Opowieści z Martwego Świata - Historia Pierwszego XXII


Osoba, która przez kilka dni praktycznie nie śpi, zaczyna doświadczać bardzo dziwnych stanów. Wycieńczony organizm robi wszystko by dać sobie chociaż chwilę tak potrzebnego odpoczynku. Człowiek zaczyna na razy tracić świadomość, zapadając w krótkotrwałe drzemki, w czasie których marzenia senne są tak intensywne, że opierają się na skraju halucynacji.

Stan ten Pierwszy znał właściwie od podszewki, bo z bezsennością zmagał się przez całe życie. Nigdy jednak w swojej historii nie doświadczył go tak intensywnie jak teraz. Gdy czuwał na balkonie i jego głowa raz za razem opadała na fotelu, co chwila miał wrażenie, że widzi Grześka, Agnieszkę albo Łukasza. Ciągle słyszał ich głosy dobiegające gdzieś z oddali, lub po prostu odczuwał ich obecność.

- Czemu spoglądasz na mnie z pretensją? – spytała widmowa postać Agnieszki unosząca się po drugiej stronie barierki.

- Bo robiłem wszystko tak jak kazałaś! – prychnął z pretensją Pierwszy. – Narażałem się, pomagałem, wspierałem… I jak to wszystko się skończyło? Znowu jestem sam! Znowu czuję się jak wrak! Jest nawet gorzej niż wcześniej! Bo wcześniej nie wiedziałem, że mogło być lepiej… Wcześniej nie rozumiałem jak bardzo jest mi źle…

- Czyli nie było warto? – spytał Drugi, który pojawił się na miejscu Agnieszki. – Nie było warto chociaż przez chwilę poczuć, że coś dla kogoś znaczysz?

- Tyle lat cierpienia! – krzyknął Pierwszy. – Cholerne trzydzieści lat! Tylko po to żeby dostać parę tygodni i potem cierpieć jeszcze bardziej! Jaki w tym sens?! Jaka w tym logika?! Cholerny świat…

- Ty przynajmniej miałeś tyle! – zawołał z pretensją Szósty. – Ja nigdy nic nie znaczyłem.

- Sam jesteś sobie winien! – odparł mu Pierwszy. – Sam ją wybrałeś! Sam tak zdecydowałeś…

Agnieszka słysząc to popatrzyła na niego z pretensją. – Dobrze wiesz, że nie wybieramy kto stanie się dla nas ważny… - po chwili jej twarz rozpłynęła się, a sylwetka zniknęła w ciemności.

Chociaż postacie ze snów nie mogły zrobić mu krzywdy, Pierwszy bał się jak jeszcze nigdy. Oddałby wszystko by ich nie oglądać… Nie słyszeć… Nie czuć…Gdy zaczynało świtać zrozumiał, że doszedł już do granicy swojej wytrzymałości zarówno fizycznej jak i psychicznej. Schodząc z balkonu pozostawił mary za sobą. Następnie zabrał klucze, pozamykał wszystkie drzwi i okna, a potem w końcu położył się spać.

O dziwo żaden z towarzyszy nie obudził go przez większość dnia. Znaczyło to, że nikt nie odczuwał potrzeby opuszczania domu. Oszczędziło to Pierwszemu przymusu wymyślania powodów dla których lepiej było tego nie robić.

Dopiero przed wieczorem w progu jego pokoju pojawił się Daniel, budząc go głośnym pukaniem. – To jak bracie? Zastanowiliście się nad tym co wczoraj mówiłem?

Półprzytomny Pierwszy przeciągnął się na fotelu. Gdyby miał być szczery powiedziałby, że większość czasu spędził walcząc z marami i propozycja kuzyna była ostatnią rzeczą o jakiej myślał. Zachował to jednak dla siebie. Prawda była taka, że sam nie miał żadnego innego pomysłu. Bez względu na to ile by się nie zastanawiał, musiał zaakceptować, że Kuba mógł być ich jedyną szansą na ocalenie grupy przed całkowitym rozpadem. – Zastanawiałem… - skłamał sennym głosem. – Tylko wciąż nie wiem jak masz zamiar go do tego przekonać? Tak duża odpowiedzialność może go z miejsca wystraszyć...

- Nie doceniacie jego próżności, Bracie. – stwierdził Daniel, a Pierwszy pomyślał, że w kwestii „próżności” jego kuzyn rzeczywiście mógłby uchodzić za eksperta. – Poprosiłem wszystkich żebyśmy spotkali się dzisiaj na kolacji, bo czułem, że możecie potrzebować wypoczynku. W trakcie rozmowy poprzyjcie tylko w razie potrzeby to co powiem, a ego Trzeciego załatwi za nas resztę.

Pierwszy skinął głową przystając na plan Daniela i powoli podniósł się z fotela by zrobić sobie kawy.

***

W ciągu godziny niewielka już grupa zebrała się w kuchni całkiem nieświadoma, że zaproszenie do wspólnego posiłku miało ukryty cel. Daniel zajął się gotowaniem, przygotowując im wyjątkowo obfitą kolacje złożoną z mięsnego sosu na ryżu z dodatkiem ostrej paprykowej pasty i wędzonego boczku z puszki. Nasycenie grupy czymś tak dobrym miało za pewne na celu „zmiękczenie” jej członków i odebranie im chęci do kłótni.

Niemniej Dix natychmiast zauważyła, że ich posiłek jest nieco bardziej „wystawny” niż zazwyczaj i spytała z przekąsem. – Skąd taka rozrzutność? Jeszcze ktoś pomyśli, że świętujesz ucieczkę Szóstego…

Daniel nie dał się zbić z tropu i praktycznie podtykając wszystkim talerze pod nos, odparł – Przyjrzałem się zapasom i nie wystarczą nam już na długo. Do końca tygodnia musimy zacząć szukać czegoś by je uzupełnić. Stwierdziłem więc, że skoro to i tak ostatki to niech chociaż będą smaczne…

Słysząc to nikt nie zaprotestował i wszyscy skupili się na jedzeniu. Pierwszy musiał przyznać, że posiłek był wyjątkowo dobry, chociaż jego kuzyn zmarnował masę składników. Przeliczając to co pływało w sosie, ich nieróbstwo zostało właśnie skrócone o jakieś dwa dni.

Mimo „wykwintnej” kolacji atmosfera przy stole była tak samo ponura jak przez ostatni tydzień. Sprawa z Szóstym niewiele to pogorszyła. Tych ludzi nie dało się bardziej pozbawić nadziei.

Gdy wszyscy kończyli już jedzenie i praktycznie zbierali by rozejść w różne kąty domu, Daniel odchrząknął. – Jakby nie patrzeć należałoby powoli zacząć coś planować.

- Sam mówiłeś, że mamy jeszcze parę dni… - westchnął Czwarty jak zawsze w pełni oddając się prokrastynacji. Ignorując praktycznie to co usłyszał, podniósł się ciągnąc ze sobą Dix.

Daniel nie pozwolił im jednak odejść, bo natychmiast rozwinął temat. – Kuba, jak myślisz? Lepiej będzie czekać aż wypłuczemy się ze wszystkiego? Powinniśmy ryzykować, gdy na tym osiedlu może już nie być nic zdatnego do spożycia?

Mężczyzna przeciągnął dłonią po twarzy. Widać było, że nie jest chętny by brać udział w dyskusji. Mimo wszystko przyznał Danielowi rację. – Jak będziemy głodni, zaczniemy podejmować decyzję pod presją. Ech, tak naprawdę to jedzenia powinniśmy zacząć szukać już parę dni temu…

- I tak, kurwa, aż do śmierci… - wtrącił zirytowany Kamil. – Błysk, szukanie jedzenia, walka z potworami. Błysk, szukanie jedzenia, walka z potworami… Czasem dla odmiany starcie z jakimś ludzkim psycholem.

Daniel popatrzył na niego krytycznie. – A wolisz się poddać? A może chcesz żeby Dix głodowała?

Kuzyn Pierwszego uderzył w dobrą strunę, bo Czwarty ponad wszystko chciał na każdym kroku okazywać swoje oddanie ukochanej. Po tym co usłyszał popatrzył ze wstydem na dziewczynę - Ja nie to chciałem… - spróbował się wytłumaczyć, ale Daniel wszedł mu w słowo.

- Nie jest przecież powiedziane, że będziemy w Krańcowie wiecznie. - stwierdził dość niespodziewanie przez co wszystkim łącznie z Pierwszym aż rozszerzyły się oczy. Nie miał najmniejszego pojęcia, jakiego argumentu jego kuzyn będzie chciał w tym momencie użyć, ale balansował na naprawdę abstrakcyjnej granicy.

- O czym ty mówisz? – spytała natychmiast Dix. – Widziałeś co stało się z… Co spotkało Grześka… - dodała wyraźnie pochmurniejąc. - Jesteśmy tu uwięzieni...

Daniel twardo obstawał jednak przy swoim. – Sprawdziliśmy zaledwie jedno miejsce, czyż nie? Może w innych częściach Krańcowa można przejść spokojnie? Może to działa jak z piwnicami. Niektóre mają w sobie błąd, a inne są całkiem normalne. Jak uważasz Kuba?

Trzeci podrapał się po brodzie. – Rzeczywiście. – stwierdził nagle wyraźnie zaaferowany. – Z góry założyliśmy, że błąd otacza miasto. Ale może mieliśmy tylko pecha? Może w innych częściach Krańcowa da się przejść!

- I tu właśnie dobrze wnioskujesz! – potwierdził Daniel tak jakby to Trzeci pierwszy wysunął tą myśl. – Przypomnę wam tylko, bo może już nie pamiętacie, ale Błysk był dla nas kiedyś tajemnicą. Aż w końcu Kuba opracował Remedium i mogliśmy poznać przynajmniej część rzeczy jaka się za nim kryje… - dodał zaczynając już w pełni swój plan łechtania ego Kuby.

- No wiesz… To była trochę metoda prób i błędów. - wtrącił brodacz siląc się na skromność, ale widać było, że słowa Daniela coraz bardziej do niego uderzały. – Ale fakt. Dość trafnie założyłem jaka może być natura utraty przytomności.

- Bo, Kuba, masz głowę do tych spraw! Za to szacunek. – pochwalił Daniel, zbijając z Trzecim wymuszonego żółwia. - Gdybyśmy od początku słuchali się ciebie, mogłoby być inaczej.

- Mnie? – spytał zszokowany Kuba, patrząc niepewnie na kuzyna Pierwszego.

- Tak, tak. – potwierdził Daniel. - Próbowaliśmy na siłę uciec Krańcowa zamiast je poznać. Tylko ty jeden wiedziałeś, że zanim w ogóle spróbujemy, musimy najpierw zrozumieć to co nas otacza. – tłumaczył dalej dochodząc w tym momencie do apogeum wazeliniarstwa. – Myślę, że gdybyśmy mogli skupić się na rozwiązaniu tajemnic tego wszystkiego, może znaleźlibyśmy sposób na ucieczkę z miasta. Może nawet dali radę ściągnąć Drugiego z powrotem…

W tym momencie Pierwszy chciał się wtrącić oburzony. Waga tego argumentu była bez wątpienia potężna. W oczach zebranych zajarzyła się przez chwilę iskra, której nie widział od dawna. Mimo wszystko uważał, że budowanie fałszywej nadziei na grobie Grzegorza było czymś niegodnym. Nim jednak zdążył się odezwać, Daniel popatrzył na niego porozumiewawczo kręcąc delikatnie głową.

Tymczasem Kuba zagłębił się we własnych przemyśleniach mrucząc pod nosem. – Gdybyśmy tylko poznali naturę tego błędu otaczającego miasto. Drugi trwa w jakimś dziwnym rodzaju zawieszenia, ale jednak wciąż się porusza. Pierwszy zdołał się z nim skontaktować i wydostać, co znaczy, że może byłoby to możliwe...

- Słuchajcie! – zawołał Daniel przerywając Trzeciemu przemyślenia. – Uważam, że w tym momencie najrozsądniej będzie zdać się na Kubę. Wspomóc go w poznawaniu zasad tego świata. Zobaczycie, że w przyszłości wiele dzięki temu zyskamy!

Siódma popatrzyła na Daniela jakby już była przekonana, ale Dix z Kamilem mieli dość niepewne miny. Niespodziewanie chłopak popatrzył w stronę Pierwszego wyraźnie zamyślony. – Pierwszy… - stwierdził z wyraźną zgryzotą. – Dominika uważa cię za człowieka, który potrafi ocenić sytuację na chłodno. Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł?

Pierwszy był w szoku, że Czwarty w ogóle pomyślał o spytaniu go o zdanie. Może chłopak miał w pamięci to, że przez większość czasu był on największym sceptykiem w całej grupie. Co najśmieszniejsze gdyby miał teraz odpowiedzieć szczerze, pewnie zrobiłby to zgodnie z oczekiwaniami Kamila. Kuba nie nadawał się na lidera, nie ufał mu i w normalnych warunkach nigdy nie pozwoliłby mu dowodzić. Zgadzał się jednak z tym co mówił Daniel. Żeby przetrwać potrzebowali celu, a tylko on mógł go im w tym momencie zapewnić. Musiał więc skłamać tak bardzo jak już od dawna mu się nie zdarzyło. – Uważam, że jeśli ktoś ma szansę wyprowadzić nas stąd. Pomóc Grześkowi… To jest to Kuba. – stwierdził tak przekonująco jak tylko potrafił.

Dominika i Kamil ponownie spojrzeli na siebie, dziewczyna przymknęła oczy i westchnęła. – Dobrze. Działaliśmy jako drużyna. Nie widzę powodu by przestać. To co robimy na początek?

Kuba rozejrzał się po zgromadzonych zupełnie zmieniony. Z jego twarz biło jakieś dziwne zadowolenie. Jakby w końcu zyskał status na jaki uważał, że od dawna zasługuje. Niemal natychmiast zaczął rozwijać swoje plany. – Dobrze! Na początek, co was nie zdziwi, musimy zgromadzić znaczne zapasy. Takie, które pozwolą nam przez jakiś czas nie martwić się o ich uzupełnianie. Dzięki temu będziemy mieli większą swobodę żeby móc zająć się badaniem…

Pierwszy nie słuchał go jednak spoglądając na Daniela. Kuzyn patrzył na niego znacząco i skinął nieznacznie głową, dając znak, że ich mała intryga właśnie odniosła sukces.

***

Pierwszy musiał przyznać, że plan Daniela okazał się niemałym sukcesem. Przejęcie władzy przez Trzeciego zaczęło bowiem wyrywać grupę z marazmu. Najśmieszniejsze było to, że Kuba pompowany przez kuzyna Pierwszego sam zaczął wierzyć, że jest jedyną nadzieją nie tylko Pierwszej Grupy, ale również Drugiego i wszystkich innych żyjących w mieście. Energia, którą zaczął dzięki temu tryskać, mimowolnie zaraziła Kamila i Dix. Para z początku bardzo sceptyczna, szybko zaangażowała się w pełni wspierając całe przedsięwzięcie.

Swoje działania Grupa zaczęła od zmiany miejsca pobytu. Kuba nie chciał co prawda oddalać się od granicy, ale sam przyznał, że wyszabrowane do granic możliwości osiedle nie było dla nich w żaden sposób atrakcyjne. Pierwszy wspierał go w tym w pełni, bo jako jedyny świadomy był jeszcze jednego zagrożenia związanego z tym miejscem, czyli kanibali.

W końcu Grupa zdecydowała zadekować się w pobliskiej szkole podstawowej. Budynek mimo, że ogromny można było dość łatwo zabezpieczyć. Znajdował się on bowiem na terenie starego pałacyku i wiele z jego cech sprawiało, że był wręcz idealnym miejscem do obrony. Przede wszystkim stał on na ogromnym podpiwniczeniu. Okna, które doświetlały podziemną szatnię, były właściwie niewielkimi świetlikami. Zmieścić się w nich mogło co najwyżej dziecko albo osoba skrajnie wychudzona. Nawet wtedy wpadła by jednak ona do zamkniętych pomieszczeń z których ciężko byłoby się wydostać. Z kolei okna, które prowadziły do klas lekcyjnych były już na tyle wysoko, że szturmować je można było wyłącznie z drabiną. Nawet gdyby ktoś się tam dostał to Grupa znalazła w pokoju nauczycielskim komplet kluczy do całego budynku. Wszystkie klasy zamknęli więc szczelnie, zostawiając sobie tylko kilka pomieszczeń na najwyższym piętrze. Dodatkowo drzwi szkoły były w zasadzie starymi kutymi podwójnymi wrotami, które można było sforsować tylko z użyciem tarana. Proste wejście na dach dawało z kolei możliwość obserwowania sporej okolicy.

Mając do dyspozycji nową bazę rozpoczęli kolejną część planu, czyli maksymalne uzupełnienie zapasów. Ich grupa liczyła już w tym momencie tylko sześć osób, ale i tak żywność ubywała w zastraszającym tempie. Kuba stwierdził, że tego muszą szukać w miejscach mniej oczywistych i przeważnie takich na które nikt nie zwraca uwagi. Za cel obrali więc małą chińską knajpkę, która znajdowała się niedaleko stacji. Miejsce sprawiło okropne pierwsze wrażenie, bo już z zewnątrz odstraszało zapachem gnijącego mięsa. Gdy jednak przeszukali je dokładnie to w spiżarni znaleźli kilka przemysłowych worków ryżu. To zrzuciło z nich nieco ciężaru, bo chociaż „ryżowa” dieta nie była zbyt smaczna, odsunęła wizję głodówki. Wodę uzupełniali z kolei ze studni stojącej na działce niedaleko szkoły. Oczywiście gdy tylko była okazja, każdy rozglądał się za urozmaiceniem dla ich prymitywnej diety, ale to szybko zostało zmarginalizowane na rzecz eksperymentów jakie wymyślał Kuba.

Na początek gromada zaczęła wyszukiwać Gospodarzy. Tych mniej rozumnych pętano i podprowadzono pod różne części graniczne miasta. Następnie potwory wpychano do strefy zamarcia i próbowano różnych metod ściągnięcia ich z powrotem. Gdy to spaliło na panewce, grupa zaczęła wyszukiwać różnych Błędów w mieście i sprawdzać jak oddziałują one na siebie oraz bezpośrednio na błąd przy granicy. Potem przyszedł czas na poważniejsze testy. Członkowie grupy śledzili i opisywali zachowania i sposoby działania różnych potworów, w tym Delimerów.

Chociaż dzięki temu dowiedzieli się wielu interesujących rzeczy oraz powiązań istniejących w Nowym Świecie, Kuba nie był zadowolony. Po głowie chodziło mu już coś znacznie większego niż uganianie się za potworami. Pewnego dnia zebrał ich wszystkich w klasie gdzie zazwyczaj omawiali wyniki „eksperymentów”.

Tablica w pomieszczeniu pełna była różnych zależności i wniosków, które udało im się w ostatnim czasie ustalić. W żaden sposób niesatysfakcjonowały one jednak Kuby, bo gdy rozsiadali się w ławkach patrzył na nie jak nauczyciel matematyki krytycznie oceniający zadanie napisane przez ucznia. - Nie mogę powiedzieć żebyśmy zrobili znaczący krok naprzód. – stwierdził z przekąsem. – Ustaliliśmy wiele ciekawych rzeczy, sprawdziliśmy kilka teorii... Ale nie posunęliśmy się w żaden znaczący sposób do przodu. Tajemnica miasta ciągle nie jest rozwiązana...

- Co ty nie powiesz… - prychnął Kamil, który najwidoczniej zmęczył się już bezowocnymi, w swoim mniemaniu, eksperymentami.

Dix była jednak mniej krytyczna i bardziej cierpliwa, bo sprostowała wypowiedź swojego chłopaka. - On chciał przez to powiedzieć, że trochę błądzimy po omacku. Sporo ryzykujemy, a jak dotąd nie trafiamy na nic sensownego.

Kuba niespodziewanie skinął głową jakby zgadzał się ze słowami dziewczyny. – Dlatego musimy zmienić w końcu podejście i nasze metody. – stwierdził odwracając się w ich stronę - Postanowiłem w końcu podzielić się z wami pewną tajemnicą. - dodał wyjątkowo podekscytowanym głosem.

- Jesteś gejem? – spytała Siódma siląc się na żart, a Daniel parsknął śmiechem.

Kuba zmarszczył czoło. – Nie… Nie jestem. – odpowiedział śmiertelnie poważny. – Po prostu odkryłem w sobie coś co może zmienić to jak patrzymy na pewne sprawy…

- Czyli jednak jesteś gejem? – dopytała Siódma, a Kuba wyglądał już na naprawdę wściekłego.

- Dasz mi proszę skończyć?! – ryknął, a dziewczyna wzniosła oczy do góry jakby nie widziała powodu do złości. – Otóż… - kontynuował Kuba. – Jakiś czas temu, a dokładnie w trakcie naszej pierwszej ucieczki, nabyłem pewną niezwykłą zdolność. - Tu, robiąc dramatyczną pauzę, nabrał powietrza i powiedział coś czego nikt by się nie spodziewał. - Nauczyłem się wyczuwać błędy! A nawet mam na nie ograniczony wpływ dzięki mojej sile woli…

Słysząc to wszyscy popatrzyli na Trzeciego jak na wariata. Chyba solidarnie uznali, że ich obecny lider musiał nie podźwignąć presji i po prostu pękł. Pierwszy chciał już powiedzieć, że może mężczyzna powinien trochę odpocząć, ale ubiegł go Kamil.

- O, kurwa! – zawołał jako pierwszy wyrywając się z szoku. – Kuba, na pewno dobrze się czujesz?

Daniel dodał po chwili. – Przeważnie stoję za wszystkim co postanowisz, ale takie deklaracje są dla mnie trochę... Niepokojące…

- Czyli jednak jest gejem… - skwitowała na koniec Siódma.

Pierwszy myślał, że ten brak wiary wyprowadzi Kubę z równowagi. Jak się jednak okazało mężczyzna przewidział podobną reakcję. – Spodziewałem się, że możecie być sceptyczni. Dlatego pozwolę sobie na mały pokaz… - mówiąc to mężczyzna podszedł do jednej z szafek w których gromadzili różne dziwactwa znalezione w mieście. Z zapchanej półki wyciągnął ogromny słoik, w którym znajdował się kamień trakcyjny. Kładąc szklany pojemnik na biurko, odkręcił wieczko po czym rozkazał. – Odsuńcie się! To nie jest tak, że do końca będę w stanie to kontrolować.

Ludzie popatrzyli po sobie. Po ich twarzach widać było, że nie spodziewają się jakichkolwiek „efektów” tego pokazu. Niemniej, ponaglani wzrokiem Kuby, wszyscy przeszli w końcu na koniec klasy.

Po chwili sytuacja zaczęła robić się jeszcze bardziej absurdalna. Kuba odsunął się nieco od słoika, a potem wyciągnął rękę jakby był jakimś telepatą. Mężczyzna marszczył czoło, a żyła na jego skroni zaczęła pulsować jakby strasznie się na czymś skupiał. Trwało to dobre pięć minut, w trakcie których grupa zaczęła coraz bardziej tracić wiarę w swojego nowego przywódcę. Dix popatrzyła się znacząco na Kamila, który popukał się skrycie w czoło. Siódma nie wytrzymała i w końcu parsknęła śmiechem, a stojący obok niej Daniel załamał się przekonany, że oddał władzę nad ich grupą w ręce wariata. Nawet Pierwszy, który próbował wierzyć, że ktoś tak poważny jak Kuba w życiu nie naraziłby się na pośmiewisko, był już przekonany, że zaraz usłyszą coś w stylu. - Nie wiem o co chodzi... Jak was nie ma to mi się udaje...

I wtedy stało się coś niewyobrażalnego.

Kamień wystrzelił niekontrolowaną błyskawicę, którą niczym piorun kulisty wpadła wprost w jedną z rąk Kuby. Mężczyzna utrzymywał ładunek, a potem przerzucił go do drugiej ręki jak ciężką kule z metalu. Zrobił tak kilka razy, aż w końcu spróbował cisnąć plazmą z powrotem do słoika. Wtedy za pewne coś poszło nie tak, bo ogromna błyskawica rąbnęła w naczynie roztrzaskując je na kawałki, a piorun spalił biurko i kawałek podłogi rozchodząc się w końcu po drewnianym parkiecie.

Na widok tego nieprawdopodobnego zjawiska wszystkim odjęło mowę. Kuba widząc ich miny uśmiechnął się triumfalnie. – Teraz już wiedziecie o co mi chodzi?

- Kurwa! Jak? – zawołał Czwarty podbiegając do spalonych fragmentów podłogi. Chłopak przyklęknął przy nich i przeciągnął ręką jakby wszystko miało się okazać tylko jakimś trikiem.

Pozostali wciąż stali w miejscu zerkając to na kamień to na Kubę. Nagle Pierwszego przeszła jakaś dziwna myśl. Już od dłuższego czasu podejrzewał, że Trzeci coś ukrywa, ale nigdy nie spodziewał się czegoś takiego.

- Wow! – zawołał Daniel wyrywając Pierwszego z zamyślenia. – Muszę przyznać Kuba, że to był niesamowity pokaz! Czy grzechem byłoby spytać jak to właściwie zrobiłeś?

- Trudno mi powiedzieć! – westchnął Trzeci drapiąc się skromnie po tyle głowy. – Przychodzi to po prostu samo, ale gdy już się dzieje to jak mówiłem, jestem w stanie wyczuwać błędy…

Siódma spojrzała teraz na niego w taki sposób w jaki nigdy nie popatrzyła nawet w stronę Daniela. – Cholera, jesteś jak jakiś superbohater! Pokaż coś jeszcze! – zażądała wlepiając w niego oczy pełne podziwu.

Kuba pokręcił jednak głową. – Trochę mi do tego bohatera brakuje. No i to nie działa tak bardzo na zawołanie. Nawet nie wiecie ile mnie kosztował ten pokaz…

- Ale jednak ci się udało. – stwierdziła Dix. – Czyli masz nad tym „jakąś” kontrolę.

Pierwszy nie przyłączył się do ogólnego podniecenia jakie zapanowało po demonstracji Trzeciego. W głowie huczało mu zdanie o „wyczuwaniu” błędów. Natychmiast pomyślał o sytuacji jaka miała miejsce gdy uciekali z miasta. - Szkoda, że nie wyczułeś błędu przy strefie granicznej… - wyrzucił w końcu nie potrafiąc zachować tego dla siebie, a inni popatrzyli na niego zszokowani.

Wszyscy myśleli, że Kuba się wścieknie, ale on zamiast tego opuścił głowę. - Nie wyczułem. – westchnął tłumacząc się po chwili. - Nie byłem w stanie. Tuż obok nas jest prawdziwe apogeum błędów. Epatuje ono swoją mocą tak silnie, że byłem w stanie odczuwać jego wpływ w praktycznie całym mieście. Gdy tylko się zbliżyliśmy, przyćmiło ono wszystko inne. Zupełnie jakby całe źródło błędów Krańcowa znajdowało się w tym miejscu…

- Źródło błędów? Gdzie? – dopytała Dix.

- W Zakładach Chemicznych! – stwierdził Kuba.- Jakby nie patrzeć już od dawna podejrzewaliśmy, że niewykształceni przychodzą właśnie stamtąd. Zrobiłem ten mały pokaz, by was przekonać, że warto zaryzykować i sprawdzić co się tam kryje.

Pierwszy, gdy to usłyszał poczuł jak przechodzi go dreszcz. Ten pomysł był tak samo szalony jak idiotyczny. Nawet bez posiadania „magicznych” zdolności Kuby, to miejsce emanowało po prostu złowrogą aurą. Pełno tam było niewykształconych. Sama fabryka od lat niekonserwowana i wypełniona chemikaliami była po prostu niebezpieczna. Nie mówiąc już o tym, że skoro Trzeci uważał je za „źródło” błędów Krańcowa, to przecież spacerowanie tam nawet bez spotkania z potworami, nie mogło skończyć się dobrze.

Niemniej ich obecny lider już zdecydował. Na samo wspomnienie zakładów, mężczyzna wydawał się dziwnie pobudzony, co strasznie gryzło się Pierwszemu z jego „tchórzliwą” naturą. Miał wrażenie, że musi on ukrywać coś więcej niż tylko sztuczkę z piorunem albo wyczuwanie błędów. Kto jak kto, ale Trzeci na pewno nie wpakowałby się w takie miejsce, nie mając pewności, że będzie bezpieczny. Po chwili przypomniał sobie jednak jeszcze jedną dziwną sytuację. Kuba przedostał się przecież w nocy przez miasto po ich pierwszej nie udanej próbie ucieczki. Wtedy był praktycznie bezbronny, a Krańcowo pełne było potworów. Nikt nigdy nie rozgryzł jak właściwie mu się to udało, a pytany o szczegóły brodacz twierdził, że miał po prostu trochę szczęścia. To jednak było zdecydowanie za dużo jak na zwykłą przychylność losu. Pierwszy miał cichą nadzieję, że decyzja Trzeciego spotka się z oporem, ale niespodziewanie Kamil spytał. – I naprawdę myślisz, że tam mogą kryć się jakieś odpowiedzi?

- Może nie bezpośrednio. – odparł Kuba. – Ale uważam, że jeśli gdziekolwiek możemy dowiedzieć się czegoś więcej to tylko tam.

Dix rozejrzała się nie pewnie po zgromadzonych. – No dobrze, ale co nam po odpowiedziach jeśli zginiemy?

Pierwszy odetchnął, że przynajmniej jedna osoba zabłysnęła rozsądkiem i gotów był już ją poprzeć, ale ubiegł go Daniel.

- Oczywiście, że nie musimy tam iść. Możemy dalej wypychać Gospodarzy za granice miasta albo machać przed Delimerami płachtą żeby sprawdzić kiedy zareagują. - stwierdził zarzucając wyraźną kpiną. – Ja jednak jestem za próbą uzyskania konkretniejszych odpowiedzi i jestem gotów dla nich zaryzykować.

- Poza tym! – zawołała Siódma doskakując do Trzeciego. – Mamy teraz z nami piorunorękiego! – stwierdziła chwytając go za nadgarstek i demonstrując jego otwartą dłoń.

Pierwszy pomyślał już, że dziewczyna znalazła właśnie kolejny obiekt do adoracji. Był nawet pewien, że Daniel zaraz okaże swoją zazdrość, ale mężczyzna wydawał się zupełnie nieprzejęty. Najwidoczniej myśl o Zakładach Chemicznych utkwiła mu w głowie, bo marszcząc czoło zaczął krążyć po pustej klasie.

Decyzja została już podjęta, więc Pierwszy stwierdził, że jego protesty i tak na niewiele by się zdały. Zamiast tego spróbował chociaż nieco ostudzić zapędy grupy. – Posłuchajcie. Skoro już mamy tam iść to przygotujmy się do tego jak należy. Sprawdźmy broń, amunicję, poobserwujmy najpierw teren…

Trzeci słysząc to skinął głową. – Dobrze mówisz. To nie jest miejsce gdzie możemy pozwolić sobie wejść na hura! Od jutra będziemy obserwować Zakłady i sprawdzimy każdy szczegół, zanim zdecydujemy się tam wejść.

- Wolałbym, żebyśmy się nie zdecydowali… - pomyślał Pierwszy, ale reszta przystała już na pomysł.

***

Krańcowskie Zakłady Chemiczne, a właściwie Zakłady Chemiczne w Krańcowie im. Władysława Gomułki (Mimo upadku PRL taki napis ciągle znajdował się na wielu tablicach pamiątkowych rozmieszczonych po terenie placówki), były ostatnim ciągle gorejącym piętnem komuny w tym niegdyś przemysłowym mieście.

Jakimś cudem był to jedyny zakład, któremu udało się uniknąć losu innych fabryk jakimi stało niegdyś Krańcowo? O dziwo, był to przebłysk rozsądku samych polityków, którzy zdawali sobie sprawę, że bez tego molochu dającego prace większości mieszkańców, miasto po prostu umrze.

Sprywatyzowane zakłady poddano więc częściowej modernizacji, przestawiając produkcję na sektory, które miały chociaż minimalne szanse konkurować z zachodnimi odpowiednikami. A robiły to głównie swoją niską ceną. Tanie płyny samochodowe, budżetowe rozpuszczalniki, kleje czy choćby wybielacze zalewały dolne półki w marketach, zapewniając fabryce mizerne przychody. Nikt jednak nie ukrywał, że to miejsce nie istniało po to by przynosić sensowny zysk, lecz po to by ludzie mieli w Krańcowie pracę. Niestety z tego zadania fabryka też nie wywiązywała się najlepiej.

Często stojąc na granicy bankructwa, zarząd ZCwK wyciągał ręce do władz miejskich i państwowych, grożąc zamknięciem produkcji i zalaniem Krańcowa bezrobotnymi. Pozbawieni pracy mieszkańcy zaczęli by szukać swojej szansy w stolicy, psując tamtejszy rynek, a do tego nikt nie chciał dopuścić. Szantażowana władza nie miała wyboru i ładowała w ten nierentowny zakład kolejne okrągłe sumy ratując go przed upadkiem.

Zakłady Chemiczne były więc jak samo Krańcowo, pełne kontrastów i mieszania się przeszłości z teraźniejszością. I tak nowoczesny biurowiec z pięknym neonowym napisem Z.C.K., sąsiadował z pospawaną byle jak bramą dla pracowników, gdzie na błękitnej farbie ciągle widać było odciśnięte personalia niezbyt popularnego pierwszego sekretarza. Z wyłożonego kostką parkingu oświetlonego stylowymi lampami, pracownicy przechodzili do przedwojennego ceglanego budynku na ścianach którego widoczne były typowo PRL-owskie plakaty zachęcające do zachowania trzeźwości w pracy. Pod magazynem gotowego produktu codziennie ustawiały się prawie nowe cysterny i kontenerowce szwedzkiej produkcji, a ledwie parę metrów dalej węgiel i ciężkie zbiorniki z chemią rozwoziła radziecka lokomotywa nazywana potocznie w latach osiemdziesiątych „Gagarinem”.

Nie dało się jednak nie zauważyć, że dla mieszkańców Krańcowa, zakłady chemiczne były czymś wyjątkowym. Tutaj zaczynali swoją karierę absolwenci pobliskich szkół, którym brakowało jeszcze doświadczenia by próbować sił w stolicy. W ich murach wielu starszych mieszkańców spędziło swoją młodość. Kominy fabryki górowały zaś nad miastem wpisując się na stałe w jego panoramę.

O dziwo dla ludzi, którzy pojawili się po Błysku, Zakłady Chemiczne były miejscem równie wyjątkowym, chociaż nie w tak pozytywnym względzie…

Niewiele osób żyjących w Nowym Świecie miało możliwość spojrzenia na Krańcowo w szerszej perspektywie. Miasto to wyhodowało licznych użytkowników Pierwotnej Woli, ale na palcach można było zliczyć tych naprawdę potężnych. Prawdziwym odsetkiem wśród nich byli zaś „oderwani od ciała”. „Ludzie” tacy jak Smutny mieli możliwość dostrzegania rzeczy, które wymykały się ludzkiej percepcji. Mogli oni na przykład zobaczyć miejsce scalenia Krańcowa.

Gdy większość świata zakończyła swoje istnienie, a malutkie kawałki ocalałej rzeczywistości zaczęły łączyć się w plamy istnienia, pierwszym fragmentem jaki pojawił się w Krańcowie były właśnie Zakłady Chemiczne. Miejsce to przyrównać można było do rysunku, który podarty na strzępy ktoś próbował ponownie złączyć w jedną całość. Brakujące fragmenty zaś wypełniał czym tylko popadło by za wszelką cenę nie pozostawić między nimi żadnej pustki. I tak rzeczywistość wypełniła pustkę błędami.

Dlatego Zakłady Chemiczne tak wyróżniały się na terenie miasta od początku Nowego Świata. Przez bardzo długi czas było to miejsce największego zagęszczenia błędów w całym Krańcowie. Sytuację tę zmieniło dopiero połączenie się miasta z Zarzeczem. Wtedy Zakłady Chemiczne nieco przycichły, a spora część błędów, które rozdzierały ich teren zniknęła. Niemniej nigdy nie można było powiedzieć, że miejsce to było bezpieczne.

Jako punkt, w którym, w czasie Błysku, pojawiali się niewykształceni, teren ten zawsze wypełniony był wszelkiej maści potworami i z tego względu omijany przez wszystkich mieszkańców Nowego Świata.

Zakłady Chemiczne stały się również miejscem narodzin jednego z najbardziej niezwykłych niewykształconych jaki pojawił się w całym Martwym Świecie – Delimera. Potwory te występowały bowiem wyłącznie w Krańcowie, a powodem ich zrodzenia była pewna niezwykła obietnica.

Na długo przed pojawieniem się Pierwszego, gdy pokolenie 30 – 40 dopiero zaczynało swoje istnienie, seria Błysków wyrzuciła pewną specyficzną gromadę będącą ostatnim śladem pokolenia 50 – „mechaników czerwonej zmiany”, nazywanej również zmianą nocną. Mężczyźni wchodzący w jej skład znali się właściwie od dziecka. Naukę kończyli w tej samej szkole podstawowej i technikum. Pracowali większą część życia w maszynowni zakładów chemicznych, a ich rodziny spędzały wspólne wakacje na pracowniczych koloniach.

Grupa ta pod dowództwem mistrza maszyn Jacka Dobrogosta, była w ówczesnym czasie odpowiednikiem Autobusu do Wolności. Gromadzili oni nowo przybyłych, wprowadzali ich do koszmaru Nowego Świata i o dziwo aktywnie walczyli z niewykształconymi. Niestety, Jacek Dobrogost zginął w końcu w trakcie jednej z potyczek, a jego miejsce zajął starszy mechanik Michał Gołąb.

Po niedługim czasie gromada natknęła się na swojego dawnego dowódcę, który przemieniony w niewykształconego zaatakował towarzyszy. Ci zszokowani jego widokiem nie byli w stanie się bronić, przez co ciężko ranny został spawacz Kamil Zawada. Mężczyzna zmarł w niedługim czasie, a sytuacja związana z jego śmiercią skłoniła gromadę do pewnej decyzji. Zauważyli oni, że przemieniony w potwora Jacek rozpoznał ich w pewnym momencie i zaniechał dalszej walki. Uznali więc, że ludzie którzy „powracają” posiadają część dawnej pamięci. By nigdy nie doszło już do, jak to określili, bratobójczej walki, zdecydowali się oni każdego dnia składać pewne ślubowanie. I tak codziennie o godzinie osiemnastej, która w Starym Świecie rozpoczynała nocną zmianę, stawali oni nad grobem Jacka i Kamila przysięgając, że choćby zmienili się w najgorsze bestie nigdy nie zapomną kim byli i ręki na swoich dawnych kompanów nie podniosą.

Ten z pozoru mało sensowny ceremoniał przyniósł niespodziewany efekt. Członkowie czerwonej zmiany, którzy zginęli i powrócili jako niewykształceni nie stawali się czymś co można by uznać za typowego potwora. Posiadali oni jedną z najwyższych świadomości jaką można było wyłapać wśród powracających po śmierci ludzi. Wbrew swojej naturze, zamiast szukać ofiar ukrywali się oni w różnych odległych punktach miasta i toczyli niekończącą się walkę z potworną przemianą. Na widok ludzi zamiast rzucać się do bezsensownego ataku, często starali się ich odstraszyć albo ostrzec. Niezwykłą ciekawostką jest to, że niewykształceni ci musieli w dużej mierze zdawać sobie sprawę jaki rodzaj potwora się w nich kryje. Gdy na przemienionego trafiała grupa ludzi, bardzo często sugerował on wyraźnie, że tylko „jeden” z nich będzie w prawdziwym niebezpieczeństwie. Niestety, większość ludzi nie odstępowała po ostrzeżeniach i widząc niewykształconego, który nie do końca chciał walczyć, szybko pozbawiała go życia. Nie wiedząc nawet, że w ten sposób tylko dopełnia jego przemiany. Dopiero po „pozornej” śmierci niewykształcony zrodzony z dawnego bractwa mechaników, ukazuje swoje drugie oblicze, przemieniając się w pełnoprawnego Delimera.

Tu wspomnieć można jeszcze o jednym interesującym fakcie. Chociaż w opinii weteranów Delimery są istotami przerażającymi i morderczymi, ta opinia staje niejako w sprzeczności z ich naturą. Sam niewykształcony pozostawiony w spokoju nieszczególnie kwapi się by „naznaczać” ludzi. Nawet, gdy wybierze on już swoją ofiarę to jego pościg jest po prostu komiczny. Każdy kto widział rozwścieczonego Delimera wie, że w stosunku do swojej masy potrafią być naprawdę zwinne i szybkie. Tymczasem podążając za swoim naznaczonym zdają się właściwie sunąć po ziemi ślimaczym tempem. Do tego powszechne jest przekonanie, że gdy Delimer zbliża się do swojej ofiary zaczyna poruszać się jeszcze wolniej, czasem nawet całkiem się zatrzymując. Zupełnie jakby chciał dać jej czas na ucieczkę.

To może sugerować, że gdzieś w środku ciągle walczy z nim świadomość dawnego mechanika.

***

Pierwsza Grupa obserwowała Zakłady Chemiczne przez okrągły tydzień. Parami pełnili swoiste dyżury biorąc na cel obserwacji każdy większy budynek, skład czy magazyn. Dzięki temu udało im się sporządzić dość szczegółową mapę zewnętrznego terenu mimo, że nikt z nich nie był w Starym Świecie pracownikiem tego miejsca. Niestety, wnętrza poszczególnych budynków wciąż pozostawały dla nich tajemnicą.

Nie przerwało to jednak przygotowań.

W czasie obserwacji udało im się wyznaczyć trasę jaką poruszają się Delimery i znaleźć bezpieczny punkt w pobliżu kotłowni, przez który mogli dostać się na teren Zakładów nie drażniąc żadnego z nich. Niestety, Kuba nie był w stanie określić, w którym dokładnie punkcie fabryki kumulują się błędy. Założyli więc, że będą musieli sprawdzić większość stojących tam obiektów.

Grupa wciąż posiadała dość amunicji by każdy mógł nieść coś w zapasie, ale walka z niewykształconymi na większa skalę szybko by ich rozbroiła. Nie mówiąc już o tym, że odgłosy wystrzałów mogły przyciągać co raz więcej potworów. Dlatego oprócz broni każdy zorganizował sobie jeszcze po małej siekierze, by mogli w razie potrzeby zabić kilku niewykształconych bez zbędnego hałasu. Dodatkowo na osiedlu udało im się odnaleźć i przywrócić do działania starego poloneza-trucka. Auto miało pozwolić im na szybką ucieczkę gdyby doszło do jakichś nieprzewidzianych okoliczności.

By przygotowania nie przeciągały się w nieskończoność, Trzeci wyznaczył ostateczny dzień wyprawy, który nieubłaganie nadszedł.

Poranek przed wymarszem był chyba najbardziej nerwowym dniem jaki przeżywali od zniknięcia Szóstego. Znowu nikt ze sobą nie rozmawiał. Wszyscy sprawdzali broń i sprzęt, przekładali wyposażenie by łatwiej było się z nim poruszać, doglądali samochód, układali zapasy.

Pierwszego najbardziej przerażało nie to co mogą zastać w Zakładach Chemicznych, ale co się stanie jeśli nie znajdą tam odpowiedzi której szukali. Czy wtedy Dix i Kamil stracą do Kuby zaufanie? Zdecydują się odejść? Czy gdyby tak się stało, Trzeci zostanie z nimi? Czy spróbuje znaleźć sobie miejsce tak jak to zrobili Ósmy i Dziewiąty? Myśl o podróżowaniu we troje z Danielem i Siódmą, napawała go przerażeniem.

W końcu, gdy wszyscy byli już gotowi, Trzeci dał znak i gromada wyszła zająć miejsca w samochodzie. Truck miał tylko trzy siedzenia, więc Kamil, Daniel i Trzeci rozsiedli się na krypie. Dziewczyny razem z Pierwszym, który zwykle robił za kierowcę, usiadły w szoferce.

Truck wytoczył się powoli zza budynku szkoły i ruszył w kierunku górujących nad miastem kominów. Pierwszy starał się trzymać silnik na jak najniższych obrotach żeby robić jak najmniej hałasu. Niestety PRL-owska myśl motoryzacyjna, niewiele robiła sobie z jego starań, bo auto było tak głośne, że można je było usłyszeć z co najmniej dwóch przecznic. Niemniej pod same zakłady dojechali praktycznie bez problemowo.

Tam, zamiast na główną drogę do jednego z wjazdów, skręcili w dziką dróżkę, która biegła przy płocie. Była ona, o zgrozo, wydeptana przez wędkarzy, którzy z jakiegoś powodu upodobali sobie łowienie ryb tuż za placówką. Pierwszy, chociaż nie znał się na wędkarstwie, miał jakieś przeświadczenie, że zarzucanie wędki za Zakładami Chemicznymi nie mogło być dobrym pomysłem.

Dzika droga bardzo szybko zrobiła się za wąska dla ich pojazdu. Ukryli więc Poloneza w wyschniętych krzakach i ruszyli cichaczem wzdłuż płotu.

W oddali górował nad nimi dość wąski, ale za to bardzo wysoki budynek ciepłowni, przy którym rozsypane były ogromne hałdy węgla. Wielki taśmowy przenośnik biegł do jego szczytu wbity głęboko w jedną z hałd. Na taśmie wciąż pełno było węgla, jakby maszyna została zatrzymana tylko na popołudniową przerwę. Zarówno taśma jak i budynek były praktycznie w tym samym żółto-brązowym kolorze. Pierwszy miał niemal pewność, że nie była to farba tylko bród jaki przez lata gromadził się na fasadzie i przenośniku.

Grupa skryła się w cieniu ciepłowni, a Daniel wyciągnął z plecaka nożyce by zrobić dziurę w płocie. Po chwili byli już na placu, a tam zaskoczył ich hałas jaki panował na terenie zakładu. Szum, brzdęki metalu, dziwne bulgotanie, zupełnie jakby miejsce wciąż prosperowało. Brakowało tylko dymu unoszącego się z kominów.

Tuż nad ich głowami przechodziła plątanina ogromnych srebrnych rur, którymi doprowadzano pod ciśnieniem parę do innych części fabryki. Pomiędzy hałdami widać było końcówkę linii kolejowej, którą zapewne dostarczano na miejsce węgiel.

- I co? Czujesz coś? – spytała natychmiast Dix patrząc na Kubę, który rozglądał się po okolicy.

Kuba przyglądając się przez chwilę jak biegną rury pokręcił głowa. – Jeszcze się nie odpaliło. Musimy iść dalej… - stwierdził chcąc skierować się w stronę głównej fabryki.

Zatrzymała go jednak wołanie Siódmej, która stanęła nad jakąś dziwną czarną plamą między stosami węgla. Nie była to po prostu plama smaru ani oleju. Była tak ciemna, że zdawała się pochłaniać światło. – Jak myślicie? Co to jest? - spytała zaaferowana.

- Pewnie coś wyciekło z tych rur… - ocenił lekceważąco Daniel nim Kuba zdążył się zbliżyć.

Nieprzekonana dziewczyna zrobiła najgłupszą rzecz jaką można było w tym miejscu i umaczała w substancji czubek buta. Trzeci, który spojrzał przelotnie na plamę, stwierdził o sekundę za późno. – Lepiej tego nie ruszać. Chodźmy dalej!

Grupa odwróciła się w stronę głównego budynku, gdy Siódma ponownie zawołała. – Hej! Poczekajcie! Ja… Ja nie mogę oderwać nogi…

Czwarty popatrzył na nią zirytowany. – Kurwa! Sara, to nie miejsce na takie głupoty…

- Mówię poważnie… - powiedziała coraz bardziej przestraszona dziewczyna. - Jakby moja noga utknęła.

Kamil uniósł oczy do góry i podchodząc do Siódmej chwycił ją w pasie, jakby chciał usilnie udowodnić, że dziewczyna tylko się wygłupia. Mocnym szarpnięciem pociągnął dziewczynę do tyłu, ale ta wrzasnęła tylko nie odrywając stopy od ziemi. – AŁA! PRZESTAŃ DEBILU! Mówiłam ci, że ugrzęzłam!

- Nie krzyczcie tak! – zganił ich Pierwszy i zbliżył się do towarzyszki.

Łapiąc oburącz za górną część wojskowego buta, pociągnął z całej siły, ale noga Siódmej ani drgnęła. – Jakby była w betonowana… - wyszeptał zaskoczony.

- Mówiłam! – krzyknęła Siódma. – Z tą plamą jest coś nie tak!

- To po cholerę wsadzałaś tam nogę! – warknął na nią Czwarty.

Trzeci przyklęknął w tym czasie obok Pierwszego. – To nie jest żadna smoła ani lepik, prawda?

- Zamoczyła tylko czubek buta. – odparł Pierwszy. – Gdyby to było coś normalnego, oderwałbym jej nogę bez problemu…

– Nie! Ja potrzebuje obu! Razem są ładniejsze. – wtrąciła żartobliwie Siódma, ale ani Kubie ani Pierwszemu nie było w tym momencie do śmiechu.

- To błąd? – spytał Pierwszy.

Kuba skinął nieznacznie głową. – Prawdopodobnie.

Dopiero słysząc to Siódma odczuła powagę sytuacji. – Co? Błąd! Oderwijcie mnie! Oderwijcie! – zawołała.

- Csiii! – uciszył ją Kuba. – Trzeba było w to nie włazić, a teraz daj pomyśleć… - Mężczyzna wyciągnął z kabury nóż i spróbował podważyć but. Niestety, gdy tylko zetknął ostrze z ciemną substancją to natychmiast przylgnęło do ziemi tak, że nie dało się go oderwać… - Ja pierdziele! – warknął Trzeci. – To z miejsca wiąże wszystko z czym się zetknie. Dobra spróbujmy to oderwać razem. Taki kawałeczek, nie może trzymać mocno…

Kuba, Daniel, Pierwszy i Czwarty złapali Siódmą za nogę i zaczęli ciągnąć ją do góry. Dziewczyna natychmiast wrzasnęła. – Łamiecie mi nogę! ŁAMIECIE KURWA NOGĘ!

Pierwszy czuł, że zaraz pękną mu plecy. Chociaż podeszwa zaczęła się w końcu odklejać, miał wrażenie jakby próbowali razem podnieść co najmniej tonę. Niestety, hałas jaki robili nie pozostał niezauważony. Dix, która obserwowała okolicę krzyknęła nagle. – Niewykształcony!

Z budynku ciepłowni wyłonił się właśnie jakiś nieznany im wcześniej potwór. Wyglądał jak człowiek, którego żywcem spalono, a potem oblano obficie smołą. Na jego czarnej jak u czarta twarzy, widoczne były tylko białe zęby i oczy. Z jego zwęglonego ciała ściekała czarna substancja, bardzo podobna do tej w której utknęła Siódma.

- Cholera! – zawołał Trzeci. – Ściągaj buta!

- Co? – krzyknęła dziewczyna

- Ściągaj! Już! – powtórzył mężczyzna, ale Daniel zbeształ go.

- Nie może iść na boso! - po czym zwrócił się do Pierwszego. - Bracie, spróbujcie go zająć! My ją oderwiemy.

Pierwszy skinął głową i ruszył w stronę nadchodzącego dziwactwa, a trzech mężczyzn ponownie zaczęło szarpać się z butem.

Bestia kroczyła w jego stronę na bardzo napiętych kończynach. Prawie tak jakby jej skóra rzeczywiście skurczyła się po spaleniu. - Tylko uważaj… - zawołała mu za plecami Dix, a Pierwszy wyciągnął siekierę i ruszył na potwora.

Łapiąc po drodze zamach i rozpęd rąbnął dziwactwo z impetem w głowę. Ostrze przeszyło czaszkę jak kawałek drewna, ale gdy próbował je wyciągnąć utknęło zupełnie, oblepione przez czarną lepką krew, która wylała się z rany. Pierwszy zrezygnował z prób wydobycia go i potwór upadł na ziemię z siekierą tkwiącą głowie.

W międzyczasie reszta chłopaków uwolniła w końcu Siódmą.

– Kurwa, Sandra! – zawołał natychmiast Czwarty dysząc przy tym ciężko – Uważaj trochę…

Pierwszy widząc to odetchnął z ulgą, ale uczucie to nie trwało długo. Z wnętrza ciepłowni zaczęły dochodzić takie hałasy jakby kolejne potwory szykowały się do wyjścia. – Nie zostawajmy tutaj! – ponaglił towarzyszy.

- Dobra! – zawołał Trzeci skupiając na sobie ich uwagę. – Tak jak ustalaliśmy w pierwotnym planie! Najpierw przez tory i w stronę parkingu.

Wszyscy ruszyli pośpiesznie zostawiając za sobą skład węgla. Plątanina rur i kabli wiła się nad ich głowami przez całą drogę, rozchodząc w różne części placu. W oddali zobaczyli biurowiec zarządu, który poza główną fabryką górował nad resztą zabudowań. Był on brudnobiały z niebieskimi wstawkami, a na jego dachu zobaczyli tyły neonowych liter.

Po sąsiedzku z nim stała nieco niższa budowla z czerwonej cegły poprzecinana starymi półokrągłymi okiennicami. Zgodnie z tym co zaobserwowali wcześniej, miejsce to łączyło się z główną fabryką wiszącym łącznikiem, wspartym w kilku miejscach metalowymi podporami.

Ponieważ przed wejściem do budowli znajdował się parking, domyślili się w trakcie obserwacji, że musiały tu być szatnie robotników.

Wychodząc zza wspomnianego budynku znaleźli się tuż obok placu pełnego starych pordzewiałych aut. Wszystkie wyglądały jakby stały tutaj latami. Pod większością widoczne były plamy oleju albo paliwa. Tylko kilka miało jeszcze powietrze w oponach. Trzeci natychmiast poprowadził ich przy ścianie wprost do głównego wejścia. Gdy się do niego zbliżyli, Dix spytała. – No i co? Tutaj coś czujesz?

- Tak jakby… - odparł bez przekonania Kuba. – Zobaczymy w środku!

Nim jednak weszli do budynku byli świadkami czegoś naprawdę niepokojącego. Na końcu parkingu stał stary autobus, który dowoził pracowników nie mających własnych samochodów. Gdy byli już przy samych drzwiach ze środka pojazdu wypłynęły „ludzkie cienie”. Wyglądało to jakby z pojazdu wydostała się masa szarych przezroczystych upiorów o człekokształtnych sylwetkach. Istoty skierowały się w ich stronę, a okolice wypełniły odgłosy kroków i przyciszonych pośpiesznych rozmów. Grupa była już gotowa do ucieczki, ale widma zniknęły gdy tylko zbliżyły się do budynku. Wszyscy spojrzeli ponownie na autobus, ale ten wydawała się pusty.

- Co to do jasnej cholery było? - spytał Daniel.

- Widziałem coś podobnego... - stwierdził niespodziewanie Pierwszy przypominając sobie co zobaczył niegdyś z balkonu bloku. - To jakby odbicie dawnego świata...

- Nie stójmy tak. – stwierdził Kuba i otworzył drzwi prowadzące na ciemny korytarz.

Wszyscy zapalili latarki, których blask oświetlił długie pomieszczenie z gołych cegieł. W środku bardzo intensywnie cuchnęło wilgocią i grzybem. Przypominało to tunel w jakichś zamkowych ruinach, a nie zwykły budynek fabryki.

Wchodząc do środka zobaczyli niezliczone stare plakaty głoszące „Do boju o plan pięcioletni!” albo bardziej ordynarne „Nie wkładaj rąk do maszyny, bo będziesz dupę łokciem wycierał”.

Idąc w głąb korytarzem doszli najpierw do podwójnych metalowych drzwi, na których widniał ogromny napis „Pamiętaj, spożywanie alkoholu w miejscu pracy to nie tylko wstyd, ale przestępstwo!”. Kuba dał znak żeby się przygotować i delikatnie uchylił wrota. Widok jaki zastali w domniemanej stołówce po prostu wszystkich zmroził.

Stare stoły na metalowych nogach co chwila przesuwały się i zmieniały miejsce. Robiły to jednak tak płynnie, że żaden nie zderzał się ze sobą. Zupełnie jakby były gigantycznymi figurami, które ktoś z gracją przesuwał po szachownicy. Tego samego nie dało się powiedzieć o krzesłach, bo były one ułożone w ogromnym stosie pod jedną ze ścian. Trzęsły się przy tym tak jakby po drugiej stronie znajdował się ogromny elektromagnes próbujący ściągnąć je do siebie choćby przez mur.

Zamarli tak przez chwilę obserwując to dziwaczne przedstawienie, ale Kuba dał w końcu znak by ruszyli dalej.

- Cholera… - wyszeptał Kamil. – Nie żebym nie naoglądał się tu dziwactw, ale…

- Tory strzelające prądem… - przerwała mu cicho Dix. – Budynki, które same się odnawiają. Ludzie zamienieni w dziwaczne potwory. – wymieniła. - Nie powiesz mi chyba, że po czymś takim, te stoły zrobiły na tobie wrażenie.

Czwarty zmarszczył czoło i w końcu skinął głową przyznając dziewczynie racje.

- No, ale miało to w sobie coś majestatycznego. – stwierdziła rozmarzonym głosem Siódma.

- Nie szukamy tu majestatu tylko odpowiedzi. – zganił ją Daniel.

W międzyczasie mijali pomieszczenia służące za typowe graciarnie, składziki, a nawet magazyn z odzieżą. Większość była otwarta na oścież, ale gdy do nich zaglądali nie działo się w środku nic szczególnego. Na kolejne dziwactwo natknęli się dopiero gdy weszli na piętro.

Najpierw do ich uszu dobiegł dźwięk płynącej wody. Skuszeni ciekawością weszli do ogromnej przebieralni pełnej charakterystycznych metalowych szafek z trzema wywietrznikami. Te pomalowane były taką ilość olejnej farby, że wyglądały jakby były pancerne, a na każdej wisiała solidna kłóda. Mijając je doszli toalet i pryszniców. Tam z zrzędów kabin przysłoniętych jedynie dość tanimi ceratami po prostu lały się strumienie wody. Niemal cała obłożona tanimi płytkami podłoga zalana była tak głęboko jakby była płytkim basenem.

- Ja pierdolę! – zawołała Siódma. – Tyle wody się tu marnuje, a ja ostatnią kąpiel brałam jeszcze w bazie na osiedlu…

Trzeci zmarszczył jednak czoło. – To nie tego szukamy…

- A co, masz już jakiś trop? – spytał Daniel.

Kuba skinął głową. – Tak. Musimy wejść do fabryki.

Przez kilka minut błądzili na górze, bo jak się okazało całe piętro zajęte było mniejszymi i większymi szatniami, które współdzieliły łazienki i prysznice. W końcu udało im się dotrzeć do łącznika między budynkiem, a główną fabryką. Kuba dał znak by się przygotowali i otworzył drzwi od przejścia. W tym momencie wszystkich po raz kolejny zamurowało.

Cały łącznik wypełniony był ubraniami roboczymi, ale nie leżały one na podłodze. Wisiały one w powietrzu i to do tego tak jakby nosili je niewidzialni ludzie. Napompowane stroje zastygłe w różnych pozach wzbudziły w grupie niemałe przerażenie. Tylko Kuba zachował spokój dając krok do przodu.

Pierwszy chwycił go za ramię. – A jak to niewykształceni?

- Nie… - wyszeptał Kuba. – Wydaje mi się, że to coś innego. – mówiąc to dotknął najbliższego stroju i wtedy wszystkie jak jeden mąż spadły razem na podłogę.

Na ten niespodziewany widok Siódma pisnęła, a Kamil chwycił za broń jakby ich zaatakowano. Na szczęście okazało się, że nic więcej się nie stało. Kuba ponaglił ich skinieniem głowy i dał kolejny krok na łączniku. Wtedy cała konstrukcja zaczęła drżeć.

- Co się dzieje? - spytała jako pierwsza zaniepokojona Dix.

- Popatrzcie... - syknął Daniel wskazując na ściany wiszącego tunelu.

Te składały się głównie z szyb pomiędzy którymi przebiegały metalowe kątowniki. Większość z nich była tak skorodowana, że można było zobaczyć w nich dziury wielkości orzechów.

- To nie jest zbyt stabilne... - stwierdził Kamil. - Może cofnijmy się i poszukajmy innej drogi.

Kuba nie chciał jednak zmieniać trasy. - To najkrótsza droga do fabryki. Po prostu przechodźmy pojedynczo, a będzie dobrze. - przekonywał i niczym na pokrytym lodem jeziorze zaczął przesuwać się do przodu.

Łącznik jęczał pod jego stopami, a każdy mocniejszy krok dało się odczuć na całej jego konstrukcji. Po jakiejś minucie człapania mężczyzna znalazł się po drugiej stronie. Otwierając drzwi po przeciwnej stronie od nich skinął głową dając znak, że jest bezpiecznie. Kolejna ruszyła Siódma, a Pierwszy spojrzał w tym czasie na dół budynku.

Pod łącznikiem stała leciwa lokomotywa do której podczepione było kilka wagonów. To nad nią łącznik był najsłabszy, bo ze względu na tory była tam największa przerwa między wspornikami. Dlatego za każdym razem, gdy ktoś przechodził przez to miejsce konstrukcja szalała. Niemniej po kilku ciągnących się w nieskończoność minutach, wszyscy znaleźli się po drugiej stronie.

- Na powrót musimy znaleźć inna drogę.- zażądał Daniel, który przechodził jako ostatni i doświadczył prawdziwego roztrzęsienia podłoża.

Z łącznika przeszli do kolejnego korytarza, który ciągle jeszcze nosił znamiona pomieszczeń nie przeznaczonych bezpośrednio do produkcji. Znajdowała się tam palarnia i mniejsza wersja stołówki z licznymi automatami na kawę. Po przeciwnej stronie znajdowało się z kolei jakieś pomieszczenie kontrolne. Stała tam ogromna konsoleta pełna monitorów, na ścianach wisiały liczniki pomiarowe, a na biurkach rozłożona była masa segregatorów. Do tego było tam ogromne okno, ale nie wychodzące na zewnątrz. Za pewne z niego można było obserwować bezpośrednio jakąś część produkcyjną.

Kawałek dalej grupa zobaczyła wejście do toalet, biuro bhp oraz ambulatorium

Kuba nie zwracał na żadne z pomieszczeń większej uwagi prowadząc ich jakby się wydawało wprost na teren produkcji. Po minięciu korytarza weszli na sporą klatkę schodową, która prowadziła już bezpośrednio na różne poziomy fabryki.

Pierwszy zauważył, że miejsce w którym byli zostało określone jako poziom „4”. Ponieważ na tablicy były również poziom -1, oznaczało to, że przynajmniej część obiektu znajdowała się pod ziemią. Niestety, nigdzie nie było żadnego opisu, z którego mogliby wyczytać co czeka ich na poszczególnych piętrach.

Kuba stał przez chwilę wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - Dobra idziemy na parter... - zarządził w końcu. - Tylko starajcie się być cicho. Mam wrażenie, że tu już na pewno nie będziemy sami.

Grupa skinęła głowami i wszyscy ruszyli gęsiego na dół. Gdy byli mniej więcej w połowie schodów, usłyszeli jakiś niewyobrażalnie wymęczony głos.

Jeszcze tylko trochę… Zmiana się skończyła… Jeszcze trochę w przód i wrócę do domu

To zmroziło wszystkich. Dix spojrzała na Kubę i bezgłośnie spytała. – Człowiek?

Kuba pokręcił głową i dając grupie znak by szli zanim, zaczął pochylony zsuwać się w dół schodów. Na wysokości poziomu 1 krążył jakiś niewykształcony ubrany w biały strój roboczy z kamizelką odblaskową. Gdyby nie miejsce można by go uznać za dość rozumnego Gospodarza.

Potwór nie zauważył ich i włócząc się jak pijany po klatce ciągle mruczał pod nosem. – Dlaczego nie pamiętam jak wyglądasz… Przecież widziałem cię wczoraj… Dlaczego ciągle idę i nie wracam do domu?

Trzeci zakradł się za postacią i wyciągnął nóż. Niemal natychmiast wbił go potworowi od tyłu w szyję jednocześnie wolną ręką zasłaniając mu usta. Niewykształcony szarpał się przez chwilę, a jego biały kołnierz zrobił się w tym czasie szkarłatny. W końcu osunął się na ziemię.

- Boże… - jęknęła Siódma spoglądając na ciało potwora. – On zachowywał się jakby… boże…Myślicie, że on… Był jakoś świadomy? – spytała, a łzy nabiegły jej do oczu.

Pierwszy zbyt dobrze znał odpowiedź na to pytanie. Od czasów, gdy spotkał Agnieszkę wiedział, że gdzieś w środku tych bestii kryło się to kim byli dawniej. Tylko co, oprócz przykrości, mogła dać komuś taka wiedza? Nim Kuba zdążył wyrazić swoją opinię, praktycznie wszedł mu w słowo. – Nie. Oni są bardziej jak papugi. Powtarzają po prostu bez rozumnie…

Kuba popatrzył na Pierwszego zdziwiony, ale gdy zobaczył na twarzy Siódmej ulgę skinął na niego porozumiewawczo.

Zostawiając za sobą ciało potwora ruszyli dalej w dół, dochodząc finalnie do parteru. Tam jak się okazało znajdowało się wejście do magazynu pustych opakowań. Na regałach wysokiego składowania ułożone tam były palety pełne zbiorczych kartonów, pustych butelek na chemię, nakrętek i tym podobnych rzeczy. Między alejkami stały co jakiś czas porzucone wózki widłowe. Z kolei na rolkowym podajniku biegnącym za pewne do strefy pakowania, leżała przewrócona hałda z etykietami płynu do chłodnic.

Idąc wzdłuż podajnika usłyszeli jak echo fabryki niesie jeszcze więcej dziwnych pomruków niewykształconych.

- Sufit, sufit, ciągle tylko sufit… Gdzie się podziało słońce?

- Już prawie znalazłem drogę… Jeszcze trochę i w końcu stąd wyjdę… Przeklęta fabryka… Bez względu na wszystko wyjdę

- Tato, ja już nie chcę… Tato, tak bardzo się boję… TATO, PROSZĘ POMÓŻ!

- Nie, kierowniku, ja nie spałem! Kierowniku…? Kim jesteś?... Gdzie jesteś?

- Oni czekają w domu… Muszę wrócić… MUSZĘ!

Pierwszy musiał przyznać, że wsłuchiwanie się w to po prostu nim wstrząsnęło. Nie był jednak jedyny. Po twarzach kompanów widział, że targają nimi podobne odczucia. Dix jakby odruchowo przysunęła się do Kamila, a ten złapał ją za rękę. Siódma szła z opuszczoną głową próbując ze wszystkich sił odciąć się od dobiegających do niej słów. Nawet Daniel zachował morderczą wręcz powagę.

Tylko Trzeci zdawał się w ogóle tym nie przejmować. W jego oczach widać było podniecenie, bo zapewne zaczynali się zbliżać do tego co określił jako „źródło błędów”.

Do kolejnej części fabryki prowadziły zarówno ogromne wrota dla wózków czołowych jak i małe drzwi dla pracowników. Wejście opatrzone było licznymi ostrzeżeniami i nakazami takimi jak: Nakaz noszenia rękawic, obowiązek zakładania kamizelki odblaskowej i kasku, zakaz wnoszenia jedzenia i wody. Bez wątpienia był to już obszar gdzie znajdowała się szeroko pojęta „chemia”.

Same drzwi zabezpieczone były kiedyś zamkiem magnetycznym, ale musiały działać na zasadzie „elektromagnesu”, bo odłączone od zasilania, otworzyły się bez problemu.

Przechodząc przez nie grupa weszła do pomieszczenia poprzecinanego licznymi niezbyt dużymi zbiornikami i taśmociągami. Nad ich głową wisiały dziesiątki podestów połączonych niezliczoną siecią drabin, które razem tworzyły istny labirynt.

Część maszyn, które mijali zapchana była wypełnionymi niebieskawą cieczą butelkami. Przy ogromnej kapslownicy ustawiony był rząd niezakręconych pojemników, których zawartość już dawno wyparowała pozostawiając krystaliczny osad. W każdym kącie upchane zaś były kartony pełne gotowego płynu do chłodnic z logiem Zakładów Chemicznych w Krańcowie.

Kuba parł tak pewnie do przodu jakby od dawna był pracownikiem tego miejsca. Przez dłuższy czas szli przy bardzo długim taśmociągu, który sądząc po rozmiarze musiał być jednym z głównych. Gdy zbliżyli się do jego końca Brodacz zatrzymał się gwałtownie. Tuż przed nimi taśmociąg przechodził przez otwór w ścianie oddzielony jedynie plastikowymi paskami. Ścieżka dla pracowników zakręcała pod nim w bok.

- Coś nie tak? – spytał Pierwszy, a Kuba przyłożył palec do ust dając znak by wszyscy byli przez chwilę cicho.

Wtedy usłyszeli głos tak wyraźny jakby ktoś stał tuż przy nich. – Muszę pamiętać… Muszę pamiętać…

Kuba położył się na ziemi spoglądając pod maszynerią i prawie natychmiast zesztywniał. Pierwszy zrobił to samo i widok go przeraził. Za taśmociągiem dostrzegł dziesiątki par nóg w białych oraz niebieskich spodniach i roboczych butach. Podnosząc się powoli dali kompanom znak, że trzeba się wycofać.

Ruszyli więc tą samą drogą, którą przyszli, starając się robić jak najmniej hałasu. Po chwili skradania wrócili prawie pod drzwi magazynu z opakowaniami. Te prawie przed nosem otworzył im niewykształcony.

Maszyna, tak…? Znowu linia 03… Skręcić w prawo i do wyjścia… - powtarzał jak mantrę kolejny spotworniały pracownik fabryki.

Kolejne wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Daniel złapał za siekierę i podbiegł do potwora. Na twarzy niewykształconego, który dopiero ich zauważył, pojawił się w tym czasie grymas niewyobrażalnej wściekłości, a z ust wydobył się przeraźliwy krzyk rozchodzący się echem po fabryce.

Daniel doleciał do potwora i rąbnął go ostrzem z taką siłą, że to przebiło obojczyk i zatrzymało się dopiero w połowie piersi. Potwór chwycił za trzonek wołając. – Krew… Krew… Mamo… - po chwili upadł razem z siekierą rozbrajając kuzyna Pierwszego.

W tym samym czasie z końca przeciwnego końca pomieszczenia zaczęły wychodzić kolejne potwory zwabione hałasem. Daniel chwycił za klamkę chcąc otworzyć drzwi, ale gdy spojrzał przez szybę na drugą stronę zamarł.

- Co jest?! Otwieraj je! – wrzasnął Kamil doskakując do niego, ale w tym samym momencie stracił praktycznie cały kolor na twarzy.

Alejką sąsiedniego pomieszczenia kroczyła gromada postaci ubranych w odblaskowe kamizelki z czarnym napisem „pracownik – strefa opakowań”.

- Jesteśmy otoczeni! – krzyknął Daniel ściągając karabin z ręki.

Trzeci rozejrzał się przerażony, a Pierwszy po jego twarzy widział już, że nie mogą liczyć na żadną sensowną reakcję z jego strony. Przejmując więc rolę lidera krzyknął – Wszyscy na taśmociąg! - Grupa posłusznie wykonała polecenie i wspinając się po częściach maszyn, wskoczyła na górę przewracają ułożone tam kartony.

– Na tamtą stronę! – rozkazał ponownie Pierwszy próbując wyprowadzić kompanów z tej tragicznej sytuacji. Pod nimi szła już bowiem istna biała fala niewykształconych.

Potwory na ich widok zaczęły pokracznie wspinać się na górę, a niektóre rzucały w nich tym co miały pod ręką. Taśmociąg wznosił się jednak do góry im bliżej byli ściany. Gdy przeciskali się przez dziurę byli już właściwie poza zasięgiem potworów.

W sąsiednim pomieszczeniu nie czekało na nich jednak żadne wybawienie. Hala obok była po prostu wypełniona niewykształconymi. Między paletami niczym małe mrówki krążyli dawni pracownicy fabryki, którzy prawie natychmiast zwrócili na nich uwagę.

- Cholera! Do tyłu! – zawołał Pierwszy spychając kompanów z powrotem.

Niestety na taśmociąg dostało się w tym czasie kilka potworów. Pierwszy szybkim strzałem strącił najbliższego, który runął w gromadę swoich pobratymców. Potem biegnąc ostrzeliwał kolejnych.

- BRACIE, PODEST! – zawołał nagle Daniel wskazując ręką na metalowy balkon, który służył za pewne, do kontroli produktów na taśmie.

Pierwszy skinął głową. – Słyszeliście! Tam, na górę!

Grupa ruszyła próbując chwycić się barierek. Wtedy Pierwszy usłyszał przeraźliwy krzyk. Jakiś wysoki niewykształcony wskoczył na stojące przy taśmociągu palety i złapał Siódmą za spodnie.

- Pomóżcie! Mi! Pomóżcie!!! – krzyknęła przerażona dziewczyna.

Daniel oderwał się od balustrady i spróbował złapać ją za rękę. Niestety, do niewykształconego doskoczyło jeszcze dwóch pobratymców i błyskawicznie zrzucili Siódmą z przenośnika. Dziewczyna upadając uderzyła głową o ścianę, a potem runęła z hukiem na ziemię. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, potwory rzuciły się na nią jak stado rozwścieczonych bestii. W amoku tłukły ją pięściami i rozszarpywały ciało niczym wygłodniałe wilki.

Pierwszy poczuł jak z wściekłości zadrżały mu ręce. Z krzykiem złapał za karabin, ciągnąc seriami po potworach. Ich białe stroje pokrywały się czerwienią. Rażeni pociskami byli pracownicy padali jak muchy. Pozostali nie przerywali jednak pastwienia się nad tym co zostało z Siódmej. Dziewczyna błyskawicznie zmieniła się w worek połamanych kości, bez śladu życia.

Pierwszy stał jak słup wpatrując się w jej zmasakrowaną twarz, która co jakiś czas przebijała się między potworami. Jej oczy były szare i pozbawione życia. Poczuł nagle, że coś szarpie go za ramię.

– BRACIE, JEJ JUŻ NIE POMOŻECIE! POMÓŻCIE SOBIE! – krzyknął Daniel prawie wpychając go na podest.

Otrząśnięty Pierwszy wspiął się po barierkach. W głowie miał jeden wielki gwizd, adrenalina pulsowała mu w żyłach, a serce waliło jak szalone. Przez myśl przechodziło mu teraz. – Muszę ich stąd wyprowadzić, muszę ich stąd wyprowadzić. – Nie zatrzymujcie się! – rozkazał i ciągnąc Trzeciego za bluzę popędzili podestami, które otaczały zbiorniki.

Niestety, skończyły się one bardzo szybko i już po chwili musieli wrócić na podłogę. Pierwszy rozejrzał się szukając panicznie jakiejś drogi i wtedy zobaczył biegnącą praktycznie pod samym dachem kładkę. Z tego co widział podobna wychodziła na zewnątrz fabryki. To oznaczało, że dało się nią stąd wydostać. – TAM! – zawołał wskazując ręką. – Musimy dostać się na samą górę!

- Drabina! – krzyknęła Dix pokazując na róg pomieszczenia.

Tuż za nimi między maszynami przeciskała się już banda niewykształconych. Biegiem ruszyli w stronę wskazaną przez dziewczynę, torując sobie drogę ogniem. Obca fabryka była dla nich jak labirynt z pułapkami w którym co i rusz zza metalowych konstrukcji, rur czy składowiska palet wypadał kolejny niewykształcony. Przedzierając się przez to piekło dotarli w końcu pod drabinę.

Pierwszy obrócił się by zobaczyć czy są już wszyscy i wtedy dostrzegł, że brakuje Kuby. – Gdzie Trzeci? – zawołał natychmiast.

Daniel, który biegł jako ostatni obrócił się gwałtownie. – Przecież był tuż za mną…

Kamil, który wpychał już Dix na drabinę, spojrzał w głąb placu mrużą oczy. – TAM!

Pierwszy i Daniel spojrzeli w stronę zbiornika, gdzie niczym kameleon sylwetka Kuby zaczynała zlewać się z otaczającym go otoczeniem. Nagle mężczyzna zupełnie się rozpłynął.

- SKURWYSYN! – ryknął Daniel, ale nie było już czasu na więcej pomst.

Pomiędzy dwoma pobliskimi zbiornikami przecisnął się właśnie kolejny niewykształcony i rzucił wprost na Kamila. Bestia przygwoździła chłopaka do ziemi i niczym wściekły goryl zaczęła okładać chłopaka ciężkimi ciosami po głowie.

Dix widząc to chciała już zeskoczyć by pomóc ukochanemu, ale Pierwszy krzyknął do niej. – Zostań na górze! – Biorąc po tym potężny rozpęd, złapał potwora i zerwał go z kompana, przygniatając jednocześnie do podłogi.

Dawny pracownik fabryki szamotał się jak szalony, ale Daniel dobiegł do nich i przykładając bestii karabin do głowy strzelił z przyłożenia. Pierwszy poczuł, że potwór przestał się szarpać, a kuzyn pomógł mu wstać.

Nim jednak zdążyli dopaść do drabiny, wszyscy trzej zobaczyli jak coś leci w ich stronę. Jeden z pracowników fabryki rąbnął w podłogę tuż obok nich. Jego kości chrupnęły, a truchło powyginało się jak ogromny precel. Nie minęła sekunda, a pobliskie zbiorniki zachwiały się. Potworny dźwięk rozdzieranego metalu wypełnił pomieszczenie. Jedna z ogromnych metalowych tub runęła na drabinę obrywając ją. Dix w ostatniej chwili zdołała dostać się na podest, a mężczyźni na dole uskoczyć by uniknąć zmiażdżenia.

W tym samym momencie zza gruzów wyłonił się ogromny Delimer. Istota oblegana była przez mniejszych niewykształconych, które wskakiwały na niego niczym wataha wilków atakująca żubr. Delimer niewiele sobie z tego robił i każdym byłym pracownikiem fabryki, który wpadł mu w ręce, ciskał jak szmacianą lalką.

- SPIERDALAMY! – zawołał Daniel, ale Kamil próbował go zatrzymać.

- Dix została na górze! – zaprotestował .

Pierwszy wiedział, że mają tylko sekundy więc krzyknął do dziewczyny. – BIEGNIJ NA ZEWNĄTRZ! DO SPALARNI! TAM SIĘ SPOTKAMY! – po czym razem z Danielem złapali Kamila i odciągnęli go od Delimera.

Chłopak po chwili opanował się i już we trzech przebiegali korytarzem torując sobie drogę ostrzałem. – Kończę się! – zawołał Daniel przypinając magazynek do karabinu.

- Mam amunicję w plecaku. Musimy gdzieś przystanąć. – odkrzyknął Pierwszy.

Cały parter był jednak zbyt oblegany przez potwory, by mogli zatrzymać się chociaż na chwilę. Błądząc korytarzami wrócili w końcu do magazynu opakowań, ale od innej strony niż wcześniej. Lawirując między regałami składowania ominęli niewykształconych i wrócili na tę samą klatkę którą tu przyszli.

– Wejdźmy na samą górę! - wydyszał Pierwszy, któremu zaczynało brakować tchu. - Może stamtąd dostaniemy się jakoś do Dix.

Kamil i Daniel przytaknęli. Trójka mężczyzn wbiegła po schodach na samą górę. Na znanym już korytarzu spróbowali zablokować drzwi, ale nie stały tam żadne meble, a na szukanie nie było czasu. Chociaż nie zauważyli by jakiś potwór biegł teraz na górę, przyblokowali drzwi wciskając w szczelinę pod nimi gumowy dywan. Przynajmniej przez chwilę byli więc bezpieczni.

Dysząc ciężko cała trójka padła na podłogę opierając się o ściany.

- Kurwa! KURWA!!! – wrzasnął Kamil rąbiąc pięścią dziurę w kartongipsie. – Co to kurwa jest?! Co się tu kurwa dzieje…

- Opanuj się! - skarcił go Daniel. – Wtopiliśmy i tyle. Teraz trzeba się stąd wydostać.

- Wtopiliśmy?! WTOPILIŚMY?! – wrzasnął chłopak. – DOMINIKA JEST CHUJ WIE GDZIE. SIÓDMA NIE ŻYJE, TRZECI NAS ZOSTAWIŁ! I TY KURWA MÓWISZ WTOPILIŚMY? Wiedziałem, wiedziałem, że powinniśmy odejść tak jak Dziewiąty i Ósmy…

- Opanuj się! – powtórzył Pierwszy. – Musimy się stąd wydostać i znaleźć Dix.

Daniel zastanowił się przez chwilę. - Tam było to pomieszczenie kontrolne. Ono chyba miało okno na całą fabrykę, a my jesteśmy na samej górze. Może wypatrzymy Piątą.

Ta myśl nieco otrzeźwiła Czwartego. – Dobra! Dobra! Chodźmy szybko. – mówiąc to natychmiast poderwał się z miejsca.

Pierwszy i Daniel ruszyli za nim na koniec korytarza i skręcili w lewo przechodząc przez duże przeszklone drzwi. Gdy tylko stanęli w środku, zza jednego z biurek tuż przy oknie fabryki wyskoczył niewykształcony krzycząc. - Wy nic nie rozumiecie! Ktoś z was zginie! Ktoś… - Nie było mu jednak dane dokończyć, bo Pierwszy powalił go strzałem w głowę.

- Dobra, jest czysto… - stwierdził Daniel doskakując do okna.

W tym czasie Pierwszy zaczął wyciągać dodatkowe magazynki z plecaka. – Przeładujcie broń! – zawołał.

Daniel posłusznie cofnął się po amunicję, ale Kamil przykleił się do okna wypatrując ukochanej. – JEST! – zawołał nagle. – Boże, nic nie jest… Boże, dziękuje… Boże…

Pierwszy doszedł do niego i dostrzegł jak dziewczyna biega między podestami próbując znaleźć drogę do wyjścia. – Jak się z tego wyplącze to powinna wyjść na ten pomost przy kominach. Moglibyśmy wybiec na zewnątrz, okrążyć fabrykę i…

Pierwszy przerwał nagle bo poczuł, że coś trzyma go za kostkę. Spoglądając w dół zobaczył postrzelonego potwora, który wyglądał jakby zamiast krwi miał cynę. Z jego rany wylewała się metaliczna substancja zalewająca mu twarz i tors. Zaczął się szarpać próbując wydostać nogę z uścisku zapominając właściwie o broni. Daniel, który to zauważył doskoczył do niego i zaczął strzelać potworowi w plecy. Na niewiele się to jednak zdało, bo bestia wciąż ściskała nogę Pierwszego wcale nie reagując na nowe rany.

W końcu szarpiąc ze wszystkich sił zdołał wydostać stopę, ale to był dopiero początek koszmaru. Potwór wsparł się na rękach i zaczął podnosić. Całą trójką zaczęli strzelać mu w plecy, ale nie przynosiło to żadnego efektu. Pociski zdawały się być w całości pochłaniane przez metal którym obrastało ciało. Po chwili bestia podniosła na równe nogi górując teraz nad nimi wzrostem i to mimo, że niewykształcony którego zabili nie był wcale najwyższy. Metaliczna struktura na jego twarzy stwardniała i ściemniała. Na wysokości oczu pojawiło się najpierw coś co wyglądało jak wielkie łzy, a potem zmieniło w ciemne szkło.

- MASKA! – krzyknął Daniel. – TO JEST DELIMER!

Pierwszego po prostu zmroziło. Czy potwór już go naznaczył? Będzie teraz ścigał go tak jak kiedyś nieżyjącego już pewnie „Młodego”? Nie miał jednak czasu się nad tym zastanowić, bo kuzyn szarpnął go w stronę wyjścia.

Z biura wypadli w ostatnim momencie, bo przez ich nędzną blokadę z dywaniku przedarła się właśnie grupa niewykształconych pracowników. Daniel zdążył pociągnąć serią po korytarzu, ale zaraz potem zostali zepchnięci z powrotem na łącznik.

Tam ponownie zobaczyli wiszące w powietrzu ubrania, które jednak zignorowali wpadając w nie bez chwili zatrzymywania. Kamil, który biegł na przodzie przewrócił się, a całym łącznikiem wstrząsnęło.

- Kurwa, uważaj! On się już ledwo trzyma! – zawołał Daniel przebiegając obok chłopaka.

Pierwszy zatrzymał się by pomóc mu wstać i wtedy wsporniki na których trzymała się konstrukcja zawyły. Delimer stanął w drzwiach dając kilka potężnych kroków, których przerdzewiały metal nie był w stanie utrzymać.

Część konstrukcji oderwała się od głównego budynku fabryki opadając powoli w dół. Daniel zdołał doskoczyć do drzwi budynku z szatniami, ale Pierwszy i Kamil byli zbyt daleko. Obaj rzucili się na barierki by zamortyzować uderzenie. Łącznik opadł dość łagodnie wyginając się jak wielka zjeżdżalnia. Delimer wyleciał przez dziurę prawdopodobnie wbijając się gdzieś w ścianę budynku, a oni utknęli na półpiętrze.

Pierwszy spróbował wspiąć się na górę, ale wtedy okazało się, że stojąca jeszcze część konstrukcji zaczyna przechylać się na bok. – W dół! – krzyknął do Kamila zjeżdżając jak po ślizgawce. Czwarty ruszył zaraz za nim.

Przez pęknięcie wypadli na zewnątrz fabryki tuż obok linii kolejowej. Już po sekundzie cały łącznik runął na ziemię zamieniając się w stertę gruzów i potłuczonego szkła. Huk jaki przy tym wydał był tak głośny, że z całej okolicy zaczęli zbiegać się niewykształceni.

Kamil ruszył w stronę budynku podstacji energetycznej licząc pewnie, że znajdzie tam wejście na podesty. Niestety, drogę zablokowały mu wybiegające zza stojącej przy nich lokomotywy potwory. – Na wagon! – krzyknął Pierwszy i zaczął wspinać się na górę.

Węglarka była prawie pusta. Opierając się na jej wybrzuszeniach zaczęli strzelać do nadbiegających potworów. Po chwili Kamil krzyknął. – Kurwa! Nie mam już amunicji…

Pierwszy rzucił mu karabin i sięgnął po pistolet z paska.

W oddali zza budynku szatni wybiegł właśnie Daniel. Mężczyzna odstrzeliwując pobliskich niewykształconych zaczął przedzierać się w ich stronę. Nagle gruzowisko, które powstało po łączniku zaczęło trzeszczeć. Spod szczątków wygrzebał się Delimer natychmiast obracając maskę w stronę wagonu.

Kamil spojrzał z przerażeniem na Pierwszego i szepnął. – Wybacz… - po tych słowach strzelił mu w nogę.

Pierwszy poczuł jak jego udo po prostu się rozrywa. Ból jakiego jeszcze nigdy nie czuł zalał jego ciało, które nie mogło już utrzymać się na ścianie wagonu. Nim zdążył zrobić cokolwiek wpadł do środka. Kamil w tym czasie wyskoczył na zewnątrz zostawiając go samego.

Pierwszy leżał czując jak zaczyna robić mu się słabo. Gwałtowna utrata krwi sprawiła, że w głowie po prostu mu zawirowało. Nad sobą zobaczył szare Krańcowskie niebo. Już po chwili poczuł, że się zapada. Najpierw myślał, że traci przytomność, ale to nie było to. Delimer zamiast wspiąć się do niego, przechylał cały wagon.

W końcu węglarka runęła. Pierwszy wytoczył się na ziemię, a zaraz za nim zsunęła się resztka węgla. Wtedy dostrzegł nad sobą twarz Daniela. – Trzymajcie się, bracie! Jestem! – zawołał mężczyzna i poderwał go do góry.

Pierwszy wrzasnął z bólu, ale jego kuzyn nie zwracał na to uwagi ciągnąc go w kierunku budynku biurowca. Zaciskając zęby wyprostował rękę z bronią i spróbował osłonić ich w trakcie tego marszu, strzelając do nadchodzących niewykształconych. Daniel nie szczędził sił co jakiś czas prawie podnosząc go do góry. Po chwili dowlekli się do tylnego wejścia przez które sprzątacze wynosili śmieci z biurowca.

Pomieszczenie gospodarcze było bardzo ciepłe i rozświetlone elektrycznym światłem. Na stalowych półkach stały tam środki czyszczące oraz szczotki i mopy.

Daniel zatrzasnął drzwi i zaczął panicznie rozglądać się po pomieszczeniu. – Spokojnie, bracie, zaraz was połatamy. – zawołał szukając zapewne czegoś do zatamowania rany.

Pierwszy wiedział jednak, że to koniec. Krew lała się z niego ciurkiem, a nawet gdyby jakimś cudem Danielowi udało się to opatrzyć, Delimer już go ścigał. – Daniel! – zawołał czując jak głos mu się łamie z braku krwi. – To koniec!

Kuzyn nie chciał jednak posłuchać i wciąż szukał czegoś co nadawało się na opatrunek. - Nie pierdolcie mi głupot, bracie! Musimy tylko…

- Daniel, nie! – zawołał Pierwszy. – Posłuchaj… Ja… Przepraszam cię… - mężczyzna zamarł w tym momencie spoglądając w jego stronę. – Ja… Nigdy ci nie ufałem… Uważałem za złego i zapatrzonego w siebie, ale… Ale gdy przyszło… Przyszło najgorsze… Miałem… Zrobiłeś już dla mnie więcej niż powinieneś… Jeszcze raz cię przepraszam. Bracie, idźcie i proszę przetrwajcie. – wyszeptał resztką sił podając Danielowi swój samobójczy pistolet z końcówką amunicji.

W spojrzeniu jego kuzyna coś się w tym momencie zmieniło. Pierwszy miał wrażenie jakby zobaczył na jego twarzy wstyd. Mężczyzna przyklęknął obok niego i ścisnął dłoń z pistoletem. – Kurwa, bracie… Ja… - zaczął jąkając się. – Bracie, te słowa… To co powiedzieliście…

- Chyba się teraz nie będziesz rozczulał. – prychnął Pierwszy.

Daniel zrobił w tym momencie coś niespodziewanego. Położył jedną dłoń na plamie krwi, która wylała się z Pierwszego, a potem przycisnął ją do swojego ramienia tworząc na ubraniu szkarłatną linie. – Przysięgam wam, bracie, że znajdę tego skurwysyna i jego dziwkę! Oboje ich utopię we krwi... – zawołał głosem pełnym żalu. - NIE! – dodał po chwili donośniejszym głosem. – NIE TYLO ICH! Ja naprawię ten świat! Zrobię takim jaki powinien być! Zamorduję każdego kto na to zasłużył, każdego pieprzonego hipokrytę! Każdego zdrajcę, który wbija nóż w plecy swoich kompanów. WYPLENIĘ TO JUDASZOWE NASIENIE Z CAŁEGO KRAŃCOWA!

Pierwszy chciał coś powiedzieć, ale nie był już w stanie głowa opadła mu sama. Daniel spojrzał w jego oczy i najwidoczniej nie dostrzegł w nich już życia, bo stwierdził. – Polegliście jak najprawdziwszy wojownik bracie. Odejdźcie w spokoju. Ja zajmę się resztą…

Potem zniknął. Pierwszy leżał na ziemi widząc nad sobą sufit.

- Oby tylko udało mu się uciec. Oby nie znalazł Dix. To nie jej wina… - pomyślał obserwując palącą się na suficie lampę. – Tak jest lepiej…Jestem już zmęczony… W końcu odpocznę… Tak naprawdę odpocznę… - nagle poczuł, że do oczu nabiegają mu łzy. – Może umrę nim Delimer tu dotrze… I tak będzie szybko… Tak jak chciałem… Tak jak zawsze chciałem…

- Na pewno chciałeś? – spytał go w głowie głos Grzegorza. – Po tym wszystkim dalej nie miałeś powodu?

- Było czasem fajnie… - wyszeptał bezgłośnie Pierwszy. – Dzięki tobie śmiałem się tak szczerze jak nigdy w Starym Świecie… Żałuję, że nie przeszedłem przez granicę pierwszy… Że nie mogę stąd odejść ze świadomością… Uratowania cię…

- Nie wolałbyś żeby to trwało? – spytał Grzesiek. – Czy w twoim planie na życie zawsze ktoś musi się poświęcać?

Pierwszy zaczynał tracić wzrok. Do jego uszu docierał coraz głośniejszy gwizd. – Wolałbym… - odparł poruszając tylko nieznacznie ustami.

Przez głowę przeszły mu obrazy, te wszystkie dobre wspomnienia. Te wspólne posiłki, małe imprezy, rozmowy, ten fragment gdy czuł się częścią czegoś. Przed oczami widział teraz garaż gdzie przy muzyce Szósty tańczył z Siódmą, ciesząc się jakby to miał być ostatni moment w jego życiu. Kamil próbował dopchać się do Dix, którą złośliwie odbierał mu w tańcu Daniel. Trzeci skrobał w swoim notatniku uśmiechając się pod nosem, a Dziewiąty i Ósmy kombinowali skąd można zdobyć trochę alkoholu. Po jego lewicy siedział Grzesiek, trzymając kubek kawy w ręku i krzywiąc się z każdym łykiem. – Jak zawsze zrobiłeś tak obrzydliwą jak tylko można było.

Pierwszy poczuł, że się uśmiecha. Jak miło było czuć to wszystko. Rozkoszować się tym widokiem, ale to już przepadło. Pogodził się z tym…

Więc dlaczego drżało mu serce?

Czemu nagle przerażał go chłód?

Dlaczego ciemność wydawała się taka straszna?

Pierwszy otworzył oczy widząc nad sobą lampę, a z jego ust wydarło się zrozpaczone. – JA CHCĘ ŻYĆ!

W tym samym momencie drzwi wyleciały z futryny. Delimer dostał się do pomieszczenia, ale Pierwszy ledwo to zauważył. Jego ciało buzowało teraz czymś dziwnym. Czymś czego nie znał. Czuł jak prąd płynie w przewodach budynku, czuł każdy błąd zawieszony w okolicy, a on chłonął to jak gąbka. Nagle wygiął się jakby pchnięty od dołu niewidzialną ręką. Upadł na kolana praktycznie u stóp niewykształconego, który zesztywniał jak gdyby widok, który zobaczył przez ciemne szkło w masce go zszokował.

Twarz Pierwszego zalewała czerń jakby ktoś lał mu na włosy smołę. Tył głowy ścisnęły nagle gumowe opaski, a oczy zarosły szkłem. Po chwili bezdechu wciągnął do płuc powietrze oczyszczone przez pochłaniacz i wypuścił je przez komorę foniczną. Na jego twarzy jak znikąd pojawiła się maska. Za nią czuł się taki bezpieczny. Odizolowany od zła Nowego Świata, wchłaniając tylko to co powinien. Niczym powietrze oczyszczone ze śmiertelnego gazu.

Cały strój, który nosił zmienił kolor na czarny. Zupełnie jak ten w którym zaczynał swoją historię w Krańcowie. Stając naprzeciw Delimera wiedział jedno. – On tu nie zginie.

Zaciskając pięść rąbnął potwora z taką siłą, że aż zadrżało na nim ubranie. Delimer nie pozostał mu dłużny i potężnym zamachem przebił go przez ścianę. Pierwszy potoczył się na podwórze.

***

Nie miał pojęcia co się dzieje. To wszystko było jak cud! Przez jego głowę ciągle przebiegały pytania. – Skąd się wzięła maska? Dlaczego jego strój się zmienił? Czemu rana się uleczyła? Jakim cudem zyskał nagle taki zastrzyk sił? Jak w ogóle przetrwał przebicie ściany?

Nie miał jednak czasu zastanowić się nad tym wszystkim. Chciał po prostu znaleźć się jak najdalej od Delimera.

Po rabanie jaki narobili plac wypełnił się potworami, dlatego nie mógł wrócić drogą którą tu przybyli. W końcu przekradając się dotarł do części magazynowej i miejsca gdzie znajdował się warsztat dla kolejki. Niestety, wszędzie roiło się od potworów. Nie miał przy sobie broni, by spróbować z nimi walczyć. Jedynie nóż, który na niewiele się tutaj zdawał. Musiał jakoś okrążyć fabrykę.

Klucząc tam gdzie tylko mógł dotarł w końcu do budynku podstacji elektrycznej. Ten okazał się pusty, więc wszedł do niego by chwilę odpocząć. Konsolety we wnętrzu jarzyły się niemrawym światłem, jakby wciąż docierało do nich jakieś minimalne napięcie. Okazało się, że główne przewody rozchodziły się z tego miejsca podziemiami, więc Pierwszy zszedł do tuneli licząc, że uda mu się trafić przynajmniej do spalarni.

Finalnie dostał się jednak do podziemi fabryki, lądując ponownie na tej samej klatce co wcześniej. Przez chwilę zastanawiał się czy nie spróbować zawrócić, bo łącznik i tak był zerwany, ale pomyślał, że może znajdzie jakieś boczne wyjście. Od skrajnej ściany fabryki do ciepłowni było raptem jakieś dwieście metrów. Od biedy mógł nawet spróbować przedostać się tam idąc po rurach ciepłowniczych.

Uznając to za w miarę sensowny plan, ruszył na górę zatrzymując się tym razem na wysokości poziomu 3. Stąd jak się okazało trafiało się do jakiejś pomniejszej sterowni gdzie pełno było monitorów i dźwigni do regulacji. Wyglądając przez szybę zauważył, że fabryka praktycznie opustoszała. Większość niewykształconych musiała w tym momencie znaleźć się na placu.

Z pomieszczenia kontrolnego Pierwszy dostał się na jeden z podestów i zaczął kierować się w stronę ściany, gdy nagle usłyszał wołanie.

- Dominika! Gdzie jesteś?! To ja!

To musiał być Kamil. Pierwszy poczuł jak zaczyna pulsować w nim złość, ale nie miał zamiaru konfrontować się z mężczyzną. Chciał po prostu uciec. Krążąc między zbiornikami, przechodząc w górę i w dół drabinami, znalazł się w końcu w pobliżu jakichś drzwi. Po tym labiryncie jaki przemierzył, nie był pewien czy wychodzą w dobrą stronę, ale chciał chociaż sprawdzić gdzie się znajduje. Ruszył biegiem w ich stronę i wtedy usłyszał kroki odbijające się echem po hali. Podest zakręcał w pewnym momencie i miał już obawy, że za chwilę natknie się na niewykształconego. Przyśpieszył pędu by dopaść do wyjścia przed nim, ale gdy był już przy samych drzwiach nadział się wprost na Czwartego.

Przestraszony Kamil od razu wymierzył Pierwszemu w głowę. Jego serce stanęło z przerażenia, a gdy mężczyzna nacisnął spust prawie wyskoczyło z piersi. Wtedy zdarzył się kolejny cud. Mimo, że lufę miał praktycznie przed nosem, kula odleciała w bok i przebiła na wylot blaszaną ścianę.

Zszokowany Kamil otworzył usta, ale Pierwszy nie dał mu kolejnej szansy. Łapiąc za broń szarpnął nią z taką siłą, że ta wyfrunęła po prostu na bok i spadła w głąb fabryki.

Czwarty natychmiast sięgnął po nóż, ale Pierwszy zablokował jego rękę i rąbnął w skroń. Chłopak miał jednak strasznie twardą głowę, bo błyskawicznie się otrząsnął i przywalił Pierwszemu w brzuch. Kamizelka wytłumiła cios, ale Czwarty szybko się zorientował, bo poprawił trafiając Pierwszego w maskę.

Ten poczuł jak nos pod gumą mu się przestawia, a krew zaczyna zalewać filtry i wpadać mu do ust. Chciał zawołać żeby się opanowali, ale zachłysnął się własną posoką kaszląc jak opętany.

- Nie wiem jakim cudem żyjesz! - zawołał Kamil. - Ale jeżeli stałeś się potworem z przyjemnością zakończę twoje męki. - po tych słowach rąbnął Pierwszego po raz kolejny.

W tym momencie Pierwszy wiedział już jedno. Kamil miał zbyt mocne ciosy by wytrzymał z nim tę wymianę. Cud który sprawił, że bez draśnięcia przefrunął przez ścianę najwidoczniej się wyczerpał. Zdesperowany spróbował chwycić chłopaka pod łydkami i obalić na ziemię, ale Czwarty wyślizgnął mu się i strzelił kolanem w mostek.

Pierwszego zatkało, gdy Kamil sięgnął w końcu po nóż i z impetem wbił mu go w tył barku. Pierwszy poczuł rwący ból. Znowu przepełniło go uczucie jakby zaraz miał zginąć, ale gdy lęk wypełnił jego ciało powróciło to dziwne uczucie.

Czwarty wyrwał w tym czasie nóż by dźgnąć go po raz kolejny, ale gdy brał zamach Pierwszy chwycił go za ubrania i pchnął na barierkę. Siła z jaką to zrobił była niewyobrażalna. Kamil zachował się jakby pchnął go co najmniej Delimer. Prawie przeleciał na bok podestu i jak rzucony bezwładnie sznurek przewinął się przez barierkę. Pierwszy zobaczył jak w desperacji próbuje się jej chwycić, ale jego ręka ześlizgnęła się z metalu. Po krótkim locie chłopak runął z impetem na ziemię...

Pierwszy poczuł przerażenie. - Nie... – wyszeptał ponosząc maskę by wylać z niej krew. - To nie miało być...

Nagle usłyszał wrzask. Tak przeraźliwy i pełen żalu, że skóra na jego plecach po prostu ścierpła. Spoglądając na sąsiedni podest zobaczył Dix. Dziewczyna wpatrywała się w dół hali, a z jej oczu ciurkiem wylewały się łzy.

- Bogowie... - pomyślał Pierwszy. - Co ja kurwa zrobiłem?

Nagle Dix spojrzała na niego. Jej twarz zmieniła się, błyskała z niej czysta furia. Biorąc na cel Pierwszego pociągnęła serią po podeście, ale była tak zdenerwowana, że żadna z kul go nie sięgnęła. Pierwszy zaczął uciekać mając nadzieję, że zgubi dziewczynę. Oddzielały ich co najmniej dwie drabiny, miał więc szansę zgubić ją w tym labiryncie. Niestety, po chwili usłyszał przeraźliwy brzdęk. Dix zamiast próbować odnaleźć drogę wśród podestów, przeskoczyła na ten na którym znajdował się. Podnosząc się na roztrzęsionych nogach, zaczęła go gonić ciągle strzelając.

Pierwszy zobaczył przed sobą jakieś drzwi. Raczej nie prowadziły na zewnątrz, ale może gdzieś gdzie mógłby się schować? Otwierając je z impetem wpadł na korytarz w którym znajdowało się tylko jedno biuro i masa archiwów. Nie było też stąd innego wyjścia.

Zaraz za nim wpadła Piąta. Obrócił się chwytając ją za broń. – Dix… Proszę, ja… Zaczął tłumaczyć ale, dziewczyna szarpała się z nim krzycząc w amoku. –

ZABIJĘ CIĘ! JUŻ NIE ŻYJESZ! ROZUMIESZ???!!! JESTEŚ KURWA MARTWY!

W tym momencie Pierwszy poczuł jak dziewczyna zaczyna się zmieniać. Prawie poczuł jak jej gniew przybiera jakąś dziwną postać którą był w stanie wyczuć. Zdesperowany, wepchnął ją przez otwarte drzwi do jednego z archiwów zatrzaskując je natychmiast. Przez szybę zobaczył jak Dix leżąca na podłodze pociągnęła po nich serią. Kule wyminęły Pierwszego chociaż był pewien, że któraś go trafi.

Po tym nie czekał nawet chwili. Wybiegł z powrotem na podesty, a za sobą usłyszał krzyk. Był jakiś dziwny, nie przepełniony gniewem, a raczej przerażeniem. Nie cofnął się jednak by sprawdzić. Chciał po prostu uciec! Uciec z tego miejsca jak najdalej można było...

184 wyświetlenia27 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Książka!