Opowieści z Martwego Świata - Historia Pierwszego X

***

Muzeum kolejnictwa w Krańcowie powstało jako próba przekucia przemysłowej spuścizny miasta w coś odpowiadającego bardziej współczesnym standardom. W czasach PRL-u Krańcowo posiadało bowiem liczny, chociaż bardzo przestarzały, tabor kolejowy. Ogromne lokomotywy Diesla wywoziły beczki z, produkowanymi na miejscu, chemikaliami w różne strony Polski, a wąskotorowe parowozy „dostarczały” robotników z okolicznych wiosek wprost do fabryk.

Po upadku komuny, zamknięciu większości zakładów i wyparciu wąskotorowego transportu przez samochody większość taboru gniła porzucona na nieużywanych bocznicach i zjazdach. W późnych latach 90 znalazła się jednak w Krańcowie grupa pasjonatów, która próbowała wykorzystać ten przymusowy, pokomunistyczny spadek. Dzięki znajomościom i odpowiednim koneksjom udało się im uzyskać od miasta kawałek terenu w pobliżu dworca, natomiast od PKP wykupić za grosze od dawna już zapomniane lokomotywy. Dzięki temu stosunkowo niewielkim nakładem finansowym udało się otworzyć prawdziwą kulturalną placówkę.

Muzeum kolejnictwa dzięki wsparciu mieszkańców oraz samego PKP, rozrastało się cyklicznie zyskując coraz większą popularność, aż do globalnego kryzysu w roku 2008. Wtedy to po raz pierwszy podniesiono znacznie ceny biletów. Zrezygnowano z darmowego wstępu dla mieszkańców Krańcowa oraz otoczono plac murem żeby zabytkowych lokomotyw nie dało się oglądać z zewnątrz.

Chociaż muzeum w późniejszych latach próbowało ponownie się rozpromować nigdy nie osiągnęło już swojego dawnego poziomu. Niemniej ci, którzy zdecydowali się je odwiedzić wciąż chwalili sobie różnorodność eksponatów i wielkość samej placówki.

Po błysku miejsce zostało właściwie zapomniane i było niezwykle rzadko odwiedzane, niezależnie od okresu i pokolenia. Głównym powodem, oprócz tego, że w samym muzeum ciężko było znaleźć coś przydatnego do przetrwania, byli oczywiście Kolejarze. Niewykształceni ci, zajmujący niechlubne drugie miejsce wśród najbardziej niebezpiecznych potworów, bytowali głównie w miejscach związanych z koleją.

Co ciekawe okolice muzeum były również przez jakiś czas patrolowane przez, niekwestionowanego króla Krańcowskich potworów, Delimera. Ten szczególny osobnik nazwany zostanie przez przyszłych weteranów ‘’Dziurawcem’’, ze względu na charakterystyczny ślady postrzałów na ciele.

Sam Delimer zniknie jeszcze na długo przed powstaniem Wspólnoty zabierając zapewne ze sobą życie jakiegoś nieszczęśnika, ale to już zupełnie inna opowieść…


***

Przyciemnione lampy radiowozu ledwo oświetlały potężną sylwetkę potwora, który stał przed wejściem do muzeum. Jego głowa odziana była w maskę spawalniczą, ale nie taką jakie widywało się zazwyczaj w warsztatach. Przyłbica była stara i bardzo gruba. Do tego nie było na niej widać żadnych sprzączek. Zdawała się być właściwie wbita prosto w czaszkę istoty.

Z postury niewykształcony przypominał przerośniętego goryla. O zbyt szerokich jak na ludzkie kończynach i krótkich nogach, które niknęły w porównaniu z olbrzymim torsem. Na pierwszy rzut oka ciężko było też odróżnić czy niewykształcony nosił ubranie. Jego poszarzała skóra niewiele różniła się od grubego materiału jakim był przyobleczony.

Chociaż bestia wydawała się powolna i niezbyt agresywna to z jakiegoś powodu paraliżowała samym wyglądem. Pierwszy próbował zrozumieć co sprawiało to nieprzyjemne uczucie.

Nie była przecież nawet w połowie tak wielka jak Dziad, zajadła jak potwory ze sklepu albo konfundująca jak przypominający ludzi Gospodarze. Niemniej sam jej widok sprawiał, że człowiek czuł się jakby stanął przed obliczem żniwiarza.

Spoglądając na Drugiego zrozumiał, że ten musiał mieć bardzo podobne odczucia. Mężczyzna od kilku sekund zamarł z lekko otwartymi ustami, a jego oczy błądziły panicznie dookoła potwora.

Oswojenie się z widokiem nowego niewykształconego nie było im jednak dane, bo już po chwili od strony stacji pojawił się kolejny.

Ten wyglądał jak splot kolejowych części, które ktoś próbował niezbyt dokładnie ubrać w skórę ściągniętą wprost z trupa. Arkusze zielonej blachy najeżone przyciskami rozdzierały jego pozbawiony krwi tors. Z pleców wystawał mu pogięty pantograf, a niekompletna głowa przeszyta była olbrzymimi śrubami do skręcania torów. Najdziwniejsze było to, że istota zdawała się być silnie naelektryzowana. Pomiędzy metalowymi fragmentami w jej ciele co i rusz przeskakiwały błękitne iskry.

Mimo przerażającego wyglądu drugi potwór wydał się Pierwszemu niezwykle pokraczny. Przez ‘’dodatkowe komponenty” ledwo był w stanie się poruszać, a jego ręcę zdawały się być właściwie bezwładne. To sprawiało, że nie wzbudzał nawet części grozy niewykształconego z maską.

Drugi musiał jednak osiągnąć granice swojej wytrzymałości, bo jego ręce zaczęły drżeć na kierownicy, a przez gardło wydarł mu się wręcz maniakalny krzyk. – CO TO JEST!? CO TO DO KURWY NĘDZY JEST!? – po chwili ocierając twarz dłońmi zapytał jak w amoku. – To niewykształcony? Czy jakaś maszyna…? I dlaczego ta maszyna ma na sobie człowieka…? JA NIE MOGĘ! JA JUŻ NIE WYTRZYMAM! - Krzycząc to mężczyzna chwycił za klamkę, a Pierwszy w ostatniej chwili powstrzymał go przed ucieczką z radiowozu.

– USPOKÓJ SIĘ! – krzyknął. – To tylko niewykształceni! Niewykształceni jak wszyscy inni… - wydarł się próbując uspokoić kompana.

Drugi pokręcił głowa. – Nie… to nie są niewykształceni… to nie mogli być wcześniej ludzie…

- Uspokój się! – krzyknął ponownie Pierwszy, ale jego głos utonął w niewyobrażalnym huku.

Spoglądając przez szybę dostrzegł, że półmechaniczny potwór zbliżył się znienacka do tego z maską. W tym momencie obu połączył łuk elektryczny. Osłonięty przyłbicą niewykształcony przypalił się, a z jego grubego jak jutowy worek stroju zaczął wydostawać się dym. Pod czarnym szkłem na masce zaświeciła para porażonych oczu.

Agonia potwora trwała dobrych kilka sekund aż ładunek na ciele kolejowego niewykształconego najprawdopodobniej wyczerpał się.

Drugi na ten widok znowu osłupiał. Zamilkł, a jego bezmyślny wyraz twarzy zdradzał, że jest na skraju omdlenia.

Pierwszy wiedział, że nie może już liczyć na jego rozsądek. Zagryzając z bólu zęby szarpnął nim. – GRZESIEK OTRZĄŚNIJ SIĘ! Musisz ratować swoich! Oni tam czekają!

Drugi pokręcił jednak głową nie będąc w stanie wyrwać się z tego otępienia. – To mnie przerasta…to już jest za dużo…. Za dużo…- jęknął głosem jakby był zahipnotyzowany.

Pierwszy zacisnął zęby i pokonując ból zepchnął kompana na boczne siedzenie. Czując jak łzy nabiegają mu do oczu usiadł na miejscu kierowcy. Wtedy też dostrzegł na ulicy coś, czego nie zauważył wcześniej. W elektrycznej poświacie, rzucanej przez kolejowego stwora, zamigotał mu bok drugiego policyjnego furgonu. Nawet przez chwilę nie miał wątpliwości, że to pojazd którym towarzysze Grześka próbowali uciec z Krańcowa. W tym momencie wróciła do niego rozmowa z korytarza, gdy Drugi przekazywał mu słowa Kuby. Przypomniał sobie o stworze, który unieruchomił ich pojazd.

Serce zabiło mu jak szalone, a krew odpłynęła z twarzy. Pierwszy chwycił ręką za drążek skrzyni biegów, a następne wydarzenia stały się w przeciągu sekund.

Kolejowy potwór, mijając opadającego na ziemię zamaskowanego, dał kilka powolnych kroków w ich stronę. Pierwszy strzelił ze sprzęgła wrzucając jednocześnie wsteczny bieg. Furgonem szarpnęło w tył, ale nim zdążył nabrać prędkości, ogromny łuk elektryczny przeskoczył między niewykształconym a poszyciem auta. Silnik i lampy zgasły natychmiast. Okolicę okryła ciemność.

Pierwszy otrząsnął się jednak natychmiast i spróbował odpalić samochód, ale po przekręceniu kluczyka, żadne kontrolki na kokpicie nawet się nie zajarzyły. Ładunek elektryczny musiał spalić bezpieczniki.

Gdy na szybko próbował wymyślić co zrobić dalej w mroku odezwał się do niego głos Drugiego. - My żyjemy?

- Jeszcze… - odparł Pierwszy łapiąc za latarkę, ale nim zdążył ją włączyć znowu zrobiło się jasno.

Przez chwilę myślał, że kolejny ładunek elektryczny uderzył w samochód, ale stało się coś zupełnie innego. Potwór z maską spawalniczą przetrwał jakimś cudem poprzednie uderzenie i swoimi ogromnymi łapami chwycił kolejowego od tyłu. Obu niewykształconych przeszyło natychmiast mocne wyładowanie przez co wyglądali jak olbrzymia lampa łukowa.

Pierwszy nie mógł przez chwilę oderwać od tego wzroku, ale natychmiastowe naświetlenie oczu przywróciło mu zdrowy rozsądek. - Uciekamy! – rozkazał, wypychając Drugiego z fotela na tył furgonu. Chwilę po tym sam ruszył za nim dostrzegając jednocześnie leżącego na podłodze PKS-a.

Gdy schylał się już po broń po prostu go zmroziło. Ból rozdarł mu wnętrzności z taką siłą, że z wrzaskiem osunął się po bocznej ścianie. Dopiero to ocuciło Grześka, który doskakując do niego zawołał przestraszony - Co się dzieje? Co jest? Mów!

Pierwszy odkasłał czując w ustach metaliczny posmak krwi. – Chyba znowu mi coś pękło w środku… - jęknął próbując się podnieść. Drugi złapał go pod ramię chcąc mu w tym pomóc, ale Pierwszy odepchnął go. – Weź PKS-a! – rozkazał, po czym ruszył do tylnego wyjścia wspierając się o ścianę auta. Przygryzając z bólu usta złapał za klamkę. – Jak otworzę drzwi odbiegnij z nim ile dasz radę. Potem oprzyj go na dwójnogu i wyceluj…

- JA Z TEGO NIGDY NIE STRZELAŁEM! – zaprotestował Drugi.

- A ja nie dam rady… - jęknął Pierwszy. – Musimy oczyścić sobie drogę do wejścia! Jeśli te potwory nie pozabijają się nawzajem masz być gotowy!

Drugi wyglądał jakby miał się rozpłakać, ale skinął głową na znak, że rozumie. Pierwszy widząc to wypchnął tylne drzwi i mężczyźni wyszli z radiowozu.

Tuż za ich plecami wciąż błyskała elektryczna łuna. Drugi zaczął biec przez ulicę, a Pierwszy oświetlał mu w tym czasie drogę latarką. Ponieważ sam ledwo był w stanie iść, Grzesiek wyprzedził go błyskawicznie.

Po chwili ciekawość wzięła nad nim górę i odwrócił się na chwilę w stronę potworów.

Zamaskowany podniósł w tym czasie kolejowego do góry i to mimo tego, że ubranie i skóra po prostu się na nim paliły. Wyglądało na to, że był nie tylko niewyobrażalnie wytrzymały, ale i całkowicie niewrażliwy na ból.

- Niedobrze... - pomyślał Pierwszy kontynuując drogę w stronę kompana.

Drugi zdążył już ustawić karabin na dwójnogu i ułożyć się tuż za nim. Pierwszy ledwo powłócząc nogami, dołączył do niego po chwili. – Trochę będzie nim rzucało - ostrzegł spluwając krwią. - Ogień jest tylko ciągły. Upewnij się, że masz któregoś z nich w celowniku i wal… - wysapał opierając się o pobliskie wysuszone drzewo.

- Ja pierdolę! – krzyknął nagle Drugi, a Pierwszy spojrzał ponownie na walczące potwory.

Zamaskowany z nadludzką siłą przerwał na ich oczach kolejowego na pół. Ze środka potwora, zamiast flaków, wyleciały kable i metalowe części, które z brzękiem rozsypały się po kostce brukowej przed muzeum.

Łuk elektryczny zniknął niemal natychmiast, a okolice oświetlała teraz jedynie latarka Pierwszego. Mężczyzna natychmiast poświecił w stronę ‘’żywego’’ potwora, a jasny snop odbił się od czarnego szkiełka w jego masce.

- Idzie tu! – krzyknął Pierwszy. – Przygotuj się…

Drugi skinął nerwowo głową, a jego ręce zadrżały tak mocno, że lufa karabinu po prostu zatańczyła na dwójnogu. Pierwszy widząc to przyklęknął obok, mając wrażenie, że żebra rozdzierają mu przy tym płuca. Ledwo powstrzymując jęknięcie wysapał do kompana. – Mówiłem ci... To potwór jak każdy inny. Zabiliśmy Dziada, zabijemy i jego. Skup się…

Drugi zacisnął zęby tak mocno, że te aż zachrobotały. Napinając się do granic możliwości opanował w końcu drżenie rąk.

- Niech podejdzie blisko… - wyszeptał Pierwszy. – Miej pewny strzał. Ten karabin go zmiecie…

Zamaskowany potwór kroczył w ich stronę bez jakiegokolwiek pośpiechu. Jego ubranie wciąż tliło się w wielu miejscach co doskonale widać było w ciemności. Gdy tylko się do nich zbliżył Pierwszy poczuł w nosie odór spalonego mięsa.

Bestia minęła radiowóz i kierowała się wprost na nich. Drugi zamarł w skupieniu wstrzymując oddech. Pierwszy odruchowo przymrużył oczy przygotowując się na huk PKS-a.

Gdy potwór był już tylko kilka metrów od nich Drugi w końcu nacisnął spust. Karabin ’’rzygnął ogniem” oświetlając okolicę i wypełniając ją odgłosem głośnym jak seria grzmotów w burzową noc. Strumień pocisków runął w istotę dziurawiąc jej maskę i rozszarpując klatkę piersiową na której pojawiły się ogromne niekrwawiące rany. Pas amunicyjny skończył się jednak błyskawicznie i chociaż broń przestała strzelać, Drugi wciąż trzymał wciśnięty spust.

Pierwszy spojrzał na potwora, który zatrzymał się. Jego maska ledwo trzymała się kupy, kawałki ciała oderwały się w wielu miejscach, a fragmentu jednej z dłoni po prostu brakowało. Był niemal pewien, że bestia zawali się za chwilę pod własnym ciężarem.

Mijały jednak kolejne sekundy, a potwór wciąż stał niewzruszony. Zupełnie jakby nagle zamienił się w wielki posąg.

- Co się dzieje? – spytał Drugi patrząc na niego przerażonymi oczami.

Pierwszy wysunął się do przodu łapiąc za uwieszony na szyi pistolet maszynowy. - Może bestia umarła na stojąco? - pomyślał pełen nikłej nadziei. Niestety, gdy tylko się zbliżył klatka piersiowa istoty podniosła się jakby potwór łapał właśnie ogromny oddech. Po czym, ku ich przerażeniu, niewykształcony dał potężny krok do przodu.

- DLACZEGO TO NIE UMIERA!? – wykrzyczał Drugi. – DLACZEGO NIE UMIERA!?

Pierwszy pokręcił głową i podnosząc drżącymi rękoma H&K, wycelował strzelając serią w maskę potwora. Kule zrykoszetowały odbijając się od grubej blachy, a stwór niewzruszony kroczył dalej. W tym momencie zrozumiał, że to koniec walki. – UCIEKAMY! – krzyknął w stronę Drugiego.

Mężczyzna poderwał się z ziemi i okrążając potwora, ruszył w stronę muzeum. Pierwszy spróbował zrobić to samo, ale gdy tylko przetruchtał kilka metrów, złapał go w boku taki ból jakby pękała mu wątroba. – FUCK! - przeklął osuwając się na kolana.

Grzesiek widząc to zawrócił natychmiast i biorąc go pod ramię, poderwał do góry. – Spokojnie, jestem! Jestem, spokojnie...

- Ja jestem spokojny. – wysapał Pierwszy. – Po prostu nie chcę, żeby śmierć mnie bolała…

- PRZESTAŃ PIEPRZYĆ! – ryknął Drugi. – Nie umierasz! Nie umieramy! Idziemy…

Pierwszy miał w tym temacie odmienne zdanie. Byli tylko kilka metrów od potwora. Gdyby rozjuszony atakiem popędził w ich stronę, on sam na pewno nie miałby szans na ucieczkę.

Na szczęście okazało się, że zamaskowany, chociaż podążył w ich stronę, nie wydawał się specjalnie spieszyć.

Mężczyźni doszli chwiejnym krokiem do bramy przez którą wpuszczano odwiedzających muzeum. Plac z eksponatami otoczony był wysokim betonowym murem. Gdyby tylko dostali się do środka mieliby szanse. Niestety, gdy stanęli przed wejściem, okazało się, że jest ono zamknięte na kłódkę z solidnym łańcuchem. – KURWA MAĆ! – krzyknął Drugi kopiąc w bramę, przez co uwieszony na nim ranny kompan o mało co nie stracił równowagi.

Pierwszy nabrał już powietrza by powiedzieć Drugiemu, że musi iść dalej sam, ale wtedy przez bramę przebiło się światło latarki.

Jakaś postać doskoczyła i dołączyła do nich po drugiej stronie otwierając pośpiesznie kłódkę.

- Wchodźcie! Szybko! – wykrzyczał męski głos w ciemności.

- Dziewiąty? – spytał zszokowany Drugi.

***

Dziewiąty, który niespodziewanie otworzył Pierwszemu i Drugiemu bramę, zaprowadził ich prosto na plac wystawowy. Znajdowały się na nim nie tylko lokomotywy, ale też liczne wagony i inne pojazdy torowe. Tam w jednym z zabytkowych Warsów ukrywali się niedoszli uciekinierzy z Krańcowa.

Drugi, wchodząc do oświetlonego latarkami pomieszczenia, nie krył radości, gdy zobaczył swoich towarzyszy mocno poobijanych, ale wciąż żywych. Uciekinierzy początkowo zszokowani jego widokiem, szybko podchwycili tę reakcję. Piąta podbiegła do Grześka i uścisnęła go tak jakby nie widzieli się od lat. Czwarty poklepał przybysza po ramieniu, a Ósmy złapał go pod ramię krzycząc – Mówiłem, że przyjdzie? Mówiłem!

Pierwszy pozostał w cieniu całej tej szopki darując sobie przywitanie. W jego głowie zawsze pojawiał się zgrzyt, gdy widział jak szybko ludzie zmieniają swój stosunek do innych. Przypominał sobie teraz jak jeszcze niedawno w H-markecie, Czwarty i jego kompani gotowi byli wyrzucić Drugiego z grupy. Na szczęście pozostałym nieszczególnie przeszkadzał jego brak entuzjazmu. Mógł więc na spokojnie przysiąść na wolnej ławce starając się ocenić swój stan.

W międzyczasie wszyscy skupili się na Drugim i rozsiadając przy stolikach, zaczęli bombardować go masą pytań. – Jak się tu dostał? Skąd tyle strzałów? Czy dużo potworów skrywało się za murami itd…

Drugi nie pozostawał dłużny, sam mocno ciekaw całej sytuacji. Pytał więc co zmusiło ich do zatrzymania? Czemu skryli się właśnie tutaj? Dlaczego wysłali Kubę, zamiast spróbować uciec wszyscy? Pierwszy wyciągnął się na oparciu próbując mimo bólu wyłapać odpowiedzi z tej chaotycznej rozmowy.

Początek był dokładnie taki jakiego się spodziewał. Grupa uciekając radiowozem natrafiła na Dziada, który ścigał ich aż do muzeum. Potem napatoczył się na nich kolejowy niewykształcony, który poraził ich auto unieruchamiając je.

Ucieczka do muzeum też nie była zaskoczeniem. Mur i solidna brama dawały poczucie bezpieczeństwa, a przestraszona grupa nie miała wiele czasu na podjęcie decyzji. Dopiero dalsza część opowieści wydawała się Pierwszemu nietrzymająca się kupy, ale to zauważył nie tylko on…

- Zaraz jak to Kuba wtedy przepadł? – wtrącił nagle Drugi słuchając jak Dix streszczała właśnie ich perypetie.

- No po prostu zniknął. Jak uciekaliśmy z radiowozu zupełnie straciliśmy go z oczu… - wyjaśniła dziewczyna poprawiając nerwowo, opadającą jej na czoło, czarną grzywkę.

- No dobrze, ale co było dalej!? - dopytywał Grzegorz. – Wrócił do was? Czy pobiegł od razu do mnie?

Dix zamyśliła się. – Wrócił... Tak jakby. - stwierdziła w końcu. – To znaczy zablokowaliśmy już furtkę i schowaliśmy się w wagonie, a po chwili okazało się, że on już w nim siedział… - wyjaśniła.

- Zaraz… - przerwał Drugi. – To znaczy, że dotarł tu przed wami? Jak? Przecież od waszej furgonetki do radiowozu jest raptem parę metrów! Nie dalibyście rady się rozdzielić…

Piąta wyglądała teraz jakby sama nie była pewna tego co ma powiedzieć. – No właśnie nie… Siedzieliśmy tu już przez chwilę i nagle okazało się, że on też tu jest…

Drugi zmarszczył czoło. Wyglądało na to, że chciał dopytać o jakieś szczegóły. Wtrącił się jednak Czwarty. Siadając tuż za Dix położył jej ręce na ramionach i spróbował racjonalnie wyłożyć całą sytuację. – Wiesz, było ciemno. Wszyscy byliśmy przestraszeni… Może po prostu go nie zauważyliśmy…

Grzegorz wyglądał jakby ta odpowiedź wydała mu się najrozsądniejsza, ale Dziewiąty zasiał kolejne ziarno wątpliwości. – Tylko, że potem też nie zachowywał się normalnie…

Ósmy zbagatelizował to jednak twierdząc. – No kurwa! Ziomek się obsrał i tyle. Zresztą wszyscy byliśmy mocno wydygani.

W tym momencie Dix zaprotestowała. – Przyjmijmy nawet, że był przerażony. To dlaczego potem zgłosił się na ochotnika, żeby sprowadzić pomoc?

- CO!? – zawołał Drugi z niedowierzaniem.

Pierwszy, chociaż nie miał okazji przekonać się o tym na własnej skórze, zdążył już zauważyć, że wszyscy uważali Trzeciego za największego tchórza. Dlaczego więc teraz sam postanowił się narazić?

Grzesiek, wciąż zszokowany, oparł rękę na czole. – Gdy opowiadałaś początek to myślałem, że zostawił was zaraz po ucieczce z radiowozu i nawet nie sprawdził czy żyjecie. Później pomyślałem, że zmusiliście go do pójścia po mnie, bo ciągnęliście zapałki czy coś takiego.

- No i to jest najdziwniejsze… - podkreślił Kamil przytulając się do Dix. – Mieliśmy stąd na początku uciekać wszyscy razem, ale przekonał nas, że przedostanie się do ciebie sam i sprowadzi pomoc…

Drugi nie był już w stanie swoją mimiką wyrazić większego zdziwienia. Pierwszy był pewien, że to co usłyszał po prostu nie mieściło mu się w głowie. Z zamyślenia wyrwał go dopiero Dziewiąty. – Tylko z tą pomocą, to chyba kiepsko wyszło… Z tego co rozumiem radiowóz Pierwszego też szlak trafił? - odruchowo spojrzał w tym momencie w stronę siedzącego na uboczu.

Drugi potwierdził skinięciem głowy. – Niestety…

- To co teraz? – spytała Dix. – Spróbujemy się przekraść na piechotę? Skoro Kubie się udało to nam również powinno.

Pierwszy zamyślił się nad tym co usłyszał. Sam od dłuższego czasu używał samochodu sporadycznie, ale poruszał się tylko po znanych sobie okolicach i to w dzień. Światło latarki w nieodpowiednim miejscu bez trudu zwabiłoby potwory. Gdy poukładał to sobie w głowie podróż Kuby wydawała mu się praktycznie niemożliwa do wykonania. Przecież Dziady doskonale widziały w nocy, a Gospodarze reagowali teraz na najmniejszy szmer.

Drugi również wydawał się nieprzekonany. – Może podróżowanie nocą to nienajlepszy pomysł. Do świtu ledwie kilka godzin.

- Ale Kuba przekradał się w nocy! – zaprotestował Ósmy. – Może gościu to jest właśnie to o co w tym wszystkim chodzi. Może właśnie potwory go nie widziały, bo jest w kurwę ciemno…

- Tylko, że musisz oświetlać sobie drogę. – wtrącił niespodziewanie Pierwszy. Wszystkie oczy zwróciły się teraz w jego stronę. Odetchnął ciężko, ale kontynuował dalej. – W nocy widać latarkę z daleka, a Gospodarze są teraz tak rozwścieczeni, że atakują nawet przedmioty… Przyciągniemy je jak żarówka ćmy.

