Opowieści z Martwego Świata - Historia Pierwszego I




Ebook cz1 i 2
.zip
Download ZIP • 1.40MB






Praktycznie w samym centrum Krańcowa znajdowała się mała jednokierunkowa uliczka, ukryta skrzętnie między starymi kamienicami. Gdyby nie szyldy punktów usługowych mających w niej swoje placówki, ktoś nieznający miasta praktycznie nie miałby szansy na jej odnalezienie.

Wśród reklam butików, serwisów RTV i lumpeksów, przebijało się małe ogłoszenie pracowni psychologicznej, prowadzonej przez dr. Agnieszkę Duch.

Kobieta znana była w mieście z tego, że bardzo selektywnie wybierała pacjentów, z którymi prowadziła terapie. Jej swoistym upodobaniem były przypadki odrzucone przez innych specjalistów, szczególnie ciężkie i nierokujące. Z powodu tego wręcz ''misyjnego'' podejście do pracy, lubiła mówić o sobie, że jest ‘’ratownikiem straconych dusz’’.

Określenie to nie było jedynie próżną przechwałką, a prawdziwym odniesieniem do tego, co ta dość młoda jeszcze kobieta robiła. W swojej karierze przywróciła bowiem radość i chęć do życia wielu ludziom, którzy przez jej kolegów po fachu byli już po prostu skazywani, na niekończące się odurzenie psychotropami.

Na korytarzu przed jej gabinetem, który służył jednocześnie za poczekalnie, siedział właśnie jeden z takich wybrańców. Około trzydziestoletni krótko obcięty mężczyzna, trzymający w ręku mocno sfatygowane branżowe czasopismo. Przez kilka minut wpatrywał się w pustym wzrokiem w jego okładkę, gdy z drzwi, obok których czekał, dobiegło w końcu krótkie – Proszę.

Mężczyzna podniósł się, odkładając gazetę na miejsce i z posępną miną wszedł do gabinetu.

Stojąca w nim kobieta powitała go ciepłym uśmiechem i wyciągniętą ręką. Po wymianie grzeczności, zaproszony gestem zajął miejsce na wygodnym fotelu. Psycholog usiadła naprzeciw niego i przyjmując w pełni otwartą postawę ciała, spytała. – Jak się dzisiaj czujesz?

- Powiedziałbym, że normalnie. – odparł mężczyzna, nieco zbyt szybko.

- Czyli? – spytała Psycholog z lekkim niedowierzaniem – Czujesz się w tym momencie, zadowolony? – dopytała, zerkając badawczo na swojego rozmówce.

- Dobrze wiesz, że nie… - odparł mężczyzna.

Kobieta wciąż uśmiechając się, spróbowała zachęcić go skinieniem głowy, by mówił dalej. Widząc jednak, że nie przyniosło to efektu, zagadnęła. – Chciałabym, żebyś tym razem spróbował powiedzieć to bez uciekania się do metafor. Jak się dzisiaj czujesz?

Mężczyzna zmarszczył brwi. Widać było, że toczy ze sobą solidną walkę. W końcu odetchnął ciężko, mówiąc. – Jestem po prostu smutny.

Psycholog skinęła w głową, podnosząc swój notes, w którym zostawiła krótką notatkę. – Nie pierwszy raz określasz to stanem ‘’normalnym’’. Uważasz, że bycie smutnym jest normalne?

- Dla mnie jest… - odparł mężczyzna, spoglądając na swoje nogi.

Kobieta przegarnęła odruchowo włosy, wychylają się nieco w stronę pacjenta. – Jeżeli uważasz ten stan za normalny, dlaczego nigdy nie mówisz o nim wprost?

Mężczyzna nie odpowiedział, wciąż wpatrując się w swoje buty.

- Wstydzisz się tego? Uważasz, że nie wypada tak mówić? – spytała, próbując wciągnąć siedzącego przed nią w rozmowę.

- Po prostu nie chce zwracać na to uwagi. – odparł mężczyzna. – Nie potrzebuje niczyjej litości.

- Tu nie chodzi o litość. – stwierdziła pewnie psycholog. - Jeżeli cię to krępuje, to chyba znaczy, że nie jest to normalne albo, że jednak nie do końca uważasz to za normalne?

- Ja tak się czuje przez większość czasu. To dla mnie jest norma…- stwierdził dobitnie mężczyzna.

Doktor Agnieszka po raz kolejny spojrzała do swojego zeszytu, tym razem odczytując coś. – Ludzie przewlekle chorzy czują się źle na co dzień, ale żaden z nich nie określi swojego stanu jako normalnego…

Mężczyzna zaprotestował. – Ludzie nie rokujący, powiedzą inaczej. Dla nich stan choroby będzie normą, bo wiedzą, że nie czeka ich nic innego.

Kobieta, słysząc to, spytała natychmiast. – Uważasz się za nierokującego?

Przez następne kilka sekund wpatrywała się w swojego pacjenta z nieprzeniknioną miną. Nie otrzymawszy odpowiedzi na zadane pytanie, zerknęła ponownie w swoje notatki i uśmiechnęła się. – Chciałabym dzisiaj spróbować pewnego ćwiczenia. Będzie ono trudne i jeżeli poczujesz się z nim niekomfortowo, powiedz, a pomówimy o czymś innym. - Jej pacjent podniósł z zaciekawieniem brew, a kobieta kontynuowała. – Poprosiłabym cię, żebyś spróbował mi wyjaśnić, dlaczego człowiek próbuje się zabić…

- Doskonale wiesz, czemu chciałem to zrobić. – wtrącił zirytowany pacjent, ale psycholog nie dała się zbić z tropu.

- Nie zrozumiałeś mnie. – odparła wciąż uśmiechnięta. – Chodzi mi o to, byś opowiedział mi o tym, nie odnosząc tego do siebie. Podejdź do tego, jak nauczyciel, który próbuje wyjaśnić coś uczniowi. Jak wyjaśniłbyś ciekawskiemu studentowi, czemu ludzie próbują się zabić? Dla niego to nienaturalne i niezrozumiałe. W jego mniemaniu wszyscy chcą żyć…

Mężczyzna zamyślił się przez chwilę. Wydawało się, że odmówi wykonania polecenia, ale w końcu udzielił jej prostym zdaniem. – Są sytuacje, w których człowiek po prostu nie chcę żyć…

Kobieta najwidoczniej oczekiwała pełniejszej odpowiedzi, bo ciągnęła temat dalej. – Ale przecież każdy chce żyć! Każdy chce być szczęśliwy. Odpowiada ci nieprzekonany uczeń – stwierdziła, ciągnąc dalej wymyślony scenariusz rozmowy.

Mężczyzna pochylił się na krześle, a jego czoło pokryły zmarszczki. – Mówisz to ze swojej perspektywy. – zarzucił. – Perspektywy młodego człowieka, który ciągle ma przed sobą życie. Który prawdopodobnie jest zdrowy i ma nadzieję, że w przyszłości czeka go jeszcze wiele dobrych rzeczy. – stwierdził pacjent z jakąś dziwną zawiścią w głosie. – Wyobraź sobie teraz, że nie jesteś młody i zdrowy. Bolała cię kiedyś głowa? – spytał. - Na pewno bolała.– odpowiedział sobie sam, wkręcając się w scenariusz. Po chwili jego wzrok zrobił się pusty, jakby wyobrażał sobie tą całą sytuację. – Wyobraź sobie teraz, że ten ból nie ma szans minąć. Bo na przykład zachorowałeś na raka. Raka, którego nie da się wyleczyć, bo rozsiał się po twoim organizmie jak szalony. Kładziesz się spać z bólem i wiesz, że rano wstaniesz znowu z bólem... I tak aż do śmierci. Nikt nie chce podać ci morfiny, bo lekarze twierdzą, że pogorszy twój stan. Trwasz więc w tym bólu, a rodzina mówi, żebyś wytrzymał i czekał na cud. Tylko że ty wiesz, że cud nie nadejdzie. Boli, gdy zasypiasz i boli, gdy wstajesz. Jedyne momenty ulgi przychodzi podczas snu, gdy tak naprawdę cię nie ma. I w pewnym momencie uświadamiasz sobie, że chciałbyś spać dłużej i dłużej, byleby nie bolało. Dociera do ciebie, że chciałbyś spać, już zawsze. A czym jest wieczny sen? To śmierć…

Doktor Agnieszka spojrzała zaintrygowana, znowu naśladując głos ciekawskiego ucznia. – Ale przecież nie wszyscy, którzy się zabijają, mają raka. Nie wszyscy są nawet chorzy.

Siedzący przed nią mężczyzna oparł się na krześle, a jego wzrok wciąż był pusty. – Nie trzeba być chorym na ciele, by bolało. Ciągły smutek jest źródłem równie ciężkiego bólu. Gdy wiesz, że wstaniesz rano i nie będzie lepiej. Gdy kładąc się spać, myślisz tylko o tym, jak będzie źle, a przed sobą widzisz tylko śmierć… To boli, nie wiele lżej niż rak…

***

Krańcowo spowite było w większości jednostajnym mrokiem. Od momentu Błysku w całym mieście nie paliła się nawet jedna latarnia, w żadnym oknie nie było widać pojedynczej zapalonej żarówki. Nigdzie nie było choćby łuny płonącego w oddali ogniska.

Wbrew pozorom nie było w tym nic szczególne dziwnego. W mieście żyła w tym momencie zaledwie garstka ludzi, którzy nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu, a do końca tygodnia pozostać miał już tylko jeden. Człowiek, który zostanie w przyszłości mylnie określony mianem ‘’pierwszego’’ w tym świecie.

Nim jednak do tego doszło, musiał on przetrwać. Co w rzeczywistości, jaka właśnie zaczynała się tworzyć, wcale nie było łatwe. Na szczęście dla niego pewna z pozoru komiczna decyzja o ‘’zabawie w policjanta’’, uratowała mu życie…

***

Między ścianami tak powszechnych w Krańcowie bloków rozbłyskiwało niebieskie światło radiowozu. W powietrzu unosił się zapach dymu, spalonych opon i krwi. Okolice wypełniał dźwięk pracującego wściekle na zbyt wysokich obrotach silnika.

Policyjny sedan wisiał zablokowany na zbyt wysokim krawężniku. Jego szyby były roztrzaskane, a drzwi i zderzak wgniecione. Zupełnie jakby przed chwilą odbijał się jak od ciężarówek niczym piłeczka w ping-pongu.

Tuż obok leżał mężczyzna w policyjnym stroju prewencji. Wyglądał on nie wiele lepiej od swojego pojazdu. Z ust i nosa sączyła mu się krew, a jego twarz zlana była potem. Czarny kombinezon który nosił, był porozrywany w wielu miejscach.

Dookoła niego pełno było łusek, a w dłoni wciąż ściskał rozgrzany dymiący pistolet. Walcząc o każdy oddech nie wiele lepiej od ryby wyrzuconej na piasek, uniósł powoli głowę, dostrzegając istotę, która przed chwilą o mało co nie pozbawiła go życia.

Prawie trzymetrowy olbrzym, postury łosia ze skórą twardą jak kora i włosami przypominającym stalowe druty, leżał zaledwie kawałek dalej. Jego głowa pełna była dziur po kulach, a pod twarzą zebrała się już kałuża czarnej jak smoła i gęstej jak żywica krwi.

Mężczyzna był już pewien, że stwór jest martwy, ale istota była tylko nieprzytomna. Po kilku chwilach jej klatka piersiowa uniosła się gwałtownie, a w oczach zaświeciły bystre źrenice czerwonej barwy. Wspierając się na ręce, Olbrzym zaczął rozglądać się w poszukiwaniu ofiary.

Widząc to, leżący na ziemi mężczyzna w ostatniej desperackiej próbie, podniósł pistolet drżącą ręką. Bez jakiegokolwiek przymierzenia zaczął strzelać jak w amoku. Kilka niecelnych kul świsnęło przy uszach i brodzie potwora, wbijając się w ścianę pobliskiego bloku. Ostatni wystrzelony pocisk trafił w oko istoty, przez co ta zupełnie zamarła. Stwór nie krzyczał i nie rzucał się, jak należałoby oczekiwać. Po prostu zupełnie zesztywniał. W ciągu kilku przerażających sekund warzyły się losy pseudo- policjanta.

Nie sposób powiedzieć, co w tym momencie przeważyło szalę.

Ponieważ twarz potwora i tak wyglądała, jak drzewo skatowane ostrzałem, trudno było uwierzyć, że ta jedna kula cokolwiek zmieniła. Z drugiej strony może właśnie ona sięgnęła w końcu jakiegoś organu, którego nie były w stanie trafić poprzednie? Nie mniej potwór runął z hukiem na ziemie, wydając przy tym odgłos walącego się drzewa.

***

Tak skończyło się pierwsze spotkanie niewykształconego, który w przyszłości zostanie nazwany Krańcowskim Dziadem, z człowiekiem którego w przyszłości nazywać będą Pierwszym.

***

Pierwszy leżał na ziemi, wpatrując się w ciemne niebo, podświetlane raz za razem niebieską łuną. Jego serce powoli się uspokajało. Jakimś cudem przetrwał. Jakimś cudem wciąż żył. Spoglądając na wystrzelany pistolet, podniósł go powoli i ucałował, przykładając usta do wciąż gorącej lufy.

Pomyślał w tym momencie, że pierwszy raz w życiu miał szczęście. Gdy zaledwie kilka dni wcześniej, postanowił znudzony zajrzeć na komisariat, nigdy nie przypuszczał, że uratuje mu to życie. Przecież jeszcze piętnaście minut temu, myślał, że jest w mieście zupełnie sam. Broń zabrał więc stamtąd nie dla bezpieczeństwa, a dla zabawy. Podobnie było z radiowozem i całym ochronnym strojem, który nosił. Od kilku dni przebierał się w ten sposób, gdy jeździł postrzelać na swoją ‘’strzelnicę’’, która urządził w byłym sklepie RTV.

Czując jakąś dziwną satysfakcję z tego zwycięstwa nad potworem, Pierwszy spróbował się podnieść, ale wtedy po prostu go zmroziło. Ból, który przeszedł przez jego plecy i żebra, odebrał mu oddech i wszystkie siły. – Fuck!!! – zaklął po angielsku, rozkładając się z powrotem na asfalcie.

Walcząc przez chwilę z przeponą, odczekał, aż ból się nieco uspokoi i spróbował się przekręcić. Ta próba wcale nie okazała się mniejszą męczarnią od poprzedniej. Lądując na twarzy, znowu poczuł jakby jego wnętrzności, po prostu eksplodowały. – Co się ze mną dzieje? – pomyślał, przestraszony.

Gdy Dziad zepchnął go na krawężnik i zablokował radiowóz, zmuszony był salwować się ucieczką na piechotę. Podczas tej nieudolnej próby istota rąbnęła go swoją przerośniętą pięścią, ale ból nie był jeszcze wtedy tak silny. Potem gdy niewykształcony chwycił go i ścisnął w dłoniach, mógł nieco nadwerężyć mu żebra, ale to jeszcze nie było to. Po pierwszym strzale, który mężczyzna oddał do potwora, rozwścieczona istota rozpędziła się i kopnęła go z taką mocą, że trafił plecami w ścianę bloku.

***

Pierwszy nie wiedział nawet wtedy, jak nie wiele brakowało, by zakończyła się jego historia. Gdyby nie porcelanowe wkłady w kamizelce kuloodpornej, które jej właściciel w Starym Świecie zamontował dla dodatkowej ochrony, konałby właśnie z pękniętym żołądkiem.

***

Pierwszy zdawał sobie sprawę, że jego sytuacja nie była dobra. Gdyby kolejny potwór nadszedł w tej chwili, to byłby już całkowity koniec. Mężczyzna spojrzał z nadzieją na radiowóz, który, mimo że wisiał podwoziem na wysokim krawężniku, wciąż wydawał się ‘’sprawny’’.

Rozciągnięty jak żółw spróbował iść na czworaka, ale gdy tylko wygiął plecy w delikatny łuk, znowu go zmroziło. – BOŻE! – krzyknął twarzą w asfalt, próbując zebrać w kupę świadomość, która prawie go przez to opuściła.

Nie ryzykując po raz kolejny wykrzywiana ciała, zaczął czołgać się po ziemi. Było to nie wiele mniej bolesne, ale przynajmniej możliwe. Ta krótka droga pełna długich przerw zabrała Pierwszemu jakieś dziesięć minut. W jego stanie i tak można to było uznać za cud. Tylko że doczłapanie się do radiowozu nie zamykało sprawy, trzeba było jeszcze się do niego dostać i odjechać w bezpieczne miejsce.

Chwytając za boczek otwartych drzwi i fotel kierowcy, mężczyzna spróbował wciągnąć się do środka, ale porażenie bijące z jego pleców zmusiło go do natychmiastowej kapitulacji. Leżąc pod boczną listwą, był tak wykończony, że odpłynął na chwilę.

Wrócił do siebie dopiero po kilkunastu sekundach. Twarz miał odciśniętą od asfaltu, a odrętwienie promieniowało po jego ciele. – No dawaj… Dalej…- wysapał, łapiąc się jeszcze raz za drzwi.

Ból wrócił niemal natychmiast, jakby żądając, by z powrotem się położył. Pierwszy wiedział jednak, że jeśli tym razem się podda, nie da już rady. Zaciskając zęby z taką siłą, że prawie rozkruszył szkliwo, podciągał się jak tylko mógł. Z jego oczu wystrzeliły łzy, a oddech zmienił się w jedno wielkie sapanie. Wisiał tak przez co najmniej pół minuty, nim w końcu jego tors wylądował na siedzeniu. Próba ułożenia się za kierownicą była niewiele mniej bolesna i praktycznie równie długa. Gdy jednak w końcu mężczyzna zamknął ledwo sprawną ręką drzwi, poczuł odrobinę spokoju. Nawet w zablokowanym samochodzie czuł się bezpieczniejszy, niż leżąc po prostu na asfalcie.

Nie wypuszczając broni z ręki, przyłożył ją do kierownicy, drugą chwytając za dźwignie biegu. Ułożenie nóg na pedałach zajęło mu kilka kolejnych sekund, ale w końcu mógł spróbować odjechać.

Chociaż przednie koła samochodu praktycznie wisiały w powietrzu, to tylne wciąż dotykały asfaltu. Pierwszy wcisnął gaz i strzelił ze sprzęgła. Był to jednak błąd, bo opony momentalnie wpadły w poślizg, a auto po krótkim szarpnięciu ani myślało jechać dalej. Podczas drugiej próby ranny mężczyzna spróbował powoli popuszczać pedał i przyniosło to znacznie lepszy efekt. Trąc plastykami o asfalt, sedan powoli zaczął zsuwać się z krawężnika, wyginając wszystko, co znajdowało się pod spodem. W końcu auto spadło z chodnika, a Pierwszy aż krzyknął z bólu, jaki wywołało w nim to gwałtowne szarpnięcie.

Obracając się terkoczącym i piszczącym wrakiem na drodze, ruszył w kierunku swojej kryjówki mieszczącej się w bloku niedaleko Centrum. Myśląc tylko o tym, jak bardzo go boli, zapomniał nawet wyłączyć kogutów, które jeszcze pół godziny wcześniej odpalił dla zabawy.

Przejeżdżając przez spowite ciemnością puste ulice Krańcowa, błagał opatrzność, by radiowóz wytrzymał jeszcze te krótko chwilę. Światła na desce rozdzielczej migotały przez cały czas, jakby gdzieś robiło się zwarcie, silnik ewidentnie zaczynał przyduszać, a dźwięki metalu trącego o ziemie świadczyły, że podwozie również zostało uszkodzone.

Mimo tragicznego stanu auto dowiozło go na parking przed blokiem. Mężczyzna nie zatrzymał się jednak i wjeżdżając na trawę, wtoczył się praktycznie pod samo wejście. Tutaj jego koszmar miał się ciągnąć dalej.

Spędzając kilka minut w jednej pozycji, doznał chwilowej ulgi w swojej agonii. Ból zanikł do tego stopnia, że spróbował on wyjść z samochodu i wspierając się o drzwi stanąć na równych nogach. W tym właśnie momencie zmuszony był odpokutować za te kilka chwil spokoju. Porażanie przebiegło po jego kręgosłupie, paląc jak żywym ogniem. Mężczyzna ryknął i natychmiast runął nieprzytomny na ziemie. Jego nieruchome ciało leżało przez kilkanaście minut pod otwartymi drzwiami radiowozu.

