Opowieści z Martwego Świata - Historia Pierwszego IV

Do wpadających tylko po ebooka, zajrzyjcie mimo wszystko na dół posta :)

Część 4- ebook
.rar
Download RAR • 3.20MB

Brygada Rakietowa Obrony Powietrznej – Krańcowo, powstała jeszcze za czasów PRL. Ta niedoposażona i cierpiąca na wieczne braki koszarowe jednostka, nie miała właściwie żadnego strategicznego znaczenia jeżeli chodziło o faktyczną obronę Polski. Mieszkańcy miasta bardzo często kpili z niej, nazywając przechowalnią dla rencistów i ułomków. Głównie ze względu na to, że większość personelu wojskowego stanowili tam albo ludzie w bardzo podeszłym jak na żołnierzy wieku, albo rekruci, którzy ze względu na mierne wyniki nie załapali się do bardziej prestiżowych jednostek.

Sama baza znajdowała się na trasie wylotowej Krańcowo – Warszawa i swoim terenem zajmowała obszar wykraczający daleko poza granicę miasta. Budynki administracji, koszary oraz skład broni znajdowały się jednak wciąż w jego obrębie. Ten fakt był nie zwykle ważny dla mieszkańców Nowego Świata, bo dawał możliwość zdobycia tak rzadkiego w zdemilitaryzowanej Polsce uzbrojenia.

Mimo to od momentu błysku jednostka wojskowa przez bardzo długi czas pozostawała nienaruszona.

Pierwsze pokolenia, które pojawiły się w mieście, stanowiły w większości ludzi w przedziale wieku 70-80 lat. Byli oni schorowani, słabi fizycznie i przeważnie niezdolni do przetrwania w nowych warunkach. Mimo że niewykształceni występowali wtedy na terenie miasta sporadycznie, pierwsze pokolenie nie przetrwało nawet roku i nie miało szans choćby zbliżyć się do terenu jednostki wojskowej.

Późniejsze pokolenia były już sprawniejsze fizycznie, ale ze względu na rosnącą populację niewykształconych nie mieli możliwości swobodnego poruszania się po mieście. Zagęszczenie miejsc bytowania ludzi w podeszłym wieku sprawiło, że centralne Krańcowo zostało właściwie odcięte pierścieniem pełnym potworów.

Dopiero pokolenie 30-40 rozpoczęło regularne walki z niewykształconymi i miało realną szansę na dotarcie do ukrytej na terenie jednostki - składnicy broni. Wśród ówczesnych nowoprzybyłych, trafiali się zresztą byli żołnierze i pracownicy bazy, dla których miejsce to było oczywistym punktem, jaki należało zdobyć przed planowaną ucieczką z miasta.

Zorganizowane bandy nieświadome jeszcze, że Krańcowa nie dało się po prostu opuścić, podjęły liczne próby przebicia się przez kordon niewykształconych. Wszystkie te próby skończyły się niepowodzeniem, a ocaleni z walk ludzie w większości bali się podjąć kolejne ryzyko.

W końcu po trzech latach, od pojawienia się pierwszych ludzi z pokolenia 30-40, gromada pod przewodnictwem byłego żołnierza Michała Lewandowskiego przebiła się do zewnętrznych części miasta, spenetrowała bazę i zabrała z niej sprzęt.

Dobrze wyposażona i uzbrojona grupa, podjęła oczywistą próbę opuszczenia Krańcowa. Spora część jej członków zamarła tamtego dnia na granicy miasta, a ich sylwetki są wciąż widoczne na drodze do Warszawy. Michał Lewandowski wraz z kilkoma ocalałymi uznał, że z miasta nie da się uciec i wrócił do Centrum, gdzie rządził przez kolejne dwa lata.

W tym czasie pokolenie zyskiwało coraz większe rozeznanie w błędach, uświadamiając sobie między innymi istnienie ''resetu''. Michał, zauważając, że większość splądrowanych miejsc odnawia się z czasem, po raz kolejny objął za cel bazę wojskową. Była to zresztą dla niego kwestia życia i śmierci. Nowe typy niewykształconych były coraz bardziej niebezpieczne, a jego cierpiąca na braki w amunicji i wypalona ciągłymi walkami grupa, zaczynała tracić kolejnych ludzi. Niestety dla Lewandowskiego i jego kompanów wraz z wymierającym powoli pokoleniem, pojawił się zupełnie nowy typ niewykształconego, któremu nadadzą oni nazwę Pluton.

Pluton powstawał z ludzi, którzy za czasów PRL odbyli obowiązkową dwuletnią służbę wojskową i zdecydowali się na kontynuowanie kariery w strukturach armii. Ci ‘’wojskowi’’ nazywani przez młodszych rekrutów ‘’betonem’’ byli ludźmi zatwardziałymi w poglądach i przekonani o swojej racji oraz wyższości. Nowy świat tworzył z nich pokraczne zroślce, łącząc w jedno ciało grupę czterech, pięciu ludzi. Charakterystyczną cechą Plutona oprócz posiadania ponadprzeciętnej liczby kończyn, była zdolność do posługiwania się bronią. Każdy niewykształcony dzierżył wrośnięte w ramiona karabiny AK-47, w wersji pochodzącej jeszcze z czasów Układu Warszawskiego. Co ciekawe broń której używał niewykształcony nosiła dokładnie te same numery, co karabiny którymi przemienieni ludzie posługiwali się w starym świecie.

Zgodnie z naturą niewykształconych- specjalistów, Plutony zasiedliły bazę wojskową i to w starciu z nimi poległa większość podkomendnych Michała Lewandowskiego. Sam mężczyzna został ranny, ale razem z niedobitkami swoich ludzi zdołał powrócić do Centrum. Aż do swojej śmierci nigdy więcej nie próbował podjąć się wyprawy na bazę wojskową.

Od tamtego czasu jednostka nie została zdobyta ponownie, aż w końcu u jej bram pojawił się policyjny bus.…

***

Przygotowania do zdobycia bazy wojskowej, Pierwszy rozpoczął zaraz po odprawieniu Grzegorza. Miejsce to przyciągało go już od dawna, ale nie był to jedyny powód tego nagłego zrywu. Przede wszystkim, zależało mu by zająć czymś myśli. Mężczyzna, chociaż bardzo dobrze znosił samotność, to po paru tygodniach spędzonych w towarzystwie Drugiego, z niechęcią musiał przyznać, że przyzwyczaił się do jego obecności. Wiedział co prawda, że ten stan tęsknoty za towarzystwem nie potrwa długo.

Podobne rozterki przeżywał bowiem przez kilka tygodni po pojawieniu się. Musiał po prostu przeczekać, aż jego instynkt stadny zostanie z powrotem stłumiony.

W trakcie wzmożonych w okresie przygotowania szabrów, udało mu się w końcu odnaleźć korbową pompę, którą bez problemu i błyskawicznie był w stanie napełnić bak swojego pojazdu. Ten zresztą przeszedł kilka modyfikacji. Pierwszy prawie całą zewnętrzną stronę poprzeszywał długimi gwoździami, a kraty w oknach okręcił drutem kolczastym. Liczył, że dzięki temu Dziady będą mniej chętne do atakowania go, gdy będzie przebijał się przez centrum.

W dniu planowanego wyjazdu, do samochodu zabrał prowiant na kilka dni. Nie był bowiem pewien, czy nie utknie przez jakiś czas poza centrum, a poszukiwania żywności po tamtej stronie wolał sobie oszczędzić.

Do środków przeciwbólowych które nosił zawsze przy sobie, dołożył tym razem coś naprawdę mocnego, trzy aplikatory morfiny. Środek ten zabrał z jednej z aptek, tuż po pamiętnej walce z Dziadem. Mimo to nigdy nawet nie pomyślał o jego użyciu. Zbyt wiele naczytał się o tym jak szybko ten opiat uzależniał, a przy tym jak ciężkie są konsekwencje jego odstawiania. Traktował morfinę wyłącznie jako potencjalny ratunek w sytuacji naprawdę skrajnej i nie brał go ze sobą nawet na zwykłe szabry. Tym razem nie był to jednak „zwykły szaber”.

Oczywiście Pierwszy, zabrał też znacznie więcej uzbrojenia niż woził ze sobą zazwyczaj. Cztery policyjne pistolety wraz z magazynkami, strzelbę oraz swój już od dawna ulubiony pistolet maszynowy H&K mp5. Tak przygotowany wyjechał w stronę granicznego skrzyżowania Iwaszkiewicza i Warszawskiej.

Podróż przez centrum nie mogła oczywiście skończyć się bez problemów. Najpierw Pierwszy zmuszony był staranować gromadę krzywulców, które okupowały przystanek na obrzeżach miasta, a potem napatoczył się na niezbyt dużego Dziada. Ten oczywiście wdał się za nim w pościg, ale gdy swoim przerośniętym barkiem próbował zepchnąć pojazd z drogi, już po chwili odskoczył od niego jak oparzony. Chwytając się za najeżone dziurami ramię, niewykształcony zaniechał dalszej gonitwy. Pierwszy zadowolony ze swojego pomysłu z gwoździami, ruszył spokojniejszy trasą wylotową.

W tym miejscu Krańcowo bardzo szybko przechodziło z gęstej miejskiej zabudowy, do pojedynczych punktów handlowych stojących na rozległych placach. Mężczyzna minął między innymi hurtownię części Ikar oraz otwarty nie długo przez błyskiem Pas Handlowy. Wjeżdżając na główną drogę, Pierwszy nie oszczędzał samochodu i już po kilku minutach zaczął dostrzegać wyschnięte korony drzew, otaczających jednostkę wojskową.

Po minięciu wysokiego i najeżonego drutem kolczastym płotu, zatrzymał się w końcu przed otwartą bramą nad którą wisiał ogromny szyld WOJSKO POLSKIE. Nieco poniżej na kawałku ceglanego muru widniał napis – Samodzielna Brygada Obrony Rakietowej Krańcowo.

W tym momencie Pierwszy poczuł napięcie i delikatny lęk. Miejsce to było dla niego obce pod każdym względem. Jak większość cywili nigdy nie miał okazji zbliżyć się do tego obiektu, a teraz nie był nawet pewien, jakie dodatkowe niebezpieczeństwa mogą czaić się w jego wnętrzu.

Dodatkowo zaniepokoił go fakt, że bramę ktoś pozostawił otwartą. Gdy przed błyskiem mijał to miejsce jadąc w kierunku Warszawy, nigdy nie była choćby uchylona.

- Za daleko doszedłem, żeby się teraz wycofać. – Skarcił się w myślach i uderzając pięścią w kamizelkę kuloodporną, dodał sobie animuszu. Zaraz potem naciskając delikatnie na pedał gazu, potoczył auto przez bramę, wjeżdżając do sztucznie posadzonego lasu.

W trakcie tej drogi twarz Pierwszego właściwie zastygła. Tylko oczy błądziły od jednego końca szyby do drugiego, wypatrując potencjalnego niebezpieczeństwa.

Zasłona z drzew która, chroniła jednostkę przed ciekawskimi, zaczynała się powoli kończyć, a w oddali widać już było pierwsze dość surowe zabudowania.

Nagle Pierwszy uderzył w hamulec. Kilka metrów przed maską zauważył coś, co wyglądało jak leżący na ziemi człowiek. Mężczyzna przełknął nerwowo ślinę, obserwując przez chwilę nieruchomą postać. Z tej odległości wyglądała jak nieprzytomny żołnierz. Miała na głowie hełm i zielone maskowanie z biało-czerwonymi flagami.

Pierwszy otworzył cicho drzwi od samochodu i wyszedł na zewnątrz.

Z bronią w pogotowiu zaczął zbliżać się do tajemniczej osoby. W głowie pulsowała mu myśl, że żaden potwór nie byłby tak nieruchomy, jak to co leżało przed nim. Gdy stanął tuż nad postacią tryknął ją delikatnie butem i nie poczuł prawie żadnego oporu. Odwracając to coś nogą na plecy, dostrzegł wyschnięte na wiór truchło wciśnięte w mundur.

Przez chwilę Pierwszego przeszedł zimny dreszcz. – To coś było kiedyś człowiekiem? Czy potworem? – spytał sam siebie.

Przyglądając się ciału dostrzegł liczne rozerwania na mundurze, jakby nieżyjący wpadł pod co najmniej salwę z karabinu. – Co ci się stało? – spytał ciała, które nie mogło odpowiedzieć.

Nagle oczy Pierwszego zaświeciły się. W ręku postaci wciąż zaciśnięty był pistolet. Mężczyzna pochylił się i wyszarpał broń z wyschniętej ręki, łamiąc jej przy tym kilka palców. Przez dźwięk jaki wydały pękające kości nieco go wzdrygało, ale chęć jej zdobycia pokonała obrzydzenie.

Pistolet był delikatnie przyrdzewiały i sporo większy od tych, które Pierwszy znalazł na komendzie. Wrzucając go do samochodu nie mógł powstrzymać uśmiechu. Pomyślał w tym momencie, że jeśli jedyne co będzie spotykał to wyschnięte ciała, ta wyprawa wcale nie będzie należała do najgorszych. Tocząc auto dalej wjechał na parking jednostki wojskowej.

Budynki były tutaj stare i naprawdę zniszczone. Pomalowane w ciemno grafitowe odcienie fasady, pękały, a tynk odpadał od nich całymi płatami. Ze starych drewnianych okien wypadały szyby, bo wyschnięty i pokruszony kit nie był już w stanie ich utrzymywać. Na murach wisiały pordzewiałe prowadnice, w którym zrośnięte brudem i pajęczyną kable, pięły się do licznych anten na dachu. Pierwszy po opinii jaka panowała o tym miejscu w mieście, nie spodziewał się niczego innego.

Gdy szukał miejsca do zatrzymania samochodu, czekała go kolejna dziwna niespodzianka. Oprócz pordzewiałych aut ustawionych między liniami, które bez wątpienia stały tam od momentu błysku, był tam jeszcze jeden pojazd zupełnie nie pasujący do pozostałych.

Potężna terenówka okuta grubymi arkuszami blachy, stała pozostawiona wzdłuż drogi. Pierwszy przyglądał jej się przez chwilę i szybko stwierdził, że na pewno nie był to żaden typowo wojskowy pojazd. Raczej rozwinięta wersja jego zabezpieczenia dla radiowozu. Tylko kto ją zbudował i kto nią tu przyjechał?

Najdziwniejsze było to, że większa część osłon pokryta była licznymi dziurami. Jakby auto, znalazło się w którymś momencie pod ciężkim ostrzałem. – Co tu się wydarzyło? – spytał retorycznie mężczyzna i po chwili zawahania wyszedł z radiowozu, by przyjrzeć się znalezisku.

Zbliżając się do pancerniaka, zauważył, że drzwi auta były uchylone. W środku ‘’siedziały’’ zaś dwa ciała w wojskowych mundurach. Przy jednym z nich Pierwszy zobaczył coś od czego serce zabiło mu mocniej. Prawdziwy karabin AK-47. Ponownie pokonując obrzydzenie, wyciągnął go z rąk trupa i natychmiast odpiął magazynek. W środku zobaczył długie naboje w zielonkawej mosiężnej łusce. – Szczęśliwy dzień! – zawołał i wrzucił karabin do swojego samochodu.

Wtedy jednak przeszedł go jakiś dziwny niepokój. Wiatr nie poruszał drzewami, nigdzie nie było widać żadnego ruchu, a mimo to baza nie wydawała się pusta. – Wyobraźnia…- uspokoił się w duchu i ruszył w stronę najbliższego budynku.

Gdy przeszedł przez drewniane podwójne drzwi, znalazł się we wnętrzu przypominającym stary niedofinansowany szpital. Ściany były porowate i malowane olejną farbą. Przy suficie wiła się pajęczyna rur ciepłowniczych, prowadzących do żeliwnych grzejników. Podłoga była starym obdrapanym do granic możliwości parkietem, a jedynym przedmiotem który miał tu mniej niż czterdzieści lat był komputer na biurku portierni.

Przez pustą stróżówkę Pierwszy wszedł po krzywych schodkach na pół piętro. Tam długim korytarzem minął dziesiątki drzwi, prowadzących do małych pokoi z piętrowymi metalowymi łóżkami. Większość z nich wyglądała na zajęte bo znajdowały się w nich ubrania i osobiste rzeczy lokatorów. Nigdzie jednak nie było widać broni. – To wygląda na koszary. Żołnierze raczej nie trzymają broni przy sobie. Musi tu być jakaś składnica - stwierdził w myślach, kierując się w stronę wyjścia.

Gdy ponownie minął stróżówkę i stanął w drzwiach, po prostu zamarł. Obok jego radiowozu, stał niewykształcony. Szeroka bestia miała jakieś dwa metry i korpulentne cielsko, powleczone skórą przypominającą stary cętkowany mundur. Jej nogi były krótkie i odziane w wojskowe czarne buty. Z torsu potwora wystawało co najmniej siedem rąk, a niektóre zamiast dłońmi, zakończone były połówkami karabinów AK.

Pierwszy poczuł jak zimny dreszcz przechodzi mu po ciele. Nigdy nie widział takiego monstrum i wewnętrznie przeczuwał, że walka z nim to będzie szaleństwo. Był jednak zupełnie zablokowany dopóki stwór nie odejdzie od samochodu. Gdy cofnął się do budynku, usiadł na jednym ze stojących przy wejściu krzeseł bo nogi po prostu się pod nim ugięły. – Czy to te potwory zabiły żołnierzy? – pomyślał. – Czy to znaczyło, że w jednostce wojskowej ocaleli jacyś ludzie, gdy przyszło to dziwne światło?

Pierwszy potrząsnął głową, to nie był moment na takie rozważania. Czyżby zaczynał panikować? Czym niby ten stwór tak bardzo różnił się od tych które spotykał na mieście? – Ma broń…- odpowiedział wewnętrzny głos.

- Uspokój się…- wyszeptał Pierwszy, ściskając swój pistolet maszynowy z całej siły. – Przywykłeś do tego pamiętasz? Od kiedy tu przyszedłeś wszystko chce cię zabić… - powtarzał, starając się uspokoić. – Nikt wcześniej nie strzelał! – zawołał głos w głowie.

- Łżesz…- syknął Pierwszy, przypominając sobie Daniela Regulskiego.

Czy mężczyzna nie strzelał do niego dwa razy? Czy on sam nie nacisnął kiedyś spustu mierząc we własną skroń? Ten stwór był nawet lepszy niż te które spotykał na mieście, bo jeśli jego karabinowe- kończyny naprawdę strzelały, to mógł zagwarantować szybką i bezbolesną śmierć.

Wygrywając bitwę we własnej głowie, Pierwszy podniósł się już spokojniejszy.

Nie mógł wrócić teraz do radiowozu, ale zawsze była możliwość sprawdzić czy z budynku jest inne wyjście. Wracając krzywymi schodami na pół piętro, potruchtał cicho wzdłuż koszar, szybko trafiając na drugą stronę. Tam zobaczył na ścianach zielone strzałki, prowadzące do wyjścia ewakuacyjnego. Idąc ich śladem natrafił na kolejne podwójne drewniane drzwi, które niestety okazały się zamknięte.

Pierwszy nie zrezygnował jednak i wchodząc na parapet spróbował otworzyć okno. Wtedy stało się coś przerażającego. Jedna z szyb obluzowała się i wypadła z łoskotem na zewnątrz krusząc się na kawałki. Wystraszony mężczyzna wyskoczył za nią i upadając twardo na ziemię, spróbował odbiec od miejsca hałasu.

Przedzierając się pomiędzy wyrastającymi dookoła budynku chaszczami, zobaczył półotwarte wiaty w których stały lekkie pojazdy transportowe. Pierwszy pomyślał przez chwilę, czy nie spróbować odpalić któregoś z nich. Uznał to jednak za głupi pomysł bo po pierwsze na pewno potrzebował by nowego akumulatora, a po drugie nie miał pojęcia jak jeździ się takim czymś. Błyskawicznie rezygnując z tej myśli, przebiegł obok garaży i w oddali zobaczył kolejny rozległy budynek. Przy nim zaś coś, co wyglądało jak poligon strzelecki. – Skład broni! – pomyślał i przyśpieszył jeszcze mocniej.

Wtedy zza pobliskich drzew wyszedł powoli kolejny Niewykształcony, identyczny jak ten przy samochodzie. Bestia stanęła jak wryta dostrzegając biegnącego mężczyznę, ale ten nie zatrzymał się nawet na sekundę. Niemal natychmiast usłyszał za sobą przerażający dźwięk przeciąganych po kolei zamków. Po chwili padły pierwsze strzały. Ziemię pod stopami Pierwszego poderwało. Dookoła głowy zaświstały mu lecące kule.

Serce mężczyzny biło jak szalone, a adrenalina uderzyła z taką siłą, że w uszach usłyszał jednostajny gwizd. W tym samym momencie poczuł kłucie w klatce piersiowej. Mimo, że przebiegł tylko kawałek, a do noszenia ciężkiego stroju był przyzwyczajony, to jednak bieganie w nim było zupełnie inną bajką. Uciekając Pierwszy poczuł w płucach ogień, a od kolki zaczął utykać na prawą nogę. Mimo to starał się nie zwalniać, kule przelatywały obok niego tak blisko, że prawie czuł pęd powietrza które wywoływały.

Dobiegając do składnicy pchnął podwójne metalowe drzwi i wpadając do środka, natychmiast runął na podłogę.

Dyszał jak szalony. Nogi i bok po prostu paliły, a każde napełnienie płuc zdawało się pozbawiać go świadomości. – Już..nie…mo..ge…- wysapał, zrywając hełm.

Pomieszczenie było absolutnie ciemne, bo okna były zasłonięte płytami pancernymi. Jedyne światło wpadało przez dziury po kulach, którymi naszpikowane były drzwi. Gdy Pierwszy odetchnął chwilę i był już w stanie zebrać myśli, zapalił latarkę na swojej piersi.

W pomieszczeniu było pełno było ususzonych szczątków, podobnych do tych które napotkał wcześniej. Mężczyzna podniósł się i zobaczył, zakratowane pomieszczenie z małym okienkiem, przez które zapewne wydawano broń. Drzwi do środka były otwarte, więc Pierwszy ciągle utykając od kolki wślizgnął się przez nie. Tam na podłodze dostrzegł kolejne ciała. - Co… do…diabła…- wysapał, opierając się o biurko.

W tym momencie jego oczom ukazał się prawdziwy skarb. Dziesiątki karabinów ak-47 stało ułożonych w równiutkich ponumerowanych stojakach. Ciężkie zielone skrzynie z drewna oznaczone symbolami 7,62, leżały ustawione pod ścianą, a na środku pomieszczenia stały oparte na dwójnogach ciężkie karabiny PKS.

Pierwszy otrząsnął się. – Nic mi po tym…jeśli zaraz zginę…- wysapał, chociaż jego oddech powoli wracał do normy.

W tym samym momencie niewykształcony otworzył drzwi pomieszczenia. Stwór był zbyt wielki by wejść do składu w którym schował się mężczyzna, ale blokował mu teraz jedyną drogę ucieczki.

Pierwszy postanowił nie czekać aż zrobi się ich więcej. Przełączył swój pistolet maszynowy na pełen automat i wsuwając lufę przez otwór do wydawania broni, wystrzelił serią w stojącego niewykształconego. Ciało potwora przyjęło wszystkie kule, a z otworów bryznęły strugi krwi.

Niewykształcony ryknął wściekle i wymierzył wszystkimi karabinami w stronę składnicy. W tym momencie Pierwszy runął na podłogę, a zbrojownia zaczęła po prostu się rozpadać. Z murów odpryskiwał tynk i cegły, stalowe szafy rozrywały się pod naporem pocisków, a kraty oddzielające pomieszczenie co chwila iskrzyły draśnięte kulami.

Pierwszy przygwożdżony tym ogniem wypuścił broń z ręki i złapał się za uszy, nie mogąc wytrzymać hałasu jaki wypełnił pomieszczenie. Piekło trwało jakieś dwanaście sekund, potem nastała cisza. Mężczyzna słysząc w uszach jeden wielki gwizd, znowu poczuł jak serce łomocze mu z przerażenia. – Przynajmniej będzie szybko…- wysyczał, ale nie miał zamiaru się poddawać.

Czołgając się po ziemi doszedł do karabinów PKS i ciągnąc za dwójnóg zrzucił jednego ze stojaka. W tym samym momencie pomieszczenie wypełnił dźwięk przeciąganych zamków. Pierwszy przerażony zamknął oczy, wtedy zaczęła się druga fala.

Niewyobrażalny huk i dźwięk rozbijanego metalu ponownie wypełnił pomieszczenie. Kilkanaście odprysków i rykoszetów uderzyło w podłogę obok mężczyzny. Ten nie mogąc wytrzymać krzyknął, ale po chwili chaos znowu ustał.

– TERAZ! – rozkazał sobie Pierwszy i doczołgał się do skrzyni z taśmową amunicją.

Drżącymi rękoma ściągnął jeden z pasów, po czym zaczął macać karabin by znaleźć dźwignie zwalniającą pokrywę komory. Wtedy gruchnęło po raz kolejny. – KURWA NIECH TO SIĘ SKOŃCZY! – wykrzyczał mężczyzna, nie mogąc znieść tego przerażenia i hałasu.

Gdy piekło znowu ustało, odnalazł w końcu dźwignię i przez kilka sekund drżącymi rękoma mocował się z pasem by wcisnąć go na miejsce. Spodziewał się, że za chwilę zacznie się czwarta fala, ale zamiast tego usłyszał kroki.

Niewykształcony zbliżył się do pomieszczenia. Teraz dopiero Pierwszy dostrzegł jego głowę, która wrośnięta była nisko na torsie. Bestia spoglądając na niego drobnymi oczami, zmarszczyła twarz jakby nie spodobało jej się to co zobaczyła. Natychmiast spróbowała wcisnąć jedną z ‘’karabionowych dłoni’’ przez otwór w kracie, ale ta zablokowała się magazynkiem o kontuar. Bestia nie zrezygnowała jednak i zaczęła strzelać. Pociski śmigały metr nad mężczyzną, dziurawiąc wszystko w co trafiły.

Pierwszy przeciągnął zamek karabinu i opierając go na brzuchu wystrzelił do potwora. Niestety źle zamocowana taśma sprawiła, że PKS po za ledwie jednym strzale natychmiast się zaciął. Nie mniej trafiony pojedynczym pociskiem potwór, odpadł od kontuaru, rzucając się przez chwilę jakby został polany wrzątkiem. Zaraz potem najeżył się, unosząc kilka karabinów do góry.

Pierwszy złapał za swój pistolet maszynowy i doskakując do otworu zaczął strzelać. Jego MP5 w przeciągu sekund wypluł z siebie cały magazynek, ale mężczyzna nie przestawał. Natychmiast złapał za pas i sięgnął po pistolet z którego również zaczął strzelać, aż iglica nie uderzyła w pustą komorę.

Potwór zachwiał się i runął na ziemię. Spoglądając na niego Pierwszy odetchnął. – Nie wierzę…NIE WIERZĘ!!!

Podnosząc się z ziemi złapał jeszcze raz za PKS. Otwierając pokrywę zamka poprawił taśmę i przeciągając iglice, wystrzelił dla testu jeszcze raz. Broń zadziałała tak jak powinna plując krótką serią. – Dobra, dobra, dobra…- powtarzał, zastanawiając się pod presją co zabrać.

Wiedział, że nie może tutaj zostać zbyt długo bo sądząc po ilości trupów, potworów było tu znacznie więcej.

Pośpiesznie zaczął przewieszać sobie przez szyję karabiny AK i pchać magazynki do plecaka. Całe to wyposażenie, natychmiast zaczęło mu ciążyć, więc mimo ogromnych chęci musiał się ograniczyć. Łapiąc na koniec PKS, wyszedł na zewnątrz czując po nogach takie obciążenie, jakby pchał taczkę pełną gruzu. Natychmiast dostrzegł w oddali dwa kolejne potwory. – Dlaczego jestem taki chciwy…- zaklął w myślach, bo obciążony do tego stopnia nie był w stanie biec.

Odchodząc na bok od budynku ruszył w stronę otaczającego jednostkę lasu. Miał cichą nadzieję, że okrąży w ten sposób potwory i dojdzie do parkingu. Gdy jednak dał kilka kroków w głąb puszczy ziemia się pod nim zapadła. Spadając w dół stromego zbocza, sturlał się obciążany karabinami i amunicją, które dodatkowo obiły go po całym ciele.

Nim spadł na sam dół, stracił przez chwilę świadomość.

Ocknąwszy się, Pierwszy spojrzał na zegarek. Odetchnął z ulgą widząc, że nieprzytomny był tylko przez chwilę. Jego ciało nie podzielało jednak tego zadowolenia.

Gdy tylko spróbował się podnieść, poczuł ból rozlewający się po ciele. Zamiast tego usiadł opierając się o drzewo. Nie czuł się tak źle, jak po walce z Dziadem, ale jego sytuacja nie była lepsza niż wtedy. Szyję miał porozcinaną od skórzanych pasków broni, a tors i kończyny rwały obite podczas turlania.

Do tego cały jego strój był przemoczony. Miejsce, w które upadł, okazało się bowiem płytkim bagnem.

– Ech…- westchnął Pierwszy, widząc, w jakim znalazł się stanie.

Łapiąc przez chwilę oddech, spróbował ponownie wstać, tym razem wspierając się o drzewo. Chociaż udało mu się ustać na równych nogach to, o jakiejkolwiek szybkiej ucieczce mógł co najwyżej pomarzyć.

Zdesperowany sięgnął do wewnętrznej kieszeni kamizelki, skąd wyciągnął aplikator morfiny. – Cholera...miałem nadzieję, że to się tak nie skończy – westchnął, rozważając czy był to dobry moment na użycie narkotyku.

Dla sprawdzenia spróbował przejść bez wsparcia kilka kroków, ale był tak obolały, że mógł co najwyżej lekko powłóczyć nogami. – Nie ma wyjścia…- podsumował i wbił sobie samo-nakłuwacz w ramię.

Już po kilku minutach poczuł przyjemne odrętwienie. Miał wrażenie, że jego świadomość jest jak balonik zawieszony na nieco przyciężkawym ciele. Ból minął niemal natychmiast, a nieprzyjemne uczucie wilgoci i chłodu przestało mieć znaczenie. – Wydostać się stąd puki działa! – zarządził i zbierając zgubione po drodze rzeczy, zaczął wspinać się w górę.

Gdy jednak doszedł do szczytu nasypu, zobaczył grupę potworów przechadzających się po placu. Wyglądało na to, że walka w składzie musiała wywabić je z ukrycia. Pierwszy westchnął ciężko. Nie miał szans w walce z taką grupą. Postanowił poczekać, aż potwory pomyślą, że uciekł.

Chowając się między drzewami, usiadł by chwilę odpocząć.

***

Po kilku godzinach czatowania w lesie Pierwszy stwierdził, że potwory nie usuną mu się tak po prostu z drogi. Wychylając się spomiędzy drzew, był w stanie dostrzec radiowóz, ale niewykształceni byli zbyt blisko, by próbować czegokolwiek. Nawet gdyby zdołał dostać się do pojazdu i odpalić silnik, nim zdążyłby odjechać, zrobiłyby z niego ser szwajcarski.

Teraz był już pewien, że będzie zmuszony wydostać się stąd pod osłoną mroku. Niestety po czterech godzinach ból zaczął wracać i Pierwszy zmuszony był przyjąć kolejną dawkę morfiny. – Pies mnie jebał. Jak to przeżyje, czeka mnie jeszcze wyjście z nałogu…- przeklął w myślach, pamiętając, że zgodnie z tym co wyczytał, lekarstwo potrafiło uzależnić już po pierwszym użyciu.

Gdy noc w końcu nadeszła i Pierwszy był jeszcze pod działaniem znieczulenia rozpoczął swoją próbę wydostania się z tej beznadziejnej sytuacji. Na sam początek idąc wzdłuż lasu odsunął się trochę od parkingu i celując pistoletem w górę, wystrzelił kilka razy w powietrze, rozświetlając mrok błyskami. Niemal natychmiast usłyszał zbliżające się kroki i w całkowitej ciemności zaczął przekradać się, z powrotem w stronę parkingu.

Nagle za swoimi plecami usłyszał ryk. Jeden z potworów rzygnął kanonadą pocisków w miejsce gdzie Pierwszy stał jeszcze przed chwilą. Dwie inne bestie natychmiast dołączyły do niego i ogień z ich luf oświetlił plac jak światła stroboskopu.

Pomiędzy błyskami i ogólnym hałasem Pierwszy zapalił latarkę i ruszył w stronę radiowozu. Doskakując do ciągle uchylonych drzwi, zrzucił przewieszoną przez szyję broń i odpalił silnik. Potwory strzelały jeszcze przez chwilę i nim zdążyły zauważyć, mężczyzna wykręcił pojazdem i wystrzelił leśną drogą.

Niemal natychmiast zmuszony był zapalić światła, by nie rozbić się o drzewo. To zdradziło jego pozycję potworom które z oddali rozpoczęły ostrzał. Lusterko radiowozu eksplodowało, a zaraz potem to samo zrobiła szyba w tylnych drzwiach.

Pierwszy nie zwalniał i już po chwili wyjeżdżał na główną drogę. Uczucie ulgi wymieszało się w nim z czymś co niemal natychmiast go przeraziło, chęcią sięgnięcia po trzeci aplikator.

***

Gdy Pierwszy dotarł do domu, był już pewien, że to nie koniec jego problemów. Chęć sięgnięcia po trzecią dawkę wygrała z nim jak tylko wrócił z powrotem do centrum. To upewniło go tylko, że nie był jednym z tych ‘’odporniejszych’’ na działanie opiatu i właśnie dołączył do niechlubnego grona morfinistów. Póki był jeszcze pod działaniem narkotyku, zniszczył wszystkie aplikatory wylewając ich zawartość do sedesu… I tak zaczęło się jego piekło.

Morfina uzależniała błyskawicznie i silnie. Do tego jej fizyczne objawy odstawienia, nałożyły się na rany które Pierwszy odniósł w trakcie spadania z urwiska. W nocy wybudziły go tak silne bóle, że jak w amoku zaczął przeglądać szafki, licząc, że przegapił któryś z aplikatorów. Na szczęście gdy jeszcze myślał trzeźwo, skrupulatnie zniszczył wszystkie.

Chcąc chociaż trochę sobie ulżyć zażył garść konwencjonalnych środków przeciwbólowych wymieszanych z tabletkami nasennymi. Te nie przyniosły jednak spektakularnego ukojenia.

W ten sposób wyglądały również kolejne dni. Mężczyzna praktycznie nie jadł, ciągle zmagał się z bólami i konwulsjami. Czasem nie wiedział już czy to skutki odstawienia, czy po prostu się rozchorował od siedzenia kilka godzin w mokrym stroju.

Objawy fizyczne utrzymywały się przez półtora tygodnia, nim zaczęły w końcu odpuszczać. Chociaż Pierwszy poczuł się w końcu lepiej, nie minęła czysto psychiczna chęć sięgnięcia po narkotyk. – PRZECIEŻ NIC MNIE JUŻ NIE BOLI! WIĘC CZEMU CIĄGLE CHCĘ! – wykrzykiwał wściekle do swojego odbicia w lustrze.

Doskonale wiedział, czego tak naprawdę chciał. Błogości, euforii, tej odwagi która napełniła go po pierwszej dawce. Kilka razy zatrzymał się tuż przed drzwiami kryjówki, odziany w pancerny strój, gotów splądrować najbliższa aptekę. Wiedział jednak, że jeśli uzależnienie zmusi go do wyjścia z domu przegra. Za każdym razem rozbierał się i zostawał w kryjówce.

Trzy tygodnie po powrocie z bazy wojskowej głód zaczął w końcu trochę odpuszczać. Gdy Pierwszy skupiał się na czymś angażującym, zdarzało mu się, na co raz dłużej zapominać, że ma ‘’ochotę’’. Musiały być to jednak czynności naprawdę wciągające, bo przez ogólne pod denerwowanie nie mógł się skupić na czytaniu książek.

Zaczął więc zabijać czas majsterkowaniem. Naprawił i pozszywał swój uszkodzony strój oraz w końcu odpruł z niego błyszczący napis POLICJA. Wyczyścił całą broń, jaką udało mu się przywieźć z jednostki wojskowej. Porobił korytka dla kabli od agregatu, tak by nie walały się po podłodze. Uporządkował pudełka z zapasami i lekami, robiąc przy okazji ogólny porządek w domu.

Zaangażowany w prace zaczynał powoli mieć nadzieję, że dojdzie do siebie. Chociaż sam wypad do jednostki wojskowej uważał za pomysł tragiczny, to zaczynał powoli cieszyć, się z tego, co dzięki niemu zyskał. Najbardziej podobał mu się zwłaszcza karabin PKS. Chociaż był ciężki i nieporęczny do noszenia, to sprawiał wrażenie broni zdolnej bez trudu powalić nawet największego Dziada. Broń szybko zajęła więc drugie miejsce w klasyfikacji jego ulubionych, zaraz po H&K. Pierwszy zapałał do broni taką sympatią, że odmalował nawet rysy i wypolerował na połysk drewnianą kolbę.

Pewnego całkiem już normalnego dnia rozkładał swojego nowego ulubieńca na stole w kuchni. Starał się nauczyć jak najszybszego zakładania taśmy amunicyjnej i przygotowania broni do użycia, by nie doszło więcej do sytuacji z jednostki. Podczas tej zabawy do jego uszu dobiegł dźwięk którego nigdy by się nie spodziewał – pukanie.

Mężczyznę po prostu zmroziło. Zupełnie nie wiedział co się dzieje i jak ma się zachować. Czyżby odnalazł go jakiś człowiek? A może trafił na niego jakiś nowy typ potwora?

Pierwszy siedział jak sparaliżowany, gdy ktoś ponownie zastukał w drzwi. – Mój dom… moje zasady…- wysyczał i łapiąc za PKS’a, przerzucił sobie skórzany pasek przez szyję. Chwytając lewą ręką za wystającą przy lufie rączkę był gotów odeprzeć każdego napastnika.

Gdy przez korytarz zbliżył się do drzwi, ktoś stojący po drugiej stronie już nawet nie zapukał, po prostu załomotał w nie pięścią. Pierwszy przekręcił zamek i cofając się o krok krzyknął – WEJŚĆ! – jednocześnie opierając palec na spuście.

W tym momencie do środka wślizgnęła się szczupła blond włosa postać Drugiego.

- TY! – ryknął Pierwszy, mierząc bronią jakby miał zamiar wystrzelić.

- SPOKOJNIE! Pierwszy spokojnie! Nie przyszedłem w złej wierze…Prezent! Mam prezent! – zawołał mężczyzna wyciągając przed siebie pudełko jak tarczę.

Pierwszy popatrzył na niego z miną jakby rozważał czy nie nacisnąć spustu, ale w środku wiedział, że tego nie zrobi. – Ech lubiłem te kryjówkę…- syknął, opuszczając lufę.

- I nie musisz jej opuszczać! – zawołał Drugi. - Uszanowałem twoją niechęć do przedstawienia się i uszanowałem twoje umiłowanie do prywatności. Dziś przyszedłem bo się martwiłem…

Pierwszy popatrzył zdziwiony. – Martwiłeś?

- No… tak trochę – odparł Drugi. – Od czasu do czasu przechadzałem się po okolicy żeby sprawdzić czy wszystko u ciebie ok. No i jak widziałem, że radiowóz znikał, a potem wracał to wiedziałem, że wszystko gra. Tylko, że ostatnio auto stało ciągle. Zaniepokojony zabunkrowałem się w domku obok i obserwowałem, a ty przez tydzień nie ruszyłeś się z domu…

- Prawie cztery…- odparł Pierwszy. – Zmagałem się z uzależnieniem…

- Wow dobrze się kryjesz. Nie zauważyłem, żebyś miał alkoholowe ciągi- stwierdził Drugi, mierząc Pierwszego wzrokiem.

Ten pokręcił zirytowany głową. - Byłem morfinistą…

Drugi zaśmiał się opierając się ostentacyjnie o ścianę. – Ja pierdziele, ty to nawet uzależnienie musisz mieć niezwykłe.

Pierwszy pokręcił głową. – Skąd wiedziałeś jak mnie znaleźć? Złamałeś słowo i wyjrzałeś przez okno? – spytał z wyrzutem.

- Ej! – zaprotestował Drugi. – Nigdy nie łamię danego słowa, ale lubię je naciągać. Nie mogłem wejść na górę, nie wolno mi było otwierać okien, ale nic nie mówiłeś, że nie mogę oglądać rzeczy w domu. A na parterze znalazłem list z Zusu, z twoim adresem. No i wiem też jak masz na imię! – dodał dumnie.

- To nie mój dom…- odparł Pierwszy, a mina jego niespodziewanego gościa momentalnie przygasła. – To skoro już sprawdziłeś, że wszystko u mnie w porządku, to chyba czas na ciebie…

Grzegorz zamilkł przez chwilę, ale nagle jego twarz rozpromieniała. – A nie jesteś ciekaw co ci przyniosłem?

- Nie specjalnie…- westchnął Pierwszy, ale mężczyzna nie dał za wygraną ponownie demonstrując paczkę.

- Wiesz, że to niegrzecznie odmówić przyjęcia prezentu? – zarzucił.

Pierwszy popatrzył na niego wznosząc jedną brew. – Naprawdę uważasz, że w obecnych okolicznościach końca starego systemu rzeczy, savoir vivre ma jeszcze jakieś znaczenie?

- W końcu obaj jesteśmy ludźmi – za argumentował Drugi.

Pierwszy wzniósł oczy do góry, ale sięgnął po paczkę. Rozrywając brązowy papier dostrzegł w środku połyskującą okładkę z jakimś mężczyzną w kowbojskim stroju i ogromnym napisem Szeryf na górze strony. - Komiks? – spytał zaskoczony.

- Widziałem, że sporo czytasz - odparł Drugi. – A ja wstyd się przyznać od skończenia studiów, nie pogrążałem, się szczególnie w lekturze, więc nie wiedziałbym nawet co ci przynieść. Za to znam się na dobrych komiksach, a ten jest dobry…

- Znam serial – stwierdził Pierwszy, kartkując treść. – Nawet nie wiedziałem, że jest adaptacją komiksu…

- No widzisz! To będziesz miał okazję poznać materiał źródłowy – dodał mężczyzna.

Pierwszy stał przez chwilę w korytarzu, pogrążając się we własnych myślach. W końcu zrezygnowany wycedził – podejrzewam, że w dobrym tonie byłoby zaprosić cię chociaż na kawę…

- Nie chciałem kłopotać. Ale skoro nalegasz! – stwierdził Drugi i ruszył raźno przez korytarz nie czekając nawet na gospodarza.

Pierwszy ściskając w ręku komiks podążył za nim do kuchni. Mężczyzna bez ceregieli otworzył szafkę i wyciągając słoik i szklanki zaczął przygotowania.

- To jak rozumiem sam się obsłużysz? – spytał Pierwszy, siadając na krześle i odkładając PKS’a na podłogę.

- Zrobię to dla naszego dobra – stwierdził Drugi. – Ta smoła którą pijesz w końcu cię zabije.

Pierwszy oparł brodę o rękę, przyglądając się jak mężczyzna buszuje po jego kuchni, przynosząc w końcu dwa kubki pełne kawy. – Czujesz to? – spytał dumnie, machając ręką nad unoszącą się parą. – Nazywa się to aromatem, a nie jak u ciebie ‘’oparami’’.

Pierwszy złapał łyk i po chwili wykrzywił usta. – Za słaba…

- Niektórym nie dogodzisz – westchnął Drugi biorąc kubek do ręki i spoglądając jednocześnie na PKS'a. – To zabawka?

- Myślisz, że wyszedłbym do nieznajomego z atrapą? – spytał skonsternowany Pierwszy.

Drugi zaśmiał się. – Myślałem, że nie spodziewałeś nikogo innego oprócz mnie i chciałeś mnie nastraszyć.

Pierwszy pokręcił głową. – To zawsze mógł być ktoś inny, albo jeden z potworów.

W tym momencie Drugi zrobił poważną minę. – To fakt… Wiesz co? Zawsze chciałem o to spytać, bo mnie to strasznie nurtuje. Rozumiem, że pistolety były kiedyś własnością policjantów, ale skąd masz pistolet maszynowy? Albo to cudeńko z podłogi?

Pierwszy podrapał się po głowie. – Mp5 znalazłem w magazynie dowodów rzeczowych. Była razem z innymi rzeczami zabezpieczonymi w procesie kogoś o pseudonimie Bukaj, a PKS’a zdobyłem w jednostce wojskowej…

W tym momencie Drugi, praktycznie opluł się kawą. – Wyjechałeś poza centrum?

Pierwszy skinął głową. – Nie była to najprzyjemniejsza podróż, a w samej jednostce mieszkają potwory tak straszne, że ciężko opisać. W każdym razie nie wracam tam więcej…

- Nie chodzi mi o jednostkę! – zawołał Drugi. – Byłeś praktycznie poza Krańcowem i nie uciekłeś? – spytał zszokowany.

Pierwszy słysząc to popatrzył na gościa z niedowierzaniem. - Już ci to tłumaczyłem. Jaką masz gwarancję, że gdziekolwiek jest lepiej? Próbowałeś złapać jakikolwiek kanał w radiu? Telewizji? Wszędzie jest głucha cisza… Gdyby poza Krańcowem było inaczej coś by tu docierało. Dlatego jeżeli cała planeta zmieniła się w piekło, wolę mieszkać w części którą znam najlepiej…- za argumentował.

Drugi słysząc to nieco przycichł. – Trudno nie przyznać ci racji… Tylko strasznie nie chcę tego robić - dodał pogrążając się w myślach. Dopiero po chwili milczenia spytał. – To co to były za potwory?

- Coś jak zmutowani żołnierze – opisał Pierwszy. – Do tego dźwigający masę broni i potrafiący z niej strzelać.

- Przerąbane… To postrzelili cię? Dlatego użyłeś morfiny? – dopytał Drugi.

- Po prostu spadłem z klifu – odparł Pierwszy.

Drugi zaśmiał się. – Pechowiec z ciebie! No dobrze wiem, że ta wizyta to dla ciebie szok... – zaczął nagle. – I poznałem cię już na tyle, że jestem pewien iż nie zastanę cię ponownie pod tym adresem. Dlatego mam prośbę! Nie wyprowadzaj się! Nie będę cię nagabywał, ani błagał o to byśmy połączyli siły bo wiem, że się na to nie zgodzisz. Chciałbym tylko odwiedzić cię co jakiś czas. Może raz w tygodniu? Pogadać, wymienić informację, wypić kawę… Nic zobowiązującego masz moje słowo…

Pierwszy zastanowił się przez chwilę. To nie był moment w którym mógł podjąć taką decyzję. – Umówmy się tak. Jeśli przyjdziesz tu za tydzień i dalej będę używał tej kryjówki, będzie to znaczyło, że przyjąłem twoją propozycję. Jeśli mnie nie będzie doskonale wiesz co masz myśleć…

Drugi skinął głowa. – O nic więcej nie proszę, tylko o to, żebyś to naprawdę przemyślał. Nie spotka cię z mojej strony żadna krzywda, postaram się cię w żaden sposób nie urazić. Ja po prostu nie jestem w stanie znieść samotności tak dobrze jak ty.



+ Kilka bonusów koncepcyjnych :)




162 wyświetlenia17 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie