Krańcowo III - Rozdział XVI - Rozdroże

Droga do Magistratu prowadząca spod przychodni była Dzikiemu właściwie obca. Gdy przybył tutaj jakiś czas temu razem z Pierwszym, by ratować Oli, stolica była co prawda jego pierwszym celem. Finalnie jednak nagły atak Ścierwojadów i rany, jakie odniósł jego towarzysz, pokrzyżowały plany dotarcia do niej.

Same okolice znał co prawda jeszcze ze Starego Świata, ale obecnie nie była to wiedza, do której warto byłoby się odnosić. Pierwszy, czyli jedyna osoba, która mogła powiedzieć coś więcej o tym miejscu, przepadł chwilowo bez wieści. Dziki zastanawiał się nawet czy jego były kompan nie chciał po prostu trzymać się z dala od pogromu, jaki miał miejsce w trakcie walki.

Pozbawiony jakiejkolwiek informacji Daniel, prowadził więc resztki swojej armii na wyczucie bez żadnego sensownego planu. Przemieszczali się po głównej drodze, właściwie na samych obrzeżach miasta, które zdradzały jego wczesną rolniczą historię. Tutaj powoli wyrastające domy jednorodzinne i mikro-markety, mieszały się z typowymi starymi gospodarstwami, a między poszczególnymi osiedlami postawionymi na byłych polach uprawnych, ciągle widać było typowo rolnicze ugory.

Dziki szybko zauważył, że Nowy Świat obszedł się z tą okolicą o wiele gorzej, niż z najbardziej zdewastowanymi częściami Centrum. Większość domów nawet tych stosunkowo młodych rozpadała się w oczach. Podwórka usiane były rdzewiejącymi wrakami samochodów, które wyglądały jakby stały tutaj co najmniej od pięćdziesięciu lat. Ciężko było też znaleźć w tym miejscu chociaż jeden budynek, który nie miał zawalonego dachu, albo kompletu niewybitych szyb.

Ten widok hipnotyzował wszystkich, łącznie z Pięścią Daniela, która wyglądając przez okna Dzika-1, wpatrywała się w okolice.

- Dlaczego to tak wygląda? - spytał w końcu Traker przerywając ciszę. - Nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek okolica u nas, wyglądała równie źle.

Słysząc pytanie wszyscy łącznie z kierującą pojazdem Elzą, zerknęli na Dzikiego. Ten jako jedyny posiadał bowiem bardziej szczegółowa wiedzę o Zarzeczu.

- Bo ciemnia przyśpiesza starzenie się przedmiotów, zwłaszcza metalu...- wyjaśnił, zaspokajając ciekawość swoich kompanów.

Raz przerwana cisza nie wróciła jednak do pojazdu, bo zachęcony jej przerwaniem Pokemon wypalił. - Jak myślicie? Co się stanie gdy już wygramy?

- Może najpierw wygrajmy...- westchnął Nóż, jakby chciał uciąć temat, ale Elza pociągnęła go dalej.

- W jakim sensie? Pytasz o to co będzie z Zarzeczem?

Pokemon pokręcił przecząco głową. - Chodziło mi raczej o to zawieszenie broni. Myślicie, że pokój w Centrum przetrwa? - spytał z wyraźną nadzieją w głosie

- Nie - odpowiedział mu pewnie Dziki, czując jakąś wewnętrzną potrzebę pozostania głosem rozsądku. - Ludzie zawsze znajdą powód, żeby się ze sobą pożreć. Centrum ugłaskał wspólny wróg i tylko to. Gdy go zabraknie, ktoś znowu rzuci się komuś do gardła...

- Nie prawda! - fuknęła Elza, ściskając kierownicę mocniej. - Daniel ma zamiar to wszystko zmienić! Chcę usunąć ze świata wszystkich kłótliwych idiotów, prowokatorów, cwaniaczków, te całą bandę tępych goryli, przez którą nie możemy żyć spokojnie...

Dziki westchnął. - Idea jest świetna i po cichu sam jej przyklaskuję, mimo że przez długi czas nie było mi z Armią po drodze. Tylko że idee często sypią się w kontakcie z rzeczywistością. Ludzie są obłudni, fałszywi i zakłamani. Bandzior nie zawsze wygląda jak w kreskówce i nie ma zbrodni wypisanej na twarzy... Najgorsze, że często najgorsi spośród złych potrafią zachowywać się grzecznie albo dobrze zgrywają ofiary...

Dowódczyni, słysząc ten wywód, spojrzała na Dzikiego z grobową miną. - Może więcej wiary w Daniela co? Chcę ci tylko powiedzieć, że on już zrobił dla tego świata więcej niż ktokolwiek inny. Ocalił przed pewną śmiercią dziesiątki dobrych ludzi, którym nikt nie dawał szansy. Łącznie z wami w autobusie...- wytknęła.

Chociaż Dziki doskonale wiedział, że Elza ma rację, poczuł się urażony wspomnieniem Autobusu do Wolności w złym kontekście, dlatego postanowił nie odpuszczać. - A mimo to został zdradzony przez najbliższego kompana. - wtrącił sarkastycznie, widząc jednak minę swojej liderki, postanowił trochę złagodzić ton wypowiedzi. - Ja nie mówię, że Daniel nie da rady otoczyć się z grubsza ''dobrymi ludźmi' i że nie zapewni w Strefie Głodu moralnych zasad i praw... Tylko że jego moralność nie każdemu będzie pasowała to raz, a dwa ludzie się zmieniają. Szachraj nie planował pewnie zdrady od początku swojej podróży z Danielem, tak samo niektórzy ''dobrzy'' ludzie stają się źli z biegiem lat.

- Dziki ma tu trochę racji - poparł go Traker. - Zawsze znajdzie się ktoś komu zasady Armii Daniela nie będą pasowały... A jak już skrzyknie dookoła siebie kilku podobnych, konflikt gotowy.

Elzie zabrakło najwidoczniej argumentów, ale po jej minie widać było, że jej wiara w wodza pozostała niezachwiana. Karnie rzuciła więc w Dzikiego od dawna już zwietrzałym zapachem, który wisiał do tej pory pod lusterkiem.

W tym czasie jeden z braci zapukał do drzwi toczącego się żółwim tempem pojazdu.

- Co jest? - spytała Elza, opuszczając szybę.

- Daniel zarządza postój! Będziemy czekać na Pierwszego! - odparł natychmiast mężczyzna.

Dziewczyna posłusznie zatrzymała ciężarówkę, po czym zwróciła się do swoich kompanów. - Chodźcie chłopaki, rozprostujemy trochę nogi!

Mężczyźni przyjęli to z ulgą, bo jedynym ocalałym fotelem Dzika, był ten kierowcy. Przez całą drogę musieli więc gnieść się na twardej podłodze szoferki.

Miejsce postoju dla Armii było najwidoczniej całkowicie przypadkowe. W okolicy nie znajdował się żaden szczególny dom ani punkt czy drogowskaz. Zatrzymali się po prostu pośrodku asfaltowej drogi otoczonej z obu stron głębokim rowem, oddzielającym chodnik i niedokończoną ścieżkę dla rowerów. Dziki wspiął się na przyczepę, rozglądając po okolicy. W oddali widać już było zabudowę Magistratu, który poza kościołem w Rybnicy był najwyższym budynkiem z tej strony Krańcowa. Elza która wspięła się obok niego, przycisnęła natychmiast lornetkę do oczu.

- Nie wiele jeszcze widać - stwierdziła. - Szpital miał być największy, ale tu też pewnie nie będzie lekko.

Dziki potwierdził jedynie skinieniem głowy, skupiając wzrok na szczycie drogi od strony Centrum. Tam zauważył jakiś ruch. Już po chwili całą okolicę wypełnił warkot kilkunastu silników. - Z tamtej strony! - krzyknął, dając pozostałym znak skąd nadchodzi potencjalne zagrożenie.

Daniel który wysunął się przed swoich ludzi, zmrużył oczy przyglądając się zbliżającym pojazdom.

Niecałą minutę później sześć pancerniaków zatrzymało się z piskiem opon, tuż za kolumną Armii. Z jednego wypadł natychmiast Pierwszy w towarzystwie Sznura, jednookiego opiekuna schronień z Zarzecza.

Ten widok z początku zdziwił Dzikiego, z drugiej strony, gdy pomyślał o tym, kto mógł zostać informatorem Pierwszego, mężczyzna był wręcz nazbyt oczywistym typem. Ciekawiło go tylko, co robią tutaj pozostali opiekunowie? Czyżby Sznurowi udało się przekonań więcej osób do współpracy?

Dziki zsunął się natychmiast z naczepy, zbliżając do wodza, by posłuchać, o czym będą rozmawiali.

- Co to za ludzie? - spytał natychmiast Daniel.

- To mój informator - wyjaśnił Pierwszy, wskazując na jednookiego mężczyznę. - Pozostali to opiekunowie schronień. Po tym, jak Smutny usunął Ciemnie, tutejsze władze kazały im oddać samochody i sprzęt. Na szczęście dla nas zbuntowali się, zanim to zrobili.

Daniel skinął głową, przyglądając się potężnie obudowanemu samochodowi. - Ładny, ale nie mój kolor... No i wolę większe okna.

Sznur oparł się o swojego pancerniaka, a Pierwszy sprowadził momentalnie wodza do rzeczywistości. - Posłuchaj! - zaczął z grobową miną - Defekt zmusił Sad do kapitulacji i rozpoczęli już marsz na Magistrat od drugiej strony...

- Rozmyte – cycki nie zawiodły... - wtrącił Daniel z uśmiechem na twarzy.

Dziki poczuł w tym momencie to charakterystyczne dziwne uczucie, które zawsze towarzyszyło mu na wspomnienie o Dix. Czyli Defektowi się udało... Ciekawe co z Sojuszem Bloków? - pomyślał. Odpowiedź na pytanie przyszła natychmiast z ust Pierwszego. - Na tym jednak koniec dobrych wiadomości. - stwierdził dobitnie mężczyzna. - Hurtownia wybroniła się przed Sojuszem Bloków i ruszyli natychmiast z pomocą do Magistratu...

Daniel, słysząc to, skrzyżował ręce na piersi. - No proszę, a Boruta był taki pewny siebie...

- Boruta tutaj nie zawiódł... Podobno sprawę spieprzyli Wolni Weterani - odparł natychmiast Pierwszy. - Najgorsze jest to, że za nami maszeruje teraz prawie setka uzbrojonych ludzi.

- ILE?! - zawołał zszokowany Daniel. - Nie wiem nawet, czy jest nas tu teraz aż tylu. Jak nas zakleszczą pod Magistratem, to nawet z rozmytymi po naszej stronie nie mamy szans!

- Damy radę ich zatrzymać! - stwierdziła Elza, która tak jak Dziki przysłuchiwała się rozmowie. - Mamy jeszcze całą przyczepę pełną gazu... Moglibyśmy otworzyć wszystkie Zawory, a ja przeniosłabym ciężarówkę w sam środek ich grupy. Nawet jeżeli cześć z nich przeżyje, będą musieli zająć się rannymi.

Słysząc to Daniel zmarszczył czoło. - Nie jest nas dużo... chciałem wykorzystać Osowiec do ataku na Magistrat - stwierdził, wyraźnie zamyślony.

- Mamy jeszcze kilka podręcznym pojemników...- wtrącił Dziki. - Nie jest tego dużo, ale w zamkniętych pomieszczeniach zrobi zamieszanie...

Wódz nie wyglądał na przekonanego. Wybierając pewnie na zasadzie mniejszego zła, stwierdził w końcu. - Dobra Elza, wierzę w ciebie. Zatrzymaj ich kolumnę, a potem wracajcie jak najszybciej do nas. W tej sytuacji każda para rąk do walki będzie cenna.

- Tak jest! - zawołała dziewczyna, ruszając w stronę auta.

Dziki został jeszcze przez chwilę, by spytać o coś swojego dawnego kompana. - Pierwszy...- zaczął, ale mężczyzna przerwał mu.

- Nie wiem co z Dix, z wiadomych względów wolałem się nie zbliżać. Skoro jednak wygrali i idą dalej, to raczej wszystko z nią w porządku. Krzak został ranny, ale się wyliże... Zjawie też nic nie jest.

Dziki odetchnął z ulgą. - Dzięki... A powiedz, co z Garażem? Z Białym?

- Staruszkowi nic nie jest, zabrałem jego i kilku innych na naszą stronę jeszcze przed atakiem.

***

Samochodem, który mógł w końcu rozwinąć normalną prędkość, cofniecie się spod kolumny wojska, do okolic Hurtowni zajęło ledwie piętnaście minut. Niestety tam Pięść Daniela czekała niemiła niespodzianka. Mury miasta nie były nawet mocno naruszone, a uszkodzona brama była właśnie w trakcie naprawy. Oznaczało to, że atak Sojuszu nie przyniósł jakiegoś znaczącego skutku. Maszerujące wsparcie nie było więc wycieńczonymi tarczami strzeleckimi, tylko regularną siłą.

- Do jasnej cholery - przeklęła delikatnie Elza, opuszczając lornetkę. - Ich miasto widać jak na dłoni, ale gdzie ten oddział? Przecież musielibyśmy się z nimi minąć.

Nóż zerkając na dziewczynę, podsunął dość trafną według Dzikiego sugestie. - Może nie maszerowali główną drogą? Może, zamiast zaatakować nas od tyłu, postanowili okrążyć naszą kolumnę i dołączyć do obrońców z Magistratu?

Elza, słysząc to, przygryzła nerwowo wargę. - Jeśli tak, to zmarnowaliśmy kupę czasu... Objedziemy teren! Nie możemy dopuścić, żeby się przedostali - Wykręcając Dzikiem-1, dziewczyna zjechała z głównej drogi wjeżdżając w boczne dużo ciaśniejsze uliczki. - Lornetki przy oczach chłopaki, szukajcie jakiegokolwiek ruchu! - rozkazała, wyciskając z silnika siódme poty.

Błyskawicznie przecięli kilka przecznic i osiedli wypatrując w przerwach między budynkami maszerującej gromady. Nigdzie nie było jednak widać po nich śladu. Z każdą mijającą minutą Elza wydawała się coraz bardziej spanikowana. - Jeżeli ich nie znajdziemy, będziemy musieli dać znak przez radio i wracać na pełnym gazie pod Magistrat - stwierdziła, po raz kolejny zmieniając trasę.

W końcu trafili na jakiś ślad. Gdy tylko Dzik-1 wypadł zza zakrętu, dziewczyna rąbnęła nogami w hamulce tak, że cała oddział poleciał prosto na szybę.

Dziki był pewien, że dostrzegła w oddali strażników z Hurtowni. - Widzisz ich?! - dopytał dla potwierdzenia, zrzucając z siebie nogę Trakera.

- Nie wiem...- odparła dziewczyna, wyraźnie zszokowana.

Dziki wyjrzał przez szybę i zobaczył pośrodku drogi starego Żuka. Pordzewiałe auto miało pełno dziur, jakby znalazło się pod ciężkim ostrzałem. Przednia szyba właściwie nie istniała, a pod wyrwanymi drzwiami kierowcy, rozlana była ogromna plama krwi.

- Myślicie, że należał do Hurtowni? - spytał natychmiast Pokemon.

- A może to jeden z tych opiekunów co się zbuntowali? - dopytała Elza, zerkając na Dzikiego.

- Oni takimi nie jeżdżą...- odparł, otwierając drzwi.

Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, szybko zobaczył, że nie tylko Żuk nosił na sobie ślady jak po bitwie. Okna pobliskich budynków były częściowo powybijane, a ich fasady podziurawione. Na drodze pełno było krwistych śladów opon, jakby ktoś urządził sobie konkurs w rozjeżdżaniu ludzi. Jedno z ogrodzeń było wgniecione, a w jego prętach Dziki zobaczył resztki człowieka. Podchodząc do ciała, dostrzegł przepchnięte przez pręty mięso, na którego fragmentach wciąż widoczne było robocze ubranie.

- Pokemon, zostań i pilnuj auta! - rozkazała Elza, po czym razem zresztą oddziału dołączyła do Dzikiego. - Co tu się stało? - spytała z miną jak zahipnotyzowana.

- Mam pewne podejrzenia, muszę tylko coś sprawdzić... - odparł Dziki, podchodząc do Żuka.

Gdy tylko otworzył drzwi poczuł odstręczający zapach szamba, który sprawił, że miał ochotę włączyć aparat tlenowy. - Ścierwojady... - wyszeptał, odchodząc od samochodu.

- Co takiego?! - zawołała Elza.- Ci ichni kanibale?

- Tak...- odparł natychmiast. - Wygląda na to, że natknęli się na grupę z Hurtowni. Musiało dojść do walki.

- Jak myślicie, kto wygrał? - zapytał natychmiast Traker.

Nóż uśmiechając się ironicznie spojrzał na kompana. - Nie ma nawet jednego ciała, więc zgadnij...

- Czyli nasz problem rozwiązał się sam! - zawołała radośnie dziewczyna. - Mamy teraz całą ciężarówkę Osowca, żeby wesprzeć atak na Magistrat! Pojedziemy tą drogą, jakby okazało się, że jakieś niedobitki z Hurtowni idą dalej...

W tym momencie monolog dziewczyny przerwał dźwięk odpalanego silnika. Wszyscy spojrzeli odruchowo w stronę Dzika – 1, ale Pokemon siedział za kółkiem równie zdziwiony co pozostali.

- Nie odeszli daleko! - krzyknął Dziki. - WSZYSCY DO AUTA!

Pięść Daniela ruszyła biegiem w stronę pojazdu, gdy nagle na ulicę wpadł stary Tarpan. Pokryte rdzą auto przyśpieszyło gwałtownie, celując w uciekającą grupę. Elza zatrzymała się natychmiast, wyciągając rękę, a pojazd razem z kierowcą zniknął, pojawiając się po chwili metr od jednego z okolicznych budynków. Przeniesiony samochód nie wytracił nawet odrobiny pędu i z hukiem wbił się w ścianę, miażdżąc cały przód.

- Pięknie! - krzyknął Nóż, ale to nie był wcale koniec ich problemów.

Z pobliskiego pola wyjechał właśnie potężny traktor obity jak panceriniaki i z impetem wbił się w szoferkę Dzika - 1. Z jego przyczepy natychmiast wypadło kilka oszołomionych ścierwojadów.

- Pokemon! - krzyknął Traker, łapiąc za broń.

Serią ze swojego pistoletu maszynowego scorpion, momentalnie ściął skołowanych zderzeniem kanibali. W tym czasie Elza odrzuciła błędem traktor tak nie składnie, że wylądował na dachu jakiś metr dalej.

Doskakując do przygniecionej kabiny, wyciągnęli z niej rannego Pokemona. Chłopak miał rozcięte czoło i ramię, ale ciągle był przytomny. - Cholera, ledwo zeskoczyłem z fotela...- wysapał.

- Już dobrze, już jest dobrze...- wyszeptał Traker, opierając go o bak pojazdu.

Dziki stanął przy nich z pistoletem w dłoni, rozglądając się za kolejnymi napastnikami, gdy nagle usłyszał wściekły wrzask Elzy. - KURWA DZIK JEST UZIEMIONY! Skurwysyn wbił się przeciwwagą prosto wkoło! - ryknęła, wskazując sflaczałą oponę i zgniecioną w połowie felgę.

- Nie możemy tu zostać! - przewał jej Dziki. - Jeżeli zmietli oddział z Hurtowni, to na pewno jest ich tu dużo więcej.

Elza rozejrzała się po okolicy, szukając dla nich jakiejś możliwości. - Kurwa, mogłam nie niszczyć tego Tarpana. Nóż! Sprawdź czy z tego grata coś będzie! - krzyknęła, wskazując palcem na Żuka.

Chłopak posłusznie ruszył w stronę pojazdu, siadając z nie tęgą miną za brudną kierownicą. Po chwili pojazd wydał z siebie głośne jęknięcie, ale silnik nie zapalił. Dziki doskoczył do przodu Żuka, podrywając wiszącą luźno klapę i zobaczył przebity śrubą wiatrak. - Nie wydaje mi się, żeby ruszył.

- Cholera! - zawołała Elza. - Traker, bierz Pokemona na barki! Dziki, Nóż łapcie tyle pojemników ile dacie radę, musimy iść w stronę Magistratu! Jakbyśmy nadali przez radio wiadomość, to może któryś z tych zbuntowanych by po nas przyjechał...

Mężczyźni ruszyli biegiem w stronę Dzika-1, by zebrać swoje rzeczy, ale w tym momencie dźwięki kolejnych pojazdów przeszyły okolicę. Wszyscy zaczęli się rozglądać, chcąc zlokalizować ich źródło. Do Dzikiego momentalnie dotarło, że są otoczeni. Zbliżające się pojazdy słychać było z obu stron drogi, pola, a nawet pomiędzy podwórkami.

Już po chwili z pobliskiej bramy wyjechały trzy Ścierwojady, prowadząc stare motocykle typu ''Ogar''. Porzucając błyskawicznie swoje pojazdy, ruszyli do pieszego ataku z ogromnymi siekierami w dłoniach.

Dziki i stojący obok niego Nóż wyciągnęli pistolety i kilkoma strzałami powalili dwóch napastników. Elza używając błędu przygniotła trzeciego przewróconym wcześniej traktorem.

- Motocykle! - zawołał Nóż, dobiegając do pierwszego z pojazdów.

Nim jednak zdążył go podnieść, na drodze pojawił się pordzewiały PKS. Stary Autosan wypełniony Ścierwojadami mknął w ich stronę, tak szybko jak pozwalał mu na to umierający silnik.

- Schowajcie się w budynku! - rozkazała dziewczyna.

Traker wciągnął Pokemona na swoje barki i ruszył razem z nim w stronę najbliższego domostwa. Nóż puścił motocykl i ruszył biegiem w ich stronę.

W tym czasie Elza wybiegła na środek drogi, stając naprzeciw nadjeżdżającego autobusu. Z zamkniętymi oczami starała się zapewne rozbudzić pierwotną wolę. W końcu podnosząc rękę, przeniosła autobus nad ziemię, do tego ustawiając pionowo w górę. PKS z impetem runął na asfalt, jakby wjechał w ścianę, przemieniając swoich pasażerów w czerwoną galaretkę. Ten widok sprawił, że wszyscy zamarli, spoglądając jak autobus upada z powrotem na koła.

W tym momencie z podwórka wypadł kolejny motocykl z dwoma pasażerami, zupełnie zaskakując Pięść Daniela. Ścierwojady popędziły w stronę Trakera. Siedzący na tyle kanibal zamachnął się maczetą, jak tatar na koniu prawie dekapitując mężczyznę.

Traker runął bez życia na ziemie, upuszczając rannego Pokemona. Wściekły krzyk Elzy rozdarł okolicę. W palącej furii przeniosła oba ścierwojady tak wysoko, że nim zaczęli spadać, wyglądali jak dwa balony na tle chmur.

Dziewczyna sekundę po tym padła na kolana, łapiąc się z krzykiem za głowę. Dziki od razu rozpoznał, że pozwoliła się ponieść gniewowi i użyła błędu niezgodnie z Pierwotną Wolą. - Zabierz Pokemona, ja jej pomogę! - krzyknął w stronę Noża.

W tym samym momencie dwa Ścierwojady z krzykiem runęły na asfalt, zamieniając się w krwiste plamy. Nim Nóż zdążył dobiec do rannego kompana, kolejne pojazdy wyjechały na drogę. Dwa Żuki blaszaki i Nysa, za lawirowały między wrakami, starając się rozjechać stojących tam ludzi.

Dziki w ostatniej chwili zdołał wskoczyć z Elzą do rowu, a Nóż skrył się, odskakując w stronę ostrzelanego wraku. Pokemon w tym czasie spróbował odczołgać się od martwego Trakera, ale nim zdążył przesunąć się chociaż trochę, rozpędzona Nysa przejechała po nim, podskakując jak na drogowym garbie. Jej kierowca nie zdołał opanować rozpędzonego pojazdu i wbił się w jedno z ogrodzeń.

Rozwścieczony Nóż dobiegł natychmiast do rozbitego auta i otwierając drzwi, wyszarpał kierującego nim Ścierwojada. Przyciskając mu pistolet do podbródka, wystrzelił z krzykiem, obryzgując całą twarz jego krwią. - ROZPIERDOLĘ WAS WSZYSTKICH! - wykrzyczał wściekle, strzelając w kolejnych kanibali.

Ścierwojady wybiegające z Nysy padały jeden po drugim od strzałów w głowę. W tym czasie oba Żuki zatrzymały się, a z ich wnętrza wypadli kolejni napastnicy. Nóż wystrzelał cały magazynek i chwycił za bagnet który miał przy pasie.

Dziki poderwał się już by mu pomóc, ale poczuł jak Elza wciąga z powrotem do rowu. Chwilę po tym usłyszał krzyk. Jeden ze Ścierwojadów rzucił prowizoryczną włócznią, przeszywając Noża na wylot.

- Jest ich za dużo... - wyszeptała dziewczyna, patrząc Dzikiemu w twarz.

- Nie poddawaj się, damy radę! - zawołał, ale w jej oczach nie było już woli walki.

- Dziki, przekaż Danielowi...powiedz mu, że jak by mnie nie odrzucał... zawsze należałam do niego... tylko do niego...- wysapała, kładąc mu rękę na policzku.

- Elza! CO TY RO...

***

Dziki spadł z co najmniej kilku metrów. Gdyby nie to, że większość jego ciała pokrywał w tym momencie Defekt, prawdopodobnie to uderzenie pozbawiło by go tchu. Podnosząc powoli głowę, dostrzegł, że znajduje się gdzieś pośrodku pola. Wtedy dopiero doszło do niego, że liderka musiała przenieść go z dala od miejsca w którym walczyli.

- ELZA! - zawołał, uświadamiając sobie co grozi dziewczynie.

Podrywając się na nogi, zamarł zszokowany. Od najbliższych domostw dzieliło go co najmniej pół kilometra. - TY IDIOTKO! - wykrzyczał, ruszając biegiem w stronę budynków.

Dlaczego się poświęcasz?! Dlaczego mnie ratujesz?! To ty powinnaś powiedzieć Danielowi to, co miałem przekazać! - krzyczał w swojej głowie, czując, jak zaczyna przelewać się przez niego gniew. - Co jest kurwa nie tak z tym światem! Dlaczego cholerni ludzie, nie mogą zachowywać się jak ludzie! Dlaczego ciągle ktoś musi ginąć albo cierpieć zupełnie bez powodu... - Przez głowę Dzikiego przeszło wspomnienie dziewczyny z cmentarza, zapłakanej Oli na łóżku w burdelu, a potem pojawiło się wyobrażenie Elzy, która woła Daniela, gdy Ścierwojady dźgają ją nożami w plecy... I wtedy stało się TO.

Ta furia owładnęła jego ciało, żądza, która sprawiała, że chciał wymordować każdego Ścierwojada na świecie. Poczuł jak Pierwotna Wola, przejmuje panowanie nad każdą komórką w jego organizmie. Jego nogi uderzyły w ziemię jak kopyta rozjuszonego byka. Przyśpieszał coraz bardziej. W jego oczach pojawiły się łzy od pędu powietrza. Biegł tak szybko, jakby nie był człowiekiem, tylko maszyną. Wyskakując w powietrze jak pocisk z moździerza, runął pośrodku drogi, gdzie leżały ciała jego towarzyszy.

Ścierwojady zszokowane tym widokiem przyglądały mu się swoimi ukrytymi w szmatach gębami. Dziki obrócił się powoli. - Zabije was wszystkich...- wyszeptał.

Wściekła gromada ruszyła w jego stronę, a on nie pozostał dłużny. Rzucając się na te rozpędzoną falę, trafił w pierwszego Ścierwojada gradem nieludzko szybkich ciosów. Z ust kanibala momentalnie bryznęła krew, a już po chwili jego truchło utrzymywał tylko nieludzki pęd kolejnych uderzeń. Przewracając stojących za nim napastników, na koniec dobiegł już właściwie z czymś, co przypominało zmiażdżony worek pokruszonych kości. Obracając się natychmiast, rąbnął Skrzydłami Motyla po asfalcie, zamieniając leżących na nim w proch.

W tym momencie jeden z kanibali stojący z boku podniósł ciśnieniową strzelbę, ale Dziki błysnął, pojawiając się tuż przed nim. Gdy ścierwojad naciskał spust, błyskawicznie zmiażdżył lufę u wylotu, sprawiając, że całe ciśnienie uderzyło w strzelca. Ten raniony odłamkami odskoczył do tyłu, a Dziki łapiąc broń jak pałkę, uderzył z taką szybkością i siłą, że korpus Ścierwojada przepołowił się. Górna część truchła rąbnęła o ogrodzenie, a nogi upadły na ziemię tam, gdzie wcześniej stały.

Po tej masakrze wrócił na chwilę do zmysłów. Dobiegając do rowu, doskoczył do miejsca, gdzie upadł wcześniej razem z Elzą. Zobaczył wygniecioną suchą trawę i nic więcej. - ELZA! ELZA GDZIE JESTEŚ! - zawołał, czując na policzkach łzy bezsilnej złości.

Kątem oka zobaczył Ścierwojada wychylającego się zza jednego z samochodów. Błysnął, pojawiając się przy nim, a kanibal zaczął uciekać. Chwycił go natychmiast za szmatę na plecach i cisnął w samochód z taką siłą, że słychać było łamanie kości. - Gdzie ona jest...- warknął.

Ścierwojad nie powiedział nawet słowa, a Dziki ściągnął mu chustę z twarzy, ukazując twarz pełną plam od defektu. - GDZIE JEST! - wykrzyczał, łapiąc go za głowę jak imadło.

- MOGUJA CZEM PAMOCZ! – wykrzyczał Ścierwojad, którego czaszka deformowała się pod palcami Dzikiego.

- GDZIE! GDZIE ONA JEST! - krzyczał,Dziki, ale z ust ścierwojada dobiegał już tylko jeden wielki wrzask.

Po chwili jego głowa eksplodowała jak arbuz.

- Dobrze...- wyszeptał Dziki. - Skoro tak, będę męczył was tak długo, aż się nie dowiem.


***

Sznur jechał tak szybko, jak tylko pozwalało mu jego pancerne auto. Główna droga była pusta, a po Pięści Daniela albo wsparciu z Hurtowni nie było nawet śladu. W tym całym pędzie zagalopował się nieco, podjeżdżając praktycznie pod bramy miasta. Jego strażnicy byli jednak świadomi zdrady opiekunów schronień, bo natychmiast otworzyli ogień. Na szczęście była to tylko seria pojedynczych wystrzałów, co świadczyło jednocześnie, że większość strażników musiała opuścić miasto i ruszyć do Magistratu. Tylko którą drogą?

Sznur dobrze wiedział, że z Hurtowni do miasta prowadzi kilka szlaków, ale ten najkrótszy pozwalający ominąć Armię Daniela, wiodła niedaleko nory Ścierwojadów. - Byliby aż takimi głupcami? - spytał sam siebie, wykręcając autem w boczną drogę.

Prawie nigdy nie jeździł tą trasą. Bliskość siedliska Kanibali sprawiała, że nikt tędy nie podróżował, więc budowanie schronień też byłoby bezsensowne. Przejeżdżając wzdłuż pól i rzadkich domostw natrafił w końcu na widok, który nawet człowieka to doświadczonego życiem jak on, praktycznie zwalił z nóg.

Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to gromada Ścierwo-pojazdów. Stare Żuki, motocykle, traktory, wywrotki, wszystko ściśnięte było na drodze... Drodze, która wręcz ociekała od ilości krwi. Czerwony strumień płynął między kołami pojazdów, tworząc ogromne czerwone kałuże w każdym wgłębieniu na asfalcie. Zatrzymując pancerniaka, Sznur chwycił za swoją strzelbę, rozkręcając zawór do granic możliwości. Broń zadrgała na skraju rozsadzenia, ale mając przed sobą taki widok, mężczyzna nie był w stanie się tym przejąć.

Przechodząc między wrakami, dostrzegł stosy ciał. Zarżnięte Ścierwojady leżały bezwładnie rozrzucone po całym terenie. W tym momencie dostrzegł również Dzikiego. Chłopak krążył dookoła ogromnej cysterny z wielkim napisem Dzik-1 na boku. Gdy chciał już go zawołać, kolejna rzecz, jaką zobaczył sprawiła, że o mało nie wypuścił strzelby z ręki.

Tuż przy kołach cysterny leżała grupa związanych Ścierwojadów. Cały pobliski rów wypełniony był jakimś żółtym gazem, a w jego oparach leżało jeszcze więcej ciał. Dziki podszedł do jednego z leżących na ziemi kanibali i podniósł go bez wysiłku.

- To samo pytanie. Gdzie ona jest? - spytał przeciągając Ścierwojada w pobliże rowu.

- Ne prowa ja ce ne znaju lubecebet! - zawołał kanibal.

- Nic z tego nie rozumiem...- westchnął Dziki bez namiętnie i wepchnął go do rowu z gazem.

Ścierwojad wydał z siebie niewyobrażalny wręcz wrzask, rzucając się jak ryba na lądzie. Po chwili jego ciało zaczęło puchnąć, a z ust wystrzeliły wymiociny.

- Znałem na Zarzeczu ludzi, którzy mieli więcej serca dla swoich nieprzyjaciół...- zawołał w końcu Sznur, spoglądając z lękiem na Dzikiego.

- O Sznur! Cześć... Co cię tu sprowadza? - spytał chłopak w całkowitym amoku, podnosząc kolejnego Ścierwojada.

- Pierwszy chciał, żebym sprawdził co z wami. Długo nie wracaliście - odparł jednooki. - Co tu robisz? - spytał natychmiast.

- Hmm - zamyślił się Dziki. - Chyba depopulacje... - stwierdził w końcu, przytrzymując kanibala nad rowem. - Znasz pytanie!

- Nie Ma! - krzyknął Ścierwojad.

- A to i ja wiem, że nie ma... JA SIĘ PYTAM GDZIE JEST! - warknął Dziki.

- NIE MA! - wrzasnął Ścierwojad i po chwili wylądował w rowie z gazem.

Sznur zbliżył się nie pewnie do Dzikiego, wciąż trzymając broń w rękach. - Mam wrażenie chłopcze, że twój umysł pozostał za drzwiami...

- To ma być metafora tego, że oszalałem? I o ironio mówisz mi to właśnie ty...- zaśmiał się Dziki, kładąc rękę na czole – Nie! Bo widzisz, mój umysł dopiero teraz jest na swoim miejscu. Teraz dopiero zrozumiałem tak wiele ważnych rzeczy. Wszyscy dobrzy ludzie wzbraniają się przed zabijaniem, bo to złe niemoralne i sraty-pierdaty... Przez tę cholerną powściągliwość doprowadziliśmy do stanu, w którym na świecie została zaledwie garstka dobrych ludzi i całe może skurwysynów. Dość tego! Tych bydlaków trzeba ciąć jak kłosy kombajnem, do momentu aż nie oczyścimy świata, z ludzi których nie powinno tu być... - nagle Dziki przerwał, a jego oczy zatańczyły szaleńczo po okolicy. - Kombajn... Dlaczego ja wcześniej na to nie wpadłem! Mogłem was rozjechać kombajnem! Na pewno jakiś gdzieś jest...

Sznur odłożył broń, zbliżając się powoli do owładniętego szaleństwem chłopaka. - Dziki uspokój się... Gdzie jest twój oddział? Twój dowódca? - spytał.

- Nie ma...- zapłakał Dziki. - Wszyscy nie żyją... a ją zabrali i nie chcą mi powiedzieć gdzie.

- Dziki, Ścierwojady nie mówią... Im się poprzestawiało w głowach, bo jedli niewykształconych.

Chłopak zrobił nagle minę, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co robi. - Nie mówią... masz rację, oni nic mi nie powiedzą - w tym momencie dobiegł do cysterny i gwałtownym ruchem odkręcił zawór. Żółty gaz błyskawicznie zaczął rozlewać się na ulicę.

Przestraszony Sznur doskoczył do Dzikiego i w ostatniej chwili odciągnął go od oparów. W tym czasie ulicę wypełnił dźwięk konających kanibali.

- Dziki, nie pozwól by twój umysł pozostał za drzwiami...- wyszeptał Sznur.

- Nic tu po nas, ona już pewnie nie żyje...- westchnął chłopak.

***

Dziki czuł w głowie absolutną pustkę, jakby jego przepełniony udrękami umysł w końcu się opróżnił. Jedyne co do niego docierało, to rytmiczne podskakiwanie pancerniaka, za każdym razem, gdy wjechali w jakiś dół. Przypomniało mu się, że jeszcze przed chwilą szukał Elzy. - Ciekawe czy zabiłem już wszystkie Ścierwojady...- pomyślał, a jego ciało momentalnie wypełniło się Wolą. - Jak już zrobimy porządek z Magistratem, na pewno to sprawdzę...

Sznur co jakiś czas zerkał na niego. Z jego pojedynczego oka, dało się bez trudu wyczytać lęk. Dziki wiedział jednak, że nic mu nie zrobi. Sznur był dobrym człowiekiem, jednym z tych, dla których należało oczyścić ten świat. Chcąc dodać mu otuchy, uśmiechnął się do niego szeroko, ale mężczyzna natychmiast odwrócił się zaniepokojony. - Jeszcze nie jest w stanie zrozumieć...- pomyślał Dziki. Czemu się tu było dziwić? Sam dopiero nie dawno zrozumiał.

Z oddali słyszeli już odgłosy wystrzałów. Jednooki chwycił za radio. - Pierwszy! Słyszysz mnie? Wracam z Dzikim, po reszcie oddziału nie było śladu...

Nagle przez radio odpowiedział trzeszczący głos. - Przebijamy się do kryjówki Smutnego! Jest pilnowana mocniej, niż myśleliśmy! Zabierz Dzikiego w bezpieczne miejsce!

- Nie zgadzam się! - zaprotestował natychmiast. - Wieź mnie do kryjówki, pomogę Pierwszemu - zażądał.

- Nie jesteś chyba w stanie...- przekonywał Sznur. - Pierwszy ma rację, zabiorę cię do bezpiecznego domu i poczekasz...

On nie rozumie, że mnie nie powstrzyma...- westchnął w myślach Dziki, prostując jednocześnie rękę.

Pancerniak zgasł momentalnie, a Dziki popatrzył w stronę kierowcy. - Albo wieziesz mnie do kryjówki, albo zepsuje ci samochód na stałe - stwierdził z delikatnym uśmiechem.

Sznur z lękiem na twarzy skinął głową. - Dobrze, tylko pozwól mi jechać dalej...

Dziki pstryknął palcami, wołając - Valoar! - a auto znowu zapaliło.

Było trochę przykro, że musiał zaszantażować dobrego człowieka, ale nierozumni tacy byli. - Nie rozumieli...

Mijając budynek szkoły, w której znajdował się Magistrat, ruszyli drogą, którą opuszczało się powiat Krańcowa.

- To gdzie jest kryjówka Smutnego? - spytał Dziki.

- W ''Kościele Matki Boskiej Pomocy Wiecznej'' – odpowiedział Sznur.

- Małe okna, potężne wrota... Dobre miejsce do obrony – stwierdził, ale ponieważ jego jednooki towarzysz nie chciał pociągnąć tematu, zamilkł.

Po kilku minutach dojechali w końcu do zabytkowej świątyni. Wyglądało na to, że oblężenie trwało w najlepsze. Schody świątyni wypełnione były ciałami niewykształconych, a gromada braci na czele z Danielem próbowała wyważyć wrota, używając ogromnego drzewa jak tarana.

Gdy tylko Sznur zatrzymał samochód Dziki doskoczył do atakujących. - Potrzebujecie ręki znaczy Pięści?

- Dziki! - zawołał natychmiast Daniel – Gdzie jest Elza? Twój oddział...

- Elza...- wyszeptał, czując jak łzy nabiegają mu do oczu. - Ona... ona kazała ci powiedzieć... że nie ważne jakbyś ją odpychał, zawsze była twoja...zawsze należała do ciebie.

W tym momencie Daniel wypuścił prowizoryczny taran. Dziki poczuł jak jego wola zaczyna wypełniać okolicę. - Dość tego! - powiedział gniewnie. - To była ostatnia osoba, która przez ciebie zginęła...- mówiąc to jednym potężnym uderzeniem, oderwał z zawiasów stalowe wrota, które jeszcze przed chwilą nie dały się ruszyć taranem. - Bracia, tu już nie chodzi o Krańcowo, ta jedna osoba sprawiła, że to stało się osobiste...

200 wyświetlenia5 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie