Krańcowo III - Rozdział XVII - Świat który umarł

Szturmujący weszli do wnętrza kościoła. Oprócz Daniela, który szedł na ich czele, w grupie znalazło się zaledwie dziesięciu braci: Adrian, Adrian drugi, Bartek, Błażej, trzech Łukaszów, Tomek, Michał i Wiktor. Dziki zdziwił się, że wódz nie zdecydował się zabrać ze sobą więcej ludzi albo chociaż Maciejewskiego. Pomyślał jednak, że sytuacja w Magistracie mogła nie pozwolić na zbyt dużą korektę planu po tym, jak Pięść Daniela została zniszczona i nie mogła dołączyć do walki.

Mimo to Dziki nie wyobrażał sobie, by mogli to przegrać. Daniel buzował Pierwotną Wolą do tego stopnia, że nawet nieprzebudzeni na błędy kompani zerkali na niego z lękiem. Był niemal pewien, że w starciu z tą mocą Smutnego spodka szybki i bolesny koniec.

- Jak dobrze pójdzie, będę mógł błyskawicznie wrócić i dopilnować by każdy Ścierwojad zdechł, klęcząc kolanami we własnych flakach... Potem chyba sprawdzę, czy Ostry żyje i dopilnuje, by już nie żył... - pomyślał Dziki, którego ta ''optymistyczna'' wizja podniosła na duchu tak mocno, że nie był w stanie ukryć uśmiechu.

Odrywając się po chwili od dziwnych wyobrażeń, dostrzegł Pierwszego skradającego się za nim. To właśnie jego brakowało mu w całej szturmującej kościół grupie. Na początku myślał nawet, że jego dawny towarzysz nie będzie chciał walczyć ze Smutnym, z którym łączyła go przecież wspólna przeszłość.

Zadowolona twarz Dzikiego wzbudziła natychmiast uwagę zamaskowanego weterana. Mężczyzna błyskawicznie podszedł do niego, łapiąc jednocześnie za ramię. - Dziki co z tobą? Co tu w ogóle robisz? Sznur miał cie zabrać w bezpieczne miejsce...

- Pomyślałem, że ci pomogę...- odparł pewnie Dziki. - No tak i szczerze? Liczyłem chyba na to, że zabije Smutnego przed Danielem... No ale po tym, co stało się z Elzą... Czujesz? - spytał, rozglądając się po kościele jakby moc wodza dało się dostrzec. - Wątpię, żebym zdążył, chociaż dobiec do jego ciała. Chodźmy, zaraz przegapimy rozstrzygnięcie... - stwierdził, omijając kompana.

Pierwszy słysząc Dzikiego zamarł. Otrząsając się po chwili, złapał go ponownie praktycznie obracając do tyłu. - DZIKI! - krzyknął mężczyzna. - Co się z tobą dzieje? Nie zachowujesz się normalnie!

Dziki poczuł w tym momencie, jak przechodzi go zimny dreszcz. Stara świadomość przebiła się przez chwilę, ponad ścianę którą w sobie wytworzył. Ta cała śmierć, która go otaczała, gorycz, którą gromadził od przybycia do tego świata, poczucie winy i żalu wypełniające jego wnętrze... To już po prostu było za dużo. Rzucając się mężczyźnie na ramię, zaczął zalewać je łzami. - Nie daje już rady Pierwszy, nie daje rady... Nie chcę być w tym cholernym świecie ani chwili dłużej, mam już dość... KURWA DOŚĆ! DOŚĆ!!!- ryknął.

Pierwszego zamurowało, jego głowa opadła w geście rezygnacji. - Nie trzeba było tu przychodzić...- wyszeptał, nie mogąc zapewne znaleźć żadnego słowa podnoszącego w tym momencie na duchu.

- Właśnie, że trzeba było! - pomyślał Dziki. - Za dużo złych rzeczy w tym świecie stało się, bo pozostałem bierny. Kręcąc w stronę Pierwszego głową, poczuł jak Pierwotna Wola i żądza śmierci znowu go wypełniają. - Nie rozumiesz Pierwszy... Muszę zobaczyć, jak to się kończy. Muszę zobaczyć, jak on umiera. Dopiero wtedy będę wiedział, że ci wszyscy ludzie, którzy zginęli po tej stronie, nie zrobili tego na marne...

Przestraszony weteran spoglądał na niego przez chwilę, starając się chyba ocenić czy Dziki nie zagraża w tym momencie sobie i całej misji. Gdy jednak z korytarza prowadzącego do głównej części świątyni dobiegł dźwięk wywarzanych drzwi, mężczyzna wyszeptał pośpiesznie. - Idziemy, trzymaj się blisko mnie...

Z bocznego korytarza prowadzącego obok kancelarii parafialnej, weszli zniszczonymi drzwiami do głównej sali kościoła. Jego wnętrze ciągle pachniało dymem i kadzidłami, ale była to jedyna sakralna pozostałość tego miejsca. Wszystkie obrazy i dewocjonalia zostały ściągnięte, pozostawiając po sobie jasne plamy na ścianach. Ławy i krzesła zniknęły, zastąpione przez skrzynie z zapasami, a na miejscu ołtarza stały dwa fotele, żywcem wyciągnięte z gabinetu dentystycznego. Gdy Dziki przyjrzał się temu, na myśl przyszedł mu natychmiast prowizoryczny szpital. Ciała Smutnego i prezydent Nadii ułożone były na rozłożonych siedziskach, oboje mieli też podłączone dziesiątki kroplówek. Opiekę nad nimi sprawował personel medyczny w zielonych fartuchach.

Prawdziwym szokiem dla Dzikiego, było to, że nie zauważył nawet jednego strażnika. Czyżby Smutny był tak pewien swojej kryjówki, że zupełnie zignorował potencjalna ochronę? To co Dziki stwierdził na pierwszy rzut oka, okazało się wyjątkowo nietrafione.

Lekarze zesztywnieli co prawda przerażeni, widząc wkraczających do kościoła członków Armii, ale Daniel i Bracia zamarli gdy pod ołtarzem zobaczyli niewykształconych.

Krańcowski Dziad, stał niczym ogromny posąg w bocznej nawie i gdyby nie jego poruszająca się od oddechu klatka piersiowa, można by go naprawdę pomylić z wyjątkowo paskudną rzeźbą. Nie to jednak wprowadziło członków Armii w największe osłupienie. U stóp ołtarza przechadzał się największy i najstarszy Delimer, jakiego Dziki widział w swoim życiu. Bestia nie przypominała już z postury goryla tylko samochód dostawczy. Jego maska była nieproporcjonalnie przerośnięta, mocno pordzewiała i przeszyta dziesiątkami nitów. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że niewykształceni w ogóle nie zwracali uwagi na krążących dookoła nich lekarzy.

Przez wyjątkowo długą jak na te sytuacje, chwile, nikt nie ośmielił się nawet poruszyć. Daniel przebiegał oczami po kościele, starając się zapewne ułożyć na szybko jakiś plan. Dziki razem z Pierwszym zatrzymali się pod antresolą z organami, a lekarze wpatrywali się jak zaczarowani w stojących członków Armii.

Ten impas przełamał dopiero dźwięk przypominający grom, który pojawił się nie wiadomo skąd, wstrząsając fasadami kościoła. Chwilę po tym ciało Smutnego zadrgało. Wykonując dziwaczny rozłożysty ruch, uniosło się do góry, jak ogromna pacynka podnoszona na sznurkach przez lalkarza. - Oglądam sobie spokojnie walki nad Magistratem, aż tu nagle goście w moim domu. CO ZA NIESPODZIANKA!!! - ryknął oderwany od ciała, a jego tubalny głos rozbrzmiał echem po całym wnętrzu.

Bracia spojrzeli z wyraźnym lękiem na ten dziwaczny pokaz, ale Daniel stał nie wzruszony. Krzyżując ręce na piersi, odparł niemal natychmiast. - Wysoko aspirujesz jeżeli za swój dom uważasz kościół...

Wyraźna kpina bijąca z jego głosu miała chyba dodać towarzyszącym członkom Armii odrobinę otuchy, ale Bracia byli tak zszokowani tym widokiem, że ścisnęli się za wodzem jak za tarczą.

Nim ktokolwiek zdążył się odezwać ponownie, kościołem wstrząsnęło po raz drugi. Tym razem to ciało Nadi zadrgało. Podobnie jak Smutny uniosła się ona po chwili w powietrze, zawisając obok.

Dziki mógł dzięki temu w końcu przyjrzeć się kobiecie, która była prowodyrem całej tej wojny. Prezydent Nadia miała wygląd typowej urzędniczki, ostre rysy twarzy, wąskie ściśnięte usta i włosy spięte w kok. Gdyby nie martwa pustka bijąca z jej oczu, mogłaby jednak uchodzić za dość atrakcyjną osobę w średnim wieku. - Chętnie podziękowałbym ci, za wszystkich których przez ciebie straciłem. - pomyślał Dziki, wyobrażając sobie jak zaciska kobiecie dłonie na szyi.

Pani prezydent nie mogła jednak odczytać jego myśli i całą swoją uwagę poświeciła dowódcy Armii - Więc to jest ten cały legendarny Daniel? - spytała ironicznie. - Typowy odpad który w Starym Świecie był nikim i dla którego Nowy Świat był awansem społecznym...

Słysząc to wódz uśmiechnął się. - Problem z opiniami jest taki, że dotykają nas tylko te, wygłaszane przez ludzi na których opinii nam zależy. - stwierdził pewnie. - Opinia kogoś kto za trzy minuty będzie martwy, nie wiele mnie interesuje...

- A co z opinią twoich ludzi, których zostawiłeś w Magistracie? - spytała retorycznie kobieta. - Myślę, że ci którzy przeżyli starcie z moimi Zwiadowcami, mają cię teraz za tchórza i przeklinają dzień w którym przysięgli ci wierność...

Daniel wsłuchując się w słowa kobiety, wciąż wyglądał na niewzruszonego. - Moi żołnierze nie będą walczyć. - zakpił. - Mieli tylko pozorować atak, żebym mógł razem z niewielką grupą przedostać się tutaj bez komplikacji. W tym momencie wracają już pewnie do H-Marketu... Kapitulacje magistratu, mam zamiar wymusić, wywarzając jego wrota twoja odciętą głową. - dodał na koniec, zaciskając pięści.

W tym momencie Dziki nie mógł się powstrzymać i przyklasnął Danielowi, za co Pierwszy spojrzał na niego karcąco. - Nie zwracaj na nas uwagi...- wyszeptał.

Na szczęście Smutny i Nadia wciąż byli skupieni na wodzu. Słysząc jego groźbę oboje roześmiali się, a ich bezwładne ciała załopotały jak latawce na wietrze. Oderwany jaźnią mężczyzna odparł natychmiast. - Gdyby nie Pierwszy, zginąłbyś całkiem nieświadomy, dalej rozważając w swoim pseudo-królestwie czy powinieneś z nami walczyć. Jedyne co tobą kieruje to pycha, podparta fałszywymi wyobrażeniami własne ''potęgi''. Nie zbliżyłeś się nawet do poziomu prawdziwej mocy, jaką mogą uzyskać użytkownicy Woli...

- Mam do ciebie tylko jedno pytanie Smutny - przerwał Daniel.

- Pytaj! - zagrzmiał mężczyzna z wyraźną wyższością.

- Chcecie na koniec żebym was pochował razem? Czy to tylko twoja szmata do huja i jest ci obojętnie? - zakpił wódz

- DOŚĆ! - ryknęła Nadia. - Za długo ciągniemy te beznadziejną sprawę z Centrum, dzisiaj zabijemy jego przywódców, jutro jego mieszkańców, a potem zrównamy to miejsce z ziemią! BIERZ GO - rozkazała, a Krańcowski dziad ruszył natychmiast w stronę Daniela.

Wódz uśmiechnął się jakby dokładnie takiej reakcji się spodziewał. - Trzymajcie się z tyłu Bracia i podziwiajcie co potrafi najpotężniejszy w Krańcowie! - stwierdził, a jego kompani uciekli natychmiast pod ściany świątyni.

Nacierający Dziad zamachnął się w tym czasie ręką, próbując ściąć Daniela niczym ogromna kosa. Dźwięk uderzenia rozbił się echem po kościele, a kurz pokrył miejsce w którym jeszcze przed chwilą stał wódz. Dziki myślał, że Daniel po prostu odfrunie odrzucony siłą tego ciosu. Gdy chmura pyłu opadła, okazało się, że ręka Dziada zatrzymała się na nim, jakby był ogromnym betonowym słupem. - Miałeś swoją szansę ...- wyszeptał gniewnie wódz, rzucając się natychmiast do kolana niewykształconego. Łapiąc je w zgięciu, obalił bez trudu potwora na plecy.

W międzyczasie Pierwszy spojrzał znacząco na Dzikiego i przykładając palec do maski, zaczął przekradać się przy ścianie. Dziki zawahał się przez chwilę, zastanawiając czy nie powinien przypadkiem pomóc wodzowi. Widząc jednak jak Daniel niczym pocisk trafił w twarz leżącego potwora, uznał to za zbędne. - Może jednak będę miał okazję, sprowadzić sprawiedliwość na głowę tej wyniosłej kobiety... A może nawet ukarzę Smutnego, za próbę zniszczenia Centrum...- pomyślał, ruszając za Pierwszym.

Chociaż lewitująca para zdawała się być pochłonięta trwającą walką. Gdy tylko zbliżyli się do ołtarza, Smutny zagrzmiał, obracając bezwładną głowę w kierunku Pierwszego. - Moja percepcja wykracza obecnie poza ludzkie rozumowanie i postrzeganie świata. Myślisz, że jesteś w stanie przekraść się obok mnie?

Pierwszy podniósł w tym momencie głowę, odpowiadając - mówisz o sobie jak o istocie wyższej, a zachowujesz się jak człowiek bez kręgosłupa i charakteru - zawołał. - Ciągle powtarzałeś, że nie obchodzą cię przyziemne sprawy, a jednak szkoliłeś Zwiadowców. Mówiłeś, że nie dbasz o to kto wygra wojnę, a zacząłeś walczyć w imieniu Zarzecza...

- Sam jesteś temu winien! - przerwał Smutny. - Gdybyś stanął po mojej stronie od początku, nie doszłoby do tego! Z twoja mocą u boku, byłbym nie pokonany i nie musiałbym się mieszać w żaden konflikt... Na twoje nieszczęście, zrozumiałem w końcu, że wcale cię nie potrzebowałem! Zmarnowałem tyle czasu na te nasze pakty, zamiast po prostu poszukać wcześniej kogoś, kto jak Nadia rozumie, że warto poświęcić wszystko w drodze do boskości...

- Boskości? - zawołał zszokowany Pierwszy. - Od momentu naszego poznania miałem cię za niezrównoważonego, ale teraz widzę, że przez błędy całkiem już straciłeś kontakt z rzeczywistością...

- Zmieniam Krańcowo, jak tylko chcę siłą własnej Woli! - odparł Smutny, a jego głos zagrzmiał echem po sali. - Jak sądzisz, kim mnie to czyni?

- Użytkownikiem Woli...- odparł beznamiętnie zamaskowany weteran. - No, ale skoro widzisz już siebie jako boga, zrób najważniejszą rzecz.

- Jaką? – spytał natychmiast Smutny.

- Zmuś mnie, żebym ci się pokłonił - rzucił wyzywająco Pierwszy.

Oderwany od ciała mężczyzna zamilkł, ale słowa weterana przekroczyły granice cierpliwości pani prezydent. - Ty bezczelny pajacu! Żyjesz tylko dlatego, że Paweł poręczył za ciebie! Chociaż tłumaczyłam mu, że jesteś zagrożeniem, on ciągle powtarzał, że w Starym Świecie przetrwał dzięki waszym rozmową! Doceń dar życia który dostałeś i wynoś się! - wrzasnęła wściekła kobieta, a jej ciało wygięło się, jakby chciała wystrzelić w dół.

- Dar życia? - spytał Pierwszy. - Żyje bo mi pozwoliliście? - dopytał ironicznie. - W Krańcowie istniała tylko jedna osoba zdolna mnie zabić i to dlatego, że jej Wola była stworzona przeciwko mnie... Smutny dobrze wiedział, że w razie czego stanę po stronie Centrum, po prostu bał ci się powiedzieć, że nie ma mocy by mnie powstrzymać...

Nadia w tym momencie nie wytrzymała, gotowa do ataku zaczęła pikować, ale na jej drodze stanął Smutny. - NIE! ON CIĘ SPECJALNIE PROWOKUJE! NIE WOLNO CI GO TKNĄĆ! - zawołał.

Kobieta nie miała jednak zamiaru go słuchać.- Za długo zmuszona byłam tolerować jego wybryki i to jak przeszkadzał nam w zdobyciu Centrum. Pokaże ci teraz, że od początku nie należało się go bać! - stwierdziła, opadając co raz niżej.

Gdy tylko stopy pani prezydent dotknęły ziemi, coś w jej ciele natychmiast się zmieniło. Głowa przestała zwisać luźno i wyprostowała się, a w brązowych oczach ponownie pojawiły się iskry życia. Nadia stanęła tak pewnie, jakby oderwana jaźń wróciła całkowicie na swoje miejsce.

W międzyczasie czasie wódz kończył walkę z Dziadem. Oszołomiony Niewykształcony zachowywał się jak bokser, który przez całą rundę przyjmował uderzenia na głowę. Słaniał się na ogromnych nogach ledwo trzymając równowagę, a jego ciosy był właściwie bezsilnymi wymachami. Daniel widząc to spojrzał na stwora z politowaniem. - Nie jesteś nawet największym Dziadem jakiego zabiłem...- prychnął. Po chwili błyśnięcie przeniosło mężczyznę na wysokość głowy potwora. Nim grawitacja zaczęła ściągać go w dół, uderzył potężnym sierpem który wbił głowę Dziada w boczny witraż.

Opadając twardo na nogi, Daniel otrzepał swoją bluzę podwijając mocniej rękawy. - Idę po ciebie! - krzyknął w stronę Smutnego.

Oderwany od ciała mężczyzna był jednak tak skupiony na swojej towarzyszce, że nawet nie odwrócił się w stronę wodza. Machnął jedynie luźną ręką, a drzwi od prezbiterium otworzyły się jak pociągnięte niewidzialnym sznurkiem. Ze środka natychmiast wypadła grupa obrzydliwych niewykształconych.

Dziki widział taki typ po raz pierwszy w swoim życiu. Wszyscy byli wielcy i tłuści jak zawodnicy sumo. Ich twarze były wyschnięte i białe jakby posklejano je z popiołu, reszta ciała zaś czarna i przepasana fioletowymi pasami, jak szaty liturgiczne. Istoty wydawały z siebie dziwny pomruk przypominający cichą modlitwę.

Spoglądając jak potwory wynurzają się z głębi kościoła, myślał, że rozbiegną się po całej świątyni atakując losowych ludzi. Stado minęło jednak lekarzy i zupełnie zignorowało jego oraz Pierwszego, pędząc prosto w stronę Daniela.

Dziki był już w tym momencie pewien, że Smutny był w stanie kontrolować niewykształconych siłą swojej Pierwotnej Woli. Skoro skierował ich przeciw wodzowi, nie miał zamiaru mu przeszkadzać. Zaciskając pięści, poczuł niewyobrażalną chęć, zakończenia żywota stojącej przed nim kobiety. - Nie martw się, ja nie będę się z tobą bawił - pomyślał.

Pierwszy czując chyba jego wzrastającą wolę, wyszeptał natychmiast. - Pomóż Danielowi, ja się nią zajmę...

Dziki znowu się zawahał, uznał jednak, że jego towarzysz musi mieć jakiś plan. Zamiast w stronę Nadi ruszył więc w kierunku najbliższego niewykształconego. Istota skupiona na ślepym atakowaniu Daniela, nie zauważyła nawet, jak wbił się w jej bok. Razem z nowym typem niewykształconego, potoczyli się po ziemi, a po chwili błyskawicznie wskoczył na jej opasły brzuch. Gdy miał już zadać przepełniony błędem cios w jej wyschniętą gębę, potwór otworzył usta i dmuchnął strugą dziwnego drażniącego dymu.

Dziki odskoczył do tyłu, bo twarz zapiekła go jak od gazu pieprzowego, a w głowie zaczął nagle słyszeć przeraźliwie głośne dzwony. Ten dźwięk wypełniał go w środku i sprawiał, że jego płuca zaczynały rezonować.

Przez załzawione oczy dostrzegł jak potwór, podnosi się obok niego. Próbował zamachnąć się na oślep, ale w tym momencie poczuł, jak ktoś wchodzi mu pod rękę. W ogłuszającym dźwięku dzwonów usłyszał, jak Brat Wiktor mówi do niego. - Zabiorę cię stąd.

Tuż nad ich głowami padły właśnie strzały. Bracia nie mieli najwidoczniej zamiaru pozostawiać walki wyłącznie w rękach wodza i zaczęli ostrzeliwać niewykształconych. Wiktor doprowadził go pod główne drzwi, gdzie natychmiast pochylił się nad nim jeden z Łukaszów.

- Co z nim? - spytał natychmiast.

- Nic mi nie jest...- odparł Dziki przecierając oczy.

Gdy oderwał w końcu ręce od twarzy, dostrzegł jak przez mgłę, że coś przelatuję wzdłuż kościoła. Z początku myślał, że to tylko czarna plamka na podrażnionym oku, ale gdy ta ''plamka'' uderzyła w główne wrota i wyrwała je na zewnątrz, zrozumiał, że zobaczył właśnie Pierwszego który jako jedyny nosił tu czarny strój.

Prezydent Nadia wybiegła na zewnątrz tuż za wyrzuconym mężczyzną, zupełnie ignorując zebranych pod wejściem Braci. Dziki poderwał się natychmiast i przebiegając przez wyważone drzwi, wypadł na plac przed kościołem. Gdy rozglądał się za swoim kompanem, zupełnie niespodziewanie usłyszał w głowie głos Smutnego. - Zastanawiam się tak właściwie, co ty tutaj robisz? Spłacasz dług wobec Pierwszego, za twoja przyjaciółkę? Możesz już iść, martwi nie ściągają należności...

- Gdy próbowałeś ją powstrzymać, chyba nie do końca wierzyłeś, że wygra - odparł Dziki.

- Rola narzeczonego martwić się o przyszłą żonę... - wyjaśnił Smutny.

Dziki zauważył, że mimo tego co powiedział w jego głosie nie było słychać przesadnego zaangażowania. - Pierwszy powiedział mi, że miałeś już rodzinę, którą kochałeś...- stwierdził ironicznie. - Czyżby udało ci się w końcu pocieszyć po ich stracie? Trochę z ciebie hipokryta...

W tym momencie ziemia pod stopami Dzikiego zadrgała. - Co ty możesz wiedzieć, o tym co przeżywam! PIĘĆ LAT DZIKI! Od pięciu lat rozrywam ten świat kawałek po kawałku, próbując go zmusić, by oddał mi je z powrotem! Najgorsze, że zrozumiałem w końcu jedną rzecz. Kto umarł, nigdy już nie wróci jako człowiek!

- To ogranicza twoje CV, jako przyszłego boga Krańcowa. Przyznaj po prostu, że nie chciało ci się dłużej próbować – odpowiedział mu Dziki, na co głos w głowie zripostował natychmiast.

- Gdybyś miał szansę przeżyć dzisiejszy dzień, życzyłbym ci z całego serca, byś tak jak ja zobaczył kogoś kogo kochasz, zmienionego w potwora. Na twoje szczęście, wasza śmierć w pełni mnie usatysfakcjonuje, więc nigdy nie poznasz co to znaczy prawdziwy ból! - warknął zawistnie oderwany od ciała.

- Nawet nie wiesz jak się mylisz...- westchnął Dziki, którego oczy ponownie przeszkliły łzy, tym razem nie związane z dymem.

Smutny nie odezwał się więcej, a Dziki zaczął rozglądać się za swoim towarzyszem. Mężczyzna podnosił się właśnie spod stojącego wokół kościoła płotu, odsłaniając przy okazji dziurę, którą zrobił w nim plecami. Nadia nie miała jednak zamiaru dać mu nawet chwili wytchnienia. Doskakując do Pierwszego, uderzyła z ogromną siłą, ale mężczyzna krzyżując ręce, zablokował cios. Fala uderzeniowa powstała po tym bloku, rozdarła stojące zanim ogrodzenie na strzępy, a jego odłamki wbiły się w pobliski dom.

Nadia nie dała za wygraną, wyprowadzając kolejne uderzenia. Każde z nich zdawało się coraz silniejsze. Chociaż Pierwszy stał niewzruszony, wszystko dookoła niego po prostu się rozpadało. Ogrodzenie przestało istnieć, budynki zawalały się w gruzy, nawet ziemia za jego stopami zaczynała się zapadać, tworząc olbrzymi lej.

- Potrafisz się tylko bronić?!- ryknęła prezydent, na co Pierwszy odpowiedział po prostu. - Nie.

W tym samym momencie spoliczkował kobietę z taką siłą, że wykonała w powietrzu gwiazdę, upadając metr dalej.

Nadia rozwścieczona nieskutecznym atakiem, zupełnie zmieniła strategie. Zamiast wzmacniać swoje ciało, zaczęła je przeobrażać. Jej ręce urosły do tak olbrzymich rozmiarów, że bez trudu chwyciła w nie Pierwszego jak muchę.

Dziki wystrzelił do przodu chcąc ratować kompana, ale w tym momencie dostrzegł jak z dłoni kobiety bryznęła krew. Olbrzymie palce odpadły odcięte jak połamane parówki, a Pierwszy czerwony od posoki wytoczył się z pozostałości ręki.

Kobieta z krzykiem przeobraziła swoje dłonie do normalnych rozmiarów, przyglądając się teraz krótszym o połowę palcom. - Ty sukinsynu...Chciałam zrobić to szybko, ale teraz... - słowa kobiety zostały przerwane, przez wachlarz noży który wypadł jak z rękawa Pierwszego.

Ostrza wbiły się w tors i szyję Nadi, ale ta strąciła je z siebie ręką jakby to były przyssawki. Rany które po nich zostały, zasklepiły się błyskawicznie, jakby kobieta chorowała na ciężki defekt. - Noże? Kpisz sobie ze mnie!? - warknęła, obserwując podnoszącego się z ziemi Pierwszego.

Mężczyzna, otrzepując się, spojrzał na nią, poprawiając maskę. - Możecie sobie wmawiać ze Smutnym bajki o byciu bóstwami. Prawda jest jednak taka, że wszyscy jesteśmy ludźmi. Twoja regeneracja, siła, szybkość, to tylko błędy które kontrolujesz. Jeżeli zadam śmiertelny cios zanim zdążysz ich użyć, po prostu umrzesz.

Nadia uśmiechnęła się, a jej palce zaczęły błyskawicznie odrastać. - Może jesteśmy w takim układzie jak pół bogowie, co nie zmienia tego, że nie zaskoczyłeś mnie niczym. Smutny mówił o tobie jak o pogromcy, którego należy się wystrzegać. Ciągle straszył, że z tobą nie da się wygrać, ale ty nie potrafisz nic szczególnego... - zaczęła kpić.

- Nie jestem pogromcą... - przerwał jej Pierwszy. - Ani mordercą. Ja tylko się bronie, nigdy nie atakuję. Jedyne czego chce moja wola to tego, żebym przetrwał, a od momentu, gdy zaczęliśmy walczyć, boję się o swoje życie jak jeszcze nigdy wcześniej – stwierdził dobitnie.

- I co w związku z tym? - spytała sarkastycznie kobieta.

- To - odparł Pierwszy, ciskając w nią kolejnym nożem.

Nadia zaśmiała się, ale w tym momencie Pierwszy rzucił kolejne ostrze.

- Dość tego! - zaczęła kobieta, gdy kolejny nóż trafił ją w tors.- To już nawet nie jest żałosne...- próbowała skończyć, gdy kolejnym uderzeniem rozciął jej nogę. - PRZESTAŃ W TEJ CHWILI!

- Nie - odparł Pierwszy i zaczął ciskać nożami jeszcze szybciej.

Wściekła kobieta próbowała zrykoszetować lecące ostrza, ale w pewnym momencie pojawiało się ich tyle, że jej wola przestała nadążać. W ostatniej desperackiej próbie, zaczęła powiększać swoje ciało, ale wtedy istna fala noży przeważyła ją do tyłu.

Ostrza cięły powietrze jak oszalałe, a kobieta zaczynała powoli przypominać poduszkę na szpilki. Pierwszy nie zatrzymywał się nawet na sekundę, rozpędzając w tym miotaniu coraz bardziej. W końcu pani prezydent nie było już nawet widać spod wystających rękojeści. Jedna wielka stalowa masa upadła na ziemie z łoskotem. Zatrzymując się nad truchłem, w którym ciężko było zobaczyć, chociaż kawałek osoby, Pierwszy westchnął.- Gwiazdy nie spadły w momencie twojej śmierci, a czas się nie zatrzymał. To chyba jednak znaczy, że dla świata byłaś tylko człowiekiem...

Dziki doskoczył błyskawicznie do kompana. - Zabiłeś ją? Jak?! Jakim cudem byłeś w stanie przyzwać tego aż tyle...

- Moja wola rośnie nieproporcjonalnie w stosunku do siły wroga - wyjaśnił Pierwszy. - Gdy przeciwnik jest słaby, przewyższam go tylko nieznacznie i tak naprawdę wciąż mogę przegrać, ale przy istotach tak silnych jak oderwani od ciała, zaczynam się robić wręcz absurdalnie potężny.

- Smutny o tym wiedział? Nie wiele zrobił by ją powstrzymać... - stwierdził zdziwiony Dziki.

- Też myślałem, że bardziej mu na niej zależy... Tylko w takim układzie, co skłoniło go do wsparcia Zarzecza? - westchnął Pierwszy.

Gdy mężczyźni stali nad ciałem, z wnętrza kościoła dobiegła nagle niespodziewana wrzawa. Wiwaty i stłumione oklaski rozeszły się echem z wnętrza świątyni, a lekarze opiekujący się ciałami oderwanych wybiegli ze środka.

- Daniel wygrał? - spytał z niedowierzaniem Dziki.

- Biegiem! - zarządził Pierwszy i co sił w nogach ruszyli w stronę wejścia.

W środku świątyni bracia oklaskiwali wodza, który pośród trucheł niewykształconych walczył z Delimerem wyraźnie go dominując. Maska potwora była powgniatana, jakby spadł na nią grad, a Daniel nie wyglądał nawet na zmęczonego.

Obserwujący to członkowie Armii, nie ustawali w zachętach. - DANIEL!!! NASZ WÓDZ NIEPOKONANY!!! ZA WSZYSTKICH, KTÓRZY ZGINĘLI!!! ZETRZYJ GO NA PROCH!!! MĘCZ GO!!! MĘCZ SKURWIELA JAK NAJDŁUŻEJ!!!

Delimer uniósł obie ręce i niczym wściekły goryl próbował rąbnąć stojącego wodza. Daniel odbłysnął się w ostatniej chwili, a bestia uderzyła w ziemię z siłą która zatrzęsła fasadami kościoła. Olbrzymia dziura powstała po uderzeniu, świadczyła, że trafiony cios zrobiłby ze zwykłego człowieka miazgę.

Daniel który pojawił się tuż obok potwora trafił w sam środek maski, a przyciemnione szkło eksplodowało, odsłaniając parę wyjątkowo dużych oczu.

To natychmiast wywołało kolejną serię wiwatów, a wódz wyglądał już na naprawdę pewnego zwycięstwa.

W tym momencie jednak Smutny zrobił coś naprawdę niespodziewanego. Zleciał powoli w dół, lądując na miejscu ołtarza. Po chwili w jego oczach błysnęło życie, a głowa przestała zwisać bezwładnie. - Obrzydliwe uczucie...- westchnął, spoglądając na swoje ręce. - Nie pamiętam już, kiedy po raz ostatni siedziałem w swoim worku.

Delimer, który walczył z Danielem, obrócił się na chwilę w stronę mężczyzny, ale Smutny szepnął do niego. - To wciąż ja.

Bestia skinęła głową, zwracając pogniecioną maskę z powrotem w stronę Daniela, a wódz spytał natychmiast. - Czyżbyś zrozumiał już swoje położenie i nie chcesz tego dłużej przeciągać?

Smutny zupełnie go zignorował spoglądając na wchodzących właśnie do kościoła. - Pierwszy! - zawołał nagle. - Zabiłeś Nadię... Mimo, że ta kobieta była tylko trybem w moim planie i nie dorastała pod żadnym względem do mojej ukochanej Wiktorii, to jednak coś nas przez jakiś czas łączyło. Nie mogę zrobić ci za to krzywdy w fizycznym sensie, ale chce, żebyś wiedział, że jak tylko rozprawię się z twoim pyszałkowatym kuzynem, zabije Dzikiego... a potem Zjawę... a potem każdego człowieka, do którego chociaż raz odezwałeś się w tym świecie...Będziesz żył ze świadomością, że sama twoja obecność przyniesie ludziom śmierć. Może, w końcu sam odbierzesz sobie życie tak jak planowałeś...

- Butny do samego końca! - wtrącił Daniel. - Myślisz, że ten Delimer mnie powstrzyma? Mogłem go minąć i zabić cię wieki temu. JA SIĘ Z TOBĄ BAWIĘ...

- Jeszcze kilka minut temu miałbyś na to szansę, ale jest już dla ciebie za późno - odparł niewzruszony Smutny.- Wiem już na czym polega twoja Pierwotna Wola i za chwilę pozbawię cię jej źródła.

- Kiepski blef - odrzekł Daniel, ale głos delikatnie mu zadrgał.

Smutny uśmiechnął się pod nosem, zerkając na wodza ironicznie. - To nie blef i muszę przyznać, że zadałem sobie sporo trudu, by to odkryć. Obserwowała cię masa moich popleczników, składając mi dziesiątki raportów, ale nikt nawet nie zbliżył się do rozwiązania. Nawet teraz musiałem grać na czas, by upewnić się, że nie ma mowy o pomyłce, która mogłaby mimo wszystko kosztować mnie życie...

- Więc czym niby jest moja Pierwotna Wola? - spytał w końcu Daniel, będąc chyba pewnym, że jego tajemnica pozostała nieodkryta.

- To ''podziw” - odparł Smutny, a ręka wodza zadrżała. - I muszę przyznać, że genialnie zagrałeś tą dziwaczną wolą. Cała twoja Armia, propaganda, granie dobrego wujka, gromadzenie ludzi słabych psychicznie, dla których będziesz obiektem westchnień. Każdy element Strefy Głodu zbudowany był tak, żeby wzmacniać to z pozoru bezużyteczne źródło. Bo ciężko sprawić, by ludzie cię podziwiali, ale tobie się to udało! Zgromadziłeś pod sobą dziesiątki wiernych, którzy byli w ciebie wpatrzeni jak w obrazek, dla których byłeś wszystkim. Nawet teraz przyszedłeś ze swoją świtą, by swoimi oklaskami, westchnieniami i dopingiem ciągle wzmacniali twoją wolę ... Tylko że wiesz co? W oczach ludzi znacznie łatwiej stracić niż zyskać.

Daniel zaklaskał. - Brawo, rozgryzłeś mnie... Co nie zmienia faktu, że wciąż mam za sobą dość ludzi i mocy, by powiesić twoje flaki na mojej wystawce!

- I tu się mylisz! - stwierdził pewnie Smutny. - Ludzie, których odprawiłeś po szpitalu, nie mieli już dość wiary, by z tobą iść. Ci, którzy jeszcze przed chwilą byli pod Magistratem, zaczynają właśnie szeptać ''Nasi towarzysze ginęli, a gdzie jest nasz wódz? Zostawił nas i uciekł...'' Twoją ostatnią bateryjką, jest ta banda pajaców bez Pierwotnej Woli na tyłach kościoła. A wiesz, jaki jest największy problem ludzi bez Pierwotnej Woli? Bardzo łatwo kontrolować ich ciała.

Ciało Smutnego upadło bezwładnie, a po sekundzie Brat Adrian przyłożył sobie pistolet do skroni i wystrzelił. - Nie! - ryknął Daniel, wyciągając rękę w stronę upadającego kompana. - Ty skurwysynu!!! ROZERWĘ CIE ZA TO!!!

Wódz wystrzelił do przodu, jak kula wystrzelona z armaty, ale w tym momencie Delimer chwycił go za bluzę i z niewyobrażalną siłą pociągnął do tyłu, wbijając w jedną ze skrzyń.

W tym momencie Pierwszy złapał za broń i wybiegł przed niewykształconego, mierząc mu prosto w maskę. Delimer wychylił się szykując do uderzenia, ale Smutny powstrzymał go krzycząc z nieokreślonego miejsca. - NIE! On jest dla ciebie jak mucha.

Potwór natychmiast zignorował Pierwszego i to mimo że ten zasypał mu twarz gradem pocisków. Krocząc powoli wyciągnął swoją wielką dłoń w stronę Daniela.

Wódz podniósł się z drżącymi ze wściekłości dłońmi. - Dobrze, więc najpierw ty...

Zaciskając pięści zaczął uderzać w maskę Delimera z taką szybkością i siłą, że w pewnym momencie wystrzeliły z niej iskry. Przygnieciony gradem pocisków potwór zaczął się cofać, a Dziki dostrzegł swoją szansę. Zarzucając ręce na plecy wybiegł przed Smutnego chcąc uderzyć skrzydłami motyla, ale nim zdążył zebrać w sobie dość siły, usłyszał krzyk. - UWAŻAJ!!! NIE PANUJE NAD SOBĄ!!!

Spoglądając w bok zobaczył Brata Wiktora, celującego do niego z broni. Całą zgromadzoną energię wykorzystał na zrykoszetowanie kul. Opętany chłopak sięgnął po nóż, a Dziki myślał, że rzuci się z nim w jego stronę. Brat przycisnął jednak ostrze do swojej szyi i wepchnął je, aż po rękojeść.

- Daniel, żadnego z was nie ocali...- zakpił Smutny, a mężczyźni stanęli jak wryci.

W tym momencie stało się coś od czego Dziki zwątpił. Daniel wyprowadzał właśnie kolejne uderzenie w Delimera, gdy ten błyskawicznie przechwycił jego cios. Wódz popatrzył na swoją rękę próbując ją wyszarpać, ale bestia ścisnęła ją z taką siłą, że padł na kolana z krzykiem.

Obserwujący to Bracia mieli lęk wypisany na twarzy, a to jeszcze mocniej osłabiło ich wodza. Smutny przestał się już patyczkować. Przejmując ciało Brata Michała, zaczął strzelać do zgromadzonych ludzi. Dwóch Łukaszów odpowiedziało natychmiast ogniem, ale w tym momencie Smutny opętał Adriana który, ze łzami w oczach strzelił im w plecy. W przeciągu kilku kolejnych sekund Bracia wymordowali się właściwie sami.

Pozbawiony sił wódz złapał się za serce, mimo bólu zerkając w stronę poległych towarzyszy. - Nie...Bracia, nie...

Smutny w tym czasie wrócił do swojego ciała. Zbliżając się do trzymanego przez Delimera wodza, popatrzył na niego z wyższością. - Walka z tobą była zaledwie interesująca. Jesteś zbyt przywiązany do materialnej postaci i jej uciech, by osiągnąć prawdziwą moc. Potworze - zwrócił się nagle do Delimera. - Wyrwij mu ręce i nogi, głowę zostaw na koniec.

Dziki wiedział w tym momencie, że jeżeli czegoś nie zrobi to przegrają. Ponieważ żądza mordu nie odstępowała go nawet na chwilę, rozpędził się i uderzył pięścią w potwora. Ból rozlał mu się po kostkach, ale to tylko jeszcze mocniej go nakręciło. Bombardując Delimera dziesiątkami ciosów, myślał, że uda mu się przebić przez twardą skórę. Niewykształcony stał jednak niewzruszony i po chwili odtrącił go na bok, uderzeniem, które było nie wiele słabsze od burzącej kuli.

Dziki odfrunął w stronę nawy i gdyby nie defekt oraz rozbudzona Pierwotna Wola, już dawno leżałby martwy. W tym momencie był już jednak pewien, że to koniec. Daniel miał właśnie przegrać, a Pierwszy niesprowokowany nie był w stanie walczyć.

- Widzisz Danielu? - spytał nagle Smutny, obserwując jak Delimer chwyta wodza za bark, szykując się do wyrwania mu ręki. - Tak właśnie kończy się twoja era w Krańcowie. To nie ty zbudujesz Nowy Świat, stworzę go ja wedle własnego uznania. Wynosząc tych, których będę chciał wynieść i potępię wszystkich których będę chciał potępić. Zasiądę na tronie władcy nie jako wódz, lecz jako bóg, a ci którzy mi się sprzeciwią zostaną zniszczeni...

- Nie wziąłeś pod uwagę jednego - wydyszał wódz, zaciskając zęby z taką siłą, że krew bryznęła mu z dziąseł.

- Doprawdy? - spytał Smutny. - Niby czego?

- Tego jak wiele jestem w stanie poświecić, żeby z tobą wygrać! - warknął wódz. - A POŚWIĘCE WSZYSTKO!!! BO JA JESTEM DANIEL! I JESTEM WŁADCĄ KRAŃCOWA! - stojący na zgiętych kolanach wódz, wymierzył Delimerowi potężny podbródkowy.

Jego knykcie tarły o maskę z taką siłą, że niektóre nity zrobił się czerwone. Delimer ścisnął w tym czasie drugą rękę wodza, ale ten nie zwrócił na to uwagi. Z wrzaskiem wymierzył kolejny cios, trafiając w podstawę maski. Ta wygięła się jak puszka, po chwili odrywając z hukiem od potwora. W tym momencie to Delimer krzyknął, łapiąc się za swoją gołą czaszkę. Po chwili wyraźnej agonii runął martwy na ziemię.

Daniel zapłacił jednak ogromną cenę, za używanie błędów bez woli. Defekt zaczął błyskawicznie pokrywać jego ciało. Włosy wypadały mu garściami obsypując mundur jak popiół, a rysy twarzy zaczęły zanikać niczym wymazywane gumką. - Teraz ty! - krzyknął, ruszając w stronę Smutnego.

Wyrwany z ciała uniósł rękę, starając się zablokować wodza jakąś niewidzialną siłą. Daniel kroczył powoli i z oporem, jakby zmagał się z niewyobrażalnie silnym wiatrem. - To bezsensowne! - zawołał Smutny. - Nawet jeśli mnie zabijesz, natychmiast umrzesz!

- Jeśli zdechniesz...- warknął Daniel. - Nic nie będzie bezsensowne.

Rozmywający się wódz zbliżał się do co raz bardziej do Smutnego, a ten wyskoczył z ciała wzmacniając tym swoją moc. W tym momencie Daniel nie był już w stanie iść do przodu i z ledwością utrzymywał się w miejscu. - Za chwilę poczujesz, co to znaczy umrzeć od defektu! - wykrzykiwał Smutny.

W tym samym momencie do ciała Smutnego doskoczył Pierwszy. Mężczyzna obrócił nóż w dłoni, wbijając go w szyję leżącej postaci. - Rozszerzona percepcja nic nie pomoże, gdy skupiasz się tylko na jednej rzeczy...To jest właśnie piętno człowieka Nowego Świata, dostęp do mocy niemal boskiej, ale ciągle ograniczonej typowo ludzkim podejściem...

Po tych słowach w kościele zapanowała cisza, przez którą Dziki nie mógł uwierzyć, że to koniec. Po śmierci kogoś tak potężnego jak Smutny można było się spodziewać co najmniej rozstąpienia ziemi, ale jak sam powiedział Pierwszy przed chwilą. - To był tylko człowiek.

Daniel zdołał w międzyczasie usiąść na schodku przy dawnym ołtarzu. - Jak bardzo jest źle? - spytał spoglądając na Dzikiego i Pierwszego.

Kuzyn przykląkł nad nim przyglądając się jego całkiem gładkiej twarzy. - Ciężki defekt, ostatnie stadium przed śmiercią...

Wódz słysząc to prychnął. - Cholera, drogo zapłaciłem za tytuł najsilniejszego w Krańcowie...

- To ja go zabiłem, ale niech ci będzie - odparł Pierwszy.

- Gdybyś tego nie zrobił, to zaraz bym mu się wyrwał! - zaprotestował Daniel.

- Albo rozmyłbyś się do końca - stwierdził kuzyn, ściągając maskę. - Nie sądziłem, że jesteś kimś gotowym do poświeceń...

- Jeżeli nie możesz wygrać, przynajmniej spraw by inni przegrali razem z tobą - odparł natychmiast wódz, a Pierwszy uśmiechnął się mimowolnie.

- Teraz zabrzmiałeś dokładnie jak Daniel którego znam...

Nagle całym kościołem wstrząsnęło. Świetlista kula spłynęła znad górnych witraży lądując pomiędzy nimi. Daniel poderwał się z ziemi, a Pierwszy chwycił za broń. - TO SMUTNY!

- NIE MOŻLIWE! - krzyknął wódz. - Mówiłeś, że nie przetrwa bez ciała!

- Może osiągnął poziom, który na to pozwala...- stwierdził niepewnie weteran.

Świetlista kula nie poruszyła się. Lewitowała pośrodku kościoła, promieniując delikatnym ciepłem. Nagle z jej wnętrza dobiegł głos Smutnego. - Jaźń nie może istnieć bez żywego ciała.

- Wiec czemu ciągle tu jesteś? - spytał Pierwszy.

- Bo jestem dość potężnym użytkownikiem Woli by spowolnić nieco nieubłaganą śmierć i wiążące się z nią odejście... - wyjaśnił. - Zastanawiałem się wisząc poza czasem, czy wykorzystać ostatni moment egzystencji na zemstę. Tylko, że dla umierającego nie przynosi to ukojenia.

- Więc jeśli nie chcesz nas zabić, to czego chcesz? - spytał natychmiast Daniel.

- To proste... Istnieć, ale muszę się pogodzić z pewnymi kompromisami - wyjaśnił Smutny. - Posiadam tak rozległą wiedzę o tym Świecie, jego początkach i błędach, że nawet nie jesteście w stanie sobie tego wyobrazić. Wymienię ją za możliwość dalszego istnienia w którymś z was...

- Pierdol się! - warknął Daniel, a Pierwszy pokręcił głową mówiąc. - Zapomnij.

- Zastanówcie się! - zawołał Smutny. - Mógłbym wyleczyć cię z defektu wodzu Armii, pomóc ci stworzyć świat jakiego zawsze chciałeś!

- Z największą przyjemnością umrę na Defekt, wiedząc, że dzięki temu nie przetrwałeś - odparł Daniel.

- GŁUPCY! Nie rozumiecie co odrzucacie! - zawołał zrozpaczony Smutny. - Ta wiedza może zmienić wszystko, byłem o krok od stania się prawdziwym bogiem!

- Spasuje - stwierdził pewnie Pierwszy.

- Nawet jeśli dałbym ci możliwość odnalezienia Drugiego? Zastanów się! Z moją wiedzą mógłbyś ominąć dylatację czasu...- przekonywał Smutny.

Pierwszy popatrzył nie pewnie w stronę światła, ale po chwili pokręcił głową. - Zrobiłeś już dość złego, Drugi nigdy by mi nie wybaczył, gdybym pozwolił ci zachować życie...

W tym momencie przy kuli stanął Dziki, opierając się o nią dłonią. - Pomóż mi oczyścić świat ze zła, a możemy dzielić się moim ciałem...

Daniel i Pierwszy spojrzeli na siebie przerażeni, ale nim którykolwiek z nich zdążył zareagować, cały kościół spowiła łuna jak po błysku.

***

W pierwszej kolejności do Dzikiego wróciła świadomość. Wiedział, że istnieje. Nie pamiętał tylko kim był i co właściwie teraz robił. Niekończąca się biel otaczała go z każdej strony, a przez jego jaźń przebiegała co jakiś czas pojedyncza myśl. Nagle wszystko zaczęło nabierać kształtu. Biel uwypuklała się, wspomnienia wracały jedno po drugim, nadając jego nieokreślonemu ''Ja'' osobowość i jestestwo.

W pewnym momencie pamiętał już, że ''on'' to Dziki i wtedy rzeczywistość przybrała kształt. Nad głową zobaczył źle pomalowany sufit z łuszczącą się farbą i paskudnym zielonym żyrandolem. Pod plecami czuł niewygodny wyleżany materac. Podnosząc się powoli, dostrzegł swoje stopy i brzuch. Po defekcie nie było śladu, tak jak po jego ubraniach i broni.

Teraz dopiero rozpoznał to miejsce, był w swojej kawalerce. Nie odwiedził tego miejsca, od momentu kiedy pojawił się w Nowym Świecie... Więc co robił tu teraz?

Otwierając szufladę, wyciągnął swoje wytarte jeansy i koszulkę. Ubrał się pośpiesznie i wychodząc z malutkiej sypialni do nie wiele większego salonu, dostrzegł, że ma gościa.

Smutny stał zwrócony do niego plecami, obserwując ułożone na