Krańcowo III - Rozdział XV - Upadek

Autobus do wolności był niezbyt leciwym Aeroplanem Skylinerem, należącym w Starym Świecie do firmy turystycznej Oriental-Rainbow. Sama firma nie miała nigdy swojej filii w Krańcowie, a jedynym powodem, dla którego pojazd znajdował się w mieście, była krótka przerwa na tankowanie zbiegająca się swoim czasem z nastaniem Błysku. Takie przypuszczenia wysnuwał przynajmniej Janek, gdy przed rozpadem organizacji streszczał Dzikiemu historie piętrusa.

Jakim cudem Kuba i Briss znaleźli go potem na placu magazynowym firmy Speed Expo? To pozostało tajemnicą. Sam Dziki uważał, że jakiś wczesny weteran musiał zobaczyć nietypowy pojazd stojący na stacji i zaciekawiony postanowił zabrać go na przejażdżkę. Gdy jednak okazało się, że piętrus jest hałaśliwy, ciężki w prowadzeniu, a do tego pożera masę paliwa, po prostu go porzucił... Podobnie porzucili go jego późniejsi mieszkańcy, którzy ocaleli z pułapki Modrzewa. Uszkodzony autobus stał więc od pamiętnej nocy na drodze łączącej Wspólnotę i Centrum, jako świadectwo strasznych wydarzeń, które rozegrały się w mieście oraz symboliczny początek wojny z Zarzeczem.

Stając przed zgniecioną maską piętrusa, Dziki poczuł, jak od samego widoku dawnego domu, zaczyna ściskać go w dołku. To będąc jego strażnikiem, czuł ten prawdziwy sens istnienia, którego tak wielu nie może znaleźć przez całe życie. To w tym miejscu, spędził jedne z najlepszych chwil jakie pamiętał i to zarówno w Starym jak i Nowym Świecie. To tutaj po raz pierwszy stał się częścią czegoś ważnego...

Obchodząc pojazd dookoła, niespodziewanie zobaczył, że na schodkach wejściowych stoi kilka wypalonych zniczy. - Ciekawe kto je przyniósł? - wyszeptał, podnosząc pusty już w środku lampion.

Elza, która szła tuż, zanim, położyła mu dłoń na plecach. - Nie tylko dla ciebie autobus był ważny - westchnęła, spuszczając głowę. - Istniał przed tobą, uczył przetrwania wielu ludzi. Nie dziwie się, że niektórzy chcieli uczcić jego pamięć…

Dziki słysząc to oczywiste wyjaśnienie, przytaknął niemo i wszedł do środka piętrusa.

Wyglądało na to, że odwiedzający go ludzie, potraktowali pojazd jako miejsce pamięci. Nic z wnętrza nie zostało bowiem ukradzione, a wszystkie osobiste przedmioty mieszkańców, leżały ułożone małymi kupkami na siedzeniach: Podręczniki medyczne Greena, narzędzia Klucza, laptop na którym Edek oglądał filmy...

Ten widok rozbudził w Dzikim lawinę wspomnień.

Przechodząc obok miejsca zajmowanego przez Bociana, zobaczył rozsypaną talię kart. Chłopak po prostu uwielbiał grać i wykorzystywał każdą okazję, by namówić ich do partyjki Makao. Dwa siedzenia wcześniej leżał złożony w kostkę olbrzymi sweter w paski należący do Smalca. Człowiek, którego Dziki tak często określał jako zakałę autobusu, na pewno nie zasłużył na los, jaki go spotkał. Po przeciwległej stronie było legowisko Kryspina, był on chyba najcichszą osobą z całej menażerii. Dziki musiał ze wstydem przyznać, że nigdy nie przeprowadził z nim żadnej poważnej rozmowy i chociaż przez długi czas był ich strażnikiem, nie zdążył go poznać nawet odrobinę.

Zatrzymując się przez chwilę na środku pojazdu, starał się przygotować wewnętrznie na moment, który miał być dla niego najbardziej bolesny. W końcu z ciężkim westchnieniem ruszył dalej na tył.

Tuż obok schodów znajdowało się gniazdko Korka. Chłopak wybrał sobie to miejsce nie przypadkowo. Stąd mógł bez problemu podsłuchiwać co działo się na górze, gdzie najczęściej przebywał Dziki. Spoglądając na jego fotel dostrzegł lornetkę z wygrawerowanym pseudonimem. Biorąc ją do ręki, przypomniał sobie, że Korek uwielbiał zaczynać warty razem z nim. Zwykle tych nocnych nie przetrzymywał nigdy do końca, ale i tak z zapamiętaniem obserwował okolice wspólnie ze swoim ''szefem''.

Pomiędzy złożonymi ubraniami dostrzegł jeszcze jedną znajomą rzecz. Parę czarnych gogli, które ofiarował młodemu chłopakowi, gdy ten postanowił wykraść Remedium Kuby i złapał się jako pasażer na gapę w Świadomym Błysku. Przypominając sobie ich rozmowę z tamtego dnia, łzy mimowolnie nabiegły mu do oczu.

- Dziki...- wyszeptała Elza, spoglądając na niego z troską.

- Jego zawiodłem najbardziej wiesz? On wierzył we mnie, jak nikt inny... a ja nie potrafiłem mu pomóc... nie potrafiłem go ocalić... - wyłkał, oblewając gogle łzami.

Dziewczyna nie mogła chyba znaleźć, żadnych słów na pocieszenie, bo wtuliła się tylko jego w tors, głaszcząc go jednocześnie po plecach. Stali tak przez chwilę, aż w końcu wyszeptała. - Musimy już iść...

- Wiem... - odparł, zaciągając sobie gogle na szyje. - Dziękuje, że zgodziłaś się tu wstąpić...

- Oczywiście, że się zgodziłam. To było dla ciebie ważne - odparła dowódczyni, odchodząc w stronę drzwi.

Dziki rzucił ostatnie spojrzenie na swój dawny dom i ruszył za nią na zewnątrz.

Dzik-1 i reszta oddziału czekała przed autobusem na ich powrót.

Gdy tylko wyszedł z piętrusa, Nóż podszedł do niego.- Pomyśleliśmy z chłopakami, że może chciałbyś, uczcić ich pamięć – stwierdził, wciskając mu w rękę przezroczysty biały znicz.

- Dzięki...- wyszeptał Dziki, odwracając się po raz ostatni w stronę pojazdu, by zapalić płomień. - Stając przed schodami, wyszeptał tak, by nikt z jego kompanów tego nie słyszał. - Może nie długo się spotkamy chłopaki...

