Krańcowo III - Rozdział XIV - Jednoczący

Pierwszy planował wyruszyć do Strefy Głodu, gdy tylko zacznie świtać. Jego plany pokrzyżował jednak Siwy, który chciał za wszelką cenę odegrać rolę dobrego gospodarza. Z tego powodu wszyscy goszczący tej nocy w faktorii, zostali delikatnie ''przymuszeni'' do zjedzenia wspólnego śniadania z jej właścicielem.

Mimo że przy stole nie brakowało niczego, trudno było wykrzesać jedzącym, chociaż odrobinę entuzjazmu. Wczorajsze słowa Pierwszego krążyły w głowie zebranych ludzi, odbierając całą przyjemność, jaką można było mieć z posiłku.

Krzak zajmujący miejsce u szczytu stołu pogrążył się w zadumie, za pewne układając w głowie jak przekonać lidera Sojuszu Bloków, do synchronicznego ataku na tamtą stronę.

Zjawa w tym czasie rzucała niepewne spojrzenia w stronę Pierwszego, chcąc prawdopodobnie zacząć z nim jakąś rozmowę. Mężczyzna wpatrywał się jednak w kubek z kawą, nawet na chwile nie nawiązując z nią kontaktu wzrokowego.

Siwy, który zgromadził ich razem, próbował co prawda kilka razy podjąć jakiś temat. Opowiadał przez chwilę o nowych projektach warsztatu, o pierwszej w pełni autorskiej broni, jaką stworzyli. Nikt jednak nie kwapił się, by pociągnąć rozmowę dalej.

Panująca cisza dała Dzikiemu okazję, do spokojnego przetestowania co tak właściwie stało się z jego ciałem. Biorąc do ust kawałek suszonej wołowiny, wciąż był w stanie poczuć jej smak. Gdy jednak pogryzione jedzenie zaczęło spadać w głąb przełyku, miał wrażenie, jakby zginęło w próżni. Mocno solone mięso natychmiast wywołało u niego uczucie suchości w ustach. Gasząc pragnienie, bez problemu wypił całą butelkę wody, nie odczuwając z tego powodu żadnego dyskomfortu.

Pierwszy musiał kątem oka zauważyć, jak po każdej połkniętej rzeczy obserwuje swoje ciało. Skupiając przez chwilę wzrok, na jego pozbawionej paznokci dłoni spytał natychmiast. - Jak bardzo się pogorszyło?

- Jego już prawie nie ma! - odpowiedziała natychmiast Zjawa, która usilnie starała się zwrócić uwagę weterana.

Pierwszy odetchnął ciężko, spoglądając z żalem na swojego dawnego kompana. - Pokaż...

Dziki podwinął koszulkę, ukazując swój gładki brzuch, a oczy obserwującego go mężczyzny rozszerzyły się. - Mam przynajmniej nadzieję, że to była sytuacja, z której nie dałbyś rady uciec w inny sposób... - podsumował.

- Nie - odparł Dziki. - To był wybór między tym, a pewną śmiercią.

- Rozumiem...- westchnął Pierwszy. - Nie jestem specjalistą od defektu. Dix mogłaby ci powiedzieć w tej sprawie znacznie więcej... Wiem tylko tyle, że przy ciężkim defekcie nie ma się już organów, tylko coś określają ''funkcjonalną biomasą''. Nie będziesz więcej odczuwał głodu, ale musisz się odżywiać. Jeżeli przestaniesz jeść, zaczniesz ''przepalać'' swoje ciało i osłabniesz...

Dziki skinął głową. Podobne podejrzenia krążyły mu w głowie od samego rana. Gdy kilka razy przebywał w Wieży, widział jak Defektowcy, jadali regularne sowite posiłki. Choroba nie zmieniała fizjologi do tego stopnia, by mogli żywić się powietrzem.

- Nie pogorszy mu się? - spytał nagle Siwy, podłapując temat - Można coś jeszcze z tym zrobić.

Właściciel Faktorii wciąż nie wrócił do swojego przesłodzonego głosu.

- Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. - stwierdził Pierwszy, spoglądając z przejęciem na Dzikiego. - Na pewno dalsze używanie błędów, nie będzie obojętne dla jego ciała. Czy jednak abstynencja pomoże? Albo wyhamuję postęp choroby? Tego też nie wiem. W wypadku normalnego defektu nie korzystanie z Pierwotnej Woli przyśpiesza rozmycie... ale to nie jest jego zwykła postać.

Dziki opuścił głowę. Słowa mężczyzny mimowolnie go przytłoczyły. Gdy myślał o tym, jak przebiega jego choroba, wolał raczej wyobrażać sobie scenariusz podobny do Dix. Chciał mieć nadzieję, że tak jak dziewczyna, unikając nadużywania błędów, zatrzyma się na obecnym etapie, nie pogarszając już swojego stanu. Ich defekt pochodził jednak z dwóch różnych źródeł. Dix została nie jako zakażona przez błąd w zakładach chemicznych. Dziki zaś rozmywał się przez nadużywanie Pierwotnej Woli, a do postaci niecałkowitego rozmycia, sprowadził go lekarz z Garażu. Były to więc dwa zupełnie inne przypadki, które ciężko było do siebie porównywać.

Temat defektu zszedł, jednak na drugi tor, bo do rozmowy wtrącił się Krzak. - Pierwszy, mogę ci zadać pytanie?

Mężczyzna skinął głową, skupiając się natychmiast na byłym liderze Wspólnoty.

- Co, jeśli nie uda nam się przekonać ludzi do tego, o czym mówiłeś? Jeżeli znowu większość uzna, że ''jakoś to będzie'' albo '' niech inni się mieszają, ja nie muszę''. Nawet gdy byłem liderem Wspólnoty, mimo wszystkich swoich starań, nie potrafiłem wykorzenić z jej mieszkańców tego podejścia. - powiedział Krzak z wyraźnym żalem. - Gdy Ręka Olbrzyma atakowała weteranów, śmierć groziła wszystkim w równym stopniu, a mimo to do Wilka przyłączyła się garstka osób. Gdyby nie Dix chcąca ratować Dzikiego oraz Grobelni, którzy chcieli się dozbroić zdobyczną bronią, nie wiem, czy pod cegielnią byłoby nas dziesięcioro.

Pierwszy słysząc to, cmoknął ustami. - Ignorancja jest domeną żyjącego obecnie pokolenia. Chyba właśnie dlatego w Starym Świecie ten kraj to była równia pochyła. Potrafiliśmy do krwi rżnąć się z sąsiadem o każdą głupotę... Gdy jednak przychodziło do zrobienia z czymś porządku, każdy patrzył tylko, na każdego licząc, że kto inny weźmie sprawy w swoje ręce. Tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że nie chcę walczyć i ginąć za ogół... Tak właściwie nie chciałem już narażać się dla nikogo... Skoro jednak złośliwy los, postawił na mojej drodze kolejnych ludzi, których los nie jest mi obojętny, zrobię co mogę by im pomóc... Choćbym musiał na własnych barkach wyciągnąć ich z tego miasta za Strefę zamarcia...

- Łapię się do nieobojętnych? - wtrąciła Zjawa. - Czy muszę ci najpierw pokazać cycki.

Pierwszy słysząc tę niemoralną propozycję, wzniósł zażenowany oczy do góry. - Wystarczy, że nie będziesz więcej pod pijać mi zupy... Nie mniej ucieczka z Krańcowa to ostateczność. Nie wiem, co spotkalibyśmy po tamtej stronie. Może świat jeszcze gorszy niż jakiś czas temu Zarzecze... Może miejsce, w którym w ogóle nie dałoby rady żyć...

Siwy słysząc, o czym mówi jego gość, odchrząknął cicho. - Przepraszam, ale czy my naprawdę dyskutujemy teraz o ucieczce z miasta? O przekroczeniu strefy zamarcia? Wybacz mi, że to powiem Pierwszy, ale to brzmi trochę jak samobójstwo.

- Jeszcze jakiś czas temu myślałem ponownie... aż któregoś dnia dostałem wiadomość z tamtej strony. - wyjaśnił mężczyzna.

- Wiadomość od kogo? - spytał natychmiast Krzak.

- Od najbliższego mi człowieka, którego miałem w tym świecie...- odparł Pierwszy, wyciągając z kieszeni na piersi kartkę.

Przyjrzał się jej przez chwilę, po czym położył na stole dając możliwość zgromadzonym do zapoznania się z treścią.


Pierwszy przyjacielu,

wiem, że nie lubisz, jak Cię tak określam, ale musisz mi tym razem darować. Piszę ten list, mając naprawdę nikłe nadzieje, że go dostaniesz. Czemu więc to robię? Bo póki istnieje, chociaż cień szansy, zawsze warto próbować. To jest coś, do czego nigdy nie mogłem Cię przekonać. Znalazłem tu błąd, który działa jak furta. Tylko że sam możesz wybrać miejsce, gdzie przedmiot ma się pojawić. Nie odważyłbym się wejść w nią, bo próba przeniesienia przez strefę zamarcia mnie przeraża, ale mam nadzieję, że dostaniesz ten list...że wciąż odwiedzasz te same miejsca, w których bywaliśmy.

Nie wiem nawet, ile czasu minęło po waszej stronie. Tydzień? Miesiąc? Rok? A, może już dawno jesteś starcem i czytasz to przez grube okulary, wyszabrowane z domku jakiegoś dziadka...

Dla mnie to przejście było tylko chwilą, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że dla was trwa wieki. Jestem szczerze ciekawy, jak dalej toczą się wasze losy? Kto przejął dowodzenie, gdy mnie zabrakło... Raczej nie Ty. Nigdy nie rwałeś się do rozkazywania innym. Może Trzeci? Chociaż on nie był zbyt lubiany w naszej grupie...

Daniel pewnie dalej jest z wami. Ciekawe czy zaakceptował swoją ksywę ''Jedenasty'', zawsze się strasznie denerwował, gdy go tak nazywałem. Uważał, chyba że te nasze pseudonimy są dziecinne... Nie wiedział przecież, że Ty to zacząłeś. Śmieszne, że po takim czasie wciąż nie wiem, jak masz naprawdę na imię. Mam nadzieję, że Siódma już się trochę ogarnęła i nie sprawia tyle kłopotu co na początku. Szósty obiecał mi, że się nią zajmie gdyby coś mi się stało...

Strasznie mnie tez ciekawi czy Czwarty i Piąta, są dalej razem. Może dorobili się już dziecka, a Ty jesteś jego ojcem chrzestnym? Wiem, piszę głupoty, ale jak się siedzi ciągle samemu, wymyślanie takich głupot to jedyna rozrywka...

Ta samotność jest chyba najgorsza. W mieście, którym siedzę, nikogo nie ma... Nie potrafię zrozumieć, jakim cudem tak dobrze sobie z tym radziłeś. Czuję się dokładnie jak przed spotkaniem z Tobą w Krańcowie. Nie dziw mi się, że nie chciałem dać Ci potem spokoju... Ja nie lubię być sam.

Czasem nawet żałuje, że wypchnąłem Cię z powrotem.. Może byłbyś teraz tu ze mną... Może wszyscy byście byli... Tylko że wtedy jeszcze nie wiedziałem. Czułem, jakbym umierał... Chciałem cię ocalić, a przekląłem przez to siebie. Jeżeli kiedyś nasze miasto Cię zdradzi, znudzisz się ciągłą walką w Krańcowie. Przyjdź do mnie... Zostawiam znaki jak dawniej! Buduje kryjówki jak Ty... Czekam... Twój przyjaciel na zawsze Drugi...


Czytając treść listu, wszyscy zgromadzeni byli po prostu w szoku. Piszący go mężczyzna był postacią nie mniej legendarną niż Pierwszy, a do tego dawał świadectwo, że można wydostać się z Krańcowa.

Krzak, który wpatrywał się w treść najdłużej, stwierdził w końcu. - Słyszałem o nim od Dix, myślałem, że nie żyje....

Pierwszy złapał kartkę i schował ją z powrotem do swojej bluzy. - Ja też... Wszyscy tak uważali.

- Naprawdę myślisz, że moglibyśmy się do niego dostać? - spytała Zjawa.

- Do miasta, w którym przebywał? - dopytał Pierwszy. - Prawdopodobnie. Czy jeszcze byśmy go spotkali? Nie wiadomo... Nie wiadomo, na jak długo utknęlibyśmy w Strefie Zamarcia. Pamiętasz co działo się, po przekroczeniu rzeki? Wyobraź to sobie tylko niewyobrażalnie mocniejsze. Istnieje ryzyko, że trafilibyśmy do miasta, w którym byłby już tylko ruiny i jeden wyschnięty szkielet. Żadnej wody, żadnego jedzenia. Dlatego podkreślam, że opuszczenie Krańcowa to ostateczność.

- Jak na to nie patrzeć. - westchnęła dziewczyna. - znowu jesteśmy w dupie.

Dzikiego od podkreślania ich tragicznego położenia bardziej interesowała inna rzecz. - Gdzie w ogóle znalazłeś ten list? - spytał zaskoczony.

- W moim domu. Na fotelu, w którym zwykle siadał Drugi, gdy zadręczał mnie swoją obecnością. - wyjaśnił Pierwszy.

Zjawa zamyśliła się przez chwilę i nagle wyskoczyła z pewną myślą. - Może gdybyśmy poszukali podobnej furty po naszej stronie, moglibyśmy uniknąć tej całej dytatacji...

- Dylatacji... - poprawił ją Pierwszy. - … do tego wydaje mi się, że wykorzystanie furty wpłynęłoby na nas gorzej niż normalne przejście. - przestrzegł. - Widzieliście kartkę prawda? Była pożółkła i zniszczona. Wydaje mi się, że w czasie tej podróży, czas działał na nią w destruktywny sposób.

Wszyscy ponownie zamilkli. Nadzieja, która rozpaliła się w nich w trakcie czytania listu, została momentalnie zgaszona. Pierwszy kończąc kawę, spojrzał w stronę Dzikiego. - Czas na nas.

***

Rozstając się pod bramami Bajkolandi, Pierwszy po raz ostatni zwrócił się do Zjawy i Krzaka. - Jeżeli Daniel przegra, zbierzcie wszystkich, których chcecie ze sobą zabrać i udajcie się na Zatorze. Znajdę was i poprowadzę przez Strefę Zamarcia.

- Nie wiem jeszcze, czy zdecydowałbym się na to, ale dziękuje za propozycję. - stwierdził Krzak, wyciągając rękę.

- Lepiej mieć w głowie plan awaryjny. - odparł Pierwszy, odwracając się w kierunku Zjawy. - A ty nie daj się zabić.

- Nie mam zamiaru umierać, póki cię nie rozgryzę.- odparła dziewczyna.

- Porywasz się na coś, co nie udało się psychologowi z dwudziestoletnim stażem. - stwierdził dobitnie Pierwszy.

Zjawa nie dała się jednak zbić z tropu. Kładąc rękę na biodrze, poruszyła wyzywająca brwiami. - Może miał nieodpowiednie podejście...

Pierwszy zgasił jednak jej zapał, mówiąc - przeżyj i tyle mi wystarczy.

Po krótkim pożegnaniu grupy ruszyły w swoje strony. Zjawa i Krzak obładowani zapasami, poszli w kierunku Sojuszu Bloków, a Dziki i Pierwszy główną drogą do centrum.

Krańcowo zdążyło trochę przeschnąć przez noc. Woda nie płynęła już ulicą jak rzeka, ale i tak zmuszeni byli krążyć omijając gigantyczne kałuże, które niczym małe jeziora pokrywały każde wgłębienie i skwerek.

Po kilku minutach milczącego marszu Dziki zagadnął w końcu do Pierwszego. - Wiesz, że nie zostawię tu Mike'a i dziewczyn z autobusu. Jeżeli mielibyśmy wyruszyć do Strefy Zamarcia, oni muszą iść z nami...

- Zastanów się, czy naprawdę tego chcesz...- odparł niespodziewanie Pierwszy.

Dziki słysząc to, zmarszczył czoło. - Nie rozumiem? Dlaczego mielibyśmy ich nie zabrać

Pierwszy zatrzymał się przez chwilę, spoglądając mu w twarz. - Zarzecze nie eksterminuje całej populacji Centrum. Pozabijają przywódców, użytkowników Pierwotnej Woli, doprowadzą do zniszczenia wszystkich frakcji, ktoś z niezaangażowanych oberwie pewnie rykoszetem, ale większość ludzi zostanie asymilowana... Wczoraj powiedziałem, że Centrum zostanie zniszczone, bo wiem już jak myślą jego mieszkańcy . Gdyby okazało się, że istnieje nadzieja przetrwania tego, nie podejmując żadnych działań, do walki stanie jeszcze mniej osób. Ty i Zjawa po tym, co stało się w Przychodni i Garażu, nie macie co liczyć na łaskę, dlatego pomyślałem o zabraniu was stąd... Tylko że to wybór między pewną śmiercią, a nie pewną śmiercią. Pomyśl? Jeżeli trafimy do miasta, w którym nie ma resetu, zginiemy z głodu w ciągu kilku tygodni... Chcesz zaryzykować tak życiem Mike'a i dziewczyn? Wydaje mi się, że tu mieliby większe szanse... - dodał na koniec, chociaż w jego głosie nie było słychać pewności.?

- Tylko większe szanse na co? - spytał natychmiast Dziki. - Na zostanie niewolnikami i dziwkami?

- Może... Dlatego lepiej, żeby Daniel wygrał. - odparł Pierwszy.

Dziki zaczął rozważać, to co usłyszał. Z jednej strony list świadczył o tym, że Drugiemu się udało. Tylko jak długo był po tamtej stronie? Z treści nie wynikało zbyt wiele jedynie to, że przeżył podróż. Nie wspominał nic o błysku, resecie albo czy chociaż miejsce, w którym się znajdował, jest bezpieczne. Prawda była taka, że sam list był pewnie wylewem żalu i tęsknoty za ludźmi, a nie realnym zaproszeniem.

Przez kilka kolejnych minut mężczyznom znowu towarzyszył tylko dźwięk kroków. Ponieważ Dziki nie był w stanie na razie stwierdzić, czy zabranie przyjaciół na tamtą stronę to dobre rozwiązanie, postanowił uciec trochę myślami. - Długo nie byłeś w Strefie Głodu?

- Prawie cztery lata...- odparł natychmiast Pierwszy.

- Myślisz, że po tym czasie Daniel przyjmie cię z otwartymi rękoma? Albo chociaż wysłucha? - dopytał Dziki, którym zaczynały szargać wątpliwości.

- Nie rozstaliśmy się jako wrogowie. Doskonale wiedział, dlaczego odszedłem z Armii, a zawdzięcza mi nie wiele mniej niż ty. - uspokoił go towarzysz, zatrzymując się na chwilę, by ocenić drogę.

Znajdowali się już w pobliżu Pizzerii Papa, miejsca, które wciąż nie kojarzyło się Dzikiemu dobrze.

Pierwszy w tym czasie obserwował drogę przez lornetkę. - Wygląda na to, że niewykształceni opuścili już ulicę. Strefa Głodu raczej sobie poradziła, ataki niewykształconych były dla nich codziennością. - dając głową znak, by ruszyli dalej, poprowadził ich w kierunku marketu.

Po jakimś kwadransie znaleźli się w końcu na obrzeżach parkingu. Miejsce ciągle było zalane, do tego w wodzie zanurzone były dziesiątki ciał niewykształconych. Odór, jaki zaczął unosić się przez to w powietrzu, był nie do zniesienia.

Gromady robotników pilnowane przez Obrońców zbierały truchła na taczki i wywoziły gdzieś za granice Strefy Głodu. Z innej strony grupa ludzi wylewała wiadrami wodę przez drzwi H-Marketu. Wśród kręcących się jak mrówki mieszkańców, Dziki dostrzegł Anioła, który pomagał właśnie załadować olbrzymiego Gospodarza na wózek.

- Anioł! - krzyknął Dziki, podnosząc rękę.

Usłyszawszy go, chłopak podbiegł natychmiast. - Dziki! Cholera jasna! Żałuj, że cię tu nie było! Nawet nie wiesz, jaki rozpierdol w nocy zrobiliśmy! Mówię ci! Sam uwaliłem chyba z dziesięciu gospodarzy, a Poldek... znaczy Pokemon...

- Anioł. STOP! - przerwał mu Dziki, wiedząc, że jak chłopak się rozkręci, spędzą tutaj godzinę. - Muszę się zobaczyć z Danielem, jest w Gorgorze?

Słysząc pytanie, Anioł podrapał się po hełmie. - Nie mam pojęcia, ciągle gdzieś się kręcił... Może Szachraj będzie wiedział. - stwierdził, wskazując na drzwi H-marketu.

Dowódca obrońców stał w nich, obserwując okolicę. Nagle jego wzrok padł na Dzikiego, a potem na stojącego obok niego Pierwszego. Patrzył przez chwilę z niedowierzaniem, po czym zniknął w środku budynku.

Dziki spojrzał z lękiem na kompana. - Szachraj cię zna? Wie jak wyglądasz?

- Tak – odparł Pierwszy.

- Więc Zarzecze zaraz będzie wiedziało, że tu byłeś. - wypalił Dziki i ruszył pędem w stronę marketu, zostawiając za sobą zdziwionych kompanów.

Lawirując, między pracującymi robotnikami wpadł prosto na Elzę. Dziewczyna złapała go za ramie, szarpiąc do tyłu. - Dziki! Gdzie ci tak śpieszno? Może zameldowałbyś się dowódcy...

- Pierwszy przybył do Strefy Głodu, a Szachraj to widział, zaraz doniesie o tym Zarzeczu! - zawołał Dziki.

Dziewczyna spojrzała na niego i w ciągu sekundy, podjęła decyzję. - Idę zaraz za tobą! - krzyknęła, a Dziki poczuł, jak zostaje wciągnięty przez jej błąd.

W krótkim błysku znalazł się w holu marketu. Miejsce było ciemne, bo budynek nie posiadał praktycznie, żadnych świetlików. Na ścianach było co prawda pociągnięte prowizoryczne oświetlenie, ale przez zalane generatory, żadna lampa się nie paliła.

W oddali dostrzegł Szachraja, który maszerując w wodzie po kostki, oświetlał twarz telefonem. Dziki dostrzegł w tym momencie, coś, czego nie widział od końca Starego Świata. Mężczyzna pośpiesznie pisał SMS'a.

- Szachraj! - zawołał, a dowódca Obrońców obrócił się w jego stronę.

- Dziki? Wiesz dobrze, że tylko moi ludzie mają wstęp do marketu. Jeśli chcesz pomóc przy pracy, pogadaj z Tyzakiem. Jest na zewnątrz, przy magazynie - rzucił mężczyzna pewny, że nikt nie rozgryzł jego zdrady.

Dziki widząc, że jego kciuk zamarł nad klawiaturą starej komórki, zbliżył się powoli, mówiąc - Pierwotna Wola!

- Co jest z Pierwotną Wolą? - spytał wyraźnie zbity z tropu Szachraj.

- Każdy użytkownik stara się ukrywać swoją Pierwotną Wolę, żeby inni nie dowiedzieli się, kiedy jest bezbronny, albo jak go podejść. - stwierdził Dziki

- To logiczne. - potwierdził zdrajca, spoglądając na Dzikiego badawczo. - Zapewne sam przekonałeś się, że ludzie niechętnie dzielą się tajemnicami z nią związanymi.

Mężczyzna nie opuszczał komórki, ale skupił się w tym momencie na nim.

- Moja wola jest dość specyficzna...- skłamał Dziki. - Kieruje nią głupia emocja, która sprawia, że potrafi załączać się w zupełnie losowych momentach.

- Współczuję... - stwierdził Szachraj, który zaczął spoglądać na niego podejrzliwie.

Gdy Dziki był już na wyciągnięcie ręki od mężczyzny, wyszeptał - wiedziałeś, że kiedy twoja Wola jest aktywna. Jesteś w stanie wyczuć, gdy ktoś inny używa przy tobie błędów...

Szachraj uśmiechnął się. - Widziałem...- odparł, przygryzając natychmiast usta do krwi.

W tym momencie Dziki padł twarzą w wodę, nie wiedząc nawet czemu. Dopiero po chwili zorientował się, że oberwał ogromnym kawałkiem gruzu. Jego pokryte defektem ciało nie odczuło nawet siły uderzenia. Nie świadomy tego Szachraj, myśląc pewnie, że chłopak jest pół przytomny, pochylił się nad nim. - Nie sądziłem, że w tym tłumie ktoś to wyczuje... zabawne, że to byłeś akurat ty...

- Dlaczego...- wyszeptał Dziki, udając, że po tym uderzeniu ledwo oddycha.

- Bo to przecież podjąłem decyzję, że nie warto trzymać z Danielem. Obiecał nam wszystkim Nowy Świat. Przysięgał, że nie wróci już to spierdolenie, które toczyło nasz kraj od kiedy pamiętam... A potem przyjmuje CIEBIE. I to po co?! Żeby ściągnąć tu więcej tych zadufanych w sobie, zjebanych weteranów i dać im miejsce wśród nas! - wykrzyczał wściekle mężczyzna. - Daniel zdradził własne zasady, więc nie zasłużył, by nami przewodzić...

Dziki widząc, że mężczyzna wpadł w monolog, błyskawicznie poderwał się i wytrącił mu telefon z ręki. Komórka z pluskiem wpadła do wody, a wściekł Szachraj odskoczył do tyłu, uderzając się pięścią w twarz. W tej samej chwili wyrwał z podłogi kawał betonu, który niczym burząca kula trafił w tors Dzikiego. - Za późno, Zarzecze już wie, że Pierwszy tu przybył! A ja nim stąd ucieknę, zrobię porządek przynajmniej z tobą...

- Raczej ja z tobą! - zawołała Elza.

W tym samym momencie nad głową Szachraja pojawił się cały marketowy regał.

- Kurwa...- wyszeptał mężczyzna, a po chwili konstrukcja runęła na niego, przemieniając w czerwoną plamę na podłodze sklepu.

- Wszystko w porządku Dziki? - spytała dziewczyna, doskakując do niego.

- Tak jest ok...- wyszeptał, skupiając wzrok na świecącym punkcie, który pojawił się w wodzie obok tego, co zostało z Szachraja.

Zbliżając się do plamy światła, Dziki sięgnął pod taflę i wyciągnął wciąż działający telefon. Na pulpicie wyświetlała się właśnie wiadomość od jakiegoś niezapisanego numeru.

To już bez znaczenia Smutny próbuje przyśpieszyć błysk. Jak dobrze pójdzie, do końca tygodnia Stefa Głodu przestanie istnieć, postaraj się uciec na naszą stronę jak najszybciej. Mosty są pilnowane, ale Wiślinkę pokonasz teraz bez problemu. Napisz tylko w którym miejscu będziesz się przeprawiał, to przyjadę po Ciebie.

Dziki przełknął nerwowo ślinę, pokazując telefon Elzie. Widząc treść wiadomości, dziewczyna pokręciła nerwowo głową. - Musimy...musimy powiedzieć Danielowi.

***

- I to jest właśnie to dlaczego tak cię lubię Dziki. - zawołał Daniel, rozlewając dookoła piwo z puszki.

Bracia, którzy stłoczyli się przy stole Gorgoru, obserwowali siedzącego przy wodzu Pierwszego, który wpatrywał się w swojego kuzyna z nieprzeniknioną miną. Daniel zaś biorąc Dzikiego pod ramię, stwierdził dobitnie. - Widzisz, gdybym wysłał kogokolwiek innego, żeby sprawdził sobie co z jego znajomymi...To ten ktoś sprawdziłby po prostu co z jego znajomymi. Wrócił tu z radosnymi nowinami o ich ocaleniu albo pełen żalu rozpocząłby w Strefie Głodu, żałobę po ich śmierci. Ty natomiast wracasz ,przyprowadzając mi Pierwszego i rozwiązując sprawę Szachraja za jednym zamachem. Swoją drogą... – tu zwrócił się do Elzy, która ucztowała razem z nimi. - … pięknie go załatwiłaś. Można by powiedzieć symbolicznie, zdechł pod tym, czego w moim imieniu miał strzec - mówiąc to, wódz wstał i podszedł do środka stołu. Tam w ramach ozdoby, na białym talerzu ułożony był telefon, przez którego Szachraj komunikował się z Zarzeczem. Biorąc aparat do ręki, Daniel spytał zgromadzonych. - Wiecie, czego najbardziej żałuję?

Siedzący przy stole pokręcili głowami, a wódz odpowiedział natychmiast. - Że ten stary cegłofon nie wysyła zdjęć. Pstryknąłbym teraz plamę po Szachraju i wysłał do pani prezydent Nadii...

- Skończysz wreszcie pajacować? - wtrącił nagle Pierwszy grobowym głosem.

- Bracie, bracie... - westchnął Daniel, kręcąc głową. - Dopiero gdy z tej piersi wyrwie się ostatni dech, a nawet wtedy mam nadzieję, że umrę z butelką whiskey w dłoni i drugą ręką na kierownicy potężne cruisera.

- DANIEL JEST WIELKI! - zawołał brat Piotr, który po śmierci Damiana/Wiewióra siedział najbliżej wodza.

Pozostali zawtórowali mu natychmiast, co wywołało jeszcze większe zażenowanie na twarzy Pierwszego. - Możesz odesłać tych idiotów, chce w końcu z tobą porozmawiać, bez tego całego cyrku, który zawsze robisz...

- Dobrze panie obsrywaczu zabawy.- westchnął Daniel, zwracając się do braci. - Przykro mi towarzysze, ale obsrywacz zabawy, obesrał zabawę i wszyscy musicie sobie iść.

Bracia popatrzyli na wodza, nie będąc pewien czy mówi poważnie, ale gdy skinął głową w stronę drzwi, niechętnie ruszyli na zewnątrz sali balowej. Elza klepnęła Dzikiego w ramię, ale Daniel pokręcił głową. - Nie, nie. On niech zostanie.

Dziewczyna zerknęła Dzikiego, a na jej twarzy pojawiła się dziwna konsternacja. Po chwili uśmiechając się sztucznie, powiedziała – oczywiście. - delikatnie kłaniając się przy tym wodzowi. Wychodząc, rzuciła jeszcze chłodne spojrzenie na swojego podwładnego, nim zniknęła w korytarzu.

- To nie wpłynie dobrze na naszą współpracę.- stwierdził Dziki, spoglądając w stronę drzwi.

Daniel machnął ręką. - Daj spokój. Ja bardzo ją szanuję, ale potrafi być straszna. Muszę ją trzymać na dystans, bo byłaby gotowa się mi oświadczyć... To dopiero źle wpłynęłoby na współpracę.

- EHM – odchrząknął znacząco Pierwszy, a Daniel spojrzał na niego z zupełnie inną miną niż na początku.

- Nie rozumiesz, że próbuję znaleźć jakiś sposób, by wysłuchać cię bez wewnętrznej urazy? Poprawić sobie humor na tyle, by ta rozmowa nie zaczęła się od połamania ci nosa. - warknął wódz Armii.

Pierwszy wzruszył ramionami, a Daniel nie wytrzymał. Poderwał się ze stołka, strącając ręką jedzenie. - TY PIEPRZONY ZDRAJCO! WRÓCIŁEM SIĘ PO CIEBIE DO ZAKŁADÓW, A TY JAK MI SIĘ ODWDZIĘCZYŁEŚ!

Pierwszy ściągnął maskę, spoglądając się na mężczyznę spojrzeniem tak lodowatym, że Dziki niemal czuł chłód w powietrzu. - Wróciłeś, bo uświadomiłeś sobie, że zostaniesz w tym świecie sam. Pamiętaj, że znam cie lepiej niż ktokolwiek inny, nie próbuj ubierać tego, co zrobiłeś w szlachetne pobudki. Za to zresztą odwdzięczyłem ci się wielokrotnie, cała Armia postawiona jest na moich barkach.

Daniel odetchnął, siadając ciężko na ławce. - Widzę, że twoje zdanie na mój temat się nie zmieniło. Wiec, po co wróciłeś? Chyba nie powiesz, że chcesz walczyć ze swoim kumplem... To nie łamie tej waszej umowy o niewtrącaniu się?

- Smutny złamał ją dawno temu. - odparł Pierwszy. - Dlatego jestem tutaj, by ci powiedzieć, że musisz podjąć się współpracy z weteranami.

- Pocałuj mnie w dupę...- wtrącił Daniel, na co teraz jego rozmówca zareagował gniewem.

- TY ZAPATRZONY W SIEBIE KRETYNIE! TO NIE JEST JAK GIERKA, KTÓRĄ PROWADZIŁEŚ SOBIE W CENTRUM! - wykrzyczał wściekle. - Myślisz, że zabicie paru Zwiadowców i grupy żołnierzy dało ci zwycięstwo w tej wojnie? Smutny przerasta cię pod każdym względem...

- O NIE! - przerwał teraz wódz Armii. - Nie ma nikogo silniejszego w Krańcowie! NIE MA!

- TAK?! WIĘC WALCZ ZE MNĄ! - krzyknął Pierwszy, równając się ze swoim kuzynem.

Daniel wyglądał przez chwilę na wybitego z tropu, po chwili spojrzał jednak z pogardą na swojego rozmówcę. - Twoja Pierwotna Wola jest po pieprzona, z tobą nie można wygrać, jeśli się zaatakuje. - odparł, wyraźnie próbując się wykpić od walki.

- Więc teraz wyobraź sobie, że Smutnego nie ogranicza już nawet Pierwotna Wola. To świadomy wydarty z ciała byt, kontrolujący błędy własnym umysłem, praktycznie bez ograniczeń... - opisał Pierwszy, spuszczając z tonu. - Myślisz, że ostatni Błysk to tylko wynik połączenia się Centrum i Zarzecza? Nie, on go kontrolował. Nauczył się wpływać na podwalinę naszego świata. A jeśli zamiast ulewy ściągnie nam następnym razem na głowę deszcz ognia? Albo sprawi, że budynki przestaną się resetować po naszej stronie? Na jak długo starczy ci piwa w markecie...

Po minie Daniela widać było, że chyba w końcu dotarło do niego, w jakiej sytuacji się znaleźli. - Co według ciebie miałbym więc zrobić? - spytał, tłumiąc w sobie złość.

- Po tej wiadomości, którą przechwycił Dziki, wiem, że nie możemy dłużej czekać. Musisz wyruszyć natychmiast bez względu na straty. Przejąc Przychodnie, bo ona stanie ci na drodze i uderzyć najkrótszą drogą na Magistrat. Tam zaczną się problemy...- dodał na koniec Pierwszy.

- Podejrzewam, że będzie dobrze chroniony. - warknął Daniel.

- Będzie. - odparł mu kuzyn. - A ty nie będziesz mógł wziąć udziału w walce o niego...

- Niby dlaczego? - wtrącił natychmiast Daniel.

Pierwszy popatrzył przez chwilę na swoją maskę. - Bo ciała Smutnego i pani prezydent nie znajdują się w Magistracie...

- Skąd to wiesz? - spytał natychmiast Daniel. - Mój szpieg potwierdził, że żadna karawana nie opuściła Magistratu...

- Twój szpieg nie wierzy w twoje zwycięstwo i wepchnąłby cię w pułapkę. Mój ma osobisty awers do Zarzecza i powiedział mi prawdę. - przekonywał kuzyn wodza.

- Więc mój szpieg kłamie, a twój nie? - prychnął Daniel.

- Posłuchaj, znam Smutnego... Ciało to jego jedyna słabość i na punkcie ukrywania go zawsze miał olbrzymią obsesję. Nie zostawiłby go w tak oczywistym miejscu, jak Magistrat dlatego wiem, że mój szpieg mówi prawdę. - stwierdził pewnie Pierwszy, ucinając dyskusję na ten temat. - Gdy twoja Armia będzie atakować budynek, musisz z niewielką grupą ruszyć, do którego miejsca lokalizację ci wskażę... Ważne jest, by nikt o tym nie wiedział do ostatniej chwili. Jeśli Smutny dowie się, że coś podejrzewamy, ukryje ciała gdzie indziej, a my przegramy...

- Gdy mówisz o tym w ten sposób, zaczynam naprawdę myśleć, że mogę tego nie wygrać. Nawet jeżeli nie będzie strat przy szpitalu, to przecież z pozostałych części Zarzecza przyjdą ze wsparciem. Moja Armia będzie otoczona...- stwierdził poruszony wódz.

Widać było, że cała ta rozmowa naprawdę mocno nim wstrząsnęła. Dziki zauważył nawet, że w oczach mężczyzny zagościło coś, czego nigdy w nich nie wiedział – niepokój.

Pierwszy również się zamyślił, spoglądając na swoją maskę, stwierdził zrezygnowany. - Dlatego tak zależało mi na wsparciu Weteranów. Gdyby w czasie twojego ataku, ruszyli na inne miasta, ich przywódcy nie mogliby wysłać pomocy do magistratu... Tylko że oni znowu będą radzić w nieskończoność, a na koniec stwierdzą, że nie warto się mieszać.

Dziki słysząc to, wpadł na pewną myśl. - Więc przemów do nich...

Daniel, który myślał najwidoczniej, że propozycja tyczy się jego osoby, odparł natychmiast.- Wiesz, że nie mieliśmy najlepszych stosunków. Raczej nie przekonam ich teraz do siebie...

Dziki pokręcił głową, spoglądając na Pierwszego. - Myślałem o tobie. - sprostował. - Ludzie ciągle traktują cię jak legendę. Dla wielu wciąż jesteś wzorem do naśladowania. Jeśli ty przemówisz do nich, może zrozumieją...

Pierwszy spojrzał skonsternowany na Dzikiego. - Nie mam w sobie nawet odrobiny charyzmy. Jak miałbym do kogokolwiek przemawiać.

- I właśnie o to chodzi! - krzyknął Dziki. - Nie ma ich przekonywać wyniosły lider, kolejny guru nadający zasady. Tylko prosty weteran, samotnik żyjący na własnych zasadach...

Daniel, słysząc to, uśmiechnął się pod nosem. - To, co mówi Dziki, nie jest głupie. Mamy potężny nadajnik na dachu marketu. Moglibyśmy wejść na wszystkie wolne kanały, to jest coś, czego warto spróbować...

Pierwszy wyglądał na nieprzekonanego, ale Dziki nie miał zamiaru odpuszczać. - Posłuchaj, jeśli ci się nie uda trudno, ale pomyśl o tym, co napisał do ciebie Drugi. Jeśli jest, chociaż cień szansy, zawsze warto próbować.

***

Większość członków Armii Daniela czekała w kantynie. Informacja o tym, że następnego dnia wyruszają do ataku, rozeszła się lotem błyskawicy. Ludzie domykali ostatnie sprawy albo wykorzystywali moment, by wypocząć.

Pięść Daniela siedziała w kantynie przy radiu, oczekując na przemówienie Pierwszego, który był już w stacji radiowej. Elza wciąż dąsała się na Dzikiego za to, że uzyskał od wodza pozwolenie, by zostać w Gorgorze. Na szczęście Daniel przewidział to i nim Dziki opuścił budynek, dostał coś na złagodzenie humorów dziewczyny.

- Elza...ej Elza. - zagadnął Dziki.

Liderka dopiero po wyraźnie przeciągniętej chwili, spojrzała na niego. - Co chcesz?

- Daniel kazał ci to przekazać. - powiedział, wręczając dziewczynie pudełko wielkości kartki od bloku. - Powiedział, że to za to, co zrobiłaś z Szachrajem.

Dziewczyna chwyciła prezent w dłonie i rozerwała łapczywie papier. W środku znajdowało się największe pudełko ołówków, jakie Dziki widział w swoim życiu oraz liścik, podpisany ręką wodza.

Mam nadzieję, że gdy to wszystko się skończy, naszkicujesz dla mnie w końcu ten obiecany akt.

Dziewczyna czytając karteczkę wyglądała na wniebowziętą.

Banan chciał już coś powiedzieć, ale Nóż wskazał na niego, przeciągając sobie palcem po szyi. Jako, że chłopak miał ostatniej bójce ciągle świeże limo pod okiem, darował sobie uszczypliwe uwagi.

Traker w tym czasie ciągle bawił się radiem, z którego dobiegał niekończący się szum.

- Pójdzie na wszystkich kanałach. - wytknął mu Pokemon. - zostaw po prostu i czekaj.

- To jest jednak coś... - powiedział Anioł. - Pierwszy wrócił do Strefy Głodu. Ludzie nie mogą tego zlekceważyć. Muszą wziąć pod uwagę, w jak poważnej jesteśmy sytuacji.

Banan prychnął natychmiast. - Ty nawet nie wiesz, jakie rzeczy ludzie potrafią lekceważyć.

W tym samym momencie radio zatrzeszczało.

- To już? Czekaj bo... No miałeś dać sygnał. Jak to, to był sygnał?!

Słysząc zestresowany głos Pierwszego, Dziki odetchnął ciężko, a Banan prychnął. - No ładnie się zaczęło.

- Ok to mówię... Mieszkańcy Nowego Świata, nie tylko weterani, członkowie poważanych grup, ale wszyscy, którzy żyją razem ze mną w tym tak zwanym koszmarze. Jestem Pierwszy. Nie wielu z was miało okazję mnie poznać. Nie wielu z was miało w ogóle okazję mnie zobaczyć. Za to chyba większość słyszała o tym, kim jestem. A jestem człowiekiem, który nie miesza się żadne sprawy, zwykle trzyma na uboczu i pozwala rzeczą by biegły swoim torem. Dzięki temu przeżyłem w tym świecie dłużej niż ktokolwiek inny...

Przyszedł jednak moment, w którym nawet ja nie mogę stać dłużej obojętnie. Zagrożenie z Zarzecza to już nie tylko, żołnierze i Zwiadowcy. Najsilniejsi użytkownicy Pierwotnej Woli po tamtej stronie, zaczynają łamać zasady naszego świata. Jeżeli myślicie, że to, co stało się w czasie Rozbłysku, było tylko przypadkiem...to nie...nie było.

Każdy kolejny błysk będzie rozrywał nasz świat na kawałki, dopóki przywódcy Zarzecza będą istnieć. Bo przejęli nad nim kontrolę i wykorzystują go przeciw nam!

Armia Daniela rusza jutro do ataku na tamtą stronę, oni o tym wiedzą i będą przygotowani... Teraz możemy już tylko walczyć lub dać im się zniszczyć. Dlatego mimo tego, że nie chcę...STANĘ JUTRO DO WALKI RAZEM Z DANIELEM!

Wszyscy w kantynie rozejrzeli się zszokowani. Nawet Dziki nie spodziewał się takiej deklaracji, myślał, że Pierwszy nie podejmie się tego.

Będę czekał rano nad rzeką przy Aulii, na każdego chętnego! Jutro los naszego świata będzie w rękach wszystkich, którzy udadzą się na Zarzecze! Jeśli nie możecie przyjść, pomóc i walczyć! To chociaż módlcie się za nas... jeśli wierzycie jeszcze w cokolwiek! Bo to nie jest walka o władze, pieniądze i prestiż! To walka o życie każdego z nas! BIERZCIE WIĘC SWOJE ŻYCIE W SWOJE RĘCE I CHODŹCIE ZE MNĄ!




224 wyświetlenia16 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie