Opowieści z Martwego Świata - Historia Pierwszego II




Doktor Agnieszka wyglądała na naprawdę skupioną. Pacjent, z którym prowadziła obecnie sesje, był jednym z jej najbardziej problematycznych i mimo ogromu doświadczenia, jakie posiadała, wciąż w wielu względach potrafił ją zaskoczyć. Z zupełnie szczerym zdziwieniem spytała – naprawdę żadnego znajomego? Nikogo z kim wyszedłbyś, chociaż na chwilę?

- Nie – odparł spokojnie siedzący w fotelu mężczyzna, jakby ta sprawa nieszczególnie go interesowała.

Psycholog zapisała coś w zeszycie, przekładając po chwili nogę na nogę. – Jestem zdziwiona, bo po kilku sesjach nie wydaje mi się, żebyś miał problem z wypowiadaniem się. Muszę przyznać, że wydajesz mi się nawet dość otwarty, jeśli nie porusza się drażliwych dla ciebie kwestii... No dobrze, a ludzie w pracy? – dopytała po chwili, szukając punktu zaczepienia.

- Oczywiście, że rozmawiam z nimi. - odpowiedział mężczyzna. - I to nie jest tak, że nie umiem rozmawiać z ludźmi. W ramach konwenansów bez problemu pociągnę jakiś neutralny temat. Nawet taki którego nie lubię. Posiadam jakąś tam wiedzę z różnych zakresów, więc umiem podtrzymać rozmowę, choćby wrzucając ciekawostki i anegdoty, ale nie robię tego z przyjemności. Po prostu nauczyłem się, że bycie odludkiem w pracy, przynosi same problemy. Wyobcowanym najłatwiej dopisać negatywne cechy, są częściej obciążani głupimi zadaniami i jest to zawsze dodatkowy powód, żeby zostać zwolnionym... No ale prawda jest taka, że z żadnym ze współpracowników nie mam bliższych relacji.

Agnieszka popatrzyła przez chwilę z miną pełną skupienia. – To dlatego, że nie chcesz ich mieć?

Mężczyzna westchnął. – Mam trzydzieści pięć lat. Mój czas na zdobywanie znajomych już minął…

- Zaraz, zaraz. – przerwała zszokowana kobieta – Uważasz, że jesteś za stary na szukanie sobie przyjaciół?

- Tak. - odparł mężczyzna. - Na szukanie przyjaciół i znajomych mamy czas, gdy chodzimy do szkoły. To jest moment, gdy spotykamy całą plejadę ludzi o różnych charakterach, zainteresowaniach, a przede wszystkim mających dość wolnego czasu, by zdążyła nawiązać się jakaś relacja. Potem to mija. Ludzie po studiach mają już rodziny, swoje grupy znajomych i kolegów, które zbudowali. Wbić się w to, to właściwie cud. Nie mówiąc już o tym, że nie każde towarzystwo mi pasuje... Nie lubię sportu, wole książki. Nie lubię komedii, wolę horrory. Od rozmowy o chorobach i rybach, wolę tematy historyczne i ciekawostki ze świata nauki, więc nie mam łatwo, jeśli chodzi o nawiązanie rozsądnego dialogu... Nawet niezobowiązująco. - odpowiedział mężczyzna, smutnym głosem.

Agnieszka pokręciła głową. - No dobrze... - westchnęła delikatnie. - Rozumiem, że towarzystwo w pracy nie koniecznie musi ci odpowiadać. No ale świat nie kończy się na czterech ścianach magazynu. Jest internet, są koła zainteresowań, kluby dla samotnych, portale. Wiele miejsc, żeby spróbować nawiązać nowe znajomości. Nie uważasz, że zasłaniając się wiekiem, szukasz w ten sposób usprawiedliwienia? Może nie masz przyjaciół, bo nie chcesz ich mieć?

Mężczyzna uśmiechnął się ironicznie, spoglądając w okno gabinetu.- Jeszcze parę lat temu bardzo chciałem. Brakowało mi kogoś, z kim mógłbym porozmawiać dlatego, że chcę, a nie bo muszę. Marzyłem sobie czasem, że polubi mnie ktoś o ekspresywnym charakterze, który będzie kontrą dla mojego flegmatyzmu... Ktoś, kto złapie mnie za głowę, wyciągnie gdzieś, pokaże coś ciekawego... Ktoś na kogo będę się irytował, gdy będzie i za kim będę tęsknił, gdy sobie pójdzie... - pacjent westchnął, a jego wzrok zrobił mętny. Po chwili jednak pokręcił głową, a jego twarz nabrała ostrych rysów. - Teraz już wiem, że to mrzonki. Nie będę miał przyjaciela i przyzwyczaiłem się do tego. Dobrze mi samemu. Zresztą po tylu latach ja już chyba nie umiałbym rozmawiać z innym człowiekiem. Inaczej niż w ramach konwenansów...

***

Od momentu pojawienia się w Krańcowie Pierwszego minęło prawie pół roku. W tym momencie był on już ostatnim ze swojego pokolenia. Od tej pory wszyscy nowoprzybyli będą mieli nie więcej niż trzydzieści lat. Po mieście w ciągu kilku kolejnych miesięcy zacznie krążyć pogłoska, że ludzie, którzy przekroczyli granice tego wieku, pojawiać się będą wyłącznie jako niewykształceni.

Fakt, że Pierwszy był ostatnim ze swojego pokolenia, nie oznaczał jednak, że był w mieście jedynym normalnym człowiekiem. Od jego pojawienia się, Błysk nawiedzał bowiem Krańcowo ponad dwadzieścia razy. Chociaż w większości wyrzucał on kolejnych niewykształconych, to w trakcie tej serii błędów pojawiło się kilku dziesięciu ludzi. Większość z nich ginęła jeszcze tego samego dnia, gdy obudziła się na cmentarzu, ale ci, którzy przetrwali, zaczynali odciskać na świecie swoje piętno, budując powoli jego historie...

***

Od czasów walki z Dziadem i uwięzienia przez Gospodarzy, tworzenie kolejnych schronień stało się dla Pierwszego właściwie codzienną rutyną. Bardzo szybko wytworzył on stały schemat, wedle którego budował kolejne z nich.

Przede wszystkim wybór miejsca. Schronienie w bloku musiało znajdować się w mieszkaniu na pierwszym piętrze, a jeżeli tworzone było w domku, ten musiał być piętrowy. W wypadku, gdyby potwory zajęły klatkę albo parter, mężczyzna brał pod uwagę, że dzięki temu będzie miał szansę uciec oknem lub balkonem na podwórze. Nim niezbyt inteligentne potwory zorientowałyby się w sytuacji, mógłby już bezpiecznie uciekać do kolejnej bazy.

