Krańcowo III - Rozdział XI - Pięść Daniela

Pomoc w zdobyciu strojów ochronnych oraz chloru zapewniła Dzikiemu znacznie wyższą pozycję w Armii, niż spodziewał się na początku. Wyglądało na to, że Daniel od dłuższego czasu przygotowywał się do kontrofensywy i tworzył do tego zupełnie nowy oddział specjalny, którego szeregi Dziki zasilił po wykonanej misji.

Zgodnie z tradycją panującą w Strefie Głodu, po awansowaniu do szczebla wyższego niż Bandera, miało się prawo do jednego życzenia, które Daniel zobowiązywał się w ramach swoich możliwości spełnić. Ponieważ Dziki, nie bardzo wiedział, o co właściwie mógłby poprosić wodza Armii, dlatego zdecydował się po prostu na przyjęcie apartamentu. Było to zresztą najpopularniejsze życzenie wśród niezdecydowanych.

Budząc się w pustym pokoju, otulony pachnącą kołdrą, z białym czystym sufitem nad głową, znowu poczuł tęsknotę za starym światem. Tylko, że w Starym Świecie ze swoją pensją nigdy nie mógłby sobie pozwolić na tak luksusowy dom. Od momentu pojawienia się po błysku nigdzie nie wyspał się tak dobrze, jak tutaj. Gdy jeszcze mieszkał we Wspólnocie, rarytasem była dla niego niewyleżana karimata. Podczas podróży autobusem, za szczyt luksusu uważał wyspanie się na podłodze podczas postoju. Przez krótki okres pobytu w Zwrotnicy dostał co prawda własne łóżko, ale ciasny pokój dzielił z dwoma towarzyszami, których poranne wyziewy, skutecznie odbierały całą przyjemność ze spania.

Zamykając oczy, pomyślał o tym, jakby to było, gdyby jednak nie posłuchał Kuby i razem z Tyzakiem, przybył do Armii. Ile dziwnych i chorych sytuacji nigdy nie miałoby miejsca, ile osób wciąż mogłoby żyć. Przez chwilę poczuł, jak niechęć do jego byłego lidera znowu zaczyna go pochłaniać.

- Starczy tego... – warknął sam na siebie.

Analizowanie tego co by było gdyby, nie miało szans na przywrócenie nikogo do życia, za to skutecznie psuło nastrój.

Zamykając oczy, Dziki spróbował ponownie usnąć, ale w tym samym momencie usłyszał jakieś poruszenie dobiegające z kuchni. Sprzątaczka miała co prawda klucze do jego mieszkania, ale nigdy nie przychodziła tak rano. Zdenerwowany chwycił za pistolet schowany pod poduszką i zrzucając z siebie kołdrę, ruszył w stronę drzwi.

Po ich otwarciu, przez chwilę oślepiła go jasność. Szczelnie zasłonięte rolety w sypialni, nie wpuszczały nawet odrobiny światła, więc to nagłe wyjście do jasnego salonu, musiało zostać ukarane.

Dziki mrugał przez chwilę, próbując przyzwyczaić oczy do tego, że już jest dzień. W niewyraźnych rozmazanych konturach mieszkania dostrzegł postać siedzącą przy jego stoliku jadalnym.

- Elza… cholera jasna… Mówiłem, żebyś nie wchodziła tu bez zaproszenia. – zawołał oburzony, dostrzegając w końcu rudowłosą dziewczynę, przeglądającą ze znudzeniem jego rzeczy.

- To niegrzeczne tak mówić do swojego dowódcy! Zresztą zrobiłam ci kawę, więc, zamiast się pieklić lepiej podziękuj… - stwierdziła, zerkając na niego kątem oka. – Fajne majtki! – zawołała nagle, spoglądając bezczelnie w pół nagość Dzikiego.

Ten jęknął zirytowany, cofając się z powrotem do pokoju by założyć spodnie.

Elza była jedną z pierwszych nowych osób, jakie miał okazję poznać w Strefie Głodu. Między innymi dlatego, że to ją właśnie predestynowano do objęcia dowództwa nad nowo tworzonym oddziałem, w którego skład wchodzić mieli ochotnicy weterani. Ich przyszła liderka nie była jednak weteranką. Z tego, co zdołał się dowiedzieć, była ona pierwszą i jedyną dziewczyną, która osiągnęła status ‘’Brata”. Dziki myślał z początku, że było to związane z jej umiejętnością posługiwania się błędami, potem doszło do niego, że Elza wybrała poznanie tajemnicy błędów jako życzenie już po awansie. Pogłoski chodziły, że sam Daniel pomógł jej wybudzić Pierwotną Wolę i szkolił w jej tajnikach.

Wciągając na siebie szare dresy, Dziki wyszedł z powrotem do salonu. Jego nieproszony gość mimo szczerych nadziei nie opuścił w tym czasie jego kuchni i obcesowo przeglądał jego rzeczy. - Zawiodłeś mnie… - westchnęła nagle, uderzając czołem o blat stołu. – Wygięłam dwa wytrychy, żeby otworzyć ten twój penthouse, a ty nie masz ani jednej ciekawej rzeczy…

- Rozjaśniłaś mi właśnie jedną rzecz. Do tej pory ciągle się zastanawiałem, dlaczego nie zamknąłem wieczorem drzwi… - stwierdził ironicznie Dziki, dosiadając się do stolika.

Dziewczyna zupełnie zignorowała jego nieprzyjemny ton i łapiąc dwoma rękoma za kubek, zwinęła się na krześle. – Ktoś, kto niby przeżył tyle przygód, powinien mieć masę pamiątek, a ty nawet nie zdjąłeś z półek zdjęć poprzednich właścicieli. – wymamrotała niesprawiedliwie oburzona.

- Koszmary dręczą mnie w nocy, nie potrzebuję przedmiotów, które miałyby mi o nich przypominać w dzień…- prychnął Dziki, biorąc do ręki stojącą na stoliku kawę. Ponieważ kubek był zimny, doszło do niego, że dziewczyna buszowała po jego domu co najmniej od godziny.

- Reszta chłopaków nie jest tak zdepresjonowana jak ty. Każdy z nich coś ma, jakieś zdjęcia, zabawki, albo chociaż ulubioną koszulkę… - wytknęła mu dziewczyna, zerkając podejrzliwie spod grzywki.

- Przynajmniej wiem, że nie tylko ja mam nieproszonych gości i przejrzane rzeczy… - wtrącił Dziki, krzywiąc się od zimnej kawy.

Dziewczyna odłożyła kubek i zakładając ręce na piersi, stwierdziła surowo. - W moim oddziale nie będzie tajemnic! Po przysiędze stajemy się rodziną, a ja od dzisiaj będę waszą starszą kochaną siostrą, o której będziecie śnić po nocach śliniąc się w poduszki… - dodała, rozmarzona.

- Myślenie w ten sposób o rodzinie to kazirodztwo, a ty nie nadajesz się na starszą siostrę. To te młodsze są męczące i upierdliwe. – podsumował Dziki.

Dziewczyna naburmuszyła się przez chwilę, ale nie dała się wyprowadzić z równowagi. – Przyrodnia siostra to nie kazirodztwo i ciągle podkreślam ten brak tajemnic. Wiem, że masz jedną pamiątkę. POKAŻ! – rozkazała dziewczyna.

- O co ci chodzi? Nic przecież nie mam…- westchnął Dziki. – Zdążyłaś jak myślę, przejrzeć cały ten dom więc sama wiesz to najlepiej.

- Tyzak mówił mi o pistolecie z grawerunkiem. Chcę zobaczyć! – powiedziała Elza władczym tonem.

Dziki podniósł oczy do góry. Tyzak był w jego domu stałym gościem praktycznie od momentu przyjęcia do armii, najprawdopodobniej w którymś momencie musiał przyjrzeć się jego broni, gdy odkładał ją na stolik albo półkę. – Czemu ci tak zależy? – westchnął, niespecjalnie mając okazję na wspominanie starych czasów.

- Bo strasznie lubię takie rzeczy i muszę cię przyzwyczaić do słuchania rozkazów. POKAZUJ! – zażądała, spoglądając władczym wzrokiem.

Wiedząc, że nie wygra w tym starciu, Dziki położył pistolet na stoliku. Elza chwyciła go natychmiast, przyglądając się grawerunkowi. – Piękny… - wysapała, a oczy zaświeciły się jej, jakby zobaczyła najczystsze złoto. – No ale to chyba potrafi przywołać koszmary… Przecież to TWÓJ Autobus. – stwierdziła, całkiem poważnie.

- Ten pistolet to był prezent, nie prosiłem o niego… Za to zawsze, gdy na niego spojrzę, przypomina mi się jakich błędów mam nie popełniać. A po broń sięgam w tym świecie wyjątkowo często. – odparł Dziki.

- Rozumiem…- stwierdziła Elza. – odkładając pistolet na stolik. – Strój masz przygotowany?- spytała nagle, zmieniając temat.- Chcę, żebyśmy przyćmili wszystkich innych na przysiędze… Założę się, że Stalowi znowu się odpierdolą, jak niewykształcony szczur na otwarcie kanału po resecie.

- Wisi w sypialni, możesz sobie obejrzeć. – stwierdził Dziki, który i tak wiedział, że prezentacja uniformu będzie nieunikniona.

Elza wystrzeliła jak z procy, wprost do sypialni, wracając po chwili z wyposażeniem Dzikiego. Strój dla nowo tworzonego oddziału składał się z długiego płaszcza przeciwchemicznego, przemalowanego w matową czerń z obowiązkową czerwoną opaską na lewym ramieniu. Do tego była kamizelka kuloodporna wkładana pod płaszczem i grube spodnie z ochraniaczami pokryte materiałem przypominającym gumę. W trakcie walki mieli jeszcze nosić maski i kaptury przeciwchemiczne, ale do przysięgi nie było potrzeby ich zakładania.

- No, w miarę…- stwierdziła Elza, wyciągając strój do światła. – Jeszcze tylko nazwę oddziału doczep… - dodała, rzucając na stolik, czarny prostokąt z wyszytą nazwą ‘’Pięść Daniela’’.

Dziki podniósł się, rozglądając za przyborami do szycia. Ledwie wczoraj spędził pół wieczoru, szukając ich po mieszkaniu, żeby przyszyć opaskę do ramienia. Kładąc odnalezioną igłę z nitką na stoliku, zaczął mozolne doszywanie insygnia na patce.

Elza widząc jego całkowite beztalencie, natychmiast straciła cierpliwość. – daj to… – westchnęła. – Ja nie wiem, w Starym Świecie mieszkałeś z mamą?

- Sam. – odparł Dziki, patrząc jak dziewczyna, zręcznie doczepia nazwę oddziału do munduru.

- To chyba powinieneś umieć takie rzeczy… - stwierdziła ironicznie, przyglądając się po chwili swojemu dziełu. – Gotowe! Tylko pamiętaj, że do przysięgi idziemy w całym stroju!

- Mieliśmy nie wkładać masek!- zaprotestował Dziki.

- Przyzwyczajaj się! Jak już wejdziemy na Zarzecze, zrośniesz się z tym strojem. – odparła dziewczyna. – No i druga rzecz, jestem Twoim dowódcą. – warknęła, strzelając mu palcem w czoło. – Do tego też się przyzwyczajaj.

- Tak jest…- westchnął.

***

Gdy w końcu Dzikiemu udało się pozbyć nieproszonego gościa, mógł w spokoju udać się na śniadanie. Większość oddziałów Armii oraz weterani, którzy dołączyli do walki z Zarzeczem, spożywała posiłki w patio obok marketu. Te nie były oczywiście darmowe. Walutą powszechnie obowiązująca w armii, były tak zwane ‘’Talenty”. Małe monety przekuwane z dawnych polskich jedno złotówek. Otrzymywało się je jako żołd za służbę i płaciło nimi za każdą rzecz w Strefie Głodu.

W odróżnieniu jednak od Wspólnoty, gdzie zarobione srebrne przeznaczało się głównie na nocleg i wyżywienie, Strefa Głodu oferowała znacznie więcej możliwości lokowania swojego majątku. Sam H- Market był co prawda zamknięty dla wszystkich oprócz Obrońców, ale przy wejściu otwarty był mały sklep, gdzie można było kupować większość z jego artykułów. Strefa Głodu miała też prawdziwych ‘’rzemieślników”, którzy tworzyli własną broń i pancerze, oferując je na sprzedaż. Dla szukających rozrywek był otwarty bar, w którym co kilka dni odbywały się większe imprezy, a dla poszukujących damskich uciech, burdel o pieszczotliwej nazwie Domek Kocic.

To miejsce było dla Dzikiego źródłem prawdziwej zgryzoty, bo przywoływało mu wspomnienia z Zarzecza. W odróżnieniu jednak od tamtejszego przybytku, dziewczyny w Strefie Głodu pracowały jako prostytutki z własnej woli. Nie wiele kobiet miało dość umiejętności, by dotrzeć do struktur militarnych, a prace pomocnicze, jak sprzątanie czy gotowanie nie pozwalały zarabiać prawdziwych pieniędzy. Kocice natomiast cieszyły się statusem jednej z najbogatszych grup.

Spoglądając z oddali na budynek, Dziki odwrócił się z obrzydzeniem. Mimo wszystko takie miejsca wciąż napawały go wewnętrzną odrazą. Przechodząc dalej w stronę kantyny, napotkał drugą rzecz, która napawała go wstrętem, grupę banderowców.

Banda szczurkowatych chłystków obdarzyła go nienawistnym spojrzeniem, a Dziki doskonale wiedział dlaczego. Bandera do niedawna stanowiła trzon Armii i chociaż Daniel nie miał do nich najmniejszego szacunku, musiał liczyć się z ich potrzebami. Obecnie, gdy do Strefy Głodu przybywało coraz więcej chętnych weteranów, Armia wzbogacała swe siły o dużo bardziej wartościowych żołnierzy, a banderowcy coraz mocniej szli w odstawkę. Wiązało się to dla nich z licznymi nieprzyjemnymi konsekwencjami jak zmniejszenie żołdu oraz ogólnej liczebności. Maciejewski został zobligowany do wyrzucenia najmniej przydatnych członków swojej grupy, a ci, którzy pozostali dostawali teraz regularne ‘’fizyczne prace” przy rozbudowywaniu umocnień H-Marketu.

Dzikiemu wcale nie było ich żal z tego powodu. Większość bandery stanowili w jego odczuciu ludzie kategorii drugiej, zwykli bandyci i pospolite cwaniaczki, na których widok w Starym Świecie uciekało się na drugą stronę ulicy.

Fakt, że był weteranem, który został tak szybko awansowany w szeregi Armii, był dla sterczących przed kantyną dodatkową solą w oku. Mężczyźni poza groźnymi spojrzeniami, nie ośmielili się jednak zrobić nic więcej.

Wchodząc do środka kantyny, zobaczył pomieszczenie wypełnione po brzegi obrońcami i weteranami ochotnikami. W tym tłumie jedzących ludzi wyróżniała się jedna postać. Mężczyzna w czarnobiałym mundurze Braci. Najwyższa struktura Armii Daniela, prawie nigdy nie pojawiała się w stołówce, bo ich siedziba Gorgor miała własną kuchnię.

Szukając dla siebie wolnego miejsca, Dziki usłyszał, że ktoś go woła. W oddali przy skrajnym stole siedziała grupa weteranów, w których rozpoznał pozostałych członków przyszłej ‘’Pięści Daniela.”

- Dawaj Dziki! Siadaj ze swoimi! - zawołał Traker, brodaty mężczyzna o budowie ciała typowego amerykańskiego kierowcy ciężarówki.

Korzystając z zaproszenia, Dziki dosiadł się do grupy. Wszystkich członków swojego nowego oddziału, poznał dopiero niedawno. Przed wizytą w zakładach chemicznych, nie było nawet wiadomo, jak liczny będzie ich skład. Oprócz Dzikiego i zapraszającego go weterana, przy stole siedzieli czterej inni mężczyźni: Anioł, Nóż, Banan i Poldek. Wszyscy byli dawniej wolnymi strzelcami, którzy podobnie jak Dziki mieli potencjał na zostanie członkami Armii, ale z różnych przyczyn nigdy nie trafili do Strefy Głodu.

Jego nowi towarzysze wydawali się naprawdę zadowoleni ze swojej nowej pozycji. Wyglądało na to, że z okazji zaprzysiężenia urządzili sobie nawet małą ucztę, wypełniając stół masą drogiego jedzenia.

- To wołowina? – spytał Dziki, spoglądając z niedowierzaniem na talerz przed sobą. – Przecież market nie resetował się już od dłuższego czasu…

- Jak się ma trochę talentów i umie się dobrze pogadać, to i o mięsko po takim czasie nie trudno. – odparł Banan, chłopak o włosach tak żółtych i grubych, że przypominały słomę. – Mają w markecie kilka małych chłodziarek i trzymają towar dla wyjątkowych klientów.- stwierdził, prostując się dumnie, jakby w tym zdaniu chodziło głównie o niego.

- Nie krępuj się Dziki, nakładaj sobie. – wtrącił Traker, podając Dzikiemu pusty talerz.

Ten bez krępacji nałożył sobie mały kawałek mięsa i rozkoszował przez chwilę jego smakiem. Te małą chwilę przyjemności, przerwał mu jednak Anioł który zawołał entuzjastycznie. – Przyzwyczajajcie się bracia! Stanowimy Elitarną drużynę, która pierwsza stanie w bój z Zarzeczem na ich ziemi! Gdy wrócimy w chwale, spływać będą na nas uciechy o jakich nam się nawet nie śniło…

Dziki poczuł momentalnie jak traci apetyt. Ten absurdalnie entuzjastyczny ton, w obliczu niebezpieczeństwa od razu przywiódł mu na myśl Korka. Poczuł nagle wewnętrzną potrzebę wyprowadzenia chłopaka z błędu. – Anioł… Po pierwsze do Braci to dla nas jeszcze daleka a droga, a po drugie ile osób w ogóle zabiłeś? – spytał nagle, spoglądając w twarz młodszego od siebie o co najmniej kilka lat chłopaka.

- A co to ma do rzeczy? – dopytał natychmiast, zerkając wyzywająco na Dzikiego. – Tylu ilu musiałem, mam krew na rękach jak każdy…

Dziki uśmiechnął się ironicznie pod nosem. – A ja patrzę na ciebie i wiem, że nie zabiłeś żadnego. Najwyżej zastrzeliłeś kilku gospodarzy…

- I CO Z TEGO?! – oburzył się chłopak. – Niewykształceni są bardziej niebezpieczni od ludzi…

- Są silniejsi fizycznie. – zripostował Dziki. – Bardziej niebezpieczni? Nawet nie wiesz jakie głupoty gadasz. Myślisz, że pójdziemy tam i będziemy sobie strzelać do tych ‘’złych ludzi’’ jak do kaczek? – spytał retorycznie. – Wkroczymy do świata o wiele bardziej niebezpiecznego niż nasz, gdzie gromady ludzi walczyły o przetrwanie w warunkach, w których my nie przetrwalibyśmy nawet jednego dnia. Czekający po tamtej stronie Zwiadowcy, strażnicy, a nawet zwykli mieszkańcy zrobią wszystko by nas powstrzymać! Bo będą bronili swojego domu i tego co jest dla nich cenne.

Słysząc to Anioł wyraźnie spochmurniał i zaczął wpatrywać się prosto w swój talerz.

- Dlatego jesteś tu z nami. – wtrącił nagle Poldek. – Elza powiedziała, że wiesz jak przetrwać na Zarzeczu. Tylko, że byłoby lepiej gdybyś zamiast nas straszyć, powiedział jak tam przeżyć. – wytknął.

- Nie chciałem was straszyć. – usprawiedliwił się Dziki. Po prostu uważam, że Anioł ma za lekkie podejście. – stwierdził, przyciągając do siebie wzrok chłopaka. - Myślisz, że Daniel wybrał cię, bo masz jakieś niezwykłe umiejętności? Albo dostrzegł w tobie potencjał wojownika? – spytał, a młody chłopak otworzył niepewnie usta. – Nie Anioł. Daniel wybrał cię, bo psychologicznie pasujesz mu na osobę lojalną, a dodatkowo nie szanuje cię jeszcze na tyle, by zależało mu na twoim życiu. Daniel ma w swojej armii masę doborowych żołnierzy, ale za bardzo ich sobie ceni, by ryzykować ich dla sprawy. – wyjaśnił Dziki.

- Przecież Elza jest Bratem, dlaczego w takim razie puszcza ją z nami? – wtrącił Banan, tonem jakby za wszelką cenę chciał podważyć słowa Dzikiego.

- Elza sama się zgłosiła. – wyjaśnił Traker.- Daniel długo namawiał ją by dała sobie spokój, ale ona chce udowodnić swoją wartość jako elita Armii…

- Skąd to wiesz? – spytał zaciekawiony Anioł odrywając w końcu spojrzenie od Dzikiego.

- Dwa dni temu włamała się do mnie rano i zrobiła kawę, potem ucięliśmy sobie pogawędkę… - odparł brodacz.

- Do ciebie też?! – zawołali wszyscy zgromadzeni z wyjątkiem Noża.

Tylko on, od początku spotkania nie powiedział nawet słowa, na co Dziki od razu zwrócił uwagę. Mężczyzna wydawał się ze wszystkich najstarszy, ale to nie było zwyczajne posunięcie w latach. Spoglądając w jego puste oczy, Dziki od razu zrozumiał, że mężczyzna musiał widzieć w Nowym Świecie nie wiele mniej niż on sam.

W międzyczasie zgromadzeni wciąż pomstowali na zachowanie dziewczyny. – Jak do siebie! Jakim prawem przeglądała moje rzeczy! Może i jest dowódcą, ale to było niestosowne…

-… a ja się ucieszyłem z towarzystwa. – podsumował Traker. – Dawno nie piłem kawy z tak miłą dziewczyną.

Banan spojrzał na niego z politowaniem. – Nie obraź się, ale nie wyobrażam sobie, żebyś kiedykolwiek pił kawę z jakąkolwiek dziewczyną. – stwierdził zgryźliwie.

Traker speszył się nieco, opuszczając głowę, a Dziki widząc, że mężczyzna nie należy do szczególnie wyrywnych, odgryzł się za niego. – Banan, ale wiesz, że mała czarna po waleniu gruchy nie liczy się jako kawa z dziewczyną?

Słysząc to Poldek i Anioł ryknęli śmiechem, a Traker uśmiechnął się zerkając na Dzikiego.

- Banan jest wściekły, bo Elza nie zrobiła mu kawy. – zawołał Poldek.

- Pewnie jak zobaczyła go w gaciach, to poszła wciągać osowiec nosem. – zawtórował Anioł.

Banan słysząc lecące w jego stronę obelgi, zrobił nadąsaną minę. – Elza miała rację z tą drugą ksywą dla Dzikiego. – stwierdził nagle zgryźliwie.

- Jaką drugą ksywą? – spytał natychmiast.

- Zatruta Chmura, bo jak tylko coś powiesz to zatruwasz atmosferę. – wycedził Banan.

Niespodziewanie Nóż podniósł głowę i spoglądając chłodno na kompana, stwierdził – ten chłopak przeżył więcej niż wy wszyscy razem wzięci. Jak zobaczysz połowę tego, co on i nie pierdolniesz sobie w łeb, wtedy go oceniaj…

- O boziu, Nóż ty potrafisz mówić?! – zakpił Banan. – A ty Zatruta Chmura, zamiast rzucać przerażające wizje, lepiej się ciesz, że w ogóle udało ci się fartem zaczepić w oddziale.

- Dziki pomógł zdobyć składniki do Osowca i nasze stroje, więc to chyba normalne, że Daniel go przyjął. – wtrącił zaciekawiony Anioł.

- Tylko, że Dziki dość ostro zaszedł Danielowi za skórę. – wycedził Banan. – Jak się dowiedziałem, że dają go do nas, to przez chwilę naprawdę myślałem, że jesteśmy przeznaczeni na stracenie.

Słysząc to Poldek prawie zapluł się jedzoną właśnie bułką. – Wszyscy zaleźliśmy! Pamiętaj, że każdy z nas był weteranem…

Banan uśmiechnął się ironicznie. – Tylko, że nie każdy z nas był najpierw członkiem Wspólnoty pod wodzą zdrajcy Krzaka, a potem Strażnikiem Autobusu pod przewodnictwem frajera Kuby…

- Z tym drugim się zgodzę. – wtrącił Dziki, ignorując zupełnie złośliwość kompana i nalewając sobie ostentacyjnie kawy z dzbanka.

Traker który odzyskał odrobinę animuszu, wtrącił nagle. – Elza powiedziała mi, że w wypadku Dzikiego, Daniel po raz pierwszy konsultował się z innymi braćmi czy powinien kogoś przyjąć… Zdania były mocno podzielone…

- I co tu się dziwić, facet prawdopodobnie zabił ludzi z Ręki Olbrzyma! – wtrącił Banan.

Dziki zerkając na niego wycedził jedynie z nad kubka. - Ręki, która jeszcze jakiś czas temu polowała również na ciebie, panie były ‘’weteranie”.

- A gdzie wy się szlajacie beze mnie! – zawołała Elza weszła właśnie do kantyny. – To już nie łaska zaprosić szefową na śniadanie?

Banan westchnął ciężko, a Anioł i Poldek rozsunęli się natychmiast by zrobić dziewczynie miejsce. Elza siadając między nimi rozejrzała się po zgromadzonych i zaniosła teatralnym płaczem. – Boże, moje chłopaki jedzą pierwsze wspólne śniadanie … - po chwili zmieniając zupełnie ton spojrzała w stronę Trakera. – Nie obgadywaliście mnie! Prawda?!

Mężczyzna pokręcił głową, a Banan wtrącił się natychmiast. – Raczej Dzikiego, zastanawialiśmy się właśnie co kryje się za tym, że przyjęliśmy kogoś z jego przeszłością…

- Propaganda i prywatna opinia Daniela! – odparła dziewczyna, biorąc ze stołu ciastko. – Nasz wódz uważa, że jak plotka o ułaskawieniu Dzikiego się rozejdzie, to weterani którzy boją się przyjść przez swoją przeszłość, mogą jednak zaryzykować. Wśród wolnych wetów jest przecież jeszcze sporo perełek które mogą wyjść na ludzi, a boją się przyjść bo kiedyś ktoś powiedział im, że to miejsce to piekło.

- I było piekłem, dla tych których Daniel nie przyjął. – wtrącił Dziki.

- Popraw drugą część tego zdania. – zripostowała Elza. – Było piekłem dla tych, którzy sobie na piekło zasłużyli.

– Dobra mi już starczy! – stwierdził w końcu Banan. – Za dużo ‘’dzikich’’ tematów – dodał podnosząc się z miejsca. – widzimy się na apelu.

- Też idę! Muszę przygotować strój! – powiedział Anioł, ruszając za kompanem.

Gdy tylko odeszli Traker spojrzał na Dzikiego. – Dzięki, że chciałeś się za mną wstawić, ale nie potrzebnie. Banan po prostu jest czepliwy z natury. Taki ma charakter. Wszyscy już do tego przywykliśmy i tolerujemy to, bo jak robi się źle, można na niego liczyć. Daniel nie wybrał go bez powodu…

- Nie podpasowało mi to, więc zrobiłem co uważałem. – westchnął Dziki. – Uważam, że skoro będzie walczyć ramie w ramie, powinniśmy okazywać sobie trochę szacunku. A przynajmniej nie czepiać się.

- Słusznie. – potwierdziła Elza. – A jeżeli Banan zrobi się zbyt pyskaty, przymknę oko jeśli któryś z was mu przypieprzy… o ile nie zrobię tego pierwsza.

- Dobra ja też już zjadłem- westchnął Traker. - Do zobaczenia na przysiędze. – pożegnał się, wychodząc.

Przy stole zostali już tylko we czwórkę. Poldek mimo dość mizernej postury, przez cały czas objadał się jakby jego żołądek miał nieograniczoną pojemność. Po piętnastu minutach pałaszowania i pozostawieniu na stole jedynie resztek, chłopak również się pożegnał i wyszedł na zewnątrz.

Dziki, Nóż i Elza siedzieli w milczeniu. Dziewczyna zapewne liczyła, że wyłapie jakieś smaczki z rozmów między nimi, ale żaden się nie odzywał. Próbowała kilka razy zacząć jakąś rozmowę, ale widząc, że żaden z nich nie pociąga tematu, odeszła zrezygnowana ostrzegając by nie spóźnili się na przysięgę.

Gdy tyko zostali sami Nóż spojrzał na Dzikiego badawczo. – Znam twoją historię… - powiedział beznamiętnie.

- Doprawdy? – spytał ironicznie Dziki. – Myślę, że co raz trudniej znaleźć ludzi którzy jej nie znają.

- Bo to, co dla ciebie jest straszną tragedią, dla innych jest motywującą opowiastką. Wydarzenia z twojego życia, można rozpatrywać na dwie strony. Ci, którzy słuchają tych opowieści, słyszą o człowieku, który pokonał Delimera, zakończył konflikt Pierwszego i Dix, przebudził Pierwotną Wolę, by ratować towarzyszy z autobusu, a nawet udał się na Zarzecze, by szczęśliwie sprowadzić porwaną przyjaciółkę…

- Tak rozpatruje to większość, a ty? Jak to widzisz? – spytał zainteresowany Dziki.

- Opowieść o człowieku którego zdradzili najbliżsi, oddając na pastwę Delimerowi. Historię wyboru między miłością a powinnością, która dla wybierającego jest niczym rozdarcie duszy. Słyszę żal człowieka, który obwinia się, bo nie mógł ocalić wszystkich, których chciał, a w końcu przygodę, która z pozoru przyniosła szczęśliwe zakończenie, ale naprawdę jest tylko mizernym pocieszeniem…

Dziki był w tym momencie naprawdę zdziwiony. – Dobrze to sobie poukładałeś. – westchnął. – Zastanawia mnie tylko, skąd wiesz o mnie aż tyle. Większość ludzi zna tylko cześć historii, jakie mnie spotkały, niektórzy myślą nawet, że było kilku różnych Dzikich… bo przecież jednemu nie mogło się przydarzyć aż tyle.

Nóż popatrzył na niego beznamiętnie. - Chciałem po prostu dowodu, że tragedie, które mnie spotykają, nie są odosobnionym przypadkiem. Udowodnić własnej świadomości, że nie ciąży nad moją osobą żadna klątwa. Dlatego usilnie szukałem kogoś, kogo spotkało coś gorszego niż mnie. I znalazłem ciebie…

- Skoro porównujesz się do mnie, opowiedz mi swoją historię… - westchnął Dziki. – Jestem ciekaw czy JA znajdę w tym dowód, że świat Mnie nie nienawidzi.

Nóż popatrzył na niego pustym wzrokiem. – Pewnie nie, ale ze wszystkich ludzi z naszego oddziału, tylko z tobą mógłbym się tym podzielić, bo wiem, że podejdziesz do tego jak się powinno… Pojawiłem się prawie trzy lata temu, wypadłem w pięcioosobowej grupie razem ze swoją siostrą Martą. – opisał mężczyzna, zamykając oczy. – Był to czas, który nazywa się potocznie wielkim głodem. Praktycznie natychmiast dostaliśmy się w niewolę. Nasi porywacze zamknęli nas w piwnicy i co jakiś czas przychodzili, zabierając pojedynczo. Był z nami taki chłopak Hubert, bardzo otyły. Gdy go zabrali myśleliśmy, że już nie wróci jak zresztą wszyscy których wyciągnięto z naszego więzienia. Po kilku godzinach, przynieśli go jednak z powrotem. Miał odcięte obie nogi i ręce. Powiedział nam, że oni nas zjadają. On zaś był po prostu za duży, by zjeść go na raz... Stwierdzili, że zamiast go zabijać, lepiej będzie obandażować mu kikuty, bo przynajmniej mięso będzie dłużej świeże.

Dziki słysząc to zrobił szerokie oczy - Miałem do czynienia z kanibalami. – wtrącił. – No ale jak uciekłeś? Co z twoją siostrą? Obudziłeś w sobie wolę?

- Nie było żadnej woli, Martę zabrali jako przedostatnią, a ja byłem ich ostatnim posiłkiem. – stwierdził z goryczą chłopak. – Gdy przyszli po mnie wiedziałem, że to mój koniec… nawet się nie broniłem, chciałem po prostu, żeby to się skończyło. Tylko że oni nie zamierzali mnie zabić tak szybko, brakowało im jedzenia, więc chcieli mnie ćwiartować żywcem jak Huberta… Tak bardzo bałem się umierania w agonii, że wybrałem śmierć w walce. Wyrwałem jednemu ze strażników nóż i wiesz co?

- Co? – spytał Dziki.

- Zabiłem ich wszystkich… Ci ludzie byli wręcz potwornie słabi! Strażnikowi odebrałem nóż praktycznie bez wysiłku. Zaszlachtowałem chyba z dziesięć osób nim wydostałem się z ich przybytku.… - w tym momencie mężczyźnie przeszkliły się nagle oczy. – Wtedy to do mnie dotarło! Była nas na początku piątka! Silnych, zdrowych, strażnicy wchodzili we dwóch… gdybyśmy wtedy zaatakowali razem, gdybym ja zaatakował… Marta dalej by żyła… Ci wszyscy ludzie dalej by żyli…-

- Rozumiem…- westchnął Dziki. – Gdyby moja wola przebudziła się wcześniej…

Mężczyźni spojrzeli na siebie. – Dzięki, że mnie wysłuchałeś. – stwierdził Nóż. – teraz lepiej iść się szykować. Elza chce żebyśmy dobrze się prezentowali.

Dziki skinął kompanowi głową na pożegnanie, sam nie miał jednak zamiaru jeszcze kończyć śniadania. Ponieważ na stole nie wiele już zostało, podszedł do stoiska, by kupić sobie coś na dopchanie. Wracając na swoje miejsce z dwoma miskami płatków, dostrzegł, że ktoś dosiadł się do jego stolika.

- Kopę lat Dziki. – powitał go brat Damian, który jeszcze jakiś czas temu znany był jako Wiewiór. Mężczyzna spoglądał na niego z wyraźną niechęcią, ale ewidentnie chciał porozmawiać, bo wskazał na krzesło przed sobą.

- Zachodziłem w głowę, kiedy w końcu się pokażesz. – stwierdził Dziki, siadając naprzeciw mężczyzny.

- Kiedy dowiedziałem się o tym, że przyłączyłeś się do Armii, nie mogłem po prostu nie przyjść i nie spojrzeć ci w oczy. Po tym całym monologu, jaki wygłosiłeś do mnie w autobusie, ty, Dziki, służysz Danielowi – wytknął mężczyzna, częstując się kawą.

- Monolog to akurat prowadziłeś ty. – przypomniał mu Dziki. – Ja z tego, co kojarzę, nazwałem cię gnidą i zdrajcą.

- A teraz sam stoisz po tej stronie. Którą kiedyś tak pogardzałeś. – stwierdził dawny weteran, zakładając ręce na piersi.

- Nie pogardzałem Danielem, po prostu los wepchnął mnie na drugą stronę barykady. Jeżeli już to gardziłem tobą, bo wystawiłeś człowieka, który uratować ci życie. – zripostował Dziki.

- Zagwarantowałem ci bezpieczeństwo! – krzyknął Damian, uderzając pięścią w stół.

- Jeżeli pchniesz kogoś nożem, a potem zatamujesz krwawienie… To nie możesz powiedzieć, że uratowałeś mu życie…- odparł natychmiast Dziki.

Były weteran wyglądał na naprawdę złego. – Myślałem, że masz jakieś zasady… Że po tym, co się stało, za nic nie przyłączysz się do Armii.

- Boli cię to, że tu jestem. – stwierdził z uśmiechem Dziki.

- To nie tylko moje zdanie. Przez to, co ty i Pierwszy zrobiliście w cegielni, straciliśmy grupę dobrych ludzi i masę sprzętu. Teraz zmuszeni jesteśmy prosić o pomoc weteranów… Nie rozumiem, dlaczego Daniel po tym wszystkim pozwolił ci choćby stanąć w tym miejscu.

- A ja doskonale wiem. – stwierdził Dziki. – Danielowie brakowało dobrych ludzi. Kuba odciągnął od niego, tylu przydatnych ile tylko mógł. Większość z tych, którzy mogliby zasilić armie, miała wbitą w głowę propagandę, że nie spotka ich tu nic dobrego. Przyjmując mnie, pokazał wszystkim weteranom, że nawet jeśli walczyli przeciw niemu, to dalej mogą tu przyjść i liczyć na przyjęcie. Dzięki temu może w końcu robić prawdziwą selekcję, redukować banderę, obsadzać stanowiska takimi ludźmi, jakich by naprawdę chciał tu mieć…

Słysząc to, Damian otworzył delikatnie usta, najwidoczniej ze wszystkich sił chciał przerwać Dzikiemu, ale nie mógł znaleźć argumentu. Ten kontynuował więc dalej. - … rozumiem też, dlaczego jest ci to nie w smak. Wielu weteranów przekonując się na własnej skórze, że Daniel to nie potwór, zostanie tu, nawet gdy konflikt z Zarzeczem zostanie skończony. Armia ich zasymiluje, ale dla tych wszystkich nowych, na zawsze już będziesz mieć łatkę zdrajcy…

Damian poderwał się wściekle z krzesła, krzycząc. – Daniel powinien cię zabić!

- … I zapewne to właśnie mu zaproponowałeś. – wtrącił Dziki.- Skoro jednak ciągle tu stoję, a na dodatek za jakieś dwie godziny będę członkiem armii, to raczej nie wziął sobie twojej rady do serca.

Wściekły Damian poruszał już tylko ustami jak karp, Dziki przechylił miskę z płatkami i wstał od stołu. Gdzieś w środku poczuł nawet delikatne zadowolenie, że zdrada byłego weterana odwróciła się w końcu przeciw niemu.

***

Pierwsze w historii zaprzysiężenie weteranów, dało początek niezwykłemu widowisku w całej Strefie Głodu. Tuż przed płotem H- marketu zbudowano małą mównicę, do której podciągnięto kable i głośniki, z których to dobiegała skoczna wojskowa melodia. Przy ogromnym namiocie rozdawano kawę i herbatę, a na dawnym bilbordzie reklamowym wymalowano ogromny propagandowy mural, przedstawiający wszystkie oddziały Armii (w tym nowo zaprzysięgany).

Dziki razem z całą Pięścią Daniela stał ustawiony równym szeregiem kilka metrów przed mównicą. Tuż za nimi miejsce zajęli Obrońcy. Gromada w czarnych swetrach ochrony zbiła się w ciasny kwadrat tuż przed wejściem do swojego domu. Zaledwie kilka metrów dalej Maciejewski ściągnął niedobitki bandery. Jej członkowie rzucali niepewne spojrzenia na weteranów ochotników, którzy ustawili się po przeciwnej stronie.

Stalowi, jednostka przeznaczona do walki z niewykształconymi, rozstawili się dumnie na środku placu, trzymając dystans od pozostałych grup. Jej członkowie ubrani byli w czarne skórzane kurtki, najeżone ze wszystkich stron kilkucentymetrowi gwoździami. To natychmiast spotkało się ze złośliwymi komentarzami ze strony Elzy. - Mówiłam, że ich odjebie jak szczury! I na cholerę pozakładali te kurtki! Co oni? Mają tu zamiar walczyć z Dziadami? – warczała dziewczyna.

- Przypomnę ci tylko, że sama kazałaś nam przyjść w pełnym mundurze…- wtrącił Banan.

- To co innego! To jest nasz moment i mieliśmy wszelkie prawo cywilne i boskie przyjść w ten sposób! – odparła natychmiast Elza, zagłuszana przez maskę przeciwgazową.

Dziki starał się nie słuchać złorzeczenia dziewczyny, pozostając skupiony na tym, co działo się przed jego nosem.

Na plac wkraczali właśnie Daniel na czele braci, wszyscy ubrani byli w swoje charakterystyczne biało-czarne moro. Lider Armii wszedł natychmiast na mównicę, a jego towarzysze rozstawili się szeregiem twarzami w stronę zgromadzonych.

Dziki błyskawicznie wypatrzył Wiewióra, który z marsową miną obserwował nowotworzony oddział.

Daniel uciszył gestem szepty i podniósł do ręki mikrofon. Z głośników rozstawionych po parkingu dobiegł potężny głos.

- Wszyscy którzy mnie znają, wiedzą, że nie lubię przemawiać zbyt długo! – zawołał Daniel, a spora część Armii parsknęła śmiechem. – Nie mniej, mamy dziś wyjątkowe święto. Dlatego pozwoliłem sobie przygotować krótką mowę. – mówiąc to, wyciągnął pęk kartek które zaczął nieskładnie przeglądać. Po chwili podrapał się w głowę i wyrzucił kartki za siebie. – A do diabła z tym, powiem coś spontanicznie. Ehm. Zaciśnięta pięść jest jedyną bronią z którą rodzi się każdy z nas… Nasze pięści są jednak słabe, dlatego zakuwamy je w żelazne rękawice, ściskamy w nich pałki, albo trzymamy broń. Ze wszystkich sił staramy się ukryć, jak niedoskonałymi uczynili nas złośliwi bogowie. Ja moją pięść otoczyłem trującym gazem, tak by jej uderzenie przyniosło śmierć wszystkim, którzy ośmielili się zagrozić naszemu stylowi bycia. – wódz przerwał na chwilę biorąc głęboki oddech. – Zaprzysiężenie Pięści Daniela jest wyjątkowe z jednego ważnego powodu. Po raz pierwszy do armii wcieleni zostają ludzie, których kiedyś uważałem za swoich nieprzyjaciół. Nie przez to, że chciałem by byli moimi wrogami! Ale dlatego, że tak zadecydował kapryśny los! Świat nie jest czarno biały i zdarza się, że po dwóch stronach konfliktu, stają ludzie którzy powinni walczyć ramię w ramię. Atak z Zarzecza ma jedną pozytywną stronę! Dzięki niemu Armia się zmienia! Nim ten konflikt zostanie zakończony, wierzę, że pośród was wolnych weteranów znajdę jeszcze wielu nowych braci, ludzi rozumnych i prawych. Którzy zrozumieją, że czasem trzeba poświęcić kilka istnień dla większego dobra. Razem stworzymy Nowe Krańcowo, Nowy Świat, którego wszyscy dobrzy ludzie pragną i w którym chcą żyć. Przekujemy koszmar w którym żyjemy, na piękny sen! Nim jednak to nastąpi, musimy zażegnać wiele zagrożeń. A odpowiedzią na to największe jest stojąca przed wami grupa. Poproszę teraz jej dowódcę by zaprzysięgła swój oddział w wiernej służbie Armii Daniela.

Elza ściągnęła z twarzy maskę i z wilgotnymi oczami ustawiła się przed nimi. Fakt, że nie trzymała kartki świadczył, że całej przysięgi nauczyła się na pamięć. – Powtarzajcie za mną! – rozkazała. - Ja weteran z wolnego świata. Wyrzekając się wszystkich poprzednich przynależności! Ślubuję! Służyć wiernie Danielowi, chronić ustanowione jego mocą granicę Strefy Głodu! Strzec bezpieczeństwa swych towarzyszy i pozostałych członków Armii. Wykonując powierzone mi zadania, w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić…

W tym momencie słowa dziewczyny utonęły w gwiździe, który wypełnił cały plac. Zgromadzeni na placu, zaczęli spoglądać na głośniki, myśląc zapewne, że to sprzężenie wywołało ten dziwny dźwięk. Niespodziewanie tuż pod mównicę runęło coś, co przypominało bombę. Ogromna eksplozja rozdarła plac. Dziki padł na plecy odrzucony siłą wybuchu. Do oczu nabiegły mu łzy a w uszach słyszał jeden wielki szum. Podnosząc się powoli, dostrzegł roztrzaskaną mównicę. Ciała kilku z braci leżały wykręcone przy kraterze, jaki powstał po wybuchu. Wśród trupów błyskawiczne dostrzegł Damiana, mundur mężczyzny zrobił się szkarłatny na wysokości pasa, a jego puste oczy wpatrywały się pusto przed siebie.

Dookoła zapanował chaos. Mieszkańcy Strefy Głodu uciekali we wszystkie strony, ranni bracia jęczeli czołgając się po ziemi, a oddziały Armii zamarły zszokowane.

W tym samym momencie obok Dzikiego przebiegł z rykiem Maciejewski. Olbrzym dopadł się do gruzów mównicy i podrywając je do góry z siłą koparki, próbował wyszarpać rannego wodza z pobojowiska.

Cichy który oprzytomniał jako drugi, zawołał do swoich ludzi – TO ATAK Z ZARZECZA! STALOWI SZYKUJCIE SIĘ DO…

W tym samym momencie kolejny gwizd rozdarł okolicę. Dziki spojrzał odruchowo w niebo i natychmiast dostrzegł czerwoną bańkę wyglądająca jak butla turystyczna. Prowizoryczna bomba runęła w miejsce gdzie stali banderowcy i weterani, rozrywając stojących w epicentrum na strzępy.

- Pomóżcie Danielowi!!! – krzyknął Maciejewski, podnosząc ogromną drewnianą płytę która przygniatała ich wodza.

Dziki, razem z resztą oddziału wysunęli Daniela z pobojowiska. Mężczyzna był nieprzytomny, a z jego głowy lała się strugami krew.

- Zabierz go stąd! – rozkazała Elza, a Maciejewski przerzucił sobie wodza przez ramię, i ruszył pędem w stronę Marketu.

W tym samym momencie kolejny gwizd wypełnił niebo. Tym razem prowizoryczna bomba nie sięgnęła nawet ziemi. Szachraj wybiegł naprzeciw swoich ludzi i okładając się po twarzy jak oszalały, zatrzymał pocisk za pomocą błędu. Butla turystyczna niebieskiego koloru, do której przyczepiony był jakiś dziwny mechanizm, wyła jak sędzia na meczu piłkarskim.

- ZABIERAJCIE TO SOBIE I WSADŹCIE W DUPĘ! - ryknął machając ręką.

W tym samym momencie butla wróciła łukiem w stronę z której nadleciała, eksplodując gdzieś w oddali.

- Elza co robimy? – zawołał Traker, spoglądając na dowódcę.

Dziewczyna pobiegła wzrokiem za Stalowymi, którzy wybiegli już z placu. – Ruszamy za nimi! – rozkazała.

- Trzeba pomóc rannym braciom! – zawołał Anioł.

- Obrońcy się nimi zajmą, musimy odeprzeć Zarzecze! – krzyknęła dziewczyna i na czele swojej grupy wybiegła do przodu.

Dziki wyszarpał pistolet spod płaszcza i pobiegł za nią.

- Powinniśmy wziąć Osowiec! ZAGAZOWAĆ SKURWYSYNÓW! – krzyknął Poldek, ale dziewczyna zganiła go w biegu. – Jak się cofnie do Strefy Głodu pozabijamy swoich!

Całym oddziałem dobiegli do kapliczki, gdzie znajdował się punkt graniczny. W tym samym momencie dostrzegli ciało jednego ze Stalowych, mężczyzna wyglądał jakby uderzył w niego pociąg, a Dziki natychmiast dostrzegł kolejowe śruby na ziemi. – ELZA TO PUŁAPKA! – krzyknął, rozglądając się przerażony.

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, wszyscy usłyszeli głuchy dźwięk strzelb ciśnieniowych. Kanonada śrub wyleciała w ich stronę tnąc wściekle powietrze. Dziki rzucił się na ziemię, odruchowo zamykając oczy. Z jakiegoś dziwnego powodu, nie poczuł jednak uderzenia o asfalt. Jego ciało runęło na zimną i mokrą ziemię. Gdy w końcu odważył się ponownie otworzyć oczy, dostrzegł, że razem z oddziałem znalazł się kilkanaście metrów od miejsca gdzie stali jeszcze przed chwilą. Od razu przyszło mu na myśl, że wbiegli w błąd zwany furtą, ale przecież takiego na pewno tu wcześniej nie było.

Rozglądając się pobieżnie dostrzegł, że nie ma z nimi Elzy, a Cichy z resztą Stalowych skrywa się zaledwie parę metrów dalej. Wypatrując dalej za swoim dowódcą, spostrzegł błyskawicznie, że dziewczyna została na miejscu w którym stali. Jej ciało leżało jak bez życia, a pozostali członkowie oddziału wpatrywali się w nią przerażeni.

Przez chwilę nie mógł zrozumieć co się właściwie stało i wtedy z zamyślenia wyrwał go krzyk Anioła.- DLACZEGO NIE PRZENIOSŁA SIĘ Z NAMI!?

- Nie umie! Potrafi przenosić tylko innych! – odparł mu przerażony Traker.

Do Dzikiego dopiero teraz dotarło co się właściwie stało. Elza musiała użyć jakiegoś błędu by przenieść ich w bezpieczne miejsce. Wypatrując dalej spróbował odnaleźć skąd właściwie padły strzały. Po krótkiej obserwacji, dostrzegł lufy chowające się w oknach najbliższego bloku.

– Tam są! – wykrzyczał w stronę Cichego wskazując palcem.

- Wiem! Ale tu mają nas jak na widelcu! Musimy obmyślić plan…- zawołał mężczyzna.

Dziki spojrzał w stronę Elzy. Nie wiadomo w jakim stanie była dziewczyna, mogła potrzebować natychmiastowej pomocy. Wysunął się powoli by jeszcze raz przyjrzeć się oknom i wtedy z dachu budynku wystrzeliła kolejna pseudobomba. Na szczęście dla skrywających się, pocisk leciał prosto w stronę Strefy Głodu. Wykorzystując zamieszanie poderwał się z ziemi i ruszył w stronę nieprzytomnej dziewczyny.

- Co robisz! Zostań! – wykrzyczał Cichy, ale Dziki go nie słuchał.

Wiedział, że przeładowanie strzelby nie jest natychmiastowe, a mężczyźni atakowali falą by zniwelować piekielną niecelność broni na dużych odległościach.

Kilka strzałów padło co prawda gdy tylko wybiegł na drogę, ale wszystkie śruby uderzały w ziemię co najmniej metr od niego. Dobiegając do swojego dowódcy złapał, za jej rękę ale poczuł opór. – Dziki przyszedłeś po mnie… - wyszeptała Elza z zamkniętymi oczami, by po chwil zganić go jak największego idiotę. - GŁUPKU, ODRZUCIŁAM CIĘ ŻEBYŚ BYŁ BEZPIECZNY! DOSKONALE SOBIE TU RADZĘ.

Dziki otworzył już usta by zaprotestować, ale w tym momencie z bloku padła kolejna salwa. Elza wyciągnęła błyskawicznie rękę, a tuż obok nich pojawił się ogromny metalowy kontener. Pojemnik na śmieci przyjął na siebie wszystkie śruby, zasłaniając ich jak tarcza.

– Chciałam się dokładnie przyjrzeć skąd strzelają ilu ich jest, dlatego się nie ruszałam. – wyjaśniła dziewczyna.

- Myślałem, że oberwałaś…- wypalił Dziki.

- Chyba masz Pierwotną Wolę? – spytała Elza, spoglądając na niego z politowaniem.- Rykoszetowanie śruby, to bułka z masłem w porównaniu z prawdziwym pociskiem…- stwierdziła kręcąc głową. – Ale za szlachetność należy ci się pogłaskanie…. Jak już stąd wyjdziemy…

Nim wystrzeliła kolejna seria, dowódca Stalowych dobiegł do nich kryjąc się za metalową przesłoną.

- Gdzie się pchasz Cichy! Nikt cię tu nie zapraszał! – ryknęła Elza.

- Przestań być tak cholernie infantylna! Myślisz, że to zabawa! – odwarknął mężczyzna. – Dziki, z których okien strzelali? Widziałeś? Ilu ich może być.

- Chyba zajęli wszystkie piętra. – odpowiedział natychmiast. – Więc raczej nie mało…

- Dobra, zauważyłem już, że po każdej salwie mają dłuższą przerwę. Musimy wymusić kolejny ostrzał a wtedy…

Nagle między zgromadzonymi za kontenerem błysnęło. Jakiś mężczyzna, pojawił się nie wiadomo skąd, korzystając z identycznego błędu jak Zjawa. Przybysz niemal natychmiast upuścił im pod nogi ręcznie robiony granat i zniknął w krótkim błysku. Elza błyskawicznie poderwała dłoń, a granat eksplodował. Dziki usłyszał coś co brzmiało jak uderzenie potwornego gongu, a nad głową poczuł niewyobrażalne ciepło. Jego dowódczyni musiała przenieść bombę w ostatniej chwili. Głuchy huk wydobywający się z kontenera wypełnił go do tego stopnia, że jego serce zaczęło drgać w rytm dudnienia.

- NIE MOGŁAŚ GO PRZENIEŚĆ! – dalej wrzasnął Cichy, ledwo przekrzykując hałas.

- PRZENOSIŁAM JUŻ PRAKTYCZNIE WYBUCH! CZY TY MYŚLISZ, ŻE JA SRAM WOLĄ. –odwarknęła mu Elza.

Dziki obrócił się i dostrzegł ogromne wybrzuszenie na metalowej ścianie za którą się chowali. Nagle cała trója po prostu zamarła. Dziki poczuł Pierwotną Wolę tak przytłaczającą, że prawie odbierała mu siłę do oddychania. – Co to? CO TO DO CHOLERY JEST! – krzyknął przerażony.

- Daniel idzie…- zawołała dziewczyna, składając ręce, a oczy przeszkliły jej się z radości.

Dziki spojrzał w Stronę Stefy Głodu przyglądając się nadchodzącej w oddali postaci.

Skłamałby człowiek mówiący, że wybuch nie pozostawił na Danielu śladu. Wódz miał zabandażowaną głowę, a opatrunek czerwieniał mocniej z każdą upływającą chwilą. Jego mundur był rozerwany, prawie tak bardzo, jak jego twarz pocięta była odłamkami. Nawet jego mina była nie do poznania. Zwykły wyraz nieprzełamanej pewności siebie, zmienił się w coś, co przypominało rzeźbę o wyjątkowo surowych rysach.

- Bracie…- zawołali razem Elza i Cichy, gdy wódz stanął nad nimi.

Dziewczyna zrobiła to z wyraźną radością, a dowódca stalowych z niepokojem.

Daniel uciszył ich jedynie gestem, a Dziki czuł, że wola po prostu w nim kipi. – Nikt nie przerywa święta, które zaplanowałem… nikt nie zabija moich ludzi w ich własnym domu… to o jedna bezczelność za dużo. – warknął, wychodząc pewnie za kontener.

W jego stronę błyskawicznie wystrzeliła fala śrub, ale te natychmiast zrykoszetowały. Nie zrobiły tego jednak w losowy sposób, jak dzieje się zazwyczaj w trakcie działania błędów. Wbiły się równo w ziemię, tworząc dookoła wodza wizerunek czaszki. Daniel, stając w jego środku, pokazał palcem w stronę bloku, po czym z niewyobrażalną szybkością wystrzelił w stronę klatki.

Drzwi wejściowe po prostu wypadły z zawiasów, wgniecione jakby uderzył w nie rozpędzony samochód. Chwilę po tym jak Daniel znalazł się w środku, przez okno na parterze wyleciał mężczyzna. Jego ciało frunęło jakby został wyrzucony z katapulty. Uderzając głową o asfalt, przetarł po ziemi kilka metrów, zostawiając za sobą krwisty ślad. Nie minęła minuta, gdy z sąsiedniego okna wypadł kolejny żołnierz Zarzecza. Ten zawinął się na słupie energetycznym, jakby jego ciało było ogromną kluską. Nim jego trup zdążył upaść na ziemie, przez balkon na piętrze wyleciał kolejna postać.

Dziki nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Z kolejnych pomieszczeń przez okna wypadali kolejni ludzie. W większości wciąż żywi i przytomni mężczyźni, roztrzaskiwali się z krzykiem o asfalt, jak owady na szybie samochodu. Nim zdążył się otrząsnąć, ogromna machina miotająca bomby zleciała z dachu bloku, wybuchając przed jego wejściem.

- To koniec? – spytał, zerkając na Elzę.

Dziewczyna wpatrywała się uważnie w okolicę. – Nie… Jest tu jeszcze co najmniej pięciu Zwiadowców…

Dziki nie miał w tym momencie wybudzonej Woli, więc nie czuł nikogo oprócz Daniela, co samo w sobie było zagadkowe. Bez wybudzonej Woli nie zdarzało mu się tak po prostu ‘’czuć ludzi’’. Rozglądał się więc po okolicy, próbując wypatrzeć ukrywające się postacie. Daniel w tym czasie wyszedł z bloku ciągnąc za nogę jakiegoś mężczyznę.

Żołnierz Zarzecza ubrany był w robocze spodnie i bluzę ciemnego grafitowego koloru, a na jego prawym ramieniu znajdował się błękitny symbol ‘’Węża Eskulapa”. Prawdopodobnie oddział który ich atakował, pochodził więc z Miasta Szpitala.

Wódz Armii puścił mężczyznę, a ten natychmiast błysnął rozpływając się. Daniel zrobił to samo i niemal natychmiast pojawił się kilka metrów dalej, trzymając go za bluzę. Zwiadowca nie poddał się i błysnął ponownie, a sytuacja powtórzyła się. Po trzecim błysku, Daniel pojawił się trzymając go za szyję. – Bez względu na to jak potężny jesteś, albo jaka kieruje tobą wola. Każdy z nas ma dokładnie jedną i te samą słabość. Atak z zaskoczenia… - stwierdził wódz Armii, ściskając krtań pojmanego tak mocno, że ten upadł na kolana. – Mieliście jedną szansę, żeby mnie pokonać… szansę którą zmarnowaliście… a to jest to, co nazywamy konsekwencjami…

Zwiadowca próbował wyrwać się ze wszystkich sił, a z braku powietrza jego oczy zaczynały już właściwie wychodzić na wierzch. Daniel przyglądał się temu bez śladu jakiejkolwiek emocji na twarzy. Nim jednak mężczyzna wydusił z siebie życie, powietrze za nim zadrgało. Prawie natychmiast pojawił się drugi Zwiadowca, a jego pięść leciała w stronę wodza. Daniel odskoczył do tyłu mijając nadlatującą pięść dosłownie o włos.

- Twoja śmierć dopełni mój dzień! – ryknął atakujący, a jego klęczący kompan użył natychmiast swojego błędu i pojawił się przed Danielem trafiając go pięścią w brzuch.

Widząc to Elza wyrwała się gotowa do ataku, ale wódz zatrzymał ją wyciągniętą ręką. – NIE! To moja walka! – krzyknął w stronę dziewczyny.

Zwiadowcy stanęli obok siebie zaciskając pięści, a na ich twarzach zagościły pewne siebie uśmiechy. Jeden skinął głową do drugiego i natychmiast ruszyli. Pierwszy z nich zrobił się przezroczysty, a drugi błysnął w nieznanym kierunku.

Daniel stał przez chwilę, obserwując okolicę. Żaden ze Zwiadowców się nie pojawiał. Nagle wódz wykonał błyskawiczne zamach. Siła ciosu wzmocniona błędem zdawała się poruszać powietrze. Chociaż uderzenie z pozoru wykonane było na oślep, to jednak rozpędzona pięść ugrzęzła w jakimś niewidzialnym obiekcie. Jej knykcie momentalnie zrobiły się czerwone, a w powietrzu zawisła krwista plama. – Dopełniła? – spytał ironicznie Daniel, opuszczając cieknącą od posoki pięść.

Dopiero teraz Dziki dostrzegł niewidzialnego zwiadowcę. Mężczyzna osunął się na ziemię materializując swoją postać w trakcie upadku. Jego ubranie miało w sobie dziurę jak od kuli armatniej, przez którą widać było maź w jaką zmienił się jego żołądek i jelita.

Ogromny błysk rozdarł okolicę i nagle nie wiadomo skąd, dookoła pojawiła się czterech innych Zwiadowców.

Nim któryś z nich zdążył chociaż wykonać ruch, Daniel rzucił się błyskawicznie w stronę najbliższego z nich. Potężnym chwytem ścisnął jego głowę, po czym uniósł go do góry jak szmacianą lalkę. Nim kompani Zwiadowcy zdążyli zrobić cokolwiek, wódz uderzył potylicą mężczyzny o asfalt roztrzaskując ją jak kokosa zrzuconego z wieżowca.

Błyskający ruszył natychmiast do ataku. Przeskakując w błędzie do Daniela uderzył go w twarz, po czym momentalnie zniknął. Niemal natychmiast pojawił się z innej strony wymierzając kolejny cios. Z ust wodza trysnęła krew, a jego brwi ścisnęły się w zacięciu. Na koniec błyskający Zwiadowca pojawił się z pistoletem, celując Danielowi prosto w czoło. Dziki myślał już, że to koniec. Przez chwilę poczuł nawet dziwne ukłucie. Czy nawet ktoś taki jak Daniel miałby szansę odbić kulę, wystrzeloną praktycznie z przyłożenia?

Na ustach Zwiadowcy zagościł bezczelny uśmiech, nim jednak zdążył nacisnąć spust, wódz armii z nadludzką szybkością złapał za jego broń i zgniótł ją jakby była z plasteliny.

Zwiadowca upadł na kolana, wpatrując się w swoją zmiażdżoną rękę. Dziki zauważył jak jej połamane palce wciśnięte były w kupę metalu, która jeszcze przed chwilą była pistoletem.

Daniel cofnął się o krok przygotowując się do wymierzenia dobijającego ciosu, ale w tym momencie w jego stronę poleciały dwa dziwne noże Oba nie miały rękojeści, a wszystkie ich krawędzie były zaostrzone.

Ostrza były bez wątpienia kontrolowane przez Pierwotną Wolę, bo powietrze cięły niemal pionowo nie tracąc przy tym pędu. By przed nimi uskoczyć, Daniel musiał użyć kilku błyśnięć pod rząd. Noże jednak nie odpuszczały. Niczym sterowane odrzutowce ganiały za pojawiającym się co i rusz wodzem. W końcu Daniel błysnął za plecami jednego ze Zwiadowców. Obserwujący ten szaleńczy pościg mężczyzna z Zarzecza, nie dostrzegł nawet jak zostaje mu wymierzony kop w plecy. Zaskoczony poleciał prosto na pikujące ostrza które przeszyły go niemal na wylot.

- DOŚĆ! – krzyknął Zwiadowca, który przez cały czas próbował wymierzyć do Daniela ze strzelby.

Teraz gdy wódz zatrzymał się na chwilę, niemal natychmiast nacisnął spust. Z lufy jego broni wypadł tylko jedna śruba, za to wzmocniona błędem. Prowizoryczny nabój wyrywając się z broni, niemal rozerwał ją na kawałki. Ciągnąc za sobą tumany kurzu, leciał z mocą, mogącą przebić nawet pancerz czołgu.

Dziki wiedział, że był to pocisk którego nigdy nie dałby rady zrykoszetować. Przewyższał nawet pamiętną kulę, którą wystrzelił w stronę Bronka na Zarzeczu. Daniel nie miał jednak zamiaru zmieniać toru jej lotu. Wyciągając dłoń zaczął wyhamowywać pocisk, który zdawał się wręcz spalać powietrze. W pewnym momencie śruba leciała z prędkością pchanego wiatrem balonika,. Wódz bez trudu chwycił ją w dłoń.

Zwiadowca który oddał ten niewyobrażalny strzał, rzucił swoją zniszczoną strzelbę i rzucił się do natychmiastowej ucieczki.

Daniel przyjął pozę miotacza bejsbolisty i biorąc potężny zamach, wyrzucił śrubę z niewiele mniejszą mocą niż ta leciała wcześniej. Pocisk błyskawicznie doleciał do uciekiniera, rozrywając go na kawałki i bez spowolnienia wbił się w najbliższy blok, krusząc ogromny kawał jego ściany.

Klęczący na ziemi Zwiadowca ze zmiażdżoną ręką, spojrzał przerażony jak wódz stanął tuż nad nim. – Jak…JAKIM KURWA CUDEM TWOJA WOLA SIĘ NIE KOŃCZY! –

Daniel popatrzył na niego z obrzydzeniem i jednym szybkim podbródkowym oderwał mężczyźnie głowę. Jego ciało osunęło się do przodu, a łeb odleciał kilka metrów i potoczył się po drodze. – To tajemnica której już nie rozwikłasz…- westchnął, siadając obok trupa.

Grzebiąc przez chwilę po kieszeni, wyciągnął sok w kartoniku. Drżącymi rękoma spróbował wbić słomkę w otworek, ale po kilku nie udanych próbach, zmiażdżył opakowanie wypijając zawartość przez powstały u góry otwór.

Dziki, Elza i Cichy, chcieli już podejść w jego stronę, ale on ponownie zatrzymał ich gestem wyciągniętej ręki. – Po tym co już widziałeś, chyba nie chcesz próbować niczego głupiego! – zawołał nagle. – Jeśli chcesz wyjść stąd żywy, lepiej się pokarz. – dodał wstając. - Jeśli będę musiał cię ścigać, gwarantuję, że nie umrzesz tak szybko jak oni… - zagroził na koniec komuś, kogo żadne z nich nawet nie widziało.

Ostatni ze Zwiadowców kryjący się za wrakiem starego samochodu, przeszedł drogą stając obok wodza. Mężczyzna ubrany był dokładnie jak pozostali ludzie z Zarzecza, w grafitowy kombinezon z błękitnym wężem eskulapa na ramieniu. W odróżnieniu od zwykłych żołnierzy, zwiadowcy mieli jeszcze wyszytą lornetkę nad prawą piersią.

- Czemu nie walczyłeś? – spytał Daniel, zerkając na mężczyznę.

- Nie było szans… ktoś taki jak ja mógłby cię zabić tylko z zaskoczenia.- westchnął, ledwo ukrywając, że głos drży mu ze strachu.

Daniel spojrzał prosto w twarz chłopaka, wyraźnie go oceniając. – Każdy inny człowiek nazwał by cię tchórzem… ale ja widziałem co robisz. Obserwowałeś całą sytuację, czekałeś na moment do ataku, gromadziłeś wolę… Dopiero gdy zauważyłeś jak twoi kompani zostali zmieceni, zacząłeś się wycofywać… No i zbliżyłeś się do mnie, nie zacząłeś uciekać. Nawet teraz wiem, że gdybym cię zaatakował, spróbowałbyś się bronić…

- Raczej było by to bez sensu… - odparł Zwiadowca.

- Raczej…- potwierdził Daniel. – ale to właśnie ciebie wybrałem, żebyś to przeżył.

- Czemu? – spytał podejrzliwie chłopak.

- Bo chcę żebyś przekazał dla mnie wiadomość. – odparł Daniel. – Powiedz proszę pani ‘’prezydent’’, że ruszam na Zarzecze. Nie zrobię tego w ten godny pożałowania sposób jak wy. Nie będę atakował z zaskoczenia jak jakieś zwierzę bez honoru, a ona nie umrze zaskoczona tak jak ja mogłem to zrobić dzisiaj. Chcę żeby słyszała o każdym mieście które padnie, była świadoma każdego kroku gdy będę się do niej zbliżał, a gdy już zacisnę dłonie na jej szyi, wcale nie będę się śpieszył by pozbawić ją ostatniego tchu... Dodaj też na koniec, że ‘’uciekanie z ciała’’ nic nie pomoże…

Mężczyzna popatrzył niepewnie na Daniela, a jego oczy wyraźnie się rozszerzyły, gdy usłyszał ostatnie zdanie.

- No ruszaj! – rozkazał wódz, a Zwiadowca odwrócił się i odszedł niepewnie, ciągle odwracając się do tyłu.

W tym samym momencie Elza i Cichy dobiegli do wodza, a Dziki ruszył powoli za nimi.

- To było nieziemskie! – krzyknęła dziewczyna. – Gdy by nie to, że nie wcisnęłam pod ochraniacze majtek, to musiałabym je teraz przebrać…

- Po co go puściłeś! – krzyknął Cichy, ignorując obcesowe zachowanie Elzy.- Naprawdę chcesz, żeby wiedzieli co się szykuję! Że jesteśmy gotowi do ataku.

Daniel zaśmiał się. – Wolę grę w otwarte karty. Po za tym, jest jeszcze jeden powód. Oni mają szpiega u mnie, a ja mam szpiega u nich…

- Co? – zawołała nagle Elza. – Szpieg? U NAS! Kto?! To któryś z weteranów?! Powiedz tylko mistrzu a sama urwę mu klejnoty…

- Skąd wiesz, że mamy kreta. – dopytał Cichy ponownie ignorując dziewczynę. – Ten atak to mógł być zwykły przypadek…

- Przechwyciliśmy krótki sygnał radiowy, który pojawił się dokładnie w momencie gdy wszedłem na mównice. – wyjaśnił Daniel.- Przyjrzałem się też maszynie z której miotali bomby. Nie dało się z niej dokładnie celować, dlatego Szachraj użył swojej woli, by ściągnąć bombę prosto na mnie i tylko to uratowało mi życie…

- O czym ty mówisz! – krzyknął Cichy.

Daniel rozejrzał się upewniając, że Stalowi i pozostali ludzie z Pięści są dość daleko by ich nie słyszeć. – Moja wola nigdy nie wygasa. – wyszeptał. - Dlatego zawsze czuję gdy ktoś używa błędów, nawet w delikatnym stopniu. To zresztą uratowało mi życie… Gdyby bomba naprawdę uderzyła w mój piedestał przypadkowo, już byłbym martwy… Przeżyłem tylko dlatego, bo poczułem, że Szachraj coś na mnie ściąga. W ostatniej chwili zdążyłem się osłonić…

- To jebana łajza! – ryknęła Elza. – Pójdę tam i zrzucę mu na ryj cały H- Market!!!

- Spokojnie. – powiedział Daniel. – Na razie zostaje to pomiędzy nami. Chcę wiedzieć dlaczego jeden z moich najwyżej postawionych ludzi postanowił zabawić się w Brutusa. Dlatego po powrocie wszyscy udajemy, że nic o tym nie wiemy…

- A co z tym twoim szpiegiem? – spytał Dziki.

Daniel popatrzył na niego badawczo.- Pamiętasz jak wspomniałeś mi, że pani prezydent może być nieco odcieleśniona? Specjalnie dałem jej znać, że coś o tym wiem. Teraz przestraszona, może spróbować lepiej zabezpieczyć swoje ciało, albo ukryć je w pewniejszym miejscu. Jeśli zwiększy gdzieś straż, albo po otrzymaniu wiadomości, ruszy gdzieś nagle tajemnicza karawana, natychmiast się o tym dowiem. To pozwoli mi ustalić, gdzie ta zaraza ukryła swoje jestestwo… A teraz chodźcie, nie możemy dopuścić, żeby taka mała niedogodność zepsuła nam dzisiejszą zabawę. – stwierdził wódz, biorąc Dzikiego i Elzę pod ramiona.