Krańcowo III - Rozdział IX - Domykając życie

Droga do Zwrotnicy minęła Dzikiemu i Mike’owi praktycznie bez przeszkód. Noc Latarni oraz poprzedzająca je inwazja z Zarzecza sprawiły, że miasto praktycznie wyludniało. Pierwsze żywe osoby ujrzeli dopiero w okolicy Wspólnoty. Jej mieszkańcy byli jednak tak zajęci, sprzątaniem pogorzeliska, jakie pod murami zrobili niewykształceni, że nie zwrócili na nich najmniejszej uwagi. Przez ukrytą kładkę w pobliżu dawnej nastawni, przedostali się niezauważeni na Zatorze, a później boczną ulicą biegnącą wzdłuż torów dotarli wprost do bazy.

Mieszkańcy Zwrotnicy powitali ich z niewyobrażalną ulgą. Wyglądało na to, że jedyne co dręczyło ich w Noc Latarni, to rozmyślanie o tym, gdzie przepadli ich kompani. Dziki nie był tym szczególnie zdziwiony. Tory stanowiły naturalną barierę, którą mogli pokonać tylko nieliczni specjaliści. Ci zaś nie mieli żadnego powodu, by podążać akurat w kierunku ich kryjówki.

Weronika, która zalana łzami dopadła się do swojego ukochanego, nie chciała go wypuścić przez większość dnia. Tak więc ich pierwszy posiłek od dobrej doby, Mike musiał zjeść z dziewczyną na kolanach. Dziki zastanawiał się, czy powinien zajrzeć do Oli, ale Romcio napomniał mu, że nie chcąc pogarszać jej stanu, nic jej nie powiedzieli o ich nocnej nieobecności. Mając więc na uwadze, że dziewczyna była nieświadoma zagrożenia, z jakim się spotkali, postanowił dać sobie spokój. Gdy w końcu nasycili żołądki, musieli jeszcze odbębnić obowiązkową opowieść o tym, co zatrzymało ich na mieście.

Wsłuchawszy się w historię opowiadaną ustami Mike’a, kompani ze Zwrotnicy okrzyknęli jednogłośnie ‘’skurwysyństwo” Klucza, oraz pomstowali, że do tej pory nikt nie zrobił z Persem porządku. Obecność Hieny w całej historii Mike celowo pominął, a Dziki wiedział, że nie chciał w ten sposób chronić jego osobę. Gdyby wyszło na jaw, że nowy członek ich grupy, ma na pieńku z kimś tak potężnym, mogłoby dojść do niemałych zgrzytów.

Dziki nie wtrącał się w całą opowieść i nie korygował swojego przyjaciela, bo w głowie miał już ułożony plan. Nie miał zamiaru narażać życia ludzi w Zwrotnicy swoją osobą, nawet minuty dłużej niż będzie to konieczne. Postanowił, że już tej nocy opuści to miejsce raz na zawsze. Oczywiście starał się ze wszystkich sił nie dać nic po sobie poznać. Wiedział, że gdyby jego zamiary wyszły na jaw, musiałby wysłuchać obowiązkowych przekonywań Mike’a, że przecież to nierozsądne, głupie i niepotrzebne. Tym razem nauczony doświadczeniem z autobusu, nie miał zamiaru dopuścić do takiej sytuacji.

By nie wzbudzać żadnych podejrzeń, do południa odpoczywał, a tuż przed wieczorem udał się jeszcze na mały szaber po okolicznych domach. Oczywiście Mike próbował go zatrzymać, mówiąc, że należy im się chwila wytchnienia. Dziki wiedział jednak, że gdyby tym razem uległ tym prośbom, jego przyjaciel z miejsca wyczułby, że coś jest nie tak. Przekonał go jednak, że będzie zwiedzał tylko najbliższe budynki, bo nie może usiedzieć w miejscu. W trakcie wypadu nie znalazł zbyt wiele, ale dzięki swojemu wypadowi mógł bez podejrzeń zajrzeć potem do spiżarni, by rzekomo zostawić tam zapasy. Dało mu to okazję, do przygotowania sobie małego plecaka na drogę, by przynajmniej przez pierwsze dni swojej samotnej podróży nie przymierać głodem. Gdy nastał wieczór, Dziki ułożył się w pokoju, który dzielił zazwyczaj z Pietrasem i Mike’m. Ten drugi znacznie częściej sypiał ostatnio z Weroniką w dawnym pokoju gościnnym, więc tylko o tego pierwszego musiał się martwić. Na całe szczęście Pietras, który jeszcze we Wspólnocie zyskał nieoficjalną ksywę ‘’smerf śpioszek” miał sen tak twardy, że Dziki wątpił, by ten był w stanie go nakryć. Na wszelki wypadek, nie nastawiał jednak budzika, wybierając znacznie mniej przyjemną, ale cichszą metodę na wybudzenie. Przed snem wypił po prostu całą butelkę wody, tak by pełny pęcherz zmusił go do nocnej pobudki. Ten rodzaj budzika nie był zbyt precyzyjny, gdy jednak w środku nocy przebudził go zew natury, nie kładł się więcej.

Wyślizgując się z łóżka, przeszedł obok pogrążonego w głębokim śnie Pietrasa. Kompan chrapał tak głośno, że nawet gdyby Dziki ustawił zwykły budzik, zostałby on zagłuszony przez to niewyobrażalne charczenie. Wychodząc w ciemności na korytarz, dopiero przy schodach zdecydował się zapalić latarkę. Idąc powoli krok za krokiem, starał się nie wydać żadnego dźwięku. Gdy udało mu się przekraść na dół, skręcił natychmiast w stronę spiżarni, ale nim zdążył otworzyć jej drzwi, czekała go niespodzianka. Snop ostrego białego światła wystrzelił mu prosto w twarz, oślepiając na chwilę.

- Wiedziałem, po prostu wiedziałem… - zawołał, siedzący w fotelu Mike, który celował w twarz Dzikiego latarką.

Ten postanowił zgrywać głupiego i odparł niemal natychmiast. – Mike? Dlaczego nie śpisz?

- A co ja powiedziałem wcześniej? Po prostu po wczoraj wiedziałem, że będziesz próbował się wymknąć. – odparł weteran, wzdychając ciężko.

Dziki zachował kamienną twarz i odparł głosem pełnym przekonania. – Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Idę się tylko odlać…

Choć słowa te nie do końca mijały się z prawdą, bo chłopak miał wrażenie, że zaraz eksploduje. Mike nie dał się zbić z tropu. – Dziki, znamy się od czasów szkoły. Poznałem cię lepiej niż własną matkę… Zawsze, kiedy ucinasz dyskusję, tym swoim ‘’Muszę to przemyśleć” ja już po prostu wiem, że coś sobie już w tej głowie uroiłeś i nie chcesz dalej negocjować. A potem zajrzałem w nocy do spiżarni i znalazłem to… - weteran wyciągnął w tym momencie plecak z zapasami, które przygotował sobie Dziki na drogę.

Widząc, że nie ma sensu dłużej kłamać, Dziki stanął obok drzwi. Teraz już wiedział, że rozmowa go nie minie, ale nie miał zamiaru, przeprowadzać jej myśląc wyłącznie o pęcherzu. – Mogę, chociaż wyskoczyć na chwilę? Naprawdę zaraz pęknę... Obiecuję, że nie ucieknę bez kurtki i jedzenia.

- Masz trzydzieści sekund. Potem zaczynam cię gonić. - odparł pół żartem Mike, rozciągając się w fotelu.

Po załatwieniu pewnych spraw Dziki miał umysł znacznie spokojniejszy. Utwierdził się jednocześnie w przekonaniu, że nie ważne co usłyszy od Mike, nic nie zatrzyma go w Zwrotnicy. Wracając z dworu, usiadł na fotelu twarzą w twarz ze swoim przyjacielem.

- Więc chciałeś tak po prostu się wymknąć. Czemu?- spytał z wyrzutem Mike.

- Bo wiedziałem, że będziesz próbował mnie zatrzymać. To oczywiste. – odparł Dziki, kręcąc na przyjaciela głową.

- Dziwisz mi się? – wtrącił Mike.- Chłopie trzymamy się razem, bez względu na to, czy to jest Stary, czy Nowy Świat…

- Nie Mike, nie. Wszystko się zmieniło. Zbudowałeś w Zwrotnicy swój mały dom, masz tu dziewczynę, dla której stałeś się wszystkim, kumpli ze Wspólnoty, z którymi w Starym Świecie spędziłeś więcej czasu niż ze mną. Dla wszystkiego co tutaj stworzyłeś JA, jestem chodzącym zagrożeniem… - tłumaczył Dziki, ale Mike wciąż wyglądał na nieprzekonanego.

- Stary, znowu demonizujesz. – odparł natychmiast. – Myślisz, że ja nie mam wrogów? Myślisz, że reszta chłopaków nikomu nie podpadła? – argumentował.

- Tak, wszyscy mamy. Tylko, że ja mam talent do narażania się ludziom, którzy potrafią zrobić krzywdę. – skontrował natychmiast Dziki, a Mike popatrzył się w tym momencie w podłogę.

- Dziki…zapomniałeś chyba o tym, że Modrzew to przede wszystkim moja wina. JA zaproponowałem żebyśmy go sprzedali. JA zbagatelizowałem to jak uciekł od Siwego i naraziłem tym ciebie. Gdyby nie to, że miałem szczęście przebywać we Wspólnocie, poza jego zasięgiem, pewnie dawno byłbym już martwy… - stwierdził z goryczą.

Mike spojrzał w tym momencie w stronę kuchni, zerkając na stolik gdzie stały butelki z piwem.

- Nie krępuj się…- powiedział Dziki, bo doskonale wiedział, że jego przyjaciel ma zwyczaj topić smutki i żale w alkoholu.

Mężczyźnie nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Łapiąc za najbliższą butelkę, opróżnił ją do połowy nim wrócił z powrotem do fotela. Po cichym beknięciu, spojrzał smętnie w stronę Dzikiego. – Powiem ci tak szczerze, że ciągle wraca do mnie moment, gdy zaproponowałeś mi wspólne podróżowanie autobusem. Doszło do mnie teraz, że ja też powinienem tam być. Powinienem był razem z tobą narażać tam życie, to wszystko stało się przeze mnie…

- Przestań! – przerwał natychmiast Dziki, podnosząc głos nieco zbyt mocno. Obaj spojrzeli na górę, czy przypadkiem to nagłe zawołanie nikogo nie obudziło. Gdy jednak nie dotarły do nich żadne odgłosy świadczące o pobudce, kontynuował. – Dziękuje losowi każdego dnia, że nie zgodziłeś się jechać ze mną… Gdybym stracił ciebie, tak jak straciłem Korka… ja… ja. - Głos Dzikiego załamał się, poczuł jak gorycz przelewa się przez jego gardło, a łzy ciekną mu do oczu. Mike podniósł się natychmiast w jego stronę, chcąc chyba chwycić go za ramię, ale Dziki zatrzymał go gestem. – Już dobrze, dobrze… Posłuchaj i zapamiętaj raz na zawsze. To co się stało z autobusem, to tylko i wyłącznie moja wina. Dostałem masę ostrzeżeń, sygnałów, a nawet sam byłem świadom, że ich narażam. Gdzieś jednak w duchu liczyłem, że mi się uda… tak jak zawsze się udawało…Więc zostałem z nimi, a oni przez to cierpieli i umierali. Nie powtórzę tego błędu, nigdy więcej…

Mike wsłuchując się w jego słowa, oparł głowę o fotel i spojrzał w sufit. Po krótkim zastanowieniu powiedział coś, co zjeżyło Dzikiemu skórę na plecach. – Chowałem cię już trzy razy Dziki. Trzy razy w swoim życiu, stałem w tym świecie ze świadomością, że nigdy więcej nie zobaczę mojego przyjaciela. – słysząc to chłopak spuścił głowę, a Mike kontynuował. - Pierwszy raz był, zanim jeszcze pojawiłeś się w tym świecie. Myślałem, że zginąłeś gdzieś, nim zdążyłem cię odnaleźć i nigdy nawet nie będziemy mieli okazji ponownie się spotkać. Drugi był, wtedy gdy dotknął cię Delimer i uciekłeś ze Wspólnoty...Wiesz, że w tamtym momencie zbudowałem sobie nawet twój grób? Tylko po to, by móc czasem przyjść z tobą pogadać… Trzeci raz był, wtedy gdy wyruszyłeś razem z Pierwszym na Zarzecze… Ja naprawdę nie wierzyłem w to, że się jeszcze kiedyś zobaczymy… Co mogę powiedzieć? Kiedy wczoraj próbowałem przemówić ci do rozsądku, bałem się, że może będę musiał, żegnać cię po raz kolejny. Teraz jednak myślę, że chyba się po prostu do tego przyzwyczaiłem. Do tego, że już nie będzie jak dawniej… że nie będziemy gadać wieczorami w barze, albo grać w gry do piątej rano… Nie mam zamiaru cię zatrzymywać, jeśli naprawdę chcesz odejść, ale raz, ten jeden raz… Chciałem się z tobą pożegnać jak należy.

Mike wstał, rozciągając ręce do uścisku, Dziki poczuł łzy nabiegające mu do oczu. – Stary, jesteś ostatnią osobą na tym świecie, na której tak mi zależy. Jedyną, której moja obecność jeszcze nie skrzywdziła. Gdyby tobie albo Weronice cokolwiek stało się z mojego powodu, nie darowałbym sobie tego… nie przeżyłbym tego. Nie chcę już nikogo narażać, ale podpadłem zbyt wielu ludziom. Ciągle narażam się kolejnym… Moja obecność to..

- Skończ już z tym fatum. – przerwał mu Mike, wciskając go w swój tors. – Ja wciąż mam nadzieję, że nie żegnam się z tobą na zawsze. Może gdzieś tam w środku, dalej pali się we mnie jakaś durna iskra nadziei, że znowu się spotkamy i usiądziemy do piwka jak za dawnych czasów. Nie daj się zabić Dziki, dokończ swoje sprawy…Nie zapominaj o mnie...

- Mike, nigdy bym o tobie nie zapomniał. Może jeśli to wszystko przycichnie. Świat w końcu odwali się, ode mnie to może znowu się spotkamy… A na razie dbaj o siebie, opiekuj się Oli i dziewczynami. Kochaj Weronikę i bądźcie razem tak szczęśliwi, jak tylko się tutaj da...

Mężczyźni tulili się jeszcze przez chwilę, ale w końcu pożegnanie musiało dobiec końca. Dziki zabrał swój plecak i miał już wychodzić, ale Mike zatrzymał go, gdy stanął w drzwiach. – Poczekaj, mam dla ciebie mały pożegnalny prezent. – powiedział, wręczając Dzikiemu pistolet.

- Przestań, nie mogę zabrać ci broni. Zwłaszcza teraz gdy straciłeś akacza…- zaprotestował Dziki, odpychając od siebie podarunek.

- Zabierz go! – rozkazał Mike. - To pistolet, który podniosłem z podłogi przedszkola, chwilę przed tym, jak zabiłem Primo… To była jego własność. Może jestem przesądny, ale nie wierzę, że przyniósłby mi coś dobrego…

Dziki przyjrzał się policyjnemu glockowi, jego okładziny były wytarte, a zamek porysowany. – Trzymałeś go do tej pory i nigdy nie użyłeś? – spytał niepewnie.

- Tak. To była moja moralna kara, ale o dziwo pomyślałem o tym, żeby ci go dać, jeśli będziesz chciał odejść. To jeszcze raz, trzymaj się Dziki i do zobaczenia…- westchnął Mike.

- Do zobaczenia przyjacielu.- odparł chłopak.

***

Odchodząc ze Zwrotnicy, Dziki wiedział, że nie może tak od razu wyruszyć do Armii Daniela. Musiał wcześniej załatwić jeszcze jedną sprawę, w potrójnym wydaniu. Hiena, Klucz i Pers, zagrażali nie tylko jemu samemu, ale wiedzieli o jego powinowactwie z Mike’m. Gdy tylko dowiedzieliby się, że Dziki żyje, mogliby próbować zaszkodzić mu, krzywdząc jego przyjaciela. Co prawda Klucz, który praktycznie nie żył poza autobusem i Pers, który był właściwie kaleką, nie mogli równać się grupie z Zatorza. Od kiedy jednak do ich kółka dołączyć Hiena, sprawa zrobiła się znacznie poważniejsza. Mike i jego towarzysze jak dobrze nie byliby uzbrojeni i zgrani, mieliby nikłe szanse z oszalałym weteranem, który miotał błędami na prawo i lewo. Póki więc wrogowie Dzikiego żyli, ani jego przyjaciel ani Zwrotnica nie byli bezpieczni.

Dziki wiedział, że jedyne co może w tej sytuacji zrobić to pozbyć się ich raz na zawsze. Na szczęście ostatnia przygoda, dała mu coś, co znacznie ułatwiało potencjalną walkę nawet z Hieną. Wizja chochoła zagnieździła się w jego głowie i za każdym razem gdy ją sobie przypomniał, jego wola rozbrzmiewała. Chociaż wydarzenie nie było prawdziwe, a oszalały weteran nigdy nie cofnął się by poderżnąć jego przyjacielowi żyły, to fałszywe wspomnienie działało na niego jak płachta na byka. Wiedział, że jeśli przypomni sobie te sytuację, stając twarzą w twarz z Hieną, jego wola nie zawiedzie.

Oczywiście swoich wrogów, Dziki nie mógł po prostu wywołać przez radio by zaproponować pojedynek o wschodzie słońca. Musiał ich w jakiś sposób do siebie przywabić. Opracował więc plan, którego realizację postanowił zacząć od wizyty we Wspólnocie.

Już pierwszego poranka po opuszczeniu Zwrotnicy, udał się wprost do tamtejszego baru, gdzie jego obecność wywołała niemałe poruszenie. Opowieść o tym, jak razem ze Zjawą i Pierwszym udali się na Zarzecze, była tak powszechnie znana, że Dziki aż do wieczora opowiadał ''Historie z Zarzecza”, w zamian za drinki i jedzenie. Nocleg został mu za sponsorowany przez samych słuchaczy, którzy jego rozróbę w garażu uznali za przejaw prawdziwego bohaterstwa. W ten sposób pocztą pantoflową, dał już światu znać, że żyje. Miał tylko nadzieję, że wieści o tym, szybko dotrą do jego wrogów.

Następnego dnia gdy już dobrze wypoczął, ruszył w stronę miasta, by spotkać się z Siwym. Siwy. Po tym, jak Krzak został wyrzucony ze Wspólnoty, handlarz stracił swojego jedynego poplecznika i musiał przenieść faktorię do jej dawnej siedziby. Dziki zastanawiał się, jakim cudem udało mu się przedostać z zapasami i nie zostać zabitym albo obrabowanym. Tajemnica rozwiązała się, jednak gdy tylko dotarł na miejsce. Tuż przed drzwiami Bajkolandi, zobaczył dwóch ciężko uzbrojonych strażników, którzy bez wątpienia należeli do grupy zwanej Grobelnymi.

Mężczyźni zatrzymali go, zabrali broń i dopiero gdy upewnili się, że nie stwarza zagrożenia, wpuścili go do wnętrza placówki. Wchodząc do środka, Dzikiego zaskoczyło, jak bardzo zapasy największego z handlarzy uszczupliły się. Dawniej miejsce było jak magazyn, wypełnione po brzegi niezliczonymi pudłami i skrzyniami. Obecnie dużo bardziej przypominało duży sklep i to dość średnio wyposażony.

Siwy siedział w tym samym miejscu co zawsze, ale nie było już śladu po jego piedestale. Handlarz siedział przy zwykłym biurku, wypełniając jakieś dokumenty. Gdy jednak usłyszał, że nie jest sam, natychmiast podniósł głowę. – Dzikusek! – zawołał, swoim obrzydliwie przesłodzonym głosem.

- Hej Siwy. - odparł chłopak, siadając na wolnym krześle przy biurku.

Wyglądało na to, że obecny stan interesów odbił się nie tylko na wyglądzie budynku, ale również jej właściciela. Swój krzykliwy różowy garnitur, Siwy zamienił na zwykłą czarną koszulę z jedynym akcentem w postaci krawata w jednorożce. Jego włosy były czyste i umyte, ale już nieprzystrzyżone. Do tego pod dość mocnym makijażem widać było ukryte cienie.

- Co cię sprowadza do mojego upadku skarbie? - spytał handlarz głosem pełnym teatralnego żalu.

- Upadku? - dopytał Dziki. - Mnie się raczej wydaje, że to spory sukces. Udało ci się wrócić na stare śmieci, masz nowych strażników. Szczerze powiedziawszy, to miałem wątpliwości czy uda ci się w ogóle opuścić wspólnotę ze swoim majątkiem...

- Jesteś słodki, ale nawet nie wiesz, jak straszne kłamstewka rzucasz... - westchnął Siwy, który na razy zapominał nawet o swoim cukierkowym tonie. - Po odejściu Krzaczka, grunt mi się zapalił pod stópkami. Nie wiem czemu, ale wyszło na to, że większość mieszkańców Wspólnoty nie przepadała za mną i tolerowali mnie tylko ze względu na niego... - w tym momencie Dziki ledwo powstrzymał się, by nie wznieść znacząco oczu do góry, właściciel faktorii niczego jednak nie zauważył i kontynuował. - … gdy go zabrakło, a Zjawa odeszła, zrozumiałem, że muszę czmychać. Cichaczkiem dogadałem się z Marcinkiem Grobelnym, który zagwarantował mi bezpieczną podróż i osłonę, ale zdarł ze mnie za to ostatnią skórę...

- To znaczy? - spytał Dziki.

- Musiałem uzbroić jego żołnierzyków, zagwarantować im domek w mojej faktorii, a dodatkowo płacę mu za ochronę naprawdę dużo za dużo. - westchnął zrezygnowany Siwy. - Nie mówiąc już o tym, że interes idzie ostatnio naprawdę kiepsko...

Dziki popatrzył nieco zdziwiony, Siwy zawsze miał głowę do handlu. Zarządzał tą faktorią od lat, dlaczego teraz nagle wszystko się zepsuło. - Czemu? Co się stało? - spytał szczerze zainteresowany.

- Handel w Faktorii na mieście opierał się na wolnych weteranach Dzikusku, a tych niezadeklarowanych jest już naprawdę coraz mniej. - wyjaśnił Siwy. - Przez te inwazje z Zarzecza, każdy stara się znaleźć miejsce w większej grupie, a samotnicy uciekają jak najdalej od rzeki, by nie mieszać się w konflikt.

Dziki zamyślił się. Wojna z Zarzeczem zaczynała mieć wpływ na wszystkich, nawet jeśli nie brali bezpośredniego udziału w walce. Ich świat się zmieniał, a karty tak mocno ściskane od lat, były rozdawane od nowa.

- A co cię właściwie do mnie sprowadza skarbie? Chcesz coś kupić? Sprzedać? Wymienić? - spytał w końcu Siwy, wyciągając Dzikiego z jego głowy.

- Właściwie, to szukam pracy. - stwierdził Dziki, zerkając znacząco na właściciela faktorii.

Ten słysząc to, skrzywił się nieco. - Dzikusku, w innych okolicznościach to zawsze i wszędzie, ale nie wiem, czy w obecnej sytuacji mogę sobie pozwolić na zatrudnienie dodatkowego personelu. Nawet z usług Maniusia musiałem zrezygnować...

Dziki widząc w jakim stanie jest faktoria, spodziewał się podobnej odpowiedzi. Nie mniej zatrudnienie się u Siwego, było jednym z punktów jego planu. Chociaż faktoria nie mieściła się już we Wspólnocie, to ‘’towar” nie miał wrogów. Siwy wciąż utrzymywał kontakty handlowe, z wieloma ludźmi za murem. Zatrudniając się jako jeden z jego ludzi, mógłby regularnie odwiedzać Wspólnotę, nie martwiąc się o to, czy starczy mu biletów na wejście. Biorąc to pod uwagę, postanowił dać Siwemu propozycję której nie mógł odrzucić. - Nie oczekuję wiele! Tylko noclegu i wyżywienia, a mogę w zamian być szabrownikiem. Co na mnie zarobisz, to twoje. Mam po prostu swoje powody, by przez jakiś czas kręcić się między miastem a Wspólnotą i to jedyny dodatkowy warunek. Chcę brać udział w każdej wymianie jaka będzie tam miała miejsce.

Słysząc te propozycje, Siwy zamyślił się. Jego niebieskie oczy błądziły od kąta do kąta, najwidoczniej analizując wszystkie za i przeciw. - Może tego właśnie potrzebuję? Żeby w końcu ruszyć trochę ten nędzny handelek. Dobrze Dzikusku, przyjmuję cię w moje szeregi. Mam dawno już wyczekującą listę ze specjalnymi zamówieniami od kilku znajomych we Wspólnocie i nikogo kto by się tym zajął, masz więc nawet swoje pierwsze zadanie!

Dziki słysząc to, nie zwykle się ucieszył. Teraz miał zapewnione nie tylko miejsce na nocleg, ale powód, dzięki któremu będzie mógł regularnie odwiedzać Wspólnotę. Wiedział, że informacja o jego regularnych wizytach handlowych, w którymś momencie na pewno dotrze do Hieny i jego nowych kompanów. Musiał więc tylko cierpliwie czekać.

Kolejne dni Dziki spędzał więc jako szabrownik Siwego. Przetrzepując samotnie prywatne mieszkania, domy i sklepy, wyszukiwał rzeczy z listy, którą przekazał mu jego nowy szef. W większości znajdowały się tam przedmioty codziennego użytku stanowiące przedmioty drugiej potrzeby jak pasta do zębów, maszynki do golenia, czy waciki higieniczne. Bywały też zamówienia na bardziej specjalistyczny sprzęt jak nowy stetoskop albo duża lutownica. Te były zresztą najlepiej płatne. Czasami trafiały się jednak zamówienia tak dziwne, że Dziki uważał je za prawdziwe kurioza, na przykład ostry sos z papryki habanero, albo seksowna bielizna w czerwonym kolorze z rozmiarem miski B. Często szukając podobnych rzeczy, zastanawiał się, kogo było stać, żeby płacić ciężkie pieniądze za takie głupoty.

W międzyczasie wojna z Zarzeczem wciąż trwała, ale wyglądało na to, że nikt z tamtej strony nie myślał jeszcze o inwazji na pełną skalę. Po zajęciu przyczółku po ich stronie, najeźdźcy ograniczyli się jedynie do bronienia swoich pozycji i nieregularnej wymiany ognia z ochotnikami Armii Daniela. Ci zresztą też nie kwapili się do przeganiania wrogów wszystkimi siłami. Wedle opinii radiowych plotkarzy, których Dziki słuchał ostatnio wyjątkowo często, na razie obie strony badały jeszcze swoje siły. Brak wojskowego wyszkolenia, prawdziwych umiejętności taktycznych i tym podobnych cech u obu stron, mógł sprawić, że jednak pomyłka zmieniłaby się w pogrom.

Dzikiemu bardzo to odpowiadało, chciał bowiem włączyć się do walki jeszcze przed jej kulminacją. Jego plany pokrzyżowało jednak pewne wydarzenie, które miało miejsce dwa tygodnie po jego przyłączeniu się do Siwego.

Przebywał akurat we Wspólnocie, dostarczając jedno z tych ‘’specjalnych’’ zamówień, od którego słowo ‘’dekadencja’’ przybierało w jego głowie zupełnie nowy obraz. Stając przed bramą z plecakiem pełnym Cjalisu, Viagry i lubrykantów, czuł prawdziwe zażenowanie, gdy musiał pokazać jego zawartość w czasie kontroli.

- Poważnie? – spytał Łysy, jajkogłowy strażnik który przejął po Mike’u jedno z najlepszych zajęć we Wspólnocie.

- Specjalne zamówienie…- odparł Dziki, wręczając mężczyźnie papier z pieczątką Siwego.

- Zastanawiasz się czasem, czy niektórzy sobie po prostu z nas nie kpią? Proszków przeciwbólowych nie można dostać u Sępa już od dwóch tygodni, a ty z apteki przynosisz ‘’świństewka” – stwierdził strażnik, zamykając plecak z obrzydzeniem.

Dziki sięgnął do kieszeni, wyciągając pół opakowania aspiryny. – Problem w tym, że w aptekach jest już w większości tylko to. Trzymaj.- dodał, podając mężczyźnie opakowanie.

- Dzięki! Nawet nie wiesz jak mnie ostatnio łeb napierdala. Słuchaj jak chciałbyś trochę odpocząć we Wspólnocie, to nie uwzględnię cię w ogóle w papierach.- wyszeptał strażnik.

- Dzięki Łysy, ale muszę wracać do roboty. – odparł Dziki, przechodząc przez bramę.

Klient który zamawiał to dziwactwo, był jednym z członków Konglomeratu. Konkretnie głównym elektrykiem Wspólnoty. Jego mieszkanie znajdowało się przy głównym murze, w ładnym parterowym domku. Dziki stając przed wejście zapukał w drzwi, a już po chwili otworzyła mu, pół naga kobieta w prześwitującej podomce.

- Tak? –spytała delikatnym głosem.

- Jestem od Siwego.- odparł Dziki, wlepiając wzrok w ziemię.

- Och, proszę wejść. Zaraz zawołam skarbusia, chyba majsterkuje coś w warsztacie… - kobieta zaprowadziła Dzikiego do kuchni, gdzie jakaś inna dziewczyna w podobnie skąpym stroju, zajmowała się gotowaniem obiadu. - Kto to Doris? – spytała kucharka, widząc Dzikiego.

- Zdaję się, że handlarz. Idę po Borysia...

Dziki usiadł przy stole, spoglądając w podłogę, a po chwili przyszedł sam pan domu. Mężczyzna ubrany we flanelową koszule, spojrzał na gościa. – No nareszcie, już nie mogłem się doczekać.- widząc jednak minę Dzikiego, przerwał i spytał nie pewnym tonem. – Zaglądał pan do środka?

- Ja to dla pana szabrowałem, więc wiem co to jest…Nie mówiąc już o tym, że musiałem pokazać zawartość strażnikowi przy bramie - westchnął Dziki.

- Ojej, heh głupia sprawa… pewnie ma mnie pan za jakiegoś zboczeńca…- stwierdził zawstydzony gospodarz.

- Na pana szczęście, ja tylko dostarczam, nie oceniam. – stwierdził sucho Dziki.

Najwidoczniej, jego rozmówca musiał mieć jakieś mocny kompleks, bo zaczął zupełnie niepotrzebnie się tłumaczyć. – Ale tu naprawdę nie chodzi o to, co pan myśli… ja prowadzę eksperyment.

- W jakim czasie dwie kobiety, zajeżdżą jednego mężczyznę? – spytał ironicznie Dziki.

- Nie proszę pana, ja próbuję doprowadzić do Pierwszego poczęcia w Nowym Świecie! – zawołał dumnie ''skarbuś''

Dziki popatrzył na mężczyznę zdziwiony, a ten kontynuował. – Nie wiem jak długo jest pan w tym świecie, ale zapewne nie zauważył pan tutaj żadnej kobiety w ciąży, żadnego dziecka. Pewnie myśli pan, że w tych warunkach nikt nie chce ich po prostu robić, ale to nie to… Jestem w stałym kontakcie z doktorem Zoidbergem, mam trzy żony w pełni zdrowe z których każda miesiączkuje normalnie. Moje nasienie było badane i jest pełne plemników, a jednak jak bardzo byśmy się nie starali, nie udało nam się do tej pory począć dziecka.

- To chyba dobrze…- przerwał Dziki. – Ja na przykład, uważam sprowadzanie do tego koszmaru, nowych ludzi jest skrajnie nieodpowiedzialne…

- Więc jak według pana ma wyglądać przyszłość? – spytał oburzony mężczyzna.- Przecież gdyby wszyscy myśleli jak pan, cała ludzkość by wymarła…

- Nie wymrze... przynajmniej nie tak szybko. Bo my się nie starzejemy…- odparł Dziki.

Borys spojrzał w tym momencie zaintrygowany. Najwidoczniej nie spodziewał się, że byle dostawca będzie miał jakiekolwiek głębsze pojęcie o otaczającej ich rzeczywistości. - Słyszałem o tej teorii, nie mniej...

- To nie teoria. - przerwał natychmiast Dziki. - Tylko potwierdzony fakt. Byłem na Zarzeczu i widziałem człowieka, który w momencie Błysku, miał praktycznie siedemdziesiąt lat. Przeżył tam na pewno więcej niż pięć kolejnych, a jego stan wcale się nie zmienił. To zresztą nie jedyny przypadek...

- Byłeś na Zarzeczu?! - przerwał natychmiast Borys, zapominając nawet o grzecznościowej formie. - Ty musisz być Dziki! Cholera jasna, nawet nie wiesz jak żałowałem, że o twojej wizycie w barze dowiedziałem się po czasie. Teraz musisz mi wszystko opowiedzieć! - zawołał mężczyzna, opierając ręce na stole.

Dziki podniósł zirytowany oczy do góry. Czemu po prostu nie siedział cicho. Siedzący przed nim facet wyglądał na napaleńca gotowego zatrzymać go choćby siłą. Na szczęście nim zdążył powiedzieć cokolwiek przyszło wybawienie.

Jakiś strażnik wpadł do domu praktycznie bez pytania. - BORYS! Mamy dziwną sytuację pod bramą, potrzebny jest ktoś z konglomeratu!

- A... ok, już idę. - powiedział mężczyzna, zapominając o Dzikim.

Ten wykorzystał moment i wymknął się z mieszkania, tuż za gospodarzem. Trzymając dystans między swoim niedoszłym ''dręczycielem”, śledził go aż do murów gdzie zauważył skupisko ludzi ściśnięte pod bramą. Przebijając się łokciami przez zgromadzony tłum, dostrzegł jakiegoś mężczyznę z myśliwską strzelbą i czerwoną opaską na ramieniu.

- … nie chcemy tutaj takich jak ty! Wynoś się do Daniela! – zawołał jakiś weteran, wychodząc naprzeciw przybyłego mężczyzny.

- Po chuj go w ogóle wpuszczałeś? Jebanego zdrajcę! - krzyknął jeden z mieszkańców Wspólnoty.

- WYSŁUCHAJCIE GO TO ZROZUMIECIE! – zawołał Łysy, stając tuż nad przybyszem.

Mieszkańcy wyglądali na zmieszanych, a stojący na przodzie weteran, popatrzył z pogardą na zapewne byłego towarzysz. – A co taka szumowina może mieć ciekawego do powiedzenia!

Mężczyzna z czerwoną opaską otrzepał się i poprawił ubranie. Najwidoczniej chwilę wcześniej musiał on brać udział w jakiejś szarpaninie, rozglądając się po zgromadzonych, wykrzyczał w końcu. – DRUGI MOST ZOSTAŁ ODBUDOWANY!

Wszyscy zgromadzeni popatrzyli zszokowani, niektórzy kręcili głową z niedowierzaniem.

- Zarzecze przeszło ogromnymi siłami od tamtej strony miasta i runęło na Strefę Głodu! – wykrzykiwał dalej przybysz. - Daniel się wybronił, ale ponieśli ogromne straty. Ocaleni są wykończeni albo ranni, sam Daniel ledwo się trzyma, bo przez całą bitwę stał na czele swoich ludzi. Gdybyśmy teraz zaatakowali, wolni Weterani, Wspólnota, Grobelni, Sojusz bloków... Pokonalibyśmy go bez problemu!

Mieszkańcy i wolni weterani stali jak zmrożeni. Niektórzy patrzyli na siebie niepewnie, w głowach innych zapewne zaczynała teraz świtać jakaś myśl. Po chwili tłum za wiwatował. - NA STREFĘ GŁODU! ŚMIERĆ DANIELOWI! H- MARKET DLA WSZYSTKICH!!!

- Zabierzcie go do budynku rady! To jest coś, co muszą rozważyć! - rozkazał Borys i w towarzystwie strażników odeskortował przybysza.

Gromada ludzi zaczęła się powoli rozchodzić, dyskutując zażarcie o tym co usłyszeli. Dziki natomiast, został na placu sam, ściskając nerwowo pięści. Więc się zaczęło – pomyślał. – Nim cokolwiek zdążyłem zrobić.

Wiedział, że może potrwać zanim trio jego wrogów przygotuje kolejną zasadzkę, nie sądził jednak, że będzie to trwało tak długo. Zirytowany postanowił nie zwlekać i ruszył w drogę do faktorii. Bezpieczne szlaki których nauczył się podróżując z Pierwszym podczas ucieczki przed Delimerem, wciąż doskonale mu służyły. Dzięki nim pokonywał miasto nie ryzykując przypadkowych spotkań z niewykształconymi. Wychodząc przez bramę Wspólnoty, ruszył osiedlem wzdłuż jej murów, prosto w kierunku wiaduktu. Następnie przechodząc pod nim, przemykał podwórzami niskich bloków pracowniczych, w których dawniej mieszkanie z przydziału otrzymywali pracownicy kolei. Następnie tyłem dawnej szkoły muzycznej chciał przedostać się w okolice świetlistej polany. Jednak zanim zdążył opuścić jej teren, poczuł, że jest obserwowany.

Zatrzymując się na chwilę, udał, że przygląda się z zainteresowaniem na dawny dom sztuki, podczas gdy tak naprawdę kątem oka obserwował okolicę. Nie zauważył, by ktoś przekradał się w jego stronę. Nie mniej dziwne ‘’przeczucie’’ nie opuszczało go. Nie wiedział, czy wynikało to z jego własnych błędów, czy może z faktu, że oszalały Hiena nie był w stanie kontrolować swojej woli, ale Dziki wyczuł po prostu jego obecność. Nie chcąc walczyć na otwartym terenie, ruszył w stronę ogromnych podwójnych drzwi szkoły i pchnął je do środka.

Wyłożony drewnem budynek, pachniał starością i grzybem. Na jego ścianach wisiały w szklanych anty ramach portrety znanych kompozytorów. Przechodząc w głąb korytarzem, minął szatnie i przeszedł na małą aulę koncertową, która również była częścią placówki. To na niej uczniowie i absolwenci dawali cykliczne koncerty i tutaj miasto organizowało różnego rodzaju niewielkie konkursy muzyczne. Wnętrze wyglądało naprawdę dobrze jak na standardy nowego świata. Czerwone pikowane fotele, zakurzona kurtyna i obita drewnem scena, wciąż robiły wrażenie. Jedynym śladem szabrowników, były instrumenty muzyczne porozrzucane bez ładu w różnych miejscach, oraz dziwna wystawka z manekinów usadowionych na pierwszym rzędzie siedzeń. Dziki minął to milczące zgrupowanie i stanął na scenie, obserwując w jednej linii wszystkie wejścia.

Już po chwili do pomieszczenia wkroczył Hiena, a za nim dość niepewnie wślizgnęli się Pers i Klucz. - Znalazłem cię Dziki! - wykrzyczał oszalały weteran.- Myślałeś, że się przede mną ukryjesz? ŻE MOJA ZEMSTA CIĘ NIE DOPADNIE?! – zawołał, a noże wykonały dookoła niego szaleńczy taniec, zmuszając jego kompanów do gwałtownego cofnięcia się.

- I tutaj się mylisz…- wtrącił ironicznie Dziki. – To ja chciałem, żebyście mnie znaleźli.

W tym momencie Hiena spojrzał na Dzikiego, jakby dopiero zauważył jego obecność. - Dlaczego po prostu nie odszedłeś z autobusu, tak jak cię o to prosiłem? To się nie musiało tak skończyć...- zawołał głosem spokojnym, choć przesiąkniętym wyrzutem. Po tym jednak zawtórował już opętańczo. - ZABIJE CIĘ! ZNISZCZĘ! ROZERWĘ NA STRZĘPY! WYSMARUJE TWOIMI WNĘTRZNOŚCIAMI SUFIT!

Dziki, który jeszcze jakiś czas temu zdębiałby, widząc wybuch Hieny, stał teraz zupełnie niewzruszony. Jedno wspomnienie tego nieprawdziwego momentu, w którym oszalały weteran podcinał Mike’owi przedramię, rozbudzało jego wolę do białości.

Czując najwidoczniej wybudzenie się woli Dzikiego, Hiena chwycił w rękę nóż. – Rozumiem, więc ściągnąłeś mnie tu, żeby walczyć…- westchnął swoim normalnym głosem, by po chwili ryknąć - TYLKO, ŻE TY NIE MASZ PRAWA WYGRAĆ!

- Skończ to pieprzenie Hiena! – zawołał Pers, wyciągając broń zdrową ręką.

Wtedy też, stało się dokładnie to, czego Dziki się spodziewał. Chociaż były weteran nacisnął spust, nic nie mogło powstrzymać jego żądzy mordu, nawet lecące kule. Pociski zrykoszetowały, mijając go. W tym samym momencie Hiena dokonał istnej eksplozji noży. Wszystkie ostrza, które miał wciśnięte w kabury, po prostu wyfrunęły. Tnąc powietrze jak wściekłe osy, rozleciały się w różnych kierunkach. Dziki zeskoczył błyskawicznie ze sceny, chowając się za fotelami. Klucz i Pers wybiegli za drzwi, by uniknąć przeszycia przez ten bezmyślny atak.

- NIE CHOWAJ SIĘ! CHCIAŁEŚ WALCZYĆ, WIĘC WALCZ! UMRZYJ, JAK PRZYSTAŁO NA MĘŻCZYZNĘ - zawołał w jego stronę Hiena.

- Oczywiście, że chciałem walczyć! – krzyknął Dziki. – Co nie znaczy, że mam zamiar przegrać, albo grać na twoich zasadach.

Słysząc jego odpowiedź, oszalały weteran wydarł z siebie wściekły ryk. Noże które powbijane były w różne miejsca auli, zadrgały i już po chwili wyrywając się ze ściań, wróciły do swojego właściciela. Dziki wyczuł, że szykuje się kolejne uderzenie. Odskakując odruchowo na bok, usłyszał jak w fotel za którym się chował, uderza istna fala. Lecące z niesamowitą prędkością ostrza roztrzaskały oparcie na drzazgi i wbiły się z impetem w podłogę.

- To wszystko na co cię stać? – zawołał Dziki. - TY BEZCZELNY SKURWYSYNU! TYLU NIEWINNYCH LUDZI CIERPIAŁO PRZEZ CIEBIE I UMIERAŁO, DLACZEGO PO PROSTU NIE DASZ SIĘ ZABIĆ! - wykrzyczał wściekle Hiena, by po chwili dodać już spokojnie. - Myślałem, że jesteś innym człowiekiem…

Dziki wsłuchując się w słowa mężczyzny, w ostatniej chwili zauważył, że gromada noży zawisła bezszelestnie kilka metrów nad nim. Gdy tylko na nie spojrzał te runęły, jak deszcz, w ostatniej chwili zdołał przeturlać się na bok, unikając trafienia.

Złość zapulsowała w Dzikim, dając mu okazję do ataku. Przebiegając między siedzeniami, wyprostował się w pewnym momencie, mierząc do Hieny z Glocka. Broń wystrzeliła, a pocisk wypadł z komory, wzmocniony niewyobrażalną siłą błędu. Dziki był przekonany, że Hiena nie zdoła zagiąć toru jego lotu. Zdziczały weteran skontrował go jednak nożem, który wystrzeliwując z niezwykłą prędkością odbił kulę na bok. Po tym nieudanym ataku, Dziki ponownie musiał paść na podłogę, bo fala noży ''skosiła” wszystkie siedzenia na wysokości podłokietników.

Dziki skupiał się coraz mocniej, na tym, co czuł, gdy widział przed sobą martwego Mike’a. Wola rozpalała się, w nim za każdym razem, gdy słyszał w głowie - Potraktuj to, jako odruch litości.

Dziki poderwał się gotów do kolejnego ataku, tym razem wystrzelił całą serią wzmocnionych kul. Oszalały Weteran nie mając dość wolnych noży, by je odbić, samu musiał schować się między siedzeniami. Pociski, które chybiły, wbijały się w ścianę z siłą, jakby były wystrzelone z działa. Powietrze w auli wypełnił kurz i latające opiłki drewna.

Wykorzystując moment, gdy oszalały weteran go nie widział, Dziki przeskoczył między rzędami. Gdy Hiena podniósł się po raz kolejny, pięść Dzikiego leciała już w kierunku jego twarzy wzmocniona niewyobrażalną siłą błędu. Chociaż zdawało się, że siła tego uderzenia urwie mężczyźnie głowę, pięść rąbnęła w nią po prostu jak w ciastowego gniotka.

- Jesteś głupi, nie pamiętam już, kiedy ostatni raz czułem ból…- wysyczał Hiena.

- Wiem. – stwierdził Dziki, wymierzając kolejny cios. – Nie widziałem jeszcze nikogo z tak ciężkim Defektem, jak ty! – zawołał przy kolejnym uderzeniu.- Nawet twoje oczy i usta są mniejsze niż u zwykłego człowieka! – dodał po potężnym podbródkowym, przez który Hiena runął na plecy. – Zastanawiam się, ile jeszcze walki wytrzymasz, zanim defekt całkiem cię pochłonie.

Hiena otworzył oczy tak szeroko ,jak bardzo pozwalała mu na to jego choroba. Gdy dotarły do niego słowa Dzikiego, poderwał się z ziemi jak pchnięty wiatrem. – NIE MA TO DLA MNIE ZNACZENIA! NAWET JEŻELI ROBIĘ TERAZ OSTATNIĄ RZECZ W MOIM ŻYCIU, TO BĘDZIE NIĄ ZABICIE CIEBIE!!!

W tym momencie wszystko, co nie było przybite do ziemi, po prostu zawirowało. Dziki złapał się jednego z foteli by samemu, nie dać się poderwać temu dziwnemu podmuchowi. Hiena zaczął się unosić, a latające przedmioty krążyły dookoła niego. Noże, które latały w tym dziwnym cyklonie znacznie szybciej od innych przedmiotów, cięły wszystko, co stanęło im na drodze. Dziki uchylił się przed kilkoma nadlatującymi z boku, ale nie było szans, by uniknął wszystkich. W końcu jedno z ostrzy wbiło mu się w ramię, a drugie trafiło w nogę. To pierwsze przeszyło miejsce, gdzie nie sięgał jeszcze defekt. Ból, jaki rozlał się po ranie, sprawił, że wola Dzikiego znowu oszalała. Chęć zabicia Hieny sięgnęła apogeum.

Puszczając oparcie, dał się ponieść temu dziwnemu zawirowaniu. Jednocześnie zarzucił ręce na plecy, gotów przelać całą swoją wolę zniszczenia przez skrzydła motyla. Hiena wyczuł to najwidoczniej, bo wyciągnął jedną dłoń, a wszystkie noże wystrzeliły w kierunku Dzikiego. Ten nie pozostał dłużny i rozprostowując, ręce zniszczył je falą pochodzącą ze skrzydeł. Oszalały weteran siepnięty tą samą energią padł na ziemię, dysząc ciężko. W tym momencie wszystkie unoszące się przedmioty runęły w dół. Dziki podnosząc się obolały, ze sterty roztrzaskanych siedzisk, ruszył w stronę swojego przeciwnika. Hiena rzucał się po gruzach jak oszalały. Wydawałoby się, że od siły tego uderzenia poczuł w końcu ból. Gdy Dziki przyjrzał mu się bliżej, okazało się, że chodzi o coś zupełnie innego. Jego usta, otwory po uszach i oczy po prostu znikały zalewane defektem. Już po chwili jego twarz przypominała pozbawioną jakichkolwiek rysów głowę Potłuka. Hiena rzucał się na ślepo po podłodze, nie mogąc złapać tchu. Wyciągając rękę, przyciągnął jeden z noży i spróbował rozkroić swoje zlepiające się wargi. Za pierwszym razem przyniosło to jeszcze jakiś skutek, bo zdołał złapać oddech, jednak przy drugim podejściu usta zniknęły niemal błyskawicznie. Oszalały Weteran wepchnął sobie niemal całe ostrze w twarz, ale nie dał rady zrobić nawet najmniejszego otworu. Po chwili walki udusił się, a jego ciało osunęło się bezwładnie.

- Więc tak umiera się od Defektu – pomyślał Dziki, przyrzekając sobie w duchu, że prędzej strzeli sobie w głowę niż doprowadzi do takiego stanu.

Jego wzrok przebiegł teraz po zrujnowanej sali. Po Kluczu i Persie nie było ani śladu, ale nie mogli przecież uciec daleko...

***

Dziki nie miał zamiaru dłużej czekać. Sprawa z trio musiała być zamknięta tu i teraz. Nie był pewien w którym momencie, mężczyźni uciekli ze szkoły muzycznej, ale wciąż musieli być gdzieś w pobliżu. Wybiegając do parku przed budynkiem, wsłuchiwał się starając wyłapać jakiś szmer albo dźwięk. Jeżeli w pobliżu ukryli samochód, to na pewno zmierzali teraz w jego stronę.

Jego Wola gdy tylko skończył walkę, ucichła momentalnie pozbawiając go wsparcia błędów. Zastanawiał się gdzie mężczyźni mogli zatrzymać auto, skoro nie słyszał go przed atakiem. I wtedy go oświeciło, przecież Klucz znał świetlistą polanę. Doskonale wiedział, że jest to bezpieczne miejsce, do którego prawie nikt nie zagląda, a przy okazji było naprawdę blisko szkoły. Biegnąć ze wszystkich sił, Dziki zmierzał chaszczami i tyłami magazynów wprost na dawne miejsce postoju autobusu.

Nigdy w swoim życiu nie biegł jeszcze tak szybko. Serce waliło mu jak oszalałe, a nogi paliły, żywym ogniem. Nie miało to jednak znaczenia, nawet gdyby w tym momencie miał paść na zawał, tych dwóch miało pożegnać się z życiem.

Przeskakując na rowem pełnym zaschniętej trawy, wypadł wprost na polane, a tam zobaczył dokładnie to czego się spodziewał. Sportowy samochód stał niezgrabnie ukryty przy małym lasku na skraju polany. Pers i Klucz pośpiesznie zrzucali z niego gałęzie, gdy jednak zobaczyli biegnącego Dzikiego, podarowali sobie oczyszczanie pojazdu do końca i wpadli do jego środka.

Dziki widząc plecy Persa, przypomniał sobie momentalnie te wszystkie chore sytuacje z nim związane. Jego wyniosły ton, pychę, obrzydliwą dumę i poczucie bezkarności. Wola znowu uderzyła, chęć zmiecenia byłego weterana z powierzchni ziemi, wypełniła umysł Dzikiego. Przy kolejnym kroku jego but uderzył w ziemie z taką siłą, że wyrwał z niej kępę trawy. Wystrzelił do przodu, z prędkością nieosiągalną nawet dla sprintera olimpijskiego. Gdy Klucz odpalił samochód, to Dziki był już przed jego maską, blokując mu drogę.

- PRZEJEDŹ GO JUŻ!!! - wrzasnął Pers.

Nim jednak jego kompan zdążył wrzucić bieg, Dziki wyprostował rękę z bronią i wystrzelił w czoło byłego weterana. Głowa mężczyzny zawisła bezwładnie na ramieniu, a Klucz zdębiał.

Dziki odetchnął ciężko, spoglądając w przerażoną twarz chłopaka. Mijając łukiem samochód otworzył drzwi i bez ceregieli wywalił ciało Persa na zewnątrz.

Klucz spoglądał na niego przerażony, a jego ręka ciągle ściskająca dźwignie zmiany biegów drżała.

Dziki patrzył przez chwilę na skórzaną deskę samochodu, na której migotały czerwone plamy krwi. - Wiesz, że naprawdę nie chce tego robić? Wewnętrznie wciąż nie mogę się pogodzić z zabijaniem ludzi...

- Dziki...- wyjęczał błagalnie Klucz, ale chłopak nie dał się zbić z tropu.

- Milcz i słuchaj! - warknął. - Życie bym za ciebie oddał wiesz? Tak jak oddałbym za każdego z autobusu. Ba kiedy Zoidberg spisał cię na straty, robiłem wszystko, żebyś tylko przeżył...

- Straciłem przez ciebie autobus, moich przyjaciół, rodzinę, wszystko co miałem w tym miejscu... - wyłkał Klucz, opuszczając głowę na kierownicę. - Byłem na ciebie wściekły, bo powinieneś był odejść... bo ci wszyscy ludzie zginęli choć byli niewinni.

- Myślisz, że o tym nie wiem? - ryknął Dziki. - Myślisz, że mnie to nie dręczy? Gdyby chodziło tylko o mnie, gdybyście nie wmieszali w to Mike'a... Nawet by mnie tutaj nie było!

- Ja naprawdę nie chciałem go zabijać, naprawdę nie chciałem... - wyjęczał Klucz.

- Może. - odparł Dziki. - Niemniej przekroczyłeś tę granicę. Zachowałeś się dokładnie jak kumple Modrzewia, którzy zaatakowali autobus. Niby potępiali to, że mordował niewinne osoby... zamiast po prostu odstrzelić mnie. Jednak żaden z nich tego nie powstrzymał.

- Dziki, przepraszam ja... - załkał ponownie Klucza, ale rozmówca przerwał mu natychmiast.

- Dziś powiesz mi wszystko. Że żałujesz...że nie chciałeś... że to oni byli prowodyrami, nie ty. Jutro gdy nie będzie groziła ci śmierć, chęć dokonania zemsty wróci. Bo masz do niej prawo, bo przeze mnie straciłeś to, co uznałeś w tym świecie za najcenniejsze. Gdy w tym momencie będę poza twoim zasięgiem, spróbujesz skrzywdzić mnie w inny sposób. Skrzywdzić kogoś na kim mi zależy...

- Dziki, ja naprawdę nie...- próbował tłumaczyć się ponownie były mechanik, ale jego oprawca nie dał mu dojść do słowa.

- Ten świat dał mi jedną, bardzo ważną lekcje. Spirala zemsty kończy się dopiero, gdy zabijesz wszystkich w nią w ciągniętych. Nie powiem wybacz, bo ty byłoby głupie. Moralnie miałeś prawo próbować mnie zabić, ale ci się nie udało... to jest tego konsekwencją.

Oczy Klucza rozszerzyły się przerażone, ale nim zdążył krzyknąć Dziki wymierzył mu w głowę i nacisnął spust. Siedząc z trupem byłego kompana, schował twarz w dłoniach, a do jego oczu naleciały łzy. - Czemu ten świat, musi być tak pokurwiony... - załkał.


234 wyświetlenia6 komentarz