***

Przemówienie Pierwszego odniosło znacznie większy skutek niż zaproszenia i obietnice Daniela. Brzeg Wiślinki od powstania Nowego Świata nigdy nie zgromadził jeszcze tylu ludzi. Wśród zebranych znalazły się praktycznie wszystkie frakcje i mnóstwo wolnych weteranów oraz zwykłych mieszkańców. To oczywiście skutkowało ciągłymi atakami niewykształconych, ale przy takim zagęszczeniu posiadających broń, każdy Gospodarz czy inny potwór, kończył swoje życie jak przed plutonem egzekucyjnym.

Wśród zgromadzonych osób, Dziki dostrzegł mnóstwo znajomych twarzy oraz jeszcze więcej postaci, których nigdy wcześniej nie widział na oczy. Pojawili się Strażnicy z upadłej Wspólnoty w tym Łysy, którego poznał, pracując w faktorii.

Sam Siwy przybył w towarzystwie ciężko uzbrojonych Grobelnych w ich nieodłącznych strojach prewencyjnych. Tym razem mężczyźni zamiast siekier i tarcz, mieli najprawdziwszą broń wprost z warsztatu, który prowadzili.

Sojusz Bloków którego Dziki rozpoznał po idących w gromadzie Krzaku i Zjawie, stał otaczając kręgiem swojego przywódcę. Ten w niespecjalnie dobrym humorze opowiadał o czymś zgromadzonym dookoła siebie ludziom.

Do zebrania nad rzeką dołączy nawet Myśliwi z Krańcowskiego Lasu mimo, że jakiś czas temu nie mieli zamiaru mieszać się w problemy Centrum.

Nie ich widok zdziwił jednak Dzikiego najbardziej. Pośród zgromadzonych zobaczył bowiem, przebijającą się przez tłum wysoką postać Szarej.

Opuszczając na chwilę swój oddział, dobiegł do kobiety, odprowadzany wzrokiem pobliskich weteranów. Ściągając z twarzy maskę tlenową, spojrzał w jej spokojną twarz.

- Szara dlaczego tu jesteś? Czemu zostawiłaś Wilka? – wysylabizował powoli, by mogła łatwiej odczytać jego pytanie z ruchu warg.

Kobieta popatrzyła na niego wyraźnie zdziwiona, po czym położyła mu dłonie na uszach. Już po chwili usłyszał w głowie jej ciepły głos.

- Jestem tutaj dla niego. Jeżeli Zarzecze wygra, dla Wilka nie będzie nadziei...

Rozglądając się czy nikt nie jest dość blisko, by móc to zobaczyć, zaczął bezgłośnie artykułować. - Pierwszy naciągnął fakty, by przekonać więcej osób do walki. Zarzecze nie zabije każdego. Moglibyście się ukryć i nie mieszać...

Dziewczyna odczytując to, popatrzyła na niego wyraźnie urażona. - Wiem co po tamtej stronie przeszła Oli - rozbrzmiało w jego głowie. - Przechodziłam dokładnie to samo... Jeśli myślisz, że oddam nasz los w ręce bydlaków z Zarzecza, to jeszcze mnie nie znasz... Wilkiem opiekuje się teraz Mike. Był przy okazji tak dobry, że wziął pod swoje skrzydła opuszczonych ze Wspólnoty. Na Zatorzu będą bezpieczni puki tego nie skończymy…

Słysząc te informacje Dziki poczuł mieszaninę ulgi i irytacji. Z jednej strony cieszył się bo przyjęcie pod dach Zwrotnicy nowych ludzi, pozwalał przypuszczać, że miejsce dalej było bezpieczne. Nie miał też nic przeciwko obecności Wilka w pobliżu Oli i reszty dziewczyn, ale przyjęcie zdradliwych mieszkańców Wspólnoty, nie do końca mu się podobało. Mike miał jednak miękkie serce i takiego zachowania można było się po nim spodziewać.

- Czyli tory się uspokoiły? Jak udało wam się przenieść Wilka? Ilu ludzi jest teraz na Zatorzu? – spytał nieco zbyt szybko, bo Szara zmrużyła oczy i pokręciła głową na znak, że nie zrozumiała.

Nabrał już powietrza chcąc się poprawić, ale nie nim zdążył wyartykułować chociaż jedną sylabę, od tyłu przysłonił go niespodziewany cień. Olbrzym Maciejewski wyrósł jak z pod ziemi, stając tuż za plecami Dzikiego.

- Sylwia...- wyburczał, spoglądając w twarz stojącej przed nim kobiety.

- Łoblet – odparła z trudem Szara.

Oboje zamarli, wpatrując się w siebie ze skonsternowanymi minami. Ta sytuacja zwróciła natychmiast uwagę zgromadzonych w pobliżu ludzi. Większość mieszkańców Centrum zdążyła już się dowiedzieć, że Olbrzym i Szara są rodziną. Rodzeństwo stało jednak od zawsze po przeciwnych stronach konfliktu, a nawet w trakcie bitwy pod cegielnią, stanęli przeciw sobie do walki. Wielu musiało zaciekawić jak ta dwójka zachowa się w obecnej sytuacji.

Dziki zszedł Olbrzymowi z drogi zastanawiając się, czy powinien zareagować gdyby zaatakował dziewczynę. Oficjalnie trwało przecież zawieszenie broni. Czy Daniel potraktowałby to jako nielojalność?

- To ten...- wyburczał w końcu Maciejewski, spoglądając niepewnie na siostrę. - Nie daj się zabić dziwko!

Szara uśmiechnęła się i wyprostowała dłoń, z wyciągniętym środkowym palcem. Widzący to Olbrzym zaśmiał się natychmiast. – Tempa jesteś jak zawsze, ale przynajmniej raz jesteś tempa po tej właściwej stronie.

Szara pokręciła głową i wskazując na brata wykonała gest jakby chciała zagarnąć go swoją ręką.

- Ta…Będę się trzymał - odparł Olbrzym, gdy nagle z oddali rozbrzmiał głos Pierwszego.

Mężczyzna stał na gruzach dawnej auli, trzymając w ręku policyjny megafon.

- Posłuchajcie wszyscy. Nie jestem i nie byłem żołnierzem, nie mam wojskowego wyszkolenia, ale nasz plan nie wymaga złożonej strategii. Podzielimy się na trzy grupy i zaatakujemy trzy najważniejsze miasta Zarzecza: Przychodnie, Sad Wileński i Hurtownie. Po ich zdobyciu wspólnymi siłami wyruszymy na Magistrat. Mamy to szczęście, że większość mieszkańców Zarzecza nie stoi już murem za swoimi panami. W naszym ataku dostrzegają nadzieje, na wyzwolenie spod jarzma tyranów, którzy przejęli władze po ich stronie. Śmierć strażników i ich przywódców, będzie równoznaczna z końcem zagrożenia...

Zgromadzeni wsłuchiwali się w słowa Pierwszego, z lekkim otępieniem na twarzy. Wielu z nich chyba nie było do końca świadomych, czego właściwie się podejmują. Z ich niepewnych min Dziki wnioskował, że większość podda się przy pierwszych trudnościach. Tego samego świadomy musiał być też Daniel, który obserwował zebranych z wyraźnym politowaniem.

Nagle wśród tłumu pojawiło się wyraźne poruszenie. Duża zbrojna gromada w zielonych strojach zbliżała się od strony miasta, przeciskając między weteranami. Już po chwili podeszli oni pod sam nasyp stając naprzeciw Pierwszego.

Dziki dopiero po chwili rozpoznał Defekt, który zrezygnował ze swoich zwyczajowych czerwonych strojów na rzecz maskowania polskiego wojska. Dix wyszła naprzeciw grupy, spoglądając na przemawiającego mężczyznę. W tym momencie większość weteranów wstrzymała oddech.

Ostatnie spotkanie liderki Defektu z Pierwszym doprowadziło do starcia, które przez długi czas, uważane było za najbardziej absurdalną decyzję całej organizacji. Dix nie zważała bowiem na to, że znajdowali się na terenie wroga, otoczeni przez niewykształconych, chwilę po bitwie z Ręką Olbrzyma. Większość zebranych musiała przypuszczać, że dojdzie do kolejnego starcia, bo ci stojący najbliżej, zaczęli z lękiem oddalać się od gruzów.

Daniel podejrzewał zapewne to samo, bo stanął na schodku Dzika-1 przyglądając się dziewczynie z groźną miną. Nie było wątpliwości, że w wypadku walki stanie po stronie kuzyna.

Pierwszy w tym czasie spojrzał w stronę Dix. Ponieważ jego twarz skryta była pod maską, ciężko było przypuszczać, jak odebrał to nagłe pojawienie się dziewczyny. Ta nie pozostała dłużna i obdarzyła mężczyznę chłodnym surowym spojrzeniem. Po chwili skinęła jednak głową, odwracając się w stronę weteranów. - Defekt uderzy od strony Sadu! - krzyknęła. - Wszyscy niezależni, którzy chcą ruszyć razem z nami, niech zbiorą się przy drugim moście.

Dziki słysząc to, odetchnął z ulgą. Czyli nawet obsesja dziewczyny na punkcie zemsty, nie odebrała jej na tyle rozsądku by szukać zwady w tej sytuacji.

W tym momencie do gruzów zbliżył się Boruta. Stając tuż obok Pierwszego. - W takim układzie Sojusz bloków uderzy na Hurtownie - zawołał. - Chętni do pójścia z nami, niech zbiorą się przy mnie...

Dziki pomyślał, że to rozwiązało przynajmniej jeden problem. Plan Pierwszego od początku zakładał, że Armia Daniela ruszy na Przychodnie, bo z niej można było prostą drogą dostać się do Magistratu. Na początku uznał to za korzystny zbieg okoliczności, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że przecież plotki o tamtej stronie przechodziły do Centrum regularnie. Miasto Przychodnia było największe, najlepiej obwarowane i najtrudniejsze do zdobycia. Nie było więc dziwne, że nikt nie kwapił się, by wybrać je na swój cel.

Daniel odebrał to pewnie w ten sam sposób, bo przyglądając się, jak zgromadzeni rozdzielają się między Defektem a Sojuszem, uśmiechał się ironicznie przez większość czasu.

- No dobrze Bracia! - zawołał, wciąż stojąc na schodach Dzika. - Spoczęło na nas zadanie najtrudniejsze, ale ponieważ jesteśmy najlepsi, najbardziej zgrani i najsilniejsi... Oczekuję, że do Magistratu dotrzemy jeszcze przed wszystkimi! - zawołał, a jego przyboczna gwardia za wiwatowała.

W tym momencie Dziki poczuł klepnięcie na swoim ramieniu. - Zbieramy się Dziki – powiedziała Elza. - Pamiętaj, że mamy w tym wszystkim najważniejsze zadanie do wykonania.

Odwracając się jeszcze na chwilę w stronę Szarej, pożegnał się z nią uniesioną ręką. Kobieta popatrzyła na niego, wykonując jednocześnie gest jakby zrywała z ramienia opaskę.

Dziki mrugnął do niej, tak by Elza tego nie widziała, a Szara uśmiechnęła się.

***

Centrum minęło Wiślinkę, nie napotykając żadnego oporu. Było to dość oczywiste. Obwarowane miasta-placówki Zarzecza, były dużo lepszymi miejscami do obrony, niż koryto rzeki gdzie w każdej chwili można było zostać odciętym przez niewykształconych.

Już po przekroczeniu rzeki członkowie Armii Daniela zostali właściwie sami. Większość wolnych weteranów i przybyłych mieszkańców udała się śladem ogólnie lubianego Defektu i przynajmniej uważanego za neutralny Sojuszu. Wodzowi nie specjalnie to jednak przeszkadzało. W trakcie drogi kilkukrotnie wspomniał, że przynajmniej nikt nie przypisze sobie nawet części z ich ''zwycięstwa''. Dla Dzikiego największym zaskoczeniem było mimo wszystko zniknięcie Pierwszego. Mężczyzna po wymianie kilku zdań z Danielem powiedział, że musi jeszcze z kimś się spotkać i odnajdzie ich bezpośrednio przy Magistracie.

O tym, że nie sama '' stolica Zarzecza'' jest tak naprawdę ich celem, wiedzieli tylko najbliżsi poplecznicy Daniela, w tym Elza, która razem z Pięścią Daniela miała odłączyć się od ataku na Magistrat i podążyć z wodzem do kryjówki Smutnego. Wcześniej musieli jednak zająć Szpital.

Dziki już w kilka minut po przekroczeniu mostu zauważył, że Zarzecze nie zdążyło się zmienić od momentu jego pobytu w tym miejscu. Mapa-bilbord, na której zaznaczone były bezpieczne domy, została uaktualniona o kolejne zniszczone i zbudowane schronienia. Spod niej ruszając najkrótszą drogą do Szpitala, weszli wprost w Dzielnice Krzyków.

Wijce zajmowały większość drogi, ale Armia nie miała zamiaru bawić się w półśrodki. Stalowi, których specjalnością była walka z niewykształconymi, wyruszyli przed kolumną i korzystając z myśliwskich strzelb i grubo śrutowej amunicji rozpoczęli pogrom. Zaatakowane Wijce ruszyły natychmiast, zbierając się w ciągu minuty w ogromną włochatą grupę, ale Stalowi mieli zbyt dużo doświadczenia w walce z potworami by to ich zaskoczyło. Ustawiając oddział w kształt ogromnej litery U, odcięli praktycznie całe osiedle. Bezbłędnie wykorzystywali przy tym bezmyślność niewykształconych, którzy jak reagujący na dźwięk ''rój'' natychmiast zmieniali cel ataku, w zależności od miejsca, z którego padało najwięcej strzałów. Odbijając w ten sposób Wijce od jednej linii żołnierzy do drugiej, bez strat oczyścili całe osiedle.

Po przekroczeniu tej przeszkody droga na szpital była właściwie otwarta. Niestety sama Przychodnia była świadoma ataku i najwidoczniej zdążyła podjąć środki przygotowawcze. Dziki błyskawicznie zauważył, że ogromna część szklarni od strony centrum po prostu zniknęła. Ich miejsce zajęła sieć barykad, zrobionych z mebli, gruzu i zbędnego szpitalnego wyposażenia. Na szczycie każdej barykady stali żołnierze w szarych mundurach z błękitnym wężem na ramionach oraz robotnicy zapewne przymuszeni siłą do obrony swojego ''domu''.

Armia Daniela zajęła miejsce, szykując się do natarcia. Bezpośredni atak na przygotowaną i obwarowaną Przychodnie wiązałby się jednak z ogromnymi stratami. Sam Daniel, gdyby spróbował przebić im ścieżkę swoją mocą, ryzykował tym, czego obawiać się każdy użytkownik Pierwotnej Woli, niezależnie od tego jak był potężny – Oberwaniem nieświadomą kulą.

Zwiadowcy i strażnicy ze szpitala byli zapewne poinstruowani, jak walczyć z używającymi błędów.

Tutaj też zaczynało się główne zadanie Pięści Daniela. Elza, korzystając ze swojej mocy, miała przenieść oddział na dach Szpitala, razem z pojemnikami gazu. W tym czasie reszta Armii miała rozpocząć ostrzał, jakby szykowała się do natarcia by odwrócić uwagę od desantu. Po wyeliminowaniu strażników w środku i odnalezieniu przywódcy placówki mieli oni zmusić go do ogłoszenia kapitulacji przez megafony alarmowe. Ponieważ używano ich do ostrzegania przed nadchodzącą Ciemnią, rozciągały się one na całym terenie placówki.

Nawet gdyby Linart nie chciał poddać szpitala, informacja o przejęciu budynku i żądanie bez warunkowego poddania ze strony Pięści, wprowadziłoby dość zamętu w szeregach wroga, by straty po stronie Armii zostały ograniczone.

Po dogadaniu szczegółów Dziki razem z oddziałem zaczęli przekradać się jak najbliżej szpitala. Było to o tyle ważne, że przy zbyt dużej odległości, Elza mogła przenieść ich w złe miejsce. Perspektywa spadania z trzeciego piętra, albo pojawienia się pośrodku okopów Przychodni nie była zbyt kusząca.

Po kilkunastu minutach czołgania się w suchej ziemi i chowania za pordzewiałymi ogrodzeniami dotarli w końcu do małego budyneczku, z którego okna było już o rzut kamieniem do barykad.

- Sprzęt sprawdzony? Butle pełne? - wyszeptała Elza, spoglądając na swoich podkomendnych, gdy tylko zajęli oczyszczony z mebli salon.

Mężczyźni skinęli głowami, a dziewczyna westchnęła. - Oddałabym wszystko by być tam z wami, ale wiecie, że moc mi na to nie pozwoli. Banan, jako że nie posłuchasz się nikogo innego oprócz siebie, przejmujesz odpowiedzialność za oddział…

Słysząc jaką decyzję podjęła w ostatniej chwili ich liderka, wszyscy łącznie z nagle promowanym popatrzyli po sobie niepewnie.

- Jesteś tego pewna? – dopytał Banan, zerkają na Elzę ze zdziwieniem

- Tak – odparła natychmiast dziewczyna.- Jeśli któremuś z nich coś się stanie... To lepiej, żeby stało się tobie – dodała po chwili. - Nie zawiedźcie mnie...

Banan z poważną miną skinął głową, biorą na siebie tymczasowe przywództwo.

- Gotowi? To jedziemy… - westchnęła Elza, unosząc dłoń.

Już po chwili cały oddział znalazł się jakiś metr na dachem. Lądowanie z tej wysokości nie należało do najprzyjemniejszych, ale próba posadzenia ich niżej, niosła ryzyko wlepienia któregoś w podłogę.

Mężczyźni podnieśli się powoli jęcząc cicho.

- Dobra sprawdźcie, czy nikomu nic się nie odpięło! - rozkazał Banan, a zebrani zaczęli oglądać swoje mundury.

Szczelny, szczelny...- odpowiadali po kolei członkowie oddziału. - Szczelny – zameldował na koniec Dziki, sprawdzając ciśnienie na wskaźniku.

W tym samym momencie z dołu dobiegła istna kanonada. Armia Daniela rozpoczęła ostrzał, a okopani strażnicy przychodni nie pozostali im dłużni. Pociski, śruby i prowizoryczne granaty latały w powietrzu. Dziki stanął na krawędzi dachu obserwując z góry ten panujący na dole chaos. Powietrze momentalnie wypełnił kurz. Wybuchy podrywały w górę tumany ziemi. Co jakiś czas słychać było krzyk rannych.

Banan podszedł w tym czasie do drzwi technicznych i delikatnie nacisnął na klamkę. Te okazały się oczywiście zamknięte. Potem rozglądając się po dachu zaczął rozważać co powinni zrobić. Jego wzrok zatrzymał się na wylotach wentylacji. Gestem ręki dał znać Trakerowi by podszedł do niego, po czym wskazał na sieć rur ciągnącą się dookoła. - Stąd możemy rozpuścić gaz po całym szpitalu...

Traker który dźwigał najwięcej pojemników z Osowcem, skinął głową i ruszył razem z Pokemonem do pierwszego wyciągu. Korzystając z multitooli które mieli na wyposażeniu, zaczęli demontować zabezpieczające kratki.

- Dziki – wyszeptał Banan. - Jak już Osowiec rozejdzie się w środku, zaczniesz wywalać drzwi.

Słysząc rozkaz Dziki skinął głową, ściągając z pleców siekierę, bo to jemu przypadła ona w przydziale dźwigania ekwipunku.

Po kilku minutach nerwowego oczekiwania. Traker i Pokemon pościągali w końcu kratki i zaczęli wrzucać do środka wentylacji pojemniki wielkości puszek po farbie. Żółty gaz momentalnie zaczął wypełniać rury, a jego ilość była wręcz zatrważająca.

Dziki jeszcze z treningów pamiętał, że jeden taki pojemnik bez trudu wypełniał mieszkanie ilością Osowca, która uniemożliwiała widzenie, a przecież nawet niewielka ilość tego środka była śmiertelnie toksyczna.

Po chwili od rozpoczęcia ataku z wnętrza szpitala dobiegł wrzask, którego nie zagłuszała nawet bitwa na dole.

- Na to czekałem! Dziki drzwi! - rozkazał Banan.

Dziki nie czekał nawet sekundy. Natychmiast doskoczył do wejścia i zaczął okładać zamek siekierą, nim jednak przebił się przez warstwę drewna i metalu, usłyszał, że ktoś przekręca klucz po drugiej stronie. Odskakując do tyłu, wyciągnął natychmiast pistolet, ale gdy tylko drzwi się otworzyły, nie było nawet sensu go używać.

Dwóch strażników wypadło ze środka, wymiotując krwią i flegmą. Ich skóra była tak czerwona, jakby zostali polani wrzątkiem, a oczy nie był nawet widoczne spod opuchniętych powiek. Po kilku sekundach agonii padli bez życia na dachu.

- Fuks, nasze szczęście! - krzyknął Banan. – Idziemy!

Schodząc po schodach w dół, dostrzegli ledwie opary Osowca, a mimo to strażnicy nie wytrzymali w nim nawet kilku sekund. Wrzasków właściwie nie było już słychać, czasem tylko jakiś pojedynczy jęk przebijał się echem w korytarzu. Zapaliwszy latarki, ruszyli przejściem technicznym.

- Biuro dowódcy jest przy dawnej pracowni RTG, w dawnym pokoju ordynatora - przypomniał Dziki.

Banan skinął głową i wyprowadził ich na korytarz dawnego oddziału położniczego. Tak jak większość mieszkańców miasta był kiedyś w szpitalu i miał, chociaż ogólne pojęcie o jego rozstawieniu ze Starego Świata.

Po drodze nie spotykali właściwie oporu. Mglista mgiełka Osowca unosiła się praktycznie w każdym miejscu, które przekraczali, co oznaczało, że tunele wentylacyjne rozchodziły się na cały budynek. Dopiero piętro niżej zobaczyli pierwszych zatrutych.

Strażnicy, którzy dostali się w rzadszy gaz, czołgali się na ślepo po podłodze, jęcząc i charcząc. W tym momencie Anioł zatrzymał, się przyglądając jednemu z nich. - Boże jego oczy... widzieliście ich oczy?

- ANIOŁ NIE ZATRZYMUJ SIĘ! - krzyknął Banan, prowadząc ich dalej.

Kolejnymi schodami zeszli jeszcze niżej. Tu stężenie gazu było dużo większe, bo Osowiec jak na gaz był po prostu ciężki. Nie było to jednak to, co musieli znosić na treningach. Stroje idealnie chroniły ciało przed tak niskim stężeniem, a po wspinaczce na piętra bloku, schodzenie w dół wydawało się zaledwie spacerkiem.

Dopiero wychodząc zza winkla do poczekalni, wszyscy zamarli.

Na korytarzu leżały dziesiątki napuchniętych czerwonych ciał. Niektóre powykręcane były na zgliszczach, jakie zostały z rozstawionych tu wcześniej namiotów. Część ludzi starała się zakryć twarze ubraniami, ale krwiste plamy na materiałach tuż przy ustach, świadczyły, że nie wiele to pomagało. Podłoga pływała wręcz we flegmie i wymiocinach.

Ci, których gaz nie zdążył jeszcze zabić, po prostu wyli z bólu. Dziki zamknął przez chwilę oczy, starając się odciąć myślami od tego, co ma teraz przed sobą. Nikogo z tych ludzi nie znał, żadnemu nie był nic winien, nie musiał się przejmować, powtarzał w swojej głowie. Wtedy też jak na złe otwierając oczy, dostrzegł szyld ''Mamuna''. Przez jego głowę przeszłą teraz bardzo miła właścicielka tego lokalu, ale wyparł to błyskawicznie ze swojej głowy. Wolał wierzyć, że kobiety dziś tu nie było... Jak nieprawdopodobnie by to nie brzmiało.

Nie on jednak miał największe problemy ze zniesieniem tego, co widział. Po chwili usłyszał odgłos wymiotów i krzyk. - KUBLWA! NABLRŻYGALBEM SOBLE MASKLE! KUBLWA!

Odwracając się, dostrzegł za sobą Anioła, w którego wizjerach przelewała się zawartość żołądka. Chłopak złapał za boki maski, jakby chciał ją ściągnąć, a Dziki doskoczył do niego przerażony. - ANIOŁ USPOKÓJ SIĘ! TU DALEJ JEST OSOWIEC! ZOSTAW TE CHOLERNĄ MASKĘ!

Banan dostrzegając całą sytuację, dobiegł do niego z drugiej strony, blokując mu rękę. - ZOSTAW TO, BO SKOŃCZYSZ JAK ONI! ZOSTAW TO ROZKAZ!

- DUSLZE SIE!!! - wykrzyczał chłopak, którego aparat tlenowy zaczął wydawać dziwne ''bulgoczące dźwięki''.

- Kurwa! Traker zabierz go na górę! Wybij jakieś okno jeśli nie wytrzyma! JUŻ!!! - rozkazał Banan. - POKEMON LEĆ ZA TYMI KRETYNAMI I ICH OSŁANIAJ!!!

Traker dobiegł błyskawicznie do Anioła i prowadząc go za rękę, wybiegł z nim z powrotem na klatkę schodową. Pokemon ze strzelbą w dłoni ruszył zaraz za nimi.

- Co teraz robimy? - spytał natychmiast Nóż.

- Idziemy dalej! Nie możemy zwlekać! - warknął Banan i ruszył pośpiesznie przez poczekalnie.

Dziki i Nóż pobiegli, zanim. Przebiegając między ciałami, już po chwili znaleźli się na korytarzu, tuż obok Centrum Handlowego Promień. Wnętrze wyglądało na puste, handlarze schronili się pewnie w swoich pokojach i już dawno nie żyli.

Dziki był w szoku, jak skuteczny okazał się gaz. Nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie pomyślał, że kilka pojemników zabije całą populację szpitala. Przez jego głowę przeszła teraz dość oczywista myśl. - Nie ma co się oszukiwać, Linart już pewnie nie żyje – stwierdził w stronę kompanów.- Będziemy musieli ogłosić, że podbiliśmy szpital i zobaczyć jak zareaguje straż na zewnątrz...

- Masz racje...- potwierdził ich tymczasowy dowódca - Kurwa, może przedobrzyliśmy z ilością ale budynek wydawał się duży...

Nóż w tym czasie otworzył drzwi Promienia i wtedy padł strzał. Chłopak odskoczył natychmiast do tyłu, chowając się za ścianą. - Ktoś tam jednak przetrwał... Gazujemy? - spytał natychmiast.

- Zobaczymy, może nie jest głupi... - wyszeptał do niego Banan i po chwili krzyknął w głąb korytarza. - JAK NIE CHCESZ ZA CHWILĘ ŻYGAĆ PŁUCAMI, LEPIEJ SIĘ PODDAJ!

Na propozycję odpowiedziała seria z pistoletu maszynowego.

- Czyli jest głupi...- stwierdził Nóż, łapiąc za podręczny pojemnik gazu, wielkości dużego lakieru do włosów.

Gdy cisnął nim w głąb korytarza, już po chwili zobaczyli żółtą mgłę wypełniającą wnętrze.

- Wchodzimy...- wyszeptał Banan.

Dając krok w opary, znowu poruszali się praktycznie na ślepo. Nie trwało to jednak długo, gaz błyskawicznie rozlał się po bocznych pomieszczeniach, przerzedzając do postaci żółtawego dymu. Dziki myślał, że jest już po kłopocie, gdy nagle z jednego ze sklepów wybiegł strażnik w masce gazowej i gumowym kombinezonie. Z włócznią w dłoni ruszył w stronę Banana, chcąc przebić go na wylot. Dziki był jednak szybszy. Błyskawicznie wystrzelił, bez przymierzania trafiając napastnika w brzuch, ten osunął się na podłogę. Kolejny strażnik wychylił się w tym czasie, ciągnąc po korytarzu serią.

Pięść Daniela padła natychmiast na ziemię unikając kul, a Dziki leżąc, starał się wycelować w strzelca. Ten ukrył się jednak za winklem, próbując przeładować broń. Nóż słysząc to, poderwał się i ruszył w jego stronę. Gdy mężczyzna wpinał już pełny magazynek do pistoletu, chłopak wykopał mu broń z ręki.

Rozbrojony strażnik podniósł się natychmiast, chwytając jednocześnie Noża za rękę. Nim jednak zdążył wymierzyć chłopakowi cios, ten szybkim ruchem zerwał mu maskę przeciwgazową z twarzy. Mężczyzna zaczął się dusić, a jego oczy natychmiast nabiegły krwią. Dziki nie chcąc słuchać jego męczarni, podszedł i dobił go strzałem w głowę.

Po tym całą tróją ruszyli do biura ordynatora.

Otwierając drewniane drzwi, weszli do eleganckiego gabinetu, pełnego przeszklonych gablot z oczywistymi pamiątkami ze Starego Świata. Przy wielkim drewnianym biurku siedział, jak podejrzewał Dziki sam Linart. Mężczyzna mimo, że miał na twarzy dużą czarną maskę z wielkimi filtrami, leżał rozłożony na krześle zupełnie bez życia.

- Otruł się? Kurwa jak? – spytał zszokowany Banan, zerkając w puste oczy mężczyzny.

- Może maska to była atrapa? - próbował wyjaśnić Nóż. - Pewnie wybrał ją, bo wyglądała najokazalej, ale zamiast prawdziwych filtrów miała jakąś zwykłą watę...

Dziki rozejrzał się w tym czasie po półkach. Dowódca szpitala musiał być mocno przywiązany do swojego dawnego zawodu, bo w jednej z gablot Dziki zobaczył jego policyjną odznakę, ułożoną na jedwabnej poduszeczce.

Nóż który w tym czasie oglądał biurko, starając się odnaleźć interkom. - A jeżeli nie nadawał z biura?

- To skąd? Przecież nie zamontował sobie mikrofonu w kiblu. – odparł zirytowany Banan, oglądając biurko z drugiej strony.

W tym samym czasie Dziki dostrzegł coś dziwnego. Ciało mężczyzny drgnęło. - Chłopaki, on chyba udaje!

Banan złapał natychmiast za broń. - Jeśli tak, lepiej dla nas! GADAJ SZUJO! GDZIE JEST INTERKOM?! - krzyknął władczym tonem.

Mężczyzna jeszcze przed chwilą uważany za zmarłego zaśmiał się przytłumionym głosem. - Użyję go, dopiero gdy się was pozbędę, żeby Daniel wiedział, jak duży błąd teraz popełnił.

- Może nie zauważyłeś kretynie, ale to ja trzymam ci pistolet skierowany w czoło - zakpił Banan.

- Doprawdy? - spytał Linart, wzbudzając natychmiastowy niepokój Dzikiego.

Maska mężczyzny była zwykłą przeciw gazówką bez aparatu tlenowego. Gdy oddychał, widać było, jak robi się wklęsła przy wciąganiu powietrza. Problem był w tym, że jego oddechy od początku nie zgrywały się z momentami, gdy mówił. Nim Dziki zdążył zareagować, Banan zesztywniał. Po chwili ich tymczasowy dowódca uniósł dłoń, wymierzając pistoletem we własną skroń. - KURWA CO JEST! CO JEST Z MOJĄ RĘKĄ! – zawołał panicznie, a po chwili broń wystrzeliła.

Martwy chłopak osunął się na ziemie.

- SMUTNY! – wykrzyczał natychmiast przestraszony Dziki, na co siedząca przy biurku postać zadrgała.

- Nawet nie wiesz jak mnie w tym momencie obraziłeś. Sama świadomość tego, że mogłem zostać pomylony z tą chodzącą reklamą prozaku, napawa mnie odrazą… - stwierdziła, postać na fotelu. – Mirosław Linart, do usług…

- Jesteś oderwany od ciała… - wyjąkał Dziki z niedowierzaniem.

Sylwetka mężczyzny uniosła się w tym momencie w powietrze, zawisając praktycznie pod sufitem. – Widzę chłopaku, że spotykałeś już podobnych do mnie. Nie osiągnąłem jeszcze co prawda poziomu, który pozwoliłby mi całkiem opuścić jestestwo, ale i tak całkiem nieźle się bawię robiąc takie rzeczy… - stwierdził prostując bezwładną dłoń.

W tym momencie Nóż, zupełnie niespodziewanie rzucił się na Dzikiego.

- CO TY WYPRAWIASZ! - krzyknął zaskoczonych, ledwo unikając ciosu kompana.

- Dziki ja tego nie kontroluje! Nie mam pojęcia co się dzieje! – wykrzykiwał Nóż, biorąc kolejny zamach.

Jego chybione uderzenie wbiło się w jedną z gablot, roztrzaskując jej witrynę na kawałki. – Nie panuje nad tym uciekaj! – krzyknął, łapiąc Dzikiego w pasie.

Po chwili szamotaniny, upadli obaj na jeden z regałów, rozrzucając dookoła sztylety z ozdobnymi okładzinami. Dziki zdołał się wyszarpać, ale jego kompan nie ustępował. Nie czekając na kolejny atak wymierzył mu cios w brzuch. Siłę uderzenie przejęła jednak kamizelka kuloodporna. Podobnie sierpowy wyprowadzony przez Noża, wytłumił aparat tlenowy.

- Możesz to powstrzymać! – krzyknął Dziki. – Wysil emocje! Wścieknij się! Ja wyrwałem się w ten sposób Smutnemu!

- Nie mogę! – odparł Nóż, szykując się do kolejnego ataku.

Tym razem wpadając w Dzikiego bykiem, roztrzaskał nim gablotę z zabytkowymi szablami.

- Dość! – krzyknął Linart. – Zagalopowałem się, z tym niszczeniem własnego biura.

Nóż chwycił jedną z szabel i szerokim cięciem przeciął kamizelkę Dzikiego. Ten złapał za pistolet mierząc do kompana. – NÓŻ OPANUJ SIĘ POWSTRZYMAJ TO! – wykrzyczał Dziki.

- Dziki błagam, ja naprawdę nie mogę! – krzyknął, chłopak szykując się do potężnego pchnięcia.

- Powstrzymaj się albo strzelę! – odparł mu kompan..

- DZIKI BŁAGAM! – zawołał ponownie, pocierając ziemię nogą jak byk przed atakiem.

Kolejne wydarzenia stały się w przeciągu sekundy. Nóż wybiegł do przodu, a Dziki uskoczył na bok strzelając nad ramieniem kompana. Kula przecięła powietrze lądując w brzuchu niespodziewającego się tego Linarta.

Przywódca Szpitala odleciał do tyłu jak balon z którego uchodziło powietrze. Uderzając o ścianę swoje biura zsunął się na ziemię.

W tym momencie Nóż odzyskał kontrolę nad ciałem. Obracając się z szablą próbował, ruszyć teraz w stronę Linarta, ale gdy tylko dał krok w jego stronę zleciała na niego jedna z szafek. Dziki zrobił to samo, mijając po drodze pikującą w jego stronę witrynę. Szybkim ruchem złapał za maskę dowódcy szpitala i ściągnął mu ją z twarzy.

Niewładne ciało wciągnęło oddech, wciąż unoszącego się w powietrzu Osowca i już po chwili zaczęło drgać w konwulsjach. Dziki nie czekając zbliżył się i wystrzelił mężczyźnie w głowę.

- Cholera jasna… Uratowałeś nas…- wysapał Nóż.

- Nie ja... Tylko jego głupota – odparł Dziki. – Gdy chcesz kogoś zabić nie bawisz się z nim, po prostu go zabijasz.

- Prawdziwe – Odparł Nóż zerkając na martwego Banana. – Poważnie mógł to powstrzymać?

- Mi się udało…- odparł Dziki.

- Najwidoczniej nam obu brakowało siły woli – westchnął Nóż, układając równo ciało dawnego kompana.

***

Wywołany przez radiowęzeł komunikat o śmierci Linarta, przyniósł zgodnie z oczekiwaniami kapitulacje linii obronnych. O ile zdobycie samego budynku Szpitala kosztowało życie tylko jednego członka Armii, o tyle sytuacja pod budynkiem nie przedstawiała się już tak dobrze. Wspierani przez Zwiadowców, strażnicy wykorzystali wszystkie możliwe sposoby, by odeprzeć atak żołnierzy Daniela.

Okolice okopów zamieniły się w pogorzeliska, pokryte małymi lejami po wybuchach. Fasady pobliskich budynków przeszyte były dziesiątkami dziur, a domostwa znajdujące się najbliżej linii starcia zawalały się przez uszkodzenia. Nie ten widok wzbudzał jednak największą grozę. Wzdłuż chodników ułożone były w rzędzie ciała zabitych. Ze względu na brak czasu i fakt, że spora część była w naprawdę fatalnym stanie, przynależność określano wyłącznie po czerwonej opasce na ramieniu.

Swoją małą żałobę przeżywała również Pięść Daniela. Banan, którego ciało Dziki i Nóż, wyciągnęli z budyni niedługo po kapitulacji, został pośpiesznie pochowany w jednym z ogrodów. Jego śmierć wstrząsnęła Elzą do tego stopnia, że przez dwie godziny od zakończenia walk nie powiedziała właściwie nawet słowa. Nie tylko ona była jednak w tragicznym nastroju.

Po tym krwawym starciu, w niewielu członkach Armii pozostała jeszcze choćby odrobina zapału. Tylko Stalowi i Bracia zdawali się trzymać jako tako. Obrońcy, którzy praktycznie nigdy nie doświadczali strat w swoich szeregach oraz banderowcy i weterani, którzy przyłączyli się do Daniela jeszcze przed atakiem, wyglądali na całkowicie załamanych.

Dziki wiedział, że nie będą mieli czasu na rozpaczanie po zmarłych, bo atak na Magistrat nie mógł czekać. Tym bardziej zdziwił go fakt, że Daniel nie omieszkał tuż przed wymarszem jeszcze raz zwrócić się do swoich towarzyszy. Stając na przyczepie Dzika-1, zaczął od słów, które wszystkich wprawiły w osłupienie. - W ŚMIERCI NIE MA CHWAŁY!!!

Słysząc to, zgromadzeni spojrzeli po sobie, jakby się przesłyszeli. Wódz mimo ich zdziwionych min kontynuował. - Martwym nic po zwycięstwie, a bohaterom nie leży się lżej pod wieńcami z czerwonych kwiatów. Gdy zaatakowało Zarzecze, wszyscy spodziewali się, że ktoś dysponujący najpotężniejszą Armią w Krańcowie, w ciągu tygodnia odeprze wroga, przekroczy rzekę i sięgnie po zwycięstwo… A ja zwlekałem… zwlekałem tak długo, aż wielu zaczęło wątpić w moją siłę. Niektórzy, nawet ci mi najbliżsi zaczęli zastanawiać czy przypadkiem nie zacząłem się bać. Ja jednak się nie bałem, a myślałem... Myślałem przez cały czas, jak zrobić tak by wszyscy idący ze mną mogli świętować zwycięstwo inaczej niż pośmiertnymi honorami. Nie wierzę bowiem, że jakiekolwiek słowa przynoszą ukojenie w obliczu śmierci. Nie wierzę, że łzy opłakujących bliskich można otrzeć… Dlatego po tym, co się stało, podjąłem decyzję. W obliczu wszystkich poległych daję wam słowo, że nie uznam za tchórza nikogo, kto teraz zrezygnuje. Możecie wracać do Strefy Głodu i tam czekać na wieści o moim zwycięstwie…

W tym momencie okolice ogarnęła wrzawa. Zszokowani członkowie Armii rozmawiali ze sobą, ale nikt nie ośmielił się ruszyć. Dopiero po dłuższej chwili Cichy zbliżył się do Daniela. - Bracie, byłem z tobą od początku i zostanę do końca!… ale jeśli moi ludzie mają dość, nie będę ich zatrzymywał…- powiedział przepełnionym emocjami głosem.

Jeden ze Stalowych zbliżył się natychmiast do wodza. – Stalowi idą tam, gdzie ich dowódca! – wykrzyczał, a jego kompani stanęli za nim szeregiem.

Oddział Braci stanął obok wodza, jakby ich obecność w dalszej walce była oczywista i niekwestionowalna.

Elza spojrzała na to odwracając się po chwili do swoich ludzi. – Wracajcie do domu…

- Co? – zawołał natychmiast Nóż. – Dlaczego?

- Zrobiliście swoje, jeżeli Daniel daje wam możliwość zrezygnowania ze służby, IDŹCIE! Nie mogłam być w szpitalu z wami… Do magistratu pójdę za was! – zawołał dziewczyna, ocierając łzy z podpuchniętych oczu.

- Chyba oszalałaś jeśli myślisz, że cię teraz zostawimy! – zawołał natychmiast Nóż.

- Ja też idę dalej… - westchnął Dziki, który zamierzał doprowadzić te sprawę do końca.

Traker spojrzał nie pewnie na zadeklarowaną trójkę i podszedł szepcząc. – Powinniśmy trzymać się razem…

- Ja chyba nie pójdę…- wyszeptał Anioł, a członkowie oddziału popatrzyli na niego bez cienia wyrzutu. Mimo to chłopak spróbował się wytłumaczyć. – Do niczego się wam nie przydam… W momencie próby potrafiłem tylko się załamać… Obrzygałem maskę, prawie się przy tym zabiłem i naraziłem cały oddział… przepraszam Elza.

Dziewczyna poklepała chłopaka po plecach. – Nie wszyscy są stworzeni do zabijania, nie każdy zniesie widok śmierci – stwierdziła wyrozumiale.

- Więc zostaje nas piątka, jak w prawdziwej pięści – stwierdził Pokemon, deklarując jednocześnie, że idzie z nimi dalej.

Elza uśmiechnęła się niepewnie zerkając na nich. – Jesteście wspaniali chłopaki. Wygramy te wojnę… Dla nas! Dla Strefy Głodu! Dla wszystkich poległych i dla Banana! DANIEL ŻYJE!!! – wykrzyknęła dziewczyna w stronę wodza.

Jej towarzysze zawtórowali okrzykiem. Nawet Dziki który nie przywiązywał do służby w armii szczególnie wiele, dał się ponieść temu uniesieniu krzycząc z pozostałymi. – ŻYJE!!!

Więcej tak pełnych przekonania deklaracji jednak nie było. Część obrońców i weteranów pozostała na miejscu by zająć się rannymi i pilnować przejętego szpitala. Spora gruba wróciła z powrotem do Centrum. W stronę Magistratu zaś, wyruszył zaledwie cień pozostały po Armii jaka kroczyła wcześniej w stronę Przychodni.

Dziki razem z oddziałem zajęli miejsce w Dziku-1, jadąc na czele kolumny. Elza myślała, że Daniel będzie podróżował razem z nimi, ale wódz wolał maszerować z większością swojego wojska.

Gdy zdążyli już ochłonąć, Dzikiemu przeszło przez głowę, że nie mieli żadnego znaku od pozostałych grup z Centrum. Zastanawiał się czy walki jeszcze trwają? A może miasta Zarzecza zdołały się jednak obronić? Jeżeli stawiały chociaż połowę takiego oporu jak Przychodnia, to ani Defekt ani Sojusz bloków nie mieli łatwego zadania.

Zastanawiał się czy Zjawie i Szarej udało się przetrwać? Co działo się teraz z Pierwszym i Krzakiem? Czy Dix poprowadziła swoją grupę do zwycięstwa? I wtedy, w trakcie tych rozważań doszła do niego zaskakująca rzecz. Gdy jakiś czas temu wrócił razem z Oli z Zarzecza, był tak zniszczony i wypalony, że dopiero teraz przypomniał sobie, jak wiele w tym świecie jest jeszcze osób których los nie był mu obojętny… Myśląc teraz o tym jak postąpił wobec Mike’a, jak zostawił za sobą dziewczyny z autobusu, jak nawet nie pomyślał by pomóc Wilkowi, poczuł ogromne rozczarowanie swoją osobą. - Tym właśnie chciałeś się stać? – spytał sam siebie w środku. – Zjawa miała racje, jestem pieprzonym egoistą…




196 wyświetlenia13 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie