Opowieści z Martwego Świata - Historia Pierwszego III

Przypis od autora:

Hej moi drodzy, odnośnie sposobu pisania opowieści od Pierwszym, podjąłem pewną decyzję.

Nie będę już więcej przecinał historii, a rozmowy z psychologiem zostawię jako wstępy do opowiadania które dzieje się już w Nowym Świecie. Będą one wyłącznie ciekawostką pozwalającą zajrzeć głębiej w umysł Pierwszego, ale nie są niezbędne do zrozumienia wydarzeń dziejących się później ( z wyjątkiem jednego razu, o którym na pewno wcześniej wspomnę). W każdym razie jeżeli kogoś interesuje czysto Nowy Świat, może każdorazowo pomijać pogrubiony tekst, a teraz życzę (mam nadzieje) miłej lektury.

Jarek


Historia Pierwszego
.rar
Download RAR • 242KB

***

Opowieści pacjentów są jak niedokładnie wycięte puzzle. Psycholog musi zaś z tych z pozoru niepasujących do siebie kawałków, ułożyć obrazek który ukarze, co drzemie we wnętrzu danej osoby. Tak przynajmniej uważała doktor Agnieszka Duch i kierując się tą prostą zasadą, prowadziła swoją praktykę.

Przez pierwsze kilka tygodni terapii starała się po prostu, stworzyć swojemu pacjentowi warunki by mógł się otworzyć. Opowiedzieć to, o czym było mu najłatwiej. Bez specjalnego nacisku, czy podstawowych pytań z podręcznika psychologii.

Dzięki temu mogła zebrać dużo niesplamionych sugestiami puzzli, które w międzyczasie starała się układać w coś konkretnego.

W jej karierze wyjątkowo rzadko zdarzały się sytuacje, w których zamiast szukać powiązań między zdobytymi fragmentami, zmuszona była analizować każdy pojedynczy element z osobna.

Pod tym względem pacjent, z którym prowadziła teraz terapie, był naprawdę wyjątkowy. Każdy odsłonięty przez niego fragment życia, wymagał właściwie oddzielnego prowadzenia. Zastanawiając się nad jednym z poruszonych ostatnio tematów, kobieta zapomniała nawet o prawidłowej postawie ciała i zdradzając niepewność, zaczęła przygryzać nerwowo końcówkę długopisu.

- Coś nie tak? – spytał natychmiast mężczyzna, wyłapując z miejsca to odchylenie od normy.

Agnieszka momentalnie poprawiła się i ze spokojnym uśmiechem, wyjaśniła. – Zastanawiałam się nad pewną kwestią, którą poruszyliśmy ostatnio… Chciałabym wrócić do tego, w jak specyficzny sposób podchodzisz do pomagania ludziom.

- Sprzeczność między wychowaniem a doświadczeniem życiowym i zdrowym rozsądkiem…- podsumował pacjent.

Psycholog pochyliła się w fotelu. – Właśnie te sprawę chciałam szerzej rozwinąć. Czemu uważasz to za sprzeczne? Co doprowadziło do tego, że patrzysz teraz na to w ten sposób…

Mężczyzna wyprostował się w fotelu, zerkając przez chwilę na sufit i akcentując swoje zastanowienie długim ‘’Hmm’’. – Jak już ci kiedyś wspominałem, pochodzę z rodziny, o dość konserwatywnych zasadach i poglądach. Ten sposób życia został mi niejako przez nich zaszczepiony. W jego ramach zawarta była oczywista nauka bezinteresownej pomocy. Za czasów młodości nie było dla mnie niczym niezwykłym, że należy pomóc komuś, kto o to prosi. A nawet wykazać się w tej kwestii inicjatywą. Nie każdy ma przecież dość śmiałości, by o pomoc prosić. Dawałem więc pieniądze żebrzącym, pomagałem starszym, kobietą i tak dalej. Przez długi czas nie widziałem w tym nic złego, a nawet uważałem to za część mojego ''dobrego'' wychowania.

- Ale to się zmieniło, prawda? – wtrąciła Agnieszka.

- Życie weryfikuje – odparł pacjent. - A konserwatywne zasady sprawdzają się tylko w konserwatywnych społecznościach. Ludzie, widząc kogoś skorego do pomocy, będą go wykorzystywać bez opamiętania. Nie mówiąc już o tym, że uzyskanie jakiejkolwiek wdzięczności graniczy z cudem - wyjaśnił.

Agnieszka spojrzała w swoje notatki. – Może twoja pomoc trafiła w złe miejsce? Poprzednio wspominałeś, że twoje podejście zmieniło się gdy poszedłeś do pracy… Możemy skupić się na chwilę na tym momencie?

Mężczyzna odetchnął. – Praca to właśnie miejsce, gdzie najszybciej weryfikuje się niepraktyczne wychowanie. Idąc z garścią konserwatywnych zasad między starych pokomunistycznych wyjadaczy, byłem wykorzystywany do granic możliwości. Wielokrotnie okazywało się, że harowałem przez to dużo ciężej niż inni, zarabiając przy okazji o wiele mniejsze pieniądze…

Psycholog skinęła głową. – Miałeś w sobie po prostu jeszcze dużo dziecięcej naiwności, ale przecież nie było tak zawsze. Bezczelni wykorzystywacze zdarzają się w każdym miejscu i byli w każdych czasach. To jeszcze nie znaczy, że nie warto pomagać...

- Poczekaj na dalszą część opowieści – wtrącił mężczyzna. – Wracając do tematu pracy, szybko nauczyłem się, że nie warto pomagać tylko robić swoje. Dzięki temu nie dajesz się wykorzystywać. Wciąż jednak miałem w głowie, że istnieje życie poza pracą. Myślałem, że rzeczywiście miałem po prostu pecha, trafiłem na złą ekipę, a ludzie w większości się tak nie zachowują. No i rzeczywiście udało mi się w końcu trafić na ludzi którzy, doceniali moją pomoc.

- To gdzie tu leżał problem? – dopytała Agnieszka.

- W czasie – odparł mężczyzna. – Gdy pomogłem komuś raz, a on okazał mi wdzięczność, potem oczekiwał, że zawsze będę na jego zawołanie. Podam tylko jeden przykład. Miałem kiedyś kuzyna, któremu pożyczałem pieniądze, nawet kilka razy. Oddawał za każdym razem i często w ramach wdzięczności dorzucał jakiś upominek. Przez cały czas odnosił się też do mnie po przyjacielsku.

- Aha…- powiedziała Agnieszka, dając znak, że słucha ze skupieniem.

- Tylko że któregoś dnia po prostu nie miałem na kolejną pożyczkę – kontynuował mężczyzna. – I kuzyn się obraził. Nagle fakt, że wcześniej pomagałem mu, jak tylko mogłem, stał się zupełnie bez znaczenia. Ludzie, którym pomożesz, będą oczekiwali, że będziesz robił to przez cały czas…

Agnieszka westchnęła. – Nie wydaje mi się, żeby to było prawdą. Miałeś po prostu pecha trafić na ludzi perfidnie wykorzystujących twoją dobroć. Wiem, bo sama mam znajomych, którym pomagam, gdy mogę. Jeśli w danym momencie nie jestem w stanie, potrafią to zrozumieć i nie okazują niezadowolenia.

Mężczyzna pokręcił głową. – Mówię wyłącznie o swoich doświadczeniach i tak wiem, że generalizuje w tym temacie. Tylko że jak odróżnić tego, który będzie ‘’naprawdę’’ wdzięczny za pomoc od wykorzystywacza? Nikt nie ma tego wypisanego na czole, a ja po tym, co mnie spotkało wolę po prostu nie ryzykować. Ponieważ nie jesteśmy w stanie prześwietlać ludzi na wylot, w życiu można kierować się w kwestii pomocy różnymi zasadami. Ja wybrałem nie pomaganie nikomu i nie dawanie szansy na wykorzystywanie.

- I dobrze się z tym czujesz? – spytała Agnieszka.

- Nie zawsze – odparł mężczyzna. - Czasem odczuwam przykrość, gdy wydaje mi się, że powinienem komuś pomóc, a tego nie zrobiłem. Tylko, że dalej uważam to za lepsze, niż zostanie po raz kolejny czyimś koniem pociągowym…

***

W środku nocy Pierwszego wybudził koszmar. Był on jednak dość specyficzny, bo nie odnosił się bezpośrednio do niego samego. Grał on w nim wyłącznie rolę obserwatora wydarzeń, jakie rozgrywały się wokół drugiego człowieka, którego spotkał w świecie po Błysku - Grzegorza.

We śnie mężczyzna siedział zamknięty w ciemnym mieszkaniu, oświetlanym jedynie wpadającym przez okno błękitnym światłem kogutów. Bezmyślnie patrzył w wyłączony telewizor, gdy nagle za jego plecami zaczął wyrastać pokraczny cień niewykształconego. Po chwili z korytarza nieokreślonego mieszkania zaczął wyłaniać się Krzywulec. Potwór zataczającym się krokiem podszedł do fotela na którym siedział mężczyzna. Prawie natychmiast chwycił go od tyłu i zaczął dusić.

Grzegorz wyrywał się, próbując złapać dech, ale nie był w stanie rozluźnić uścisku bestii. Jego usta poruszały się, jakby chciał krzyczeć, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Pierwszy obserwował to wszystko z boku, ale z jakiegoś powodu nic nie mógł z tym zrobić…

Ocierając zlane potem czoło, zastanawiał się, czemu tak bardzo poruszył go sen, w którym to nie on był ofiarą. – Przekleństwo…- westchnął i podniósł się spragniony, myśląc po chwili już tylko o wodzie.

Idąc po omacku przez sypialnie, poczuł, że jego krok wciąż jest dość niepewny. Przez głowę przeszło mu w tym momencie, że nie powinien był tak przesadzać z alkoholem. Pół butelki Ginu po tak długiej abstynencji po prostu ścięło go z nóg. Gdyby musiał teraz z jakiegoś powodu zmieniać kryjówkę, byłoby to bardzo utrudnione. Stając przy nocnej szafce, sięgnął po butelkę wody i wrócił z nią do łóżka.

Tam znowu nawiedziły go wizje o śmierci Grzegorza. – Zamieniłem z tobą dwa zdania, a już sprawiasz mi kłopoty – westchnął, zastanawiając się czemu w ogóle mężczyzna zaczął go prześladować. Nagle w jego głowie rozbrzmiało wołanie. – Chłopie ja zginę tutaj! Rozumiesz?… Po prostu zginę!

- Ja sobie poradziłem – odparł Pierwszy wewnętrznemu głosowi.

- Dlaczego nie chcesz dać mu szansy? – spytało sumienie.

- Bo mi nikt jej nie dał…- warknął Pierwszy, a głos zamilkł.

Mężczyzna odłożył butelkę i spróbował usnąć. Po kilku minutach leżenia z zamkniętymi oczyma przerzucił się gwałtownie na bok, po chwili obrócił na plecy, a potem znowu na bok. – Nie dam rady… - westchnął i biorąc latarkę, poszedł do kuchni.

Zalewając sobie kawę, Pierwszy usiadł przy stole wciągając aromat nosem. – Ustaliłem jasne zasady. Nikomu nie pomagam, żyje dla siebie, z nikim się nie związuje. Umieram nie zostawiając za sobą łez…

- I dobrze się z tym czujesz? – spytała doktor Agnieszka.

Słysząc to mężczyzna poderwał się. Głos chociaż dochodził z jego głowy, był tak wyraźny jakby kobieta stała tuż za nim. – Przekleństwo…- westchnął siadając z powrotem na krzesło.

***

Pierwszy ocknął się rano na stole. Jego kark był zesztywniały, a plecy bolały, jakby złapało go co najmniej lumbago. – Nie wierzę…- westchnął, kiedy zobaczył, że mimo wypitej kawy i natrętnie powracających myśli, padł w końcu nieprzytomny w kuchni.

Odwracając wzrok, dostrzegł kubek w którym wciąż znajdowała się resztka kawy. Przechylając zimną zawartość otworzył oczy i poszedł do łazienki.

Tam przepłukał twarz w misce z wodą i wziął ‘’spirytusową kąpiel’’. Jako że woda była zbyt cenna, by ją marnować, mężczyzna zmuszony był myć się gąbką moczoną w białym alkoholu. Po odświeżeniu się wrócił do kuchni przygotować sobie śniadanie.

W trakcie wczorajszego świętowania pięćdziesiątej kryjówki, Pierwszy postanowił, że nie ustanie w budowie kolejnych schronień, aż dojdzie do okrągłej setki. Miał jednak zamiar zwolnić trochę tempo i w międzyczasie zająć się hobby, które sobie wymyślił.

Od momentu, gdy zaczął poszukiwać broni w prywatnych domach, bardzo często zyskiwał częściowy wgląd w życie i historie ludzi mieszkających w nich przed Błyskiem. Ponieważ lista policjantów została już wyczerpana, miał teraz zamiar przeglądać więcej losowych budynków i odkrywać historie kolejnych mieszkańców miasta. Nakręcając się od samego rana tym pomysłem, zapomniał do południa o dręczących go w nocy myślach.

Gdy założył w końcu swój pancerny strój i postanowił wyjść na mały szaber, był w naprawdę pogodnym jak na siebie nastroju. Niestety dobry humor opuścił go, gdy tylko wsiadł do policyjnego busa. Wskazówka paliwa zbliżała się bowiem do czerwonego pola. Pierwszy, widząc to westchnął, opierając jednocześnie czoło o kierownice.

Zdobywanie paliwa było jedną z czynności, której mężczyzna najbardziej nie lubił. Samochodów w Krańcowie z jakiegoś powodu nie pozostało zbyt dużo, a większość z tych, które zostały w centrum, była już na rezerwie. Spuszczanie benzyny z baków nie było więc efektywną metodą jej pozyskiwania. Najbliższe stacje paliw znajdowały się niestety, poza bezpieczną strefą w której rezydował.- Nie mam wyjścia…- syknął, wracając na chwilę z powrotem do głównej kryjówki.

Po kilku minutach wrócił do samochodu z dwoma łamanymi strzelbami na gruby śrut i sztucerem z celownikiem. Strzelby znalazł przypadkiem w jednym z domów którego właściciel był myśliwym, a sztucer był pamiątką zabraną z mieszkania Daniela Regulskiego. Po dozbrojeniu się wszedł jeszcze na chwilę do garażu by zabrać z niego dodatkowe bańki na paliwo.

Tak przygotowany wyjechał samochodem w kierunku trasy wylotowej.

***

Ulica Iwaszkiewicza stanowiła dla Pierwszego punkt graniczny. Od skrzyżowania, które łączyło ją z ulicą Warszawską, zaczynał się ten krytyczny punkt, gdzie Niewykształconych robiło się znacznie więcej. Do tego pojawiały się typy, które w centrum praktycznie nie występowały: olbrzymie Dziady, pokraczne Krzywulce, potwornie odmienione psy z wieloma głowami, dziwactwa, które wykrzykiwały prośby o pomoc, tylko po to, by zaatakować każdego zwabionego ich wołaniem.

Nie było więc nic dziwnego w tym, że Pierwszy potrzebował chwili psychicznego przygotowania, by przekroczyć skrzyżowanie. Z rękoma opartymi na kierownicy, wpatrywał się nerwowo w głąb drogi, starając się dostrzec czy już z początku nie spotka go jakieś niebezpieczeństwo. Krańcowo wydawało się jednak złudnie puste.

Mężczyzna zacisnął mocniej kask, poprawił kamizelkę przeciw-uderzeniową, zaciągnął do granic możliwości ściągacze pancernych butów. W końcu wziął głęboki oddech i pokrzepiając się słowami – Gotowy na wszystko. - Wcisnął delikatnie pedał gazu.

Wyjeżdżając poza obręb centrum starał się nie przegazowywać silnika, by robić jak najmniej hałasu. Tocząc radiowóz między witrynami sklepów z odzieżą, rozglądał się wypatrując w każdej uliczce olbrzymich drzewnych postaci. Auto odbijało się od ogromnych przeszklonych witryn, za którymi stały ubrane w eleganckie stroje manekiny.

Pierwszy opuścił szybę i natychmiast usłyszał dziesiątki niepokojących dźwięków. Z budynków mieszkalnych nad sklepami dochodziły krzyki – POMOCY! – ale mężczyzna wiedział, że to były tylko potwory naśladujące ludzi w potrzebie.

Oprócz tego z różnych stron dochodziły dudniące odgłosy olbrzymich kroków, oraz pojedyncze chichoty i krzyki. Pierwszego zaniepokoiła myśl ile potworów musi w takim układzie skrywać się na obrzeżach miasta.

Mimo, że Pierwszy starał się ze wszystkich sił pozostać niezauważony, przekraczając przecznicę napatoczył się na niego Dziad. Olbrzym widząc poruszający się samochód, niczym drapieżnik pchany instynktem łowcy, ruszył do ataku.

Pierwszy docisnął pedał gazu, ale bus rozpędzał się dużo wolniej od zwykłego samochodu i już po chwili potwór zrównał się z bocznymi drzwiami. Swoją wielką pięścią uderzył w kratkę osłaniającą otwarte okno.

Zaatakowany mężczyzna trzymając jedną ręką za kierownicę, drugą chwycił leżącą na siedzeniu strzelbę. Dokładając lufę do oczka w kracie, wypalił w stronę potwora. Wystrzał oderwał sporą część prętów z osłony, przy okazji raniąc potwora i o mało nie wybijając Pierwszemu nadgarstka.

Mężczyzna sycząc z bólu, odłożył broń na siedzenie i zaczął rozpędzać samochód. Pędził przez chwilę główną ulicą i gdy tylko zyskał trochę przewagi, skręcił gwałtownie w boczną alejkę. Chowając się na tyłach sklepików, wyłączył silnik i sięgając po apteczkę, zaczął obwiązywać bandażem bolący nadgarstek. Po chwili okolice wypełnił odgłos dudniących kroków Dziada. Niewykształcony pobiegł główną ulicą mijając skryty na uboczu radiowóz.

Pierwszy odetchnął z ulgą. Odczekawszy kilka minut wyjechał z powrotem na drogę.

Ta chaotyczna ucieczka oddaliła go nieco od stacji Polen, na której zazwyczaj zdobywał paliwo. Analizując na szybko sytuację, stwierdził, że z tego miejsca bliżej będzie do Ratanoil które znajdowało się głębiej w mieście. Co prawda nie miał jeszcze okazji jej odwiedzać, ale po tym spotkaniu wolał nie kręcić się zbyt długo poza centrum. – Niech będzie…- potwierdził, akceptując w głowie zmianę pierwotnego planu.

Ponownie tocząc radiowóz, ruszył w kierunku bliższej stacji. Tym razem udało mu się nie zwrócić uwagi, żadnego większego potwora. Gdy z oddali dostrzegł ogromny słup reklamowy z fioletowym logiem RATAN, zatrzymał się na chwilę.

Wchodząc na dach radiowozu, mężczyzna spojrzał przez lunetę sztucera, na budynek stacji. Przy dystrybutorze stało pozostawione w trakcie tankowania srebrne kombi, a obok na parkingu największy autobus jaki widział w całym swoim życiu. Oprócz tego stacja wydawała się opustoszała.

Pierwszy wrócił do samochodu i podjechał do pokryw podziemnego zbiornika.

Na sam początek ocenił w którym znajduje się benzyna, a w którym ropa. Potem wyciągnął swoją największą zmorę - ręczną pompkę do paliwa.

Zakończony specjalną gruszką jednokierunkowy przewód, działał fatalnie gdy zbiornik z benzyną znajdował się poniżej baku radiowozu. Z doświadczenia Pierwszy wiedział, że spędzi tu co najmniej dwie godziny. Ściskając gumę najpierw jedną ręką, potem drugą czuł jak przechodzi prawdziwe agonie. Zwłaszcza, że niepodparty wystrzał ze strzelby, mocno naciągnął mu nadgarstek.

Gdy po piętnastu minutach ciągłego pompowania, przekręcił w stacyjce kluczyk, zobaczył, że udało mu się napełnić ledwo ¼ zbiornika. – Koniecznie muszę znaleźć lepszą pompkę…- westchnął i zrobił sobie chwilę przerwy.

Przechadzając się po okolicy stacji, podszedł do ogromnego piętrowego autobusu. – Aeroplan Skyliner…- odczytał jego nazwę i przez otwarte drzwi wszedł do środka.

We wnętrzu pojazdu mógł dopiero, zobaczyć jak wygląda luksus podróżowania. Autokar mimo, że zakurzony był praktycznie nowy. Kokpit błyszczał jednolitą czernią, błękitne wygodne siedzenia wyglądały jak wprost spod ręki tapicera, a z tyłu była toaleta i mały ekspres do kawy z serią sygnowanych filiżanek Skyliner.

Pierwszy usiadł przez chwilę za bardzo małą jak na gabaryty pojazdu kierownicą i spróbował ją przekręcić. Ta nie drgnęła nawet o milimetr. Zupełnie jakby była przyspawana. Mężczyzna przekręcił więc kluczyk i dostrzegł już ledwo jarzące się kontrolki. – Ciekawe czy odpaliłbym go kablami z radiowozu… - zastanowił się.

Przez głowę przeszła mu w tym momencie fantazja o zbudowaniu sobie mobilnej bazy z tego luksusowego pojazdu. Marzenia zostały jednak boleśnie strzaskane przez rozsądek i rzeczywistość. Piętrowy autobus był na pewno bardzo wolny. Do tego zbyt duży by wciskać się wąskie uliczki, a na samą myśl o tankowaniu go ręczną pompką, dłonie Pierwszego zabolały jakby miały zamiar eksplodować. – Szkoda zachodu…- westchnął i wyszedł na zewnątrz pozostawiając piętrusa w spokoju.

Z krótkimi przerwami na regenerację rąk, Pierwszy napełnił połowę baku w ponad godzinę. – Nie pomyliłem się…- wysapał, patrząc na zegarek w kokpicie radiowozu.

Dłonie mimo odpoczynku paliły go żywym ogniem, a ostatnie kilka minut zmuszony był dociskać gruszkę kolanem. – O święta naiwności! Ja naprawdę sądziłem, że napełnię jeszcze bańki? – spytał ironicznie.

Zbiorniki w Ratanoil musiały być umiejscowione niżej, niż te w Polan, bo tankowanie szło mu tutaj zdecydowanie gorzej. Zerkając jeszcze raz na wskaźnik paliwa Pierwszy, zaczął się zastanawiać co dalej. – Mam spore zapasy wody i jedzenia, z budowaniem schronień też miałem zwolnić. Mógłbym wykorzystać to paliwo do poszukania jakiejś lepszej pompy…- pomyślał, próbując jakoś usprawiedliwić nie wykonanie zadania do końca.

Zerkając po chwili, na swoje pulsujące pod rękawicami dłonie, stwierdził, że tym razem sobie odpuści. – Starczy - dodał pewnie i miał już wsiadać do samochodu, gdy nagle przez głowę przeszła mu jeszcze jedna myśl.

Ratanoil była stacją mającą przy swoich placówkach duże sklepiki dla kierowców ciężarówek. Pełno w nich było pysznego i długo przydatnego do spożycia jedzenia o horrendalnych cenach. Pierwszy przed Błyskiem często medytował nad paczkami z suszoną wołowiną i kabanosami, na które ze względu na rozsądek w wydawaniu pieniędzy nigdy się nie zdecydował. Teraz jednak nie musiał płacić…

Otwierając drżącymi rękoma drzwi radiowozu, złapał z niemałym trudem za jedną ze strzelb i wszedł do budynku sklepu. Tam oprócz wyschniętych na wiór parówek w podgrzewaczu, wszystko wyglądało właściwie jak przed Błyskiem.

Ogromne reklamy papierosów i kart lojalnościowych, wisiały nad półkami pełnymi jedzenia w paczkach z rysunkami amerykańskich trucków. Pierwszy zerknął przez chwilę na kanapki w plastykowych opakowaniach, które jakimś cudem wyglądały na wciąż zdatne do spożycia. – Tu chyba zamiast mąki, używają konserwantów…- skwitował, biorąc przez chwilę jedną z kanapek w rękę.

Zaraz potem jego wzrok padł na konserwy i suszone mięso, w tym tak upragnioną paskowaną wołowinę. Odłożywszy strzelbę na półkę, mężczyzna złapał za pierwszą z paczek i z niemałym trudem rozerwał ją zmęczonymi rękoma. Ze środka uniósł się bardzo przyjemny zapach wędzonego mięsa. Pierwszy nie czekając przesypał sobie zawartość do ust i zaczął rzuć.

Po chwili radości, jego czoło zmarszczyło się, a szybkość konsumpcji znacząco zwolniła.

Tak chyba smakuje rozczarowanie…- westchnął w głowie, odkładając napoczęte opakowanie z powrotem na półkę.

Nie miał jednak zamiaru się poddawać, bo na regałach wciąż stało mnóstwo jedzenia które miał zamiar spróbować. Gdy nachylał się nad paczkami parówek w cieście, z głębi stacji dobiegł jakiś hałas.

Pierwszy chwycił za dwururkę, ale miał straszny problem z utrzymaniem luf w jednym miejscu. Już po chwili zza podwójnych drzwi bez zamka, wyłonił się niewykształcony w fioletowym stroju pracownika stacji. Całe pomieszczenie momentalnie wypełnił zapach benzyny.

- Potwór…- wysapał Pierwszy, cofając się i jednocześnie próbując wziąć na cel przybyłą istotę.

Niewykształcony był o wiele mniej ludzki niż zwyczajni gospodarze i przywiódł Pierwszemu na myśl dziwaczne potwory, które spotykał poza centrum. Jego oczy były kolorowe jak plamy z paliwa rozlane na wodzie, skóra była nienaturalnie biała i sucha jak u trupa, a usta prawie całkiem fioletowe. Istota wydawała z siebie gulganie, jakby zbierało się jej na wymioty, a wargi pokryte miała jakimś żółtawym płynem. Na szczęście podobnie do Krzywulców poruszała się bardzo powoli.

- Ohydztwo…- stwierdził Pierwszy i spróbował wymierzyć ze strzelby.

Przez kilka sekund walczył z drgającymi rękoma, wycofując się w głąb budynku. Gdy jednak stwierdził, że nie utrzyma broni w naturalny sposób, wbił sobie kolbę pod pachę, by usztywnić nieco lufy. Jak tylko muszka znalazła się w okolicach szyi niewykształconego, mężczyzna chciał już nacisnąć spust, ale coś go zaniepokoiło.

Ta żółtawa ciecz, która wyciekała potworowi z ust i silny zapach benzyny, który roztaczał, sprawił, że z jakiegoś powodu strzelanie do niego nie wydawało się bezpieczne.

Pierwszy odsunął się więc jak najdalej tylko mógł i dopiero wtedy przymierzył ponownie by strzelić. Gdy tylko nacisnął spust stację rozdarła eksplozja, a on sam runął na ziemię przewrócony ognistym podmuchem. Paczki z jedzeniem i napojami wystrzeliły w powietrze, a wnętrze sklepu zaczął momentalnie wypełniać dym.

Mężczyzna spojrzał na swój tors i zobaczył na pancerzu ogień. Uderzając w niego rękawicami, momentalnie stłumił płomienie i spróbował się podnieść. W uszach słyszał jeden wielki gwizd, przez który tracił orientacje. Przez chwilę jak po omacku szukał na podłodze broni. Gdy w końcu ją odnalazł, przerzucił ją przez pas, a z kabury wyciągnął pistolet. Podnosząc się, spojrzał w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał potwór.

Z całego jego ciała została tylko miednica z biodrami oraz zwęglone resztki, które pokrywały wszystko dookoła łącznie z Pierwszym. Wyglądało na to, że na skutek strzału eksplodował jak kanister paliwa w grach.

- Przynajmniej już wiem…- pomyślał, ledwo słysząc nawet własny głos w głowie.

Widząc, że stacja zaczyna pokrywać się płomieniami, Pierwszy przeskoczył przez kontuar i sięgnął po gaśnice. Po chwili serią białych podmuchów, stłumił wszystkie małe płomienie jakie rozlały się po sklepie. – Szkoda by było, żeby cała stacja spłonęła - pomyślał.

Gdy budynek był już bezpieczny, mężczyzna ruszył w stronę radiowozu. Zdawał sobie w pełni sprawę, że ten hałas nie zostanie nie zauważony. Gdy tylko znalazł się w busie, przekręcił stacyjkę i ruszył w stronę Centrum.

***

Kolejny tydzień Pierwszy spędził zgodnie z postanowieniem na poszukiwaniu lepszego zamiennika dla swojej pompy. Niestety bez skutecznie.

W tym czasie zapomniał prawie o istnieniu spotkanego wcześniej Grzegorza. Sytuacja zmieniła się, gdy w trakcie poszukiwań zagalopował się na ulicę Rejmonta. To tutaj pod numerem 12 miał rzekomo mieszkać mężczyzna, który usilnie chciał nawiązać z nim przyjazne stosunki.

Ciekawe czy jeszcze żyje? - pomyślał Pierwszy, zatrzymując samochód na skraju drogi i obserwując przez chwilę, tabliczkę z nazwą ulicy.

W tym momencie w umyśle Pierwszego rozegrała się prawdziwa walka. Wewnętrznie wiedział, że jeśli znowu spotka się z Grzegorzem, będzie zmuszony znieść kolejną serie błagań i wyrzutów.

Z drugiej strony był naprawdę ciekaw, jak mężczyzna radzi sobie w tym niebezpiecznym świecie. Biorąc głęboki oddech, zostawił samochód na skraju ulicy i ruszył powoli pod zapamiętany adres.

Pierwszy nie szedł jednak główną drogą. Cały czas kluczył między budynkami, trzymał się winkli i pozostających w cieniu miejsc. Za wszelką cenę chciał ukryć swoją obecność. Gdy doszedł w końcu do bloku numer dwanaście, okolica wydawała się martwa. Stając pod uchylonymi oknami, nadstawił uszu, ale z wnętrza nie dochodził żaden dźwięk. – Nie żyje, czy go nie ma? – spytał się w myślach.

Z drżącym sercem otworzył drzwi na klatkę i powoli zaczął kroczyć w górę schodów. Nie miał zamiaru spotkać się z mężczyzną, ale chciał, chociaż sprawdzić, czy wciąć bywa on pod tym adresem. Skradając się próbował wychwycić najlżejszy szmer, świadczący o czyjejś obecności.

Gdy był już w okolicy drugiego piętra, usłyszał w końcu jakiś hałas.

Ktoś bez wątpienia upuścił coś na podłogę. Pierwszy zatrzymał się na chwilę wystraszony, ale prawie natychmiast kontynuował podróż na górę. W tym czasie z któregoś mieszkania dochodził niewyobrażalny harmider. Zupełnie jakby ktoś spróbował nagle zrzucić na podłogę wszystkie garnki w domu.

Gdy stanął przed drzwiami numer ???, ze środka usłyszał jedynie niewyraźny pomruk i bulgot. Pierwsze o czym pomyślał to, że po drugiej stronie znajduje się jeden z potworów. W jego opinii żaden człowiek nie byłby w stanie wydać z siebie takich dźwięków.

– Więc tak skończyła się twoja historia…- westchnął i wyciągnął pistolet.

Pomyślał w tym momencie, że w dobrym tonie byłoby zabić potwora i wyprawić mężczyźnie jakiś pochówek. Oczywiście jeżeli jego ciało wciąż znajdowało się w domu. Bądź co bądź, przynajmniej na pierwszy rzut oka Grzegorz nie wydawał się złą osobą.

Pierwszy nacisnął delikatnie klamkę i uchylił drzwi. Nim jednak wszedł do mieszkania korytarz wypełnił istny rumor. Mężczyzna zacisnął pewniej dłoń na pistolecie i wślizgnął się do kuchni. W jego nos momentalnie uderzył niewyobrażalny odór, a to co zobaczył przywodziło na myśl słowo - armagedon. Blat zapełniony był pustymi słoikami po przetworach, talerze leżały brudne i zaschnięte w istnych stertach, garnki i rondle stały porozrzucane po półkach i zlewie. Bez wątpienia w mieszkaniu ktoś kiedyś żył i stanowczo nie dbał o czystość.

Pierwszy przeszedł dalej w głąb salonu, dostrzegając przewróconą szafkę i leżącą obok nieprzytomną postać. Błyskawicznie rozpoznał w niej Grzegorza. Mężczyzna wyglądał na wycieńczonego, oddychał ciężko, a ubranie wisiało na nim jakby w ostatnim czasie schudł kilkanaście kilo.

Pierwszy przyklęknął obok i błyskawicznie poczuł, że od mężczyzny wręcz buchało gorąco. Bez wątpienia trawiła go gorączka. – Coś ty sobie zrobił? – spytał retorycznie i łapiąc nieprzytomnego za ramię, wciągnął go na sofę.

Przechadzając się po mieszkaniu, stwierdził, że Grzegorz bez wątpienia nie radził sobie zbyt dobrze. Reszta pomieszczeń wyglądała nie wiele lepiej niż kuchnia. Mimo otwartych okien buchał w nich niewyobrażalny fetor, a w pokoju służącym za sypialnie stała miska z wymiocinami.

Pierwszy zasłonił twarz chustą i wrócił do mężczyzny. Spojrzał na jego usta i zobaczył, że wyglądają jakby były wykute z kamienia. Bez wątpienia Grzegorz był krytycznie odwodniony.

Wchodząc do kuchni spróbował odnaleźć butelkę z wodą, ale pierwsze co rzuciło mu się w oczy to zapasy mężczyzny. Składały się w większości z gotowych dań i przetworów nie przeznaczonych do trzymania w lodówce. Pierwszy otworzył jeden ze słoiczków z gotowymi pulpetami i odchylając chustkę powąchał zawartość. Zapach nie wydawał się zły, ale gdy dotknął językiem pokrywki poczuł ledwo wyczuwalny cierpki smak. Wycierając usta o rękaw stwierdził, że mężczyzna musiał od dłuższego czasu żywić się nadpsutym jedzeniem. – Idiota…- skwitował kręcąc głową i ponownie zaczął szukać wody.

Niestety nie był w stanie odnaleźć żadnej, choćby napoczętej butelki.

Grzegorz musiał być już od dłuższego czasu tak osłabiony, że nie był w stanie zdobyć nawet tak podstawowej rzeczy.

Pierwszy wrócił do pokoju, spoglądając na dyszącego ciężko mężczyznę. – Jeżeli go tu zostawię umrze…- westchnął, patrząc w jego zapadłą twarz. – Niech to szlag i tyle z zasady nie pomagania…

***

Ponieważ mieszkanie Grzegorza nie nadawało się do niczego, Pierwszy zmuszony był zabrać go do swojej kryjówki. Tam spróbował przywrócić go do stanu używalności, całą wiedzą jaką posiadał. Oczywiście nie był medykiem z wykształcenia, ale jako człowiek dość oczytany wiedział przynajmniej od czego zacząć.

Kiedy szabrował apteki często natrafiał na kroplówki witaminowe, których kilka zawsze zabierał ze sobą na wszelki wypadek. Po kilku próbach udało mu się zamontować welfron w dłoni mężczyzny i zaczął nawadniać go dożylnie.

Pierwszego dnia Grzegorz nie odzyskał nawet przytomności. Drugiego zdarzały mu się krótkie chwilę świadomości, w trakcie których wypowiadał w majakach jakieś nie zrozumiałe słowa. Po kolejnych porcjach kroplówek i karmieniu mięsnym bulionem ze strzykawki, mężczyzna zaczął dochodzić do siebie. Trzeciego dnia oprzytomniał w końcu na tyle, by zrozumieć co się z nim dzieje. - Pierwszy…pierwszy człowiek którego spotkałem – wyszeptał jak we śnie, patrząc się na swojego wybawcę.

- Drugi człowieku którego spotkałem – prychnął Pierwszy. – Jesteś chodzącym dowodem, że przysłowie głupi ma zawsze szczęście jest prawdziwe…

Mężczyzna słysząc to uśmiechnął się. – Myślałem, że mam halucynacje… cholera, ale ty naprawdę mi pomogłeś – wyszeptał, próbując się podnieść.

- Leż! – rozkazał Pierwszy. – Musisz zbierać siły, bo nie mam zamiaru się tobą zajmować dłużej, niż to konieczne.

- Jasne…- odparł Grzegorz, zamykając powoli oczy.

***

Przez kilka kolejnych dni Grzegorz odzyskiwał siły. Gdy mężczyzna zaczął już próby wstawania z łóżka. Pierwszy zrozumiał, że jest to dla niego najbardziej problematyczny moment. Przychodząc po raz kolejny z jedzeniem i witaminami, przedstawił mężczyźnie zasady których miał przestrzegać podczas pobytu.

Po pierwsze nie wolno mu było wchodzić na piętro, bo tam okna nie były zamalowane i mógł rozpoznać okolice. Pierwszemu najbardziej zależało by miejsce jego kryjówki pozostało tajemnicą. Z tego samego powodu drzwi na zewnątrz były zamknięte, a klucz schowany. Po drugie pokój w którym Grzegorz spał był zamykany na noc.

Pierwszy nie miał zamiaru ukrywać, że ani trochę nie ufa obcemu i nie ma zamiaru ryzykować zastrzelenia w nocy.

Po trzecie i najważniejsze gdy tylko mężczyzna w pełni wydobrzeje, bezdyskusyjnie zostaje odstawiony do siebie i nie ma prawa poruszać tej kwestii. Za złamanie którejkolwiek zasady Pierwszy zagroził, że Grzegorz zostanie wywieziony daleko poza centrum i zostawiony na pastwę losu.

Mężczyzna, który ciągle nie czuł się zbyt dobrze, nie protestował nawet przez chwilę. Pierwszy był więc zmuszony gotować dla dwóch i chwilowo wstrzymał się z opuszczaniem domu, żeby pilnować swojego gościa. Na szczęście zapasy które zgromadził, pozwoliłyby na spokojnie pozostać tutaj nawet miesiąc.

Po tygodniu gdy Grzegorz chodził już o własnych siłach, zaczął próby nawiązania dłuższego dialogu z Pierwszym. Ten unikał tego jak tylko mógł, starając się przygotować na te rozmowę. Wiedział, że musi mieć solidną linie obrony, bo mimo, że wymusił na swoim gościu przyjęcie zasad, ten na pewno będzie próbował przekonać go, do połączenia sił. Zgodnie z przewidywaniami Grzegorz pojawił się któregoś wieczoru w kuchni, gdy Pierwszy przygotowywał kolację czytając jednocześnie książkę. Mężczyzna usiadł przy stole i poruszając nosem spytał - ładnie pachnie, co tym razem?

- Ryżanka – odparł beznamiętnie Pierwszy, a mina Grzegorza zrzedła momentalnie.

- Więc taki znalazłeś sposób? Próbujesz wygonić mnie stąd paskudną kuchnią? - spytał żartobliwie.

Pierwszy odwrócił się patrząc na niego surowo. - Nie mam pojęcia ile tygodni się podtruwałeś, ale wiem na pewno, że jeśli za szybko wrócisz do normalnego jedzenia, historia zacznie się od nowa.

Grzegorz skinął głową na znak, że rozumie i zmienił temat. – Hej… Słuchaj… Wiem, że to może zabrzmi jakbym miał jakieś pretensje… A nie mam ich! I nie to, żebym miał prawo jakiekolwiek mieć. Pomogłeś mi za co jestem ogromnie wdzięczny, ale nie mogę nie zauważyć, że unikasz dłuższej rozmowy ze mną jak ognia… A ja naprawdę potrzebuję pogadać – powiedział na jednym wdechu.

Pierwszy odwrócił się w stronę garnka i ignorując zarzut, powiedział – nie oczekuje wdzięczności. Pomogłem ci by egzystować w zgodzie z własnym sumieniem…

- Wow…- zaintonował Grzegorz bujając się na krześle. – No właśnie tu jest ta sprawa, która nie chce, żeby zabrzmiała jak pretensja. No bo nie chciałeś mi pomóc, zostawiłeś mnie gdy byłem jeszcze w pełni sił, a potem gdy byłem prawie umierający poświęciłeś swój czas i środki by mi pomóc… To jak właściwie działa to twoje sumienie.

Pierwszy westchnął zamykając książkę gdy doszło do niego, że nie będzie już szansy by ją skończyć. – Praktyczne – odpowiedział sztywno. – Gdy zobaczyłem cię umierającego, a zostawiłbym cię ze świadomością, że mogę ci pomóc, odpowiadałbym za twoją śmierć.

Grzegorz pokręcił głową. – No dobra, ale nie przeszkadzało ci to zostawić mnie samego gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy.

- Jesteś zdrowym dorosłym mężczyzną – odparł mu chłodno Pierwszy. – Miałeś dokładnie takie same szanse na przetrwanie jak ja…

W tym momencie Grzegorz prychnął. – Powiedział ktoś, kto na pewno był kiedyś jakimś komandosem…

Słysząc to Pierwszy podniósł zirytowany oczy do góry. – Jestem…Byłem pracownikiem magazynu. Broń po raz pierwszy trzymałem w rękach jak zaczął się ten bałagan. Po prostu używam mózgu…

- A ja nie? – zaprotestował Grzegorz.

W tym momencie Pierwszy spojrzał się ironicznie. – Mam pewne wątpliwości gdy widzę człowieka który próbuje przetrwać, żywiąc się wyłącznie nadpsutymi pulpetami. Naprawdę nie czułeś, że z tymi słoikami jest coś nie tak?

- Czułem…- odparł Grzegorz. – Tylko to było błędne koło. Data ważności była w porządku więc natargałem się tego badziewia do domu, bo wydawało mi się, że będzie smaczne. Zapach był w miarę, smak też jako tako. Myślałem, że ta cierpkość to po prostu jakaś ostrzejsza przyprawa. Po kilku dniach dopadła mnie biegunka, tak mnie wyorało, że nie byłem w stanie się ruszyć. Pomyślałem sobie, nabiorę sił i pójdę poszukać czegoś innego... Ale siły nie wracały, a żołądek ssał. Spróbowałem to wygotować mocniej, myślałem, że tylko jeden słoik był lewy. No ale nawet po przegotowaniu to dalej nadawało się do wywalenia przez okno. Druga biegunka i ledwo byłem w stanie chodzić, a w domu nic innego. Myślałem, że jak się trochę przegłodzę to mi się poprawi, ale zamiast tego robiło się tylko gorzej. W końcu ledwo chodziłem po domu, a z głodu dalej ciągnęło do jedzenia i tak prawie doprowadziłem się do śmierci...- Opowiedział tak ekspresywnie jakby relacjonował mecz sportowy.

Pierwszy wsłuchując się w historie mężczyzny, przypomniał sobie jedną rzecz która frapowała go od momentu gdy ocknął się w tym świecie. – Daty się nie zgadzają…- stwierdził nagle, a Grzegorz popatrzył na niego zaciekawiony. – Gdy obudziłem się na cmentarzu i spojrzałem na telefon, wszystko wskazywało, że byłem nieprzytomny może kilka minut. Tymczasem niektóre miejsca w mieście wyglądały jakby były opuszczone od lat. Wszystkie rzeczy które szybko się psuły nie były już nawet zgniłe, a po prostu wysuszone. Do tego wszędzie kurz i wyschnięte rośliny…

- Też to zauważyłem… - stwierdził niepewnie Grzegorz. – Jak myślisz co to znaczy?

- Nie mam pojęcia…- stwierdził szczerze Pierwszy, który już od dawna zrezygnował z próby rozwiązania tej zagadki.

Mężczyźni milczeli przez chwilę, aż w końcu Grzegorz spytał. - To mógłbym chociaż poznać twoje imię?

- Nie lubiłem go dawniej i tym bardziej nie mam zamiaru używać go teraz, gdy nie muszę. Zwłaszcza że już niedługo nie będziesz miał okazji, by go używać - skwitował Pierwszy, chcąc mimochodem podkreślić, że gościna dla Grzegorza się kończy.

Ten ledwo powstrzymywał się by nie okazać irytacji. - To jak mam się do ciebie zwracać? - spytał z marsową miną.

- Jak sobie chcesz...- odparł Pierwszy, otwierając ponownie książkę, licząc na to, że obrażony mężczyzna zostawi go w spokoju.

Ten nie dał jednak za wygraną i natychmiast stworzył przezwisko.- No dobrze ''Pierwszy Człowieku Którego Spotkałem'' – zaintonował dobitnie. - Mogę mieć do ciebie kilka pytań?

- Drugi człowieku którego spotkałem - odparł ironicznie Pierwszy. - Zrobisz to bez względu na to, czy się zgodzę. Więc miejmy to już za sobą.

Grzesiek wyraźnie się ucieszył na tę wymuszoną zgodę, ale po chwili zmarszczył czoło. - Zaraz, zaraz! Jak to drugi człowieku?! Że oprócz ciebie samego jestem drugi?

Pierwszy pokręcił głową. - Spotkałem jeszcze kogoś przed tobą...

- To jest nas więcej? - spytał uradowany Grzegorz.

- Już nie...- odparł Pierwszy, grobowym głosem, patrząc się spode łba na swojego rozmówcę.

Nieco wytrącony z równowagi Grzegorz dopytał - jak to?

- Tamtego zabiłem...- odparł Pierwszy wzruszając ramionami.