Po jego słowach w wagonie zapanowała cisza przerwana dopiero przez zrezygnowanego Czwartego. – To czekamy do rana… - przyznał niechętnie.

- A potwory nie próbowały się tu dostać? - spytał nagle zaniepokojony Drugi.

- Siedzimy tu już kilka godzin i żaden się nie pojawił. – odparła Dix.

Drugi rozejrzał się po wnętrzu wagonu. Widać było, że coś go mocno dręczyło. – Słuchajcie… Mimo to uważam, że nie powinniśmy tu zostawać. Wagon jest mały i łatwo go otoczyć. Jeżeli na plac wparowaliby Gospodarze, jesteśmy skończeni…

- To co proponujesz? – spytał Czwarty, chociaż po głosie słychać było, że nie ma ochoty się ruszać.

Grzesiek zastanowił się chwilę wyglądając jednocześnie przez okno za którym praktycznie nic nie było widać. – Ja bym spróbował schować się w budynku z wystawami. Jego okna prowadzą już poza mur… W razie czego moglibyśmy się wydostać unikając potworów pod furtką…

Dix słysząc to zaprotestowała. – A jak w budynku też będą niewykształceni?

- Mam jeszcze trochę amunicji… - wtrącił Pierwszy i zaczął wyciągać z kamizelki magazynki zdobyte w odnowionym komisariacie. – Poza tym wydaje mi się, że takie miejsca nieszczególnie przyciągają potwory… - dodał po chwili.

- Powiedz to temu przed bramą. – zakpił Czwarty.

Pierwszy pokręcił głową. – O to chodzi, że on jest przed bramą. Widziałeś żeby jakoś szczególnie bardzo próbował się tu dostać? I to MIMO naszej obecności? – odpowiedział ironicznie.

Czwarty nabrał powietrza by ponownie zaprotestować, ale najwidoczniej żaden konkretny argument nie przyszedł mu do głowy, bo wypuścił je po chwili, z irytacją stwierdzając – Dobra. Na twoją odpowiedzialność…

***

Przekradając się po omacku między lokomotywami grupa dotarła do budynku muzeum. Po otwarciu podwójnych, kutych drzwi weszli do ciemnego pomieszczenia zatłoczonego licznymi eksponatami związanymi z historią kolei. Pod ścianami ustawione były gabloty z makietami odzwierciedlającymi rozwój PKP. Na stojących pośrodku sali manekinach rozwieszone były zabytkowe ubrania konduktorów, maszynistów i dróżników. Gdzieniegdzie walały się też dziwne metalowe przedmioty, które bez wątpienia stanowiły niegdyś wyposażenie torowisk.

Zatrzymując się przez chwilę grupa zamarła w skupieniu nasłuchując czy z którejś strony nie zbliża się do nich jakiś niewykształcony. Przez dłuższy czas nikt się nie odzywał, a ciszę przerywały jedynie zdenerwowane oddechy przybyłych.

Nagle Ósmy wysunął się do przodu i zszokowany spytał – Kurwa, wy też to widzicie?

Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w kierunku wskazanym przez chłopaka i praktycznie oniemieli. Przy jednym z filarów, pod ogromnym rysunkiem czarnego parowozu, stał automat z przekąskami, który o dziwo wciąż był zasilany. Szklana szyba podświetlana była mdłym białym światłem, a na ekraniku co chwila migotał napis: Wrzuć monetę.

Pierwszy widząc to zaczął rozglądać się po pomieszczeniu i już po chwili wypatrzył więcej wciąż działających przedmiotów. Wskaźniki wyjść ewakuacyjnych, czujki alarmów w rogach sali czy czerwone światełko kamery wiszącej przy suficie.

Nagle jarzeniówki nad ich głowami zamigotały i zapaliły się. Wszyscy spojrzeli zszokowani w stronę Drugiego, który stał z ręką na włączniku i oniemiały wpatrywał się w światło.

- Co do diabła… - wyszeptała Dix odwracając się w stronę lamp. – Dlaczego ten budynek jest zasilany?

- Może ma awaryjne akumulatory? Czy coś takiego? – spytał retorycznie Czwarty.

Drugi słysząc to zaprzeczył natychmiast. – Takie coś to mogłoby być w naszym szpitalu, a nie w muzeum… To nie jest budynek pierwszej potrzeby…

Pierwszy przechodząc po pomieszczeniu przyglądał się z zaciekawieniem. – Kolejny błąd tego świata… - wyszeptał nagle.

- Błąd? Jak to błąd? – spytała Dix.

Pierwszy spojrzał na nią wyrywając się z zamyślenia. – Widywałem już nie dające się wyjaśnić rzeczy… Jedzenie, które od dawna powinno być przeterminowane, a wciąż było świeże. Prąd dopływający do odłączonych urządzeń jakby miały w sobie akumulator.

- Na to się mówi glitch. – wtrącił Ósmy.

- Jak zwał tak zwał. – przerwała mu Dix zwracając się do Pierwszego. – Myślisz, że to może być taki błąd? Że ten budynek nie ma jakiegoś zasilania o którym nie wiemy?

Pierwszy zastanowił się. – Pewności mieć nie mogę, ale dlaczego ze wszystkich miejsc w mieście właśnie to miałoby mieć dostęp do prądu?

- Może powinniśmy wyłączyć światło? – spytał Drugi. – Żeby nie wabić niewykształconych.

Nikt ze zgromadzonych mu nie odpowiedział. Światło dawało wszystkim złudne poczucie bezpieczeństwa i myśl o jego wyłączeniu najwidoczniej nie spotkała się z entuzjazmem.

- To środkowa sala… - stwierdził w końcu Dziewiąty. – Może za murem tak bardzo nie będzie widać…

Pierwszy postanowił zabrzmieć jako głos rozsądku, chociaż nie odważył się zaproponować wyłączenia świateł. – Zasłońmy chociaż okna. Jest tu masa portretów, które możemy wykorzystać.

O dziwo zebrani posłuchali go i już po chwili zaczęli ściągać ze ścian malunki z parowozami i wpychać je we framugi.

Pierwszy, nie czując się na siłach by im pomóc, usiadł na ławce przy drzwiach, a Drugi natychmiast zajął miejsce obok niego. – Jak się trzymasz? – spytał zmartwiony.

- Jestem w stanie się poruszać… - westchnął. – To znaczy, że już bywało ze mną gorzej…

- Wtedy z morfiną? – dopytał Drugi.

Pierwszy popatrzył na mężczyznę. W jego twarzy ciężko było znaleźć jakąś nieszczerość albo złośliwość. – Był jeszcze gorszy moment…

Drugi pokiwał głową spoglądając w podłogę. – Jest mi teraz naprawdę głupio… - stwierdził nagle.

- Bo? - spytał Pierwszy.

Drugi ścisnął usta. Widać było, że ma w środku jakiś większy ciężar który chce z siebie zrzucić. - Muszę ci się do czegoś przyznać... – zaczął nieco stłumionym głosem. - Gdy stanąłem wcześniej w twoim korytarzu byłem naprawdę zdesperowany. Wiedziałem, że sam nie tylko im nie pomogę, ale nawet nie dam rady tu dotrzeć… I wiesz co? Poznałem cię już na tyle dobrze by wiedzieć, że gdy powiem o co chodzi, najpierw jak zwykle odmówisz. Byłem jednak pewien, że sumienie które ciągle próbujesz tłamsić nad tobą wygra. Wchodząc do ciebie wiedziałem, że nie wyjdę sam… - Pierwszy słysząc to nabrał już powietrza, ale Grzesiek nie dał mu dojść do słowa. - Przepraszam... - wyszeptał. - Naprawdę byłem w desperacji. Jeżeli po tym wszystkim powiesz, że nie chcesz mnie więcej widzieć zrozumiem to…

Pierwszy popatrzył w stronę mężczyzny. Wiedział, że to co usłyszał powinno go co najmniej zirytować, ale z jakiegoś powodu nie potrafił być na Drugiego zły. Fakt, mężczyzna bywał irytujący. Wprost przyznał się, że grał na jego dobroduszności… Ale on sam traktował go już właściwie jak brata. Słysząc takie wyznanie od kogokolwiek innego byłby wściekły. Wyrzucałby sobie, że po raz kolejny dał się zmanipulować… Ale nie w tym wypadku.

Mimo tego, że został ranny, po raz kolejny stracił radiowóz, broń i mnóstwo amunicji czuł, że zrobił to co powinien. Biorąc głęboki oddech stwierdził. – Nie musisz sobie niczego wyrzucać… Ty też mnie nie zostawiłeś, gdy Dziad nas zaatakował. Tak naprawdę to właściwie uratowałeś mnie wtedy.

Drugi uśmiechnął się krzywo. – Nie wygląda to tak kolorowo jeśli uświadomisz sobie, że sam najpierw wpędziłem cię w niebezpieczną sytuacje…

- ...Daj spokój – przerwał mu Pierwszy zamykając zmęczone oczy. – Nie mam ci za złe…

Drugi milczał przez chwilę, ale Pierwszy wiedział, że to nie koniec rozmowy. Mimo, że nie widział swojego kompana, czuł jak ten siedzi obok niego cały spięty. W końcu zgodnie z oczekiwaniem Drugi zagadnął go mówiąc – Pierwszy?

- Mhm? – odparł otwierając ponownie oczy i spoglądając na Grzegorza.

Ten wypalił nagle z ostatnim pytaniem jakiego by się spodziewał. - Jakim cudem nie zmroziło cię na widok tego potwora?

Pierwszy poczuł się naprawdę zaskoczony. Powolnym ruchem ściągnął maskę z twarzy i popatrzył na Grześka pytająco. – Po prostu przywykłem…

- Jak? – dopytywał zszokowany Drugi.

Pierwszy wzruszył ramionami. – Nowe Krańcowo, ten Nowy Świat to moja rzeczywistość. Miejsce w którym żyję każdego dnia… Po prostu.

- Nie rozumiem… - stwierdził Drugi, ale nie był to koniec rozmowy. Mężczyzna wciąż wpatrywał się w Pierwszego jakby oczekiwał, że wyłoży to jakoś inaczej. Widząc to zastanowił się przez chwilę i spróbował bardziej obrazowego przykładu.

- Pomyśl o tym tak. Gdy w czasie pierwszej wojny światowej, na niemieckie okopy po raz pierwszy wyjechały brytyjskie czołgi żołnierze byli przerażeni. Uciekali w panice, bo nie wiedzieli co to za maszyny i jak się przed nimi bronić. Były dla nich tak przerażające jak, dla każdego nowoprzybyłego, przerażający są niewykształceni. Po pierwszym miażdżącym sukcesie czołgi zaczęto produkować na coraz większą skalę i pojawiały się w bitwach coraz częściej. Po pewnym czasie żołnierze przywykli do ich obecności. Ich widok stał się codziennością i mimo, że zagrożenie z ich strony wcale przez to nie zmalało, powoli przestawały robić jakieś większe wrażenie. Walczono z nimi jak walczy się z każdym przeciwnikiem, znajdując odpowiednią metodę. Brytyjczycy i Francuzi wysyłali więc kolejne czołgi, ale od kiedy na stałe zagościły na polach bitew to choćby miały co raz większe lufy i coraz grubsze pancerze, nie miały już szans zrobić takiego wrażenia jak za pierwszym razem...

Drugi wsłuchiwał się w jego słowa, wtrącając w końcu. – Lubisz historię, co?

- Tylko fakty… - odparł Pierwszy. – Nie miałem głowy do uczenia się dat… W każdym razie codziennie widuję potwory, które chcą mnie zabić. Przywykłem do towarzyszącego temu odczucia. Dlatego nawet jak widzę nowego to czuję się tak samo jakbym patrzył na tego którego już znam. Z tą różnicą, że bardziej uważam…

- Ja tak nie umiem… - westchnął Drugi. – Wszystko co jest ‘’nieludzkie” mnie przeraża. Nigdy nie bałem się Gospodarzy, ale widok Zniczy długo mnie przerażał mimo, że są przecież o wiele mniej groźne. Jak zobaczyłem to na wpół mechaniczne coś po prostu nie dałem rady…

- Każdy ma jakieś słabości. – podsumował Pierwszy klepiąc go w ramię i zamykając ponownie oczy.

***

Odgłosy przyciszonych szeptów wybudziły Pierwszego z jego chwilowej drzemki. Nie mogło minąć dużo czasu od kiedy odpłynął, bo za niedokładnie zamkniętymi oknami ciągle było ciemno.

Rozglądając się po pomieszczeniu dostrzegł, że Piąta również próbowała się przespać. Zwinięta w kłębek na przeciwległej ławce przykryła się kurtką należącą najpewniej do Czwartego. Chłopak z kolei razem z Ósmym kombinował coś przy automacie ze słodyczami.

Pierwszy obserwując ich przez chwilę stwierdził, że ewidentnie próbują dobrać się do jego zawartości.

W tym samym czasie Drugi i Dziewiąty stali w kącie pomieszczenia przy otwartej gablocie i oglądali plastikowe modele kolejek. Pierwszy podniósł się powoli chcąc do nich dołączyć, ale zrobił to zbyt nieostrożnie, bo gdy tylko się wyprostował poczuł przeszywający ból. – Przynajmniej jest dobrze, gdy się nie ruszam – pomyślał po czym przyczłapał się do zajętych rozmową mężczyzn.

-… wtedy dostałem od starego moje pierwsze Pico – stwierdził Dziewiąty. – Byłem jeszcze bardzo mały i to był raczej prezent, który zrobił sam sobie. Ja tylko patrzyłem jak kolejka jeździła, ale i tak miałem z tego niezłą bekę. Na Komunię dostałem już większy zestaw czeskiej firmy. To było chyba Mechano. Tory zasilane były elektrycznie i można było zmieniać prędkość pociągu sterownikiem. Do tej pory mam go chyba gdzieś na strychu… To znaczy miałem…

Drugi przyglądał się małej kolejce ze średnim zainteresowaniem. – Ja nie miałem takich gadżetów. Rodzinka nie była zbyt bogata, więc zamiast kolejkami bawiłem się majtkami koleżanek z klatki obok…

Dziewiąty słysząc to zaśmiał się. – No to chyba nie było ci tak źle. Ładne sąsiadki miałeś?

- Jak cukiereczki… Zwłaszcza taką Patrycję. Była parę lat starsza, ale…

Pierwszy zignorował opowieść Drugiego i podszedł do gabloty. Znajdowała się w niej typowa idylliczna makieta z zieloną trawką, pięknymi błyszczącymi lokomotywami i uśmiechniętymi figurkami. – Trochę nierzeczywiste. - pomyślał podnosząc szczerzącego się kolejarza. - W życiu nie widziałem tak zadowolonego pracownika PKP. - Gdy przyglądał się figurce za jego plecami zawołał głos Czwartego. – Ma ktoś jakieś drobne!?

Drugi spojrzał natychmiast w jego stronę. – Naprawdę chcesz jeść z tego automatu?

- Wszystko wygląda na świeże… - stwierdził Kamil. – Tylko nie da rady tam wepchnąć łapy, a spirala trzyma zbyt mocno by coś wyciągnąć drutem… To jak? Nic ci się nie wala po kieszeniach? – spytał po raz kolejny.

Drugi pokręcił głową. – No sorry, ale ostatnio słabo u mnie z kasą…

- Ja mam jakieś drobne… - wtrącił niespodziewanie Dziewiąty, wyciągając z kieszeni portfel.

Drugi popatrzył na niego zdziwiony. – Po co ci to?

- Z przyzwyczajenia noszę…- stwierdził mężczyzna i grzebiąc chwilę w kieszonce, wyciągnął z niej piątkę, którą od razu rzucił Czwartemu.

Ten złapał ją i natychmiast podbiegł do automatu. Zadowolony wybrał jedną z przekąsek i przyglądał się jak maszyna wyrzuca produkt z półeczki. – Cudnie! – skwitował wyciągając batona.

W tym momencie wszyscy, oprócz śpiącej Dix, spojrzeli na niego jakby nie byli pewni czy przypadkiem nie otruje się tym posiłkiem.

Nie zrażony Czwarty otworzył opakowanie i ugryzł kawałek. Po pierwszym kęsie jego mina natychmiast zrobiła się błoga. – Świeży! Kurwa, świeżutki! – zawołał z ustami wypełnionymi czekoladą.

Drugi niemal natychmiast doskoczył do Dziewiątego i łapiąc go za kurtkę spytał. – Masz jeszcze jakąś kasę?

- Same grube… - odparł mężczyzna przeglądając boczną komorę portfela.

Pierwszy nie widział sensu w całym tym poruszeniu. Przecież batony w sklepach nie były wcale w gorszym stanie od tych z tego automatu. Słodycze przeważnie nie psuły się zbyt szybko.

Nachylając się z powrotem nad makietą podniósł jeden z pociągów i dostrzegł mechanizm. – Czyli makieta była ruchoma.

Z zamyślenia wyrwało go głuche łupnięcie. Obrócił się błyskawicznie co oczywiście źle odbiło się na jego stanie. Łapiąc się za bok spojrzał w stronę automatu, gdzie Czwarty i Ósmy próbowali rozbić pleksę pistoletem. Te hałasy obudziły Dix, która poderwała się na ławce i spojrzała krytycznie na swojego chłopaka. – Kamil, przestań! Zwabisz tu niewykształconych…

- Nie usłyszą… - zapewniał chłopak uderzając po raz kolejny. – Pleksa wydaje głuchy dźwięk...

Dix pokręciła głową okrywając się jednocześnie bluzą. Pierwszy miał już wrócić do przeglądania makiety, gdy dźwięk pękającego tworzywa wypełnił pomieszczenie.

- Udało się! – zawołał Kamil wyraźnie z siebie zadowolony. Niestety, jego chwila triumfu trwała wyjątkowo krótko. Okazało się, że urządzenie zabezpieczone było dość głośnym alarmem. Świdrujący, elektroniczny dźwięk wypełnił pomieszczenie.

- Kurwa mać! – krzyknął Dziewiąty. – Uciszcie to!

Przestraszony Czwarty zaczął obmacywać maszynę szukając sposobu na wyłączenie alarmu. Nie było w tym jednak większego sensu. Nawet jeżeli urządzenie miałoby taki wyłącznik to raczej nie znajdowałby się na obudowie.

- Kabel! – krzyknął nagle Drugi jako pierwszy wykazując się rozsądkiem. – Utnij kabel!

Ósmy rzucił się na podłogę, ale z boku urządzenia nic nie wystawało. – Musi być z tyłu… - syknął łapiąc za bok automatu. Po chwili razem z Dziewiątym odsunęli urządzenie i wyrwali wtyczkę z gniazdka przy ścianie. Światła na ekranie automatu zgasły, a alarm umilkł momentalnie.

- Cholera… - syknął Drugi. – To na pewno usłyszeli.

- Kamil… - jęknęła Dix, chowając twarz w dłoniach. – Naprawdę musiałeś…

- Ale ja tylko… - zaczął Czwarty chcąc wytłumaczyć się swojej dziewczynie. Niestety, jak nie pierwszy już raz nie miał żadnego argumentu.

Pierwszy zamknął oczy nasłuchując jakichkolwiek dźwięków. Wysokie tony alarmu było tak głośne, że na pewno słychać je było przy murach. Czy to jednak wystarczyło by ściągnąć tu potwory?

Pozostali musieli zadawać sobie to samo pytanie, bo podnosząc broń zaczęli tłoczyć się pośrodku pomieszczenia. Przez kilka najbliższych sekund wydawało się, że wciąż są bezpieczni.

Drugi odetchnął i otworzył już usta by najpewniej stwierdzić, że im się upiekło, ale nim wydobył z siebie pierwsze słowo, głośny metaliczny dźwięk dobiegł zza drzwi.

Pierwszemu brzmiało to jak szarpanie łańcuchem. – Furtka! – krzyknął. – Są przy furtce…

- Jest solidna! A łańcuch gruby… - stwierdził Czwarty najwidoczniej odpychając od siebie, że mógł wpędzić ich w kłopoty. – Przecież tak po prostu jej nie wyważą, nie?

Pierwszy nie był przekonany. Na własne oczy widział jak niewykształcony w masce spawalniczej przedarł drugiego potwora na pół. Wydawało mu się, że gdyby tylko chciał mógłby bez problemu wyrwać furtkę razem z zawiasami.

Metaliczne odgłosy nie ustawały, a wszyscy zamarli w napięciu.

- Słuchajcie… - stwierdził Drugi. – Może tu nie czekajmy… Przejdźmy na tył budynku, by ogarnąć sobie w razie czego awaryjne wyjście…

Zgromadzeni pokiwali głowami i wycofując się powoli, ruszyli w stronę sąsiedniej sali. W tej części muzeum gabloty nie zawierały już makiet tylko starą kolejową dokumentację.

Drugi przebiegł przez pomieszczenie i doskoczył do okien. – Te wychodzą poza murem… - stwierdził pewnie wskakując na parapet. Gdy jednak otworzył pierwsze skrzydło zamarł przestraszony. – Kraty… - wyszeptał. – Kurwa, w oknach są kraty… Ja pierdolę. Kto chciałby niby ukraść coś z takiego muzeum?

- Później się będziesz nad tym zastanawiał! – stwierdziła Dix. – Wracajmy na plac! W razie czego przeskoczymy przez mur.

Mówiąc to dziewczyna wróciła do poprzedniej sali, a wszyscy ruszyli za nią. Pierwszy trzymał się na końcu, bo poruszał się najwolniej ze wszystkich. W czasie tej krótkiej drzemki jego stan nie miał prawa się poprawić i przy próbie biegu natychmiast paraliżował go ból. Gdyby byli teraz zmuszeni uciekać stąd, po prostu nie dałby rady. – Niedobrze… Nie jest dobrze… - odezwał się przestraszony głos w jego głowie.

Idąc za grupą wyszedł na ciemny plac. Dźwięk szarpanego raz za razem łańcucha wypełnił echem całą okolicę. Nagle coś grzmotnęło i metaliczny dźwięk ustał.

- PRZEBILI SIĘ! – ryknął Ósmy.

- Nie rozdzielać się! – rozkazał Drugi. – Wszyscy na mur po tamtej stronie! – dodał wskazując latarką kierunek, ale na jakikolwiek ruch było już za późno.

Gromada niewykształconych wdarła się na plac. W większości byli to Gospodarze, ale zza muru błyskały pojedyncze wyładowania świadczące o tym, że kolejowe stwory również zmierzały w ich stronę. Przestraszona grupa rozbiegła się między lokomotywami. Spowolniony bólem Pierwszy łapiąc za broń starał się ich dogonić, ale już po chwili wparował w niego Gospodarz. Siła uderzenia zrzuciła go z podestu na którym stał, prosto pod koła wagonu. Z twarzą wciśniętą w kamienie sztucznego torowiska, wydarł z siebie chrapliwy krzyk. Przez ból, który go rozdzierał wypuścił z ręki pistolet i leżał przez chwilę dysząc ciężko. Niewykształcony słysząc go, zeskoczył na dół, ale na szczęście widział w mroku tak samo niewiele jak zwykły człowiek. Nim zdążył wymacać Pierwszego leżącego na ziemi, ten sięgnął po broń i celując w stronę odgłosów wydawanych przez potwora nacisnął spust. Krótka seria oświetliła okolicę i Gospodarza. Lecące kule przeszyły mu korpus i potwór padł martwy na ziemię.

Pierwszy próbował wstać, ale po tym upadku jego stan mocno się pogorszył. Ściskając z bólu zęby tak, że mało nie popękały, odczołgał się cichaczem starając się nie wpaść w łapy kolejnych potworów. - Znowu ledwo żywy… Znowu… Ile jeszcze bólu muszę znieść? Mam już dość… Jestem zmęczony...

Pierwszy zatrzymał się w końcu i oparł plecami o jeden z wagonów. Nie miał już ochoty ani sił iść dalej. Czyżby to miał być koniec? Zostawili go? Taką nagrodę miał dostać za ‘’chęć’’ niesienia pomocy przyjacielowi? Nim jednak zdążył pomyśleć coś złego o Drugim usłyszał jego głos wołający go gdzieś z placu. – Pierwszy! Pierwszy gdzie jesteś!?

Słysząc to nabrał powietrza w płuca, ale gdy spróbował krzyknąć poczuł w przełyku pieczenie. Dusząc się jak zachłyśnięty, odchrząknął w końcu skrzepłą krew. – Kurwa… - syknął nie mogąc opanować ataku kaszlu.

W tej samej chwili usłyszał tabun kroków, które na pewno nie należały do ludzi. Podpierając się o ścianę sięgnął do drzwi na końcu wagonu i wpełzł do środka. Przekradając się po omacku między fotelami nie zauważył postaci skulonej na podłodze. Potykając się o nią w ostatniej chwili chwycił ławkę ratując się przed upadkiem. – Kto? – spytał natychmiast.

- Kamil… - wyszeptał głos z ciemności.

- Nie ruszaj się... – rozkazał Pierwszy świszcząc jak mops. – Są przy wagonie. – mówiąc to przeszedł na jego koniec żeby zobaczyć czy dadzą radę ominąć niewykształconych. Uchylając delikatnie drzwi łącznika zobaczył, że potwory ruszyły już w inną stronę. W tej ciemności musiały poruszać się na słuch, więc same wabiły się w różne części placu. – Dobra, możemy wyjść… Nie zapalaj latarki i trzymaj głowę nisko… - wyszeptał skrytemu Czwartemu.

Po chwili obaj wyślizgnęli się z wagonu.

Na placu panował teraz istny chaos, ale strzały i krzyki zupełnie ucichły. Pierwszego mocno to zaniepokoiło. – Co z Drugim i resztą? Wydostali się? Czy nie?

Prowadząc za sobą Kamila przekradał się między wagonami, gdy nagle ciemność rozjaśniła elektryczna łuna. Kolejowy potwór dostał się na plac i usmażył właśnie dwóch Gospodarzy, którzy podeszli do niego zbyt blisko. Zwabione odgłosami tej egzekucji inne potwory ruszyły w jego stronę.

Pierwszy wykorzystał okazję i dostał się razem z Czwartym pod mur. – Przechodzimy… - wyszeptał łapiąc za jego szczyt, ale gdy spróbował się podciągnąć, ból ponownie rozdarł mu wnętrzności. Ledwo powstrzymując się przed krzykiem, osunął się do tyłu.

- Co się dzieje? – spytał Czwarty.

- Nie dam rady… - westchnął Pierwszy.

Kamil poderwał go do góry i z irytacją syknął. – Podsadzę cię! Właź!

Pierwszy z pomocą mężczyzny wdrapał się na szczyt muru, po czym ześlizgnął po drugiej stronie. Czwarty dołączył do niego już po chwili. – Dobra, gdzie teraz?

- Nie mam pojęcia. – jęknął Pierwszy rozglądając się po pokrytej mrokiem okolicy.

- Cholera… Cholera… - przeklął Czwarty kopiąc z irytacją w ziemię. – Gdzie oni mogli pójść… Boże, co z Dominiką? Przecież na pewno się wydostali. Do muru był tylko kawałek….

- Na pewno… - skłamał Pierwszy. W chaosie, który panował nie było gwarancji, że wszyscy się przedostali, ale postanowił nie uświadamiać o tym Kamila. – Po prostu się rozdzieliliśmy… Teraz musimy ich znaleźć.

- Tak, tak. – potwierdził Czwarty i zaczął trzepać się po kieszeniach. – Masz latarkę? Mi chyba gdzieś wypadła.

Pierwszy złapał się za kamizelkę. – Mam. Tylko odejdźmy chociaż trochę od muzeum.

- Ok. – szepnął chłopak, który wyraźnie zaczynał tracić zimną krew. Już po chwili zaczął przeklinać swój pomysł z otwarciem automatu. – Kurwa… po co mi to było. Boże oby tylko nic jej nie było. Kurwa, dlaczego ja zawsze jestem taki głupi… głupi… kurwa, głupi!

Pierwszy miał ochotę przyznać mu rację, ale wiedział, że w niczym to nie pomoże. Zamiast tego spróbował go uspokoić. – Nie denerwuj się. Na pewno przeskoczyli tak jak my. Musimy się tylko odnaleźć…

- Tak. Masz rację. - potwierdził Czwarty, ale w jego głosie wciąż było słychać zdenerwowanie.

Pierwszy ruszył po omacku do przodu. Dookoła było tak ciemno, że kroczył jak ślepiec z wyciągniętymi rękami. W końcu, gdy wydało mu się to bezpieczne, zapalił latarkę.

Okazało się, że znajdowali się na skwerku tuż obok bloków sąsiadujących z muzeum. W tym momencie serce mu zabiło. Przy blokach mogła być masa gospodarzy. Stojąc ze światłem w ręku zawahał się przez chwilę, ale z jakiegoś powodu okolica była zupełnie pusta.

- Pierwszy! – zawołał nagle Kamil spoglądając gdzieś w dal. – Tam!

Spoglądając w kierunku wskazanym przez Czwartego, dostrzegł mdłe światło w oknie jednego z bloków. W oczach jego towarzysza błysnęła niespodziewanie iskra nadziei. – Może to Dix i reszta? Musieli się tam schronić…

Pierwszy przyjrzał się dokładnie. Rzeczywiście wyglądało to na światła latarek odbijające się w oknie. – Chodźmy! – zarządził.

***

Mężczyźni szli w milczeniu przez dłuższy czas. Pierwszy non stop przysłaniał latarkę ręką, tak by światło nie rzucało się zbyt mocno w oczy. Z jakiegoś powodu okolica była jednak opustoszała. Ale właściwie czemu? Czyżby drzwi do klatek były tutaj tak zniszczone, że większość Gospodarzy dostała się do swoich domów? A może zabili je ci kolejowi? Pierwszy zastanawiał się teraz czym właściwie były te istoty? Do tej pory nie spotykał się z potworami zdeformowanymi do tego stopnia.

Z zamyślania wyrwał go w końcu głos Czwartego idącego krok za nim. - Strasznie daleko udało im się uciec…

Pierwszy nie chciał się przyznawać, ale im bardziej oddalali się od muzeum tym większe miał wątpliwości czy światło rzeczywiście pochodzi od Drugiego i reszty. W wagonie ukrywali się tylko minutę, może dwie. Nawet gdyby ktoś z ich grupy wybiegł od razu po tym jak furtka puściła, raczej nie dałby rady oddalić się na taką odległość.

Gdy stanęli w końcu pod blokiem z którego dochodziło światło byli już naprawdę daleko od muzealnego muru. Pierwszy od razu zwrócił uwagę na wyrwany domofon i uszkodzony zamek. Przez myśl przeszło mu teraz, że światło może pochodzić od jakiegoś potwora.

- Wchodzimy? – spytał niepewnie Czwarty.

Pierwszy rozważał to przez moment. Światło było dobrze widoczne spod muzeum. Jeżeli ktoś z ich grupy je zauważył mógł też udać się w tę stronę. Trzeba więc było je sprawdzić. Spoglądając na Kamila skinął głową i powoli wślizgnął się do ciemnej klatki. W środku panowała absolutna cisza co już mocno go zaniepokoiło. Gdyby był tu ktoś od nich na pewno słyszałby teraz jakieś głosy. Wchodząc na pierwszy stopień, zaatakował go znowu paraliżujący ból. Dysząc ciężko złapał za poręcz, a Czwarty syknął za nim. – Co się dzieje?

- Jestem ranny. – odparł zirytowany.

Kamil słysząc to, spojrzał na jego broń. – Może ja…

- Zapomnij. – przerwał mu Pierwszy. – Co cię wtedy powstrzyma przed zostawieniem mnie tutaj? – Czwarty spojrzał na niego oburzony, ale nim zdążył coś powiedzieć ponaglił go. – Idziemy…

Skradając się weszli na drugie piętro. Pierwszy stanął przed drzwiami spod których widać było niewyraźną świetlistą plamę. Przykładając do nich ucho, starał się wyłapać ze środka jakikolwiek dźwięk, ale po drugiej stronie panowała absolutna cisza. Wewnątrz na pewno nie siedział żaden Gospodarz, ale byli przecież inni niewykształceni.

Z bronią w pogotowiu nacisnął na klamkę i uchylając drzwi najciszej jak potrafił, wsunął się powoli do środka. W jego nos uderzył potworny odór przypominający zgniłą wędlinę. Przechodząc w głąb korytarza, zobaczył kuchnię, w której pełno było pustych butelek i opróżnionych słoików. Miejsce wyglądało jakby ktoś w nim od dłuższego czasu mieszkał.

Idąc dalej natrafił na nieduży salon oświetlony obozową lampą. W środku na małej sofie leżała jakaś trupioblada postać, dysząca jakby miała spory problem z oddychaniem.

- Potwór… - wyszeptał Kamil tak niespodziewanie, że Pierwszy prawie podskoczył. Był tak skupiony na tym co może zastać w mieszkaniu, że nie zauważył nawet jak chłopak skradał się tuż za nim. – Załatwię go… - dodał po chwili i złapał za nóż.

Pierwszy zmrużył oczy i dostrzegł coś co mu nie pasowało do opisu niewykształconego. Mężczyzna leżący na sofie był przykryty kocem, a obok niego stała otwarta butelka. To nie był sposób w jaki zachowywali się niewykształceni. W ostatniej chwili powstrzymał Czwartego łapiąc go za bark. – To człowiek… - szepnął zbliżając się do postaci.

- Co!? – zawołał zszokowany Kamil, a w tym momencie śpiący przebudził się.

Jego oczy pobłądziły z lękiem po dwóch niespodziewanych gościach. Niemal natychmiast złapał za leżący na stoliku nóż i z jękiem wymierzył w nich ostrzem.

- Spokojnie! – zawołał Pierwszy. – Jesteśmy ludźmi! Nic ci nie grozi.

- Ludzie… - wyszeptał mężczyzna spoglądając z niedowierzaniem i drżącą ręką odłożył nóż. – Boże… myślałem, że jestem… jestem tutaj jedyny.

Pierwszy zbliżył się do mężczyzny ściągając z twarzy maskę przeciwgazową. – Nie, nie jesteś… - odparł przysiadając w rogu łóżka. Z jakiegoś powodu zapach zgnilizny stał się w tym momencie znacznie dotkliwszy.

- Wy…wy… - zaczął mężczyzna jąkając się jakby był bardzo osłabiony. – Jesteście…r..r… ratownikami?

- Nie – odparł Pierwszy spoglądając badawczo na mężczyznę. – Po prostu się tu pojawiliśmy. Tak samo jak ty…

Mężczyzna przyglądał się przez chwilę Pierwszemu po czym zamknął oczy tracąc przytomność.

- Co z nim? – spytał Czwarty zerkając to na Pierwszego to na leżącego mężczyznę.

Pierwszy położył obcemu rękę na czole. Ciepło bijące od jego głowy był w stanie wyczuć nawet przez rękawice. – Ma gorączkę… - stwierdził spoglądając przez chwilę w stronę koca. Miał wrażenie, że odór wręcz wydobywa się spod niego. Tknięty jakimś dziwnym przeczuciem podniósł go do góry i dostrzegł, że jedna ze stóp chorego jest praktycznie czarna. – Cholera… - wyszeptał.

Wtedy mężczyzna przebudził się po raz drugi. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie. – Nie patrz! Proszę nie patrz! To boli! Tak bardzo boli…

- Wiem… - odpowiedział Pierwszy. – Pomogę ci. – mówiąc to sięgnął do kamizeli i wyciągnął z niej cały zapas proszków. Wyciskając je na rękę podsunął mężczyźnie pod twarz. - Weź! To powinno ci ulżyć. Obcy wziął tabletki do ust, a Pierwszy podał mu butelkę z wodą. Gdy mężczyzna połknął środki przeciwbólowe osunął się na poduszkę szepcząc – Bałem się, że już nikt nie przyjdzie…

- Nie jesteś już sam… - odparł Pierwszy.

Mężczyzna skinął głową i zamknął oczy. – Zostańcie proszę… zostańcie dopóki… - w tym momencie łzy pociekły mu po policzku. – Nie chcę umierać… - wyjęczał łamiącym się głosem.

Pierwszy ponownie położył mu rękę na czole. – Śpij… - wyszeptał. – Nie jesteś już sam…

Ranny wykrzywiał się jeszcze przez chwilę, ale w końcu znowu stracił przytomność. Czwarty przyglądał się ze zdziwieniem całej scenie. Gdy Pierwszy wstał i ruszył w kierunku balkonu by odetchnąć trochę od odoru, Czwarty ruszył w krok za nim. – Cholera skąd on się tutaj wziął? – spytał gdy tylko znaleźli się na zewnątrz.

- Musiał się pojawić na cmentarzu… Tak jak my wszyscy – odpowiedział Pierwszy opierając się o metalową barierkę.

Mężczyzna stanął tuż obok. – Niemożliwe! Przecież byśmy go wyłapali! Po to Drugi kazał nam się przenieść do Hotelu…

Pierwszy popatrzył na niego nieprzekonany. – Założenie Drugiego ma problem u samej podstawy. Pamiętasz jak się czułeś gdy pojawiliście się razem z Dix?

Czwarty podrapał się po głowie. Widać było, że nie do końca zrozumiał o co mogło chodzić w tym pytaniu, bo stwierdził pokrętnie. – Byliśmy zdenerwowani… no i na pewno zdziwieni.

- Nie o to mi chodzi. – westchnął Pierwszy. – Pamiętasz żeby coś cię bolało? Kaca jak po błysku?

Czwarty zmarszczył czoło, a po chwili jego oczy rozszerzyły się jakby uświadomił sobie coś oczywistego. – Nie...

- I to jest właśnie sedno. – stwierdził dobitnie Pierwszy. - Kiedy pojawiasz się w świecie czujesz się normalnie. Wstajesz i po prostu idziesz do domu. Zanim wy zbierzecie się by w ogóle się podnieść, potencjalny nowoprzybyły jest już dawno w drodze do siebie. Powiedz ilu z was, Kuba albo Drugi znaleźli na cmentarzu?

- Nikogo… - westchnął Czwarty.

- No widzisz… Żeby to miało sens musielibyście przed każdym błyskiem znaleźć się jakimś cudem już na cmentarzu. – podsumował Pierwszy wpatrując się w nieprzeniknioną ciemność.

Czwarty zamilkł zastanawiając się nad czymś przez chwilę. – Nie widać latarek… - stwierdził niespodziewanie, a jego głos zadrżał.

- Fakt… - westchnął Pierwszy.

W tym momencie Kamil zaczął się rozklejać. – Myślisz… myślisz, że tylko nam mogło się udać?

Pierwszy nie miał pojęcia co odpowiedzieć. Wiedział doskonale, że słowa Czwartego mogły być prorocze chociaż sam wolał nie brać tego pod uwagę. Grzesiek żył gdy niewykształceni wpadli na plac. Szukał go. Tylko co jeśli zamiast zrezygnować, próbował tak długo aż go dopadli? W sytuacji gdy sam był na skraju załamania wolał nie dobijać swojego kompana. – Pewnie skryli się jakimś budynku i czekają do rana… Ja bym tak zrobił.

- No tak! – potwierdził Czwarty jakby za wszelką cenę chciał uwierzyć w słowa Pierwszego. Po tym ponownie zamilkł.

Obaj obserwowali przez chwilę mrok. Co jakiś czas niebo przebijał błysk jak przy burzy, ale Pierwszy wiedział, że to po prostu kolejowy potwór znowu kogoś dopadł. Miał tylko nadzieję, że nikogo ‘’żywego’’.

- Temu gościowy da się jakoś pomóc? – spytał nagle Czwarty.

Pierwszy oparł się o mocniej o barierkę i z trudem wydobył z siebie. – Nie… na stopę weszła już martwica. Pewnie dostał też sepsy. Żeby była szansa trzeba było ją odciąć, a potem leczyć go mocnymi antybiotykami… W takim stanie ciężko byłoby go wyratować w normalnym świecie.

- Cholera sporo wiesz. Byłeś ratownikiem jak Kuba? – dopytał Czwarty.

Pierwszy pokręcił głową. Często nie mógł uwierzyć, że ludzie żyją nie posiadając nawet podstawowej wiedzy o otaczającym ich świecie. - Po prostu lubię czasopisma popularno-naukowe – odparł w końcu.

- A… - odparł mężczyzna. – Czyli on umrze…

- To już raczej kwestia godzin. - podsumował Pierwszy.

Mężczyźni ponownie zamilkli. Kamil w obecnej sytuacji wyraźnie gorzej radził sobie z ciszą, bo już po chwili zagadnął ponownie. – Pierwszy… Posłuchaj…. Wiem, że nie zaczęło się między nami najlepiej, ale to nie znaczy, że wyrwałbym ci broń i zostawił na śmierć.

– Pierwszy popatrzył zdziwiony na mężczyznę, ale nim zdążył coś powiedzieć ten kontynuował swoją ‘’spowiedź”. – Wiem, że wtedy w markecie nasiałem trochę popeliny, ale zrozum… Jeśli chodzi o Dominikę ja po prostu głupieję. Gdy myślę o tym, że coś mogło jej się stać, dostaję małpiego rozumu. Kurwa… Kocham ją… Kocham nad życie, a przy tym ciągle się boję, że ją stracę...

- ...W świecie jak ten to raczej zrozumiałe - wtrącił Pierwszy, ale nim zdążył powiedzieć coś więcej Czwarty wyjaśnił.

- Nie chodzi mi tylko o śmierć. Wolę nawet nie brać tego pod uwagę. Po prostu wiem, że nie pasujemy do siebie… Jesteśmy z dwóch różnych światów. Z nią jest jak z tobą. Wiem, że w dawnym świecie nigdy nie zamienilibyśmy słowa. Nie mielibyśmy o czym. Gdy rozmawiamy ciągle czuję się jakbym robił jakiś kanał. Ona dużo wie i tak jak ty jest z tych oczytanych. A ja ostatnie co w życiu czytałem to ‘’Łysek z pokładu Idy’’. Gdy nie rozmawiamy o tym świecie to właściwie nie wiem o czym mam z nią rozmawiać… Rozumiesz?

- Poniekąd. – odparł Pierwszy, a Czwarty kontynuował swój wywód.

- Często myślę, że ten świat to syf… Z drugiej strony gdybym wiedział, że spotkam tu Dix to wszedłbym w to cholerne światło bez wahania. Tak wiele dla mnie znaczy. Dlatego gdy byliśmy w H-markecie trochę przesadziłem… - chłopak przerwał nagle, a jego oczy rozszerzyły się. – Spójrz tam! – zawołał nagle.

Pierwszy zmrużył oczy i dostrzegł trzy snopy światła zmierzające w ich kierunku. Czyżby Grzesiek i reszta też zobaczyli to mieszkanie w oddali? Sztywniejąc obserwował jak małe jasne punkt zmierzają w ich stronę i już po chwili dochodzą do bloku.

Światło jednej z latarek powędrowało w kierunku balkonu. – Pierwszy! To ty? – zawołał głos z ciemności.

- Nie drzyj się tak debilu… – pomyślał, ale jednocześnie poczuł jak ogromny ciężar spada mu z piersi.

- Oni żyją! - zawołał uradowany Kamil. – Wszyscy żyją!







337 wyświetleń34 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie