Krańcowo III - Rozdział XII - Rozbłysk

Daniel przez swoją potęgę był bardzo pewny siebie, co z kolei powodowało, że często podejmował błyskawiczne i nieprzemyślane decyzję. Taka konkluzja zrodziła się w głowie Dzikiego, po wydarzeniach jakie miały miejsce w trakcie ich przysięgi. Nie chodziło mu tu wcale o fakt, że ich wódz rzucił się bez żadnego wsparcia na Zwiadowców. Raczej o to, że wierzył, iż osoba tak ekspresywna, jak Elza, będzie w stanie utrzymać w tajemnicy niechęć do Szachraja.

Dziewczyna zresztą zdemaskowałaby ich zaraz po powrocie z pola walki, gdy szef obrońców przyszedł spytać Daniela czy wszystko w porządku. W trakcie tej szopki ostentacyjnie położył mu rękę na ramieniu, na widok czego Elza po prostu wybuchła. W tym momencie Dziki, który jako jedyny z oddziału wiedział o zdradzie mężczyzny, ledwo powstrzymał swoją przełożoną, przed dokonaniem natychmiastowej egzekucji. Reszta Pięści Daniela zwróciła na to uwagę, ale najwidoczniej potraktowali to jako pokaz zazdrości o względy ich wodza.

Podobne sytuacje działy się zresztą przez cały tydzień od przysięgi. Gdy tylko Elza znalazła się gdzieś w pobliżu Szachraja, natychmiast próbowała w jakiś sposób uprzykrzyć mu życie.

Raz podczas pory obiadowej, przywaliła mu tacą w głowę, oblewając przy okazji gorącą zupą. To oczywiście można by było potraktować jeszcze jako zwykłą złośliwość, ale innym razem używając Pierwotnej Woli, przeniosła zawartość latryny wprost do jego sypialni. Próbę utopienia w fekaliach nijak nie dało rady traktować jako zwykłą zaczepkę, a nie było to wcale najgorsze, co dziewczyna wymyśliła.

Dziki nie dowierzał, że po tylu dziwnych sytuacjach, dowódca obrońców marketu nie domyślił się, że jest o coś podejrzewany. Sytuację rozjaśnił mu dopiero Tyzak, który mimochodem wspomniał przy jednym ze śniadań, że Elza, Szachraj i Cichy, stanowili od zawsze trójkąt wzajemnej nienawiści. Każde z nich starało się zyskać w oczach wodza, co prowadziło do ciągłych konfliktów wśród Braci. Było też powodem, dla którego każde z nich zostało oddelegowane do innych struktur i pracowało z dala od siebie.

Dziki domyślił się więc, że Szachraj przyjął po prostu zachowanie dziewczyny, jako efekt awansu i chęć dalszej rywalizacji. Tym razem podyktowanej chęcią wysunięcia się na czoło elitarnych oddziałów. To zaś potwierdzało jeszcze jedną rzecz, która przychodziła mu do głowy. Nawet szef Obrońców H-Marketu nie wiedział, że wola Daniela nie zanika. Gdyby mężczyzna chociaż podejrzewał taką ewentualność, nie zaryzykowałby tego potajemnego ataku z użyciem błędów.

Ta zdobyta mimochodem informacja, została zupełnie zignorowana przez Elzę, ale w Dzikim na nowo rozbudziła ciekawość, związaną z Pierwotną Wolą Daniela. Domyślał się, że musiała być ona czymś naprawdę niezwykłym. Wola, która rozbudzana była przez prymitywne emocje jak gniew czy strach, nie byłaby w stanie dać użytkownikowi takiej potęgi. Zjawa, która używała błędów, bazując na własnej złości, była w stanie błyskawicznie się rozbudzać, ale nie zbliżyła się nawet do poziomu Daniela czy Pierwszego. Obserwując uważnie zachowanie wodza, starał się domyślić, jaki rodzaj emocji nie opuszcza go przez większość czasu. Niestety jedyne co przychodziło mu do głowy to wręcz chorobliwe zapatrzenie w samego siebie. Dziki zaczął nawet rozmyślać czy ktoś, kto skrajnie się nienawidzi, mógłby obudzić się na błędy, doceniając się jako osobę. W tej teorii ciągle mu jednak czegoś brakowało.

Jego śledztwo zostało gwałtownie przerwane przez pierwszą partię Osowca, którą przygotowało ich laboratorium. Dziki spodziewał się, że z nową bronią, ruszą natychmiast na tamtą stronę. Daniel podjął jednak decyzję, że mają najpierw przygotować się do walki z nowym sprzętem.

Stalowi ściągnęli więc do bloków nieopodal Strefy Głodu mrowie niewykształconych, których pozamykali w poszczególnych mieszkaniach. Przygotowując w ten sposób coś na wzór domu szkoleniowego dla Pięści Daniela.

Podczas każdej symulowanej akcji, Elza miała używać swojej mocy, by przenieść pojemnik z gazem do jednego z mieszkań, a potem cały oddział krocząc w jego oparach, miał dobijać niewykształconych, którzy przetrwali.

Z założenia prosta strategia okazała się, wyjątkowo trudna w realizacji. Wraz ze wzrostem odległości, Elza miała coraz większe problemy z celnym przenoszeniem przedmiotów. To niejednokrotnie skutkowało pojawieniem się pojemnika z gazem, nie w tym mieszkaniu, do którego mieli się dostać. Kilkakrotnie zmuszeni więc byli walczyć z Gospodarzami i Potłukami, bez wspomagania się Osowcem.

Nawet gdy pojemnik z gazem dostał się w końcu do właściwego mieszkania, nie ułatwiało im to wcale zadania. Osowiec miał intensywny żółty kolor, a jego opary były bardzo gęste. Wchodząc do jakiegokolwiek pokoju, poruszali się właściwie na ślepo, a o używaniu broni palnej mogli zapomnieć. Przy tak słabej widoczności, ryzyko postrzelenia kompana z oddziału było zbyt duże. Sam gaz stanowił też inny problem. Osowiec był silnie żrący, więc błyskawicznie zabiłby każdy pochłaniacz w masce. Przez cały czas działania w jego oparach, musieli używać aparatury tlenowej. Butle były bardzo ciężkie, a powietrza w nich starczało na zaledwie czterdzieści minut i to przy założeniach, że nie byli zmęczeni. Żrące właściwości Osowca miały jeszcze jeden niepożądany skutek, który stał się ich zmorą od samego początku. Gaz wchodził praktycznie w każdą szczelinę. Nawet najmniejsza luka w kombinezonie albo niedokładnie dopięta rękawica stroju skutkowała swędzącymi i bolesnymi poparzeniami. Zakładanie kombinezonu z iście zegarmistrzowską precyzją, szybko stało się dla Pięści Daniela prawdziwym rytuałem.

Pierwszego dnia po takim treningu Dziki nie był nawet w stanie wejść do swojego mieszkania. Zdesperowany runął po prostu na stołówce, zasypiając z głową na stole. Kilka kolejnych dni wcale nie okazało się lepsze. Jedynym plusem tego morderczego treningu była hojność Daniela. Wódz nie szczędził im niczego, chcąc najwidoczniej zrekompensować trudy, jakie musieli znosić. Co rusz wysyłał im prezenty w postaci paczek z luksusowym jedzeniem albo słodyczami. Nie przynosiło to jednak znaczącego ukojenia. Po dziesięciu dniach treningu, gdy całym oddziałem, leżeli na stole pośród stosów bombonierek, dewolajów i klusek śląskich, nikt nie miał siły przegryźć choćby kęsa. Ostatecznym dowodem ich fizycznego wykończenia był fakt, że nawet Elza przestała dogryzać Szachrajowi.

Ich trening zbliżał się do końca. Druga znacznie większa partia Osowca była już szykowana typowo do ataku na drugi brzeg i to po mimo tego, że wojna stanęła właściwie w martwym punkcie. Od ataku w trakcie przysięgi, Zarzecze nie wykonało żadnego ruchu, a dodatkowo opuściło zajęte wcześniej kamienice po stronie Centrum. Cała ta sytuacja wydawała się Dzikiemu jedynie ciszą przed burzą. Zarzecze przewyższało Centrum pod względem liczebności, a do ataku szykowało się co najmniej od dwóch lat. Wątpliwym było, żeby odpuścili po porażce w zaledwie dwóch bitwach. Sam Daniel uważał, że te ataki były testami, mającymi ocenić ich siłę i możliwości obronne.

Wodzowi zależało jednak, by do kolejnego starcia doszło już po tamtej stronie rzeki. Jak podkreślał często w trakcie swoich wizyt na ćwiczeniach. – Dalsze straty w Strefie Głodu, byłyby dla niego osobistą ujmą na honorze, a w ciągłym poczuciu zagrożenia, źle się je kolacje.

Elza brała sobie jego słowa wyjątkowo mocno do serca i nie odpuszczała im na treningach, aż ostatni pojemnik przeznaczony do ćwiczeń nie został opróżniony.

To wstępnie przeszkolenie uwidoczniło w oczach Dzikiego, jak wiele brakuje ich grupie, by nazywać się, chociażby ‘’drużyną”. Fakt, że Elza ciągle podkreślała ich elitarność, w obliczu tych niedomagań wydawał mu się po prostu śmieszny. Prawda była taka, że praktycznie każdy z członków w czymś mocno zawodził.

Traker był z nich najsilniejszy i bez problemu dźwigał całe zaopatrzenie, ale przy okazji był piekielnie flegmatyczny. Do tego bardzo źle znosił walkę w Osowcu i błyskawicznie opróżniał butlę z tlenem, gdy przychodziło mu coś robić w oparach.

Poldek nie potrafił zrobić jednego kroku, jeżeli nie spytał się Elzy co robić dalej. Bardzo szybko zmieniono mu przez to ksywkę na Pokemon, bo w czasie treningu powtarzał ciągle: – Co robimy? Co robimy?!

Banan radził sobie nieźle. Nie bał się niewykształconych i dobrze znosił wysiłek oraz dźwiganie kombinezonu. Był za to ‘’ typem indywidualisty” jak mówił Taker, albo ‘’cholernym dupkiem’’ jak powtarzali wszyscy inni. W trakcie treningów bardzo często zupełnie ignorował resztę oddziału i działał na własną rękę. Do tego zdarzało mu się, zupełnie olać polecenia wydawane przez Elzę.

Anioł był według Dzikiego najbardziej nietrafionym wyborem w całym oddziale. Chłopak ledwo był w stanie wejść w kombinezonie na drugie piętro. Męczył się przy tym tak bardzo, że butlę opróżniał nie wiele wolniej od Trakera. Do tego w trakcie treningu miał zwyczaj niespodziewanego zatrzymywania się w dziwnych miejscach. Dziki nie potrafił zliczyć, ile razy wpadł na niego w podczas przeczesywania zagazowanych mieszkań.

Najmocniejszymi punktem oddziału był Nóż. Mężczyzna nie wiele mówił, ale potrafił zachować spokój w najbardziej krytycznych sytuacjach. Do tego naprawdę starał się działać drużynowo. Wykonywał polecenia Elzy, ale potrafił też podejmować własne decyzje, gdy został sam. Wiele razy jego błyskawiczne wsparcie ratowało członków oddziału przez poważnymi ranami. Sam Dziki zawdzięczał mu ocalenie przed wyjątkowo wielkim Potłukiem, którego gaz nie zdążył zabić przed ulotnieniem się. Niestety mężczyzna nie wykazywał jakiegokolwiek moralnego zaangażowania, a przy tym okazał się bardzo konfliktowy w mieszance z Bananem.

Największym zaskoczeniem okazała się dla Dzikiego sama Elza. Dziewczyna wydawała się mu dziecinna i nieodpowiedzialna, ale w trakcie walki wstępował w nią zupełnie inny duch. Potrafiła błyskawicznie rozeznawać się w sytuacji i bezbłędnie używała swojej mocy, dla wspierania oddziału. Wielokrotnie ocaliła im skórę, oddzielając grupę niewykształconych, nagle przeniesionym na środek korytarza regałem. Dodatkowo potrafiła błyskawicznie przenieść w bezpieczne miejsce każdego z nich, gdy uznała, że nie da sobie rady z zagrożeniem. Jej jedynymi wadami, była wręcz chorobliwa ambicja i chęć udowodnienia swojej wartości. Przekonanie jej do zrezygnowania było właściwie nie możliwe, a każda bitwa musiała zostać rozstrzygnięta za wszelką cenę. Dziki miał wrażenie, że ich liderka prędzej poświęci cały oddział, niż choćby spróbuje zawieść oczekiwania Daniela.

Nie było więc nic dziwnego, że gdy padł w końcu rozkaz wymarszu pod granicę rzeki, Dzikim zaczęły szargać naprawdę mieszane uczucia. Pogłębiał to tylko fakt, że od śmierci Daro nie miał już wcale na siebie pomysłu. W Armii nie czuł się jak w domu. Przybył tutaj tylko po to, żeby walczyć z Zarzeczem, ale od śmierci Zwiadowcy, który porwał Oli, nie miał ku temu żadnego powodu. Idee wspólnego dobra Centrum, wcale do niego nie trafiały. Przekonywał więc siebie, że robi to dla Mike i dziewczyn, które były pod jego opieką. Gdy łapała go rezygnacja, powtarzał sobie za każdym razem, że żadnej z nich, nie przytrafi się los, jaki spotkał ‘’sercu autobusu”.

Myślenie o Oli, zawsze powodowało u niego rozdzierający żal, a wydarzenia z miasta Garażu powracały do niego w koszmarach. Gdy przypominał sobie zezwierzęcenie tamtejszych ludzi, znowu napełniała go żądza mordu. Ciągle jednak wspominał przyrzeczenie, jakie złożyli razem z Pierwszym. Wspominał też Białego, który mógł po prostu pozwolić mu umrzeć, udusić się od Defektu jak stało się z Hieną… A jednak zahamował jego chorobę i to mimo, że Dziki zachował się nie wiele lepiej od najpodlejszych ludzi z Zarzecza.

Ten chaos panujący w jego głowie często sprowadzał się do jednego. Uczucia absolutnej pustki i wypalenia. Często zadawał sobie w takich momentach pytanie - Czy to już był jego koniec? Czy naprawdę zatracił w pełni, to kim był? Czy to właśnie przed tym próbował ocalić go Pierwszy?

Te rozterki rodzące się w jego głowie, nie dawały mu spokoju. Na szczęście zwykle przegrywały one walkę ze zmęczeniem. Dziki oprócz zwykłych treningów, obciążony był bowiem jeszcze jednym zadaniem. Każdego dnia zmuszony był opowiadać Danielowi i jego świcie o wszystkim, czego dowiedział się na temat Zarzecza.

To przez jego sugestie na potrzeby Pięści Daniela został zbudowany pojazd o pieszczotliwej nazwie ‘’Dzik - 1”. Stara cysterna została przerobiona, tak by móc pomieścić ogromne ilości Osowca, a jej zawory zostały przerobione w taki sposób by mogli napełniać zbiorniki bezpośrednio z przyczepy. Oczywiście zamontowano też reflektory, dodatkowy akumulator, a sama kabina została wyczyszczona, tak by pomieścić we wnętrzu cały oddział.

Z całym tym uzbrojeniem Pięść Daniela ruszyła w końcu w stronę mostu, gdzie czekać miała na dalsze rozkazy. Oczywiście sam ich wymarsz miał też drugie dno. Daniel liczył, że w ten sposób uda mu się wyłapać jak Szachraj przekazuje wiadomości na stronę Zarzecza. Informacja o ich wymarszu musiała być przecież wyjątkowo cenna strategicznie. Sama data ataku pozostała jednak tajemnicą, a ostateczna decyzja zapaść miała, oficjalnie - Gdy Daniel będzie miał dobry dzień a nieoficjalnie, gdy szpieg z Zarzecza przyślę swój raport.

Pięść Daniela zajęła się więc pilnowaniem granic przy moście, oczekując w stałej gotowości do ataku. Było to o tyle problematyczne, że oddział musiał porozbijać się na dwie mniejsze grupy, by nie wpadać w działanie prawa trzech. Od ostatniego Błysku, minęło co prawda sporo czasu i większość wałęsających się niewykształconych zginęła, ale ryzyka z ich strony nie mogli po prostu zbagatelizować.

Dziki, razem z Trakerem i Aniołem pilnowali mostu od strony auli koncertowej, a pozostała trójka zabezpieczała okolice sklepików, które jako pierwsze wpadły w ręce Zarzecza.

Dzikiemu cała ta sytuacja bardzo przypasowała. Mostu musieli pilnować całą dobę, robili to więc w samotnych ośmiogodzinnych wartach. Dzięki temu nie musiał bawić się w ‘’integrację” ze swoimi nowymi towarzyszami. Chociaż w większości nie wydawali mu się oni złymi ludźmi, nie miał ochoty na budowanie kolejnych relacji w Nowym Świecie.

- Nawet w tym zaczynam już przypominać ciebie – warknął, myśląc o Pierwszym. – Zastanawiam się, kiedy tak jak ty przestanę ściągać te cholerną maskę – westchnął, spoglądając na górną część swojego munduru przewieszoną przez kosz na śmieci.

- Do kogo mówiłeś? – spytał nagle Traker, który pojawił się na posterunku przed czasem.

Dziki zaskoczony jego nagłym przybyciem poczuł jak ciarki, przechodzą mu po plecach. - Głośno myślałem – odparł natychmiast, mocno zmieszany faktem, że ktoś usłyszał, jak gada do siebie. – Co tu robisz? Do końca mojej warty jeszcze godzina… - spytał po chwili, kładąc dłoń w miejscu serca, czując jak mocno uderza po mini ataku.

- Anioł położył się w końcu spać, a ja już się wyleżałem. Pomyślałem, że może ci się nudzi, to wpadnę i zabiję nam trochę czasu rozmową… - zaoferował mężczyzna, uśmiechając się niepewnie w stronę Dzikiego.

Ten słysząc propozycję, ledwo powstrzymał się, by nie wznieść oczu do góry. Traker był bardzo specyficzną osobą. Przesadnie miły, przesadnie grzeczny, do tego ciągle próbował bratać się z ludźmi z oddziału. Dziki, który nie miał jednak ochoty na zacieśnianie więzów, spróbował spławić go w delikatny sposób. – Nie obraź się, ale mam parę spraw do przemyślenia. Wolałbym zostać sam...

Traker spojrzał na niego niepewnie, po czym opuścił głowę zrezygnowany. – A… ok… rozumiem – powiedział, odwracając się powoli.

Widok mężczyzny, który zaczął nagle wyglądać jak zbity psiak, przypomniał Dzikiemu, że sam kiedyś nie lubił obcesowego zachowania, jakie zaprezentował swojemu kompanowi. Wiedząc, że za chwilę bardzo tego pożałuje, zawołał – Taker, poczekaj! Słuchaj, wydajesz się naprawdę miłym gościem. Wiem, że jesteśmy jedną drużyną i uwierz mi, naprawdę nie chciałem cię obrazić… Po prostu ostatnio nie jestem zbyt towarzyski…

Mężczyzna obrócił się, kiwając głową ze zrozumieniem. - Sporo przeszedłeś, to jest widać – odparł natychmiast. – Ty, Nóż i Banan jesteście dla mnie jak z innego świata… - stwierdził, spoglądając w ziemię. Po jego minie widać było, że rozważa coś trudnego, W końcu łamiącym się głosem dodał – miałeś rację wtedy w dniu przysięgi… Nie tylko w stosunku do Anioła, ale do mnie i do Poldka też.

- Nie rozumiem…- odparł Dziki, który dopiero po chwili przypomniał sobie swój wywód na stołówce.

- Wtedy powiedziałeś, że Anioł będzie ciężarem. Ja też nim jestem…- westchnął mężczyzna, siadając na pobliskiej ławce.

- Nie pamiętam, żebym mówił coś takiego. Zganiłem tylko entuzjazm Anioła… On po prostu nie rozumiał, w co się pakuje…- usprawiedliwił się Dziki, przypominając sobie dokładnie swoje słowa.

- Ja też nie rozumiałem...i chyba dalej nie rozumiem. Wiesz, ja zabiłem kiedyś człowieka… dawno temu – zwierzył się niespodziewanie Traker. – To był bandyta, zwykły zwyrodnialec, a jednak wraca to do mnie. Kiedy powiedziałeś tamtego dnia, że nie będziemy walczyć z żołnierzami, tylko z ludźmi broniącymi domu, ciągle to do mnie wracało. Myślałem, nawet żeby iść do Daniela i powiedzieć, że rezygnuję, ale za bardzo się bałem.

Dziki spojrzał na mężczyznę. W jego nieogoloną smutną twarz i wtedy poczuł, jakby spoglądał na samego siebie sprzed tych wszystkich wydarzeń. Ten widok prawie go przeraził, przecież on sam jeszcze jakiś czas temu walczył z podobnymi rozterkami. – Traker… Ja cię rozumiem. Kiedy przybyłem do tego Świata, nie byłem złym człowiekiem. Nie chciałem zabijać nikogo… Nawet tych, którzy zasłużyli. Potem coraz trudniej było odróżniać tych, którzy zasłużyli, od tych którzy nie zasłużyli. Teraz wiem, że w tym świecie jak bardzo byś się nie starał, prędzej czy później będziesz miał na rękach krew, której nie chcesz… Tak niestety tu jest i tego nie zmienisz – próbował wytłumaczyć załamanemu kompanowi.- To, że odejdziesz, nie zmieni też tego, że ludzie zginą. Daniel weźmie na twoje miejsce kogoś innego… Może mniej moralnego… Póki tu jesteś, masz chociaż minimalną kontrolę. Możesz dbać o to, by ograniczyć liczbę ofiar. Nie mniej pamiętaj, że drużyna musi być dla ciebie najważniejsza - przestrzegł go Dziki. – Prędzej czy później z twojej ręki zginie ktoś, kto nie zasłużył i musisz się z tym pogodzić, ale jeżeli zawiedziesz nas… Z tym będzie ci dużo ciężej.

Kończąc swój, wywód Dziki zobaczył, że Traker pogrążył się w zadumie. Po jego minie widać było, że nie dochodzi do zbyt optymistycznych wniosków. Nie wiedział, czy to ze względu na solidarność oddziału, czy może dlatego, że mężczyzna przypominał mu jego samego, ale spróbował odciągnąć go od tych myśli. – To… Wiesz w ogóle, skąd wzięła się ksywa Anioła? – spytał, by wciągnąć rozmówcę w inny temat.

Traker zmarszczył czoło i nagle parsknął śmiechem. – Nie słyszałeś tej historii?

- Nie… - odparł mu Dziki.

- Więc on był kiedyś ogonem jednego z prawdziwych weteranów, Dyzia. Z tego, co usłyszałem, złapała ich nocka w Centrum i musieli zabunkrować się w jednej z klatek bloku. Okazało się, że w tej samej klatce mieli chyba z dziesięciu gospodarzy. Dyzio siedzi cicho, nawet oddychać nie próbuję, żeby ich nie ściągnąć hałasem i nagle słyszy modlitwę… Anioł się modlił…

- To takie dziwne? – spytał natychmiast Dziki.

- No niby nie… Sam chyba bym się pomodlił w tej sytuacji... Tylko, że on nie mówił normalnej modlitwy, tylko tą z dziecięcego katechizmu ‘’Aniołka Bożego”- zaśmiał się Traker.

Dziki skinął głową, gdy nagle zobaczył jakiś ruch. Dając Trakerowi znak, wyciągnął pistolet, który opuścił po chwili. Od strony mostu zmierzała do nich Elza. Dziewczyna nie miała kompletnego stroju, jedynie przeciwchemiczne spodnie i koszulkę, wyglądała też na mocno zdenerwowaną. - Dziki, kończysz wartę? – spytała natychmiast.

- Prawie…- odpowiedział.

- Teaker, zacznij już pilnować… - rozkazała. – Chcę, żeby Dziki coś zobaczył – dodała po chwili.

- Jasne! – potwierdził kompan, wstając.

Elza skinęła na Dzikiego i oboje ruszyli skwerkiem w stronę kamienic za Aulą.

- Stało się coś? – spytał nieco zdenerwowany.

- Zobaczysz, a teraz choć szybciej – pogoniła go liderka.

Błyskawicznie przebiegli przez ulicę i wchodząc budynkiem obok dawnej piekarni, weszli do jednego z mieszkań, znajdującego się tuż nad sklepami. Tam Elza urządziła swój punkt obserwacyjny. Na dużym drewnianym stoliku rozstawiona była radiostacja, kubek z kawą i jakaś kartka, na której znajdował się kreślony ołówkiem szkic.

Dziewczyna przeprowadziła Dzikiego przez mieszkanie, prowadząc do okna w kuchni, wychodzącego na stronę przeciwną do rzeki. Po chwili chwyciła za lornetkę i wyszukując czegoś zesztywniała. – Są…- wyszeptała, podając Dzikiemu wizjer. – Tam, obok dawnego budynku poczty…

Dziki spojrzał przez soczewkę i błyskawicznie dostrzegł grupę postaci w czerwonych strojach, wszystkie nosiły kominiarki i broń automatyczną.

- To Defekt czy przebierańcy z Zarzecza? – spytała zdenerwowana.

Dziki przyglądał się przez chwilę, starając wyłapać jakiś szczegół, który może dać mu odpowiedź. – To są normalne stroje Defektu, a Zarzecze nie przeszło obok nas…

- Mogli przyjść drugim mostem, a skoro nas szpiegowali, wiedzą jak wyglądają formacje po tej stronie. – stwierdziła niepewnie dziewczyna, przygryzając nerwowo paznokieć.

Nagle Dziki dostrzegł coś, od czego jego serce zabiło niekontrolowanie mocno. Z budynku poczty wyszła Dix. – To jest Defekt…- powiedział, opuszczając natychmiast lornetkę.

Przez chwilę poczuł jak jego serce nie może się opanować po tym widoku. Nie widział Dix, od pamiętnej bitwy pod cegielnią, gdy została zraniona przez Cichego.

- Oby tylko uszanowali warunki zawieszenia broni…- westchnęła Elza. – Zastanawiam się co oni w ogóle tutaj robią...

Dziki poczuł, że musi usiąść. Nie spodziewał się, że sam widok Dix wywoła w nim taki wstrząs. Wracając do pokoju zerknął na stolik. Ciągle drżącymi rękoma podniósł leżący na nim szkic. – To my? - spytał nagle, przyglądając się rysunkowi. Tak naprawdę nie bardzo go to interesowało, ale odczuł gwałtowną potrzebę zajęcia myśli czymś innym. – Nie widzę swojej twarzy…- dodał po chwili.

- Bo z tobą mam największy problem – stwierdziła Elza, zerkając mu przez ramię na kartkę. – Chciałam, żeby na rysunku wszyscy byli uśmiechnięci, ale ty się nigdy nie uśmiechasz…

- Naprawdę? A teraz? – dopytał, wykrzywiając twarz.

- Teraz udajesz. Równie dobrze, mogłam po prostu wymyślić twój uśmiech, ale dla mnie ważne są szczegóły. Chciałam zawrzeć wasze prawdziwe wyrazy twarzy – stwierdziła dziewczyna, wyciągając mu z ręki szkic.

- Rysujesz to wszystko z pamięci? – spytał Dziki.

- Mhm... – potwierdziła Elza, siadając na fotelu z kartką w dłoni. – Przed Nowym Światem, liczyłam, że dostanę się na ASP.

- Ambitnie...- wtrącił, za wszelką cenę chcąc skupić myśli na rozmowie.

Na szczęście Elza pociągnęła temat.- Daj spokój, to było okropne! Jako dziecko kochałam rysować, a jak zaczęłam ćwiczyć do egzaminów, nie mogłam już patrzeć na ołówki - stwierdziła, rozsiadając się w fotelu. - Teraz znowu rysuję dla przyjemności. Wszystkie plakaty Armii to kserówki moich szkiców - stwierdziła dumnie.

Dziki przypomniał sobie Pierwszy plakat Armii, jaki zobaczył na przystanku w dniu swojego przybycia. - Widziałem nawet jedno z twoich wczesnych dzieł - powiedział.

Dziewczyna, słysząc to wyraźnie spochmurniała. - Przestań.. Te rysowane na początku to była tragedia. Tłukłam je masowo, bo były jeszcze problemy z prądem i nie mogliśmy podłączyć xero, więc jakość rysunku była straszna...

- Jak dla mnie było całkiem nieźle, ale ja nie mam talentu - westchnął Dziki. - No ale chyba rysowanie plakatów nie zapewniło ci miejsce wśród Braci... - ciągnął temat dalej.

Słysząc to, Elza zmrużyła oczy, wpatrując się w niego podejrzliwie. Zastanawiał się przez to, czy może przypadkiem spytał o coś, o co nie powinien, ale dziewczyna wypaliła nagle. - Strasznie rozmowny dziś jesteś!

- Ja? Nie...Ja tak tylko...- próbował tłumaczyć się, ale jego liderka uśmiechnęła się z gotową teorią w głowie.

- To przez nią? Próbujesz zagłuszyć bijące serce? - spytała nagle, wpatrując się w niego przeszklonymi oczami.

- Na mnie już czas... - odparł jej Dziki, podnosząc się z miejsca i czując, że swoim zachowaniem potwierdził domysły dowódczyni.

- Czyli trafiłam! - zawołał triumfalnie Elza. - Ciągle coś do niej czujesz...

- Daj spokój! Jesteśmy wrogami! - odparł natychmiast zirytowany.

- Tylko dlatego, że pomogłeś Pierwszemu? Bo jesteś teraz członkiem Armii? - spytała, chcąc jakoś zaakcentować te dwa fakty jako błahostkę, nim jednak zdążyła skończyć wypowiedź, Dziki wtrącił.

- TAK!

Elza zacięła się przez chwilę, wytrącona z wątku. - No...eee...To znaczy... Cholera nie przemyślałam tego...

Dziki wzniósł oczy zirytowany. - Posłuchaj tamtego dnia w cegielni, Dix powiedziała, że następnym razem, gdy mnie spotka, trafię z Pierwszym do jednego dołka. Tyle! Nie ważne co tam się przelewa w środku, jak ją widzę... Wracam na posterunek! - stwierdził w końcu, kierując się w stronę korytarza.

Elza zawołała jednak za nim. – Dziki! Wiem, że po tym, co przeżyłeś, jest ci ciężko. Może nie sprawdziłam się teraz jako psycholog, ale naprawdę wierzę, że nasz oddział może być jak rodzina… Wierzę, że możemy się zbratać. Tylko musisz dać temu szansę. Może nie wyszło mi teraz najlepiej, ale zależy mi na was...Na was wszystkich.

- Postaram się was nie zawieść… - odparł jej wymijająco, ale dziewczyna wyglądała na nieprzekonaną.

- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. Chciałabym, żeby znowu zaczęło ci na czymś zależeć, bo gdy patrzę w oczy bez życia takie jak twoje... Po prostu mnie to przeraża – westchnęła.

Dziki miał już jej odpowiedzieć, że nie warto się nim przejmować, kiedy oślepił go błysk. – Cholera jasna właśnie teraz?! – ryknął zirytowany.

- Kładź się na łóżko!- rozkazała Elza, a sama złapała za radiostację. – Chłopaki! Schowajcie się! Po błysku od razu meldujcie pozycję! Przyjadę po was Dzikiem – 1!

- Kurwa szkoda, że nigdy nie przyrządzałem remedium… teraz by się przydało…- warknął zirytowany Dziki.

- Remedium?- dopytała natychmiast Elza.

- Jak byłem strażnikiem autobusu, Kuba przygotowywał taki środek, który pozwalał zostać przytomnym w czasie błysku - odparł natychmiast.

- Teraz nie będziemy nad tym płakać! Kładź się, zanim łeb rozbijesz...- krzyknęła Elza, gdy tylko pojawił się gwizd.

Dziki runął na łóżko, a liderka zawinęła się jak kot na fotelu. – NIENAWIDZĘ TEGO! – krzyknęła, wciskając twarz w oparcie.

Już po chwili pojawiło się jasne światło! Dziki zacisnął zęby, czekał na kulminacje. Jednostajny gwizd świdrował mu uszy, a głowa zaczynała pulsować bólem. Wciskał twarz w bok kanapy ze wszystkich sił, ale stało się coś dziwnego. Kulminacja nie nadeszła. Światło pozostało na stałym oślepiającym poziomie, a gwizd był mocny, ale nie rozdzierał czaszki jak zazwyczaj.

- CO SIĘ DZIEJE? – krzyknęła Elza, która też musiała zauważyć, że to wszystko trwa zbyt długo.

- Nie mam pojęcia! – odparł jej Dziki.

Leżeli tak co najmniej dziesięć kolejnych minut. Gwizd nie stawał się głośniejszy, a światło czerwieniło zamknięte powieki, ale nie przedzierało się przez nie białą łuną, jak robiło to zazwyczaj. Dziki zaryzykował i po omacku podniósł się powoli. Zrywając poszewkę z ciemnej poduszki, zaciągnął ją na głowę i otworzył oczy. Materiał tłumił nieco blask. Był w stanie dostrzec kontury różnych przedmiotów, przez te prowizoryczną przesłonę.

- Dziki co robisz? – zawołała Elza, słysząc zapewne jego szamotanie.

- Coś jest nie tak! Były tu jakieś okulary? Pamiętasz? – spytał.

- Chyba na lodówce w kuchni…- odparła dziewczyna.

Przechodząc po ścianie do sąsiedniego pomieszczania, wymacał lodówkę, a na jej grzebiecie parę czarnych okularów. Ściągając poszewkę, założył je szybko na nos. Dzięki temu był w stanie widzieć w miarę normalnie. Prawie natychmiast wyjrzał przez okno i dostrzegł niewyobrażalną jasność. Nie był to dla niego pierwszy raz. Jako strażnik autobusu regularnie był przytomny podczas błysku, ale ten obraz zdecydowanie się różnił od tego który zapamiętał. Podczas normalnych epizodów ciemne gogle spawalnicze ledwo tłumiły światło, a tutaj czarne okulary wystarczyły, by dało się funkcjonować.

- Dziki co się dzieje?! – zapytała ponownie Elza.

- Nie mam pojęcia, poczekaj poszukam okularów dla ciebie…- odparł i ruszył w głąb mieszkania.

Przetrzepując wnętrze, znalazł w końcu drugą parę w szafce na korytarzu. – Załóż! Ten błysk nie jest normalny.

Elza wcisnęła okulary na oczy i podobnie do Dzikiego wyjrzała przez okno. - Nigdy nie byłam przytomna w trakcie… To jest…

- Nie takie jak powinno być – wtrącił Dziki. – Intensywność jest za mała…

W tym samym momencie rozpoczęły się pierwsze wołania przez radio. Mieszkańcy Centrum musieli być nie mniej zdziwieni tym wszystkim niż Dziki i Elza. – Hej co jest? Czy tylko ja jestem przytomny? Nie chłopie nie ty jeden… To światło jest upierdliwe…Dlaczego nie śpimy? Co się dzieje…

Elza złapała na radio i natychmiast wyłączyła auto nasłuchiwanie, przełączając się na kanał Pięści Daniela. – ELZA! ELZA! JESTEŚ PRZYTOMNA?! ELZA ODBIERZ!– wykrzyczał natychmiast Banan, który próbował nawiązać łączność w panującym chaosie radiowym.

- Jestem, wygląda na to, że wszyscy są – odparła natychmiast dziewczyna.

- Nie mogę się kurwa ruszyć! Przez to światło ledwo widzę…

- Czekaj! Przyjedziemy po was!- krzyknęła dziewczyna. - Dziki idziemy do auta!- rozkazała, kierując się w stronę wyjścia.

Tymi samymi spiralnymi schodami zeszli na wewnętrzne podwórze, a potem na drogę. Dziki – 1 stał zaparkowany w bocznej uliczce.

– Jak myślisz co się teraz dzieje? – spytała dziewczyna gdy tylko wsiedli do szoferki.

- Nie mam pojęcia – odparł najszczerzej Dziki. – Myślę, że jesteś tu dłużej niż ja… Takie rzeczy się wcześniej nie działy? Nikt nie wspominał o błysku z przytomnymi…

- Nie…- odparła niepewna Elza przekręcając kluczyk.

- Może ja poprowadzę! Prowadziłem autobus w czasie błysku…- zaproponował Dziki, widząc jak dziewczyna, przysuwa się do szyby, by dostrzec drogę.

Po chwili zastanowienia kiwnęła głową. – Jasne! Dawaj.

Dziki usiadł za ogromną kierownicą i przycisnął gaz. Dzik-1 wytoczył się powoli na drogę, trzęsąc się przy tym, jakby jechali po wybojach.

- Musisz dodawać więcej gazu! Mamy pełną przyczepę! – pouczyła go Elza, a Dziki docisnął pedał.

W pierwszej kolejności ruszyli w kierunku Banana i będących z nim ludzi. Do ich posterunku było znacznie łatwiej dojechać ogromnym pojazdem. Błyskawicznie wjechali na główną drogę i zaczęli nabierać prędkości. Od celu dzieliła ich zaledwie minuta. W tym momencie z radia wołanie Takera. - Elza! Zgłoś się proszę! Tu się dzieje…Tu się dzieje coś dziwnego!

- Co się dzieje?! Mów! - wykrzyczała dziewczyna do mikrofonu.

- Rzeka! Ona wrze! – odparł mężczyzna.

Elza spojrzała na Dzikiego. – Skręcaj! Jedziemy najpierw po nich!

Dziki skinął głową i skręcił gwałtownie kierownicą w drugą stronę.

Do bocznej części mostu, z której obserwowali okolicę, prowadziła tylko niewielka dróżka, na której ich pojazd za żadne skarby by się zmieścił. Spróbował jednak podjechać tak blisko, jak tylko dał radę.

Gdy tylko zbliżyli się do rzeki, poczuł w nosie ten charakterystyczny szczypiący zapach starych baterii. Było jednak znacznie gorzej niż zazwyczaj, oczy piekły go niemiłosiernie i łzawiły jak opętane. Elza w tym momencie przeklęła. – Kurwa… zostawiłam maskę w mieszkaniu…

- Ja swoją na posterunku – odparł Dziki czując jak szczypie go gardło.

Gdy dojeżdżali już pod samą dróżkę, stała się kolejna niespodziewana rzecz, Błysk zniknął. Gwałtowny półmrok zaczął pokrywać okolicę. Powietrze naelektryzowało się, jakby za chwilę miała przyjść burza.

- To pewnie też nie jest normalne? – spytała Elza.

- Ani trochę – odpowiedział Dziki wychodząc z samochodu.

Natychmiast dostrzegł, że nie są sami. Grupa weteranów stała w oddali przyglądając się korytu rzeki. Dziki zrobił kilka kroków na bok, by przyjrzeć się tafli i wtedy dostrzegł to, o czym mówił ich kompan przez radio. Wiślinka po prostu się gotowała. Strumienie szarej pary wzbijały się tabunami w górę, a małe bąble rozlewały krople kwasu po brzegu, powodując wypalanie się wszystkiego w okolicy.

- Dziki! Elza! – zawołał Traker, biegnąc w ich stronę razem z Aniołem.

- Ładny cyrk co?! – zapiał chłopak, spoglądając błyszczącymi oczami w stronę rzeki.

- Powinniśmy się stąd zabierać! Nie wiadomo co z tego wyniknie – stwierdziła dziewczyna, ale Anioł zaprotestował natychmiast.

- Oni stoją! – zawołał wskazując na weteranów w oddali.

Wszyscy spojrzeli w stronę co raz większej grupy która gromadziła się tuż przy rzece. Wyglądało na to, że sporo wolnych weteranów musiało przebywać w tej okolicy.

- Za nich nie odpowiadam! Dziki biegnij po maskę, a reszta do wozu! – rozkazała.

Traker i Anioł posłusznie weszli do szoferki, a Dziki ruszył pędem po zostawiony aparat tlenowy. Wtedy do jego uszu doszło coś, co brzmiało jak grzmot. Odruchowo spojrzał w niebo i dostrzegł zjawisko, którego nie widział od niepamiętnych czasów. – Chmury…- wyszeptał sam do siebie.

Na niebie od strony Zarzecza kłębiły się najprawdziwsze burzowe chmury. To był widok, który po prostu go zamurował. Zresztą nie tylko jego, z oddali zaczęli przybywać kolejni ludzie, którzy musieli ukrywać się w tej okolicy. Nawet członkowie Defektu, pojawili się chwilę później na drodze. Wszyscy wpatrywali się w niebo ja zahipnotyzowani.

Dziki poczuł nagle, jak coś spada mu na głowę. Przerażony pomyślał o bąblach z rzeki rozrzucających kwas. Przeczesał się po włosach, ale na jego dłoni nie pojawiło się żadne piekące uczucie. Po chwili, na jego kombinezonie pojawiła się kropla wody. Gdy spojrzał w górę, dostrzegł kolejne spadające z nieba. - Deszcz…- wyszeptał. – CHOLERA JASNA PADA DESZCZ! – zawołał a serce zabiło mu z podniecenia.

Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni widział cokolwiek innego niż wieczne przygnębiające szare niebo. Ten widok wywołał w nim jakąś dziwną euforię. Ulewa rozgorzała w ciągu kilku sekund, a na wyschniętej spalonej ziemi błyskawicznie pojawiły się kałuże.

Radość Dzikiego nie była odosobniona. Od stojącej w oddali grupy weteranów zaczęły dochodzić wiwaty i dźwięki wystrzałów w powietrze. Anioł i Traker pościągali hełmy i kurtki, dając się opluskać przyjemnemu chłodnemu deszczowi.

Podchodząc do swojego oddziału, zobaczył, że tylko Elza nie dała się ponieść panującej w okolicy euforii. Z marsową miną obserwowała strumienie wody spływające jej po rękawie. W międzyczasie rzeka zaczęła się uspokajać, spadające z nieba krople zdawały się tłumić bulgot, przecząc jednemu z podstawowych praw chemii o wlewaniu kwasu do wody.

Co raz więcej osób przybywało nad rzekę, by przyjrzeć się temu niezwykłemu zjawisku. Gromada Defektu stanęła w pobliżu, skłaniając Dzikiego do natychmiastowego założenia hełmu. Dix była jednak zbyt zaaferowana tym samym co pozostali zgromadzeni nad rzeką, by zwrócić na niego uwagę.

W całej okolicy tylko Elza pozostała zaniepokojona. Przygryzając nerwowo palce, zaczęła rozglądać się po otaczającym ich terenie. Przy moście pojawili się w tym momencie Banan wraz z kompanami. Mijając Defektowców szerokim łukiem, zbliżyli się do reszty oddziału.

- Zaraz sobie do kości obgryziesz... - zakpił na dzień dobry blondas, stając obok Elzy.

Dziewczyna nie zareagowała na zaczepkę, wciąż obserwując wszystko dookoła. Nie zbity z tropu Banan przyczepił się do niej podobnie. - Chyba miałaś po nas przyjechać?! Taki brak zdecydowania nie przystoi dowódcy.

Elza jednak ponownie go zignorowała wołając w końcu. - Dziki! Powiedz, takie rzeczy nie działy się na Zarzeczu prawda? - spytała, wyraźnie zdenerwowana.

Dziki pokręcił głową, a na twarzy dziewczyny pojawił się grymas. - To nie wróży nic dobrego, mam złe przeczucia...

Anioł, słysząc to, stanął nad Elzą jak nauczyciel gotowy pouczyć niesfornego ucznia.- Przestań, to pierwszy deszcz, jaki wszyscy zobaczyliśmy w Nowym Świecie. Nie musimy od razu dramatyzować! Może to właśnie dobry omen, który przyniesie nam szczęśc...

Słowa chłopaka utonęły w potężnym grzmocie, który zatrząsł okolicą. Chmury na niebie zaczynały ciemnieć, a pojedyncze błyskawice przeskakiwały między nimi.

- ...to na pewno, tylko zwykła burza- dokończył chłopak.

- Widziałeś jakąkolwiek zmianę pogody w Nowym Świecie? - spytał natychmiast Nóż. - Elza ma rację, to nie przyniesie nic dobrego, musimy się stąd zbierać.

W tym samym czasie wiatr zaczął trząść wyschniętymi drzewami, łapiąc po kolei wszystkie słabsze gałęzie.

- Do Dzika! Już! – rozkazała Elza, a cały oddział ruszył w stronę samochodu.

Tuż za ich plecami w rzekę uderzył piorun. Widząc to weterani i Defektowcy zrozumieli, że nie warto dłużej ryzykować i zaczęli oddalać się od koryta. Następnie wyładowanie trafiło w stare drzewo tuż za aulą. Pobliskie latarnie z jakiegoś powodu rozjarzyły się przez chwilę, rzucając na okolicę rdzawe światło.

Gdy tylko Pięść Daniela zapakowała się do samochodu, Elza przekręciła Kluczyk, ale auto nie raczyło nawet zapalić kontrolek. - CO JEST DO DIABŁA! - krzyknęła uderzając pięściami w kierownicę. - DZIKI WYŁĄCZYŁEŚ ŚWIATŁA?!

- A NA JAKĄ CHOLERĘ MIAŁEM JE W OGÓLE WŁĄCZAĆ! - zaprotestował natychmiast.

Elza spróbowała jeszcze raz odpalić auto, a w tym czasie Nóż sięgnął po swoje radio. - Coś się dzieje z elektroniką! Spójrz! - zawołał do dziewczyny, pokazując krótkofalówkę, która zachowywała się jak choinkowe lampki.

Kolejne pioruny przeszyły okolice, zapalając światła w promieniu swojego rażenia i przy okazji powodując przerażenie Pokemona.- Nie możemy tu zostać! Co robimy Elza?! Zostawiamy auto?!

Dziewczyna natychmiast zaprzeczyła. - Nie możemy stracić Dzika! Jest w nim cały wyprodukowany Osowiec!

- To co robimy?! - dopytał Banan zirytowanym głosem.

- Zabezpieczenia Dzika jest najważniejsze, ale nie przeniosę go z wami w środku! Wysiadajcie i biegnijcie do kryjówki w kamienicy! Tam się spotkamy! - zawołała dziewczyna i wyskoczyła na zewnątrz.

Dziki wypadł tymi samymi drzwiami. - Będę cię osłaniał! - krzyknął stając za liderką.

- Przed piorunami?! - spytała ironicznie. - Biegnij z pozostałymi! Dam sobie radę! - krzyknęła i podnosząc ręce, przeniosła ich pojazd kilka metrów dalej.

- WAL GO OD RAZU NA GŁÓWĄ DROGĘ! - ryknął Banan.

- A jak przepołowię go na drzewie! Kontroluje to dobrze tylko na metry! - odparła mu dziewczyna, przenosząc auto ponownie. - Co ja mówiłam do kamienicy!

- Nie zostawimy cię tutaj! - odparł natychmiast Traker.

W tym czasie wiatr nabierał na sile, a niebo zrobiło się całkiem granatowe. Kolejny piorun wyjątkowo pomarańczowego koloru uderzył w aulę koncertową. Dziki zacisnął zęby, czując jak ziemia pod jego stopami, się trzęsie. Po kilku sekundach zrozumiał, że znowu dzieje się coś dziwnego. Nawet najmocniejszy piorun nie był w stanie wzburzyć podłoża na tak długo.

Spoglądając w miejsce uderzenia, dostrzegł jak betonowa aula, zaczyna pękać. W przeciągu chwili jej strop rozpadł się, lądując na dawnej estradzie. To nie był jednak koniec. Ziemia pod sceną zaczęła się wypiętrzać, jakby zaczynał rosnąć tam wulkan. Betonowe kawałki i zbrojenia rozpadały się, a cały budynek zdawał się wyrywany z korzeniami przez niewidzialną rękę. Po chwili wznosząca się na kilkanaście metrów struktura z drutu, prętów i gruzu zamarła w stanie przypominającym olbrzymią rzeźbę pająka.

- Co do kurwy nędzy... - przeklął na ramieniem Dzikiego, Banan.

- Nie podziwiać widoków tylko biec dalej! - wykrzyknęła Elza i tym razem rzuciła ich pojazdem tak niedokładnie, że pojawił się kilka centymetrów nad ziemią. Upadając na koła zatrząsł się na resorach wydając z siebie niewyobrażane jęknięcie.

- Patrzcie tam! - zawołał nagle Pokemon, wskazując palcem na okolice mostu.

Dziki myślał przez chwilę, że wykorzystując sytuację do centrum próbują przedostać się żołnierze z Zarzecza. Zamiast tego zobaczył jednak biegnących w ich stronę Defektowców.- Oni atakują? Czy oni nas atakują? - dopytał przestraszony chłopak.

Dziki złapał natychmiast lornetkę i zobaczył, że Defektowcy odwracają się co rusz do tyłu. - Oni przed czymś uciekają...- powiedział, czując olbrzymi niepokój.

Wszyscy natychmiast dostrzegli kolejny wyrywany z ziemi budynek. Stara zabytkowa kamienica, która stała przy głównym skwerku obok mostu, wykręcała się w dziwnej spirali, wędrując do góry jak wcześniej aula koncertowa. Różnica była taka, że ten budynek rozpadał się od dołu, pozostawiając górne piętra w całości. W którymś momencie rozciągane zbrojenie nie było w stanie utrzymać górnej połowy i cała konstrukcja z impetem runęła na ziemię.

Elza, obserwując sytuację, wskazała dłonią na oddział. W tym momencie Dziki razem z towarzyszami, zostali przerzuceni na drogę praktycznie pod bramę jej kryjówki. Chwilę później pojawił się ich pojazd, a po nim nadbiegła ich dowódczyni.

- Wsiadajcie do samochodu! W budynku jest teraz zbyt niebezpiecznie! – rozkazała.

- A TY GDZIE IDZIESZ?! - zawołał Dziki, widząc jak dziewczyna rusza w stronę wejścia.

- Zostawiłam tam coś! - odparła natychmiast i ruszyła po schodach na górę.

Przez chwilę wszyscy obserwowali budynek, jakby zaraz miał się poderwać do góry. Na szczęście zamiast tego wybiegła z niego Elza, trzymając w rękach maskę i rysunek.

***

Burza trwała od co najmniej godziny. W tym czasie cała Pięść Daniela oczekiwała z sercami w gardle na każdą nową błyskawicę i jej konsekwencje. Centrum zdawało się wręcz rozrywane przez te anomalię pogodową. Kolejne budynki wypiętrzały się, zapadały albo tworzyły architektoniczne koszmary jak z jakiegoś abstrakcyjnego obrazu kiepskiego malarza.

W samochodzie praktycznie nikt się nie odzywał. Każdy oczekiwał w skupieniu czy kolejny piorun nie uderzy gdzieś w pobliżu, wymuszając natychmiastową ucieczkę.

Dziki w całej tej sytuacji odczuwał podwójny niepokój. Garstka ludzi, na których naprawdę mu zależało, mogła w tym momencie znajdować się w środku podobnego piekła. Mike, Oli, Weronika, Papużki, były ostatnimi osobami, z którymi łączyło go w tym świecie coś więcej, a nie mógł nawet sprawdzić co się z nimi teraz dzieje. Obiecał sobie, że jeżeli przeżyję tę noc, pierwsze co zrobi to ruszy do Zwrotnicy. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że nie jest już w pełni ‘’wolnym’’ człowiekiem. Ślubował służbę Danielowi i gdyby bez jego pozwolenia wymknął się teraz, raczej nie mógłby liczyć na kolejną szansę.

Spoglądając na swoją dowódczynię, która pełna nerwów ściskała kierownicę, wyszeptał. – Elza… - Co jest Dziki? – zapytała natychmiast dziewczyna, wystraszona jakby chciał jej powiedzieć, że widzi Delimera. - Jak to się skończy, miałbym małą prośbę… - powiedział, spuszczając głowę. - Mam przyjaciół niedaleko Wspólnoty i chciałbym sprawdzić, czy… - Jak to się skończy, wracamy WSZYSCY do Strefy Głodu sprawdzić co z naszymi! – warknęła dziewczyna, widząc jednak minę Dzikiego, westchnęła po chwili – jak już wrócimy, porozmawiam z Danielem, żeby dał ci chwilę… Pamiętaj tylko, że teraz masz obowiązki…

- Jasne. Dzięki… - powiedział Dziki, a dziewczyna wróciła do obserwowania okolicy.

Przez kolejne kilkanaście minut burza powoli cichła, dając wszystkim nadzieję, że piekło zaczyna się kończyć. Wiatr ustał, a deszcz przeszedł w delikatną mżawkę. Tylko fakt, że drogi zamieniły się właściwie w jedną wielką plątaninę rzek, dowodził temu, co działo się w Centrum jeszcze przed chwilą.

- Chyba już jest bezpiecznie…- stwierdził Traker, a Nóż, który bawił się krótkofalówką, wykrzyczał nagle. – Elza! Radio działa! Zobacz, może z autem też jest ok!

Dziewczyna przekręciła kluczyk w stacyjce, a silnik odpalił z wyraźnym oporem.

Większość grupy za wiwatowała radośnie.

- Dobra! – krzyknęła Elza. – Sprawdzimy co z mostem, rzeka się piętrzyła i kwas mógł go naruszyć. Potem wracamy zdać raport Danielowi…

Dzik – 1 ruszył zalaną drogą, rozlewając dookoła olbrzymie strugi wody. Tylko to, że pojazd był potężną ciężarówką, ocaliło ich przed pieszą podróżą. Żaden normalny samochód nie dałby rady przedostać się przez to rozlewisko, w jakie zamieniło się centrum miasta.

Dojeżdżając do mostu, zobaczyli co najmniej cztery stojące pająkowate potwory i kilka budowli zmienionych gruzy. Sam most wydawał się nienaruszony. Elza zatrzymała pojazd, po czym całą drużyną ruszyli pieszo przyjrzeć się, w jakim stanie są filary. Tam zaś czekała ich prawdziwa niespodzianka. Wiślinka nie była dłużej strumieniem kwasu. Tuż przed nimi płynęła spokojna leniwa rzeka. Tylko poczerniałe wypalone brzegi przypominały o tym, że to co znajdowało się w korycie wcześniej, nie było wodą.

- Ja pierdole… Co tu się dzisiaj wyprawia…- skwitował Banan.

- Daniel powinien się o tym dowiedzieć - stwierdziła natychmiast Elza i machając ręką, skierowała swój oddział z powrotem do samochodu.

Droga do Strefy Głodu była wyjątkowo długa i pokrętna. Większość ulic była nieprzejezdna przez zawalone budynki albo kałużo – jeziora, w których utonąłby nawet Dzik- 1. Zmuszało to Elzę do prawdziwej improwizacji jako kierowcy. Przebijali się więc przez plac zabaw między blokowiskami, szerokim chodnikiem przy dawnym rynku, a nawet kilka razy taranowali ogrodzenia prywatnych podwórek. Po godzinie walki i ciągłego krążenia w poszukiwaniu możliwego przejazdu dotarli w końcu do królestwa Daniela.

Tajemniczy ‘’Rozbłysk’’ jak szybko nazwano w radiu to tajemnicze burzowe zjawisko, nie oszczędził nawet okolic marketu. Cały parking był zalany. Po namiotach weteranów i stołówkowym patio nie został ślad. Obrońcy biegający z workami ziemi i wiadrami starali się uchronić market przez doszczętnym zalaniem. W okolicy kilkuset metrów Dziki dostrzegł co najmniej dwa architektoniczne potwory powstałe z rozerwanych bloków.

Zatrzymując Dzika – 1 na placu, szybko zobaczył również Daniela. Wódz stał otoczony Braćmi, wydając rozkazy, a mężczyźni biegali jak posłańcy w różne miejsca Strefy.

Elza wypadła natychmiast z samochodu, zostawiając przy tym swój oddział i ruszyła w jego stronę. Banan widząc to, pokręcił natychmiast głową. – Wy też macie wrażenie, że on ma u niej laskę na każde pstryknięcie palcami?

- Zazdrość cię bierze, bo to tobie nawet za pieniądze nie robią…- odpysknął mu Nóż, którego najwidoczniej denerwowało obcesowe zachowanie kompana.

- Masz jakiś kurwa problem emoku? – odwarknął natychmiast Banan.

- Mam! Z Tobą! Jak nie chciałeś wykonywać rozkazów i nie szanujesz swojego dowódcy, to po co tu w ogóle jesteś! – odpowiedział natychmiast do niedawna najcichszy z oddziału.

Traker widząc, że mężczyźni zbliżają się do siebie stanął pomiędzy nimi. – Chłopaki dajcie spokój! Naprawdę, w tej sytuacji…

Mężczyźni zupełnie go jednak zignorowali. Banan stanął naprzeciw Noża tak, że zetknęli się czołami. – I co masz zamiar z tym zrobić? He? Myślisz, że zrobisz na mnie wrażenie tym swoim…- były weteran nie zdążył nawet dokończyć zdania. Pięść jego kompana wylądowała mu na twarzy z prędkością błyskawicy.

Traker ruszył do przodu próbując rozdzielić walczących, ale ich mokre mundury wyślizgiwały mu się z rąk. W tym czasie mężczyźni chwycili się za barki i wykonując obrót runęli w wodzie. Nóż który był na górze, wskoczył natychmiast na Banana i zaczął okładać go pięściami.

Dziki nie czekał na koniec tej walki i ruszył w stronę wodza. Daniel przyjrzał mu się już z oddali, gdy tylko zaczął zbliżać się w jego stronę.

- Dziki, Elza mówiła mi, że chciałeś sprawdzić co u twojego kumpla… Pewnie chodzi o Mike’a, tak? W jakich okolicach chcesz go szukać? – spytał wyraźnie zainteresowany.

- Wspólnoty… - odparł wymijająco Dziki.

- Cieszę się, że podszedłeś do tego w ten sposób – zaczął nagle Daniel. - To, że spytałeś swojego dowódcę o pozwolenie, świadczy o tym, że zaakceptowałeś przynależność do Armii i wiesz, że masz też obowiązki. Ja natomiast nie jestem tyranem, który staje na drodze naturalnych ludzkich odruchów. Możesz iść,a przy okazji potwierdzisz dla mnie jedną pogłoskę…

- Jaką pogłoskę? – dopytał natychmiast Dziki.

- Podobno Wspólnota przestała istnieć – stwierdził Daniel, delikatnie uśmiechając się pod nosem.

***

Dziki opuścił Stefę Głodu niemal błyskawicznie. Daniel zaoferował mu co prawda jeden z samochodów, który były na wyposażeniu armii, ale chłopak odmówił. Po trudnościach, jakie mieli z przedostaniem się Dzikiem-1 czuł, że dużo szybciej dotrze w okolice stacji na własnych nogach.

Szczelny kombinezon przeciwchemiczny, który miał na sobie okazał się w czasie podróży prawdziwym błogosławieństwem. Mimo że w niektórych miejscach brodził po kolana w wodzie, ubranie nie przesiąkało. Jedyne co doskwierało mu to potworne zmęczenie i zimno. Kałuże były po prostu lodowate, a poza najwyższymi punktami miasta, woda stała praktycznie wszędzie. Biegnąc w stronę stacji, szybko zauważył, że im dalej od rzeki tym liczba dziwacznych ‘’tworów” po uderzeniu błyskawic maleje. Poczuł przez to prawdziwą ulgę, istniała bowiem szansa, że Nowy Świat obszedł się z Zatorzem łagodniej niż z Centrum.

Serce jednak stanęło mu przy gardle, gdy znalazł się w okolicy stacji. Pierwsze co zwróciło jego uwagę to brak większych kałuż na drodze. Cała woda zdawała się spływać w stronę Wspólnoty. Tylko że sama stacja nigdy nie znajdowała się w żadnej nizinie ani dołku. Dobiegając do muru, dostrzegł, gromadę co najmniej dwudziestu grabarzy którzy stali ściśnięci ciasno przy pół otwartej bramie.

- Dlaczego jest otwarta? I co tu robią ci wszyscy Grabarze? – pomyślał.

Zbliżając się do wejścia, zaczął uderzać ze wszystkich sił nogami w spływającą wodę, by narobić jak najwięcej hałasu. Grabarze byli bardzo tchórzliwi i często sam widok ludzi sprawiał, że uciekali w popłochu, ale lepiej było się do nich nie zbliżać.

Słysząc jego nadejście, niewykształceni obrócili się gwałtownie, wpatrując się w niego spod swoich czerwonych płaszczy. Dziki spodziewał się, że zaraz zaczną się rozchodzić, ale istoty nie poruszyły się nawet o milimetr.

- No co jest?! POSZŁY! – krzyknął, dając pewny krok do przodu.

Kilka mniejszych grabarzy skuliło się, przyciskając mocniej kolce do pleców. Mimo to dalej stali nie poruszając się, widząc to, Dziki złapał za mały kamień i cisnął nim w gromadę – POSZŁY POWIEDZIAŁEM!

W tym momencie stało się coś niespodziewanego, jeden z Grabarzy wysunął się w jego stronę, prostując swoje kolce niczym przestraszony jeż. Pozostali obserwowali go, wydając z siebie jakiś dziwny bełkot.

Dziki był w szoku. Raz co prawda Wspólnotowy Grabarz ‘’Obałek” ruszył w jego stronę, ale był wtedy tak przestraszony, że nie poruszał się i nie płoszył go w żaden sposób. Czując, że nie skończy się to dobrze, wyciągnął pistolet. Widząc skierowaną w swoją stronę lufę, istota skuliła się momentalnie.

- Wiesz co to jest?! Wiesz, że może zabić? – spytał, bo istota wyraźnie zareagowała na broń. – Więc trzymaj się z daleka.

Dziki zrobił kolejny krok do przodu, a istota zaczęła schodzić mu z drogi, nie miała jednak zamiaru uciekać. Zbliżając się do pozostałych Grabarzy, okręcał się co chwila, strasząc przysuwające się potwory pistoletem. Szedł w ten sposób, aż znalazł się tuż przy bramie. Przy samym wejściu poczuł jak serce, łomocze mu z przerażenia. Niewykształceni otaczali go z każdej strony. Ci którzy znajdowali się za jego plecami, zdawali się, szykować do ataku. W końcu któryś z Grabarzy nie wytrzymał. Dziki zobaczył ogromny cień najeżonych kolców w wodzie pod swoimi stopami. Spróbował się obrócić, ale nim zdążył obrać cel, z głębi Wspólnoty padł strzał. Niewykształcony upadł martwy, a jego towarzysze rozbiegli się w popłochu, uciekając pędem spod bramy. Nim zdążył zajrzeć do środka, w wejściu stanął jego wybawca.

Bardzo wysoka szczupła kobieta o delikatnych blond włosach, wpadła na niego i przycisnęła do siebie ze wszystkich sił. Jako że nie sięgał jej nawet do szyi, poczuł się dość niezręcznie w tej sytuacji.

- Szara… Dobrze, cię widzieć – powiedział, spoglądając jej w twarz, by mogła odczytać jego słowa z ruchu warg.

Kobieta uśmiechała się przez chwilę, gdy nagle jej oczy opadły na czerwoną opaskę na ramieniu Dzikiego. Wyciągając długi palec, wbiła go w symbol Armii Daniela, a potem puknęła go w głowę. Dziki poczuł w tym momencie, niemałe zakłopotanie. - Wiesz, ja chciałem walczyć z Zarzeczem… stanąć w obronie centrum…- próbował wyjaśnić.

Szara momentalnie skrzyżowała ręce na piersi i pokręciła w złości głową. - Wiem jak to wygląda, ale tylko oni coś robią. Nie dziw mi się… - przekonywał dalej.

Kobieta wzniosła nerwowo oczy do góry i ruszyła w kierunku Wspólnoty, ignorując zupełnie przybyłego gościa.

Dziki wystrzelił za nią, krzycząc.– Szara poczekaj! Co się stało ze Wspólnotą, dlaczego na radiu mówią, że upa… - urwał jednak w pół zdania, porażony tym co zobaczył.

Pośrodku Wspólnoty była ogromna dziura jak po wybuchu bomby. Jej krater sięgał na wiele metrów w głąb ziemi, a swoją wielkością wciągnęła cały plac handlowy, budynek stacji i wiele pojedynczych domostw. Mur z autobusów od strony dawnej wieży defektu był przewrócony, a przez szpary w nim wpełzali grabarze, zbierając ciała z powstałego gruzowiska. Dziki stał przez chwilę wstrząśnięty tym widokiem.

Kątem oka dostrzegł jak Szara, wchodzi do jakiegoś ocalałego budynku, ruszył więc za nią i po raz drugi stanął sparaliżowany. Gdy tylko znalazł się w wejściu, poczuł na czole lufę, a przed sobą zobaczył Defektowca.

- Danielowe ścierwo…- wyszeptał mężczyzna, kładąc palec na spuście.

- CZEKAJ! – zawołał za nim drugi Defektowiec z korytarza. - To przecież jest Dziki!

- Dziki? – wyszeptał trzymający broń, mrużąc przy tym to, co mu zostało z oczu. – Faktycznie to on…

- Dziki? – spytał kolejny tym razem damski głos z głębi korytarza.

Dix pojawiła się momentalnie w progu, spoglądając na niego, jakby zobaczyła ducha. Dziki poczuł, jak serce uderza mu z dwóch skrajnie przeciwstawnych emocji. Z jednej strony, gdy ostatni raz widział się z liderką Defektu, ta zagroziła, że przy następnym spotkaniu trafi do jednego dołka razem z Pierwszym. Nawet mimo tej groźby nie potrafił jednak wyprzeć się tego, że ciągle coś do niej czuł. Oczy Dix rozszerzyły się na jego widok, ale po chwili ścisnęła brwi i pełnym gniewu głosem powiedziała – masz tupet, żeby tu się pokazywać! Żeby MI się pokazywać! W dodatku nosisz symbol Daniela… Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny!

- Nie szukam kłopotów – odparł natychmiast. – Chciałem tylko sprawdzić co z Mike’m i przy okazji z miejscem które sam kiedyś budowałem…

- Pff - prychnęła Dix, dając krok w stronę wejścia. – Wpuśćcie go! Niech sobie ogląda i przekaże radosne nowiny nowemu panu, ale jak spróbuje czegoś głupiego, strzelajcie w głowę...

Defektowcy obdarzyli go cierpkim spojrzeniem, ale nie zatrzymali go więcej gdy wchodził do środka.

Budynek wyglądał na dawny dom jakiegoś przedstawiciela Konglomeratu, cały korytarz obstawiony był bowiem pamiątkami ze Starego Świata, dodatkowo dochodził do niego prąd z generatora. Obecnie był to prowizoryczny szpital. Z każdego pokoju spoglądali w stronę Dzikiego ranni, obandażowani ludzie.

Przechodząc w głąb budynku, doszedł do największego z pokoi, gdzie na szpitalnym łóżku leżał Wilk, dawny szeryf Krańcowa. Tuż obok niego siedział Sebastian, chłopak który podróżował kiedyś Autobusem do Wolności i został przez Dzikiego oddany pod opiekę mężczyzny. Oprócz tego na podłodze i materacach leżało kilku poturbowanych mężczyzny.

Sebastian dostrzegając gościa poderwał się natychmiast. – Dziki! Tyle czasu…

- Cześć…- odparł chłopakowi, spoglądając natychmiast na Wilka.

Szeryf Krańcowa przyglądał mu się ze spokojem. – Świat bywa czasem naprawdę przewrotny. Kiedy ostatni raz ‘’chodziłem” po świecie, ratowałem cię z rąk ludzi noszących czerwone opaski… Dziś odwiedzasz mnie, sam nosząc taką samą…

Szara która krążyła z tyłu pokoju, musiała w jakiś sposób ‘’usłyszeć” słowa mężczyzny, bo odwróciła się nagle i spoglądając z wyrzutem na Dzikiego, popukała się w czoło.

- Miałem swoje powody…- westchnął.

Wilk zmierzył go wzrokiem, spoglądając po chwili w sufit. - Na pewno... No i czemu też mam ci się dziwić? Nawet nie wiesz ilu weteranów którzy przeklinali na Daniela, poszło teraz mu służyć… Ech gdybym był dalej sprawny, na pewno nie pozostałbym bierny... Może nawet zorganizowałbym jakąś obronę niezależną od wielkiego egocentryka… - westchnął zrezygnowany.

- No, ale co tu się w ogóle stało? Gdzie reszta mieszkańców? – spytał ciągle zszokowany Dziki.

- Stało się dokładnie to, co stało się nad rzeką…- odpowiedziała Dix, która pojawiła się nagle, niosąc torbę z opatrunkami. Rozłożywszy swój sprzęt, zaczęła oglądać rany jednego z pacjentów i nie obdarzając Dzikiego nawet jednym spojrzeniem, opisywała dalej. – Piorun uderzył w sam środek placu, powodując zapadnięcie się ziemi, chwilę potem runęły mury, a przez powstałe wyrwy wpadli niewykształceni.

Dziki słysząc to pokręcił głową, wyobrażając sobie całą sytuację. – No dobrze, ale przecież nie wszyscy wpadli do wyrwy? Gdzie strażnicy? Kupcy?

- Strażnicy zdezerterowali jako pierwsi – odpowiedział mu Wilk. – Zebrali się grupą i uciekli, ci którzy byli w stanie zaoferować im coś cennego, poszli razem z nimi…

- A reszta? – dopytywał dalej,

- Nie ma reszty! – warknęła Dix, upuszczając bandaż. – We Wspólnocie zostali tylko ranni, którzy nie mogli uciec… No i Szara z Sebastianem, bo nie chcieli zostawić Wilka.

Dziki pochylił się, podnosząc biały rulon i podał go dziewczynie. – A wy co tu robicie. Przecież byliście nad rzeką, sam widziałem...

- Ja ciebie też! Wystarczyło popatrzeć na największego pajaca w strażackim stroju i od razu wiedziałam, że to ty…- odparła Dix, wyrywając mu bandaż z ręki.

Dziki opuścił głowę, a na pytanie odpowiedział Sebastian. – Nie mogliśmy sobie poradzić z tą całą sytuacją. Gdy ranni zobaczyli, że bronimy się w tym budynku, zaczęli przychodzić, prosząc o pomoc, a my nie mogliśmy im odmówić. Jak tylko wróciła łączność radiowa, zaczęliśmy nadawać sygnał który odebrała Dix z Defektowcami i tak trwamy tu do tej pory…

Dix zebrała w tym czasie resztę bandaży i wyszła do kolejnego pomieszczenia. Dziki odetchnął ciężko, spoglądając na Wilka. – Nie będę wam dłużej wadził, idę dalej…

- Jeżeli chcesz sprawdzić co z Mike’m, skorzystaj z naszego radia na piętrze. Tory głupieją od momentu przejścia tej dziwnej burzy, walą piorunami, nawet jak jesteś metr od nich…

- Skąd wiesz, że Mike jest na Zatorzu? – spytał skonsternowany Dziki.

- Bo jak zniknąłeś na Zarzeczu, twój przyjaciel potrzebował kogoś, żeby sobie pogadać. Miałem to szczęście, że wybrał mnie. Dzięki temu nie narzekałem tu na nudę, a przy okazji wiedziałem gdzie jest Zwrotnica jeszcze przed tobą – stwierdził Wilk z zawadiackim uśmiechem.

- No tak, w końcu to Mike…- odparł Dziki, mimowolnie się uśmiechając.

Żegnając się z Wilkiem skinieniem głowy, ruszył na piętro budynku. Tam swoje stanowiska mieli strzelcy wyborowi Defektowców. Grupa uzbrojona w sztucery mierzyła w stronę bramy, obserwując uważnie okolice. Dziki wyjrzał przez jedno z okien, dostrzegając dwóch Grabarzy walczących o połamane ciało jakiejś młodej kobiety.

- Nigdy nie widziałem żeby się tak zachowywali – stwierdził.

- Podobno odbiło im w czasie burzy, ludzie na dole mówili, że wciągali na plecy nawet lekko rannych – odparł jeden ze strzelców.

Dziki skinął głową, dziękując za odpowiedź. – Wilk powiedział, że mogę skorzystać z radia.

- Próbuj, ale tory generują straszne zakłócenia – odparł drugi ze strzelców.

Dziki podszedł do radiostacji ustawionej na starym dziecięcym biurku. Wahając się przez chwilę, wypatrzył manipulator częstotliwości i ustawił na kanał ogólny. – Dziki wzywa Zwrotnicę, Dziki wzywa Zwrotnicę. Odbiór! – zawołał.

Przez chwilę odpowiadały mu tylko trzaski i szum, więc spróbował ponownie. – Dziki wzywa Zwrotnicę! Dziki wzywa Zwrotnicę! Odezwijcie się!

Tym razem komunikat musiał dotrzeć bo wśród zakłóceń pojawił się głos Mike’a – DZI… STARY!!! Jak dobrze, że …. esz.

- Mike! – zawołał uradowany Dziki. – Co się dzieje? Jak sytuacja? Mów!

- Jesteśmy uwięzien… ale nic nam nie jest. Zgro… spore zap…

- Mike strasznie cię rwie! – odparł Dziki. – Nie wszystko rozumiem, ale się cieszę... Cieszę się, że nic wam nie jest!

- Dzi.. poczekaj… Oli… ch…- próbował coś powiedzieć Mike, ale zakłócenia zdawały się narastać. Po chwili z głośnika odezwał się delikatny głos jego przyjaciółki z autobusu. - Dziki…Dziki… proszę cię, musisz….w… p…z…. wra….-

Zakłócenia były tak mocne, że nic już nie rozumiał, a po chwili całkiem utracił kontakt. Kręcił gałką we wszystkie możliwe strony przez kilka kolejnych minut, ale nie udało mu się więcej złapać łączności.

- Mówiłem, że tory szaleją. Póki się nie uspokoją, zapomnij o jakimkolwiek kontakcie – stwierdził strzelec z Defektu.

Dziki musiał się poddać, ruszył schodami na dół, chcąc pożegnać się z Wilkiem i wtedy przyszła mu do głowy myśl. Myśl którą próbował odgonić od siebie ze wszystkich sił, ale od której w jego ciele zbierała euforia. Przechodząc korytarzem, zobaczył Dix, klęczącą przy jakiejś kobiecie z obandażowaną głową. Stając w drzwiach, popatrzył się na swoją byłą ukochaną, a ta czując jego, wzrok westchnęła. - Więc jednak…- stwierdziła, ciskając ze złością rulonikiem po gazie.

- Co? – spytał natychmiast.

- Jednak będziesz chciał porozmawiać... Czułam, że po prostu sobie nie pójdziesz - warknęła.

- Nie musimy jeśli nie chcesz. Mogę stąd odejść nawet teraz… - stwierdził smutno.

- Powinieneś! Ale przyszedłeś i teraz wiem, że tego nie powstrzymam. Chodź! – rozkazała i przechodząc korytarzem wyprowadziła go na zewnątrz.

Widok ogromnej dziury w miejscu które tak dobrze znał, zszokował go po raz kolejny, ale nie tak bardzo, jak denerwowała go perspektywa rozmowy z Dix. Dziewczyna usiadła na stopniu, odprawiając strażnika.

- Mogę? – spytał stając obok niej.

- Spałam z tobą… Raczej nie umrę od tego, że teraz obok mnie usiądziesz – odparła oschle.

Dziki zajął więc miejsce na stopniu, zerkając niepewnie w twarz dziewczyny. Dix nie patrzyła na niego nawet przez chwilę, usilnie przyglądając się Grabarzowi próbującemu wyciągnąć ciało z dna dołu. – Wiesz, to jest jednak śmieszne… - stwierdziła w końcu.

- Co? – spytał Dziki.

- Od tamtego dnia, próbuję zrobić wszystko by cię z nienawidzić, a gdy przychodzisz tutaj i chcesz porozmawiać, siadam jak ta truśka z tobą na jednym stołku – wyjaśniła zirytowana Dix. Dziki nabrał już powietrza, by coś powiedzieć, ale dziewczyna nie dała mu dojść do głosu. – Wiesz, że bez problemu potrafię przywołać w głowie każdą rzecz którą robiliśmy razem? Moment, gdy cię poznałam. Chwilę, gdy cię pocałowałam. Dni które spędziliśmy razem w Wieży… I wiesz co? Za każdym razem, gdy to wspominam, czuje, jak bije mi serce... Chociaż wiem, że na to nie zasługujesz! Nie zasługujesz bym czuła do ciebie cokolwiek! Gdy jednak przypominam sobie, jak stanąłeś między mną a Pierwszym, to wszystko jest jak zamazane, nie ma żadnych odczuć, jakby to się nigdy nie wydarzyło.

- Nie jestem tutaj jedynym winnym. Oboje darzyliśmy się tym rodzajem miłości, w którym żadne z nas nie stawiało tego drugiego na pierwszym miejscu. Ty wybierałaś zemstę, ja powinność – odparł jej Dziki.

- POWINIENEŚ BYĆ ZE MNĄ! POWINIENEŚ WYBRAĆ MNIE! – krzyknęła.

- Tak jak ty, powinnaś wybrać mnie. Tak mi się przynajmniej wydawało… - odparł. – Gdybym stanął na tym placu jeszcze raz, odszedłbym, zanim skończylibyście walczyć. To była sprawa między wami. Coś, na co nie powinienem wywierać wpływu, ale to już przeszłość. Myślisz, że ja nie jestem na siebie zły? Że w mojej głowie jak na złe, nie krążą same miłe chwile? Myślisz, że nie tęskniłem za tobą przed i po? Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile razy wspominałem ostatnią chwilę w której trzymałem cię za rękę… Ostatni raz w którym patrzyliśmy na siebie jako bliskie osoby…

- Przestań mówić takie rzeczy! WYBRAŁEŚ JEGO! - zripostowała Dix

- Tak jak ty kochałaś bardziej Kamila niż mnie…- odgryzł się Dziki.

- Nie masz prawa tak mówić! - warknęła Dziewczyna, zaciskając pięści na swoich kolanach.

- Tylko, że tak to wygląda. O człowieku świadczą słowa nie czyny. Mówiłem, że jesteś dla mnie najważniejsza i stanąłem przeciw tobie. Mówiłaś, że jestem najważniejszy dla ciebie i nigdy nie odpuściłaś chociaż cię o to prosiłem…

- Jeżeli to wszystko co masz mi do powiedzenia…- zaczęła dziewczyna chcąc zakończyć rozmowę, ale Dziki przerwał jej w pół zdania.

- ...Nie wiem co miałbym powiedzieć więcej! Czułem, że chcę cię jeszcze raz zobaczyć! Tylko sam nie wiem po co! Chyba dlatego mówią, że miłość to szaleństwo…

Siedzieli tak przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Dix westchnęła pytając.– Czemu akurat Armia Daniela?

- Na początku miałem w tym cel. Teraz chcę po prostu by Zarzecze nie przyszło. Byłem tam i wiem, że przynieśli by ze sobą coś gorszego niż Daniel. Stanąłbym po stronie każdego kto walczyłby z nimi a, że on jest jedyny. Tak musi być… A ty? Co robiłaś przy moście?

- Chcesz za plusować u nowego pana szpiegostwem? – spytała ironicznie Dix.

- Nie, byłem po prostu ciekaw. A to co usłyszę zachowam dla siebie - odparł obrażony.

- Rengo umarł...- powiedziała niespodziewanie dziewczyna.

Dziki poczuł drgnięcie w środku. Rengo był przyjacielem i prawą ręką Dix, a przy okazji bardzo sympatycznym człowiekiem. - Jak to się stało? - spytał natychmiast.

- Zabrał go Defekt... - westchnęła. - Tak jak wielu innych...

- Współczuję. - odparł natychmiast.

- Wiesz, że on był ze mną tak długo... Tak długo zmagał się z ciężkim Defektem nie pokazując po sobie niczego... Zupełnie zapomniałam przez to, że on cały czas umierał. A potem skontaktował się ze mną twój przyjaciel...-

- Mike? - wtrącił Dziki.

- Pierwszy... - odparła dziewczyna. - Włamał się na nasz kanał, tylko po to by powiedzieć, że może istnieć lekarstwo na defekt... że na Zarzeczu był przypadek wyleczenia kogoś z ciężkim rozmyciem - stwierdziła.

- Nie całkowitego wyleczenia...- wtrącił ponownie Dziki, ukazując swój brzuch pełen rozmytych plam.

Widzą je Dix odruchowo przyłożyła dłoń do ust. - Boże, więc chodziło o ciebie... Jak? Dlaczego?

- A dlaczego ludzie chorują na defekt? - odpowiedział pytaniem. - Przedobrzyłem z błędami tak bardzo jak tylko można było. Do tego stopnia, że moja Pierwotna Wola nie nadążała się odnawiać... Tak naprawdę już zarastały mi usta... - opisał, opuszczając koszulkę z powrotem.

- Cały czas chciałam wierzyć w to, że Pierwszy kłamał... a teraz mam dowód obok siebie. - westchnęła Dix, zakrywając twarz dłońmi.

- Czemu wolałaś, żeby to było kłamstwo? - spytał zszokowany. - Lekarstwo może istnieć, możesz pomóc jeszcze tylu chorym...

- Dziki! To, że lekarstwo istnieje, oznacza tylko, że zawiodłam tak bardzo jak bardzo mogłam. - odparła, wciąż nie pokazując twarzy, a jej głos zaczął się łamać. - Przyjęłam po prostu, że defekt jest nieuleczalny i nie szukałam nawet sposobu by to zmienić. Próbowałam nadać chorym cel w ostatnich dniach, zamiast szukać dla nich pomocy... Gdybym te wszystkie siły które włożyłam w szukanie Pierwszego, włożyła w poszukiwanie lekarstwa, tak wiele osób by żyło...Rengo wciąż był żył. - zapłakała.

Dziki chciał już wyciągnąć rękę by ją przytulić, ale powstrzymał się. Nie miał już do tego prawa. - Chyba się teraz nie poddasz? - spytał w końcu.

- Nie! - odparła Dix, wycierając twarz rękawem. - Nawet ze względu na to co usłyszałam od Pierwszego, byłam gotowa udać się na Zarzecze. Dlatego zaczęliśmy zakładać bazę na mieście. Teraz gdy wiem, że defekt można chociaż zahamować, wiem, że muszę starać się bardziej. Gdy tylko będzie okazja idziemy na tamtą stronę. - dodała pewnie, zapominając o łzach.

Dziki popatrzył na nią przez chwilę. - Dix, zanim tam pójdziesz muszę ci coś powiedzieć... coś co być może uratuje ci życie. - mówiąc to zaczął streszczać dziewczynie niebezpieczeństwa Zarzecza. Opowiedział o Ciemni, miastach faktoriach, Ścierwojadach i wszystkim co uznał, za niezbędne by Defekt miał szansę przetrwać po tamtej stronie. Na koniec historii podniósł się zerkając jeszcze raz w twarz którą wciąż tak bardzo kochał. - Mam nadzieję, że ci się uda. Będę trzymał za was kciuki...

- Dziki! - zawołała zanim. - Myślisz... Myślisz, że jakbyśmy spotkali się w Starym Świecie, mielibyśmy szansę?

Dziki odwrócił się po raz ostatni przed odejściem. - Myślę, że w Starym Świecie nie mielibyśmy nawet okazji się poznać...



271 wyświetlenia20 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie