Krańcowo III - Rozdział XIII - Zalane miasto

Dziki nie miał już wątpliwości, że nie zdąży wrócić do Strefy Głodu przed zmrokiem. Teraz w jego głowie krążyła myśl, gdzie powinien przetrwać tę noc. Czy po tym, co działo się na mieście zaledwie parę godzin wcześniej, bezpieczniej było zaszyć się w jakimś bloku? Domku? A może lepszym wyjściem było po prostu, zdecydować się na czuwanie pod gołym niebem?

Tego ostatniego wolał za wszelką cenę uniknąć. O ile przeciwchemiczne spodnie trzymały jeszcze jako-taką szczelność, to po tylu godzinach spędzonych w wodzie jego buty miały w środku po prostu błoto. Nie mówiąc już o tym, że zaczynał naprawdę mocno przemarzać. Kolana miał sztywne, jakby były odlane z ołowiu, a zgrabiałe ręce z trudem zaciskały się w pięści. Marzył już po prostu, by ogrzać się choćby nad palnikiem gazowym w jakiejkolwiek kuchni.

Gdy poczuł już, że nie da rady iść dalej, decyzję o miejscu noclegu podjęło za niego zmęczenie. W momencie kryzysu wybrał po prostu najbliższy blok, jaki miał obok siebie. Stając przed jego klatką, szarpnął za klamkę, ale ku jego zaskoczeniu drzwi okazały się zamknięte. – KURWA NAPRAWDĘ! DZIAŁAJĄCY ZAMEK W KRAŃCOWIE! AKURAT, GDY NIE MAM SIŁY IŚĆ DALEJ! - ryknął sfrustrowany, przeskakując natychmiast do sąsiedniej klatki.

Tu również nie dopisało mu szczęście, bo ponownie trafił na zamknięte drzwi. W mieście w którym praktycznie nie sposób było znaleźć działający domofon, te dwa prztyczki od losu, przelały w nim szalę goryczy. Pchnięty wewnętrzną irytacją, momentalnie chwycił za pistolet i strzelił w zamek. Prawdopodobnie, gdyby Dziki był w tym momencie mniej zmęczony i zirytowany, nie postąpiłby tak głupio. Sam po chwili zdał sobie sprawę, że strzelanie z bliskiej odległości do kawałka metalu nigdy nie jest dobrym pomysłem.

Drzwi co prawda puściły, ale duży odprysk odbił się pod kątem, przecinając mu wierzch dłoni. Czując przeszywający ból, upuścił pistolet, który uderzył o stopień, a potem z chlupotem wpadł do wody. – Cholera jasna! – krzyknął, próbując natychmiast go wyłowić.

Gdy tylko ręka przekroczyła tafle brązowo-czarnej brei płynącej po całym mieście, Dziki poczuł jak rana, zaczyna niemiłosiernie piec. W tym momencie dotarło do niego, jak głupią rzecz właśnie zrobił. Wydobywszy pistolet, oparł się przez chwilę o drzwi. – Skup się, bo zaraz zginiesz… - powiedział do siebie.

Teraz nie miał już wyjścia. Musiał wejść do środka i koniecznie poszukać alkoholu do przemycia ręki. Od tego, co mogło pływać w tym momencie po Krańcowie, gangrena była po prostu pewnikiem.

Przechodząc przez przestrzelone drzwi, ruszył zgodnie z panującą wśród weteranów zasadą na pierwsze piętro. Klatka, na którą wszedł, była zadbana i czysta. Do tego różniła znacząco się od typowych PRL-owskich potworków, jakie miał okazję oglądać zazwyczaj. Na górę prowadziły równiutkie schody wyłożone płytkami, rękę opierało się o poręcz imitującą lakierowane drewno, a piwnica miała oddzielną towarową windę. Wysoki standard bloku od razu rozwiał tajemnice działających zamków. Na szczęście mieszkanie które postanowił sprawdzić jako pierwsze, było otwarte.

Stając w progu luksusowej kawalerki, poczuł przez chwilę jakby przyszedł oglądać mieszkanie na sprzedaż. Wszystko ciągle jeszcze pachniało nowością i nie nosiło nawet pojedynczego śladu zużycia. Tylko niedziałający od dawna laptop rzucony na łóżko i kubek ze spleśniałą kawą na szklanym stoliku, zdradzały, że miejsce miało w Starym Świecie właściciela.

Rozglądając się pobieżnie po wnętrzu, Dziki szybko dostrzegł oszkloną witrynę z alkoholem, wiszącą na ścianie udającej ceglany mur. Pomiędzy butelkami wina o zagranicznych nazwach, dostrzegł wysoko procentowy rum.

– Nada się – szepnął do siebie, otwierając przezroczyste drzwiczki.

Po chwili znoszenia katuszy, odkażania alkoholem brudnej rany, zdecydował się poszukać jakiegoś opatrunku. Cały blok wyglądał na nieszabrowany, więc była spora szansa na znalezienia jakiejś apteczki albo chociaż bandaży. Gdy chciał już ruszyć w stronę łazienki, usłyszał jednak coś, od czego włosy zjeżyły mu się na głowie.

- Dawno nie miałam gości... – stwierdził delikatny kobiecy głos gdzieś od strony wejścia.

W tym momencie Dziki uświadomił sobie, że zapomniał o drugiej najważniejszej zasadzie Weterana – ‘’Zawsze zamykaj za sobą drzwi”.

Odwracając się powoli, dostrzegł stojącą w korytarzu Heterochromitkę. Dziewczyna, mimo że przemieniona w niewykształconą, była po prostu piękna. Miała brązowe włosy, które opadały jej na czoło zawadiacką grzywką. Jej twarz była gładka i zakończona delikatnie zarysowanym podbródkiem, a czerwieniejące na tle bladej skóry drobne usta, wykrzywione były w delikatny uśmiech.

Dziki musiał przyznać, że ten widok nieco go zmieszał. Wśród niewykształconych to Heterchromici najmniej różnili się od ludzi. Gdyby nie czarne oczy i obsesyjna rządzą zabijania, praktycznie nie dałoby się ich odróżnić od zwykłego Homo-Sapiens.

Po początkowym szoku lęk prawie natychmiast go opuścił. Wiedział, że to złudne odczucie, ale jakoś nie potrafił sobie wyobrazić zagrożenia ze strony niewykształconego, wyglądającego w ten sposób. Być może przez to, że jego nieświadoma część nie potrafiła zaakceptować prawdziwej natury istoty, zawołał do niej jak do człowieka. - Mam broń! Jeżeli nie chcesz zginąć, po prostu odpuść!

Heterochromitka popatrzyła się na niego swoimi czarnymi oczami, przekręcając przy tym delikatnie głowę. – Wiem, że masz broń... Wszyscy tacy jak ty ją mają...

- A ja wiem, że nie jesteście bezrozumni. Daj mi tylko opatrzyć ranę, a sobie stąd pójdę. Znajdę inne miejsce na noc – próbował przekonać istotę, chociaż nie wiedział czy ma to jakiś sens.

Herochromitka zrobiła w tym czasie krok do przodu. – To byłoby rozsądne…- powiedziała niespodziewanie. – ...ale jest w tobie coś czego nie potrafię zdzierżyć- wyszeptała, przysuwając się bliżej. - Coś co sprawia, że sama twoja obecność jest jak niekończący się świder wiercący moją czaszkę…- dodała zbliżając się do środka pokoju.

Dziki nie czekał dłużej i chwycił za pistolet. Istota zupełnie to zignorowała i podchodząc dalej, wykrzyczała. – Ja chcę po prostu żebyś umarł!

W tym momencie nastąpił atak. Heterochromitka rzuciła się do przodu wyciągając ręce, ale zamarła natychmiast gdy lufa pistoletu wbiła się jej w czoło. Niewykształcona stała przez chwilę zezując na broń, a Dziki spróbował nacisnąć spust. Ten nie drgnął jednak nawet o milimetr. Upadek na stopień albo zalanie wodą, musiały zablokować mechanizm.

- Czemu nie strzelasz? – spytała istota, wyraźnie zdziwiona, że wciąż żyje.

- Bo nie chcę – skłamał Dziki, którego palec poczerwieniał od bezowocnej próby naciśnięcia cyngla. – Podobasz mi się…

Na twarzy Heterochromitki zagościło coś, co przypominało konsternacje. – Podobam…- wyszeptała nie pewnie, podczas gdy Dziki zgniatał rękojeść.

Zacięta broń nie chciała jednak za żadne skarby wystrzelić.

Spodziewał się, że za chwilę poczuje ręce zaciskające mu się na krtani. Zamiast tego usłyszał jednak najbardziej szokujące zwierzenie, jakie kiedykolwiek padło prawdopodobnie z ust niewykształconego. - Mam czasem coś jak sen… Tylko, że ja nigdy nie śpię. Widzę obrazy przed swoimi oczami. Chłopaka...człowieka którego ściskam, a nie chcę zabić…

- To są chyba wspomnienia… - wyszeptał Dziki, zastanawiając się jak sięgnąć niepostrzeżenie po nóż.

Istota wydawała się mocno rozkojarzona. Wykorzystanie tego było jego jedyną szansą. Powoli opuścił pistolet nie odrywając wzroku od Heterochromitki, jednocześnie sięgając drugą ręką do kabury.

- Wspomnienia? – spytała nagle istota. – Nie mam żadnych wspomnień, tylko te obrazy… - stwierdziła i zrobiła coś zupełnie niespodziewanego.

Mijając rękę z bronią wtuliła się Dzikiemu w tors. Ten stanął jak sparaliżowany. Była to chyba ostatnia rzecz która mogła się teraz wydarzyć.

- Znam to uczucie chociaż nie wiem skąd - wyszeptała gładząc go po plecach chłodną dłonią. - Wiem jak to jest, czuć na włosach twój oddech, ale nie pamiętam czemu… Wiem, jak to było gdy w środku nie miałam pustki, ale teraz mam…

Wsłuchując się w to wyznanie, delikatnie opuścił prawą rękę. Miał zamiar wykorzystać moment, szybko wyrzucić broń i złapać za nóż. Nagle uścisk Hetorochromitki stał się mocniejszy. – Ty nie masz w środku pustki…To wciąż się w tobie jarzy… To coś czego nie znoszę…

Dziki poczuł jak jego żebra wyginają się. Zrezygnował z wyciągnięcia noża i zamiast tego uderzył w głowę istoty bokiem pistoletu. Chociaż cios wydawał mu się silni, a dziewczyna drobna, uderzenie nie zrobiło na niej wrażenia.

- KŁAMCA! – krzyknęła nagle, a jej uścisk stał się jeszcze mocniejszy.

Czując, że zaczyna mu brakować tchu uderzył po raz kolejny i kolejny. Rękojeść broni momentalnie pokryła się czarną posoką, ale istota nie odpuszczała. W tym momencie następny niewykształcony wyrósł jak spod ziemi, zapewne zwabiony hałasem jaki tu robili.

Ogromny Gospodarz który za życia musiał być fanatykiem podciągania na drążku, wpadł do mieszkania z wrzaskiem. Jego koszulka na ramiączka była podarta, a na torsie brakowało mu sporego kawałka skóry. W niekrwawiącej już ranie, widać było jego przerośnięty mięsień piersiowy. Przybyła istota chwyciła Heterochromitkę za kark i odrzuciła na bok jak szmacianą lalkę.

Wyzwolony Dziki chciał już uciekać, ale Gospodarz momentalnie skupił się na nim. Potężną dłonią złapał go szyję, pozbawiając dopiero co odzyskanego oddechu. Odruchowo spróbował uderzyć w zgięcie ręki, ale niewykształcony był tak silny, że jego przedramię nawet nie drgnęło. Zdesperowany złapał w końcu za nóż i wyszarpując go z kabury, pociągnął ostrzem po nadgarstku istoty. Gospodarz nie zważając na ból, przyciągnął go do siebie i uderzył czołem, momentalnie przymraczając. Dziki poczuł, że zaraz odpłynie. W tym momencie tylko Pierwotna Wola mogła go uratować, ale zamiast żądzy mordu, czuł tylko strach.

Nagle do dusiciela doskoczyła Heterochromitka. Wgryzając się w jego przedramię wysyczała przez zaciśnięte zęby. – ZOSTAW!

W pewnym momencie musiała chyba przegryźć ścięgna, bo uścisk się rozluźnił, a dłoń potwora zawisła bezwładnie.

Uwolniony Dziki chciał już uciekać w stronę wyjścia, ale w drzwiach dostrzegł kolejnego Gospodarza. Zawrócił więc natychmiast wybiegając na balkon.

W tym czasie jego oprawca chwycił Heterochromitkę za głowę, odrywając ją od swojej ręki razem z ogromnym kawałkiem mięsa. Chwilę po tym z wściekłym rykiem cisnął przemienioną dziewczyną o ścianę. Istota osunęła się jak bez życia, a Gospodarz natychmiast spojrzał w stronę Dzikiego, który stał już przy barierce balkonu.

Spoglądając przerażony w dół, próbował się przekonać, że musi skoczyć. Pierwsze piętro okazało się jednak znacznie wyższe niż wyobrażał sobie na początku. Nie potrafił zrozumieć jak weterani uważają, że można z niego uciekać w ten sposób.

Słysząc za plecami dźwięk tłuczonego szkła, zrozumiał, że nie może dłużej czekać. Biorąc głęboki oddech, przeskoczył na drugą stronę barierki, po czym zsunął się po niej, jak najniżej tylko mógł. Wisząc nogami na wysokości parteru, zbierał w sobie odwagę, by w końcu puścić. Gospodarz wyjrzał w tym czasie od góry, rozglądając się za nim. Dziki wiedział, że nie ma innego wyjścia. Zamykając oczy, odpadł od barierki.

Jego lot w dół nie trwał nawet sekundy. Niemal natychmiast poczuł jak uderza o zalany skwerek przed blokiem. Ból kostek, kolan i kręgosłupa po prostu go zamroczył. Oszołomiony runął na plecy, a brudna breja zaczęła zalewać mu uszy.

Ten nagły chłód na głowie nieco go otrzeźwił. Zaciskając z bólu zęby, usiadł wspierając się rękoma.

Tuż przed sobą zobaczył przestrzelone drzwi i klatkę, do której przed chwilą wchodził. Echo wydobywające się z niej świadczyło, że dwóch Gospodarzy i Heterochromitka, to nie byli jedyni niewykształceni w tym miejscu. Nim zdążył się poruszyć, w wejściu stanęła grupa Gospodarzy. W tym ten, który próbował udusić go na górze.

Dziki popatrzył na nich przestraszony. Szybko uświadomił sobie jednak, że Gospodarze poza nocą latarni nie mieli zwyczaju opuszczać miejsca swojego zamieszkania. Podnosząc się powoli, poczuł wodę, wlewającą się przez niezapiętą kurtkę do wnętrza jego spodni. – Cudownie… - westchnął, spoglądając w niebo, które zdążyło w tym czasie zrobić się granatowe.

Gdy miał już ruszać dalej, usłyszał pluśnięcie, które naprawdę mocno go zaniepokoiło. Spoglądając w stronę klatki, dostrzegł jak jeden z Gospodarzy, zaczyna wystawiać nogę na skwerek.

– Nie... KURWA NIE!!! - przeklął, czując przelewającą mu się w środku rozpacz.

Gospodarze widząc co robi ich kompan, zaczęli przepychać się chwilę przed wejściem. W końcu jeden z nich został w trakcie tej szamotaniny wyrzucony na zewnątrz. Istota stanęła jak zamrożona, ale Dziki nie czekał na dalszy ciąg wydarzeń. Obracając się w stronę miasta, chciał po prostu uciec. Gdy jednak spróbował biec, jego kostki przeszył tak rozdzierający ból, że po raz kolejny wylądował w wodzie.

W tym momencie po prostu się przeraził. Jego broń nie działała, był zbyt słaby, by walczyć, a bojąc się jak teraz, nie miał szans przebudzić swojej Pierwotnej Woli. Po raz kolejny zrozumiał, że śmierć wyciąga po niego ręce. Serce waliło mu jak oszalałe, a do oczu nabiegły łzy bezsilności. Wtedy też stało się coś dziwnego. Mimo że nie wykrzesał z siebie najmniejszej żądzy mordu, zaczął odczuwać błędy. Strach, który go owładnął był dość silny, by otworzyć mu furtkę do korzystania z nich. Było to jednak coś sprzecznego z jego Pierwotną Wolą. Strachu nijak nie dało się wpisać w emocję pokrewną, jego żądzy zabijania. Przed takimi sytuacjami przestrzegał go zresztą Pierwszy, tłumacząc, że prowadzą prosto do rozmycia... ale czy miał teraz inne wyjście?

Gospodarze wybiegali z klatki. Słyszał, że są coraz bliżej. Teraz to był wybór między rozerwaniem przez niewykształconych natychmiast albo rozmyciem od defektu później. Dziki wybrał ''później”.

Podnosząc się na nogi, dał się ponieść tej ''niewłaściwej'' Woli. Ból minął niemal natychmiast, a do przodu wystrzelił z taką szybkością, jakby był sportowym motocyklem.

Przebiegając błyskawicznie przez dwie ulice, poczuł mimo wszystko, że za chwilę nie da rady. Odpalenie się błędów rozbudziło w nim nadzieję, a ta niemal natychmiast zwalczyła strach. Gospodarze jednak nie odpuszczali. Rozglądając się po okolicy, szukał jakiegokolwiek miejsca, by móc się schronić chociaż przez chwilę. Wtedy do jego uszu dobiegł odgłos wystrzałów. Ponieważ uciekał właściwie na oślep, nie zauważył nawet, że zbliżył się do Bajkolandi. To mogła być jego szansa. Wybiegając spomiędzy bloków na główną drogę, ruszył prosto w kierunku Faktorii Siwego.

Im bliżej celu był, tym głośniejsze stawały się wystrzały. Faktoria musiała w tym momencie odpierać naprawdę potężny atak. Z oddali dostrzegał już jej dach i rozbłyski na tle ciemnego nieba. Po kilku kolejnych sekundach wypadł na ulicę pełną niewykształconych. Ze świetlików budynku wystawały lufy karabinów, ostrzeliwując salwami okolicę.

Gdy był zaledwie kilka metrów od Bajkolandii, usłyszał w głowie przeraźliwy gwizd. Wiedział już, że nie ma w sobie dość silnych emocji, by pobudzać wolę, a mimo to ciągle używa błędów. Teraz groziło mu już natychmiastowe rozmycie. Przemykając między niewykształconymi, doskoczył do drzwi, waląc w nie pięściami. – SIWY! TU DZIKI! WPUŚĆ MNIE! SŁYSZYSZ! WPUŚĆ!

Nikt mu nie odpowiedział, nie słyszał też nikogo po drugiej stronie drzwi. Może go nie usłyszeli? Odgłosy broni wypełniały okolice. Gwizd w głowie nasilał się, Dziki czuł się dokładnie tak jak tuż przed błyskiem. Z ledwością utrzymywał przytomność, a ostatkiem sił ledwo już uderzał we wrota. - Siwy... Wpuść...Mnie!

Gospodarze, którzy ścigali go od bloku, nie zgubili się wcale w panującym chaosie. Podążając jego śladami, jak po sznurku ruszyli w stronę wejścia. Opierając plecy o metalowe drzwi, osunął się powoli w wodę. Ostatnim przebłyskiem świadomości, zobaczył przed sobą Zjawę. - Dlaczego przed śmiercią widzę akurat ciebie? - wyszeptał.

- Zamknij się!- krzyknęła dziewczyna, a Dziki zobaczył przed oczami błysk.

***

Gdy do Dzikiego wróciła w końcu świadomość, nie był nawet w stanie otworzyć oczu. Nad swoją głową usłyszał podenerwowane rozmowy.

- Wiedziałeś o tym? - spytał jakiś znajomy męski głos.

Po chwili poczuł, jak ktoś podnosi przykrywającą go kołdrę.

- Nie... nigdy nic mi nie mówił...- odparł przesłodzony ton, bez wątpienia należący do Siwego.

- Ja wiedziałam! - krzyknęła Zjawa. - Ma,to na co zasłużył! Idiota pieprzony! I pomyśleć, że się dla tego palanta tyle razy narażałam...

- Nie bądź dla niego zbyt surowa moja droga - skarcił ją właściciel Faktorii. - Pamiętaj, że trwa zawieszenie broni. Obecnie to nie Daniel i Armia są naszym zmartwieniem.

- Siwy ma rację Zjawo - stwierdził znajomy głos z początku. - Świat nie wygląda już tak, jak w momencie bitwy pod cegielnią. Dzikiemu trudno się akurat dziwić, że chciał walczyć z Zarzeczem...

- Ty nie byłeś z nami na Zarzeczu i nie widziałeś co tam odpierdalał! Za samo to powinnam go była zostawić za tymi drzwiami! - warknęła dziewczyna.

Dziki nie miał dłużej zamiaru udawać, że wciąż jest nieprzytomny. Otworzył powoli oczy i natychmiast zauważył, że leży w swojej dawnej kwaterze, którą zajmował gdy pracował w Faktorii. Tuż nad jego łóżkiem stały trzy postacie. Właścicielem znajomego męskiego głosu, okazał się były lider Wspólnoty, Krzak.

- O zdrajca się przebudził...- stwierdziła ironicznie Zjawa. - Jak się czujesz? Podać herbatkę? Kaczkę? A może piąchę w mordę?

- Uspokój się... - westchnął Krzak, kręcąc głową na swoja towarzyszkę.

Ta czując, chyba że nie zarazi pozostałych swoją niechęcią, podniosła się i wyszła obrażona z pokoju. Gdy tylko Zjawa opuściła pomieszczenie, Siwy położył Dzikiemu rękę na czole, a Krzak spytał. - Dziki, to teraz już poważnie jak się czujesz?

Ten dopiero teraz uświadomił sobie, że jak na to, co przeszedł nie było z nim wcale źle. Po dwukrotnym duszeniu, upadku z pierwszego piętra i nadużywaniu Pierwotnej Woli, powinien w najlepszym przypadku wić się teraz bólach. Z jakiegoś powodu nie czuł jednak nawet delikatnego dyskomfortu. Myśląc o tym chwilę dłużej, z przerażeniem stwierdził, że tak naprawdę nic nie czuje.

Podrywając się na łóżku, zerwał z siebie kołdrę i dostrzegł coś, od czego go zmroziło. Był niemal całkiem pokryty defektem. Jego brzuch był idealnie gładki, nie miał na nim pępka, sutków, ani chociaż jednego włosa. Stopy miał ledwo zarysowane jak u plastykowej lalki i to jednej z tych tańszych. Na palcach rąk nie ostały mu się też żadne paznokcie.

- Co z moją twarzą? - spytał natychmiast.

- Na szczęście jest wyraźna skarbie - westchnął Siwy, podając mu lusterko. - To by była dopiero strata, gdyby ta piękna buźka się rozpłynęła.

Dziki spoglądając w swoje odbicie odetchnął ciężko. - Przynajmniej ubrany wciąż jeszcze mogę uchodzić za ''człowieka”.

- Co się właściwie stało? - spytał Krzak.

Dziki podrapał się nieczułą ręką po głowie. - Wpadłem w sytuację bez wyjścia i użyłem błędów żeby się ratować...

Siwy i Krzak popatrzyli na siebie znacząco. - Myślę, że większość chorujących na defekt uraczyłaby nas podobną historią - stwierdził właściciel Faktorii. - Nie mniej skarbie, dlaczego jesteś jak Dix? Chyba nie powiesz, że złapałeś to od niej? - spytał po chwili z odrazą.

- Nie...- odparł Dziki. - Sam się tak urządziłem...

Teraz gdy już trochę oprzytomniał, doszło do niego co nie pasowało mu w całej tej sytuacji. - Krzaku co tu właściwie robicie? Ty i Zjawa? - spytał, szczerze zdziwiony.

- To przez Rozbłysk. Sojusz Bloków mocno oberwał. Boruta wysłał nas, żebyśmy kupili u Siwego zaopatrzenie by jakoś przetrwać najbliższych kilka dni. Gdy tu dotarliśmy zaatakowali Gospodarze - wyjaśnił pośpiesznie mężczyzna. - A ty? Co tu robisz? Chyba Daniel nie planuje tu czegoś głupiego? - spytał podejrzliwie, wpatrując się w Dzikiego jakby chciał wyczytać czy powie prawdę.

- Nie! Jestem po tej stronie miasta z własnej woli. Byłem sprawdzić co z Mike'm i pozostałymi...- wyjaśnił natychmiast.

Był to chyba pierwszy moment w którym poczuł wstyd, z powodu przyłączenia się do Armii. Krzak był jedną z tych osób, które szanował ponad wszystko. Rozczarowane spojrzenie byłego lidera, byłoby dla niego niewyobrażalną karą. Na szczęście dużo bardziej od wyrzucania nowej przynależności Dzikiego, mężczyzna zainteresował się swoim byłym towarzyszem.

- Kontaktowałeś się Mike'm? Co z nim? Co z chłopakami? - spytał przejęty, całkiem zapominając o podejrzeniach sprzed chwili.

- Skontaktowaliśmy się przez radio. Były straszne zakłócenia, ale chyba wszystko z nimi w porządku... - odparł Dziki.

Krzak słysząc to odetchnął z ulgą, przez jego twarz przebiegł też prawie niezauważalny uśmiech. Dziki pomyślał, że warto byłoby wspomnieć mu o jeszcze jednej rzeczy. - Za to Wspólnota nie ma się już tak dobrze...

- Słyszeliśmy ploteczki przez radio - wtrącił Siwy.- Naprawdę jest tak źle jak mówią?

- Wspólnoty nie ma - westchnął Dziki. - Mury są zniszczone, a większość ludzi uciekła. Szara na spółkę z Defektem zabunkrowali się w jednym z budynków i zajmują się rannymi...

Krzak słysząc to próbował zachować kamienną twarz, ale jego oczy zrobiły się przez chwilę całkiem puste. Mimo, że mężczyzna został skazany na banicje, budował Wspólnotę własnymi rękoma. Wiadomość o jej zniszczeniu musiała nim wewnętrznie wstrząsnąć.

- Siwy, wygląda na to, że będziemy u ciebie gościć do rana - stwierdził Krzak siląc się na chłodny rzeczowy ton, ale żal dało się usłyszeć gdzieś w głębi jego głosu. - Skoro już ze Zjawą dokładamy ci się do trzech, pozwolę sobie wziąć na siebie chociaż nocną wartę. Niech twoi chłopcy trochę odpoczną, dam wam znać jeśli coś będzie nie tak - zaproponował, podnosząc się. - Wracaj do zdrowia Dziki - dodał na koniec i wyszedł z pomieszczenia.

- Ty też odpoczywaj skarbie...- westchnął Siwy. - Gdybyś czegoś potrzebował, kredycik masz u mnie zawsze otwarty.

- Siwy...- zagadnął Dziki. - Jest właściwie jedna sprawa, tylko nie bardzo mam ci teraz czym zapłacić...

- Mów skarbie - zachęcił go właściciel Faktorii.

- Mój pistolet się zaciął. Chyba coś jest nie tak z mechanizmem...

Siwy zerknął na komodę, gdzie poskładane były rzeczy Dzikiego. Biorąc kaburę do ręki wyciągnął z niej broń. - Nie przejmuj się tym skarbie. Zaraz dam go któremuś z chłopców, żeby się przyjrzał co jest nie tak. A ty spróbuj się przespać...

Gdy tylko właściciel faktorii wyszedł z pomieszczenia, Dziki ułożył się na boku. Z jakiegoś powodu w ogóle nie był jednak zmęczony. Poleżał kilka minut z zamkniętymi oczami, a do jego mózgu powoli docierał stan, w jakim się znalazł. Większość jego ciała była jak odrętwiałą. Nie czuł bólu, chłodu, otulającej go kołdry, zupełnie nic. Nie mogąc znieść tej świadomości, poderwał się z łóżka i zaczął chodzić po pokoju. To powodowało jeszcze większy dyskomfort. Ponieważ tylko głowa i szyja nie były pokryte defektem, czuł się jak świadomy balonik przyczepiony do obcego ciała, które wykonywało po prostu jego polecenia.

Podchodząc do swoich rzeczy, dostrzegł kaburę z nożem. Wyciągając ostrze usiadł z powrotem na łóżku, po czym zaczął wiercić sobie dziurę w nodze. - No dalej...- wyszeptał, wpychając czubek noża co raz głębiej. - Przecież tam musi coś być...

Ostrze weszło jednak gładko, nie wywołując przy tym żadnego odczucia. Gdy tylko je wyciągnął, nie krwawiąca rana natychmiast się zarosła. - Świetnie...- warknął.

Czyli od ciężkiego defektu dzieliło go już naprawdę nie wiele. Zastanawiał się mimo wszystko, czy przez wpływ Białego, ma trochę więcej czasu, niż pozostali cierpiący na te chorobę. Czy może tak jak u Dix, jeśli nie będzie używał błędów, defekt się nie posunie? Wiedział, że na to pytanie nie uzyska natychmiastowej odpowiedzi. By trochę uciec myślami, postanowił, że zamiast bezsensownie leżeć na łóżku, przejdzie się po faktorii.

Gdy wyszedł na główną halę, większość pracowników spała. Od strony warsztatu dochodziły co prawda jakieś pojedyncze dźwięki, ale nie był to harmider jaki panował tu zazwyczaj. Mijając część handlową, przeszedł po prowizorycznych rusztowaniach do świetlików nad dachem. Tam dostrzegł Zjawę wpatrującą się przez okno.

- Jeżeli nie chcesz oberwać, to lepiej stąd zjeżdżaj - warknęła dziewczyna, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.

Dziki opuścił ze wstydem głowę. Zjawa może nie zaliczała się nigdy do jego przyjaciół, ale na Zarzeczu wyratowała go z niejednej opresji. Właściwie, gdyby nie ona, sam nie był pewien, czy daliby radę uratować Oli. Słysząc, z jaką pogardą się do niego odnosi, poczuł się naprawdę źle. - Wiem, że zawiodłem...

- To dobrze, że jesteś tego świadomy - wtrąciła dziewczyna, spoglądając na niego z wyrzutem. - Wiesz co? Gdyby ktoś zaryzykował dla mnie tyle, ile Pierwszy zaryzykował dla ciebie... Ja nigdy... NIGDY bym go nie zawiodła!

Dziki podszedł, siadając obok niej. - Wiem... Myślisz, że nie jest mi wstyd?

- Myślę, że nie - odparła dziewczyna. - Myślę, że ty uważasz, że miałeś do tego prawo. Zauważyłam to już, że uwielbiasz się usprawiedliwiać. I pomyśleć, że on miał cię za dobrego człowieka... Zresztą ja też miałam...- prychnęła, rzucając kawałkiem oderwanego ocieplenia o szybę.

- Byłem dobrym człowiekiem, to ten świat...- zaczął tłumaczyć się Dziki.

- Ten świat, ten świat... Wymówki i wymówki. Słuchałeś w ogóle tego, co mówił do ciebie Pierwszy? Jakby przewidywał, że ci odpierdoli... Wiesz co? Ja nie jestem dobrą osobą! A mimo tego, nie zabiłam nikogo, kogo nie musiałam! Nie bawiłam się w niczyjego sędziego i kata! Ba Boruta chciał dla mnie wypruć flaki z Lance'a, ale go powstrzymałam. Mimo tego, że zostawił mnie na śmierć...

Dziki popatrzył przez okno. Lampy faktorii oświetlały drogę, na której leżały ciała niewykształconych. Ten widok przywiódł mu na myśl światła garażu, pokrywające blaskiem trupy ludzi, zabitych przez niego tej feralnej nocy. - Ty jesteś dobrą osobą...- wyszeptał w końcu. - Tak jak Pierwszy jest dobry... Z naszej trójki tam, to ja byłem tym złym - stwierdził rozgoryczony. - Wiesz co? Czasem zastanawiam się, czy ja naprawdę kiedykolwiek byłem dobrą osobą... Czy po prostu byłem taki bo tego mnie nauczono... Nie mniej źle mi z tym, że was zawiodłem. Przykro mi, że nie byłem wtedy w stanie żałować się Elemisa, przykro mi, że was naraziłem... przepraszam... - wyszeptał, Dziki a łzy mimowolnie nabiegły mu do oczu.

Widząc to mina dziewczyny nieco złagodniała.- Ech. Może pod tą warstwą głupoty, kurewstwa i użalania się nad sobą, jest jeszcze kawałek człowieka - westchnęła. - Jak się w ogóle trzyma Oli? - spytała, zmieniając temat.

- Gdy ostatni raz ją widziałem, nie było dobrze. To co stało się na Zarzeczu, po prostu ją zniszczyło - odparł Dziki, czując gorycz w gardle.

- Szkoda mi jej. Z tego co słyszałam to była fajna dziewczyna. Nie zasłużyła sobie na to... nie wyobrażam sobie jaka dziewczyna w ogóle by na to zasłużyła - stwierdziła Zjawa, opuszczając na chwilę głowę. - A tobie co odbiło z tą Armią? - spytała po chwili.

- Chciałem walczyć z Zarzeczem, a nikt inny się nie kwapił.- odparł Dziki.

- Bo każdy liczył, że wykrwawią się razem z Armią. Gdybyś trochę poczekał, znalazło by się więcej miejsc. Boruta już zaczął szykować ludzi do obrony... - zaczęła pewnie, po chwili jednak spuściła z tonu. - Tylko teraz się to trochę pokrzyżowało.

- Przez Rozbłysk? - spytał Dziki.

- Ta... Dostaliśmy przez niego po dupie. Mam przynajmniej nadzieję, że Daniel oberwał równie mocno - dodała z wyraźną nadzieją.

- Zawiodę cie, ale nie. H- Market jest właściwie nietknięty. To już ataki z Zarzecza przyniosły większe straty. Martwić się jednak nie musicie, Daniel jest obecnie tak skoncentrowany na Zarzeczu, że nie dba o nic innego... - stwierdził pewnie Dziki.

W tym momencie dźwięk wystrzału dochodzący z zewnątrz przerwał ich rozmowę. Oboje zeskoczyli z rusztowania na dół i pobiegli w stronę wejścia.

- Krzaku, co się dzieje? Znowu atakują? - spytała natychmiast dziewczyna.

- Nie mam pojęcia.- odparł mężczyzna. - Ktoś strzelił pod drzwiami...

Nagle ów ''ktoś'' zapukał do wrót faktorii. Siwy pojawił się po chwili z postawionymi na nogi Grobelnymi. Uzbrojeni w pistolety maszynowe mężczyźni wymierzyli natychmiast w stronę drzwi.

- Kim jesteś? - zawołał Siwy, nie próbując nawet brzmieć w swój cukierkowy sposób.

- Człowiekiem - odparł głos za drzwiami.

- Mnie to nie uspokoiło - stwierdził Krzak. - Chcesz żebym otworzył? - zapytał właściciela faktorii.

- A jeżeli to ktoś z Zarzecza... - stwierdził niepewnie Siwy. - Odejdź! Wiesz, że obecnie trudno odróżnić przyjaciela od wroga. Nie wpuszczamy nikogo obcego.

- Nie jestem dla ciebie obcy...- zawołała postać za drzwiami. - Bo handlowałem z tobą, zanim ktokolwiek inny handlował...

- O jejciu...- zawołał Siwy.

Po chwili zupełnie niespodziewanie doskoczył do drzwi, żeby je otworzyć.

Tajemniczy przybysz wszedł do środka, wywołując nie małe poruszenie.

Zjawa która stała na przodzie dobiegła do niego, rzucając mu się na szyję. - PIERWSZY! - zawołała, po chwili jednak odskakując jak oparzona. - Przepraszam... Zapomniałam, że jesteś z tych niedotykalskich.

- Ciebie też dobrze widzieć całą - odparł, kładąc dziewczynie rękę na ramieniu.

***

Pierwszy siedział u szczytu stołu. Obok niego zgromadziła się większość personelu faktorii. Dla wielu z nich mężczyzna był postacią wręcz legendarną. Niektórzy szeptali do siebie wskazując palcem na jego uniform. Inni przyglądali się jego broni, a mężczyzna miał na sobie istny arsenał. Dzikiego zastanawiało zaś, co skłoniło jego kompana do pojawienia się w ''publicznym'' jak nie patrzeć miejscu. Podobne pytania musiały krążyć w głowie Krzaka, bo przyglądał się gościowi badawczo nie mówiąc ani słowa.

Siwy wyszedł w tym czasie z magazynu stawiając na stole czarną kawę. - Bez cukru i mocna, tak jak lubiłeś...- zapiał, dosiadając się do stołu.

- Nie przyszedłem na kawę, ale chyba nie odmówię - stwierdził Pierwszy zsuwając maskę.

To był ten moment w którym większość ludzi spotykał największy zawód. Legendy jakie krążyły o jego osobie sprawiały, że wszyscy wyobrażali go sobie jako kwadratoszczękiego supermena. Tym czasem Pierwszy miał w istocie twarz styraną i wiecznie zmęczoną. Nie było więc nic dziwnego w tym, że większość szeptów jakie wyłapał Dziki wśród pracowników Faktorii, brzmiało – To naprawdę jest Pierwszy?

Mężczyzna złapał łyk kawy, a jego oczy otworzyły się szerzej. Siwy który wpatrywał się w niego z mieszaniną lęku i niepewności spytał w końcu. - To co cię właściwie sprowadza?

To był dla Dzikiego drugi szok. Siwy rozmawiał z Pierwszym całkiem normalnie, zwyczajnym głosem, bez zmiękczania wyrazów...

Przybysz złapał kolejny łyk kawy nim odpowiedział w końcu. - Mam coś do przekazania dla całego Centrum i w sumie to nawet dobrze się złożyło, że są tu ludzie Sojuszu Bloków. Oszczędzi mi to drogi. - stwierdził, naciągając maskę na twarz.

- Co takiego chcesz przekazać? - spytał Krzak, spoglądając badawczo na mężczyznę.

- To na co musicie się wszyscy przygotować... - westchnął Pierwszy, prostując się na krześle. - Dawno temu obiecałem sobie, że nie zaingeruję już w żadną sprawę związaną z Krańcowem. Miałem już dość zbierania negatywnych konsekwencji każdego działania, które wsparłem swoimi czynami. Nowy Świat jest dostatecznie mrocznym miejscem bez mojego udziału.

- Słabo ci to nie ingerowanie wychodzi...- wtrąciła Zjawa, uśmiechając się.

- Zauważyłem...- odparł Pierwszy. - Dlatego, też jestem tu dzisiaj, by wyjaśnić wam, dlaczego musicie się wszyscy zjednoczyć.

- Wszyscy? - dopytał Krzak. - Mógłbyś być bardziej precyzyjny?

Pierwszy popatrzył na niego przez szkła w masce. - Dokładnie, wszyscy... Armia Daniela, Sojusz Bloków, Faktoria Siwego i Grobelni, Wolni Weterani, Myśliwi z Lasu Ludzi i każda inna grupa jaka istnieje w Centrum. To dla was kwestia przeżycia...

Siwy podniósł znacząco jedną brew, a Krzak popatrzył na mężczyznę ironicznie.- Żeby do tego doszło, musiałby się zdarzyć cud - stwierdził rzeczowo. - Nawet frakcje które nie walczą ze sobą, nie mają w zwyczaju nawiązywać trwałej współpracy. Natomiast przekonać kogoś do narażenia się i walki to coś niemożliwego.

Pierwszy kiwnął głową na znak, że rozumie. - Wiem, ale wszyscy muszą się dowiedzieć, że to co się stało podczas ostatniego błysku, to nie był przypadek. Zasady panujące w świecie nie zmieniły się od tak. Stoi za tym najpotężniejszy użytkownik błędów po stronie Zarzecza, Smutny.

- Co? - wykrzyknęli jednocześnie Dziki i Zjawa. - To jego sprawka?

- Tak, wygląda na to, że udało mu się przejąć kontrolę nad Błyskiem...- odparł Pierwszy.

- Jak to w ogóle możliwe...- spytał przerażony Siwy.

- Błysk to błąd jak każdy inny, więc można na niego wpłynąć dostatecznie Potężną Pierwotną wolą - odparł mu zamaskowany mężczyzna. - To, co widzieliście ostatnio, to był jedynie przedsmak tego, co czeka nas tutaj w przyszłości. Smutny dopiero się uczył. Poza tym chciał wykorzystać fakt połączenia się Centrum i Zarzecza, by usunąć nieprzyjemne zasady panujące po tamtej stronie. Miał więc ograniczony czas, a mimo to zdołał zniszczyć ogromną część miasta i sprawić, że nasi niewykształceni łamią zasady, na których się tu wychowaliśmy. W czasie następnego Błysku, gdy będzie już mógł skupić się tylko na nas, Centralne Krańcowo zostanie zniszczone...

Słuchacze zamarli. Krzak spuścił głowę pogrążając się w zadumie, Zjawa zasłoniła usta nie kryjąc nawet przerażenia, Siwy pobladł zupełnie wpatrując się bezmyślnie w stolik.

- Mamy w ogóle jakieś szansę? - spytał Krzak.

- Jedną. Wasz wspólny atak na centrum i zabicie Smutnego...- odpowiedział natychmiast Pierwszy.

- Jeżeli jest tak potężny jak mówisz, czy to w ogóle możliwe? - dopytała Zjawa.

- Znam tylko jedną osobę która może tego dokonać, Daniela. On nie ruszy się jednak nawet o krok, jeśli będzie myślał, że mu zagrażacie - odparł Pierwszy.

- Daniel podejmie się współpracy? Ostatnio nie wyglądał jakby interesował go sojusz z nami...- zripostował mu Krzak.

- Przekonam go do niej. Jutro rano wrócę razem z Dzikim do Strefy Głodu. W tym czasie wy musicie roznieść wieść dalej. Każdy z Centrum musi zrozumieć, że albo weźmie w tym udział albo wszyscy zginiecie...

- Chyba zginiemy - wtrącił Siwy.

- Smutny nie podniesie na Pierwszego ręki - wtrąciła Zjawa. - Bo drugą osobą która mogłaby go pokonać jest właśnie Pierwszy.

Wszyscy spojrzeli teraz na mężczyznę. - Czemu więc ty nie pójdziesz z nami? Ludzie chętniej ruszą do boju z legendą Krańcowa przy boku, niż z Danielem którego nienawidzą. Sama wzmianka o tobie może nakłonić rzeszę ludzi do współpracy...Chyba się nie boisz? - spytał podejrzliwie Krzak.

- Przez zależności woli nie jestem w stanie zacząć z kimś walki, a Smutny jest tego świadom i nigdy nie zaatakuje mnie pierwszy... Zresztą, ja mogę zawsze uciec z Centrum. Próbuję pomóc wam, ale nie mam zamiaru za was walczyć...- odparł chłodno mężczyzna.

- Czyli albo przekonamy wszystkich ludzi w Centrum do Współpracy, albo cały nasz świat legnie w gruzach - stwierdził Siwy.

- Mniej więcej... Oczywiście nie mówię, że wszyscy mają podporządkować się Danielowi. To byłoby nawet nierozsądne i doprowadziło do innego rodzaju tyrani. Moglibyście jednak zaatakować Zarzecze w tym samym czasie. Jeden atak na różne miasta, bez szczególnego pomagania sobie. Tak by Armia była w stanie dotrzeć do Magistratu. Na to chyba ludzie w Centrum będą w stanie przystać...

Słysząc słowa Pierwszego wszyscy zgromadzeni opuścili głowy w geście utraconej nadziei.

- Bez względu na wszystko Armia musi wyruszyć. Czas mamy tylko do następnego Błysku...- dodał na koniec.