***

Na szczęście dla Pierwszego był to jeden z najspokojniejszych momentów w historii Krańcowa. W żadnym wcześniejszym ani późniejszym okresie istnienia Nowego Świata ta chwila bez świadomości nie skończyłaby się dobrze. Niewykształceni zaczynali jednak dopiero odbudowywać swoją liczebność, po jakie czystkach dokonało na nich poprzednie pojawiające się pokolenie ludzi. Trafić w tym momencie na jakiegokolwiek było po prostu trudno. Nie oznaczało to jednak, że okolica była całkiem bezpieczna…

Nim mężczyzna zdążył się przebudzić, w jego stronę zaczął już zmierzać potwór przyciągnięty, widocznymi z oddali błękitnymi światłami policyjnych kogutów.

Krzywulec, bo tak nazwało te istoty poprzednie pokolenie żyjące w mieście, był pokraczną bestią powstającą z mieszkańców, którzy w Starym Świecie byli już w podeszłym wieku i mieli problemy z poruszaniem. Błysk sprawiał, że kończyny tych schorowanych za życia ludzi robiły się zupełnie nieproporcjonalne. Jedna noga krótsza, druga dłuższa, podobnie ręce. Skóra zwisała na ich wychudzonych ciałach tak luźno, jakby należała wcześniej do bardzo otyłej osoby. Zwykle stwory te gniazdowały przy przystankach autobusowych, aptekach i przychodniach. Trzymały się większymi grupami i atakowały tylko stadnie, nadrabiając w ten sposób braki w swoim ciele.

Czemu więc zmierzający w stronę Pierwszego, Krzywulec, był sam? Odpowiedź była prosta. Był to ostatni żywy Krzywulec w całym Centralnym Krańcowie…

***

Pierwszy ocknął się w końcu. Ponownie potrzebował chwili, by dotarło do niego, gdzie jest i co się stało. Twarz miał obitą i podrapaną od upadku, a przez dziwaczne ułożenie ciała odrętwiał cały. Spróbował się podnieść, by sprawdzić, czy ból chociaż trochę ustąpił. Niestety, gdy tylko zrobił na plecach delikatny łuk, poczuł, że zaraz umrze. Nie mając innego wyjścia, zaczął więc czołgać się w stronę klatki.

Ryjąc po brudnej kostce chodnikowej, dotarł w końcu do schodków przed wejściem. W tym samym czasie Krzywulec mijał śmietniki sąsiedniego bloku, zmierzając jak ćma do błękitnego światła.

Ranny mężczyzna oddychał przez chwilę ciężko, szykując się do otwarcia drzwi. Na szczęście mechanizm domofonu uszkodził, gdy tylko zbudował tu kryjówkę. Łapiąc za zachodzący na futrynę kawałek stali, przesunął drzwi obok siebie i zaczął powoli wciskać się do środka, walcząc jednocześnie z mechanizmem domykającym.

Krzywulec wyłonił się w tym momencie zza sąsiedniego bloku, spoglądając na wciąż pracujące auto. Gdyby Pierwszy wcisnął się do klatki dwie sekundy wcześniej, istota zapewne zostałaby na dole zaaferowana błyskającymi światłami. Niestety dla niego, potwór zdążył zauważyć zamykające się drzwi, a to przykuło jego uwagę znacznie mocniej niż pracujący samochód.

Agonia Pierwszego trwała. O Ile czołganie się po równej drodze było jeszcze znośne, o tyle wspinaczka w górę schodów nie dawała mu nawet chwili wytchnienia. Plecy zdawały się pękać, płuca zalewały się piekącą cieczą, a umysł zdawał się krzyczeć – Przestań, przestań już!!!

- Dość…- wypluł Pierwszy razem z drobinkami krwi i oparł czoło o schody.

Nie chciał już iść dalej, do mieszkania było jeszcze tak daleko… Zbyt daleko.

Utknąwszy w połowie piętra, zamknął oczy, chcąc odpocząć przez dłuższą chwilę. Może nawet poczekać, aż ból nieco nie przejdzie. Strach, który motywował go do ucieczki, przegrał już walkę z wycieńczeniem. Mężczyzna znowu zaczął odpływać.

***

Krzywulec minął samochód. Był przy tym tak skupiony na jego światłach, że nie zauważył małego ozdobnego ogrodzenia, które oddzielało trawnik od chodnika i potykając się o nie, runął na twarz. Nieświadomy Pierwszy zyskał w ten sposób kilka dodatkowych sekund wytchnienia. Gdy potwór się otrząsnął, jakby dotarło do niego, że miał zobaczyć ‘’coś’’ jeszcze oprócz radiowozu. Zerkając w stronę klatki, podźwignął swoje pokraczne cielsko.

***

Pierwszy znowu się przebudził. Nie był pewien, jak długo był nieprzytomny, może kilka sekund, może kilka minut. Gdy zebrał tę odrobinę sił rozsądek, znowu zaczął wygrywać nad wycieńczeniem. Wiedział, że nie może zostać na klatce. A jeśli przyjdzie kolejny potwór? Tym razem mniejszy i zmieści się przez drzwi? Przestraszony dostrzegł, że światła radiowozu wciąż rozbijały się na klatce. – Czemu ich nie wyłączył? Przecież wszystko, co żyje, będzie teraz wiedziało, gdzie jest…

Wściekły podciągnął się wyżej, ale ból znowu stał się nie do zniesienia. – Koniec…- wysapał, chcąc się położyć i wtedy to usłyszał.

Dźwięk tak przerażający, że jego serce zaczęło walić jak szalone. Dźwięk otwieranych drzwi…

Słysząc zbliżające się zagrożenie, ranny mężczyzna po raz kolejny spróbował wspiąć się na górę. Niestety przesunięcie się o zaledwie jeden stopień sprawiło, że o mało nie porzygał się z bólu. Podciągnięcie na drugi prawie go zabiło. Do jego umysłu doszła teraz przerażająca prawda. – Nie miał już jak walczyć i nie chciał już więcej walczyć.

Resztkami sił obrócił się tylko po to, by zobaczyć co nadchodzi.

Cień Krzywulca pojawił się po chwili na ścianie otoczony błękitnym światłem. Dostrzegając zdeformowaną istotę, Pierwszy pokręcił głową. – Nigdy więcej…- wyszeptał, przykładając sobie pistolet do podniebienia.

Spoglądając na potwora, z którym nie miał już siły walczyć, a który bez wątpienia zada mu bolesną śmierć, wybrał po prostu łatwiejszą drogę. Nacisnął spust, czekając na nadchodzącą ciemność…

… i żył. Spust był zupełnie sztywny, a zamek broni delikatnie cofnięty. W amoku, jakim się znajdował, mężczyzna nie zauważył nawet, że ostatnia kula była tą którą uśmierciła Dziada .

– Nie… - wyszeptał. – Nie! Nie! Nie! NIE! – wykrzykiwał po chwili, raz za razem próbując wcisnąć spust.

Nabój nie pojawił się jednak w magiczny sposób w magazynku, a perspektywa szybkiego odejścia z tego świata minęła bezpowrotnie.

Krzywulec stanął nad mężczyzną, wydając z siebie dźwięk, który brzmiał, jak śmiech ze skrajnie zniszczonej krtani. Niemal natychmiast uderzył też swoją przerośniętą dłonią w twarz leżącego.

Pierwszy wygiął się dociskany do schodów, co tylko spotęgowało ból, jaki odczuwał. W tym czasie potwór zachowywał się, jakby chciał rozgnieść jego czaszkę o beton.

- ZABIJ MNIE! ZABIJ MNIE WRESZCIE!!! - krzyknął mężczyzna, nie mogąc dłużej znieść spazmów, jakie rozrywały go od środka.

Pierwszy miał już dość. Mimo że przecież się poddał, chciał już po prostu umrzeć, bestia nie miała zamiaru z nim skończyć. Doszło do niego, że jeśli nic nie zrobi, czekają go tylko kolejne męczarnie. Drżącą ręką sięgnął do swoich spodni i wyciągnął mały scyzoryk, którego wcześniej używał jako otwieracza do butelek i konserw.

Po chwili walki rozłożył ostrze palcami i łapiąc mocno za nóż, wbił go w bok potwora. Po tym ciosie spodziewał się, że rozwścieczony niewykształcony zaatakuje mocniej, ale ten tylko nieprzerwanie i skrupulatnie wciskał mu rękę w twarz. Pierwszy uderzył więc ponownie.

Jego pięść momentalnie pokryła się krwią potwora, który jednak wciąż nie rezygnował z ataku.

W końcu krzycząc, zaczął wiercić nożem, wpychając go coraz głębiej w ranę. Pod siłą naporu jakaś kostka żebrowa musiała ustąpić i mężczyzna wepchnął całą dłoń z nożem w tors niewykształconego. Bestia zdawała się niewzruszona, więc Pierwszy zaczął ciąć w środku co tylko miał w zasięgu. W końcu potwór zamarł i po chwili opadł na niego całym ciężarem.

Pierwszy zawył. Przygniatające go cielsko było przypieczętowaniem jego agonii. Ze wszystkich sił starał się zrzucić je z siebie, nim znowu odpłynął.

Tym razem powrót do świadomości zajął mu znacznie dłużej. Gdy otworzył oczy, za oknem klatki robiła się już szarówka. Policyjny radiowóz przestał pracować, ale niebieskie światła dalej migotały na zewnątrz.

Na szczęście dla mężczyzny, żaden inny niewykształcony nie znalazł się w pobliżu. Zrzucając z siebie truchło do końca, Pierwszy przewrócił się z powrotem na brzuch. Ból wciąż był ledwo znośny. Czołgając się do góry, przez kolejne pół godziny próbował dostać się do mieszkania. Gdy mu się to udało, kolejne minuty musiał poświęcić na przekręcenie klucza w zamku.

Gdy w końcu znalazł się na podłodze swojej kryjówki i resztkami sił przekręcił dolny zamek w drzwiach. Po prostu nie mógł uwierzyć, że przeżył te noc.

***

Doktor Agnieszka zerknęła na zegarek, a potem z powrotem na swojego pacjenta. – Wspominałeś, że byłeś kiedyś osobą wierzącą…

Mężczyzna westchnął. – Jako dziecko byłem. Wychowałem się w katolickiej rodzinie. Nie jakiejś fanatycznej ale z przekonaniami, które starali się mi zaszczepić.

Kobieta, chcąc zachęcić go do szerszej odpowiedzi, dopytała. – Jak myślisz, czy bardzo wpłynęło to na twoje życie?

Pacjent podrapał się mimowolnie po brodzie, zanurzając na chwilę w odmętach własnej pamięci. – Myślę, że na pewno. Dla mnie świat metafizyczny był tak prawdziwy, jak fizyczny. Anioły czy Demony były tak rzeczywistymi bytami, jak bakterie i wirusy. Żadnego z nich nie miałem możliwości zobaczyć, ale nie miałem wątpliwości, że istnieją. No i chyba ułatwiało mi to wiele spraw… Na pewno dawało nadzieje.

Zaintrygowana Psycholog nachyliła się nad rozmówcą. – Jaką nadzieje? Zechciałbyś powiedzieć?

- No wiesz…- odparł mężczyzna. – Chodzi mi to, że jak bardzo nie spieprzyłbym swojego życia, to zawsze będę miał drugą szansę. Że mogę w tym świecie nie osiągnąć nić, być zerem totalnym, ale wystarczy, że przy okazji będę dobrym człowiekiem i to nie będzie koniec. Stare życie przepadnie, a ja będę mógł zacząć od nowa…

Agnieszka kiwnęła głową. – A teraz? Teraz co o tym myślisz?

- Teraz, nie wierzę już w nic…- odparł mężczyzna.

***

Pierwszy ocknął się na podłodze. Na zewnątrz było już całkiem jasno. Codzienna szarość, którą obserwował od momentu, kiedy pojawił się na cmentarzu, wlewała się przez okna.

Gdy leżał tak bez ruchu na twardej powierzchni, ból praktycznie ustawał. Dochodząc powoli do siebie, poczuł wręcz niesamowitą suchość w gardle.

Z zaciśniętym zębami, przesunął się po podłodze do stojących w korytarzu butelek z wodą. Drżącymi rękoma natychmiast rozerwał zgrzewkę, wyciągając jedną z nich. Gdy pił miał wrażenie, jakby połykał małe kaktusy, ale nie mógł po prostu oderwać się od butelki. W ustach miał tak sucho, jak po zjedzeniu kilograma chałwy i popiciu tego koktajlem z popiołu.

Po ugaszeniu pragnienia stwierdził, że musi w końcu zająć się swoim stanem. Wchodząc na czworaka do pokoju, odszukał pośród zgromadzonych na podłodze kartonów z zapasami pudełko z napisem ‘’leki’’. Wyciągając ze środka plastykowe opakowanie proszków przeciwbólowych, wsypał sobie połowę zawartości do ust. Wiedział, że nie był to dobry pomysł, ale jeżeli miał zrobić cokolwiek, musiał, chociaż być w stanie się poruszać. Nie wciągając się nawet na łóżko, oparł się o dywan i usnął ponownie.

Po kolejne pobudce czuł się gorzej i lepiej jednocześnie. Ból stał się nieco lżejszy, a gdy się nie poruszał, zanikał prawie całkiem. Za to żołądek przeciążony końską dawką leku palił tak bardzo, jakby chciał strawić przełyk z gardłem jednocześnie.

Kołowaty mężczyzna był w końcu w stanie wciągnąć się na łóżko i pomyśleć. Pierwsze co przyszło mu do głowy to oczywiste pytanie - Czym były te potwory? Potem dołączyły kolejne zagwozdki. Czy to one miały coś wspólnego ze zniknięciem ludzi z miasta? i Czy na pewno nie ma tu innych ludzi? Wróciła też sprawa, która dręczyła go od początku. Dlaczego w mieście został właśnie on? Nie był nikim specjalnym, nikim wyjątkowym. Może po prostu wszyscy o nim zapomnieli? Może przegapił jakiś ważny moment? Ewakuacje?

Znowu zaczął analizować, ostatnie co pamiętał. Moment, gdy szedł drogą i zobaczył to jasne oślepiające światło. Wtedy też powróciła inna często powracająca myśl. – Może ja naprawdę nie żyje? – spytał sam siebie. Tylko czemu odczuwał ból? Czemu jego zaświaty wyglądały dokładnie jak miasto, w którym się wychował i żył? Może był teraz w piekle albo czyśćcu skazany na wieczną walkę o przetrwanie? Gdyby jeszcze to światło pojawiło się tylko raz, ale od momentu przybycia widywał je regularnie, ostatnio ledwo trzy dni wcześniej. Za każdym razem tracił przytomność, ale nic więcej nie wydawało się przy tym zmieniać.

Skórcz, jaki złapał go przy próbie podrapania się i spowodowany tym natychmiastowy ból, dodał mu jednak pewności, że żyje. Myśl o świetle przypomniała mu jednak jeszcze jedną rzecz.

Podnosząc się powoli z łóżka, przyszurał się do okna i zobaczył wciąż migoczące koguty radiowozu. – No do diabła, ile jeszcze wytrzyma ten akumulator! – przeklął w myślach.

W środku dnia schowany między blokami samochód nie był jeszcze zbyt widoczny. Pierwszy pomyślał jednak, że w nocy bez wątpienia ściągnie na niego kolejne kłopoty.

Obiecując sobie, że jeśli koguty nie wyczerpią baterii przed zmrokiem, pójdzie je wyłączyć, ruszył w stronę lustra.

Odpinając z trudem ciężką kamizelkę, poczuł przez chwilę niewyobrażalną ulgę. Ta szybko zmieniła się w przerażenie, gdy podwijając koszulkę na swoim torsie, zobaczył jedną wielką czarną plamę. Krwiak był tak olbrzymi, że wyglądał jakby mężczyznę, wytarzano w smole. – To w ogóle ma prawo się wchłonąć? – pomyślał przerażony, wracając powolnym krokiem z powrotem na łóżko.

Gdy tak się sobie przyglądał, doszła do niego przerażająca prawda. Jeśli w tym momencie stałoby mu się cokolwiek poważnego, nie miał do kogo zadzwonić. W mieście nie było nikogo, kto by mu pomógł. W tym momencie mógł właśnie umierać na skutek wewnętrznego wylewu i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Z kołatającym ze strachu sercem ruszył w stronę szafki, na której zrobił sobie wystawkę ze zdobytą bronią. Biorąc do ręki jeden z policyjnych pistoletów, wrócił na łóżko.W tym momencie podjął kilka ważnych decyzji.

- Jeżeli okaże się, że bóle nie będą słabły, a jego stan się nie poprawi, po prostu strzeli sobie w głowę. W jego oczach było to leprze rozwiązanie, niż czekanie na śmierć głodową, gdyby okazało się, że nie będzie więcej w stanie chodzić po zapasy.

- Gdyby natomiast okazało się, że przeżyje i wyzdrowieje, nie mógł więcej dopuścić do takiej sytuacji. Musiał przygotować się najlepiej jak tylko potrafił. Nie miał już wątpliwości, że kamizelka kuloodporna i broń z komisariatu uratowały mu życie. Potrzebował tego więcej! I więcej zapasów! Gdyby okazało się, że kolejny Olbrzym zacznie krążyć pod jego oknem, musiał być w stanie wyżyć tu, aż sobie pójdzie. - A gdyby nie poszedł i trzeba było uciekać? – pomyślał nagle. Potrzebował kolejnej kryjówki. Awaryjnej kryjówki z zapasami, gdyby musiał się przenieść. To wszystko musiał przygotować…

Oczywiście, jeśli wyzdrowieje.

Biorąc za świętość, że sen to najlepsze lekarstwo wziął kolejną garść proszków i nastawiwszy zegarek, położył się spać.

***

Gdyby ktoś miał szansę przeżyć w Krańcowie czas sięgający dwóch pokoleń nowoprzybyłych, mógłby bez trudu zauważyć, że pewne gatunki niewykształconych wymierały i były stopniowo zastępowane przez inne. Wraz z malejącą liczbą Krzywulców, które prawem degradacji zaczynały oczekiwać na ponowne pojawienie się formie Potłuków, nowe potwory zaczynały dominować w mieście. Gospodarze wywodzili się w większości z niemal wymarłego poprzedniego pokolenia. Stawali się nimi głównie ludzie nieprzejawiający żadnych szczególnych cech. Ci, dla których całym życiem był ich dom i jego obejście. Nowy Świat tworzył z tego praktycznie nierozerwalną więź i sprawiał, że od momentu pojawienia się, potwory te rozpoczynały ślamazarną podróż do swojego dawnego miejsca zamieszkania. Tam pozostawali już na zawsze, broniąc go przed wszelkimi intruzami. Natknięcie się na Gospodarza poza budynkiem było więc niezwykle trudne, ale nie niemożliwe.

Główną cechą wyróżniającą tego niewykształconego była wysoka inteligencja i niska podatność na degradacje. Zwłaszcza pierwsze pokolenie tych potworów charakteryzowało się niemal ‘’ludzkim’’ spojrzeniem na świat. Z tą oczywiście różnicą, że pałało wręcz chorobliwą żądzą mordu. Wysoka inteligencja cechowała się między inny tym, że niewykształcony nie pchał się w miejsca pewnej śmierci. Czasami zdarzało się, że większa grupa Gospodarzy po pojawieniu się została ‘’odcięta’’ przez jakiś rodzaj zagrożenia, które uniemożliwiało im dotarcie do domu. Mógł to być Błąd, jakieś naturalne zjawisko jak pożar albo o dziwo inni Niewykształceni. Gospodarze jak twory najbardziej podobne do ludzi, nie były tolerowane pośród innych potworów.

Ten sam Błysk sprzed trzech dni, o którym rozmyślał Pierwszy jeszcze jakiś czas temu, powołał w dawnych zakładach chemicznych bardzo liczną grupę Gospodarzy. Krążyli oni przez długi czas, starając się znaleźć wyjście i nie zginąć przy okazji w trakcie swojej podróży. Utknęli tak na prawie dwa dni, ale w końcu ciągnięci wewnętrznym zewem ruszyli w stronę swoich domostw. Horda, bo tak można by nazwać mrowie tych bestii, rozchodziła się w różne strony miasta niemal od początku swojej podróży. Do okolic Stacji dotarła ich mniej niż połowa, a do budynku zabaw Bajkolandia jeszcze mniej. Garstka potworów zaś zmierzała wprost w stronę samotnego rannego mężczyzny skrytego w jednym z bloków.

***

Zegarek obudził Pierwszego zgodnie z planem. Na zewnątrz zaczynało się powoli ściemniać, ale nie musiał nawet wstawać, by zobaczyć, że podróż do radiowozu go nie minie. Niebieskie światła już zaczynały odbijać się od okien. Na szczęście otępiony proszkami mężczyzna był w stanie podnieść się o własnych siłach. Ból był na skraju wytrzymałości, ale jednak o stopień po tej lepszej stronie.

Włożywszy pistolet do tylnej kieszeni spodni, nie czekał dłużej.

Idąc po ścianie i podpierając się o każdy wystający przedmiot w domu, dotarł do drzwi, a potem na korytarz. Tam zaś czekała go prawdziwa niespodzianka. Ciało zabitego wczoraj potwora zniknęło. – Przeżył? – pomyślał, przerażony Pierwszy spoglądając z lekiem na górę. Na klatce panowała jednak absolutna cisza.

Wsparty o barierkę Pierwszy schodził stopień za stopniem, gdy nagle spostrzegł leżący na półpiętrze pistolet. Z niemałym trudem pochylił się, by podnieść broń, którą wczoraj chciał odebrać sobie życie. Popadł przez to w niemałą konsternację. Z jednej strony uważał za rozsądne, by od teraz nosić przy sobie broń z jedną kulą przeznaczoną dla siebie, z drugiej, gdyby wczoraj miał o jeden nabój więcej, już by go nie było. – Ciężko ocenić czy tak nie byłoby lepiej…- westchnął do siebie i ruszył dalej w dół.

Dochodząc do drzwi klatki, dostrzegł ślady krwi, które zostawił dzień wcześniej. Dopiero teraz pomyślał, że powinien się obmyć, bo przecież lepił się cały od własnej posoki. – Jak tylko wrócę…- postanowił i wyszedł na zewnątrz.

Spoglądając na radiowóz, nie mógł uwierzyć, że udało mi się nim wczoraj dojechać aż tutaj. Spod zmiażdżonej maski wylewał się olej i płyn chłodniczy, a w gniecenia były tak liczne, że ciężko byłoby rozpoznać oryginalną bryłę pojazdu.

Podchodząc do ciągle jeszcze otwartych drzwi, Pierwszy odnalazł przełącznik kogutów i wyłączył je. Wsiadając na chwilę do środka, postanowił odsapnąć przed drogą na górę. Nie mógł uwierzyć już nie tylko w siłę bólu, jaką odczuwał, ale w to, jak przy okazji szybko się męczył. Zamykając przez chwilę oczy, skupił się na ciszy panującej w mieście.

Siedział tak przez kilka minut, nim do jego uszu dobiegł jakiś pomruk. Przestraszony wstał nieco zbyt szybko, przez co ledwo powstrzymał się przed krzykiem, gdy cały jego krzyż po prostu rozpalił się do czerwoności.

Pomruk odbijał się echem między budynkami, przywodząc na myśl wrzawę stadionową. W pewnym momencie Pierwszy otworzył szeroko oczy, z tego narastającego hałasu zaczął wyłapywać pojedyncze słowa. – Ludzie! – pomyślał i poczuł nawet pewną radość z tego powodu.

Może w końcu dowie się, co się stało! Może jakiś lekarz będzie mógł go opatrzyć!

Przełamując ból, ruszył pośpiesznie chodnikiem w stronę, z której dochodził hałas. Z wrzawy wyłapywał co raz więcej pojedynczych słów, słyszał też śmiechy i o dziwo płacz. Zatrzymując się na skraju bloku, spojrzał zza winka na drogę i zobaczył gromadę Gospodarzy, którą pomylił z powracającymi do miasta ludźmi.

- SĄ! – pomyślał, mimowolnie uśmiechając się.

Wtedy też doszło do niego coś niepokojącego. Jak wytłumaczy się z tego, co zrobił w mieście? Kradzieże w sklepach spożywczych, rozstrzelanie witryny RTV, rozbicie radiowozu. Kilka z tych rzeczy mógł jeszcze wytłumaczyć próbą ratowania życia, ale ten sklep z telewizorami nie dawał mu spokoju…

- Tłumaczyć się będę później. – stwierdził pewnie w swojej głowie. – Na razie potrzebuję pomocy.

Wychodzą zza bloku na chodnik, pomachał w stronę nadchodzącej gromady, krzycząc – HEJ!

W tym momencie stało się coś, co podyktować można działaniem ludzkiego instynktu. Gdy w czyjąś stronę zaczyna nagle iść obcy człowiek, czasem po samych jego ruchach i twarzy, jesteśmy w stanie odczytać jego intencje. Uśmiechnięty twarz i raźny krok podpowiadają, że za chwilę zostanie się przywitanym albo ewentualnie o coś spytanym. Gdy grupa ludzi rzuca się w czyjąś stronę jak wściekłe zwierzęta, z rządzą mordu wypisaną na twarzy, nie potrzeba wiele czasu do zrozumienia, w jakich kłopotach się właśnie znalazło. A dokładnie taki widok zobaczył przed sobą Pierwszy.

Przestraszony mężczyzna ruszył z powrotem za blok, przekonany, że jednak coś nie było w porządku. Spróbował przez chwilę krótkiego truchtu, ale uczucie pękających kości prawie go zmroziło. Starał się iść tak szybko, jak pozwalał mu na to jego stan, niestety odgłos kroków zaczął się przybliżać błyskawicznie. Pierwszy wiedział już, że nie ucieknie.

Zatrzymując się, zrobił obrót z bronią w pogotowiu, licząc, że uda mu się odstraszyć potencjalnych napastników.

W tym momencie zza bloku wybiegł istny tłum Gospodarzy, ruszając natychmiast w jego stronę.

- STAĆ, BO STRZELAM! – krzyknął, nie kryjąc nawet strachu w głosie.

Gromada nie zareagowała, więc mężczyzna oddał w powietrze dwa strzały i wymierzył w tłum. – NIE ŻARTUJE! ZARAZ KTOŚ ZGINIE! STAĆ! –

Gromada była już tylko kilka metrów od niego, gdy Pierwszy nacisnął spust. Jeden z Gospodarzy zatrzymał się i po chwili padł na ziemie. Wywołało to fenomen, który był w Krańcowie naprawdę rzadkim widokiem, niewykształceni zatrzymali się.

Pierwsze pokolenie Gospodarzy w ograniczony sposób było jeszcze w stanie uświadamiać sobie związki przyczynowo-skutkowe. Instynkt przetrwania wziął w tym momencie górę, nad chęcią mordu i potwory po prostu stanęły by uniknąć groźby Pierwszego.

Mężczyzna, widząc to, ruszył w stronę klatki schodowej i tak szybko, jak tylko mógł, wrócił do mieszkania. Niestety inteligencja niewykształconych była ograniczona, więc gdy tylko zagrożenie przestało być oczywiste, kontynuowały one swój szaleńczy pościg. Gdy Pierwszy ryglował drzwi od kryjówki, potwory zajmowały już całe piętro.

***

Przez prawie półtora tygodnia Pierwszy był uwięziony w mieszkaniu, które zajmował. Na swoje szczęście zdążył on zgromadzić dość jedzenia i wody, by racjonując je jakoś przetrwać.

W trakcie tego czasu upewnił się przez obserwację, że istoty, które stłoczyły się na korytarzu, nie były ludźmi. Przez cały ten czas żadne z nich nie jadło, nie piło ani nie spało. Istoty waliły jedynie do drzwi, szarpiąc co chwila za klamkę, jakby ich jedynym celem było dostanie się do środka. Z tego powodu Pierwszy zabarykadował korytarz, gdyby drzwi jednak ustąpiły.

Wbrew obawą, które miał od pierwszych dni swojego ‘’więzienia’’ jego ogólny stan poprawiał się każdego dnia. Bóle z agonalnych stały się do wytrzymania, aż w końcu zaczęły zupełnie ustępować po porannej dawce proszków. Niestety równomiernie z powracającym zdrowiem, kończyła mu się woda. Po dwunastu dniach Pierwszy został już tylko z dwoma półtoralitrowymi butelkami. Dalsze zmniejszanie sobie racji nie wchodziło w grę, bo zacząłby słabnąć. Wiedział, że nie ma wyjścia i musi w końcu spróbować się wydostać, dlatego rozpoczął przygotowania.

Na początek zebrał całą broń i amunicje, jaką zabrał z komisariatu. Przeładował trzy posiadane pistolety, a do czwartego (tego, którym próbował się zastrzelić) włożył jedną kulę dla siebie, gdyby okazało się, że nie będzie miał już innego wyjścia.

Następnie wyciągnął z kartonów ochraniacze stroju prewencyjnego, który zabrał, żeby sprawdzić jak będzie w nim wyglądał. Niestety nie wziął do niego hełmu, bo jego biały kolor nie pasował mu do czarnego kompletu.

Po opancerzeniu się i uzbrojeniu zaczął rozsuwać swoją barykadę z mebli, którą zrobił na korytarzu. Niewykształceni albo to wyczuli, albo usłyszeli, bo za drzwiami zrobiło się naprawdę głośno.

Pierwszy drżącą ręką zaciągnął na drzwi łańcuszek i zaczął po kolei otwierać zamki. – Nie mam wyjścia..- powtarzał. – Po prostu nie mam wyjścia…

Na szczęście strój i broń dodawały mu dość pewności siebie, by był w stanie się opanować. Przekręcając ostatni z zamków u góry, odskoczył do tyłu i już po chwili niewykształceni naparli na drzwi.

Otwierając je z hukiem, zaczęli wpychać przez szparę ręce, próbując dosięgnąć łańcucha. Na szczęście naprężonego nie dało rady po prostu zsunąć, ale pod takim naporem nie miał on prawa wytrzymać zbyt długo.

Pierwszy przesuwając się po ścianie, zaczął strzelać na ślepo w szczelinę między drzwiami a futryną. Niestety mimo początkowych nadziei nie wystraszyło to potworów.

Łańcuszek w końcu puścił, a na korytarz zaczęła wlewać się gromada istot. Pierwszy cofając się, strzelał z bliska, bez trudu trafiając dwóch pierwszych w głowy. Trzeci dopadł do niego i wbijając się bykiem w brzuch, obalił go na plecy. Mężczyzna przyłożył mu lufę pistoletu do głowy i strzelił. Krew obryzgała wszystko łącznie z twarzą Pierwszego, który natychmiast poczuł, jak zaczyna krztusić się od wymiotów.

W tym samym momencie wskoczył na niego kolejny potwór, odbierając dech. Dopiero pozrastane rany znowu zaczynały boleć. Pierwszy z ustami pełnymi flegmy strzelił po raz kolejny z bliska, obryzgując się jeszcze większą ilością krwi. Tego nie był już w stanie wytrzymać i okręcając głowę, zwymiotował na podłogę.

Kolejny Gospodarz zrzucił z niego dwóch poprzedni i siadając na brzuchu, zaczął dusić. Pierwszy uniósł pistolet, ale zobaczył odsunięty zamek. Upuszczając broń, wyszarpał drugą z kabury przy nodze i znowu strzelił, zalewając wszystko dookoła krwią. – DOŚĆ! Kurwa dość! – krzyknął, próbując się podnieść, ale ślizgał się na podłodze pełnej posoki i wymiocin.

W tym momencie do mieszkania wbiegł kolejny Gospodarz. Ten nie przyszedł jednak z pustymi rękoma. Trzymając przeniesioną z korytarza siekierę pożarniczą, wziął potężny zamach i huknął Pierwszego w tors.

Mężczyzna myślał już, że to koniec, ale kamizelka przeciwuderzeniowa prewencji wytrzymała cios, blokując ostrze w materiale i wkładach. Nie czekając, aż potwór zrozumie, że mu się nie udało, Pierwszy wystrzelił, trzęsącą z przerażenia ręką. Tym razem potrzebował, aż trzech prób, by w końcu trafić Gospodarza w czułe miejsce. Podnosząc się z ziemi, wyrwał z siebie ostrze, czemu towarzyszyło bardzo nieprzyjemne uczucie.

Ponieważ kolejny niewykształcony się nie pojawił, Pierwszy ruszył biegiem do kuchni. Łapiąc pełną jeszcze butelkę z wodą, dobiegł do zlewu i zaczął płukać sobie twarz. Gąbką do naczyń starł z siebie resztki krwi, po czym zsunął się po szafce na ziemie. – Po co mi to było… po co mi to było…- szeptał, zastanawiając się, czy nie lepiej było po prostu się poddać.

Spojrzał na swój pistolet z jedną kulą w środku, ale pokręcił głową. Jeżeli miał zamiar się poddać, to po co chwilę temu wpakował się w to wszystko. Kręcąc głową, podniósł się na równe nogi i ruszył z powrotem na korytarz. Wychodząc na chłodną klatkę, zauważył, że była już opustoszała. Wracając z powrotem do mieszkania, wyjrzał przez okno i dostrzegł, że na zewnątrz bloku również było pusto. Odetchnąwszy z ulgą, złapał za plecak. – Czas poszukać sobie nowego miejsca…







144 wyświetlenia15 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie