Opowieści z Martwego Świata - Historia Pierwszego V

***

W pewnym momencie każdego psychologa nachodzi chwila zwątpienia. Moment, w którym mimo najszczerszych chęci nie jest on w stanie osiągnąć z pacjentem oczekiwanych wyników. Doktor Agnieszka Duch mogła się poszczycić tym, że w trakcie swojej kariery nie spotkała człowieka, któremu nie byłaby w stanie, chociaż odrobinę poprawić standardu życia. Pomimo, że pracowała z ludźmi cierpiącymi na naprawdę głębokie depresje, ciężkie traumy albo skrajne fobie.

Po zakończeniu terapii każdy z jej pacjentów wracał do świata znacznie lepiej nastawiony do życia, niż był przed rozpoczęciem leczenia.

Sytuacja zmieniła się zupełnie, gdy u drzwi jej gabinetu, stanął pewnego dnia niepozorny mężczyzna, nielubiący własnego imienia. Agnieszka wzięła go pod swoje skrzydła z polecenia ordynator szpitala psychiatrycznego w Krańcowie, z którą od lat współpracowała. Mężczyzna był świeżo po drugiej próbie samobójczej i wedle opinii lekarzy prowadzących, istniało duże prawdopodobieństwo, że targnie się ponownie na swoje życie.

Gdy Agnieszka zobaczyła go po raz pierwszy i przeprowadziła z nim wstępny wywiad oraz kilka rozmów, dość mocno zbagatelizowała jego przypadek. Przyzwyczajona do kontaktów z ludźmi, którzy byli w terminalnych stadiach ciężkich chorób, stracili najukochańszych albo nie potrafili w żaden sposób odnaleźć się w społeczeństwie, pochopnie stwierdziła, że sprowadzenie tego mężczyzny na dobrą drogę, nie będzie jakimś wielkim wyczynem. Po prawie rocznej sesji była gotowa na krzyczeć na młodszą siebie, za tę naiwność.

Pacjent, którego w notatkach zapisywała jako ‘’ON’’, chociaż z pozoru dość inteligentny, rozmowny, a nawet zaangażowany, toczył z nią wieczną walkę. Potrafił podważyć każdy argument, przedstawić bezsensowność każdego działania i zbagatelizować każdy nawet najmniejszy postęp. Agnieszka dwoiła się i troiła by dotrzeć w końcu do sedna jego problemu, ale za każdym razem jej starania okazywały się bez owocne.

Przez długi czas ‘’ON” stał się jej obsesją. Uważała, że jeśli uda jej się zmienić spojrzenie mężczyzny na świat będzie to jej Opus Magnum (największe dzieło). Z tego względu nie podjęła się pracy przy kilku innych przypadkach, zwiększyła ilość godzin jakie poświęcali na sesje, a ponieważ pacjent nie należał do najbogatszych, przyjęła naprawdę śmieszne stawki za każdą wizytę.

Niestety mimo ogromu starań i poświęconego czasu terapia nie poruszała się nawet o krok. Chociaż Agnieszka zebrała taką ilość notatek, że mogłaby spokojnie napisać biografię swojego pacjenta, to nie mogła znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Konsultując jego przypadek ze swoim superwizjerem, stwierdziła w końcu, że poniosła w swoim życiu pierwszą i największą porażkę.

Czekając w gabinecie na pojawienie się tego problematycznego pacjenta, zbierała się w sobie, by powiedzieć słowa, które z jej ust nie padły jeszcze nigdy wcześniej.

Mężczyzna przyszedł jak zawsze przed czasem, a ona powitała go z wyciągniętą ręką i uśmiechem. Gdy zajęli miejsca, spojrzała w swoje notatki, ale niczego w nich nie szukała. Chciała dać sobie jeszcze chwilę, bo miała wrażenie, że to co zaraz powie, ledwo przeciśnie się jej przez gardło. – Wspominałam ci na początku naszej terapii, że co jakiś czas będę poddawała nasz przypadek super wizji prawda? – spytała, zaczynając swoje tragiczne obwieszczenie.

Jej pacjent słysząc pytanie, spojrzał niepewnie. – Kojarzę ten termin… Na pewno mówiliśmy o nim. To znaczy, że co jakiś czas konsultujesz się z jakimś innym psychologiem.

- Mniej więcej – odparła Agnieszka. – Co jakiś czas omawiam prowadzone przypadki ze swoim Superwizorem, oczywiście bez podawania personaliów. Pomaga to ocenić czy terapia idzie w dobrą stronę, czy dobrane metody są odpowiednie dla danego przypadku, albo czy z czysto ludzkich pobudek sama, jako psycholog nie popadam w jakiś rodzaj zafiksowania…

Mężczyzna spojrzał w tym momencie badawczo. - Jak rozumiem wspominasz o tym, bo to mój przypadek był ostatnio super wizjowany – wtrącił.

Agnieszka mimowolnie westchnęła. Był to najtrudniejszy moment w całej jej karierze. Nie tylko dlatego, że się poddawała, ale przede wszystkim dlatego, że musiała wyjaśnić to swojemu pacjentowi tak, by nie pogorszyć jego stanu. Gdyby źle ubrała to w słowa, ON mógłby pomyśleć, że jest beznadziejnym przypadkiem.

Biorąc głęboki oddech, kobieta uśmiechnęła się, najszczerzej jak potrafiła i odpowiedziała – tak, rozmawialiśmy ostatnio o tobie, a teraz chcę, żebyś wysłuchał mnie uważnie. Zawsze można pomóc człowiekowi. Nawet jeżeli nie uda się całkowicie uwolnić go od jego demonów, to przynajmniej można spróbować podnieść mu standard życia. Dla całego takiego procesu ważne jest dopasowanie psychologa i człowieka. Czasem nawet najlepszy psycholog, nie jest w stanie poradzić sobie z prozaicznym książkowym przypadkiem i odwrotnie, początkujący lekarz jest czasem w stanie poradzić sobie z naprawdę ciężkimi urazami psychicznymi, bo dobrze dopasował się z pacjentem… - Mężczyzna siedzący na fotelu popatrzył nie pewnie, a Doktor Agnieszka nabrała powietrza, by powiedzieć te słowa, które w jej ustach brzmiały jak wyrok. – Po ostatniej super wizji, doszłam do wniosku, że prawdopodobnie nie jestem psychologiem, który mógłby prowadzić z tobą dalszą terapię.

- Zostawiasz mnie? – spytał zszokowany pacjent.

- Absolutnie nie! – zaprotestowała Agnieszka. – Mam tutaj na myśli tylko twoje dobro. Naprawdę chcę, żebyś zaczął w końcu czerpać z życia coś więcej. Niestety cechy mojego charakteru i sposoby moich terapii nie są dla ciebie adekwatne…

- Dla mnie to brzmi jak usprawiedliwianie porzucenia…- zaprotestował mężczyzna.

- Posłuchaj proszę – odparła Agnieszka. – Mogłabym z tobą rozmawiać dalej i przyznam szczerze, że chciałabym. Prowadzenie z tobą terapii jest czymś zupełnie innym. Czymś, co naprawdę zmienia również moje spojrzenie na świat, ale jest coś takiego jak etyka zawodowa. Nie jesteś dla mnie szczurkiem laboratoryjnym, na którym będę eksperymentować. Skoro nie jestem w stanie podnieść standardu twojego życia, nie mogę cię zatrzymywać.

- Nie zgadzam się - wyszeptał mężczyzna. – Nie czuję się żadnym cholernym szczurem…

Agnieszka pokręciła głową. - Wiem, że to z pozoru brzmi strasznie. Tylko, że nie mam zamiaru zostawić cię na lodzie – stwierdziła pewnie, dalej utrzymując na twarzy uśmiech. – Mam kilku zaprzyjaźnionych psychologów, którym wspominałam pobieżnie o twoim przypadku i są oni bardzo chętni do podjęcia się terapii. Mam przy sobie wizytówki…- dodała, wyciągając plik białych kartek.

- Chodzi o pieniądze? – spytał nagle mężczyzna. – Mogę płacić więcej, nie zależy mi. Jestem tylko magazynierem, ale na wakacje i tak nie jeżdżę, a mieszkanie dostałem w spadku po rodzicach… Stać mnie, możemy podnieść stawkę za godzinę…

- Stop! – powiedziała Agnieszka. – To niegrzeczne z twojej strony sugerować coś takiego. Nigdy nie zażądałabym więcej pieniędzy od kogoś w twoim stanie.

- Więc naprawdę się poddajesz? Jestem tak beznadziejny? – spytał zdesperowany pacjent.

W tym momencie Agnieszka dostrzegła swoją całkowitą porażkę. ON potraktował jej słowa w najgorszy możliwy sposób. Próbując jeszcze raz, ratować sytuację zaprotestowała. – Nie jesteś beznadziejny! Po prostu JA nie potrafię poprowadzić z tobą skutecznej terapii. To nie znaczy, że jakiś inny psycholog nie będzie w stanie. Dlatego przyniosłam ci wizytówki, możesz powołać się na mnie i…

- Nie! – przerwał ponownie mężczyzna, podnosząc się z krzesła. – Dla mnie to koniec – dodał po chwili. - Byłaś pierwszą osobą, której powiedziałem całą prawde. Pierwszą, przed którą nie udawałem i pierwszą, której zaufałem. Więcej nie popełnię tego błędu, przed nikim więcej nie będę się odsłaniał. Pies jebał mnie i pies jebał moje życie…- westchnął, kierując się w stronę wyjścia.

W tym momencie Doktor Agnieszka złamała zasadę którą ustalili na początku terapii i zawołała swojego pacjenta po imieniu. Mężczyzna stanął jak zmrożony odwracając się powoli. – Agnieszka?

- Dobrze, jeżeli miałbyś teraz opuścić terapie i zrobić sobie krzywdę to jest to tym bardziej niezgodne z etyką lekarską – stwierdziła pewnie kobieta. – Jeżeli sobie życzysz, mogę dalej próbować ci pomóc, ale muszą się zmienić zasady naszej współpracy.

- To znaczy? – spytał niepewnie mężczyzna.

- Od dziś na każdym spotkaniu będę cię przekonywać żebyś podjął współpracę z innym psychologiem, a ty obiecasz nie reagować na to tak wybuchowo…- zażądała patrząc surowo na swojego pacjenta.

Ten skinął głową. - No dobrze próbować możesz, ale nie przystanę na to. Co jeszcze?

Agnieszka zastanowiła się przez chwilę, aż w końcu stwierdziła pewnie. - Nie mogę brać od ciebie pieniędzy za terapie, która jest niezgodna z moim wewnętrznym przekonaniem. Dlatego od dzisiaj będę prowadziła z tobą rozmowy nie odpłatnie w ramach mojego prywatnego czasu, ale to oznacza, że nasze spotkania nie będą już tak regularne. Kiedy to będzie możliwe, będę przyjmowała cię w okienkach między pacjentami…

- Nie mógłbym… - przerwał pacjent. – Chce płacić dalej. Nie chcę być pasożytem…

- To moje warunki – stwierdziła dobitnie Agnieszka. – Jeżeli mamy kontynuować musisz je przyjąć.

***

Pierwszy wyrwał się z zamyślenia spoglądając z nad rozłożonych w ręku kart. Siedzący naprzeciwko niego Drugi, który również przeglądał swoją talie, spytał nagle. – Gdzie byłeś?

- W starym Krańcowie…- odpowiedział Pierwszy, uświadamiając sobie, że musiał odpłynąć na znacznie dłużej niż myślał.

Drugi przekładając karty, jakby dobierał pary, zapytał – sam?

- Z kimś bliskim… Chyba…- wyszeptał Pierwszy, spoglądając jak jego rozmówca zerka na pulę, a potem ponownie w swoje karty.

Na stole zamiast pieniędzy leżały inne przedmioty, które można uznać w Krańcowie za cenne: amunicja, słodycze i antybiotyki.

Drugi uderzył nerwowo palcami w blat stołu jakby mocno zastanawiał się czy obstawiać dalej. Finalnie otworzył swój plecak i wyrzucił z niego kilka komiksów. – Podbijam – stwierdził odkładając karty i zakładając ręce na piersi. Jego wyzywający wzrok skupił się na Pierwszym, ale zamiast ponaglić go do dalszej gry, spytał – nie jesteś pewien czy osoba o której myślałeś była bliska? To dopiero intrygujące…

Pierwszy z nieprzeniknioną miną, popatrzył na blat i westchnął. – Była jedyną osoba z poza rodziny, z którą rozmawiałem szczerze… Nie. W ogóle jedyną osobą z którą rozmawiałem naprawdę szczerze…

Drugi spojrzał na niego zaskoczony. – Czyli kobieta! – zawołał nagle. – Wiedziałem, że musiał być ktoś kto przebił się w końcu przez ten pancerz niewinności – stwierdził, podnosząc się by puknąć Pierwszego w kamizelkę.

Ten odchylił się do tyłu. – Nie patrz mi się na karty…- syknął. – Tylko ze sobą rozmawialiśmy, nic więcej – dodał po chwili ucinając temat.

Spoglądając się na pulę powiększoną o kilka numerów ‘’Szeryfa’’, Pierwszy rzucił jak od niechcenia. – Podbijmy o coś konkretnego.

Drugi popatrzył na niego z szelmowskim uśmiechem. – O? A co masz na myśli? – spytał zacierając ręce.

- Stawiam mój radiowóz – odparł Pierwszy.

W tym momencie jego rywal zrobił szerokie oczy. – Nie kpij ze mnie…

Pierwszy położył jednak kluczyki na stole. – Nie żartuje, jeśli wygrasz mój pojazd jest twój.

- I czym niby miałbym to przebić? – spytał zszokowany Drugi.

Pierwszy zastanowił się przez chwilę. – Przyjmę te ręczną konsolę którą teraz u mnie ładujesz.

Mężczyzna słysząc to podniósł swoje karty. Przez chwilę przygryzł nerwowo wargę, zerkając co i rusz na Pierwszego jakby chciał wyczytać z jego oczu czy blefuje. Ten spoglądał się z kamienną twarzą. W końcu Drugi cisnął kartami o stół sycząc. – Pas…

Zadowolony Pierwszy oparł się już spokojniejszy na krześle.- Co miałeś?

- Full, trzy siódemki na dwa jopki. A ty? – odbił pytanie Drugi, pewny, że zobaczy za chwilę Królewskiego Pokera.

- Parę dwójek… - westchnął Pierwszy, kładąc karty na stole.

Drugi wyglądał w tym momencie jakby miał zamiar dostać zapaści. – Parę dwójek…- wyszeptał jak w amoku. – Miałeś parę dwójek i postawiłeś swoje auto?! – zawołał oburzony.

Pierwszy spojrzał na niego skonsternowany. – Chyba na tym polega ta gra? Stawiać jak najwyżej gdy masz niskie karty, by przeciwnik myślał, że masz wysokie…

- No trochę tak, ale no nie do końca bo…- Drugi chciał ewidentnie wdać się w dyskusje, ale w końcu zrezygnował. – Ech niech ci będzie, wygrałeś uczciwie…- stwierdził, zerkając z bólem na przegrane komiksy.

Na twarzy Pierwszego pojawił się przez chwilę nieśmiały uśmiech. – Jeśli tu jeszcze przyjdziesz, znowu zagramy. Spodobało mi się – stwierdził pewnie.

- Wracam tu już pół roku!- powiedział dobitnie Drugi. - A ty ciągle się zachowujesz jakbym miał w którymś momencie dać ci spokój – zakpił.

Pierwszy przerwał na chwilę przeglądanie wygranej i spoglądając na mężczyznę stwierdził z jakimś dziwnym żalem w głosie. – Masz już dostatecznie liczne towarzystwo, by nie czuć się samotnym, więc nie rozumiem czemu mnie ciągle odwiedzasz…

Drugi odchylił się na krześle i bujając się na tylnych nogach, odpowiedział - bo mimo, że od twojego światopoglądu skóra mi cierpnie na plecach, to cię polubiłem...

- Przyzwyczaiłeś się do mnie – zaprotestował Pierwszy.- To jest różnica. Nie jesteś typem człowieka, który w normalnych okolicznościach kumplowałby się z kimś takim jak ja – zarzucił.

Drugi zrobił w tym momencie poirytowaną minę. - I znowu to samo. To twoje szufladkowanie – westchnął. – Wbiłeś sobie w głowę, że jedyny powód dla którego tu jestem, to fakt, że nie było innego człowieka na świecie…

- Bo taka jest prawda! – zarzucił Pierwszy.- Nie mamy ze sobą nic wspólnego.

Drugi prychnął.- Uważasz, że by cię polubić musiałbym dzielić twój fatalistyczny pogląd na świat? Zmiłuj się… Jakie my wtedy rozmowy byśmy prowadzili? Życie ssie… No ssie… I w ogóle młodość minęła, a my jesteśmy już starzy… I pomarszczeni… Mi to już się w ogóle zmarszczył…a mi nie staje….- zakpił, odgrywając przykładową rozmowę dwoma różnymi głosami.

Pierwszy uderzył się dłonią w czoło. – Ech... dajmy temu spokój. To ile tych ludzi wleczesz ze sobą? – spytał, by zmienić temat.

- Siódemkę – odpowiedział raźnio Drugi i zaczął wymieniać. – Kuba czyli Trzeci, Kamil Czwarty, Dominika Piąta, Łukasz szósty, Sandra- Sara- Siódma, Dec Ósmy i Rudy Dziewiąty…

Pierwszy słysząc jakie pseudonimy noszą kompani Drugiego, spojrzał na niego ironicznie. - Nie wierzę, że dalej się bawisz w to numerowanie…

Drugi zaśmiał się. - W sumie to wyszło zupełnie z przypadku. Przez to jak określamy siebie, odruchowo zacząłem mówić na Kubę ‘’Trzeci’’, a potem inni jakoś to złapali i tak mamy grupę pełną numerów – wyjaśnił.

- Oni w ogóle wiedzą, że to pochodzi od ‘’Pierwszy człowiek którego spotkałem i drugi człowiek którego spotkałem”? – spytał Pierwszy.

- Nie! – odparł Drugi z jakiegoś powodu wyraźnie zadowolony. – Myślą, że wzięliśmy to od kolejności w jakiej się pojawiliśmy, ale mi się nie chciało im tego tłumaczyć. No i jak sam podkreślałeś, Regulski to było takie bydle, że ciężko go uznać, za człowieka. Wywalając go z naszej puli wszystko się zgadza…

Pierwszego zastanowiła teraz inna kwestia. - Wszyscy pojawili się na cmentarzu?

- Tak- odpowiedział Drugi. - I wszyscy ostatnie co pamiętają to tajemnicze światło. Mamy nawet z Trzecim taką teorię chcesz posłuchać?

- Czemu nie…- stwierdził Pierwszy, oddzielając w międzyczasie przedmioty które wygrał, od tych które sam postawił.

Drugi odchylił się na krześle tak mocno, że to zatrzeszczało złowieszczo, ale mężczyzna nie przejął się tym i zaczął tłumaczyć. - Założyliśmy, że to co dzieje się z Krańcowem to jednak typowo naukowe zjawisko. Jakaś nieznana grupa, za pomocą jakiegoś dziwnego ustrojstwa działającego na bazie światła, pozbawiła wszystkich ludzi przytomności i nie świadomych wywiozła z Krańcowa. Teraz są utrzymywani w stanie śpiączki, gdzieś poza miastem. Co jakiś, ta sama grupa znowu usypia wszystkich obecnych w mieście i porzuca na cmentarzu, ludzi albo potwory.

- Ciekawa koncepcja…- stwierdził beznamiętnie Pierwszy, przyglądając się cukierkom z alkoholem które były w wygranej. – No i niejako wyjaśniająca przynajmniej część dziwactw jakie się tu dzieją. Tylko z tego co kojarzę, taka technologia jeszcze trochę wyprzedzała możliwości, nawet najbardziej rozwiniętych państw, a co dopiero Polski. A z drugiej strony gdyby jakiś kraj chciał przetestować nowy rodzaj broni o gigantycznej skali, to są jednak do tego leprze miejsca niż Krańcowo…

- Wiem, wiem…- westchnął Drugi. – W każdym razie dopóki nie znajdziemy jakiegoś sposobu by nie stracić przytomności, nie dowiemy się prawdy. Próbowaliśmy już z Trzecim różnych rzeczy. Gogli spawalniczych wkładanych na oczy tuż przed kulminacją. Zamykania się w ciemnym pokoju pod warstwami kołdry, ostatnio kombinowaliśmy nawet z lekami…

- Nie próżnujecie – stwierdził Pierwszy, rzucając Drugiemu kilka cukierków.

Mężczyzna złapał jej w locie i rozwijając papierek, stwierdził - jak dla mnie ciągle robimy za mało, ale problemy się mnożą. Przy takiej liczbie osób wyczyściliśmy Super-maxa i wszystkie sklepy jakie były w zasięgu – odetchnął cieżko. - W Centrum powoli zaczyna brakować żywności…- dodał po chwili.

Pierwszy popatrzył w tym momencie na swojego gościa z pewną zgryzotą. Od kiedy Drugi zebrał dookoła siebie grupę ludzi, zaczęli oni robić regularne wypady na sklepy w okolicy, opróżniając je z wszystkiego, co przydatne. Nie chcąc wchodzić im w drogę, zmuszony był zaopatrywać się poza Centrum, co stanowiło już duże ryzyko.

Pierwszy miał przez to problemy, żeby zaspokajać swoje bieżące potrzeby, nie mówiąc o budowaniu kolejnych kryjówek. Wiedział co prawda, że przy zapasach, które zgromadził, byłby w stanie przetrwać tu naprawdę długo, ale zastanawiał się, jak w obliczu potencjalnego głodu zachowają się jego nowi‘’sąsiedzi’’. – Co macie zamiar zrobić dalej? – spytał w końcu, chcąc wybadać potencjalne zagrożenie dla siebie i swoich zapasów.

- To oczywiste – odparł Drugi, chociaż jego głos nie brzmiał zbyt pewnie. – Opuścić w końcu miasto. Tylko, że do tego jeszcze daleka droga. Wbrew pozorom biorę sobie do serca to co mówisz i to co powtarzasz mi od początku, że poza Krańcowem wcale nie musi być lepiej. Dlatego musimy się przygotować. Zgromadzić na drogę jedzenie, wodę, lekarstwa. Ogarnąć sobie pancerne samochody takie jak twój, zdobyć do nich paliwo… A na razie, ledwo udaje nam się zapewnić sobie znośny obiad…

- Przed wami jeszcze sporo do zrobienia. W każdym razie powodzenia…- stwierdził Pierwszy, a Drugi popatrzył na niego z wyrzutem.

- No cholera ucieknij z nami! - wypalił, patrząc w podłogę. – Z twoim doświadczeniem i tym drygiem do przetrwania, mielibyśmy większe szanse.

Słysząc po raz kolejny propozycję wspólnej ucieczki, Pierwszy nie chciał nawet wdawać się w dyskusje. - Podziękuje. Mnie tu naprawdę dobrze – podkreślił licząc, że tym urazem utnie temat nim na dobre się zacznie.

- Pierwszy! – zawołał Drugi, uderzając pięścią w stół. - Sam widzisz, że to miasto się kończy! Każdy nietknięty sklep w mieście jest już w zasięgu Niewpełniwyszktałconych…

- Czego? – przerwał Pierwszy, mając nadzieję, że uda mu się zmienić temat.

- No potworów… - wyjaśnił Drugi. - Tak na nie teraz mówimy w naszej grupie. No bo oni są trochę jak ludzie, którzy nie wykształcili się w pełni…

- Jak dla mnie to niektórzy są wręcz nad wyraz wykształceni… - zauważył Pierwszy, przypominając sobie Dziady.

Drugi nie dał się jednak zbić z tropu i pchnął rozmowę z powrotem na pierwotne tory. – Nosz cholera, znowu to robisz! Za każdym razem jak próbuje poruszyć ten temat! Daj już spokój i zastanów się przez chwilę. Naprawdę chcesz zostać w tym mieście całkiem sam?!

- Może zapomniałeś, że taki plan miałem od samego początku? - stwierdził ironicznie Pierwszy.

Drugi westchnął zrezygnowany. – Naprawdę nie chcę cię tu zostawiać i póki będę w mieście, będę cię przekonywał, żebyś wyruszył z nami.

Słysząc to Pierwszy, zaśmiał się. Drugi przypomniał mu w tym momencie słowa Agnieszki.

- Co się stało? – spytał zdziwiony mężczyzna, widząc Pierwszego w tak rzadkim stanie jak radość.

- Nie świadomie zacytowałeś kogoś, o kim dzisiaj myślałem – odpowiedział Pierwszy wspominając przez chwilę swoją psycholog.

Drugi widząc jego rozmarzoną minę, stwierdził. – Zgaduję, że ona też nie miała z tobą łatwo.

- Nie miała…– odparł Pierwszy i mimo starań nie był w stanie pozbyć się uśmiechu się z twarzy.

Nagle Drugi zamarł w wyrazie teatralnego skupienia. – Podobała ci się co? – spytał, wskazując dramatycznie palcem, jakby wydawał na Pierwszym wyrok.

Mężczyzna popatrzył na niego z politowaniem. - W odróżnieniu od ciebie Drugi, kieruje się w życiu czymś innym niż zwierzęce instynkty…

- CZYLI PODOBAŁA! – zawołał Drugi.

- Miała męża…- odparł Pierwszy, licząc, że ten argument trafi do jego rozmówcy.

Drugi nie miał jednak zamiaru odpuszczać. – A to sprawiło, że nie mogła ci się podobać? Opowiedz jaka była? Jak się poznaliście?

- BYŁA MOIM PSYCHOLOGIEM DO JASNEJ ANIELI! – krzyknął Pierwszy, odwracając się obrażony.

Drugiego zupełnie zamurowało. Opuścił głowę i łapiąc Pierwszego za ramię westchnął. – Sorry, nie wiedziałem… Naprawdę…

- Nie ważne – stwierdził Pierwszy i zaczął porządkować rzeczy w kuchni, rozkładając pulę z wygranej do odpowiednich szafek.

Drugi w tym czasie wrócił na miejsce i przez chwilę wpatrywał się, zawstydzony w ścianę. – Nie chciałem być złośliwy. Zastanawiałem się po prostu, czy czułeś coś do niej?

Pierwszy zatrzymał się pochylony nad szafką. – Była jedyną osobą z którą rozmawiałem… Chociaż była tylko moim lekarzem to, gdy przychodziłem na sesje, czułem się jakbym miał przyjaciółkę... przez te dwie, trzy godziny w tygodniu, czułem się jakbym był człowiekiem, a nie samotnym dziwadłem.

- Nie uważam cię za dziwadło! – zaprotestował Drugi. – To znaczy nie no, w sumie to jesteś dziwadłem…Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Uważam, że pod tym sztucznym grymasem i kłamliwym ‘’na niczym mi nie zależy’’ kryję się naprawdę równy gość, którego notabene bardzo lubię.

Pierwszy nie odpowiedział, chociaż z jakiegoś powodu zrobiło mu się miło. Nagle głos w jego głowie zaprotestował. – Próbuje cię zmiękczyć żeby coś zyskać? Ilu ludzi mówiło ci w młodości, że cię polubiło, że fajny z ciebie kumpel?

- Nie ważne. Nie długo i tak cię tu nie będzie, a ja zostanę sam jak chciałem – stwierdził w końcu, zamykając szafkę.

- Nie licz, że ci odpuszczę – powiedział pewnie Drugi i zamilkł przez chwilę, cmokając ustami.

Pierwszy popatrzył na niego, badawczo. – Zawsze gdy wydajesz ten dźwięk, to wiem, że się denerwujesz, bo chcesz mnie o coś poprosić.

- Rozgryzasz mnie jakbyśmy już byli przyjaciółmi – stwierdził Drugi, wyraźnie zadowolony.

- Nie lubię tego słowa, a jego znaczenie wkładam w rzeczy tak realne jak smoki i jednorożce – skwitował Pierwszy. – To teraz mów o co ci chodzi.

- Obrazisz się jak złożę ci pewną niezobowiązującą propozycje? – spytał Drugi, patrząc na Pierwszego jak mały psiak.

Mężczyzna stanął przed nim, krzyżując ręce na piersi.- Zaskocz mnie…

Drugi zbierał się przez chwilę, bujając na krześle. – Chodzi mi o to, że nie zgromadzimy odpowiedniej ilości zapasów na podróż, rabując tylko prywatne domy. Tracimy amunicje na walkę z gospodarzami, a mieszkania często bywają puste. To dead end…

Pierwszy skinął głową. – Znam to dobrze. Toczysz walkę z potworem, a w jego domu spleśniały chleb, zgniłe owoce i zasmrodzona lodówka…

- No właśnie – potwierdził Drugi. – A w Centrum zostało już tylko jedno miejsce, gdzie moglibyśmy się rozsądnie zaopatrzyć, H – market.

Pierwszy popatrzył zdziwiony na swojego rozmówcę. – Przecież tam są Dziady. Nie mówiąc już o innych potworach, czy tam tych waszych niewpełniwykształconych…

- Wiem – odparł Drugi. – Tylko, że nas też już nie jest mało. Z tobą byłoby dziewięć osób. Gdybyś wspomógł nas trochę sprzętem i swoim doświadczeniem, myślę, że dalibyśmy radę wytorować sobie drogę.

W tym momencie głos w głowie Pierwszego zawołał triumfalnie. – Nie musiałeś nawet długo czekać by się odsłonił, mówi, że cię lubi bo potrzebuje kolejnej przysługi. – spoglądając surowo na Drugiego, Pierwszy wyrzucił - dozbroiłem już ciebie i twoich towarzyszy. Broń to nie jest coś, co znalazłem na ulicy. Wiesz jak się narażałem, żeby ją zdobyć?

- Nawet nie prosiłbym o to, żebyś oddał nam więcej broni – zaprotestował Drugi. - Już i tak dostaliśmy od ciebie mnóstwo prezentów mimo, że moja grupa to dla ciebie na razie obcy ludzie. Chcę tylko żebyś go nam wypożyczył na czas zdobycia H- marketu. Pomyśl o plusach dla nas wszystkich. My weźmiemy stamtąd zapasy co najwyżej na kilka tygodni, a ty, jeśli nie zdecydujesz się odejść z nami, zyskasz dostęp do miejsca, z którego będziesz mógł korzystać kolejne miesiące – stwierdził dodając po chwili nieco ciszej. - No ale ciągle liczę, że jak poznasz resztę, to zdecydujesz się iść z nami…

- Wątpię – podkreślił Pierwszy by dać Drugiemu po raz kolejny do zrozumienia, że sprawę swojego odejścia z Krańcowa uważa za przesądzoną. Nie mógł jednak obojętnie przejść wobec możliwości oczyszczenia sobie drogi do największego sklepu w mieście. – Ale tą sprawę z H-marketem przemyślę.

- Dziękuje – odparł Drugi, przeciągając się. - Na mnie już czas, robi się późno, a nie chce wracać przy latarce.

- Odwieźć cię? – spytał Pierwszy.

- Jeżeli proponujesz, nie odmówię – stwierdził raźno Drugi, zbierając swoje rzeczy.

Pierwszy ruszył skompletować strój ochronny i w ciągu kilku minut wyruszyli radiowozem z podjazdu.

- Nie mieszkamy już na Rejmonta! – zawołał nagle Drugi, widząc, że Pierwszy zaczyna kierować auto w stronę jego dawnego domu. – Teraz mamy kryjówkę w tym hotelu w pobliżu cmentarza. – dodał wskazując kierunek.

- Czemu tam? – spytał Pierwszy.

Drugi zmarszczył twarz. – Bo jest basen i jakuzzi- zażartował, dodając po chwili. – No i tak przy okazji łatwiej nam będzie w ten sposób wyłapać nowych ludzi, jeśli się jeszcze pojawią. Oczyszczamy też cmentarz z niewpełniwykształconych, by nowo przybyli którzy nam umkną mieli większe szanse.

- Rozumiem. – odpowiedział Pierwszy, kierując się w stronę migocącego w oddali kremowego budynku.

Hotel Bethoven był w Starym Świecie jednym z najnowocześniejszych obiektów w Krańcowie. Początkowo powstał jako sala konferencyjna i bankietowa, dla firm które nie chciały przepłacać za organizowanie spotkań w stolicy. Wraz ze wzrostem popularności, miejsce wzbogacono o łóżka do wynajęcia. W ciągu kolejnych lat budynek rozrósł się do niebotycznych rozmiarów. Dobudowano do niego dwa piętra, a ilość pokoi sięgnęła kilku dziesięciu. Dla luksusu odwiedzających powstała przy nim restauracja, spa i sala rekreacyjna.

Pierwszy nigdy nie brał pod uwagę zasiedlenia się w tym miejscu, ani nawet budowania w nim kryjówek. W jego skażonym filmami grozy umyśle, hotele były wręcz idealnym siedliskiem dla potworów. Najwidoczniej Drugi i jego kompani nie podzielali tych obaw.

- Jak się tam w ogóle żyje? – spytał Pierwszy, obserwując co raz lepiej widoczny przez szybę budynek – Przed błyskiem nigdy tam nie byłem, ale czasem czytałem broszurki które były na mieście. Standard wydawał się wysoki…

- To miejsce bardziej problematyczne niż ci się zdaje – odparł mężczyzna. – Fakt każdy ma oddzielny pokój, ale poza ogólnymi wrażeniami wizualnymi, to miejsce to same problemy. Cała masa wejść przez którą mogą wkraść się niewykształcuchy. Kuchnia na parterze z daleka od pokoi, a bez sztucznego oświetlenia, na korytarzach jest wiecznie ciemno. Gdyby nie bliskość cmentarza, pewnie dalibyśmy sobie spokój.

- A nie możecie przenieść się do jakiejś kamienicy? Pełno ich przy cmentarzu… – zasugerował Pierwszy, dla którego rozwiązanie było przecież tak oczywiste.

Drugi podrapał się po głowie. – No pewnie byłoby lepiej. Tylko, że jak tu przybyliśmy Ułańska fantazja kazała nam zająć hotel. Nim zorientowaliśmy, się jakie to przesrane miejsce, zdążyliśmy się już zadomowić i tak w nim siedzimy…

Gdy mężczyźni dojechali do kryjówki Drugiego robiło się już ciemno. Pierwszy natychmiast zauważył ruch przy oknach, jak tylko zatrzymał samochód przy wejściu.

Drugi złapał za klamkę, ale spojrzał jeszcze przez chwilę na Pierwszego. – Dasz znać jak się zastanowisz?

- Już się zastanowiłem – odparł Pierwszy. – Pomogę wam z H- Marketem, ale potem nic się nie zmienia. Ja wracam do siebie z moim sprzętem i nie ma mowy o żadnym stałym łączeniu sił.

- Lubisz deptać nadzieję – stwierdził Drugi. – No dobrze Pierwszy dam moim znać, że możemy liczyć na twoją pomoc. Jak się wstępnie zbierzemy ustalimy jakąś datę ok? Tylko mam jeszcze jedną prośbę. Mógłbyś wpaść wcześniej z uzbrojeniem i potłumaczyć trochę ludziom jak się go używa? Oprócz mnie i Kuby, nikt tak naprawdę nigdy nie strzelał…

Pierwszy opuścił głowę na kierownicę. - Tego właśnie się bałem…

***

Drugi wpadł z kolejną wizytą zaledwie pięć dni po tym, jak rozstali się pod hotelem. W trakcie obowiązkowej partii pokera, dał Pierwszemu znać, że jego kompani są gotowi wyruszyć na H-market i chcą to zrobić jak najszybciej.

Z tego co Pierwszy wyłapał mimochodem, mieli oni już spory problem z zapasami, więc tchnięty jakimś wewnętrznym poczuciem, pozwolił swojemu gościowi wygrać jedzenie na solidną kolacje dla jego gromady. Gdy odwoził go tego dnia z powrotem do kryjówki, mężczyzna był naprawdę w niebo wzięty. Wysiadając z wygranymi zapasami, zatrzymał się na chwilę mówiąc. – Naprawdę dziękuje za te partie, nie wiesz ile dla mnie znaczyła…

Pierwszy przerażony myślą, że Drugi zorientował się w jego podstępie zaprotestował natychmiast. – Miałeś po prostu fart. Ja gram tylko na poważnie. Gdybyś miał słabe karty, wracał byś choćby bez spodni.

- Więc dziękuje ci mój farcie. – stwierdził Drugi, ale wciąż wpatrywał się z wdzięcznością w Pierwszego. Ten pokręcił głową i błyskawicznie odjechał spod hotelu.

Następnego dnia mężczyzna zaczął objeżdżać swoje kryjówki, by pozbierać potrzebną broń i sprzęt. Kilkanaście schronień stało się więc uboższych. Pierwszy nie miał zamiaru się rozdrabniać i zbierał tylko to, co miało największą siłę rażenia. Zdobyte w bazie wojskowej karabiny oraz strzelby myśliwskie i sztucery, które odnalazł w samym mieście.

W trakcie tej przejażdżki po swoich awaryjnych bazach, znalazł się nieopodal małej jednokierunkowej ulicy, gdzie swój gabinet miała Doktor Agnieszka. Mężczyzna zwolnił przyglądając się szyldowi na ścianie jednego z budynków. – Co się z tobą teraz dzieje? – zastanowił się, zatrzymując w końcu samochód.

Przez wyjątkowo długą minutę stał oglądając znak, jakby podziwiał wschód słońca.

- Zdajesz sobie sprawę, że jak tam pojedziesz, poczujesz się tylko gorzej? – spytał głos w jego głowie.

- Jak tego nie zrobię, nie będę się czuł lepiej. – odpowiedział mu Pierwszy i ruszył samochodem w głąb uliczki.

Parkując tuż przed wejściem poczuł jak serce zaczyna bić mu znacznie szybciej. – Czego się spodziewasz, że się tak denerwujesz? Przecież jej tam na pewno nie ma… nie ma…- powtarzał w myślach i wychodząc z pojazdu ruszył prosto do wejścia.

Na przeszkolonych drzwiach widniały godziny otwarcia różnych gabinetów, w tym poradni psychologicznej z którą był tak związany.

Gdy tylko wszedł do środka, widok poczekalni przywołał w nim dziwne nostalgiczne uczucia. Uświadomił sobie właśnie, że znalazł się w jedynym miejscu którego brakowało mu w świecie po Błysku. Jedynym miejscu którego wspomnienie nie dawało mu spać spokojnie i które wracało w snach.

Siadając na tym samym krześle co dawniej, mężczyzna poczuł ciarki na całym ciele. Jakby już za chwilę doktor Agnieszka miała otworzyć drzwi i jak zawsze powitać go wyciągniętą ręką i uśmiechem. – Naprawdę przegrałem życie, skoro jedyne za czym tęsknie to rozmowa z psychologiem… - westchnął chowając twarz w dłoniach.

Gdy to powiedział, za drzwiami gabinetu usłyszał jakiś ruch. Przez chwilę nie zareagował myśląc, że to po prostu wspomnienie grające mu w głowie… Wtedy dźwięk przesuwanego fotela pojawił się ponownie. – Niemożliwe… - wyszeptał Pierwszy i wstając na drżących nogach, ustawił się przed drzwiami gabinetu.

W środku bez wątpienia ktoś był. Przez chwilę w jego głowie pojawiło się pełne nadziei wyobrażenie. Czy to było przeznaczenie na które czekał całe życie? Ta przygoda której tak bardzo pragnął? Coś co miało zmienić wszystko? Czy właśnie była szansa, że pomoże osobie, która pomagała mu przez tak długi czas? Czyżby naprawdę świat miał w końcu dla niego jakiś plan, a cała ta egzystencja nie była bez celowa…

Pierwszy nacisnął na klamkę i gdy tylko otworzył drzwi zamarł.

Agnieszka stała patrząc przez okno. Jej długie blondwłosy zlepione były od krwi, ubranie postrzępione, a skóra trupio blada. Gdy tylko się odwróciła mężczyzna poczuł, jak po raz kolejny w swoim życiu traci całą nadzieję i chęć by ciągnąc to dalej.

Zbyt wiele razy stawał naprzeciw niewykształconych, by nie rozpoznać ich na pierwszy rzut oka. Oczy Agnieszki były puste, szarawe, a jej ciało poruszało się drgającymi ruchami pozbawionymi ludzkiej płynności. Kobieta była jednym z potworów.

Pierwszy nie wyciągnął broni. Nie podniósł nawet rąk by się zasłonić przed atakiem. Stał wpatrując się w kobietę i szeptał – Nie ty… Wszyscy tylko nie ty…

Świat po raz kolejny z niego zakpił. Rzeczywistość po raz kolejny dała do zrozumienia, że go nienawidzi. Przyglądając się jak kobieta zbliża się powolnym krokiem, przypomniał ją sobie kroczącą z uśmiechem przez gabinet, wyciągającą powoli dłoń na powitanie. Przez chwilę rzeczywistość zlała się ze wspomnieniami. Twarz potwora przybrała ludzki wygląd, a wyciągnięte do przodu ręce zdawały się chcieć go uściskać, jak dawno niewidzianego przyjaciela.

Nagle ból uderzył w Pierwszego jak wiadro zimnej wody. Nim zdążył się zorientować jego szyja była ściskana jak w imadle. – Puść…- wyszeptał, a słysząc to potwór odpowiedział. - Nie… - zaciskając przy tym palce jeszcze mocniej.

- Agnieszka to ja… Nie pamiętasz mnie? To ja…- wyszeptał przyduszoną krtanią.

- Wiem…- odparła kobieta, a Pierwszego zmroziło, po raz kolejny gdy potwór wypowiedział jego imię. W tym momencie złapał on przemienioną kobietę za nadgarstki i rozerwał uścisk.

- Pamiętasz mnie… Więc dlaczego? Dlaczego to robisz? – zawołał.

- Z jakiegoś powodu czuję, że tak właśnie powinnam.…- odparła, napierając mocniej. – Nie powinniśmy walczyć z naszymi pragnieniami! – zawołała, pchając ze wszystkich sił do przodu.

Pierwszy był jednak dużo silniejszy, niż szczupła kobieta. Po chwili szamotaniny odepchnął ją i zyskując trochę przestrzeni, wybiegł blokując drzwi plecami. Przemieniona Agnieszka natychmiast uderzyła w nie chcąc wydostać się na zewnątrz.

- OTWÓRZ! – krzyknęła.

- Czemu to robisz…- wyszeptał Pierwszy.

- OTWIERAJ! – krzyknęła ponownie kobieta.

- MIAŁAŚ MI POMÓC! PAMIĘTASZ! MIAŁAŚ MI POMÓC!!! – wrzasnął zrozpaczony mężczyzna.

- Tobie nie da się pomóc! Jesteś cholerną pomyłką ewolucji! Człowiekiem który powinien nie żyć! I POMOGĘ CI W TYM! ZROBIĘ TO CO POWINNAM ZROBIĆ GDY TU PRZYCHODZIŁEŚ!!! WYDUSZĘ Z CIEBIE ŻYCIE…

- Powinienem nie żyć…- wyszeptał Pierwszy, opuszczając głowę.

***

Pierwszy gnał tak szybko jak tylko pozwalał na to jego radiowóz. Mijając wściekle ulicę Krańcowa zatrzymał się dopiero przy hotelu Beethoven. Uruchamiając syrenę liczył na to, że wywabi Drugiego na zewnątrz.

W oknach prawie natychmiast pojawiły się jakieś postacie, a po chwili przez drzwi wejściowe wybiegł Drugi. Mężczyzna wyglądał na naprawdę zdziwionego i przestraszonego. Natychmiast podbiegł do samochodu, otwierając drzwi od strony kierowcy. - Pierwszy, mistrzu co się dzieje? Potrzebujesz pomocy? – spytał, wystraszony.

- Muszę… Muszę z tobą porozmawiać…- wyłkał, Pierwszy drżącym głosem.

- Jasne. – odpowiedział Drugi i zatroskaną miną okrążył radiowóz by usiąść na miejscu pasażera.

Gdy tylko to zrobił, Pierwszy wcisnął gaz i odjechał kilka przecznic nim zatrzymał samochód po środku drogi.

- Co się dzieje? – spytał natychmiast Drugi. – Jak żyję nie widziałem cię takiego poruszonego.

- Powiedz mi… -wyszeptał Pierwszy ledwo trzymając się kierownicy. – Myślisz, że można pomóc komuś, kto przybył tu jako potwór?

Oczy Drugiego rozszerzyły się. Po chwili popatrzył w twarz Pierwszego z jakąś dziwną wyrozumiałością. – Spotkałeś kogoś bliskiego? Prawda?

- Ty też? – dopytał natychmiast Pierwszy.

Drugi pokręcił głową. – Ja miałem to szczęście, że mnie to ominęło… ale ojciec Siódmej stał się Gospodarzem i próbował ją zabić gdy wróciła do domu. Podobnie było z Czwartym i Piątą. Kamil odprowadził ją do domu, a tam jej rodzice próbowali zabić ich obydwoje…

Pierwszy westchnął. – Czyli nie tylko ja…

- Nie. – westchnął Drugi. - A odpowiadając na twoje pytanie. Nie mam pojęcia… Dopóki nie znajdziemy sposobu, na nie utracenie przytomności podczas ‘’błysku’’ i nie sprawdzimy jak w ogóle ludzie pojawiają się w mieście, możemy tylko gdybać…

Pierwszy popatrzył na Drugiego. – Ale ty i Trzeci coś w tym temacie robicie prawda? Mówiłeś, że prowadzicie ‘’eksperymenty’’

Drugi pomachał ręką, a jego twarz zmarkotniała. – Eksperymenty to duże słowo. Tak sobie po prostu kombinujemy na chłopski rozum i na razie bez większych sukcesów.

- Rozumiem. – westchnął Pierwszy, opuszczając głowę.

- Ktoś z rodziny? – spytał nagle Drugi.

- Nie ważne… zapomnij. – odparł mu Pierwszy.

– Dla mnie jest ważne! – zaprotestował mężczyzna. – Nigdy nie tryskasz optymizmem, ale jak teraz patrzę na ciebie, to nie widzę nawet śladu życia. Może w pokera potrafisz rżnąć głupa, ale widzę, że ta sprawa cię naprawdę poruszyła… Mów!

- Pamiętasz te osobę o której wspomniałem przy poprzednich kartach? Jedyną z którą rozmawiałem…- spytał Pierwszy.

- Ona…- westchnął Drugi, wyglądając przez szybę. Mężczyzna był pogrążony przez chwilę w myślach, aż w końcu stwierdził. – Punktem wyjścia będzie tutaj pozostanie przytomnym w czasie błysku. Tylko dzięki temu moglibyśmy sprawdzić, kto lub co przynosi ludzi… Trzeci jeździł dawniej jako ratownik na karetce. Ma jakieś minimalne rozeznanie w lekach i różnych substancjach podawanych w krytycznych sytuacjach. Wspominał coś, że ten błysk i utrata świadomości przypomina trochę objawy padaczkowe. Miał koncepcje, że leki przeciwepileptyczne mogły by tu pomóc… - Pierwszy popatrzył z nadzieją, a Drugi dodał. – I tak chcieliśmy to sprawdzić, więc jak coś chętnie podzielę się wynikami.

- Mogę wam pomóc w szabrowaniu aptek, zdobyciu leków… - stwierdził Pierwszy.

- Z tym poradzimy sobie sami. – uspokoił go Drugi. – Proszę cię tylko, żebyś pamiętał o swojej obietnicy. Miałeś nam pomóc w zdobyciu H- marketu. Nie chciałem ci o tym wspominać, bo bałem się, że uznasz iż próbuję wyciągnąć od ciebie jedzenie na litość...Ale z prowiantem jest u nas naprawdę krucho.

- Jasne… Przyjadę jutro i pokaże wam jak obchodzić się ze sprzętem.

***

Gdy Pierwszy wrócił w końcu do swojej kryjówki była już późna noc. Zatrzymał samochód na podjeździe i wytoczył się z niego zupełnie pozbawiony sił. W progu domu rozpiął kamizelkę kuloodporną i zrzucił na podłogę hełm. Powłóczając nogami jakby był pijany, wszedł do kuchni.

Tam przywiązana do krzesła siedziała Agnieszka.

Kobieta wodziła za nim pustymi oczami z złośliwym grymasem wykrzywiającym twarz. – Nadzieje prysły? Ból znowu jest zbyt silny by go znieść? Rozwiąż mnie, a ukoję nasze cierpienia.

Pierwszy zbliżył się spoglądając na nadgarstki kobiety, które były poprzecinane od lin. – Coś ty sobie zrobiła…- westchnął nachylając się, ale w tym momencie kobieta rzuciła się do przodu i kłapnęła zębami, jakby chciała mu się wgryźć w szyję.

- Żałosny tchórz! Potrafisz tylko uciekać! – warknęła, spoglądając na niego spod opadających na twarz włosów.

Pierwszy usiadł naprzeciw niej, spuszczając głowę jak do modlitwy. – Wiem, że nie jesteś świadoma tego co mówisz. Znajdę sposób żeby ci pomóc. Obiecuje…

- Ty? – zawołała kobieta kpiącym głosem. – Ty miałbyś pomóc mi? Ty nawet nie potrafiłeś pomóc sam sobie, namiastko człowieka. Kto by w ogóle chciał od ciebie pomocy? Kto by w ogóle chciał z tobą rozmawiać?

- Ty chciałaś... – odparł Pierwszy.

- Płaciłeś mi! Płaciłeś pieniądze! – warknęła niewykształcona.

- Na początku... Potem rozmawialiśmy bo tego chciałaś - westchnął Pierwszy.

Potwór prychnął.- Było mi cię szkoda… byłeś tak żałosny, tak słaby! Czasem myślałam o tym by ulżyć ci w cierpieniu i pchnąć w końcu do samobójstwa. Świat cię nie chcę, nikt cię nie potrzebuje. Nawet jeśli nie odbierzesz sobie życia, to umrzesz stary i samotny, bo nikt nie byłby w stanie obdarzyć uczuciem kogoś takiego jak ty! – zawołała Agnieszka

- To nie prawda! – zawołał Pierwszy. – Byłem sam, bo tak wybrałem!

- Nie! Byłeś sam bo bałeś się zaakceptować, że nikt cię nie chcę! Łatwiej było ci wierzyć, że to ty odrzuciłeś świat, a nie że świat odrzucił ciebie! Nawet ja miałam cię tak naprawdę gdzieś! Tak jak twoja siostra i każdy kogo spotkałeś! Wszyscy chcieli żebyś żył tylko dlatego, żeby nie musieli się kłopotać chodzeniem na twój pogrzeb!

W tym momencie Pierwszy nie wytrzymał. Z wrzaskiem poderwał się z krzesła i wyszarpując z kabury pistolet, przycisnął go Agnieszce do czoła. Istota zamilkła niemal natychmiast jak zahipnotyzowana, a Pierwszy popatrzył na nią dysząc ciężko. – Czyli jednak masz jakieś ludzkie odruchy…- warknął.

Niewykształcona zrobiła zeza wpatrując się w lufę, a Pierwszy wyciągnął kawałek ręcznika i zakneblował ją. – Gdybym nie spróbował ci pomóc, wtedy byłbym takim samym potworem jak ty. Módl się lepiej, żebym znalazł sposób by to zrobić… Bo jak nie...To ja ukrócę twoje cierpienia – powiedział, chowając pistolet z powrotem do kabury.

Gdy wychodził z kuchni ciągle jeszcze był wściekły, ale dając krok w pusty korytarz poczuł jak coś ściska go w środku. – A jeżeli dopiero teraz usłyszałeś prawdę?


129 wyświetlenia6 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie