odparł. - Sam wiesz najlepiej. Trochę pokombinuje, trochę się polenię, czasem wypije piwko czy dwa.

- Nic się nie zmieniłeś - stwierdził zadowolony właściciel Faktorii, kładąc po chwili rękę na ramieniu Mańka. - Dobrze, że go ze sobą przyprowadziłeś, przecież on by mnie już w życiu nie odwiedził.

- Chłopak jest zajęty! Wiesz, że wcisnęli mu zarządzanie tym bajzlem na Zatorzu…- usprawiedliwił Mike’a towarzysz weteran.

Siwy pokiwał głową. - No tak… ale teraz musicie odpokutować! Wspólna kawa musi zostać wypita! - zarządził i poprowadził ich w głąb swojego ‘’domu’’.

Mike zaklął w duchu. Wiedział, że jeżeli Siwy się rozgada mogą tutaj zabawić nawet do wieczora. - Najwyżej dam znać przez radio, że nic mi nie jest… Weronika nie będzie zachwycona…- pomyślał, gdy wchodzili do pomieszczenia które wyglądało na jadalnie.

W środku stał długi drewniany stół otoczony w większości zupełnie niepasujący do niego barowymi krzesłami, jedynie na samym szczycie znajdował się normalny fotel zapewne należący do samego właściciela przybytku. Oprócz tego na półkach rozstawione były mikrofalówki, a pod ścianą stała olbrzymia lodówka. Z tego, co pamiętał Mike, Faktoria nigdy nie miała problemów z zasilaniem nawet przed czasami Wspólnoty. Zastanawiał się często czy nie kryje się za tym jakiś błąd związany z samym budynkiem, bo z o ile dobrze kojarzył, w swojej drugiej siedzibie Siwy korzystał ze zwykłych generatorów i miał wieczny problem z zaopatrzeniem je w paliwo.

Gdy tylko usiedli, właściciel Faktorii błyskawicznie wezwał jednego ze swoich pracowników, który już po chwili przyniósł im trzy kubki kawy.

Mike uradowany stwierdził, że napój smakował jak z porządnego ekspresu i nawet był dość słodki. Siwy musiał to zauważyć, bo przyglądał mu się z uśmiechem. - To jak się żyje po drugiej stronie torów Majkuś? - zagadnął w końcu rozsiadając się wygodnie w fotelu.

Na samą myśl o tym jak wyglądało teraz jego życie, Mike odczuł potrzebę przewrócenia stołu i biegania z krzykiem po faktorii. Na szczęście zdecydował się na znacznie mniej ekspresywną odpowiedź. - Spokojnie…Czasem nawet zbyt spokojnie…- westchnął. - Niestety widzę, że ten spokój to coś czego brakuje po tej stronie.

Siwy skrzywił się w tym momencie i najwidoczniej nie było to spowodowane kiepskim smakiem kawy. - Nawet nie mów Majkuś. Nie ma tutaj tygodnia, żebyśmy nie przeżywali jakiegoś zorganizowanego ataku…

Widok jaki weterani zastali podchodząc pod bramy faktorii, tylko potwierdzał słowa jej właściciela. Mike’owi przyszło więc do głowy dość oczywiste pytanie. - Dlaczego w takim razie się stąd nie wyniesiesz? Jestem pewien, że kogoś z takim arsenałem przyjęli by wszędzie z otwartymi rękami.

- Bo tutaj to ja dyktuje warunki skarbie…- odpowiedział pewnie Siwy, odkładając na chwilę swoją kawę, by przysunąć się bliżej gości. - Pamiętasz, jak Krzaczek przekonał mnie, bym przyłączył się do Wspólnoty? Dopóki on był przy władzy, wszystko grało, ale Krzaczek odszedł. Razem z nim moje poparcie i prawda jest taka, że o mało co nie przypłaciłem tego życiem… Nie będę nawet wspominał strat, które wtedy poniosłem. Krańcowo jest zbyt niestabilne, by wchodzić z kimś w dłuższe układy. Obecnie nawet w Armii Daniela mówi się o ewentualnym następcy, gdy Defekt zabierze wodza… Tak już jest, zamiast dogadywać się z królem i podkładać łeb pod topór, gdy on odejdzie, lepiej samemu być panem na włościach.

Mike skinął głową. - Trudno temu zaprzeczyć…

- Jak już mówimy o twoich włościach Siwy - wtrącił Maniek. - Chcielibyśmy z Mike’m kupić dwie wysokiej klasy maski przeciwchemiczne.

Siwy popatrzył na mężczyznę podnosząc jedną brew. - Mam chyba coś w tym stylu… Tylko, że to nie wytrzyma ‘’prawdziwego’’ gazu. Takie naprawdę sprawne maski, już chyba w Krańcowie nie występują.

Maniek pokręcił jednak głową. - Nie chodzi o prawdziwy gaz - wyjaśnił. - Raczej o pozbycie się dyskomfortu w pewnym miejscu.

Słysząc to Siwy spojrzał na weterana wyraźnie zainteresowany. - Czyżby korciło cię sprawdzić Paprykatorium? - spytał podejrzliwie.

- Papryka co? - spytał natychmiast Mike, a właściciel faktorii pośpieszył z wyjaśnieniem.

- Na osiedlu obok dawnego miejskiego stadionu wyrosła dziwna roślina z owocami przypominającymi papryczki. Niestety są trujące, a dodatkowo wydzielają pył który strasznie drażni oczy…

W tym momencie Mike zaśmiał się. - Więc wiadomo, że są trujące. Niech zgadnę. Trafił się jakiś geniusz który próbował je zjeść? I to mimo, że nie da się do nich właściwie podejść?

Siwy odchrząknął z dawkowanie. - Wiesz Majkuś, większość ludzi koczujących w Centrum nie wzbija się na wyżyny intelektu. W każdym razie wyrażenie ‘’wywrócony na drugą stronę’’, nie oddaje tego co stało się potem z tym ciekawskim smakoszem…

Mike zaśmiał się ponownie, ale właściciel faktorii pozostał skupiony. Z jakiegoś powodu patrzył na niego jakby zbierał się do oświadczyn, co tylko wzbudziło w mężczyźnie szczery nie pokój.

- Od dawna już nurtuje mnie pewna kwestia - zagadnął Siwy, w sposób który postawił Mike’owi włosy na głowie.- Mógłbym ci zadać osobiste pytanie skarbie?

Mike modląc się w duchu, by jego przypuszczenia nie okazały się prawda, rzucił tylko.- Dawaj…

Właściciel faktorii wziął głęboki oddech, wpatrując się w swoją kawę. - Masz jakiś kontakt z Dzikim?

Mike był przez chwilę zaskoczony tym pytaniem, zanim nie dotarło do niego jak bardzo było ono oczywiste. Przecież był przyjaciel Dzikiego, to było normalne, że stał się w oczach ludzi szansą na wyjaśnienie sprawy ‘’Zbawiciela’’. Niestety w tym wypadku miał prawdopodobnie znacznie mniejszą wiedzę niż weterani regularnie podróżujący przez Centrum. Pokręcił więc głową i odparł szczerze. - Nie… Ostatni raz miałem z nim kontakt tuż po pierwszej burzy i była to tylko urwana rozmowa przez radio.

- Rozumiem - odparł Siwy. - Po tym jak zaczęły krążyć pogłoski o tym, że na Zatorzu nie ma niewykształconych, pomyślałem, że skontaktował się z tobą i poprosiłeś go o te przysługę…

Mike który nie pierwszy raz słyszał teorię, spytał - naprawdę wierzysz w to, że Dziki kontroluje niewykształconych?

Siwy złapał łyk kawy, zawisając na chwilę w myślach. - Za dużo pogłosek dociera do mojego domku i to z wielu różnych źródeł. Dlatego wydaje mi się to prawdopodobne.

Mike skupił się przez chwilę nachylając przy stole. - Było pewne wydarzenie w Zwrotnicy, którego nie potrafię wyjaśnić… - stwierdził tajemniczo. - Po rozpadzie Wspólnoty zajmowaliśmy się sparaliżowanym Wilkiem, aż pewnej nocy po prostu zniknął. Szara która opiekowała się nim twierdziła, że chwilę wcześniej widziała w pobliżu naszej bazy mężczyznę w strażackim stroju.

Właściciel faktorii zmarszczył czoło, opierając się o fotel. - Czyli kolejna pogłoska okazuje się prawdziwa…

- To znaczy?- spytał Mike.

- Podobno Zbawiciel ma swojego ‘’Apostoła’’, mężczyznę który posługuje się pseudonimem Wilk.

Teraz to Maniek wtrącił się do rozmowy, podsuwając kolejny szczegół. - Spotkałem się jakiś czas temu ze Zjawą i Szarą… Szara jest pewna, że Wilk podróżuje w towarzystwie Dzikiego.

- Nie potrafię zrozumieć jednej rzeczy… - westchnął Siwy. - Byliście przyjaciółmi, dlaczego Dziki nie spotkał się z tobą? - spytał spoglądając na Mike’a.

Ten skupił wzrok na fusach od kawy, bo mimo wszystko ciągle czuł się źle, mówiąc w niepochlebny sposób o Dzikim. - Po tym co przeszedł bywały takie momenty w których go nie poznawałem. Czasami zachowywał się jak nawiedzony, oderwany od rzeczywistości… Mam po prostu wrażenie, że po tym co stało się na Zarzeczu oszalał zupełnie.

W tym momencie faktorie wypełniła cisza, Mike nie mógł pozbyć się wrażenia, że wszyscy czuli się w tym momencie jakby dowiedzieli się o czyjejś śmierci.

***

Zgodnie z przewidywaniami Mike’a, wizyta w faktorii przeciągnęła się. Na szczęście nie trwała do wieczora jak zakładał w najgorszym wypadku. Sam Maniek pośpieszył wszystko, chcąc dotrzeć do Paprykatorium jeszcze przed zmrokiem. Z tego co wspominał mimochodem, miał zamiar spędzić noc w centrum zamkniętego osiedla, by cały dzień poświęcić potem na przeszukiwanie terenu.

Mike’owi nie bardzo to odpowiadało, ale nic nie mówił. Gdyby zaczął się teraz skarżyć tylko potwierdziłby słowa Mańka o swojej ewentualnej kastracji. Postanowił jednak wyczekać, zanim zamelduje w Zwrotnicy, że nie wróci na noc. Gdyby zgłosił to zbyt wcześnie, Weronika mogłaby nabrać podejrzeń, że specjalnie przeciągnął swój pobyt poza domem.

Paprykatorium znajdowało się w okolicy dawnego Sojuszu Bloków, więc droga odbiegała trochę od szlaków, którymi Mike podróżował zazwyczaj w Starym Świecie. W obecnej sytuacji nie miało to jednak znaczenia, bo od czasów jego włojaży, centralne Krańcowo zmieniło się nie do poznania. Gdyby nie towarzystwo Mańka, czułby się w nim teraz naprawdę zagubiony.

Nie tylko widok zmienionej okolicy wprawiał go zresztą w zakłopotanie. Zatorze ciągle szczyciło się niezmienną staro Krańcowska pogodą z nijakimi dniami i chłodnymi nocami. Centrum natomiast przypominało koszmar meteorologa. Zaraz po opuszczeniu Faktorii, musieli zrobić krótki postój pod dachem przystanku autobusowego, bo w mieście zaczęła się ulewa. Kilka minut później zerwał się taki wiatr, że ponownie musieli zrobić przerwę, bo suche konary, jakie zostały jeszcze z dawnych czasów, zaczęły kłaść się pod jego naporem.

Gdy ryzyko przygniecenia w końcu minęło i mogli ruszyć w drogę dalej, pojedyncze podmuchy zaczęły przynosić ze sobą wyjątkowo drażniący zapach. Mike’owi od razu przyszła na myśl obierana cebula, bo chociaż sam w sobie nie był on nieprzyjemny, to strasznie podrażniał oczy i nos.

Maniek który już od kilku minut nosił na twarzy maskę stwierdził w końcu. - Jesteśmy już blisko.

- Dlaczego idziemy właśnie tu? - spytał Mike, który idąc w ślady kompana, zaciągnął swoją przeciw gazówkę.

- Bo Paprykatorium odcięło nieduże osiedle, które nawet przed połączeniem nie było szczególnie uczęszczane przez szabrowników. Już od dłuższego czasu korciło mnie, żeby je przetrzepać, a skoro już się doczepiłeś do tej wyprawy, uznałem, że to dobry moment…- wyjaśnił mężczyzna.

- Nienawidzę zasłaniać twarzy - wtrącił Mike, gdy po kilku sekundach zaparował swoje wizjery.

- Jakbyś miał co pokazywać - zakpił Maniek prowadząc go dalej.

Po kilku minutach marszu doszli w końcu do swojego celu. Tajemnicza roślina odcinająca osiedle, pięła się po wszystkim, do czego tylko jej pnącza miały możliwość się przyczepić. Te nie były zresztą normalnych rozmiarów, najcieńsze jak palec, ale te grubsze swoją średnicą przypominały węże strażackie.

Mike natychmiast zrozumiał, skąd wzięła się nazwa Paprykatorium. Owoce rośliny przypominały duże żółte papryki, z tym że ich skóra była pełna ogromnych porów, w których zbierał się luźno osadzony pył. Ten zaś wydobywał się z owoców przy najlżejszym podmuchu, pokrywając okolice czymś, co przypominało miałki piasek.

Maniek tuż przed wejściem na osiedle, zawołał nagle.- To co? Jeszcze możesz się wycofać!

- Śnisz konusie! - odparł Mike, dając pewny krok przez dziurę w tym dziwacznym żywopłocie.

Gęstwina nie była tak głęboka, jak spodziewali się z początku. Już po chwili ściana pnączy skończyła się, a ich oczom ukazało się opustoszałe osiedle w całkiem niezłym stanie.

- O to i nasze Eldorado...- stwierdził Maniek, łapiąc się pod boki. - Jeśli nie znajdziemy tutaj żadnego Reliktu, słowo honoru nigdy więcej nie nazwę cię łomem, łomie.

- Karły nie mają honoru! - zripostował natychmiast Mike. - To jak? Sprawdzamy budynki razem? Czy każdy osobno?

- Kurwa oczywiście, że osobno! Chyba, że pan ‘’wielki’’ weteran boi się solo z gospodarzem… Może pan wielki weteran chce iść sobie popłakać w cycuszkach żony? - zawył Maniek, robiąc pod maską głupie miny.

- Wytulanie żony będzie pierwszym co zrobię po powrocie! Ty natomiast łzy porażki otrzesz tą samą ręką, którą szarpiesz małego - odgryzł się Mike i ruszył do przodu by wybrać pierwszy budynek.

Osiedle nie miało jednolitej zabudowy. Domy stanowiły tutaj prawdziwy katalog budowlany, od małych skromnych parterowców, przez duże piętrowe molochy, a gdzieniegdzie wciąż jeszcze dało się zobaczyć wczesno-PRLowski drewniak z desek malowanych przepalonym olejem.

Mike uznał, że na pierwszy rzut uda się do czegoś nietypowego i wybrał właśnie jeden z takich drewniaków. Przeskakując bez trudu niskie ogrodzenie z zielonych palików, wszedł na podwórze zagracone złomem i resztkami węgla wystającymi spod wiaty.

W oddali dostrzegł wbitą w pieniek siekierę, którą wyciągnął natychmiast. - O boże jak mi tego brakowało - stwierdził, zaciskając ręce na wilgotnym trzonku.

Uchylając powoli nadgniłe drzwi, wszedł do sieni, która nie miała nawet wylanej podłogi, albo była ona po prostu tak brudna, że przypominała klepisko.

Ponieważ w środku nie było śladu drażniącego pyły, zaryzykował podnosząc maskę na czoło. Prawie natychmiast w zapachu wilgoci, wyczuł subtelną nutę posoki. Znał ten swąd jak ulubione perfumy. Charakterystyczna oznaka, że w mieszkaniu znajdował się Gospodarz. Dając cichy krok, zajrzał do pierwszej i jak się okazało jedynej izby.

Jej wnętrze przypominało skansen dla wczesnych lat po wojennych. W pokoju znajdowała się ogromna kuchnia węglowa, stary lakierowany kredens i stół w podobnym kolorze. Po chwili w rogu mieszkania, Mike dostrzegł najstarszego Gospodarza jakiego miał okazję spotkać w swoim życiu.

Wychudzony dziadek obrał sobie ręce ze skóry do tego stopnia, że w wielu miejscach widać było gołe kości. Potwór stał sztywno w rogu pokoju, wpatrując się w niego, jakby został postawiony przez nauczycielkę w kącie.

Widząc, że niewykształcony nie zwrócił na niego uwagi, Mike postanowił trochę się zabawić. Wślizgnął się do środka i łapiąc siekierę oburącz, wykonał potężny rzut jak na zawodach w rzucaniu toporem do tarczy. Siekiera przefrunęła błyskawicznie przez pokój, ale zamiast wbić się ostrzem w plecy potwora, rąbnęła go od tyłu obuchem. To wystarczyło jednak by posłać wątłą postać z licznymi połamaniami na ziemie.

Mike prychnął rozczarowany, wchodząc w głąb izby. W tym momencie Dziadek wydał z siebie hark, jakby krztusił się flegmą. - Wyjdź stąd… wynoś się… zostaw mnie w spokoju - warknął dając znak, że jest jednym z tych „ bystrzejszych’’ Gosppodarzy.

Potwór próbował podnieść się na rękach, ale jego kruche i pozbawione w wielu miejscach podpory kości, połamały się jak zapałki pod cegłą. Mike w tym czasie zaczął przeglądać mieszkanie.

Na półce kredensu znalazł typowe dla powojennego okresu ręcznie malowane talerze, ułożone na wyszywanych ceratach. Półkę niżej ustawione były kieliszki i kilka butelek wątpliwego pochodzenia alkoholu. - Może, to jednak nie był dobry pomysł… - westchnął, widząc jak nie wiele potencjalnie ciekawych rzeczy znajdowało się w budynku.

Przy bocznej ścianie pomieszczenia stało lustro, a pod nim miska i kilka mniejszych szafeczek. Mike podszedł do niego i zaczął odsuwać szufladki. W ich wnętrzu zobaczył opakowania i blistry pełne leków. - Super i jak ja mam odróżnić, czy to jest Relikt? - westchnął, przyglądając się z bliska każdemu pudełku.

Na żadnym nie znalazł nawet śladu potencjalnej anomalizacji. Daty przydatności były jak najbardziej poprawne, opisy nie zmieniały się pod różnymi kątami patrzenia, żaden z leków nie buczał ani nie wytwarzał ‘’tajemniczego’’ ciepła.

- Gówno…- wycedził przez zęby, nie widząc nawet sensu w zabieraniu czegokolwiek.

Sądząc po wieku właściciela domu, większość tabletek była zapewne od serca albo prostaty.

Zrezygnowany opuścił stary budynek pozostawiając konającego Gospodarza na ziemi. Wychodząc na podwórze, poprawił maskę i skierował się w stronę głównej drogi, gdy nagle zobaczył coś co wprawiło go w osłupienie.

Między budynkami stała wyjątkowo szczupła blondwłosa dziewczyna. Z tym że nie taka do końca normalna dziewczyna. Była zdecydowanie za młoda jak na Krańcowskie standardy. Na pierwszy rzut oka, Mike nie dałby jej więcej niż trzynaście lat. Nawet gdyby okazało się, że jest jedynie bardzo młodo wyglądającą nastolatką, to co ktoś taki robiłby pośrodku Paprykatorium?

Nie chcąc od razu zdradzać swojej obecności ukrył się za winklem i przyglądał uważnie tajemniczej postaci. Po chwili biorąc w rękę radio przyciszył je do minimum i wyszeptał - stary widzisz to co ja?

- Co się dzieje? - spytał natychmiast Maniek.

- Mamy dziwnego gościa po środku osiedla… - odparł Mike. - Dasz radę się niepostrzeżenie wychylić w stronę drogi?

- Jestem w tym piętrowym zielonym budynku, zaraz zerknę… - odpowiedział mu mężczyzna.

Chwilę później Mike zobaczył ruch zasłonki w budynku naprzeciw, a w oknie na piętrze dostrzegł twarz Mańka. - Ciekawostka…- wyszeptał. - No i jak wytrzymuje w tym cholerstwie?

Mike do którego dopiero teraz dotarło, że dziewczyna nie smarcze, uchylił z ciekawości swoją maskę. Biorąc kilka głębokich wdechów, stwierdził, że pył musiał nie docierać do głębi osiedla. - Da radę oddychać - wyszeptał natychmiast.- Jak myślisz? Co ona tu robi? - spytał po chwili.

- Bo ja wiem? - odparł Maniek. - Jak dla mnie stoi niczym oczywisty wabik.

Mike przełknął nerwowo ślinę. Przyszło mu teraz do głowy, że przecież miejsce jak to mogło być doskonałą kryjówką dla bandytów. Spoglądając z lękiem na kompana w oknie, chciał już powiedzieć, że powinni się stąd niepostrzeżenie zabierać. Nim jednak zdążył wyszeptać przez radio choćby słowo za Mańkiem pojawiła się jakaś postać która pociągnęła go do tyłu.

- Kurwa mać! - krzyknął Mike i wyszarpując pistolet wybiegł na drogę.

Zaskoczona dziewczyna spojrzała na niego z lękiem, ale nim zdążyła zareagować poderwał ją do góry i przykładając lufę do skroni zasłonił się nią jak tarczą. Blondynka próbowała się szarpać, ale nie ważyła nawet połowy tego co Mike, więc bez trudu pociągnął ją ze sobą do zielonego budynku.

Pchając zakładniczką drzwi, otworzył je i wpadł do wyłożonego boazerią korytarza. Dziewczyna nabrała już powietrza by krzyknąć, ale Mike rąbnął ją pistoletem tak, że momentalnie sflaczała wypuszczając powietrze. Od góry dobiegał odgłos szamotaniny i bluźnierstwa Mańka. Ciągnąc ze sobą półprzytomną dziewczynę wbiegł po schodach i wpadł do pierwszego pokoju na górze.

Maniek leżał na ziemi przygnieciony przez dość pucołowatą Heterechromitke. Pistolet wypadł mu z ręki i wsunął się pod łóżko, a istota cięła go po dłoniach nożem kuchennym. Mężczyzna próbował strącić ją z siebie, ale niewykształcona zachowywała się jak zwierzę i odepchnięta prawie natychmiast przystępowała do kolejnego wściekłego ataku.

Mike wypuścił blondynkę i wyprostował dłoń by przy celować z pistoletu w głowę potwora. W tym momencie leżąca na ziemi dziewczyna poderwała się i krzycząc - NIE! - odepchnęła mu lufę z celu.

Kula chybiła rozbijając okno, a poruszona dźwiękiem Heterochromitka, ruszyła w stronę Mike’a. Ten bez skupienia wystrzelił kilka razy, ale kule w klatce nie zrobiły na potworze wrażenia. Niewykształcona wyskoczyła w powietrze z nożem w ręku, nadziała się jednak na pięść mężczyzny i jak rażona gromem upadła na podłogę.

Mike ponownie podniósł pistolet, ale w tym samym momencie poczuł, że ktoś uderzył go od tyłu. Przez chwilę myślał, że to znowu blondynka, ale cios był zdecydowanie zbyt mocny. Obrócił się i tuż przed sobą zobaczył kolejnego Heterochromite. Młody rosły chłopak z psychopatycznym spojrzeniem, zamachnął się po raz kolejny trafiając Mike’a w skroń. Ten przy mroczony wypuścił broń z ręki, ale momentalnie otrząsnął się z oszołomienia. Natychmiast ruszył wściekle do przodu, bez trudu dopychając istotę do ściany. Zaraz potem łapiąc niewykształconego za barki, uderzył jego plecami o stojącą w pokoju szafę. Półki natychmiast się załamały, a książki i inne bibeloty gruchnęły o podłogę.

W tym momencie Maniek krzyknął. - UWAŻAJ! - a Mike poczuł niewyobrażalny ból z tyłu pleców.

Obrócił się gwałtownie widząc zakrwawiony nóż w dłoni Heterochromitki. Z rykiem zacisnął pięść i uderzył ją w głowę z taką siłą, że runęła nieprzytomna na ziemie. Ciągle nie był to jednak koniec.

Maniek spróbował wyciągnąć swój pistolet spod łóżka, ale nastolatka dopadła do niego chwytając go za twarz. Weteran szamotał się z nią podczas gdy Mike’ oberwał po raz kolejny od Heterohromity. Czując, że nie wiele brakuje mu już do utraty przytomności, obrócił się odpowiadając potężnym sierpem. Rosły chłopak osunął się na ścianę, ale nawet przez chwilę nie miał zamiaru odpuszczać i błyskawicznie odpowiedział wymachując ręką jak cepem.

Mike który po raz kolejny oberwał w głowę, czuł już otępienie przelewające mu się przez ciało. - Kurwa… na co mi to było! - pomyślał. - Ja pierdolę, a mogłem sobie teraz siedzieć z Weroniką… Dlaczego ja zawsze daje się wciągnąć w taki syf… - wyrzucał w sobie.

Myśl o załamanej Weronice sprawiła, że Mike po raz kolejny poczuł uderzenie adrenaliny w głowie. Chwytając potwora pod pachwiną podniósł go do góry i ignorując, że bestia zaczęła okładać go po głowie, przebiegł z nim pół pokoju przebijając jego plecami uszkodzone już okno. Po chwili szarpania w winklu wypchnął niewykształconego na zewnątrz, a za plecami usłyszał krzyk. Maniek zrzucił z siebie młodą blondynkę, ale Heterochromitka zdążyła w tym czasie doskoczyć do jego pistoletu. Przestraszony weteran zrezygnował z dalszej walki i uciekł z pokoju, zostawiając Mike’a samego. Niewykształcona niemal natychmiast poderwała się celując w jego stronę.

- Nie…- wyszeptał, załamany Mike czując jak śmierć zaczyna spoglądać mu w oczy.

W tym momencie młoda blondynka stanęła na drodze niewykształconej, a Mike postanowił wykorzystać okazję. Pchnął dziewczynę z całej siły na Heterochromitkę i wykorzystując chwilę zamieszania zaczął uciekać. - Nie mogę tu umrzeć… NIE MOGĘ!!!

Gdy był już na schodach i przed oczami zobaczył wejście, padł strzał. Bezsilność przelała się po jego ciele. Mike potknął się o własne nogi i runął twarzą w dywan. - Nie… boże nie… Nie tu, nie tak… WERONIKA! - krzyknął załamany, resztkami sił dodając - kocham cię…

***

Mike obudził się na stole. Nie był to jednak zwyczajny stół, dużo bardziej przypominał te metalowe łoża, jakie często widywał na filmach w prosektorium. Gdy dotarło do niego, co działo się przed chwilą, spróbował się poderwać, ale ból pleców sparaliżował go natychmiast. Biorąc kilka głębokich wdechów, usiadł bardzo powoli.

W tym momencie przeżył szok. Nie był już w zielonym domu. Siedział w jakiejś piwnicy oświetlonej latarką, a w dodatku pełnej medycznego sprzętu. Najdziwniejsze było to, że nie był w niej sam.

Dziewczyna, którą zobaczył na drodze, stała przy jednej z półek wycierając ręce z krwi. - Smutno było na to patrzeć - stwierdziła, układając skalpele w metalowej misce. - Ty ruszyłeś mu z pomocą bez wahania, a on zostawił cię nie obracając się nawet za siebie…

Mike nie mógł ułożyć sobie w głowie tego co się właściwie dzieje. Spoglądając tempo na dziewczynę, spytał - Kim ty jesteś?

- Edyta…- przedstawiła się blondynka. - A ty?

- Maciek… ale wszyscy mówią do mnie Mike - odparł natychmiast, ledwo powstrzymując się by nie zacisnąć zębów, bo każdy nawet najmniejszy ruch wywoływał w nim agonię.

- Maciek… ładnie. Ja bym wolała Maciek, Mike jest wydaje mi się takie na siłę amerykańskie - stwierdziła, spoglądając na niego w jakiś dziwny sposób. - Bardzo spodobało mi się to, co powiedziałeś zanim cię zabraliśmy.

- Co? Co ja powiedziałem? - spytał, czując, że jest na granicy odlotu.

Edyta niespodziewanie zaczerwieniła się. - Wstydzę się powtórzyć… ale to było takie piękne, takie inne od tego co słyszę zazwyczaj. Większość ludzi twojego pokroju przed śmiercią potrafi tylko przeklinać albo wyzywać mnie i Agatę.

- Agatę? – spytał próbując skojarzyć o kogo może chodzić. - Mówisz o tej Heterochromitce?

- To moja mama! Więc nie określaj jej mianem jakim nazywacie potwory! - zawołała oburzona dziewczyna.

Mike był w takim szoku, że zapomniał na chwilę o swoim stanie i ponownie spróbował poderwać się z miejsca. W tym momencie przeszywający ból rozdarł mu plecy i natychmiast odbierając władzę w nogach. Osunął się na ziemię zlany potem. - Co ty mi zrobiłaś?! - spytał natychmiast.

Edyta podeszła do niego pomagając mu oprzeć się o ścianę. - Wyciągnęłam kulę z pośladka i zszyłam… Raczej nie zbyt dobrze, bo zazwyczaj łatam Agatę albo Bartka, ale ich ciała nie są jak u normalnych ludzi. Goją się znacznie szybciej - wyjaśniła.

Mike spróbował wstać ponownie, ale nogi ugięły się pod nim. - Z pośladka? Myślałem, że dostałem w plecy…

- Tamtą kulę zatrzymała kamizelka. Agata nie strzela zbyt dobrze - westchnęła dziewczyna.

Mike znowu nic z tego nie zrozumiał. - Zaraz…Dlaczego mi pomogłaś? I co ty w ogóle robiłaś przy tych niewykształconych? - spytał, osuwając się powoli na podłogę.

- Już ci raz mówiłam, to moja mama i nie życzę sobie, żebyś określał ją mianem potwora - odparła zirytowana dziewczyna.

- O czym ty mówisz! To jest potwór, tylko z garścią wspomnień z poprzedniego życia! - odpowiedział Mike, nie mogąc zdzierżyć głupot jakie gadała dziewczyna.

Ta odwróciła się w jego stronę ze wściekłą miną. - Wszyscy ludzie z miasta są dokładnie tacy sami, widzicie w nich tylko potwory i zabijacie dla zabawy, zapominając o tym, że to byli kiedyś ludzie… że być może ciągle coś czują…

- Nie zabijamy ich dla zabawy, robimy to bo oni są groźni! - zaprotestował Mike.

- Oczywiście, że są! - zawołała dziewczyna, zbliżając się tak szybko, że Mike aż przesunął się do tyłu. - Oni są trochę jak zwierzęta, ty też nie wszedłbyś do klatki z obcym sobie tygrysem bo by cię pożarł. Co nie znaczy, że tygrysy nie czują albo, że nie da się z nimi żyć…

Mike’owi przypomniały się w tym momencie, te niewiarygodne historie jakie słyszał o inteligencji niewykształconych. Od dawna było już co prawda wiadomo, że wiele gatunków nie jest tak ograniczonych jak uważano na początku. Czasem ktoś gdzieś wspominał, że widząc swojego znajomego zamienionego w potwora miał wrażenie, że bestia go rozpoznaje. Gdzieś po Krańcowie krążyła nawet historia o chłopaku który żył z dziewczyną która stała się Gospodarzem, to wszystko osobiście wsadzał jednak między bajki. Czyżby siedząca przed nim dziewczyna miała być potwierdzeniem tego fenomenu? - Jak długo tutaj jesteś? - spytał, w końcu czując przemagającą go ciekawość.

- Od mojego pojawienia się trzy lata temu - odparła Edyta. - Oczywiście kiedyś musieliśmy bardziej się ukrywać, bo pełno ludzi twojego pokroju przychodziło z miejsca nazywanego Sojuszem Bloków i szukało jedzenia. Od kiedy wyrosły rośliny jest tutaj spokojniej, chociaż co jakiś czas trafia się ktoś taki jak ty.

Mike’a który usłyszał odpowiedź po prostu zmroziło. Dziewczyna siedziała z Heterochromitką całe lata. Ciągle jednak dręczyła go inna kwestia. - Czyli rozumiem, że macie raczej jednostronną politykę dla obcych… Więc czemu mi pomogłaś?- dopytał.

- Nie wiem - odparła dziewczyna wzruszając ramionami. - Chyba dlatego, że zrobiłeś coś czego nie zrobił żaden z twoich poprzedników. Widziałam jak Agata zabijała dziesiątki osób, ale żaden nigdy nie krzyczał wtedy, że kogoś… Kim jest Weronika?

- Moją dziewczyną - odparł Mike.

Edyta słysząc to zrobiła rozmarzoną minę. - Bałeś się, że jej więcej nie zobaczysz prawda?

- Chyba tak - stwierdził ciągle zszokowany Mike.

- Znam to uczucie…- westchnęła Edyta. - Gdy moja mama i brat zginęli w wypadku, to była myśl która przerażała mnie najbardziej, że już się więcej nie zobaczymy. A potem pojawiło się to światło i jak wróciłam do domu Agata czekała tu na mnie…

- Przecież Het…- zaczął Mike, ale widząc minę dziewczyny zmienił słowo którego chciał użyć. - Przecież ludzie którzy ‘’wrócili’’ są bardzo agresywni, jakim cudem jeszcze żyjesz?

- Nie mówię, że było mi łatwo - odparła dziewczyna, podwijając rękawy. - I do tej pory nie jest… - westchnęła demonstrując ręce tak pełne siniaków i ran, że wyglądały jak po serii torur. - Gdy Agata zobaczyła mnie po raz pierwszy rzuciła się na mnie, a ja myślałam, że mnie zabije. Na szczęście opanowała się, a ja siedziałam przez długi czas zamknięta w swoim pokoju. Z czasem była w stanie znosić moje towarzystwo co raz dłużej, aż w końcu przestała mnie atakować. Potem pojawił się Bartek mój brat, był trochę inny niż Agata, dużo bardziej ograniczony, ale wspólną pracą udało się nam go poskromić.

- Bartek to…- zaczął Mike, a dziewczyna skończyła za niego.

- Ten chłopak którego wypchnąłeś przez okno.

- Czy on? - spytał Mike, ale jego rozmówczyni pokręciła głową.

- Jest twardszy niż myślisz, ale nastawianie mu wybitych kończyn nie jest dla mnie niczym przyjemnym - stwierdziła wykrzywiając twarz.

- Przykro mi - skłamał Mike. - Powiedz czy byłoby bardzo dużym chamstwem, gdybym poprosił cię o coś od bólu? Mam wrażenie, że zaraz oszaleje…

Edyta zrobiła zmartwioną minę. - Wszystko co miałam już dostałeś.

- Aha w takim razie dzięki - odparł niepewnie Mike. - To poleżę tu trochę, a potem jeśli nie masz nic przeciwko, spróbuję wrócić do siebie.

- To akurat nie będzie już takie proste - westchnęła dziewczyna, a Mike właśnie takiej odpowiedzi się obawiał.

- Czemu? - spytał natychmiast, przygotowując się na najgorsze.

- Gdybyś był sprawny, mogłabym cię wypuścić nawet teraz… ale w tym stanie nie uciekniesz przed Agatą. Znam ją dobrze. Jak tylko zobaczy, że wychodzisz z domu ruszy za tobą w pościg i spróbuje zabić.

- Nie możesz jej zamknąć gdzieś na chwilę? - spytał.

Edyta pokręciła natychmiast głową. - Nasza relacja jest bardzo delikatna, gdybym spróbowała zawieść je zaufanie w taki sposób, mogłabym już nigdy go nie odbudować. Zamykanie jej gdziekolwiek absolutnie odpada.

Mike ledwo powstrzymał się by nie wznieść z irytacji oczu do góry. Bez wątpienia siedząca przed nim dziewczyna była fenomenem skoro nauczyła się żyć obok niewykształconych, ale dla niego to ciągle nie byli ludzie i żadne tłumaczenie o ich rzekomej ‘’świadomości’’ tego nie zmieniało. Nie mniej w obecnym stanie nie mógł postawić się nawet tej dziewczynie przed sobą, postanowił więc grać w jej grę. - Śmieszne…- nagle Mike. - Wyglądasz dalej jak dziecko, a mówisz prawie jak osoba dorosła i teraz dopiero do mnie dotarło, że przecież w tym mieście nikt się nie starzeje.

Dziewczyna zrobiła zakłopotaną minę. - Zauważyłam, że moje ciało przestało się zmieniać… ale nie miałam pewności dlaczego. Jedyne informację jakie mam o zewnątrz to rozmowy podsłuchane na radio.

- Dlaczego stąd nie odeszłaś? - zapytał Mike. - Nawet jeśli to twoja matka, musisz przyznać sama, że życie z nią na pewno nie jest komfortowe…

- Wiesz dobrze, że nie przeżyłabym sama - odparła Edyta.

W tym momencie drzwi do piwnicy otworzyły się. Heterochromitka Agata weszła do środka rozglądając się po pomieszczeniu swoimi czarnymi oczami. Teraz dopiero Mike zobaczył jak bardzo różniła się ona od typowych niewykształconych. Kobieta ubrana była w czyste spodnie i bluzkę, a jej włosy były umyte i uczesane. Bez wątpienia była to robota Edyty, bo niewykształceni nawet ci najinteligentniejsi nie zwracali uwagi na takie prozaiczne rzeczy.

Macając dłonią po ziemi zaczął od razu szukać czegoś ciężkiego by w razie czego uderzyć potwora w skroń. W tym momencie jednak Edyta poderwała się i stanęła na drodze kobiety. - Wszystko jest dobrze Agato, on ci nie zagraża…

- Nie powinno go tu być. Jest obrzydliwy, mierzi mnie jego obecność! - warknęła kobieta.

- Obiecałaś mi, że mogę go zabrać Agato! Dałaś słowo! Nie wolno łamać danego słowa! - krzyknęła Edyta, a łzy nabiegły jej do oczu.

W tym momencie Heterochromitka zrobiła coś, od czego szczęka Mike’a praktycznie uderzyła w ziemię. Agata wyciągnęła dłoń i przeczesując włosy Edyty, wyszeptała - boli mnie gdy płaczesz… - po chwili obracając się na pięcie wyszła z piwnicy.

Dziewczyna niemal natychmiast wytarła oczy i dosiadła się do Mike’a - Uff, mało brakowało.

Mężczyzna patrząc na nią spytał natychmiast. - Dlaczego mówisz do niej po imieniu, a nie mamo? I czemu ciągle krzyczysz?

- Jak mówię ‘’mamo’’ nie reaguję i ważne jest by mówić do niej słowami pełnymi emocji. Dobrze reaguje na łzy, jak zaczynam płakać bardzo często się mnie słucha - wyjaśniła Edyta.

Mike rozważył to na szybko w głowie. Żadna kochająca matka nie chcę by jej dzieci były smutne, to było dość oczywiste. Nawet jeżeli Heterochromitka posiadała tylko szczątkową świadomość, mogła ona wystarczyć by wciąż odczuwać te matczyne instynkty. Nie to było jednak dla niego najważniejsze, musiał za wszelką cenę się stąd wydostać i wrócić do Zwrotnicy. - To co mam dalej zrobić? Wiesz, że nie mogę tu zostać…

- Wiem - westchnęła Edyta. - Moglibyśmy poczekać, aż całkiem wrócisz do siebie. Tylko, że teraz prawie nie chodzisz więc to może jeszcze potrwać, ale wpadłam na pewien pomysł…

- Jaki? - spytał natychmiast Mike.

- Mogłabym spróbować oswoić z tobą Agatę, tak żeby dała ci odejść - wyjaśniła dziewczyna.

Mike’owi żaden z tych pomysłów nie podobał się ani trochę. Po tym co przeżył, jego mięsień pośladkowy mógł wracać do siebie tygodniami, a perspektywa wieczorków spędzonych na zbliżaniu się do potwora wydawała mu się wręcz paranoidalna. Nie mniej w obecnej sytuacji nie miał jak, choćby spróbować zaprotestować. Gdyby Edycie nagle odwidziało się pomaganie mu, byłby skończony. Chcąc nie chcąc musiał więc grać w jej grę. - Zrobię co karzesz, jeśli pomożesz mi się stąd wydostać - stwierdził pewnie, chociaż w głowie świtała mu już zupełnie inna myśl.

***

Kolejne kilka dni Mike spędził, nie opuszczając właściwie piwnicy. Edyta przychodziła co jakiś czas, by go nakarmić, zmienić opatrunek albo po prostu porozmawiać. Przez cały ten czas starał się być dla niej jak najmilszy, bo wiedział, że to od jej kaprysu zależeć będzie jego dalszy los. Zdenerwowana dziewczyna mogła w każdej chwili oddać go w łapy niewykształconych, a on w obecnym stanie nie miałby szans się przed nimi bronić.

Nastolatka jak się okazało, była bardzo ciekawa życia poza osiedlem. Dopytywała się praktycznie o wszystko: osady, weteranów, samego Mike'a i jego relacje z Weroniką, konflikt jaki wybuch po połączeniu z Zarzeczem. Wyglądało na to, że jej jedyną dotychczasową rozrywką były książki, które zabierała z pobliskich domów, a ulubionymi były właśnie te romantyczne.

Z bohaterem jednej z nich skojarzyła zresztą ''przedśmiertne'' wołanie Mike'a. Fabrizjo, rycerz z powieści Materle, pchnięty mieczem przez złego Eustana wzywał, konając swoją ukochaną Alie. To dość naciągane porównanie, było, jak wyczytał między wierszami, jedynym powodem dla którego jeszcze żył.

Edyta w Starym Świecie nigdy nie miała chłopaka, a przez permanentne utknięcie w tym specyficznym wieku, wręcz pragnęła ''romantycznej miłości''…albo przynajmniej słuchania o niej.

Mike mimowolnie stał się dla niej doskonałym źródłem potencjalnych historii, bo naciąganie ''faktów'' i ''podkoloryzowanie'' opowieści, było dla niego chlebem powszednim. Swoimi bajkami zabijał nie tylko czas, ale był też za nie sowicie wynagradzany. Po każdej ''dobrej'' historii dziewczyna znosiła do piwnicy coraz więcej znalezionego w okolicy jedzenia, a po trzech dniach zaczęła też spełniać zachcianki jak dostarczenie butelki piwa, dla umilenia czasu.

Sama ‘’niewola’’ w której Mike się znalazł, nie byłaby więc taka najgorsza, gdyby nie dwie przytłaczające go nieustawicznie myśli.

Pierwszą była notorycznie powracająca wizja zrozpaczonej Weroniki. Od czasu, gdy opuścił Zwrotnice, minął już ponad tydzień. Wyobrażając sobie, co przeżywa w tym momencie jego Wiewióreczka, czuł jak czarna smoła, wypełnia mu wnętrzności i poniewiera duszę. Liczył co prawda, że uda mu się przekonać Edytę do przyniesienia mu radia. W ten sposób mógłby, chociaż powiadomić swoich bliskich na Zatorzu, że jest ''bezpieczny''. Niestety dziewczyna mimo kilkukrotnych poszukiwań nie odnalazła zgubionego po drodze urządzenia.

Drugim problemem była Agata. Heterochromitka kilka razy przyszła do piwnicy z niezapowiedzianą wizytą, wywołując u uwięzionego mężczyzny gwałtowny wzrost ciśnienia. Na szczęście za każdym razem nim niewykształcona zdążyła choćby się do niego zbliżyć, powstrzymywała ją Edyta. Dziewczyna musiała przy tym odstawiać istną grecka tragedie i zalewając się łzami, w ataku istnej histerii zmuszała potwora do ustąpienia. Mike zastanawiał się wtedy czy jego ''opiekunka'' naprawdę ma taki ekspresyjny charakter, czy te przesadnie okazywane emocje były jedynie sposobem na kontrolowanie potwora. Niespodziewane ‘’ kontrole rodzicielskie’’ nie były jednak najbardziej przerażającymi momentami związanymi z Agatą, bo przy Edycie Mike czuł się jeszcze stosunkowo bezpieczny. Te przychodziły późnymi nocami, gdy dziewczyna spała w pokoju na górze. Kilka razy słyszał bowiem jak Heterochromitka, krążyła pod jego drzwiami. Ponieważ podejrzewał, że nawet najbardziej żałosny płacz z jego strony nie powstrzymałby potwora przed atakiem, już drugiej nocy zaostrzył o podłogę kawałek metalowego płaskownika, tworząc sobie prowizoryczny nóż do obrony. Na szczęście niewykształcona nigdy nie przyszła do niego sama, a on bez swojej nastoletniej opiekunki starał się siedzieć cicho jak mysz pod miotłą.

Gdy rozpoczął się drugi tydzień przymusowej gościny, Mike zaczynał czuć się coraz lepiej. Po serii prób na własnym ciele uświadomił sobie, że ból przy poruszaniu jest znośny, jeżeli nie obciąża lewej nogi. Edyta, widząc to, odnalazła w którymś z sąsiednich domostw stare kule ortopedyczne i przyniosła je do piwnicy, by ułatwić mu chodzenie. Po kilku godzinach treningu Mike stwierdził dumnie, że jest w stanie poruszać się z nimi naprawdę sprawnie. Niestety o realnej ucieczce przed niewykształconymi dalej mógł tylko pomarzyć.

Pocieszał się jedynie myślą, że w tym tempie może już nie długo będzie w stanie opuścić to miejsce. Nie chciał jednak zbyt wcześnie wyruszyć do Centrum. Uważał, że głupio byłoby ledwo ujść z życiem w Paprykatorium i dać się potem zabić w drodze do własnego domu, bo utykając nie dałby rady uciec, przez jakimś głupim Potłukiem.

Niestety nadzieje o spokojnym powrocie do zdrowia, prysnęły momentalnie, gdy pod koniec drugiego tygodnia Mike' dostał niezwykłe zaproszenie.

Edyta przyszła tego dnia jak co rano, by zostawić mu śniadanie i zmienić opatrunek. Ponieważ w trakcie pobytu poznał ją już naprawdę dobrze, zauważył, że dziewczyna była nie zwykle pobudzona.

Zaciekawiony przerwał na chwilę objadanie się płatkami z miodem bez mleka, i spytał - Edzia, stało się coś? Nie widziałem cię tak rozpromienionej od kiedy streszczałaś mi Tristana i Izoldę.

- Dziś jest wyjątkowy dzień! - zawołała dziewczyna, uśmiechając się do niego szeroko - Od pięciu dni uświadamiam Agatę, że w domu pojawi się ktoś nowy. Wydaje mi się, że w końcu to do niej dotarło - stwierdziła radośnie.

Mike poczuł w tym momencie, jak dławi się płatkami. Miał po cichu nadzieję, że Edyta zrezygnowała z tego pomysłu, na rzecz jego spokojnej kuracji, ale najwidoczniej czekała po prostu na odpowiedni moment. Dziewczyna wydawała się tak zadowolona na samą myśl o oswajaniu Mike'a z Heterochromitami, że nie ośmielił się jawnie odmówić. Zamiast tego spróbował delikatnej zasugerować, że to może nie być dobry pomysł. - Wiesz Edzia, nie chciałbym uchodzić za pesymistę, bo z natury nim nie jestem, ale może powinniśmy jednak to sobie darować. Ja szybko wracam do zdrowia i nie długo bez problemu stąd czmychnę, a ty sama powiedziałaś, że twoje relacje z mamą są bardzo ''delikatne''. Nie chciałbym ich zaburzyć tym... no... fopa - podsunął.

Edyta słysząc jego niepewność zrobiła zaciętą minę. - Nonsens Maciuś! Zobaczysz, że Agata szybko cię zaakceptuje. Już nie długo będziesz mógł swobodnie chodzić po naszym domu.

- Nie byłbym tego taki pewien...- wyszeptał Mike, przegryzając kolejną garść płatków.

Przez kilka kolejnych godzin został sam. Edyta nie zajrzała nawet na chwilę, zapewne pochłonięta przygotowaniami do kolacji. Po przerażających dźwiękach jakie dochodziły z góry, Mike stwierdził, że dziewczyna musiała chyba ‘’przykręcać’’ swoją rodzinę do podłogi.

- Dlaczego po prostu nie odpuścisz…- jęknął, słysząc dźwięk brzmiący jak przewracanie pieca. – Dlaczego ja po prostu nie odpuściłem - westchnął przypominając sobie czemu właściwie się tutaj znalazł.

Tego samego dnia wieczorem bądź po południu (piwnica nie miała okna, więc Mike oceniał czas na podstawie odwiedzin i snu Edyty) dziewczyna przyszła po niego ubrana w elegancką sukienkę, jakby mieli zasiąść co najmniej do wigilii. - Przyniosłam ci coś na przebranie bądź tak miły i nie zwlekaj. Na górze już na nas czekają.

- Czekają? - dopytał Mike, drżącym biorąc do ręki koszulę i jeansy.

- Pomyślałam, że szkoda tracić czasu na osobne oswajanie...Więc dziś spotkasz się też z Bartkiem. Zjemy sobie razem kolację, jak w prawdziwej rodzinie! - zawołała radośnie dziewczyna, a Mike poczuł, że zrobiło mu się gorzej niż w momencie postrzału.

Prawie natychmiast zaczął szukać jakiejś wymówki, ale za diabła nie układało mu się w głowie nic sensownego. Wydukał więc jedynie. - Jesteś pewna? To nie jest trochę... ryzykowne?

- Obronie cię jeśli coś pójdzie nie tak - stwierdziła pewnie Edyta i wyszła z piwnicy by mógł przebrać się w spokoju.

Mike nie miał zamiaru zawierzyć tak po prostu swojego życia dziewczynie. Postanowił więc, że chociaż minimalnie przygotuje się do tej kolacji. Na sam początek ubrał na siebie wszystko, co miał. Kilka warstw koszulek i spodni mogło okazać się bezcenną ochroną, gdyby doszło do walki z Heterochromitami. Zaraz po tym wsunął swoje ręcznie wykonane ostrze do rękawa. - Gdybym tylko miał sprawną nogę – pomyślał, wyobrażając sobie jak wybiega stąd zostawiając za sobą te chorą sytuacje.

Nie czekając na zaproszenie Edyta weszła po chwili, spoglądając na niego ze zdziwieniem. - Czemu się tak ubrałeś?

- Zimno mi...- skłamał Mike i zmieniając temat zełgał po raz drugi. - No chodźmy już! Nie mogę się doczekać spotkania z twoją rodziną.

Gdy wychodzili betonowymi schodami z piwnicy, Mike natychmiast zauważył, że była późna noc. Ciemny dom oświetlony był jedynie świeczkami i lampkami na baterie. Edyta poprowadziła go przez czysty korytarz do dużego salonu, gdzie przy okrągłym jadalnianym stole siedziała para potworów. Ich czarne oczy w tym całym pół mroku wydały się Mike'owi jeszcze bardziej przerażające. Niewykształceni mieli w sobie coś nieludzkiego, nawet gdy po prostu siedzieli. Agata ciągle drżała, podrywała noże albo widelce i wydawała z siebie niepokojący pomruk. Bartek z kolei był sztywny jak posąg, żadna część jego ciała nie poruszała się, przez co naprawdę przypominał woskową figurę.

Mike poczuł w tym momencie taką złość na samego siebie, jakiej nie czuł jeszcze chyba nigdy. – Za spokojnie ci było w Zwrotnicy… Nudziło się panu weteranowi… To masz teraz prawdziwą rozrywkę dla prawdziwych mężczyzn – kpił, przysięgając w duchu, że jeśli z tego wyjdzie to zdzieli się w gębę tak mocno, że odechce mu się na zawsze głupich pomysłów.

Gdy podeszli do stołu, Mike’a zszokowała kolejna rzecz. Heterochromici byli ubrani praktycznie tak elegancko jak Edyta. Czyżby te hałasy które dochodziły z góry, to były próby wciśnięcia Agaty w garsonkę? Zastanawiając się po co dziewczyna zadawała sobie tyle trudu, zbliżył się za swoją opiekunką na wyciągnięcie ręki od potworów.

Obecność dodatkowej osoby została natychmiast zauważona przez niewykształconych. Agata chwyciła za nóż i poderwała się gotowa do ataku. Mike wysuwał już swoje ostrze, by sparować potencjalny cios, ale Edyta wybiegła przed niego w ostatniej chwili. - AGATA! TO JEST GOŚĆ! MACIEK, O KTÓRYM CI MÓWIŁAM! ZGODZIŁAŚ SIĘ! PAMIĘTASZ?! - krzyczała, jakby jej matka była głucha, a nie przemieniona w potwora.

Heterochromitka natychmiast wydała z siebie fale pomst. - Kolejny truciciel który zakłóca nasz spokój, ma w sobie coś czego nie znoszę...coś czego nie mogę zdzierżyć...

Edyta nie dała za wygraną i zbliżając się do matki, ponownie wykrzyczała. - Dziś jemy razem kolacje! Dziś się na to zgodziłaś! Zaakceptuj go! Zaakceptuj jak zaakceptowałaś mnie! Kocham cię mamo! Kocham cię Agata! Pamiętaj to! Pamiętaj!

Gdyby nie okoliczności Mike dał by dziewczynie Oskara za odgrywaną rolę. Błyskawicznie przechodziła z gniewu do rozpaczy i żalu, grając na prymitywnych emocjach potwora. Niewykształcona słysząc dawną córkę wyraźnie walczyła ze sobą, ale po chwili to jej matczyne instynkty musiały okazać się silniejsze od żądzy mordu. Wyraźnie zirytowana rzuciła nożem o podłogę i wróciła na swoje miejsce.

Zadowolona Edyta chwyciła Mike'a za rękę i poprowadziła do stołu, szepcząc w międzyczasie. - Wyobraź sobie, że to są groźne psy i tak się zachowuj, jak przy groźnych psach. Nie patrz im w oczy, nie bój się i nie uciekaj... - radziła.

Mike pomyślał teraz, że chyba wolałby siedzieć przy stole z mieszanką amstafa, skorpiona i rekina, niż z tym co miał przed sobą. Opinie tę zachował jednak dla siebie.

Dosiadając się do stolika, od razu spuścił wzrok na talerz. Jedynie kątem oka obserwował czy któryś z Heterochromitów nie ruszy do ataku. Agata zadrgała natychmiast, gdy tylko usiadł, a Bartek pozostawał sztywny. Dopiero gdy podsunął krzesło, usłyszał, że przemieniony mężczyzna przez cały czas mruczy pod nosem. - To jest miłe...Jest tak miło... tak przyjemnie...

Słysząc ten szept, odruchowo spojrzał się na usta potwora, a ten obrócił się w jego stronę, jakby był olbrzymią lalką, której ktoś przekręca głowę. Twarz Bartka natychmiast wykrzywiła się w wyrazie potwornego obrzydzenia. Edyta w tym momencie uszczypnęła Mike'a w nogę, przypominając mu, że miał nie zerkać im w oczy. Sama też zaczęła mówić półszeptem. - Jest tak miło... tak przyjemnie...

Po chwili Herochromita podchwycił jej słowa i odwrócił się jak zahipnotyzowany, wracając do swojej dziwacznej mantry. Dziewczyna odetchnęła widząc, że zagrożenie zostało zażegnane i bez krępacji sięgnęła po stojący na środku stołu talerz gotowanego ryżu z sosem. Nałożywszy Mike’owi sporą porcję, zachęciła go skinieniem głowy do jedzenia.

Ten nie pewnie złapał za widelec, ale gdy tylko się poruszył, siedząca z boku Heterochromitka zaczęła łypać na niego złowieszczo.

- AGATA! – krzyknęła natychmiast Edyta, karcąc przemienioną w potwora matkę. – Pozwól mu zjeść!

Mike nie wiedział, czy powinien próbować dalej, skoro w tym momencie nawet oddychanie nie wydawało mu się bezpieczne. Jego opiekunka nie dała mu jednak zrezygnować i ponownie wskazała głową na talerz. Ściskając lewą ręką za ukryte ostrze, zaczął więc posiłek. Podnosząc widelec, starał się robić to jak najwolniej, a przy okazji najciszej. Z sercem pod gardłem z ledwością dawał radę przełykać kolejne kęsy. Perspektywa, że w każdej chwili może dojść do walki, nie pozwalała mu cieszyć się tym o dziwo naprawdę przyjemnym w smaku posiłkiem. Po niewyobrażalnie długich dziesięciu minutach opróżnił w końcu talerz do końca.

- Smakowało ci? – spytała Edyta.

Mike skinął głową najdelikatniej jak tylko potrafił, ale dziewczynie najwidoczniej to nie wystarczyło. – Jeżeli ci nie smakowało po prostu powiedz!

- Było dobre…- wyszeptał Mike tak cicho, że z ledwością dało się to usłyszeć.

- Nie musisz się bać – stwierdziła Edyta. – Muszą się do ciebie przyzwyczaić, więc mów tak żeby słyszeli.

Jakakolwiek pogawędka w towarzystwie tych dwóch potworów, była ostatnią rzeczą na jaką Mike miał ochotę. Niestety miał wewnętrzne przeczucie, że jego nastoletnia opiekunka nie odpuści mu przynajmniej krótkiej wymiany zdań. Zapytał więc o pierwszą rzecz jaka przyszła mu do głowy. – Twoja rodzina nie jada?

- Bardzo rzadko…- westchnęła Edyta. – Zazwyczaj robią to, gdy ich ciała są uszkodzone. Nie są też szczególnie wybredni, zjedzą nawet nieugotowany makaron albo spleśniały do potęgi chleb.

Mike spojrzał kątem oka na talerz Agaty. Kobieta miała na nim małą porcję ryżu, którego dźgała widelcem. Momentalnie wyczuła chyba jego spojrzenie, bo poderwała się ze sztućcem w dłoni. – WYNOCHA! – ryknęła, prawie przewracając stół.

W tym momencie Bartek obrócił się w stronę Mike’a, a na jego twarzy zamiast otępiałego uśmiechu, pojawił się ten sam co poprzednio grymas obrzydzenia.

Edyta stanęła na drodze Agaty, a ta uderzyła ją, odpychając na bok. Gdy tylko Heterochromitka miała wolną drogę, rzuciła się prosto na Mike’a. Ten z ledwością zdołał przechwycić dłoń, którą chciała wbić mu widelec w szyję. Szamocząc się z niewykształconą, zobaczył jak jego opiekunka, podrywa się z ziemi i doskakuje od tyłu do Heterochromitki. Uderzając ją pięściami w plecy, zaczęła krzyczeć. – AGATA PRZESTAŃ! PRZESTAŃ W TEJ CHWILI!

Kobieta wpatrywała się w Mike’a swoimi czarnymi oczami, napierając na uwięzioną dłoń ze wszystkich sił. W końcu jednak Edycie udało się, odciągnąć ją do tyłu. Niewykształcona miotała się przez chwilę, aż w końcu zirytowana doskoczyła do stołu i przewróciła go z krzykiem. Po tej demonstracji złości wybiegła z kuchni, wyrywając sobie przy tym włosy.

Bartek w tym czasie znowu przybrał swój otępiały wyraz twarzy, powtarzając. – Jest tak miło… jest tak przyjemnie.

Edyta przetarła czoło, ale nie wyglądała na szczególnie zawiedzioną. Mike myślał, że to już koniec kolacji, gdy niespodziewanie dziewczyna stwierdziła. – To idę po deser, popraw proszę stolik – w tym momencie ruszyła w głąb domu, zostawiając go samego z Bartkiem.

Mike zdołał wydusić z siebie jedynie ciche. – O kurwa…- nim potwór wlepił w niego wzrok.

Heterochromita natychmiast wykrzywił swoją twarz i zaczął powoli podnosić się z krzesła. Mike miał tylko sekundy na podjęcie decyzji. Gdyby zaatakował teraz, bez problemu poradziłby sobie z nieco przymulonym Bartkiem, ale za pewne przekreśliłby też swoją współpracę z Edytą. Na pewno musiałby wtedy wywalczyć sobie drogę ucieczki do końca, a wciąż nie był w pełni sprawny. Zamiast tego spuścił więc głowę i zaczął mamrotać. – Jest tak miło, jest tak przyjemnie.

Bartek słysząc to zawahał się, przez chwilę stał delikatnie przygarbiony, aż w końcu zsunął się na z powrotem na krzesło.

Mike odetchnął z ulgą, a w tym czasie Edyta wróciła z jakimś biszkoptopodnym ciastem. – Mógłbyś? – spytała, wskazując głową na wciąż przewrócony stolik.

Odzyskując nieco pewności w jej towarzystwie, pochylił się i ustawił mebel na miejsce. W tym czasie Bartkek wydawał się nieszczególnie zainteresowany.

Edyta pokroiła ciasto kładąc Mike’owi kawałek przed nosem. Chłopak wziął deser do ręki i przegryzając go zaczął zastanawiać się nad siedzącym przed nim potworem. Bartek nie zachowywał się jak typowy niewykształcony. O wiele bardziej przypominał kogoś po lobotomii. – Nie mogłem nie zauważyć, że twój brat różnie się od…‘’innych’’ jemu podobnych.

- Bartek był kiedyś bardziej jak Agata – wyjaśniła Edyta. – Ale pół roku temu jakiś szabrownik strzelił mu w głowę. Od tamtej pory zachowuje się w ten sposób…

- Cud, że przeżył – wtrącił Mike, biorąc kolejny kawałek ciasta które okazało się naprawdę dobre.

- Nie sądziłam, że mu się uda… Na szczęście wyciągnięta kulka i trochę opieki pomogło. Teraz jest grzeczniejszy - stwierdziła dziewczyna, a Mike wepchnął sobie do ust kolejny kawałek. – Chyba ci smakuje? – spytała ucieszona.

- Mhm…- potwierdził chłopak. – Jestem chciwy na słodkie… i słone… i ostre… W ogóle jestem chciwy – zażartował.

– Chyba wystarczy na dzisiaj – stwierdziła w końcu Edyta widząc, że ciasto zniknęło.

Przechodząc dookoła stolika pomogła Mike’owi się podnieść.

- Zdecydowanie - potwierdził, poprawiając schowane w rękawie ostrze.

Dziewczyna wyprowadziła go z kuchni i pomogła zejść z powrotem do piwnicy. Gdy usiadł już na swoim prowizorycznym posłaniu, Edyta dosiadła się obok niego. – Naprawdę dobrze poszło! – stwierdziła zadowolona.

- Tak? Mi się wydawało, że no nieszczególnie się spodobałem. Może Aga nie lubi mięśniaków – odparł Mike.

- Nie prawda! – zaprotestowała dziewczyna. – Agata zniosła twoją obecność naprawdę dobrze, nie mówiąc już o Bartku!

Mimo zapewnień dziewczyny Mike miał swoje zdanie w tym temacie i chciał za wszelką cenę uniknąć kolejnej rodzinnej kolacji. – Wiesz co Edzia? Tak sobie myślę, że chyba poczekam po prostu aż całkiem wydobrzeje i spróbuje czmychnąć stąd, nie stresując więcej twojej rodzinki.

- Nonsens! – zawołała Edyta. – Jesteśmy na dobrej drodze! Naprawdę chciałabym, żeby Agata cię polubiła!

Słowo ‘’polubiła’’ było tutaj dla Mike’a czymś mocno nad wyrost. Nawet jeżeli istniała jakaś szansa, że Heterochromitka zaczęła by go tolerować i tak uważał to za niepotrzebne ryzyko. Zastanawiał się nawet, czemu dziewczynie tak zależy na oswojeniu potworów z jego osobą. Przecież wracał już do sprawności i prawdopodobnie za dwa/trzy tygodnie byłby w stanie uciec stąd bez tej całej szopki.

Odpowiedź na jego przemyślanie, przyszła z ust samej Edyty która zrobiła nagle coś od czego zmroziło mu krew w żyłach. Dziewczyna oparła się o jego ramie i wpatrując w ścianę przed nimi wyszeptała – wiesz, że ja na przykład bardzo cię polubiłam? Czasem myślę sobie, jak miło by było gdybyś został tu z nami...

Mike słysząc to przerażające zwierzenie, zachował zimną krew, ale jego umysł wskoczył w tym momencie na wyższe obroty. Od dawna już zauważył, że Edycie bardzo przypadło do gustu jego towarzystwo. Czemu zresztą trudno było się dziwić. Był jedynym ‘’prawdziwym’’ człowiekiem, z którym miała do czynienia od lat, a dodatkowo starał się przez cały czas być dla niej naprawdę miły. W pewnym momencie przeszło mu przez myśl, że dziewczyna trochę za bardzo się w to wszystko angażuje i może nie być prze szczęśliwa, gdy przyjdzie moment, w którym będzie chciał stąd odejść. Wcześniej myślał jednak o rozstaniu ze łzami w oczach, a nie o tym, że może ona spróbować zatrzymać go siłą.

Czując, że musi dokładnie wybadać, co może mu grozić, pociągnął rozmowę dalej. – Edzia też cię polubiłem, no i brakowałoby mi tych naszych pogaduchów o książkach! Tak się nawet zbierałem, żeby zaproponować ci odejście stąd razem…

Dziewczyna wciąż oparta o jego ramię, zesztywniała, słysząc te propozycję. – Odejść? – spytała nie pewnie.

- Tak – potwierdził Mike. – Zabrałbym cię do Zwrotnicy, poznałabyś Weronikę i inne dziewczyny, prawdziwych ludzi...

- Nie chcę poznawać innych ludzi! – zaprotestowała Edyta. – Większość nie jest taka jak ty! Większość powinna umrzeć!

Mike wyczuł w tym momencie, że ten argument nie trafił więc spróbował od innej strony. – No dobrze, ale Zatorze jest pełne książek! Moglibyśmy urządzić ci pokój, a przy nim małą biblioteczkę. Wieczorami wpadałbym na piwko i mogłabyś znowu streszczać mi to co ostatnio czytałaś.

Edyta odwróciła się, spoglądając Mike’owi w twarz z uśmiechem, ale po chwili wyraźnie spochmurniała. – Nie zostawię Agaty i Bartka. Bez mojej pomocy przyjdą poszukiwacze jak twój kolega i ich zabiją.

- Chciałbym, żebyśmy mogli zabrać ich ze sobą – skłamał Mike. – ...ale wiesz, że to niemożliwe.

- Wiem…- odparła Edyta, z powrotem wtulając się Mike’owi w ramię. – Nie chce myśleć o dniu, w którym stąd odejdziesz. Boję się nawet o tym myśleć.

Mike był już w tym momencie pewien, że dziewczyna go bada. Sprawdza, czy jest jakaś szansa, że chciałby tu pozostać. Tylko jak zareagowałaby, gdyby powiedział sztywne ‘’nie’’. Ciągle był przecież zdany na jej łaskę. Gdyby chciała zatrzymać go siłą, nie dałby rady zbyt wiele zrobić. Postanowił więc nie dawać jej powodów by myślała, że chce teraz stąd uciec jeszcze szybciej. – Jeszcze trochę cię podręczę Edzia! –stwierdził raźno. – Ledwo chodzę, a Aga na razie na pewno nie wypuści mnie stąd.

- No tak - potwierdziła dziewczyna z wyraźnie lepszym humorem.

***

Wyznanie prawdziwych intencji przez Edytę było początkiem kłopotów Mike’a. Podejście dziewczyny do jego osoby stało się bowiem wyjątkowo jednoznaczne. Każda jej wizyta była teraz istnym pokazem wyczytanych w dziesiątkach książek, sposobów na uwiedzenie mężczyzny. Przypadkowe muśnięcia dłoni podczas śniadania, wpatrywanie się w oczy, ciągłe szukanie okazji do kontaktu pod pretekstem zabaw i wygłupów.

Rozmowy, które prowadzili, też zaczynały mieć coraz więcej podtekstów, a sama dziewczyna zaczęła schodzić do piwnicy w coraz bardziej frywolnych strojach. Mike był tym mocno zażenowany, bo chociaż teoretycznie Edyta była już pełnoletnia, dla niego ciągle wyglądała jak dziecko, a nawet jeśli nie wyglądała, tęsknił za Weroniką i nic nie mogło tego zmienić. Najgorsze w tym wszystkim było to, że po licznych rozmowach był już niemal pewien, że dziewczyna nie da mu tak po prostu odejść. Musiał więc znaleźć sposób byt uciec stąd bez jej pomocy.

Chociaż stan jego zdrowia mocno się poprawił i był już w stanie chodzić nawet bez pomocy kuli, nie pokazywał tego Edycie i ciągle udawał rannego. Dzięki temu nie prowokował jej do pilnowania go przez cały czas. Nocami zostawał więc sam, a dziewczyna nie zamykała piwnicy, bo jak sama powiedziała – Zamknięte drzwi bardzo denerwują Agatę. Najprawdopodobniej Heterochromitka dostała zakaz zbliżania się do miejsca w którym przebywał, dlatego był w nim bezpieczny.

Gdy był już w stanie swobodnie się poruszać, nie miał zamiaru zwlekać z ucieczką. Ostatniego dnia planowanego pobytu, wciąż odgrywał swoją rolę najbliższego przyjaciela. Razem z Edytą zjedli wspólne śniadanie, a potem czytali razem ‘’Pierścień i róże”. Przed południem dziewczyna zniknęła by przygotować obiad, a Mike w spokoju zbierał siły do nocnej ucieczki. Po południu, gdy dziewczyna przyszła z kolacją uraczyła go kolejną serią cytatów z książek i na koniec dnia odchodząc, pocałowała z zaskoczenia w usta, To tylko utwierdziło go w przekonaniu, że nie może zwlekać nawet chwili dłużej.

Ponieważ nie miał przy sobie żadnego zegarka, czas odmierzał, licząc w myślach sekundy. Nie było to zbyt dokładne, ale miał pewność, że przynajmniej od wyjścia dziewczyny minęła co najmniej godzina. Gdy w końcu uchylił drzwi od piwnicy, dostrzegł pogrążone w ciemności schody. Skradając się w górę, nie włączył nawet latarki w obawie, że snop światła zdradzi jego plany. Wychodząc w końcu na korytarz, niemal natychmiast usłyszał kroki. Oczywiście spodziewał się tego. W odróżnieniu od Edyty, niewykształceni Agata i Bartek nie sypiali. Odczekał dłuższą chwilę, by upewnić się, że żadne z nich nie idzie w jego kierunku, po czym ruszył dalej.

Dom był spowity mrokiem bo pozbawione księżyca i gwiazd Krańcowskie niebo, nie rzucało nawet najlżejszej łuny. Poruszał się więc właściwie na ślepo. Przyciśnięty plecami do ściany, każdy kolejny krok stawiał bardzo delikatnie, starając się wymacać drogę wyciągniętą stopą, uważając przy tym by nie potrącić jakiegoś mebla. Najgorsze było to, że poza jadalnią i piwnicą nie znał dokładnie rozkładu pomieszczeń. Musiał więc krążyć w nadziei, że trafi przypadkowo na wyjście.

Po kilku minutach ślamazarnej plątaniny, dotarł w końcu przed drzwi spod których do domu wbijał się chłód. Naciskając delikatnie na klamkę, uchylił je i wydostał się na osiedle. Swój sukces postanowił uczcić, pokazując drzwiom środkowy palec, po czym na ślepo ruszył kilkanaście metrów dalej.

Latarkę zapalił dopiero gdy ukrył się za ścianą pobliskiego domu, ale i tak stłumił jej światło za pomocą koszulki. Blask bijący od żarówki był w tej całkowitej ciemności wręcz absurdalnie widoczny.

Wyjście z domu w którym uwięziony był od tak długiego czasu, wywołało w nim istną euforię. Praktycznie czuł już w ustach smak wolności. - Dobra Mike, nie podniecaj się to jeszcze nie koniec…- skarcił się w myślach, bo prawda była taka, że wciąż tkwił w środku osiedla.

Przejście przez Paprykatorium bez jakiejkolwiek osłony twarzy i oczu byłoby a wykonalne. Niestety jego maskę Edyta musiała gdzieś ukryć, bo od momentu, gdy znalazł się w piwnicy, już jej więcej nie widział. Musiał szybko znaleźć jakieś zastępstwo.

Odbiegając jeszcze kawałek od swojego więzienia, trafił na małe podwórko, a w nim na metalowy garaż. Otwierając zamknięte na skobel wejście, ukrył się w jego wnętrzu i zaczął przeszukiwać półki. Na sam początek wymienił swój pseudo nóż na mały podręczny toporek, niestety potem jego szczęśliwa passa się skończyła. Jedyną osłoną na oczy, jaką odnalazł, była para porysowanych okularów bhp, która nijak nie sprawdziłaby się w Paprykatorium. Robiąc sobie siedzisko ze starej puszki po farbie Mike, zastanowił się przez chwilę, czego właściwie powinien szukać. - W garażach będą gogle albo okulary, ale one nie są szczelne…- westchnął patrząc na swoje znalezisko. – Coś szczelnego, coś szczelnego… – powtarzał pukając się palcem w głowę.

Dopiero po dłuższej chwili doznał oświecenia. Potrzebował gogli, ale takich do nurkowania.

Poderwał się natychmiast i wszedł do stojącego obok domu. Budynek nie był zniszczony i miał dość nowoczesne wykończenia. Wchodząc do dziecięcego pokoju, zastanowił się, gdzie sam trzymałby takie gogle. Świecąc latarką po wnętrzu, szybko zlokalizował szufladę na bieliznę, ale nie znalazł w niej choćby kąpielówek. Szybko stwierdził więc, że dawny mieszkaniec nie był raczej typem uczęszczającym na basen. Opuścił więc pomieszczenie i pobiegł w stronę następnego podwórza. W połowie drogi zamarł przez chwilę, bo miał wrażenie, że doszły do niego jakieś hałasy, ale gdy po chwili uważnego nasłuchiwania nie pojawiło się nic niepokojącego, uznał to po prostu za dźwięki dochodzącego z miasta.

Wchodząc do kolejnego domu spojrzał od razu na stojące w sieni zakurzone buty. - Dobra, tu też mieszkały jakieś gówniarze…- stwierdził, świecąc na parę młodzieżowym butów sportowych.

Wchodząc w głąb korytarza, przebiegł przez salon z półotwartą kuchnią i po schodach wbiegł na piętro, gdzie znajdowały się sypialnie. Ignorując tą należącą do dorosłych, wszedł do pokoju zajmowanego zapewne przez mieszane rodzeństwo. Na połowie pokoju znajdowały się plakaty z bohaterami gier, na półkach ustawiona była kolekcja modeli samochodów i komputer. W drugiej części pomieszczenia ściana pomalowana była w słoneczniki, a na łóżku leżał laptop z przyklejonym do niego tęczowym jednorożcem.

Mike przyjrzał się plakatom na ścianie, dostrzegając między nimi Grognora – Wojownika Necromante Chaotycznie Dobrego. \

- O stary! - syknął, widząc bohatera ze swojej ulubionej gry w Starym Świecie. – Tego to sobie nie odpuszczę – stwierdził i za pomocą toporka zaczął odrywać plakat od ściany. Ten za żadne skarby nie chciał się odczepić. – No kurwa co jest! Czym ten jebany gnojek to przykleił! Tak się nie bezcześci plakatów – warknął odcinając niechcący róg.

Po kilku chwilach walki złożony plakat wylądował w spodniach Mike’a, a on sam wrócił do poszukiwania gogli. Po stronie chłopięcej nie znalazł co prawda niczego związanego z pływaniem, ale w szafie dziewczyny dopatrzył się stroju kąpielowego. Ten punkt zaczepienia skłonił go do dokładnego przeszukania wszystkich półek w pokoju. W końcu w jednej z szuflad biurka odnalazł parę różowych gogli. - Siwy byłby ze mnie dumny… - westchnął, zaciągając je na czoło.

Teraz pozostała jeszcze kwestia jakiejś maski. Mike pomyślał, że może udałoby mu się znaleźć jakąś lakierniczą albo malarską. – Dobra, to z powrotem na garaże – stwierdził, kierując się w stronę wyjścia.

Gdy był już przy drzwiach, do jego uszu po raz kolejny dobiegł jakiś hałas. Tym razem był on znacznie bliższy i przypominał ludzką mowę. Zatrzymał się więc natychmiast i wyłączył latarkę. W całkowitej ciemności zbliżył się do drzwi i wyjrzał na zewnątrz.

W głębi osiedla dostrzegł snop światła wędrujący chaotycznie po budynkach. Ktoś z dziwnej rodzinki musiał właśnie urządzać sobie spacer. Przechodząc w ciemności do garażu, skrył się w jego wnętrzu i najciszej jak potrafił, zaczął przeszukiwać stolik z narzędziami. Gdy przeglądał właśnie metalową skrzynię pełną kluczy, do jego uszu dobiegło wołanie Edyty.

- Maciuś! Maciek! Nie chowaj się! Wyjdź chce porozmawiać!

Mike słysząc to przełknął n