Opowieści z Martwego Świata - Drugi

- Nowoprzybyły, co przyniesiesz światu? – Nie jestem pewien dlaczego, ale za każdym razem gdy wychodzę ze strefy zamarcia, ciśnie mi się na usta właśnie to pytanie. Gdyby jeszcze jego pochodzenie miało jakiś pozytywny oddźwięk. Niestety, służy ono za motto łowców dusz z Nowego Dworu. Ostatniego miasta w którym ktokolwiek chciałby się pojawić jako nowo przybyły. Tak sobie często myślę, że dużo bardziej adekwatne byłoby. – Świecie! Co przyniesiesz nowo przybyłemu? – ale nigdy nie mogę tego zapamiętać. Gdy przebijam się już przez te ścianę, która oddziela od siebie to co próbuje jeszcze zachować ład i porządek Starego Świata, a to co jest już tylko czystym chaosem, wrażenie jest tak niesamowite, że po prostu nie skupiam się na niczym innym.

Człowiek czuje się jakby wchodził w ocean, ale nie zanurzał się nim. Wchodził w idealną równą ścianę wody, która nagle zaczyna naciskać na ciebie z całą mocą. Z jednej strony wypycha i tłamsi, ale z drugiej pozwala ci iść dalej, bo nicość nie może stawiać oporu. I wtedy czujesz się jakby wszystkie zmysły zaczęły wariować, jest ci skrajnie gorąco i zimno jednocześnie, jesteś szczęśliwy i smutny, zakochany i obojętny, myśli przestają płynąć normalnie, a ostatnia którą miałeś zawisa po prostu w głowie rezonując bez przerwy. W końcu czujesz się jakby twoja jaźń wyprzedzała ciebie, a po chwili idziesz krok za nią. Tak najprościej opisać przejście. Nic dziwnego, że gdy to się już dzieje nigdy nie pamiętam…

Przechodzę i znowu to samo ciśnie się do ust.- Nowo przybyły, co przyniesiesz światu? – wyszeptałem padając wycieńczony na kolana. Oczywiście na ziemię runęła też moja broń.

Nowo- dworska strzelba Trak-3, napędzana ‘’kamieniem-trakcyjnym”. Prawdziwy miotacz błyskawic. Ciężka, nieporęczna, brzydka i bez problemu radząca sobie nawet z ludźmi posługującymi się błędami. – Dobrze, że nie wypaliła w czasie upadku – pomyślałem podnosząc ją za izolowaną kolbę. Znając moje szczęście, dostałbym w jedyne miejsce którego nie chroni mój płaszcz ściągnięty z ‘’Nocnego Przechadzacza”. Ta wyjątkowa parka chociaż śmierdzi trupem, jest siedliskiem wielu przydatnych błędów. Nie można jej podpalić, przeciąć nożem, a do tego posiada niemal stu procentową wchłanialność kinetyczną. Gdy ktoś strzela mi w plecy ze zwykłej broni, czuje się jakbym obrywał piłką do tenisa, a w głowie rodzi się jedna myśl. – Kiedy w ogóle nauczyłem się takich słów jak ‘’kinetyczna’’?

Takie wtrącenia jak z podręcznika naukowego zawsze były domeną, Pierwszego… Cholera, gdybym spotkał go teraz w końcu nie czułbym się przy nim jak głąb. Ale jemu chyba nigdy to nie przeszkadzało… Lubił dzielić się wiedzą. Myślę, że gdzieś w środku nawet cieszył się, że miał z kim. Dziś ja też mógłbym mu coś opowiedzieć. Na przykład jak zabić prawie nieśmiertelnego ‘’Nocnego Przechadzacza” albo jak nosić potem jego naszpikowany błędami płaszcz i nie zachorować na defekt… No dobra tego ostatniego akurat nie wiem, bo płatnerze z Nowego Dworu, niechętnie dzielą się wiedzą, ale coś tam udało mi się podpatrzeć.

W tym momencie to już nie było ważne, spojrzałem w końcu na tabliczkę z nazwą miejscowości. – Oczywiście, znowu nie Krańcowo – warknąłem.

Nie żebym jakoś szczególnie robił sobie nadzieje. Nie żebym też musiał spoglądać na tabliczkę. Znam przecież dobrze miasto w którym się urodziłem. Traktuje to po prostu jako przypieczętowanie tego, że znowu mi się nie udało. Może gdybym pobył w tym cholernym Nowym Dworze trochę dłużej, to nauczyłbym się ich metod podróżowania, ale teraz to już mrzonka.

Stojąc po środku wąskiej asfaltowej drogi w oddali dostrzegłem typowo wiejskie zabudowania. Po miejscowości noszącej zaszczytne miano ‘’Broniewice” nie spodziewałem się po prostu niczego innego. W oczy rzuciła mi się zwłaszcza dzwonnica niewielkiego ceglanego kościoła, który stał mniej więcej w centrum osady. Był to chyba najbardziej charakterystyczny element każdej małej polskiej miejscowości.

- Może przynajmniej trafiłem na miejsce, w którym nie ma jeszcze ludzi? – pomyślałem z nadzieją. Pusty świat był czymś czego teraz strasznie potrzebowałem. Chwili odpoczynku bez użerania się z bandą tubylców, którzy zdążyli już stworzyć własny system prawno-obyczajowy, w ramach którego bez wątpienia byłbym wrogiem publicznym numer ‘’dwa’’.

Ta dwójka od dawna miała dla mnie symboliczne znaczenie. Towarzysze z Pierwszej grupy nazywali mnie Drugi, w Nowym Dworze mówili na mnie Drugi, aż w końcu sam zacząłem określać się per ‘’Drugi”. Wyrysowałem sobie nawet ogromną Dwójkę na pancerzu. Szkoda tylko, że palce u lewej ręki mam trzy…

Biorąc strzelbę w ręce postanowiłem nie zwlekać dłużej. Czasami nawet nie pozorne miejsce mogło skrywać coś interesującego. Chociaż większość błędów w miejscach które odwiedzałem powtarzała się, to czasem trafiały się wyjątkowe. Może właśnie tu skrywał się taki, który mógł przynieść mi jakiś pożytek? Sposób na powrót do domu?

Nakręcony tą nadzieją, ruszyłem w kierunku miasta.

Nauczony doświadczeniem, zwykle do żadnego miejsca nie wkraczałem główną drogą, ale tutaj nie miało to znaczenia. Pojawiłem się po środku martwego pola, bez choćby kępy wyschniętych krzaków za którymi można byłoby się schować. Plus był taki, że z oddali byłem w stanie dostrzec niebezpieczeństwo. Minus, że niebezpieczeństwo równie łatwo wypatrzyłoby mnie.

Idąc co jakiś czas spoglądałem przez lornetkę, próbując dojrzeć jakikolwiek ruch w mieście, ale ulice wydawały się martwe. – Może to rzeczywiście, dziewiczy świat? – pomyślałem z nadzieją. Puste światy miały tylko jedną wadę: Żadnych resetów. Można było zapomnieć o świeżych pasztecikach, czy choćby nie zgniłych owocach w puszcze. Na szczęście po tylu odwiedzonych kawałkach rzeczywistości, na pamięć znałem już rzeczy, które mogły stać na półkach nawet latami i od których nie wywracało żołądka na drugą stronę.

Natrafiłem też kiedyś na badacza który uważał, że małe fragmenty rzeczywistości są zbyt ‘’słabe” by powołać z powrotem ludzi. Może to była taka mała rzeczywistość?

Skuszony ciekawością zatrzymałem się na chwilę i sięgnąłem do plecaka, wyciągając z niego potłuczony kalejdoskop. Przedmiot ten był Reliktem, pozwalającym dostrzec granicę rzeczywistości i początek stref zamarcia. Przykładając go do oka pokręciłem chwilę, aż kolorowe szkiełka zupełnie się rozpłynęły pozwalając zobaczyć, ‘’prawdziwy” świat. Już po chwili, dookoła miasta dostrzegłem wiszące girlandy przypominające zorze polarną, tylko sięgającą ziemi.

Rzeczywiście fragment w którym wylądowałem nie był zbyt duży, ale nie można go też było uznać za jakiś mikro-świat. Widywałem już mniejsze kawałki rzeczywistości które miewały regularne błyski i nowo przybyłych. Wkładając kalejdoskop do plecaka ruszyłem dalej.

Byłem już w połowie drogi między miastem, a strefą zamarcia gdy zauważyłem coś niepokojącego. Przyklęknąłem na chwilę i sięgnąłem po lornetkę. W ciasnej uliczce między typowymi wiejskimi drewniakami, dostrzegłem grupę stojących Potłuków. Większość była już tak przemieniona, że nie posiadała nawet kępek włosów, a tylko nieliczne nosiły jakieś fragmenty spodni poniżej torsu. Najbardziej przerażające było to, że te Potłuki nie poruszały się.

Ci niewykształceni byli już pozbawieni praktyczne wszystkich zmysłów, z wyjątkiem jednego. Potrafili wyczuwać ludzi. Gdyby w mieście była choćby mała grupa, potwory krążyłyby próbując ich odnaleźć. Nie poruszająca się duża liczba Potłuków, mogła świadczyć o jednym – ‘’Świecie Dokonanym”. Miejscu w którym pojawili się już wszyscy możliwi nowo przybyli i żadnemu nie udało się przeżyć. Taki świat można było właściwie uznać za martwy.

Mimo, że zdolność wyczuwania Potłuków była bardzo ograniczona dla pojedynczych ludzi, postanowiłem nie kusić licha. Ominąłem główną część miasteczka i wyschniętymi polami przeszedłem na jego obrzeża. Nogi zaczynały powoli przypominać mi, że nie jestem postacią z gry i nie będą pokonywać takich odległości bez marudzenia. Musiałem się zatrzymać i odpocząć. Chciałem też w spokoju przejrzeć mapę. Zobaczyć gdzie mnie wyrzuciło. Czy chociaż zbliżam się do Krańcowa?

Z oddali dostrzegłem jakiś wysoki budynek, chyba najwyższy w okolicy nie licząc wieży kościoła. Musiał tam być jakiś zakład produkcyjny albo biuro. Postanowiłem spróbować szczęścia.

Szybko okrążyłem okolice i wpadłem na jego podwórze. Był tam mały park maszynowy, kilka kombajnów, traktory, przyczepy. Pewnie miejsce było jakąś spółdzielnią albo wynajmowało sprzęt rolnikom. Najważniejsze, że nie było tam Potłuków.

Wciąż nadstawiając uszu skierowałem się w stronę budynku. Na dużych przeszklonych drzwiach widniał napis Agrox, oraz godziny otwarcia biura. Czyli miejsce było rzeczywiście siedzibą jakiejś spółki. Otworzyłem je delikatnie i w tym samym momencie zmroziło mnie. Usłyszałem płacz… Płacz niemowlaka… W Nowym Świecie słyszałem go tylko raz i wiedziałem, że nie zwiastuje nic dobrego. – Krejer…- szepnąłem odsuwając się powoli od drzwi. Wtedy poczułem, że coś chwyta mnie za ramię.

Ciało zareagowało szybciej niż myśl. Odwracając się gwałtownie zamachnąłem się kolbą broni, o włos mijając czyjąś głowę. Postać zdołała uniknąć uderzenia, ale i tak upadła na ziemie. Gdy zyskałem trochę dystansu wycelowałem i po raz drugi już dzisiaj mnie zmroziło. To był człowiek! To była kobieta! To była anielska kobieta!

Blondynka o drobnej twarzy, która mimo brudu wciąż zdawała się promieniować pięknem. Miała drobne usta, ostry niewielki nosek i błękitne oczy. A może to piękno tylko sobie wymyśliłem? Może była normalna, a ja byłem z ludzi którym podobały się wszystkie kobiety?

Pierwszy już by to skomentował, ale miałem teraz w głowie co innego niż wymyślanie co by powiedział. Dziewczyna patrzyła się na mnie bez cienia strachu w oczach, co było dość dziwne. Zdawałem sobie sprawę, że moja broń dla niewprawnego oka wyglądała jak kupa złomu i przewodów, poprzyczepianych losowo do kawałka deski, no ale sam jako ‘’obcy’’ powinienem był zrobić jakieś wrażenie… Chyba, że bywali tu już ludzie z innych miast.

- Jesteś człowiekiem…- wyszeptała dziewczyna.

- Raczej cyfrą – odparłem.- Mów mi Drugi – przedstawiłem się wyciągając rękę.

Dziewczyna spojrzała niepewnie na moje trzy palce. – Świetne pierwsze wrażenie. Nie dość, że chujowy żart z pseudonimem to jeszcze podałem okaleczoną rękę – pomyślałem zażenowany i przerzucając Traka, wyciągnąłem w jej stronę kompletną dłoń.

Podniesiona dziewczyna nieco mnie zaskoczyła bo dopadła do mojej twarzy i jakby była niewidoma zaczęła mnie po niej macać. Rozciągała policzki, przeczesywała włosy, a na koniec przechylała oglądając pod każdym możliwym kątem. Po chwili jej oczy rozszerzyły się zszokowane. – Nie znam cię… Ja cię naprawdę nie znam! – zawołała uradowana.

- To wasze tradycyjne powitanie? – spytałem, zanim ugryzłem się w język. Czy naprawdę powinno mnie to dziwić? Ile takich miejsc już widziałem? Ile dziwactw? Przecież są kawałki ‘’Martwego Świata” przy których Krańcowo wyglądało jak raj. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jaką traumę musiała przejść ta piękność przed spotkaniem ze mną.

- Przepraszam…- pisnęła zawstydzona, opuszczając głowę, ale po chwili znowu zawołała uradowana. – Ale ty przybyłeś z zewnątrz! Czyli można stąd uciec! Czyli nie jesteśmy uwięzieni!

- Uciec można…- westchnąłem, a przez myśl przebiegło oczywiste pytanie - Tylko dokąd?

Naszą ledwo rozpoczętą rozmowę przerwał przerażający płacz, który wydobył się z budynku. Krejer się zbliżał! Chciałem już zawołać żebyśmy uciekali, ale dziewczyna mnie ubiegła i chwytając za rękę, wyszeptała. – Chodź ze mną!

Zwykle nie odmawiam kobietom, ale doświadczenie nauczyło mnie już tego i owego. Na przykład, że czasem ładna dziewczyna to doskonały wabik. Chociaż ruszyłem razem z moją nową towarzyszką, szybko wyślizgnąłem się z jej uścisku i chwyciłem za broń, a w czasie biegu bacznie obserwowałem okolicę. Dziewczyna odbiegała co raz dalej od centrum wsi, prowadząc nas jakąś wiejską wyłożoną kamieniami drogą. Co jakiś czas mijaliśmy pojedyncze gospodarstwa, otoczone zmarniałymi polami. Nagle na jednym podwórzu między budynkami gospodarczymi, zobaczyłem Potłuka. Z tej odległości nie było szans, żeby nie wyczuł dwojga ludzi.

Niestety nie pomyliłem się, niemal natychmiast ruszył za nami w pościg. Jego silne kroki odbijały się od klepiska podnosząc kurz, jakby uderzały w niego końskie kopyta. Bez słowa, wypchnąłem dziewczynę do przodu, a sam zatrzymałem się mierząc z Traka.

Szybkie naciśnięcie spustu, chwila buczenia, lampy i transformatory zajarzyły się rdzawym światłem i w końcu uderza błękitna błyskawica. Nie musiałem nawet dokładnie celować, ta broń praktycznie sama znajduje cel. Potwór zatrzymał się rażony. Jego ciało drgało, a skóra zwęglała. W Nowym Dworze uczą by Potłuka trzymać nie krócej niż siedem sekund. Odliczyłem w myślach i puściłem spust. Potłuk niemal natychmiast upadł bezwładnie na ziemie, a całą okolice wypełnił smród zwęglonego ciała.

- Ty…Ty go zabiłeś…- wyszeptała dziewczyna, zasłaniając usta dłonią. – Tak po prostu…

- Heh… Ale to nie był twój krewny co? – spytałem, siląc się na żart. Kurwa nawet po tym wszystkim co przeszedłem, dalej wychodzi ze mnie goguś na widok dziewczyny…

W tym momencie blondynce łzy napłynęły do oczu, ale o dziwo nie wydawała się smutna. – Pośpieszmy się! – ponagliła i znowu łapiąc za moją rękę, pociągnęła mnie za sobą.

Filigranowa przewodniczka była naprawdę szybka, bo ledwo za nią nadążałem. Po jakiś pięciu, może dziesięciu minutach biegu, zobaczyłem dość wysoki kremowy budynek remizy. Była to bardzo biedna i zaniedbana placówka.Świadczyły o tym choćby pomalowane na czerwono wrota od stodoły służące za drzwi od garażu i pordzewiały pożarniczy Żuk bez nadkoli, wrastający w ziemię.

Dziewczyna wbiegła na teren przed remizą i doskoczyła do drzwi pukając kilka razy. W ciągu minuty po drugiej stronie dało się słyszeć odsuwany rygiel. – Marta…- zawołał jakiś męski głos. – I jak udało ci się coś znaleźć?

Mężczyzna otwierający drzwi był dość potężny i to nie w tym pozytywnym znaczeniu. Dla niego taki bieg jaki przed chwilą zaliczyłem, byłby już wstępem do zatrzymania akcji serca. Podobny stan zaliczył gdy zobaczył mnie obok dziewczyny, której imię właśnie przypadkowo poznałem.

- Kto…kto to jest! – zawołał mężczyzna tracąc kolor na swojej pomarszczonej twarzy.

- Obcy! – zawołała dumnie dziewczyna. – Nie z naszej wsi! Gdzie tata?

- W głównej sali… - wydukał zszokowany mężczyzna, sprawiając, że poczułem się naprawdę nieswojo. Nie żebym pierwszy raz był traktowany jako ‘’ten obcy’’, ale na pewno pierwszy raz uznano mnie za zjawisko.

Dziewczyna popatrzyła na mnie tak radosnym wzrokiem, że przez chwilę nawet zapomniałem, o własnym bezpieczeństwie. I gdy powiedziała – wejdź proszę! – to jak głupi ruszyłem za nią. Gdyby mężczyzna w drzwiach miał w tym momencie broń, byłbym już martwy albo rozbrojony. Na szczęście nic takiego się nie stało.

Marta prowadziła mnie przez ciemny korytarz. Po drodze minęliśmy wejście do garażu i szatnie strażaków, aż doszliśmy do głównej sali w remizie. Tego charakterystycznego miejsca gdzie zawsze organizowano okoliczne dyskoteki albo wesela. Tego miejsca pachnącego zwykle przegotowanym rosołem i wilgotnym drewnianym parkietem. Tego w którym zawsze wisiał portret matki z dzieciątkiem pod którym w dniu wesela zawsze sadzano parę młodą.

Tu nie było inaczej, tylko zamiast pary młodej pod obrazem madonny z dzieciątkiem, siedział typowy wójt. Mężczyzna otyły, uzbrojony w sumiasty wąs i sweter w te dziwne figury, którego wzoru nigdy nie mogłem zrozumieć. Tuż obok niego stał jakiś wysoki młody chłopak w strażackim mundurze potakując żywo i jego kolega po sikawce, nieco niższy i bardziej korpulentny.

- Musimy jeszcze sprawdzić chałupę Gućwińskich – tłumaczył wąsacz. – Jolka miała zawsze spiżarnie pełną przetworów, a jej stary gotował bimber. Mogą mieć cukier, a może ze słoików też coś ocalało…- mężczyzna przerwał swoje plany widząc mnie i Martę. Chociaż gdy próbował pozbierać szczękę z podłogi, chyba bardziej chodziło mu o mnie. Jego dwaj kompani obrócili się i pobledli jakby zobaczyli ducha.

- Co do cholery! – syknął wyższy strażak.

- Duch jaki? – spytał wyższy.

- To nie duch! – zawołała Marta! – On nie jest z naszej wsi! Przybył z zewnątrz!

Cała trójka przy stole otworzyła szeroko oczy. A ja byłem nie mniej zdziwiony. Marta, facet przy drzwiach, dwóch strażaków i wąsacz. Pięć osób! Za dużo w jednym miejscu by Potłuki ich nie wyczuły. Nawet z drugiej strony wsi. Może w jakimś dużym mieście taka grupa mogła by jeszcze pozostać nie zauważona, ale nie tutaj! Co prawda Prawo Trzech zazwyczaj nie tworzyło się instant, ale w praktycznie dokonanym świecie, musiało istnieć.

Wójt ocknął się w końcu, podbiegając do mnie z wyciągniętą ręką. – Marek Lachowicz! – zawołał. – Miło mi poznać panie…?

- Jestem Grzegorz – odpowiedziałem. – Ale chyba wolę jak mówią na mnie Drugi… Takie durne przyzwyczajenie.

- Drugi? – dopytał.

- Długa historia…- odpowiedziałem nie widząc sensu w tłumaczeniu przezwiska.

Zaraz po przedstawicielu ‘’władzy” powitali mnie dwaj strażacy, Dawid i Bartek. Ściskając im rękę, zerknąłem na Martę która wyglądała tak, jakby sprowadziła do nich skarb. Po skończonym powitaniu Wójt popatrzył na mnie badawczo. – Naprawdę przybyłeś z zewnątrz panie Drugi? Z poza wsi? Możesz nam wyjaśnić co się stało? Dlaczego nikt nas nie ratuje? Czemu nie możemy stąd wyjść! – zawołał, a w jego głosie mieszała się ciekawość i pretensja.

- Mogę…- odparłem zrezygnowany. Chociaż będąc ze sobą szczerym, tłumaczyłem to już tylu napotkanym osobą, że powoli zbierało mi się na wymioty. – Usiądę sobie…- westchnąłem odsuwając krzesło.

W tym momencie wójtowi musiało przypomnieć się o manierach, bo zapytał natychmiast. – Może coś zaproponuje… Nie mamy dużo, ale dla takiego gościa coś się znajdzie!

- Kawę…- odpowiedziałem. – Z cukrem jeśli macie… - dodałem, odkładając broń i plecak żeby móc się oprzeć. Przeszedłem już dzisiaj taki kawał, że moje odciążone nogi po prostu pulsowały.

- Marta! – zawołał Marek. – Kawę dla naszego gościa!

Dziewczyna pokręciła zirytowana głową. – Dobrze, tylko niech nie opowiada beze mnie…- zażądała i przeszła do kuchni, przeciskając się przez dziurę do zwrotu naczyń.

Jeden ze strażaków zbliżył się natychmiast, obserwując Traka- 3 od góry. – To broń?

- Mhm…- odparłem, a wójt ponaglił mnie.

– To co? Co z tą pomocą? Przyjdzie w końcu jakaś?

Popatrzyłem na niego ledwo powstrzymując się przed westchnięciem. – Nie, nie przyjdzie... – pomyślałem. - Jeżeli nie nauczycie się radzić sobie w tym świecie, to miejsce wśród niewykształconych już macie. Chociaż często bardzo mnie korciło, nigdy bym tak nie powiedział. – Poczekamy na Martę – stwierdziłem dosadnym głosem, dając do zrozumienia, że naciskanie na mnie nic nie wskóra. W międzyczasie sięgnąłem do plecaka i otworzyłem sobie atlas polski. – Jakie to województwo?

- Mazowieckie – odparł strażak Bartek.

Przeciągając palcem po mapie, spróbowałem odnaleźć Broniewice, ale nie mogłem trafić. – Jakie jest największe miasto w pobliżu?

- Mława…- odpowiedział ponownie Bartek, a ja szybko zlokalizowałem gdzie jestem. Wtedy serce mi przez chwilę stanęło. Zbliżałem się! Znowu się zbliżałem…

Nie minęło pięć minut, a Marta wróciła w towarzystwie jakiejś starszej babci, młodego chłopaczka i najprawdopodobniej jego mamy. Od tego widoku skóra mi ścierpła. Dzieci zwłaszcza tak młode, oznaczały świat na skraju dokonania. Niewykształceni jacy tworzyli się w tym okresie, byli najbardziej przerażający z możliwych.

Najgorsze, że było nas już dziewięć osób. Czemu niewykształceni nie przybywali? Odruchowo wyprostowałem się, żeby wyjrzeć przez okno, ale nic się nie działo.To było naprawdę dziwne. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że przecież ci ludzie są tu od dłuższego czasu. Coś musiało sprawić, że zostali poza zasięgiem potworów.Ale co? Remiza kryła jakiś ukryty błąd, który zakłócał naturalny radar Potłuków?

– Proszę twoja kawa – stwierdziła dziewczyna podstawiając mi spodek i przyklękając wdzięcznie. To było tak urocze, że natychmiast miałem ochotę się oświadczyć.

- Co tu robicie! – zaperzył się wójt, patrząc na przybyłe kobiety.

- Też chcemy wiedzieć – odparła seniorka zerkając karcąco na mężczyzn.

Ja w międzyczasie złapałem łyk kawy która była całkiem smaczna. - Widzisz Pierwszy nawet z byle czego, można zrobić dobrą kawę, jak się chce.

Jednocześnie układałem już sobie te samą pogadankę co zawsze. Pogadankę która miała za chwilę zepsuć wszystkim humor, pogrzebać nadzieję i doprowadzić do rozpaczy. Po raz ostatni zerknąłem w uśmiechniętą twarz Marty, żegnając się powoli z tym widokiem. – Dobrze posłuchajcie – westchnąłem obracając się by mieć zebranych przed sobą. – Żadna pomoc nie przyjdzie. To co wydarzyło się w waszej wsi, wydarzyło się na całym świecie. Nigdzie nie ma miasta w którym byłoby bezpiecznie. Są miejsca mniej niebezpieczne, bardziej niebezpieczne, ale podróż do nich dla kogoś kto nigdy się nie przemieszczał, to praktycznie samobójstwo. Błyska u was czasem? – spytałem.

- Błyska? – dopytał Wójt.

- Pojawia się światło i wszyscy tracicie przytomność? – powtórzyłem bardziej zrozumiale.

- Już od dawna nie…- wtrąciła dziewczyna, a ja westchnąłem.

Skoro zostały już prawie same Potłuki i Krejery, ci ludzie musieli być ostatnimi z tego miasta. Zmieniało się zbyt mało rzeczy, by wywołać Błysk. – Dobrze, więc taka rada. Darujcie sobie ucieczkę z miasta, a jeżeli nie chcecie umrzeć z głodu, podpalcie kilka budynków. Tam gdzie możecie przestawiajcie rzeczy z miejsca na miejsce. Gdy znowu stracicie przytomność jest szansa, że zniszczony dom odnowi się razem z zapasami...

- Zaraz! – przerwał mi wójt. – Mówisz, że pomoc nie przyjdzie i każesz nam podpalać wieś? Jesteś niespełna rozumu?

- Ja tylko doradzam. Chcecie to posłuchacie, nie chcecie to nie… - odpowiedziałem może nieco zbyt opryskliwie, ale wtedy do rozmowy znowu wmieszała się Marta.

- Dlaczego nie możemy uciec? – spytała, a do jej oczu nabiegły łzy.

- Cholera…- syknąłem. – Nie do końca nie możecie. Możecie jak najbardziej, ale prawdopodobnie zginiecie po drodze albo traficie do miejsca nawet gorszego niż to w którym jesteście. W piekle lepiej zostać na kawałku który się dobrze zna…

Marta pokręciła głową, a strażak Bartek spytał. – Ale wychodząc z miasta ludzie zmieniają się w posągi… Jak mielibyśmy uciec?

- Zamarcie…- westchnąłem.

Wizualny efekt który pozostaje po osobie wkraczającej w strefę między istniejącymi kawałkami świata. Strasznie mylący w swej naturze.

- Na te posągi nie musicie zwracać uwagi - wyjaśniłem. - To tak naprawdę nie jest nikt kogo znacie. To taka skorupa która zostaje po przechodzących. Znika gdy osoba umrze w ‘’międzystrefie” albo trafi do innego miasta.

- Nie prawda! – zawołała seniorka. – Mówisz, że to skorupy, a ja widziałam jak się poruszają! – zawołała jakbym chciał ją okłamać.

Dopijając kawę, popatrzyłem się na nich. – To wy zadawaliście pytania, a ja odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie wiem czego chcecie…

- Ani ja nie wiem czego ty chcesz! – warknął wójt. – Każesz nam podpalać wieś albo iść tam gdzie ludzie zmieniają się w posągi. Chcesz nas wymordować! – rzucił oskarżycielskim tonem.

- Na łeb ci siadło?! – odpysknąłem, ale nie wiedziałem jaki błąd robię. Obrażony wójt krzyknął natychmiast. – Dawid, Bartek bierzcie go! Jeszcze wyciśniemy z niego prawdę…

Widząc jak mężczyźni ruszają w moją stronę sięgnąłem do płaszcza i wyciągnąłem pistolet. – Gdybym chciał was pozabijać, zrobił bym to bez sztuczek…- zagroziłem, a strażacy zatrzymali się. Niestety to co zrobiłem przestraszyło też Martę oraz kobietę z dzieckiem. - Ja naprawdę nie życzę wam źle i nie dziwi mnie wasza reakcja, bo to wszystko wydaje się abstrakcyjne. Ale tak niestety już jest. Nie znam wszystkich odpowiedzi, jedyne co robię to próbuje przetrwać... Tak jak wy...- mówiąc to schowałem pistolet do płaszcza żeby ich uspokoić.

- Czyli nigdzie nie jest lepiej? - spytała matka.

Zamyślony podrapałem się po głowie. Jak miałem właściwie odpowiedzieć na to pytanie. - Są miejsca gdzie jest więcej ludzi - odparłem w końcu. - Tylko co za tym idzie, jest też więcej potworów... A czasami ludzie wcale nie są lepsi od tych bestii.Uwierzcie mi.

- Ale ty gdzieś podróżujesz! - zawołała Marta. - Do jakiegoś miejsca? Może ono jest bezpieczniejsze...

- Nie jest - odparłem. - Po prostu... Zostawiłem tam przyjaciela...

- A mógłbyś nas tam zabrać ze sobą? - spytała dziewczyna.

W tym momencie poczułem wściekłość, że dałem się tu przyprowadzić. Ostatnie czego było mi potrzeba to grupa niedoświadczonych ludzi, których musiałbym ciągnąc ze sobą. Jakbym miał już mało problemów. Nowo Dworscy Patrolerzy wciąż mogli mnie szukać, nie mogłem sobie pozwolić na dłuższe spowolnienia. - Nie... - odpowiedziałem w końcu, widząc jak spojrzenie Marty gaśnie.

- I dobrze! - prychnął wójt. - Chciałaś żebyśmy poszli... Z tym... Tym... huj wie kim i to nie wiadomo gdzie?

Dziewczyna poderwała się i złapała ojca za sweter. - Tu nie ma życia! - zawołała. - W najlepszym wypadku będziemy wiecznie siedzieć w tej remizie żywiąc się resztkami które zostały, w najgorszym skończymy jako potwory!

Dziewczyna miała sporo racji, ale nie było w moim interesie odbierać jej nadziei. Na szczęście stojąca tam seniorka spróbowała ją pocieszyć. - Martuś, nie mów tak! Bóg nam pomoże. Chroni nas obraz najświętszej panienki. Dlatego potwory nas tu nie dosięgły i nie dosięgną...

Słuchając tego ledwo powstrzymałem się by nie prychnąć. Po tym wszystkim co widziałem mogę wprost powiedzieć, że jeśli jakikolwiek bóg istnieje, to chyba siedzi w jakimś oddzielonym kawałku rzeczywistości.

Marta nie dała się zwieść. Dobiegła do mnie padając na kolana i chwytając za rękę. - Proszę cię! Błagam! Zabierz nas ze sobą! Odprowadź chociaż do najbliższego miasta! Daj nam szansę!

- MARTA! - krzyknął wójt, ale strażacy poparli dziewczynę.

- Ona ma rację wójcie. Prawie wszyscy nasi bliscy są już potworami - stwierdził Dawid.

- Nie mamy czego tutaj szukać - dodał Bartek.

W tym momencie nawet kobieta z dzieckiem, wtrąciła się do rozmowy. - Marek... Ona ma rację. Pomyśl o u Jurku... - dodała zerkając na chłopczyka. - On nie może się tu wychowywać.

- W tym świecie raczej nie ma miejsca w którym mógłby - pomyślałem smętnie, czując ciągle Martę ściskającą mi dłoń. Nigdy nie pomyślałbym, że dotyk dziewczyny mógłby tak boleć...

Zdesperowany zacząłem rozważać opcje. Z jednej strony remiza wydawała się bezpiecznym punktem dla ich gromady, z drugiej kto by chciał żyć w świecie z Krejerami. Niestety gdybym zabrał ich gdziekolwiek indziej, nie mogliby przecież przebywać razem. Prawo trzech natychmiast by ich wykończyło. - Nie ocalisz wszystkich dusz, ale możesz spróbować im trochę pomóc, nie narażając się! - odezwał się w mojej głowie głos Pierwszego.

Moje sumienie już od dawna mówiło jego ustami, ciekawe czy on miał odwrotnie?

Zerkając na zgromadzonych, poklepałem przez chwilę Martę po ręce. - Spróbuje was stąd wyprowadzić, ale obiecać wam, że przetrwacie nie mogę. Droga do innego miasta to będzie piekło, a gdy tam dotrzecie nie będziecie mogli zostać razem...

- Wiemy - odparła starsza kobieta. - Tylko w domu z obrazem najświętszej panienki uchowała się grupa ludzi. Wszędzie gdzie było więcej niż para, potwory wchodziły do domu i zabierały ludziom duszę...

Kobieta potwierdziła mi tylko, że prawo trzech tutaj istniało . Czyli remiza musiała kryć jakiś błąd. Przynajmniej na razie byliśmy więc bezpieczni. - Dobra! Ale muszę trochę odpocząć, mam za sobą niewyobrażalny kawał drogi - stwierdziłem. - Spakujcie się, zbierzcie zapasy, granica miasta nie jest daleko, więc nie długo ruszymy.

Nie pewni ludzie zaczęli się rozchodzić, a ja zostałem sam w tej pustej ogromnej sali. Z żalem spojrzałem na szklankę po kawie. Była na tyle dobra, że skusiłbym się na jeszcze jedną, ale nie chciałem ich wykorzystywać. Sięgnąłem do swojego plecaka i wyciągnąłem kokosowego batona, żeby coś przegryźć. Jednocześnie szukałem miejsca w którym mógł znajdować się błąd, mimowolnie chroniący to miejsce.

W sali wszystko jednak wyglądało zwyczajnie. Wytarty drewniany parkiet, długie stoły przykryte pożółkłymi obrusami, podwyższenie robiące za scenę jeśli kogoś było stać na zespół. Wszystko było po prostu normalne. Wstając z krzesła podszedłem bliżej podestu i przyjrzałem staremu wzmacniaczowi który na nim stał. Odruchowo spróbowałem włączyć urządzenie, ale nic się nie stało. Wracając na krzesło zerknąłem na obraz madonny, który wydał mi się jakiś ‘’dziwny”. Na jego froncie znajdowała się szklana płyta która chroniła go przed kurzem i uszkodzeniem, a do tego była cała zaparowana. Tylko czemu? Podnosząc się przyjrzałem się bliżej portretowi, a wtedy on poruszył się. To nie był żart! Kobieta przełożyła dzieciątko na rękach i popatrzyła na mnie, a ja czułem, że robię się blady. Widok ten był oczywistym błędem, których widziałem już setki, ale chyba pierwszy raz w czymś tak jawnie sakralnym.

- Tobie też się objawiła? - spytała starsza kobieta, która pojawiła się nagle w pomieszczeniu. - Mówiłam, że tego miejsca chroni najświętsza panienka...

Nawet nie chciałem wdawać się w dyskusje i próbować, wyjaśniać kobiecie, że jej cud tak naprawdę nie był cudem. Skoro w to wierzyła niech będzie. O ironio w jednym miała rację, obraz chronił to miejsce, chociaż nie tak jak sobie wyobrażała. Zastanawiało mnie tylko co on musiał w sobie kryć, że zagłuszył obecność aż tylu osób? Nie mogło przecież chodzić tylko o ruch. Dysproporcja byłaby zbyt duża...

Spoglądając na staruszkę skłamałem delikatnie mówiąc. - Masz trochę racji... Może nawet powinniście zabrać ten obraz ze sobą? Myślę, że ehm... Jego ochronna moc mogłaby wam jeszcze nie raz się przydać – naciągnąłem nieco fakty.

- I tu masz słuszność, chłopcze - stwierdziła kobieta. - Powiem Jankowi, żeby ściągnął go przed wyjściem.

Ponieważ jedyną osobą której imienia nie poznałem był mężczyzna spod drzwi, domyśliłem się, że to on musi być owym Jankiem. Siadając z powrotem na krześle przyglądałem się obrazowi, gdy wróciła Marta.

Dziewczyna miała na sobie plecak, a w rękach trzymała termos. - Nie wiem jak mogłabym się odwdzięczyć...

- Pocałuj mnie i powiedz, że kochasz...- odparł w głowie mój głos.

- Nie każ mi patrzeć jak umierasz... - odpowiedział mi w głowie głos Pierwszego.

Za to ja powiedziałem po prostu. - Daj spokój. Przecież nie obiecałem, że nam się uda.

- Ale się zgodziłeś - stwierdziła dziewczyna. - Chcesz jeszcze kawy przed drogą?

- Czemu nie! - odparłem wyciągając szklankę, a Marta napełniła ją z termosu.

Gdy łapałem pierwszy łyk, spytała. - Jest jakiś powód dla którego będziemy uciekali nocą? Potwory wtedy mniej widzą?

- Nocą? - spytałem i wtedy mnie zmroziło. Przez większość czasu udaje mi się nie gubić pory gdy podróżuje w strefie pomiędzy, ale czasem jak jestem zmęczony omyka mi kilka godzin. Czyżbym coś źle wyliczył. - Zaraz będzie się ściemniać? - dopytałem.

- No tak...- stwierdziła lekko przestraszona Marta. - Myślałam, że wiesz...

Złapałem się za głowę. - Cholera! Nie wiedziałem która godzina. Nie możemy uciekać nocą! Wtedy Krejery są najbardziej aktywne.

- Krejer? - spytała Marta.

- Ten potwór który płacze...- odparłem.

***

Informacja, że musimy odłożyć ucieczkę do rana, spotkała się z mieszanymi odczuciami, nic jednak nie mogłem na to poradzić. Usiadłem sobie spokojnie w kącie sali i obserwowałem jak pozostali zebrali się przy stole wokoło świecy. Było to jedyne źródło światła,w całej remizie, więc momentalnie zrobiło się bardzo ciemno.

Starsza kobieta odmawiała różaniec razem z tym młodym chłopczykiem. Widziałem, że Marta zerka na mnie co chwilę, jakby chciała zaproponować mi bym do nich dołączył. O ironio wolałbym, że tego nie robiła.

W Starym Świecie przyznając się bez bicia, nie byłem typem który stronił od kobiet. Ba całe moje poprzednie życie to były puste związki i łzy partnerek które przesadnie się zaangażowały… Ale to byłem stary ja. Chociaż zostały mi te głupie nawyki i myśli bombardujące głowę, to jednej rzeczy się nauczyłem: Nie przywiązuj się do spotkanych po drodze ludzi! – To najważniejsza lekcja jaką wyciągnąłem od Pierwszego. – Możesz komuś pomóc, ale nigdy się nie angażuj.

Marta w końcu nie wytrzymała i ruszyła w moją stronę. Biorąc jedno z krzeseł rozsiadła się naprzeciwko. – Czemu z nami nie usiądziesz?

- Lepiej mi samemu – odparłem i poczułem jak odzywa się przeze mnie Pierwszy.

- Przepraszam…- westchnęła dziewczyna. – Nie chcę ci się narzucać, po prostu już od dawna nie miałam okazji porozmawiać z nikim innym…

- Długo tu tkwicie? – spytałem.

Marta popatrzyła w górę. – To już pół roku jak się pojawiłam – odparła.

- Pół roku?! – pomyślałem zdziwiony. Przecież ona miała jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Jak szybko domknął się ich świat? – Jak to u was przebiegło? – spytałem tym razem naprawdę poruszony.

Dziewczyna złapała się za pasmo włosów i bawiąc nim zaczęła opowiadać. – Tata mówił mi, że najpierw pojawiło się bardzo dużo starszych ludzi. Ci którzy umarli zamienili się w potwory. Ludzie byli zabijani przez własne rodziny… przez własnych dziadków…- opisywała, a łzy nabiegły jej do oczu. - Wszyscy ukrywali się nie rozumiejąc co się dzieje. Czekaliśmy na ratunek, jakikolwiek sygnał gdy…

Opowieść dziewczyny przerwał cichy płacz dobiegający z zewnątrz. – Csiii cicho wszyscy. Potwór jest blisko! – wyszeptał wójt.

W tym momencie babcia złapała jednego strażaków. – Bartek, Dawid zmówcie ze mną koronkę. Panienka nas ochroni jak zawsze…- wyszeptała.

Przestraszeni mężczyźni upadli na kolana i zaczęli się modlić, a ja czując, że skóra mi cierpnie oparłem sobie Traka na kolanach. Marta popatrzyła na to z nadzieją. – To zabiłoby płaczącego potwora?

- Może jednego…- odparłem. Krejery były cholernie wytrzymałe i silne. Jeżeli Potłuka liczyło się na siedem sekund, to one potrzebowały ich prawie dwadzieścia…

Do moich uszu dobiegał co raz wyraźniejszy płacz i co raz głośniejsze modlitwy. Podnosząc się powoli spojrzałem w stronę okna. Nie podobało mi się to co słyszałem. Jeżeli potwór zbliżyłby się zbyt bardzo, nawet obecność błędu mogła nas nie ukryć. Na wszelki wypadek podszedłem bliżej obrazu.

- Pomódl się z nami! – zaproponowała seniorka, ale odmówiłem kręcąc głową. Marta też nie wydawała się przekonana.

Nagle w drzwi Remizy coś załomotało, a wszyscy jęknęli przerażeni. – O boże potwory!Znalazły nas! – krzyknęła matka biorąc na ręce swojego synka.

- Nie możliwe…- syknął Wójt. – Nigdy się tu nie zbliżały!

Podrywając się wściekle dopadł do mnie, chwytając za płaszcz. – To twoja wina! Ściągnąłeś je tutaj ty chory potworze! – wywrzeszczał mi w twarz, po czym rąbnął z całych sił.

Ten niespodziewany cios powalił mnie na ziemię, ale już po chwili nie ja byłem największym zmartwieniem wójta. Sądząc po dźwięku, drzwi od garażu pękły i roztrzaskały się.

- Do piwnicy! – zawołał wójt. – Wszyscy do piwnicy!

Marta złapała mnie za rękę. – Grzesiek chodź!

- To samobójstwo! Musimy uciekać! – zawołałem. Nie było już innego wyjścia, Krejery był na tropie, a nie miały w zwyczaju odpuszczać.

- Marta do piwnicy! – rozkazał wójt trzymając klapę w podłodze, a reszta jego ludzi schodziła po drabinie.

- Nie! – krzyknęła dziewczyna łapiąc mnie za rękę. – Pomóż nam! Proszę!

Nagle jedno z okien pękło. Łeb Potłuka roztrzaskał na kawałki nie tylko szybę, ale całe drewniane mocowanie. Szarpiąc się w otworze jak oszalały próbował przebić się do środka.

- MARTA! SZYBKO! – zawołał Wójt, ale dziewczyna trzymała mnie za płaszcz nie chcąc puścić.

Spojrzała na mnie zrozpaczona, a ja przekląłem. – Niech was diabli – mówiąc to wymierzyłem z Traka i rąbnąłem w Potłuka.

Remiza rozświetliła się przez chwilę błękitnym światłem, a ja po odliczeniu do siedmiu opuściłem broń. Potłuk runął zwęglony na ziemię, ale to nie był koniec kłopotów. Głośny płacz wypełnił salę, a Krejer wsunął się do środka. Niewykształcony wyglądał jak gigantyczny wcześniak, miał wielką głowę, oczy porośnięte błoną, różową skórę. Do tego był ogromny. Swoim rozmiarem mógł bez problemu przegonić choćby bernardyna. Poruszał się trochę jak podrośnięty niemowlak, wbijając w ziemie potężne choć krótkie ręce i ciągnął nimi do przodu swoje wielkie cielsko.

W Krejerach już sam wygląd przerażał, ale najgorsze było to jak zabijały. To były pasożyty, gdy udało im się już dopaść człowieka wbijały w niego strukturę nazywaną łożyskiem, które paraliżowało ofiarę i pozwalało pożywiać się nią, aż nie umarła.

Nie miałem zamiaru czekać, aż potwór będzie miał okazje zaprezentować swoje możliwości. Wycelowałem w jego stronę i strzeliłem. Trak uderzył z pełną mocą, a błękitna błyskawica otoczyła potwora. Krejer nie był jednak jak zwykli niewykształceni, prąd go nie paraliżował tak łatwo. Rzucał się drąc w niebo głosy, a ja wiedziałem, że to nie wróży nic dobrego. Ze szkoleń w Nowym Dworze pamiętałem, że Krejery były stadne i potrafiły wabić się odpowiednimi tonami płaczu.

- Siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście…- odliczałem w głowie, ale potwór wciąż nie umierał. Cały Trak zaczął się przegrzewać, z przetwornic i oporników zaczął unosić się dym. – ...dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa – w końcu puściłem. Jeszcze sekunda, a moją najcenniejszą broń trafił by szlag.

Prawie już czarny niewykształcony runął na ziemię, a ja odetchnąłem. Tylko, że wcale nie miałem powodu. Otrzeźwił mnie krzyk Marty. Kolejne Potłuki próbowały przebić się przez okna, a zawodzenie rozbijało się echem. Chyba wszystko co było niewykształcone, próbowało dostać się teraz do środka.

- Musimy uciekać! – krzyknąłem. – Ta Remiza to pułapka.

W tym momencie dobiegł do nas wójt i chwycił dziewczynę. – Szybko! Chowaj się! Do piwnicy…-

- Nie! Tato! Musimy uciekać! Musimy…- wykrzykiwała Marta wyszarpując mu się.

Dłużej czekać nie mogłem. Ruszyłem w kierunku kuchni, a dziewczyna pobiegła za mną. Wyjrzałem na chwilę na główną salę. Przez okno do zdawania naczyń zobaczyłem jak zbierają się potwory. Wójt wbiegł do piwnicy zamykając klapę, ale te kilka śmiesznych desek nie mogło ich ochronić. A ja… Nie mogłem im pomóc.

Łapiąc Martę ruszyłem na tył kuchni i zobaczyłem drzwi, które musiały prowadzić na zewnątrz. Wywarzałem je kopniakiem, ale na podwórzu był kolejny Krejer. Stał zbyt blisko by go wyminąć więc wystrzeliłem. Broń grzała się jak szalona, a potwór krzyczał jak opętany. Wtedy tuż za sobą usłyszałem krzyk.Odwróciłem się i zobaczyłem jak do kuchni wbiegają Potłuki. Nie doliczając do końca puściłem spust i złapałem Martę za rękę. Miałem nadzieję, że ogłuszyłem Krejera na tyle, że nie zaatakuje. Niestety myliłem się.

Gdy przebiegaliśmy, potwór chwycił dziewczynę za nogę, tak naglę, że aż wyrwała mi się z ręki. Obróciłem się ale byłem w kropce, nie mogłem użyć Traka. Wyciągnąłem pistolet i zacząłem strzelać w dłoń potwora, ale ta nie chciała puścić.

Krejer odwrócił się na plecy ciągnąc za sobą Martę. W miejscu pępka miał tą obrzydliwą kostną strukturę z wielkim kolcem. Oplatając dziewczynę wszystkimi kończynami nadział ją i zaczął spijać. Łzy napłynęły jej do oczu, ale nawet nie krzyczała. Paraliżujący jad Krejera działał zbyt szybko. Zrobiłem więc dla niej ostatnią rzecz która mogłem. Wymierzyłem w głowę i zastrzeliłem. Potem ruszyłem dalej. Przeskoczyłem przez płot i biegłem.Biegłem ze wszystkich sił. Na szczęście potwory otaczały teraz remizę i żaden nie ruszył za mną. Zatrzymałem się dopiero gdy dobiegłem do granicy miasta.

- Ile takich historii już przeżywałem – wyszeptałem, obracając się by po raz ostatni spojrzeć na Broniewice.

- I tak by w końcu zginęli – zadźwięczał mi w głowie głos Pierwszego. – Przyśpieszyłeś to, ale jednocześnie chciałeś im pomóc. Nie udało ci się, ale wciąż możesz nazywać się człowiekiem.

Westchnąłem ciężko. To było przecież tak oczywiste. Dodatkowa osoba którą byłem ja i nagle remiza zaczęła promieniować dość mocno, by zwabić potwory. Szkoda tylko, że nigdy nie dowiem się co kryło się w tym obrazie, ale to i tak nie miało dla mnie większego znaczenia oprócz zaspokojenia ciekawości. Mój cel był gdzie indziej. Moim celem było Krańcowo!



193 wyświetlenia40 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Książka!