Opowieści z Martwego Świata - Historia Pierwszego VII

Mimo że Pierwszy był już przytomny od jakiegoś czasu, nawet nie próbował się podnieść. Bóle, jakie przeszywały w tym momencie jego czaszkę, były nieporównywalne, z niczym co miał już okazję odczuwać w swoim życiu. Po żadnym błysku nie czuł się bowiem tak źle, jak teraz.

Gdy leżał na podłodze, próbując znieść własną agonię, do jego uszu zaczęły dobiegać ciche jęki i westchnienia. - Czyli nie tylko ja wróciłem do życia…

Otoczony odgłosami podobnymi do poranka po suto zakrapianej imprezie, uznał, że nie uda mu się ponownie odpłynąć. Za to z jakiegoś powodu miał wrażenie, że dodatkowy ciężar hełmu na skroniach, tylko pogarsza jego stan. Po irracjonalnie długiej chwili odnalazł w końcu zapięcie i zwalniając je, pozwolił hełmowi zsunąć się z głowy. Gdy tylko jego potylica zetknęła się z chłodnymi płytkami na podłodze toalety, poczuł delikatną ulgę.

- Jak długo trwał ten Błysk? – zastanawiał się, czując w jak tragicznym stanie się znajduje.

Pierwszy od dawna już przypuszczał, że im dłużej było się nieprzytomnym, tym gorsze skutki następowały po wybudzeniu. Na podstawie swojego obecnego stanu, zgadywał, że musiał być nieświadomy co najmniej godzinę.

Kładąc sobie rękę na nosie, wcisnął tarczę zegarka na lewe oko. Otwierając delikatnie powiekę, dostrzegł rozmazane cyfry, wskazujące godzinę dziewiętnastą.

W tym momencie serce mu zadrgało. - Dziewiętnasta?! - pomyślał zszokowany. Przecież gdy ostatnio spojrzał na zegarek, nie było nawet szesnastej. Naprawdę to trwało aż trzy godziny? - To nie tylko wyjaśniałoby, czemu miał wrażenie, że jego mózg zaraz wypłynie na wierzch przez uszy, ale było to też naprawdę niepokojące. Przeważnie nie tracił przytomności na dłużej niż trzydzieści minut, a godzinny błysk był do tej pory najdłuższym jaki mu się przydarzył. To oznaczało, że ten którego doświadczyli w markecie znacząco odbiegał od normy. – To nie wróży nic dobrego…- pomstował w myślach.

Przez uczucie niepokoju które zaczęło go dręczyć, postanowił doprowadzić się do porządku, ale gdy tylko spróbował się podnieść, zawroty głowy i mdłości zmusiły go do powrotu na podłogę.

Pierwszy musiał niechętnie przyznać, że nawet gdyby w tym momencie miasto zaczęło płonąć, to i tak nie czuł się na siłach, by gdziekolwiek uciec. - Najwyżej poleżałbym i poczekał aż się spalę...- pomyślał.

Gdy po chwili spróbował przekręcić się na bok, by ulżyć odrętwiałemu ciału, poczuł, ukłucie w wewnętrznej kieszeni. Wtedy dostał niespodziewanego olśnienia. Przecież w kamizelce zawsze trzymał proszki przeciwbólowe. – Strasznie wolno myślę...- jęknął otępiony i nie otwierając oczu, odpiął rzep na kieszeni. Wyciągając powoli opakowanie z ketoprofenem, zaczął wyciskać sobie zawartość do ust, szeleszcząc dookoła blistrem.

- Błagam! - zawołał nagle Drugi, który najwidoczniej też odzyskał już przytomność. - Niech mi ktoś powie, że to dźwięk tego o czym myślę...

Gdy Pierwszy napełnił już usta tabletkami, cisnął opakowaniem w kierunku z którego dobiegał głos. - Masz...- wysapał, opierając sobie ramie na czole, bo po tym drobnym wysiłku czuł, że zaraz umrze.

W tym samym momencie do jego uszu dobiegł odgłos czołgania się po podłodze. - O Boże...o kurwa...- jęknął Drugi, który najpewniej dopadł się właśnie do proszków. - Kocham cię Pierwszy, kocham, kocham, kocham! Pobierzmy się tu i teraz!

- Masz szczęście, że nie mogę się podnieść...- warknął mężczyzna, zirytowany na równi bólem i głupim żartem. - Bo wracałbyś do domu kulejąc...- dodał przekręcając się na bok. - Jeśli błysk nie zmienił cię w kobietę z bajki, nie próbuj się więcej oświadczać...

Pierwszy marzył już tylko o tym by znowu przysnąć na chwilę, ale w tym momencie Trzeci przerwał ciszę. - Drugi zostało ci coś jeszcze?

- Tylko dwa proszki...- odparł mężczyzna, rzucając Kubie pudełko, a jego odpowiedź wywołała chóralny jęk.Wyglądało na to, że większość grupy wróciła już do świadomości.

Zaraz po tym jak Trzeci, pożarł zawartość opakowania, Ósmy wyszeptał - Pierwszy gościu... Nie masz tam jeszcze trochę tabsów?

- To wszystko co miałem...- odparł. - Ale naprzeciw kas jest apteka. Jeśli ktoś czuje się na siłach by zaryzykować...- dodał po chwili.

W tym momencie Drugi zaproponował. - Jak to co wziąłem zacznie działać pójdę po więcej...Poleżcie jeszcze…

- Dzięks... - westchnął Ósmy i zamilkł.

Przez chwilę łazienkę ponownie wypełniały jedynie odgłosy pufania, ociężałych oddechów i cichych jęków. Pierwszy nie oczekiwał cudów jeśli chodziło o proszki. Z doświadczenia wiedział, że mogły one jedynie wytłumić ból, ale Błysk trzeba było po prostu odchorować. Mimo to już po kilku minutach, zaczął odczuwać delikatną ulgę.

Drugi najwidoczniej też poczuł się lepiej, bo oparł się o drzwi jednej z kabin. - Jeszcze chwila. Dajcie mi jeszcze chwilę i pójdę... - szepnął, spoglądając na swoich skulonych na podłodze kompanów.

Nagle Pierwszy usłyszał głuchy huk. - Co jest? - spytał, pochylając się by spojrzeć na Drugiego. Przez chwilę miał wrażenie, że ten uderzył z jakiegoś powodu zirytowany w kabinę.

- To nie ja...- odparł zdziwiony mężczyzna, spoglądając natychmiast w stronę wejścia.

W tym samym momencie coś ponownie łupnęło, a Pierwszy dostrzegł, że drzwi do toalet zadrgały. Coś ewidentnie znalazło się po drugiej stronie i chciało je sforsować. - Potwór...- jęknął, podnosząc się powoli.

Jego słowa wywołały poruszenie wśród dogorywających na podłodze toalety. Wszyscy zaczęli się podnosić i ślamazarnie sprawdzać swoja broń. Tylko Siódma która wciąż leżała na wznak, spytała mdłym głosem. - Muszę wstawać? Wyważy je?

Pierwszy spojrzał mętnym wzrokiem w stronę wejścia. Przemysłowe drzwi osadzone w solidnej futrynie i pokryte blachą, wydawały się naprawdę mocne. - Nie sądzę... - odparł, osuwając się po ścianie z powrotem na ziemie.

To stwierdzenie spotkało się z wyjątkowo optymistycznym przyjęciem. Wszyscy z grupy Drugiego z wyrazami ulgi na twarzy, padli tam gdzie stali. Pierwszy nie miał wątpliwości, że w tym stanie nikt nie miał ochoty na jakąkolwiek walkę.

Przez kolejne kilkanaście minut nikt się nie poruszył i to pomimo tego, że potwór co jakiś czas uderzał nagle w drzwi. W końcu Piąta usiadła po turecku na środku pomieszczenia i zasłaniając twarz dłońmi, spytała - myślicie, że pojawił się teraz? Jak byliśmy nieprzytomni?

Jej głos był niewyobrażalnie trzeźwy i spokojny, jak na fakt, że nie dawno ocknęła się z błysku. Pierwszy wiele razy czytał w różnych pseudonaukowych czasopismach, że kobiety z natury są odporniejsze na ból. Gdy spojrzał teraz w jej stronę i zauważył, że trzymała się nie wiele gorzej od niego, zaczynał co raz bardziej wierzyć w te teorie.

Pytanie dziewczyny przez dłuższy czas nie otrzymało odpowiedzi. Dopiero Trzeci trąc ręką po swojej czarnej czuprynie, wydukał – wątpię... Potwory zaczynają pojawiać się na mieście, jakieś kilka godzin po tym jak oprzytomniejemy. Ten musiał być już w sklepie...

- Czyli Pierwszy nas uratował! - wtrąciła entuzjastycznie Siódma, a swój nagły zryw przypłaciła natychmiastowym odruchem wymiotnym.

Drugi przytaknął jej natychmiast, patrząc z dumą na tymczasowego kompana. – No...Gdyby nie to, że ściągnął nas tutaj i zabarykadował, mielibyśmy naprawdę przegwizdane.

- Przestań...- jęknął Pierwszy. – Nie mów mi, że nikt z was o tym nie pomyślał.

- Nigdy nie złapało nas poza domem - wtrącił Trzeci. - Szczerze mówiąc gdy zaczęło się to wcześniejsze błyskanie nie wiedziałem jak się zachować. Właściwie to chciałem po prostu położyć się na podłodze...

Tłumaczenia Kuby przerwała istna nawałnica uderzeń. Najwidoczniej potwór po drugiej stronie drzwi rozjuszył się, słysząc jak rozmawiają.

- Możemy coś w końcu z tym zrobić?! - krzyknął Czwarty, zasłaniając uszy. - Szlag mnie zaraz trafi od tego walenia!

Drugi podniósł się na drżących nogach. - Pierwszy, może spróbowalibyśmy? Chciałbym, już iść do tej apteki...

- Nie mówiąc już o tym...- wtrącił Trzeci. - Że tym waleniem może nam ściągnąć więcej kłopotów pod drzwi.

Pierwszy podniósł się powoli. Chociaż głowa ciągle go ćmiła, to odzyskał już w pełni władze nad ciałem. Zaciskając rękę na pistolecie, sprawdził czy będzie w stanie celować. Chociaż dłoń drżała nieznacznie, uznał, że jest w stanie walczyć.

W tym samym czasie Drugi wyciągnął nóż i wepchnął końcówkę ostrza, w otwór po klamce. - Gotowy? - spytał, zerkając na Pierwszego.

Ten ustawił się z pistoletem w pogotowiu. Nim jednak Drugi otworzył drzwi, Pierwszy uświadomił sobie, że huk wystrzału w tak ciasnym pomieszczeniu nie tylko ‘’dobije’’ dogorywających, ale ściągnie też wszystko, co kryło się jeszcze w sklepie. Zrezygnowany schował broń do kabury i wyciągnął nóż. - Otwieraj...

W tym samym czasie ludzie na podłodze ''odpełzli'' od wejścia, czekając w gotowości.

Drugi pogmerał przez chwilę w zamku, aż udało mu się zablokować ostrze w odpowiednim miejscu. Gwałtownym ruchem odciągnął drzwi do tyłu, wpuszczając potwora do środka.

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, istota wyskoczyła w powietrze, rzucając się na Pierwszego. Mężczyzna odruchowo zasłonił się nożem, a istota praktycznie sama nadziała się na niego. Odskakując w ostatniej chwili na bok, z ledwością uniknął przewrócenia, a truchło niewykształconego prześlizgnęło się po płytkach, znacząc je krwią.

Zebrani w toalecie podsunęli się spod ściany przyglądając leżącemu pośrodku potworowi. - Co to jest do cholery? Pierwszy raz coś takiego widzę... Obrzydliwe...- syczeli, ciągle otępiałymi i mdłymi głosami.

Martwa istota pozbawiona była nóg. Dół jej tułowia składał się w jakiś nieokreślony workowaty kształt, a górna część ubrana była w strój kasjera H-marketu. Ręce potwora były przesadnie umięśnione i najwidoczniej one służyły mu do poruszania się. Pierwszy był w szoku, gdy dotarło do niego, że zdołał on wybić się z ich pomocą na taką wysokość.

Gdy zgromadzeni wciąż jeszcze oglądali bestie, mężczyzna wychylił się na korytarz i poświecił latarką wzdłuż holu. Przejście wydawało się opustoszałe. Nawet jeżeli w markecie były jeszcze jakieś potwory, to walenie w drzwi ich nie przyciągnęło. W tym samym momencie usłyszał za swoimi plecami głos Trzeciego. - Widziałeś ten strój? Typ związany z tym miejscem… Na pewno jest ich tu więcej...

- Wiem...- syknął Pierwszy, którego ze zdenerwowania zaczynała mocniej boleć głowa.

- To może dajmy sobie spokój z tą apteką? - zaproponowała Siódma. - Poczekajmy na spokojnie, aż wszyscy dojdziemy do siebie.

Pierwszy słysząc to, cofnął się do pomieszczenia. - Wasza wola...

Propozycja dziewczyny wywołała jednak natychmiastowe oburzenie. - Wolałbym czekać w aptece...- syknął Czwarty. - Zaraz mi łeb rozerwie... - dodał po chwili i nagle poderwał się wbiegając do jednej z kabin. Odgłos wymiotów wypełnił pomieszczenie.

Piąta podniosła się i podchodząc do drzwi zapukała w nie. - Kamil? Wszystko dobrze?

- Tak...- jęknął mężczyzna. - Po prostu boli tak bardzo...

Drugi widząc to pokręcił głową. - Dobra ja i Pierwszy jakoś się trzymamy. Wywalcie tego dziada i poczekajcie tutaj. My ogarniemy w tym czasie leki. Jak je weźmiecie to damy sobie jeszcze chwilę spokoju i bierzemy się za sklep...

W tym momencie Trzeci zaprotestował. - Przecież nie musimy się spieszyć...- westchnął, opierając czoło o dłonie tak, że jego długie czarne włosy zasłoniły mu twarz - I tak nie powinniśmy się stąd ruszać do jutra...

Dziewiąty który opierał się o ścianę tuż obok niego, spytał natychmiast. - Czemu?

Trzeci, z twarzą wciąż ukrytą za ścianą włosów odparł. - Bo w kilka godzin po błysku zawsze robi się mnóstwo niewpełniwykształconych na ulicach... A my już nie mamy samochodu...- dodał po chwili.

- Kuba ma rację - stwierdził Drugi. - Tylko, że teraz ani tu, ani na ulicy nie jesteśmy bezpieczni. Nie wiemy ile potworów jest na terenie marketu, a nie długo zrobi się ciemno. Wolałbym uniknąć czyszczenia marketu przy świetle latarek. Dlatego załatwiamy na szybko leki, dajemy wam jeszcze chwilę na dojście do siebie, a potem czystka.

Pierwszy słysząc to popatrzył na zegarek. - Lepiej się pośpiesz. Za jakieś dwie godziny zacznie się ściemniać - oznajmił złowieszczo.

- Jasne...- potwierdził Drugi, odwracając się w stronę Trzeciego. Pogrzebał przez chwilę w swojej torbie, aż w końcu wyciągnął z niej dziecięce Walkie-talkie. - Trzymaj! Będziemy w kontakcie. Gdyby były kłopoty damy wam znać...

Kuba popatrzył na plastikowe radyjko z politowaniem. - Przecież to jest zabawka...

- Wiem... - stwierdził Drugi. - Ale na odległość do apteki powinno starczyć...

Trzeci zrobił niepewną minę, nie mniej włączył radio. - No dobra, jak coś to alarmujcie.

Pierwszy sięgnął w tym momencie po swój kask i zapiął go z powrotem na głowie. Gdy był już gotowy skinął na Drugiego i obaj mężczyźni z latarkami i bronią w pogotowiu, wyszli na korytarz.

Przechodząc przez pokryte mrokiem pomieszczenie, ruszyli w kierunku stanowisk kasowych, na przeciwko których miał znajdować się pawilon z apteką.

Drugi który szedł jak w transie, wyszeptał nagle - przerażające... Cholera tak teraz pomyślałem, że ja przecież kiedyś prawie codziennie byłem w H-Markecie. Na pewno znałem człowieka, który stał się tym potworem – stwierdził marszcząc czoło, po czym spytał niepodziewanie. - Pierwszy jak myślisz? Dlaczego my jesteśmy normalni, a oni nie?

- Nie mam pojęcia...- odparł mężczyzna, świecąc latarką po witrynie stoiska z akcesoriami do telefonów. - A w obecnej chwili bardzo ciężko mi się myśli.

- Mi też - westchnął Drugi. - Próbuję odwrócić uwagę od bólu rozmową...

- ...Zauważyłem już, że ty w ogóle masz jakiś problem z siedzeniem cicho - wtrącił zirytowany Pierwszy, przypominając sobie, sprzeczkę z kamienicy.

- Dalej się złościsz o Siódmą? - jęknął Drugi. - Daj spokój! Była po prostu ciekawa tego ''tajemniczego gościa'' który żyje sam w mieście. Miałem jej nakłamać, że jesteś sodomitą?

Pierwszy słysząc to pytanie, zrobił wielkie oczy. - Zamiast robić ze mnie dewianta, mogłeś po prostu powiedzieć, że nie jestem nikim szczególnym...

- … Dla mnie jesteś! - wtrącił Drugi, robiąc niespodziewanie zaciętą minę. - Uratowałeś mi życie i nie pozwolę ci o tym zapomnieć...

- Dlaczego to zabrzmiało jak groźba? - spytał Pierwszy.

- Bo wkurza mnie to, jak umniejszasz sobie na każdym kroku! - odparł Drugi.

Pierwszy zatrzymał się spoglądając na niego. - Zrozum, że wreszcie! - warknął. - Ja sobie nie umniejszam! Doskonale wiem w czym jestem dobry, a w czym kiepski! Podchodzę do tego świata w najbardziej racjonalny sposób jaki się da! Powiedz mi, po jakiego diabła mam się związywać z ludźmi którzy chcą stąd odejść, kiedy ja chcę zostać? Żeby było mi gorzej gdy znowu zostanę sam? Wystarczy mi dyskomfort który mam przez to, że przyzwyczaiłem się do ciebie...

Drugi słysząc to popatrzył zszokowany, po czym opuścił głowę. - Przepraszam... - westchnął. - Naprawdę myślałem, że w którymś momencie cię przekonam. Cholera nawet nie brałem pod uwagę, możliwości, że tu zostaniesz. Nie chciałem, żeby było ci ciężko po moim odejściu… Wiesz kiedy tak patrzę na wybory których dokonujesz, przerażam się na samą myśl, jakie ty musiałeś mieć życie...

- Kiepskie - skwitował Pierwszy. - A teraz chodź, bo mam wrażenie, że Czwarty nie będzie jedynym który się rozwiązał...

- Ok… - powiedział Drugi, który był teraz w znacznie gorszym humorze.

Mężczyźni ruszyli z powrotem w kierunku stojących w oddali stanowisk kasowych. Ponieważ na dachu było tu znacznie więcej świetlików, obaj wyłączyli latarki i szli w pół mroku.

- Przynajmniej tu tak nie cuchnie - stwierdził nagle Drugi, chcąc ewidentnie zmienić temat.

- Przy kasach były alkohol i napoje, nic co mogłoby się zepsuć - wyjaśnił Pierwszy, który dostrzegł już witrynę apteki.

W tym samym momencie odgłos tłuczonego szkła, rozbił się echem po opustoszałym sklepie. Mężczyźni spojrzeli w kierunku półek marketu i dostrzegli w ciemności jakiś ruch.

- Nóż czy pistolet? - spytał natychmiast Drugi.

Pierwszy zmrużył oczy próbując ocenić zagrożenie. - Wydają się delikatne...Może lepiej nie ściągać ich tu naraz... - wyszeptał.

Drugi skinął głową i sięgnął po nóż, a Pierwszy zorientował się w tym momencie, że swój zostawił tkwiący w głowie poprzedniego potwora. - Daj...- szepnął wyciągając dłoń w stronę broni kompana.

Drugi popatrzył niepewnie. – Dlaczego?

- Bo oni nie poradzą sobie bez ciebie…- wypalił Pierwszy, prawie wyrywając Drugiemu nóż z ręki.

Ściskając rękojeść wysunął się natychmiast do przodu, obserwując alejki między kasami. Do jego uszu dochodził niewyraźny odgłos cielska ciągniętego po podłodze. W końcu spomiędzy stanowiska czwartego i piątego, wypełzł kolejny niewykształcony, identyczny jak ten sprzed łazienki.

Bestia dostrzegając go, ruszyła z niewyobrażalną szybkością do przodu, trąc ciałem po podłodze. Nim Pierwszy zdążył unieść nóż, potwór wyskoczył nagle w powietrze i natychmiast powalił go na ziemie. Jego cielsko było niewyobrażalnie ciężkie, i ściskało mu żebra jak worek kamieni.

Niewykształcony niemal natychmiast uniósł swoją olbrzymią rękę i uderzył go w głowę z siłą ogromnego młota. Pierwszy miał wrażenie, że gdyby nie hełm jego czaszka roztrzaskała by się jak arbuz. Bestia wymierzyła kolejny cios i wtedy stało się coś przerażającego – hełm zaczął pękać. Niewykształcony był na tyle silny, że skruszył tworzywo. Przerażony Pierwszy pchnął go nożem w bok, ale w niczym to nie pomogło. Potwór uniósł rękę gotów do kolejnego uderzenia, ale nim zdążył się zamachnąć Drugi wystrzelił w jego stronę.

Mężczyzna z bronią wycelowaną w głowę potwora, wypalił po raz kolejny, a niewykształcony osunął się martwy.

Drugi natychmiast doskoczył do truchła próbując je zrzucić. - W porządku? Nic ci nie jest? - spytał zerkając na Pierwszego.

- Jest ok...- odetchną, czując jak jego przepona zostaje uwolniona. - … ale naprawdę mało brakowało - stwierdził ściągając z głowy pęknięty kask. – Dzięki…- dodał po chwili.

- Przestań, tkwimy w tym razem – stwierdził Drugi, pomagając Pierwszemu wstać. – Zareagował bym wcześniej, ale po tym jak łatwo poradziłeś sobie z poprzednim, nawet nie brałem pod uwagę, że będziesz potrzebował pomocy… Przez to szarpałem się chwilę z kaburą.

Pierwszy zastanowił się nad tym i powiedział – po przednio miałem spore szczęście. Właściwie ten z wcześniej sam się zabił o mój nóż...

Nim Pierwszy zdążył skończyć obu mężczyzn po prostu zmroziło. Z głębi sklepu zaczął dobiegać istny rumor. Odgłosy przewracanych stojaków, strącanych pudełek i tłuczonych butelek wypełniły całą halę sklepową.

- Apteka! - krzyknął Drugi i ciągnąc za sobą Pierwszego, ruszyli do pawilonu.

W tym samym momencie z pomiędzy stanowisk kasowych wyskoczyły dziesiątki pełzających potworów.

Mężczyźni wpadli do wnętrza sklepu z farmaceutykami. Pierwszy spojrzał natychmiast na kratę antywłamaniową wiszącą tuż nad wejściem, ale była ona opuszczana elektrycznie. Drugi musiał pomyśleć o tym samym, bo spojrzał zdenerwowany na mechanizm.

- Na tył! - zawołał Pierwszy i przeskakując przez ladę, dopadł do drzwi na końcu apteki.

Obaj wbiegli na korytarz który prowadził do magazynku i pomieszczenia socjalnego. Ponieważ w zamku nie było klucza, Pierwszy zatrzymał się blokując klamkę ręką.

W tym samym momencie z zabawkowego Walkie-talkie dobiegł trzeszczący głos Trzeciego. - Drugi! Co się dzieje? Słyszeliśmy strzał? Wszystko dobrze?!

Pierwszy ryknął. - Szukaj czegoś do zablokowania klamki!

Drugi nie czekając wpadł w głąb pomieszczenia, a w tym samym czasie po drugiej stronie drzwi coś uderzyło w ścianę. Pierwszy blokował wejście ze wszystkich sił, gdy nagle poczuł, że coś uderza w klamkę. Siła ciosu prawie złamała mu bark, a drzwi uchyliły się. W ostatniej chwili zdołał zatrzasnąć je z powrotem, nim potwór po drugiej stronie zdołał dostać się do środka. - POŚPIESZ SIĘ! - krzyknął do Drugiego.

Po chwili mężczyzna przybiegł krzycząc - NIC NIE MA! MUSIMY WIAĆ!

- Jest jakieś wyjście?! - zawołał Pierwszy.

- Otworzyłem okno! - odparł mu Drugi.

Pierwszy wypuścił klamkę i pobiegł z kompanem w głąb pomieszczenia. W małym pokoiku socjalnym było nie zbyt duże okno, ale wystarczające by się przez nie wydostać. Mężczyźni błyskawicznie wyskoczyli na zewnątrz budynku.

- Co teraz? - spytał Drugi.

- Na dach! - zarządził Pierwszy. - Z tyłu jest drabina.

Mężczyźni pędem okrążyli H- market. Na tyłach zobaczyli rampy, przy których wciąż stały dwie ciężarówki pozostawione w trakcie rozładunku. Kawałek dalej na rogu budynku, znajdowała się drabina serwisowa.

Pierwszy doskoczył do niej i zaczął wspinać się na górę, a Drugi ruszył tuż za nim. Po chwili obaj padli na dachu, dysząc ciężko...

- No to udupiliśmy...- jęknął Drugi.

***

Przez trzeszczące bez opamiętania dziecięce radio, Drugi dał znać swoim kompanom, że są bezpieczni. Nakazał im też zatrzasnąć się w toalecie i czekać, aż on i Pierwszy rozeznają się w sytuacji.

Mężczyźni, upewniając się, że potwory nie podążyły za nimi, zeszli z dachu i przez główne wejście, zajrzeli jeszcze raz do wnętrza H-marketu. Niestety za szybą czekał ich nieciekawy widok. Najwidoczniej potwory, które do tej pory skrywały się gdzieś w pomieszczeniach magazynowych, zajęły teraz cały front sklepu. Blokując zarówno wejście dla Drugiego i Pierwszego, jak i możliwość ucieczki dla pozostałych.

Ponieważ wszyscy byli osłabieni Błyskiem, Drugi postanowił, że wstrzymają się do rana z wszelkimi działaniami. Razem z Pierwszym wrócił więc na dach, a reszta musiała przecierpieć noc na podłodze toalety.

Siedząc tuż za ogromną literą ''H'', będącą firmowym znakiem sieci sklepów H-market, Drugi jęknął. - Zimno...- a po chwili dodał. - Teraz się zastanawiam, kto ma gorzej... My marznąć tutaj, czy oni na dole w odorach wymiocin Kamila.

- Zakładając, że tylko on finalnie się porzygał - skwitował Pierwszy. - Poza tym ja wolę, jak jest chłodno... Nie lubię gorąca – stwierdził i dodając po chwili, wyjaśnił. - Gdy jest chłodno, możesz się ubrać, napalić w piecu, włączyć ogrzewanie w samochodzie i po problemie. Gdy jest gorąco, nawet jak się rozbierzesz, to się z tym męczysz.

Drugi podrapał się po głowie. – Nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób, ale zawsze możesz włączyć klimę w samochodzie...

- … nie w takim na który było mnie stać - wtrącił Pierwszy.

Drugi zaśmiał się.

Mężczyźni siedzieli przez chwilę, obserwując powoli tonące w ciemności Krańcowo.

- Pierwszy...- zagadnął w końcu Drugi. - Damy radę to ogarnąć?

Mężczyzna oparł się o wspornik wielkiej litery. Sytuacja nie wyglądała dobrze, ale wolał nie dzielić się tym z wyraźnie przybitym kompanem. - Te stwory są silne. We dwóch nie oczyścimy frontu – stwierdził. – Jak zacznie świtać, będziemy musieli narobić trochę hałasu od strony rampy. Odciągniemy w ten sposób tyle niewykształconych ile się da, żeby twoi ludzie mieli szanse się wydostać.

Drugi milczał przez chwilę, aż w końcu spytał dość nie pewnie. – A potem spróbujemy zdobyć sklep? Prawda?

Słysząc zwątpienie w jego głosie, Pierwszy stwierdził – to już chyba zależy od twoich ludzi. Czy będą chcieli podejmować ryzyko dalej…

- Oni nie mają wyjścia – odparł Drugi. – Ale ty tak…

Pierwszego zatkało. Czyżby Grzegorz domyślił się, jak duże skrywa zapasy? A może sugerował jedynie, że dla niego zaopatrzanie się poza Centrum, nie jest problemem. – Lubię kończyć, to zacząłem – odparł wymijająco.

Drugi z jakiegoś powodu, ciągle starał się wzbudzić w nim wątpliwość. - Pójdzie na to masa amunicji... – stwierdził niespodziewanie. – Możesz zostać po tym wszystkim mocno rozbrojony.

- To i tak w przyszłości byłoby nieuniknione – stwierdził Pierwszy. – A dzięki temu H-Market będzie dla mnie dostępny. Wydaje mi się, że warto…

Drugi przycichł na chwilę, nawet się nie poruszając. Dopiero po dłuższym milczeniu, stwierdził coś niespodziewanego. – Gdy uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie naprawdę tu zostaniesz, poczułem się źle na myśl o tym, że będziesz bezbronny…

Pierwszym targnęła w tym momencie dziwna myśl. Czyżby Drugi naprawdę martwił się o niego? Polubił na tyle, by jego los nie był mu obojętny? Przyjemne uczucie, które przez chwilę wypełniało jego wnętrze, zostało natychmiast stłamszone przez wewnętrzny głos. – Konwenanse i nic więcej. Co innego miałby powiedzieć w takiej sytuacji. – Nie chcąc dłużej ciągnąć tej rozmowy, stwierdził po prostu. – Nie zastanawiaj się nad tak odległą przyszłością, jeśli nie masz gwarancji, że wszyscy przeżyjemy jutro…

- Ty i ten twój fatalizm - powiedział Drugi milknąc ponownie.

W tym momencie ciemność zalewająca Krańcowo, zaczynała robić się nieprzenikniona. Tylko w jednym miejscu na niebie widać było coś, co przypominało łunę odległego miasta.- Jak myślisz...- zagadnął Drugi. - Co tam jest?

- Polana…- odpowiedział Pierwszy. – Jedyne miejsce w Krańcowie, gdzie w nocy jest jasno…Zupełnie jakby padało tam światło niewidocznego księżyca.

- Nie wiedziałem, że takie miejsce istnieje – stwierdził zaintrygowany Drugi. - Może to w tamtą stronę powinniśmy się udać gdy już się zaopatrzymy...

- Może...- westchnął Pierwszy, zamykając oczy.

Najbardziej zdziwiło go teraz, że nie zauważył już znaczącej różnicy między ciemnością a tym, co widział pod powiekami. Drugi rozciągnął się w tym czasie na dachu. - Ciągle dręczy mnie jedna myśl.

- Jaka? - dopytał Pierwszy, wsłuchując się w głos kompana.

- Dlaczego my? Dlaczego właśnie my jesteśmy ludźmi...- spytał jak oczarowany. - Ty jeszcze się jakoś wyróżniasz... ale Kuba? Albo Dominika? Nie mówiąc już o Decu... To są zwyczajni ludzie, najzwyczajniejsi ze zwyczajnych. Co zadecydowało?

Pierwszy, którego ból głowy w końcu opuścił, był teraz w znacznie lepszym nastroju do gdybania, niż gdy szli przez market. Z tego powodu postanowił pociągnąć temat, by nie zboczył on znowu na wspólną ucieczkę. - Załóżmy przez chwilę, że ta wasza teoria o eksperymencie wojskowym, medycznym czy tam innym jest prawdziwa... - zaczął sennym głosem. - Kryteriów może być wtedy kilka. Może z jakiegoś powodu jesteśmy odporni na przemianę w potwory i muszą się nas jakoś pozbyć. Może też być tak, że wszyscy mogliśmy stać się potworami, ale wybrano nas, właśnie jako najprzeciętniejszych z przeciętnych, żeby zobaczyć jak poradzimy sobie z potworami, albo raczej potwory z nami... No i trzecia opcja, nie było żadnych kryteriów i po prostu wybrano nas drogą losowania...

Drugi zamyślił się. - Z twoich ust to wszystko brzmi tak wiarygodnie, że sam zaczynam mocno wierzyć w te teorie.

Pierwszy pokręcił głową. - Dla was lepiej by było, gdyby ta konkretna okazała się bujdą.

- Czemu? - spytał Drugi.

- Pomyśl! - wyrzucił Pierwszy. - Żyjemy w Polsce. To nie jakiś szczyt cywilizacji, ale nasi politycy muszą jeszcze stwarzać minimalne pozory, że się nami przejmują. Jeżeli rzeczywiście ktoś prowadzi tutaj eksperyment, to przecież nie mogą dopuścić, żeby ktoś się wydostał i ogłosił to światu. Dlatego granice na pewno są strzeżone, a was w najlepszym wypadku zawrócą, a w najgorszym zabiją...

- Au...- jęknął Drugi, wyraźnie zawiedziony.

- Na twoje szczęście, nie wydaje mi się by to było prawdopodobne - pocieszył go Pierwszy. - Wspominałem ci już, że ani Krańcowo nie byłoby najlepszym miejscem do takiego testu, ani tym bardziej nie wyobrażam sobie technologii pozwalającej na zmienianie ludzi w niewpełniwykształconych.

Drugi pociągnął temat dalej. - To skoro już tak wymyślamy. Co dla ciebie jest jak na razie najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem?

- Koniec świata...- odopowiedział Pierwszy. - W tym biblijnym znaczeniu... Tylko, że ta teoria nie daje wam większych nadziei, bo gdyby okazała się prawdziwa, gdziekolwiek nie pójdziecie zastaniesz ten sam świat co tutaj.

- Naprawdę myślisz, że to może być to? - spytał Drugi.

Pierwszy pokręcił głowa. - Po prostu patrząc na te nieprawdopodobne rzeczy które się tu dzieją, to najbardziej nieprawdopodobna odpowiedź, stała się dla mnie najbardziej prawdopodobną.

- Mimo wszystko zmartwiłeś mnie - stwierdził Drugi. - Do tej pory o ucieczce myślałem z nadzieją, ale teraz jakby zaczynam się trochę bać...

- Proszę, proszę - zakpił Pierwszy. - Więc optymistę też można zaniepokoić. Idź lepiej spać zamiast się nad tym zastanawiać, poczuwam trochę.

- Jesteś pewien? - spytał Drugi.- Mogę popilnować nas pierwszy...

- Ja i tak nie usnę - odparł, kładąc sobie latarkę na kolanach.

- No dobra, jak coś to mnie budź…- westchnął mężczyzna i rozłożył się na blasze.

Już po chwili Pierwszy usłyszał dobiegające z ciemności równomierne chrapanie.

- Niektórzy to mają szczęście…- pomyślał i podnosząc się powoli, wyszedł z zza ogromnej litery.

Pod stopami miał w tym momencie parking, ale było już tak ciemno, że był w stanie go dostrzec tylko w świetle latarki. Siadając na krawędzi dachu, wyłączył ją i zaczął wsłuchiwać się w odgłosy otoczenia.

Od bardzo długiego już czasu noce w mieście przestały być spokojne. Gdy mężczyzna dopiero się pojawił, właściwie nic nie przerywało panującej tutaj ciszy. Nie było samochodów, ptaków albo choćby wiatru, który trząsłby gałęziami, wydobywając jakikolwiek dźwięk. Czasami tylko jakiś odkruszający się element fasady, pękająca sklepowa witryna albo przewracające się wyschnięte drzewo, mąciło ten spokój. To była jednak przeszłość. Obecnie każda noc w Krańcowie swoimi dźwiękami przypominała odgłosy rodem z piekła. Krzyki, płacz, jęki i dziwaczne pomruki rozchodziły się po ulicach. Każdemu, kto pojawiłby się nagle w mieście, zmroziłyby one krew w żyłach, ale Pierwszy zdążył się do nich przyzwyczaić. – Nie lubię ciszy…- pomyślał. Gdy porównywał dawną głuszę i to, co otaczało go teraz, zdecydowanie wolał ten hałas. Ciągłe poczucie obecności potworów wymuszało na nim skupienie, a to pozwalało dużo lepiej radzić sobie z natrętnymi myślami niż nawet najlepsza farmakologia.

W pewnym momencie mężczyzna miał wrażenie, że dostrzegł coś jak mroczki. Gdy mrugnął kilka razy i upewnił się, że nie przysypia z zamkniętymi oczami, uświadomił sobie, że owe ‘’mroczki’’ widzi tylko w jednym miejscu w przestrzeni. Nagle tajemnicze plamy zaczęły robić się coraz wyraźniejsze. Z oddali przez ciemność, zaczęło przebijać się bardzo mdłe światło. Pierwszy rozejrzał się dookoła, by upewnić się, że nie jest to tylko złudzenie zmęczonych latarką oczu, ale tajemnicze zjawisko wciąż znajdowało się w jednym punkcie.

Mężczyzna podniósł się powoli i mrużąc oczy starał się zrozumieć z czym ma do czynienia.

Gdy się nad tym zastanowił, była to pierwsza od dawna noc, którą spędzał na zewnątrz. Okna w jego domu były pomalowane na czarno, by potwory nie widziały w ciemności zapalonych świateł. Może więc takie coś pojawiało się w mieście regularnie, tylko on sam nigdy tego nie widział?

Spoglądając ciągle w to samo miejsce, dostrzegł w końcu migotanie, a światło zdawało się co raz bardziej intensywne. W końcu Pierwszy zdecydował się obudzić Drugiego. Przechodząc obok wspornika litery, szarpnął kompana delikatnie za ramię.

- Co… Co się dzieje? – spytał rozespany Drugi.

- Chodź ze mną, musisz coś zobaczyć – odparł Pierwszy, prowadząc towarzysza na skraj dachu.

Gdy tylko stanęli obok wielkiej litery, mężczyzna wskazał palcem na plamę światła która robiła się co raz wyraźniejsza. – Widziałeś już takie coś? – spytał natychmiast.

- Nie…nigdy – odparł Drugi i przyklęknął jakby się bał, że ktoś go dostrzeże. – Dawno się pojawiło?

- Przed chwilą…- wyjaśnił Pierwszy, również przyklękając.

Mężczyźni zamarli, obserwując dziwne zjawisko, które zdawało się przybliżać z każdą sekundą. Światło było już tylko kilka przecznic od H-marketu i zdawało się wypełniać całą szerokość ulicy.

- Cholera…- syknął Drugi. – Jakby zmierzało w te stronę, a my jak na złość rozdzieleni…

Pierwszy nie odpowiedział. Ze wszystkich sił starał się wyłapać coś z tego nieokreślonego kształtu. Plama światła powiększała się, ale nie była szczególnie intensywna. – To nie latarki… - pomyślał. – Raczej pochodnie… Światło było jednak za słabe, nawet jak na pochodnie.

Nagle Drugi wyrwał go z zamyślenia. – Słyszysz to? – spytał. – Brzmi jak kroki…

- Dziesiątki kroków - dodał Pierwszy.

W tym momencie obaj popatrzyli na siebie zlęknieni. Drugi chwycił za radio chcąc najpewniej poinformować pozostałych, ale Pierwszy powstrzymał go łapiąc za rękę. – Nie rób tego pochopnie…

- Co robisz! Muszę ich ostrzec! Coś się zbliża! – syknął Drugi.

Pierwszy ścisnął mocniej za jego nadgarstek. – Zastanów się. Oni i tak są w tragicznym położeniu. Otoczeni przez potwory. Uwięzieni od tylu godzin w ciasnym pomieszczeniu. Ktoś może w końcu nie wytrzymać i spróbuje nieprzygotowany uciec z łazienki… Jeśli śpią lepiej dla nich. Przekonajmy się najpierw co nadchodzi…

Drugi odetchnął. – Masz rację.

Mężczyźni obrócili się z powrotem w kierunku ulicy, światło było już tylko kilkanaście metrów od parkingu, a kroki zaczynały odbijać się echem pomiędzy blokami. Nagle z tego nieokreślonego kształtu Pierwszy zaczął wyłapywać pojedyncze sylwetki. – To Znicze! – zawołał nieco zbyt głośno i po chwili już zupełnie bez sensu, poprawił się szepcząc. – To Znicze…

- Masa Zniczy…- dodał Drugi. – Co one tu robią? Tak daleko od Cmentarza… I skąd ich aż tyle…

- Jesteśmy zaraz po błysku i to przesadnie długim błysku – wyjaśnił Pierwszy. – Ale dokąd idą? – spytał sam siebie gdy nagle dostał olśnienia. – Przecież po tamtej stronie miasta jest cmentarz komunalny, muszą zmierzać do niego…

Drugi nawet nie przytaknął, słysząc odpowiedź. Wpatrywał się jak zahipnotyzowany w łunę która zaczęła przetaczać się przed nimi. Plac pod H-marketem wyglądał jakby przepływał przez niego cmentarz w dzień zaduszny. Dziesiątki czerwonych, białych i pomarańczowych świateł przesuwały się ulicą, wbite w twarze niewykształconych.

- Przerażające…- wyszeptał mężczyzna.

Pierwszy spoglądał na ten dziwaczny pokaz z równym skupieniem. – Nie zwracają uwagi na market, może pójdą w swoją stronę.

Wypowiadając te słowa nie był on nawet świadomy, w jak złą godzinę to zrobił. Nie minęła nawet sekunda gdy dźwięk roztrzaskiwanej witryny, przeraził obu mężczyzn stojących na dachu.

Pierwszy i Drugi spojrzeli na dół sklepu i w poświacie zniczy dostrzegli niewykształconego z marketu, który leżąc na plecach w odłamkach, szkła podnosił się powoli ociekając krwią.

- Czemu… - spytał Drugi jak zahipnotyzowany, a Pierwszy wskazał palcem na kolumnę potworów. – Patrz…

Kilku niewykształconych idących na obrzeżach odłączyło się od reszty i ruszyło nieśpiesznym ciężkim krokiem w