Do stałego elementu wyposażenia kryjówek weszła więc ''lina ratunkowa''. Oprócz tego oczywiście jedzenie i woda na co najmniej tydzień. Mocne proszki przeciwbólowe i bandaże. Książka do poczytania, gdyby trzeba było schować się na kilka dni. Latarka z bateriami, ubrania i ochraniacze na zmianę, oraz zapasowa broń i amunicja.

Dopiero po zgromadzeniu tego wszystkiego, mężczyzna uznawał schronienie za gotowe i zabierał się za budowanie kolejnego.

Zdobywanie broni i amunicji było najbardziej problematyczne z całego procesu. Polska była krajem wybitnie zdemilitaryzowanym i nawet w niemałym mieście jak Krańcowo, ciężko było znaleźć jakikolwiek pistolet. Po przetrzepaniu komendy i zabraniu z niej wszystkiego, co przydatne zaczęły się problemy ze zdobywaniem uzbrojenia. Pierwszy wciąż traktował jednak budynek jako punkt wyjścia. Zakładając, że część policjantów zabierała broń do domu, a nie trzymała w pracy, zaczął poszukiwać ich prywatnych adresów i sprawdzać budynki, w których mieszkali. To pozwoliło mu zdobyć kilka dodatkowych pistoletów do budowy kolejnych schronień.

Mężczyźnie wciąż jednak było mało.

Zwiedzając prywatne domy, trafił co prawda kilka razy do mieszkania jakiegoś myśliwego. Czasami znajdował więc karabin łowiecki albo strzelbę, były to jednak przypadki sporadyczne. Największe nadzieję, na zdobycie większej ilości sprzętu budziła w nim jednostka wojskowa. Ta znajdowała się jednak na granicy miasta, a dotarcie do niej oznaczało przebijanie się przez całe gromady potworów.

Od momentu spotkania pierwszych osobników, miasto zdawało się mężczyźnie coraz liczniej oblegane. Praktycznie codziennie spotykał kolejne potwory. Czasem trafiał na nie po prostu na ulicy, innym razem strzegły one swoich domów. Bardzo szybko zaczął też zauważać, że tworzą one jakby oddzielne gatunki. Wiele potworów zdawało się bowiem dzielić podobne cechy, wedle grupy, do której należało. Część posiadała dokładnie ten sam rodzaj deformacji ciała, a inne zachowywały się w podobny absurdalny sposób.

Pierwszy zaczął nawet wymyślać dla nich nazwy, by w trakcie rozmów prowadzonych sam ze sobą mieć je jak określać. Spośród wszystkich, które zobaczył, najbardziej nienawidził tych, których nazwał Gospodarzami. Zbyt bardzo przypominali mu oni zwykłych ludzi i strzelanie do nich sprawiało, że przynajmniej na początku odczuwał naprawdę duży psychiczny dyskomfort.

Często zdarzało się, że szukając zapasów albo kolejnego miejsca na kryjówkę, napotykał jednego z nich. Na szczęście szybko zauważył, że Gospodarze nigdy nie ścigali go dalej niż do granic swojego domu. To zresztą było dla nich najbardziej charakterystyczną cechą. Dzięki temu bardzo często unikał walki i gdy stwierdził na pierwszy rzut oka, że mieszkanie zasiedlone przez potwora nie wydaje się ciekawe, po prostu salwował się ucieczką. Gospodarze mieli jeszcze jedną cechę, którą można by uznać za pozytywną. Nigdy nie zasiedlali sklepów. Z tego względu to one stały się głównym miejscem zaopatrywania się mężczyzny.

Budując swoją trzydziestą-siódmą już kryjówkę, Pierwszy wybrał się po żywność do znajdującego się w pobliżu centrum marketu ''Pszczółka”. Był to średniej wielkości sam, stojący w sąsiedztwie bloków niedaleko miejskiego rynku.

Chociaż sama kryjówka nie znajdowała się nawet w pobliżu, mężczyzna miał pewien powód, by wybrać właśnie ten sklep. Gdy odwiedzał ostatnio komisariat, udało mu się odnaleźć kolejny adres jednego z Krańcowskich funkcjonariuszy. Aspirant Daniel Regulski miał dawniej mieszkać w bloku o rzut kamieniem od marketu.

Pierwszy liczył więc, że uda mu się za jednym wypadem załatwić zarówno jedzenie, jak i broń do nowej kryjówki. Zatrzymując policyjną furgonetkę, którą wykorzystywał już od dawna jako swój środek transportu, odsunął boczne drzwi i wyszedł z samochodu.

Ubrany był jak zazwyczaj w trakcie szabru w ciężki czarny strój prewencji. Wiele razy przekonał się już, że chociaż ubranie to nie było specjalnie wygodne, potrafiło naprawdę ocalić skórę. Większość potworów, które spotykał, nie była silniejsza od zwykłych ludzi, a osłony, które policjanci stosowali w walkach z tłumem, doskonale chroniły ciało przed najwścieklejszymi z nich.

Zarzucając na plecy pistolet maszynowy, wolnymi już rękoma mężczyzna złapał za szparę w rozsuwanych drzwiach i zaczął przełamywać mechanizm dociskowy. Po chwili szarpaniny wejście do sklepu stanęło otworem.

Zapalając przypiętą na piersi latarkę, Pierwszy ponownie chwycił za broń. Wiedział doskonale o tym, że w miejscach takich jak to, chociaż nie było Gospodarzy, mogły trafić się inne potwory. Idąc powoli w głąb sklepu, z bronią w pogotowiu nastawiał uszu, w oczekiwaniu na jakikolwiek dźwięk.

Sklep wydawał się jednak zupełnie pusty. Między spowitymi w mroku półkami, unosił się jedynie odór zgniłej wędliny, dochodzący z samego końca budynku. Spokojniejszy już Pierwszy wypiął jeden z wózków przy wejściu i zaczął zbierać rzeczy: butelkowaną wodę, konserwy, suchary, słodycze. Na dłużej zatrzymał się dopiero przy stanowisku z kawą. Tutaj coś mocno go zaniepokoiło. Jeden ze słoików leżał rozbity na podłodze. Mogło to świadczyć o tym, że jakiś z potworów przechadzał się między alejkami i strącił go przypadkowo. – A tak liczyłem, że będzie dziś spokojnie…- westchnął, nachylając się nad słoikiem, jakby przyglądał się zwłoką na miejscu zbrodni.

Pierwszy pomyślał, że lepiej będzie w tym momencie, sprawdzić dokładnie cały sklep. Ostatnia rzecz, której chciał to, dać się zaskoczyć potworą, gdy będzie pchał wózek z zapasami. Nauczony doświadczeniem podniósł na chwile szybę hełmu, by zasłonić nos chustą, po czym ruszył na koniec sklepu.

Już po chwili smród zrobił się praktycznie nie do wytrzymania. Zielone bochenki chleba i pokryte grzybem bułki, rozsiewały zarodniki tak gęsto, że w blasku latarki praktycznie widać było unoszące się w powietrzu drobinki. Stoisko z wędliną wcale nie wyglądało lepie. Obślizgłe kawałki mięsa wypuszczały z siebie przypominające ropę płyny.

Pierwszy z łzawiącymi oczami zajrzał do pomieszczenia magazynowego, ale w ciemności, jaka tam panowała, trudno mu było zobaczyć cokolwiek. – lepiej się zabezpieczyć…- pomyślał i cofając się przez drzwi, podparł je stojącą obok paletą. Gdyby coś je teraz otworzyło, dźwięk uderzającego o beton drewna ostrzegłby go przed niebezpieczeństwem.

Wracając boczną alejką z bronią w pogotowiu, zajrzał jeszcze do pomieszczenia socjalnego, ale tam też nikogo nie było widać. Wejście do niego zastawił skrzynką z tanim winem i ruszył z powrotem w stronę swojego wózka.

Gdy wchodził już do alejki z kawą, spostrzegł zszokowany, że zebrane przez niego zapasy zniknęły – Do diabła…- wysapał, stając w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą był jego wózek.

W tym momencie przez głowę mężczyzny przebiegła przerażająca myśl, że może trafił właśnie na naprawdę inteligentnego potwora, który do tego potrafił płatać niewyrafinowane figle. Ze swoim pistoletem maszynowym przy oku, ruszył powoli w kierunku wejścia, gdy nagle nie wiadomo skąd padł strzał.

Stojące obok Pierwszego pudełka z płatkami śniadaniowymi rozdarły się, a ich zawartość wyleciała na podłogę. Sam Pierwszy runął na ziemię i zaczął przerażony czołgać się za regał.

- Co się dzieje?- spytał się w myślach, czując jak serce, łomocze mu z szoku. – Potwory nauczyły się strzelać?

Nie mógł w to uwierzyć i nie chciał w to uwierzyć. Gdyby tak się stało, cała przewaga, jaką dawała mu broń, zniknęłaby w ciągu sekundy. Nagle do głowy przyszła mu myśl. - Może, nie był w mieście jedynym człowiekiem?

Biorąc głęboki oddech, zawołał drżącym głosem. – Jestem człowiekiem! Nie potworem! CZŁOWIEKIEM!

Po chwili z głębi ze sklepu odezwał się dość sztywno jakiś mężczyzna. – Cholera! Myślałem, że jestem w mieście sam… Wyjdź pogadamy!

Pierwszy kiwnął sam do siebie głową – Ok, ok…

Na drżącym nogach wyłoni się zza półki sklepowej i wtedy dostrzegł mężczyznę z wyciągniętą bronią. Natychmiast po tym, jak go zobaczył, padł kolejny strzał. Powalony siłą pocisku runął do tyłu, jego głowa i szyja zabolały w tym momencie tak, jakby miała eksplodować. W uszach słyszał jednostajny huk. W amoku cofnął się na plecach, a po chwili popędził na oślep w tył sklepu.

Miał wrażenie jakby w czaszce miał w tym momencie dziurę. – Dlaczego, dlaczego, dlaczego… - powtarzał w myślach, a do jego oczu mimowolnie nabiegły łzy.

Dopiero gdy ukrył się za ladą z wędlinami, dotarło do niego, że przecież z dziurą w głowie nie miałby szans przeżyć, a co dopiero uciec. Odpinając hełm, którego łączenie rozcięło mu podgardle, spojrzał na jego wierzchnią część i zobaczył ogromny odprysk przy perforacji na wysokości skroni. - Dlaczego strzeliłeś?! – wykrzyczał w histerii w głąb sklepu.

- Kurwa mać! Ty żyjesz?! – spytał zszokowany napastnik. – Przecież trafiłem w głowę, jestem pewien.

Pierwszego zamurowało. To nie był wypadek. Mężczyzna miał głos zdziwiony, ale spokojny i opanowany. On po prostu chciał go zabić…

- PYTAM, DLACZEGO STRZELIŁEŚ! NIC CI NIE ZROBIŁEM! – wykrzyczał, nie mogąc zrozumieć co się dzieje.

W tym momencie mężczyzna zaśmiał się. – Dla zabawy! Cholera zabijanie potworów jest takie nudne. One są głupie i się nie boją… A z tobą jest inaczej, słyszę po prostu, jak drży ci głos… Pewnie sikasz już w majtki co?

Pierwszy potrząsnął z niedowierzaniem głową. To było jak jakiś najgorszy koszmar. Po takim czasie spotyka w końcu drugiego człowieka, a on okazuje się totalnym szaleńcem. Do tego nie było szans, na wyjście stąd bez walki. Napastnik mylił się jednak co do jednej rzeczy. – To nie ciebie się boje! – wykrzyczał.

- Tak? – spytał ironicznie mężczyzna, ewidentnie zbliżając się. – To skąd ten lęk w twoim głosie.

- Zaskoczyłeś mnie! – wyjaśnił Pierwszy. – Do tego ty zachowałeś się jak tchórz! Strzeliłeś do mnie znienacka!

Napastnik zaśmiał się ponownie. – Przyjechałeś radiowozem. Więc pewnie masz broń… Nie chciałem uczciwego pojedynku, tylko tego, żebyś zdechł!!!

W tym momencie seria ślepych strzałów przeleciała przez sklep. Pierwszy opuścił głowę, a szyba nad nim eksplodowała.

Wbrew temu jego serce zupełnie się uspokoiło, a on zastanawiał się przez chwilę dlaczego. Nagle to do niego dotarło. Przecież to było takie proste. Chciał zabić się już trzy razy. Nosił pistolet z kulą przeznaczoną dla siebie samego, dlaczego więc miałby teraz drżeć? W końcu pogodził się z tym, że umrze w tym świecie.

Szok minął, pozostawiając po sobie te samą pustkę, którą czuł zawsze. Jedyne, o czym teraz myślał to, że od kilku dni szykował sobie mieszkanie, gdzie chciał obejrzeć film. Przywiózł generator z marketu budowlanego, znalazł DVD w wypożyczalni, podłączył telewizor, nawet wyciszył pokój, by potwory nie słyszały jak będzie odpoczywał. – Głupio byłoby teraz z tego nie skorzystać. – westchnął, zaciągając hełm z powrotem na głowę.

Po chwili przełączył pistolet na pełen automat i wynurzył się zza lady, ciągnąc serią po sklepie. Odłamki z regałów wystrzeliły w powietrze. Gdzieś w oddali eksplodowało kilka słoików. Mnóstwo odprysków zaiskrzyło na stalowej ścianie hali sklepowej.

- AUTOMAT! – krzyknął mężczyzna. – MASZ AUTOMAT?!

Pierwszy nie odpowiedział. Natychmiast wycelował broń w stronę, z której dobiegł głos i pociągnął kolejną serią. Wtedy do jego uszu dobiegł przeraźliwy krzyk. Biegiem wyskoczył zza lady i ruszył w jego stronę.

Po chwili zobaczył rannego mężczyznę, wspartego o jedną z półek. Pod jego stopami zaczynała zbierać się krew. Widząc pędzącego w swoją stronę Pierwszego, napastnik spróbował podnieść drżącą ręką broń, ale ten wparował w niego, obalając na ziemię. Natychmiast potężnym kopnięciem wytrącił mu pistolet z ziemi.

- DLACZEGO?! – zawołał Pierwszy.

- Pomóż mi…- wyszeptał mężczyzna, krztusząc się krwią.

- Spytałem, dlaczego do mnie strzelałeś? – odparł Pierwszy, ignorując prośbę mężczyzny. – Dlaczego chciałeś mnie zabić? Nie znam cię! Nic ci nie zrobiłem! Więc czemu…

Mężczyzna prychnął chrapliwym głosem. – I tak już nie żyjemy. Wszystko, co jest dookoła nas to cholerny armagedon, jedyne co możemy zrobić to zabawić się przed śmiercią…

Pierwszy nachylił się nad mężczyzną. – Więc twoja zabawa tutaj się kończy… - stwierdził chłodno i podniósł się, by zabrać pistolet.

- CZEKAJ! – krzyknął mężczyzna. – POMÓŻ MI!

- Bo? – spytał Pierwszy.

- Bo nie jesteś mordercą prawda? Chciałeś tylko pogadać z innym człowiekiem. Wiem to, znam takich jak ty. Jeśli mnie teraz zostawisz, sumienie nie da ci spać. – stwierdził zawistnie ranny mężczyzna.

Pierwszy popatrzył na niego, wzdychając ciężko. – Masz rację. Gdybym zostawił tutaj rannego człowieka, pewnie sumienie nie dałoby mi spać… - niedoszły napastnik uśmiechnął się, myśląc pewnie, że udało mu się uzyskać jakąś pomoc. Pierwszy podniósł jednak broń, celując mężczyźnie w czoło. - … tylko że dla mnie jesteś tylko kolejnym potworem.

- NIE! – wykrzyczał mężczyzna, ale po chwili strzał zakończył jego życie.

Pierwszy spoglądając na leżące ciało, stwierdził, że nie chcę więcej brać niczego z tego sklepu. Pozostawiając zebrany wózek, wrócił do radiowozu.

Gdy usiał za kierownicą, pomyślał, że chyba potrzebuje przerwy od budowania schronień. – Może czas zacząć korzystać z tego, co zgromadziłem?- spytał się w duchu.

Miał już masę kryjówek i mnóstwo zapasów. Teraz mógłby w końcu odpocząć, pooglądać jakiś film, pograć na laptopie, przeczytać jakąś książkę.

Nagle to znowu go ogarnęło. Uczucie pustki, którego nie czuł przecież już od tak długiego czasu. Skupiony na codziennym przetrwaniu, budowaniu schronień i realizowaniu kolejnych celów, zapomniał o tym, jak bardzo nienawidził swojego dawnego życia. Pomyślał przestraszony, że jeśli teraz się zatrzyma i odpuści, to prawdopodobnie znowu pogrąży się w tym marazmie. – Czy nie jestem szczęśliwszy, gdy mam co robić? – pomyślał i wyszedł z radiowozu. - Film obejrzę wieczorem, jak planowałem. – stwierdził i ruszył w kierunku mieszkania policjanta, które wyznaczył jako drugi ze swoich celów.

Wyciągając z kieszeni kartkę, zaczął poszukiwać zapisanego na niej adresu. – Dywizjonów dwanaście, mieszkania czterdzieści siedem…- powtarzał szeptem, rozglądając się po pobliskich budynkach.

Bloki w tej okolicy nie były zbyt wysokie. Wszystkie budowane były w jednakowy sposób i pomalowane farbą o bladoróżowym kolorze. Gdyby nie ogromne niebieskie tablice z numerami, znalezienie tutaj właściwego adresu, graniczyłoby z cudem. Pierwszy przez dziesięć minut krążył po opustoszałym parkingu, szukając właściwego numeru. W końcu prawie na skraju ulicy znalazł odpowiedni blok.

Gdy tylko wyszukał włąściwą klatkę, zobaczył wypruty domofon i zniszczony mechanizm zwalniający zamek. – Krańcowo…- skwitował szeptem, wchodząc do cuchnącego wilgocią pomieszczenia.

Po schodach budowanych bez użycia poziomicy i zdecydowanie zbyt stromych rozpoczął mozolną podróż na górę. Stając przed niezbyt okazałymi drzwiami z numerem pięćdziesiąt siedem, nacisnął na klamkę.

Zirytowany wracał się po chwili, zabrać z radiowozu policyjny taran.

Ciężką metalowa tuba wnoszona na drugie piętro, zdenerwowała go nie mniej, niż drzwi, które z jakiegoś powodu okazały się znacznie twardsze, niż na to wyglądały. Gdy zamek raczył w końcu odpuścić, Pierwszy był już zlany potem i całkowicie wykończony.

Miał jednak pewność, że w całym pionie nie przebywa żaden Gospodarz, bo hałas, który zrobił, przyciągnąłby wszystkich z okolicy. Wchodząc do mieszkania funkcjonariusza Regulskiego, zaczął oględziny od samego korytarza. Z doświadczenia wiedział już, że policjanci mieli naprawdę różne upodobania, jeśli chodziło o schowki na broń.

Przetrzepując szafę i stojącą w korytarzu komodę, znalazł jednak tylko ubrania i buty. Stamtąd ruszył wprost do salonu gdzie na dość nowoczesnej meblościance, zobaczył fotografie mieszkańców domu. Wyglądało na to, że funkcjonariusz Daniel miał żonę i bardzo młodego syna. W czasie spoglądania na ich zdjęcia, Pierwszego zmroziło. Ze stojącej rodzinnej ramki wprost z wystawki salonu fotograficznego, uśmiechała się do niego twarz mężczyzny, który napadł na niego w sklepie.

Pierwszy wziął fotografię do ręki i przyjrzał się widniejącej na niej postaci. Bardzo szybko stwierdził, że miała w sobie coś nieprzyjemnego. Odkładając zdjęcie zabitego przez siebie człowieka na miejsce, sięgnął po fotografie jego żony. Sztucznie uśmiechnięta kobieta, mimo grubego makijażu wyglądała na naprawdę zmęczoną. Gdy dłuższą chwilę przyglądał się jej oczom, dostrzegł pod grubą warstwą pudru, coś co przypominało siniaka. – Dlaczego mam wrażenie, że nie miałaś łatwego życia? – spytał fotografii, odkładając ją na miejsce.

Po chwili zastanowienia, Pierwszy zrzucił zdjęcie mężczyzny na podłogę i przysunął fotografie matki bliżej syna. – Tak wam będzie lepiej…

W tym samym momencie z sąsiedniego pokoju dobiegł kobiecy krzyk. Pierwszy obrócił się i podnosząc lufę broni, doskoczył do drzwi. Bez wątpienia ktoś szamotał się i wrzeszczał po drugiej stronie, ale odgłos był bardzo wytłumiony. Jakby dochodził z wyższego piętra, a nie z sąsiedniego pokoju.

Mężczyzna nacisnął powoli klamkę i zobaczył coś, od czego po raz kolejny w tym domu skóra ścierpła mu na plecach. Cały pokój był wyciszony profesjonalną czarną pianką wygłuszającą, w środku znajdowało się tylko łóżko, do którego przykuta była rzucająca się jak opętana naga kobieta. Jej nadgarstki i kostki były porozrywane od krępujących ją więzów, a uda i okolice intymne pełne siniaków.

Pierwszy zarzucił karabin na plecy i doskoczył, łapiąc kobietę za twarz. – Jesteś człowiekiem? Czy potworem?! POWIEDZ! JESTEŚ CZŁOWIEKIEM?

W tym momencie kobieta odchyliła się i spróbowała odgryźć mężczyźnie kciuk. Pierwszy z krzykiem zacisnął pięść w wolnej ręce i uderzył rozwścieczoną niewykształconą w twarz. Ochronna rękawica z ledwością wytrzymywała nacisk szczęk, a potworzyca nie miała zamiaru puścić. Mężczyzna z trudem ściągnął broń z pleców i wystrzelił jej w czoło. Potwór zamarł, rozluźniając uścisk.

Pierwszy spojrzał na zgniecione osłony na swoim kciuku i pełen rezygnacji usiadł na rogu łóżka. – W tym mieście są tylko potwory…- wyszeptał, chowając twarz w dłoniach.

Nagle poczuł za sobą drgnięcie. Mimo rany w głowie niewykształcona znowu zaczęła rzucać się po łóżku. Pierwszy poderwał się, strzelając po raz kolejny, aż bestia zginęła ostatecznie. - Chyba starczy na dzisiaj…- westchnął, wychodząc z pokoju i zamykając za sobą drzwi.

Gdy jednak wyszedł z powrotem do salonu, zobaczył jeszcze wejście do kuchni i kolejnego pokoju. – No dobra ostatnia próba…- stwierdził, stając przed zamkniętymi drzwiami.

Otwierając je z bronią w pogotowiu, zobaczył główne pomieszczenie, w którym funkcjonariusz Regulski musiał egzystować. W środku znajdowało się ogromne łóżko, stały kubki po kawie, resztki jedzenia i coś, od czego Pierwszy poczuł prawdziwą ekscytację. Dwie sztuki jakiś długich karabinów z drewnianymi kolbami oraz amunicja w małych pudełkach. – Wyposażę, dwie nowe kryjówki. – pomyślał zadowolony, zarzucając broń na plecy i chowając pudełka z amunicją do bocznych kieszeni w spodniach.

Wychodząc z pokoju do salonu, Pierwszy miał już właściwie opuszczać mieszkanie. Gdy ponownie przechodził obok meblościanki ze zdjęciami, tknęła go jednak pewna myśl, której nie potrafił się oprzeć. Zabrał na chwilę fotografie żony i wrócił do wyciszonego pokoju.

Podnosząc zdjęcie na wysokość oczu, porównał z nim postać leżącą w łóżku. Okazały się to jednak dwie zupełnie różne osoby. Pierwszy z jakąś dziwną ulgą, wrócił do salonu i odłożył fotografie na miejsce. – Przynajmniej, nie musiałaś cierpieć dwa razy...

***

Jadąc do swojej głównej kryjówki, Pierwszy miał, o czym myśleć.

Jak bardzo nie chciałby odmówić Danielowi Regulskiemu człowieczeństwa, nie był on potworem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Oznaczało to też, że on sam nie był jedynym człowiekiem w mieście. Możliwe, że gdzieś byli jeszcze inni ludzie, niezamienieni w potwory. Po ostatnim doświadczeniu Pierwszy nie był jednak przekonany, czy miał ochotę odnaleźć któregokolwiek z nich. – Czy w sumie brakuje mi towarzystwa? – spytał się w myślach.

Od dłuższego już czasu nie czuł się tak spokojny i wbrew pozorom przyzwyczaił się do samotności. Nie musiał prowadzić wymuszonych rozmów, nie był zobligowany martwić się o nikogo, nie było szans, by ktoś go wykorzystał albo zdradził. Dawniej nie było możliwości egzystowania bez społeczeństwa, ale tutaj… Tutaj mógł sobie na to pozwolić. Postanowił więc, że nawet jeśli spotka jakiegoś człowieka bez wrogich zamiarów, po prostu go zignoruje.

Potencjalni ludzie w mieście wiązali się jednak z jeszcze jednym problemem. Pierwszy stwierdził, że musi zmienić schemat, w jaki tworzył kryjówki. Obecne miejsca, które wybierał, mogły okazać się atrakcyjne nie tylko dla niego, co z kolei oznaczało, że ktoś mógł przypadkiem odkryć jego schowek i zmarnować całą jego ciężką pracę. Postanowił więc, że od dzisiaj będzie budować je tylko w miejscach, które nie przyciągają wzroku, a te, które zbudował w zbyt oczywistych, po prostu przeniesie.

Wjeżdżając policyjną furgonetką, na podwórze małego domku w pobliżu dworca, Pierwszy był już w znacznie lepszym humorze, niż gdy opuszczał mieszkanie funkcjonariusza Regulskiego. Pomyślał, że ma teraz znacznie więcej zadań do wykonania, a to nadało mu sens, którego tak potrzebował. Do tego unikanie ludzi i obserwowanie ich z boku brzmiało jak coś, co mimochodem nazwałby zabawą.

Zadowolony z tych nowych perspektyw wszedł do swojej kryjówki. Budynek miał pomalowane na czarno okna, by krążące w nocy potwory nie zauważyły świateł. Kilka dni temu mężczyzna zamontował w jego piwnicy generator diesla i podłączył bardzo długim przedłużaczem zasilanie do telewizora i odtwarzacza DVD.

Po odpaleniu elektryczności, Pierwszy ściągnął z siebie pancerz szabrownika, przebrał się w piżamę i przygotował sobie kolację. Kiedy oglądał film, czuł się praktycznie jak w ‘’dawnym’’ świecie… Z tą różnicą, że tutaj był dużo bardziej szczęśliwy. Jedyne co ciążyło nad nim, to pistolet, który trzymał zawsze przy sobie. Dziś jednak nie miał już żadnego powodu, by z niego skorzystać.

***

Doktor Agnieszka podrapała się długopisem po policzku. – Minęło już trochę czasu i chciałabym wrócić do pewnej sprawy, jeśli nie będzie ci to przeszkadzało.

- Jakiej sprawy? – dopytał siedzący w fotelu mężczyzna.

Kobieta popatrzyła na niego, przeczuwając, że nie będzie to łatwy temat. – Chodzi mi o ten sposób, w jaki zwracamy się do siebie. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, prosiłam, byś zwracał się do mnie po imieniu… Ty w zamian poprosiłeś, żebym nigdy nie używała twojego imienia. Wyjaśnienie, które dla mnie wtedy podałeś jest, że tak powiem... niesatysfakcjonujące.

- Mówiłem ci, że nie lubię mojego imienia… - odparł zirytowany pacjent. - Na samym początku powiedziałaś, że zależy ci na tym, by nasze rozmowy odbywały się w komfortowej atmosferze. Dla mnie kwestią komfortu w rozmowie jest sposób, w jaki się do siebie w niej zwracamy. A podstawą to, że nie będzie wypowiadane moje imię…

Doktor Agnieszka spojrzała do swojego zeszytu i zerknęła spod niego na mężczyznę. – Mogę uznać, że twoje imię może ci się nie podobać. Jednak przesadny sposób, w jaki do tego podchodzisz, podpowiada mi, że chodzi o coś więcej. Imię utożsamia nas. Mówiąc, że go nie lubisz, to tak jakbyś szeptał, że nie lubisz samego siebie.

- Nigdy nie powiedział, że za sobą przepadam. – wtrącił mężczyzna.

- No dobrze…- westchnęła Agnieszka. – To, w jaki sposób zwracają się do ciebie na przykład w pracy?

- Po ksywce. – odparł mężczyzna.

Agnieszka uśmiechnęła się. – Co to za ksywka?

- Guz…- odparł niepewnie mężczyzna.

- Ooo. – zapiała zaciekawiona kobieta. – A skąd ona się wzięła.

- Zaczęli tak na mnie mówić, bo ciągle uderzałem o coś głową… - westchnął mężczyzna.

***

Minęły niecałe dwa miesiące, od kiedy Pierwszy spotkał się z funkcjonariuszem Regulskim. Od tego momentu nie zauważył w mieście śladów obecności innych ludzi. – Może naprawdę byliśmy ostatnimi… - zastanawiał się często, w chwilach zadumy.

Mimo to nie zrezygnował ze swojego postanowienia o zmianie sposobu budowania kolejnych kryjówek. Większość gromadzonych zapasów ukrywał teraz w piwnicach niezamieszkałych ruin albo w budynkach, które nie zostały jeszcze nawet ukończone. Mimo że sporą część schronień zgodnie z nowym planem zmuszony był przenieść, ich liczba i tak sięgnęła okrągłej pięćdziesiątki.

Z tej okazji Pierwszy postanowił nawet zorganizować sobie drobną uroczystość. Zbudowanie tylu schronień uznał bowiem, za niemały osobisty sukces. Gdy więc rano ubierał się w swój pancerny strój, na liście jego rzeczy do zdobycia zamiast standardowych; konserw, ryżu, zupek chińskich i butelek z wodą, znajdowały się: Butelka alkoholu, mąka, cukier, jajka w proszku, czekoladowa polewa, orzechy, świeczki w kształcie cyfry pięćdziesiąt itd.

Mężczyzna miał zamiaru upiec ciasto i zaryzykować nawet wprawienie się w lekko nietrzeźwy stan. Od momentu pojawienia się w mieście nie miał bowiem alkoholu w ustach. Wyprowadzając z garażu swój zdobyczny policyjny furgon, nie mógł powstrzymać uśmiechu na twarzy. – Czuję, że to będzie dobry dzień. – oznajmił samochodowi, gdy zasiadał za kółkiem.

Pozwolił sobie nawet na coś, czego nie robił, od momentu pojawienia się w mieście potworów. Gdy tylko oddalił się już od kryjówki, użył kilka razy policyjnej syreny.

Ponieważ zależało mu by jego mała celebracja stała na wysokim poziome, Pierwszy chciał zdobyć alkohol i słodycze jak najlepszej jakości. Postanowił więc wybrać się do drugiego największego sklepu w mieście. Super- maxa, który znajdował się niedaleko przedszkola miejskiego.

Od niego większy i lepiej wyposażony, był już tylko H-market w centrum, ale Pierwszy sprawdził go kilka razy i okolice parkingu wręcz roiły się od niewykształconych w tym tych ''olbrzymich''. Stanowiło to więc w jego oczach przesadne ryzyko.

Wjeżdżając na parking samu, mężczyzna nie otwierał nawet bocznej burty. Miał zamiar zrobić tylko niewielkie ‘’zakupy’’. Przełamany przy okazji innego szabru mechanizm, pozostawił drzwi do sklepu otwarte, więc Pierwszy z bronią na plecach, wszedł do środka bez nawet chwilowej zwłoki.

Biorąc jeden ze stojących przy kasach koszyków, przeszedł do półki z mąkami. – 650 czy 750? – westchnął spoglądając, na oznaczenia. – Na tej pisze tortowa…- stwierdził zadowolony, pakując opakowanie do koszyka. Krążąc po sklepie, zabrał jeszcze dwie torby cukru, polewę czekoladową, proszek do pieczenia, gotowe nadzienia i kolorową posypkę.

Zebrawszy składniki na ciasto, ruszył na dział alkoholi. Tam utknął na kolejnych kilka minut, wybierając pośród najdroższych najbardziej fikuśnych butelek. Po długich debatach przeprowadzonych ze sobą mężczyzna wybrał w końcu Gin ‘’Berlendo’’ który miał zamiar popróbować, łącząc ze zgromadzonymi w domu napojami.

Zbliżając się do wyjścia, Pierwszy nagle stanął. – Świeczki! – zawołał i wrócił w głąb sklepu.

Odnajdując alejkę z gadżetami imprezowymi, mężczyzna pośród stosów papierowych kubeczków i czapeczek odnalazł świeczki cyferki. Wrzucając zero i piątkę do koszyka, ruszył z powrotem w kierunku wyjścia.

Wtedy usłyszał odgłos kroków.

Odłożywszy koszyk na ziemię, szybko złapał za pistolet maszynowy i przykładając szczerbinkę do oka, dał krok do przodu. W drzwiach sklepu stał mężczyzna w zielonej kurtce i przerzuconym przez ramię podróżnym plecakiem. Na pierwszy rzut oka wyglądał na

- Ręce do góry jak chcesz żyć! – krzyknął Pierwszy, wyskakując zza regału, a mężczyzna stanął jak wryty.

Po chwili na jego twarzy zagościł uśmiech najszczerszej radości. – CZŁOWIEK! BOŻE CZŁOWIEK! - wykrzyczał uradowany.

- Powiedziałem ręce do góry, bo strzelam! – zagroził ponownie Pierwszy.

Najwidoczniej przez strój i rozkazujący ton, przybysz pomylił go z prawdziwym policjantem. Posłusznie podniósł ręce, ale dalej nie mógł opanować radości bijącej mu z twarzy. – Nie wierzę, boże nie wierzę… ja myślałem, że są tutaj tylko potwory… - stwierdził, ciągle się uśmiechając.

Pierwszy zbliżył się do niego, nie opuszczając lufy nawet na chwilę. – Masz broń? – spytał, łapiąc mężczyznę jedną ręką za kurtkę.

- Tylko nóż…- odpowiedział przybysz, nie protestując, nawet gdy Pierwszy wyciągnął mu go z kabury.

- To wszystko? – dopytał Pierwszy, a mężczyzna pokiwał głową.

- Jezu nawet pan nie wie, jak ja się cieszę. Boże nie miałem pojęcia, co się dzieje, całe miasto oszalało, a ja nie wiedziałem, czy przeżyje. Jak dobrze, że pana znalazłem oficerze…- opiewał dalej radośnie tajemniczy przybysz.

Pierwszy upewniając się, że go rozbroił, zarzucił maszynówkę na plecy i wyciągnął zwykły pistolet, bo łatwiej było mu nim trzymać nieznajomego na muszce. – Nie jestem policjantem. – stwierdził, cofając się. – I wiem o tym co się stało, tyle samo co ty…

W tym momencie mina przybysza nieco zrzedła. – Nie jesteś policjantem? To skąd ten samochód i strój?

- Zabrałem go z komisariatu. – odparł Pierwszy. – Pancerz chroni przed potworami, a radiowóz ma kraty na oknach, więc jak trafisz na tego dużego, to cię z niego tak łatwo nie wyciągnie.

- Tego dużego…- powtórzył przybysz. – Masz na myśli te olbrzymy z brodą?

- Tak. – potwierdził Pierwszy. – Jeden o mało mnie nie zabił.

- Walczyłeś z takim? – spytał zszokowany mężczyzna, po chwili spoglądając na swoje podniesione dłonie.. – Czy przeszkadzałoby ci, gdybym już…- spytał, wskazując na wiszące w powietrzu ręce. Pierwszy kiwnął głową, a mężczyzna odetchnął. – Naprawdę z takim walczyłeś?

- O mało przy tym nie zginąłem. W każdym razie nie polecam…- stwierdził Pierwszy, cofając się, by zabrać swój koszyk.

Mężczyzna dał krok, zanim. – Obserwowałem je tylko z balkonu. Gdy jakiś krążył w pobliżu mojego domu, nawet nie wyściubiałem nosa...- opisywał dziwnie podekscytowany.

- Mhm…- przytaknął Pierwszy, łapiąc swój ładunek i wychodząc ze sklepu.

Mężczyzna ruszył za nim i obserwując, jak ładuje koszyk na boczne siedzenie, spytał. – Jesteś tutaj sam? To znaczy nie ma z tobą żadnej grupy…

- Sam. – odpowiedział Pierwszy, okrążając radiowóz z mężczyzną za plecami.

- Cholera ja też, naprawdę myślałem, że jestem już tutaj jedyny. Tak w ogóle to jestem Grzegorz, a ty?

- Jestem kimś, kogo widzisz ostatni raz w swoim życiu. – odparł Pierwszy, otwierając drzwi kierowcy.

Widząc to, mężczyzna złapał go za rękę, wołając. – Nie! Czekaj nie! Jesteś pierwszym człowiekiem, którego tu spotkałem, nie możesz mnie tak zostawić!

- Nie znam cię. Nie wiem, kim jesteś, a jeśli chcesz wrócić do swojego domu, zabierz tę rękę. – powiedział Pierwszy, przykładając mężczyźnie pistolet do czoła.

Ten stał przez chwilę przestraszony, ale zaraz potem spojrzał na twarz Pierwszego i pokręcił głową. – Nie wierzę, że strzelisz…. Nie jesteś mordercą, za dobrze ci z oczu patrzy…

Pierwszy westchnął, spoglądając zirytowany w niebo. – Ok, nie zastrzelę cię. – stwierdził, wrzucając pistolet na siedzenie.

- Wiedziałem! – odparł rozradowany mężczyzna, gdy nagle Pierwszy wyciągnął z boczka w drzwiach pałkę i huknął go nią w kolano.

Grzegorz krzyknął, odskakując na bok, a Pierwszy wsiadł do radiowozu i odpalił silnik. Mężczyzna nie dał jednak za wygraną i stanął przed maską samochodu. - NIE! Nie pozwolę ci odejść!

Pierwszy wyszedł z samochodu, ściskając w rękach pałkę. – Naprawdę chcesz wracać do domu, kulejąc?

- Chłopie od miesiąca nie rozmawiałem z innym człowiekiem. Zatłucz mnie nawet! Tylko błagam! Porozmawiaj ze mną… - zawołał mężczyzna, masując się po udzie.

Pierwszy westchnął ciężko i zarzucił ręce na piersi. - Dziesięć minut, potem odjeżdżam i żebyśmy mieli jasność, nie zabieram cię ze sobą...

- Dobra...dobra...- zawołał pośpiesznie mężczyzna, jakby naprawdę stanął nad nim jakiś zegar. - Więc tak ja ci mówiłem, jestem Grzegorz i włóczę się po mieście od prawie miesiąca...

Pierwszy skinął głową, udając, zainteresowanie tematem, a zaaferowany mężczyzna widząc, chyba że nie doczeka się innej reakcji, kontynuował. – No dobra Obudziłem się na cmentarzu i zupełnie nieświadomy tego co się dzieje, wróciłem do domu…

Słysząc to, Pierwszy wtrącił się - Też obudziłem się na cmentarzu... Jak rozumiem ostatnie co pamiętasz, to jasne światło jakbyś umierał…

- TAK! – potwierdził mężczyzna i zaczął tłumaczyć dalej. – Do tego zaatakował mnie tam potwór, taki ze zniczem wtopionym w twarz…

- Widywałem je przy cmentarzu, ale nigdy a mieście. – ponownie wtrącił Pierwszy.

Grzegorz potrząsnął głową. – To pocieszające. Więc jesteś sam tak? Pomyślałem, że jesteś członkiem jakiejś grupy, bo zobaczyłem twój koszyk i te świeczki… Myślałem, że świętujecie czyjeś urodziny, a ty nie wyglądasz na pięćdziesiątkę…

W tym momencie Pierwszy ledwo zachował kamienną twarz, nie przypuszczał, jak spostrzegawczy jest ten mężczy. Nie miał zamiaru przyznawać się, co właściwie robi, dlatego na poczekaniu wymyślił kłamstwo. – Miał dziś świętować mój pięćdziesiąty dzień przetrwania.

- Wow! Zajebisty pomysł! – stwierdził Grzegorz, klaszcząc w ręce. – To nie masz ochoty, na imprezę we dwóch?

- Odjeżdżam…- skwitował Pierwszy, odwracając się w stronę samochodu.

Mężczyzna złapał go i błagalnym tonem zawołał. – Dobra, dobra żadnych więcej głupich pomysłów. Tylko zostań jeszcze chwilę…

Pierwszy westchnął, obracając się. – pięć minut.

Grzegorz wyglądał teraz na naprawdę spanikowanego, W jego głowie musiała w tym momencie przepływać istna burza myśli, w których przewodnia dotyczyła tego, jak sprawić by Pierwszy ulitował się nad nim i wziął go ze sobą. Niestety dla niego, ten podjął już wcześniej decyzję, że nie będzie nikogo niańczył. Mężczyzna nie dawał jednak za wygraną i wciąż próbował nawiązać jakąkolwiek relacje. – Nie ukrywam po prostu, że ciężko mi tutaj samemu. Potwory krążą pod oknem, nie można nawet przespać się spokojnie. A widzę, że ty radzisz sobie naprawdę dobrze… więc może mógłbyś chociaż udzielić mi jakiejś wskazówki… Rady…może podszkolić trochę? Widzę, że jesteś wymagającym człowiekiem, ale nie musisz od razu brać mnie na pomagiera. Rozumiem, że nie zabierzesz mnie teraz ze sobą, ale może mógłbym udowodnić dla ciebie swoją wartość…

- Nie. – wtrącił Pierwszy.

- Co Czemu!? Boże no czemu? Dlaczego nie chcesz dać mi szansy? – zawył Grzegorz, który nie mógł po prostu uwierzyć, że nie jest w stanie przekonać stojącego przed nim Pierwszego.

Ten podrapał się po głowie, spoglądając na stojącego przed nim, mężczyznę. – Posłuchaj, potrzebujesz teraz pomocy i powiesz wszystko, żeby mnie do siebie przekonać. A ja cię nie znam… Nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań, nie wiem nawet, czy jesteś dobrym człowiekiem, albo czy pasowałoby mi twoje towarzystwo. Wiem natomiast, że jeśli cię zabiorę, już się więcej nie odczepisz. To dla mnie droga bez powrotu, w którą wole nie brnąć…

Grzegorz pokręcił z niedowierzaniem głową. – Chłopie ja zginę tutaj! Rozumiesz?… Po prostu zginę!

Pierwszy zacisnął zirytowany pięści. Po chwili sięgnął do swojego paska i wyciągnął pistolet. Grzegorz widząc to, zrobił przestraszoną minę, myśląc zapewne, że w tym momencie przesadził i za chwilę zostanie postrzelony. Niespodziewanie Pierwszy wyciągnął jednak magazynek i rzucił go w krzaki, po czym podał pistolet Grzegorzowi. – Teraz masz takie same szanse jak ja. Nic więcej nas od siebie nie różni…- mówiąc to, złapał za drzwi radiowozu i miał już zamiar odjechać.

Grzegorz zamknął jednak drzwi, a Pierwszy znowu złapał za pałkę. – Tym razem naprawdę dostaniesz! – zagroził.

- KAWA! – zawołał niespodziewanie Grzegorz.

- Co? – spytał zdumiony Pierwszy.

- Przyjdź do mnie na kawę. Nie musi być dzisiaj…wiem, że potrzebujesz czasu, by to przemyśleć. Niech będzie za pojutrze. Mieszkam w bloku na Rejmonta 12, mieszkanie 4 druga klatka… - zaproponował niespodziewanie.

Pierwszy popatrzył na niego zdziwiony. – Dobrze! Jak obiecam, że to przemyślę, odczepisz się w końcu?

- Tylko obiecaj, że to przemyślisz…- zawołał Grzegorz.

Pierwszy westchnął zirytowany. – Obiecuje, a teraz idź zabierz magazynek, który ci dałem… I taka rada, ostatnią kulę trzymaj dla siebie.

Grzegorz, słysząc to, otworzył z niedowierzaniem usta, a Pierwszy wsiadł do radiowozu i odjechał, nie odwracając się za siebie.



122 wyświetlenia5 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie