Krańcowo III - Rozdział X - Epitafium

Aktualizacja: maj 28

Po zamknięciu tego nieprzyjemnego rozdziału, jakim była zemsta Klucza i jego towarzyszy Dziki planował przyłączyć się z miejsca do Armii Daniela. Była to najszybsza i najpewniejsza możliwość, by wmieszać się w wojnę z Zarzeczem. Realizację tego pomysłu wstrzymała jednak przypadkowo zasłyszana plotka, o ewentualnym ataku pozostałych frakcji na Strefę Głodu. Byłoby głupie deklarować się po stronie Daniela, chwilę przed tym, jak miałby on zacząć wojnę na dwóch frontach. Ta bowiem skończyłaby się zapewne jego porażką.

Dziki pozostał więc w Bajkolandii, pracując dalej jako szabrownik. Jednocześnie oczekiwał na dalszy rozwój wydarzeń. Każdego wieczora wsłuchiwał się uważnie w każdą pogłoskę, jaka pojawiła się na radiu, albo została przyniesiona do faktorii przez handlujących weteranów. Na szczęście dla całego pomysłu iskra, która pojawiła się we Wspólnocie, nie roznieciła pożaru. Członkowie większych grup spotkali się co prawda, by omówić sytuację i ewentualne możliwości, ale dla większości z nich, wojna którą prowadził Daniel była absolutnie na rękę. Strefa Głodu brała na siebie praktycznie całą siłę uderzenia z Zarzecza, sprawiając, że pozostali nie musieli przynajmniej na razie martwić się o obronę. Wiele osób wspominało pokątnie na radiu, że przecież z tej wojny Daniel i tak wyjdzie osłabiony, więc nie będzie stanowił takiego zagrożenia jak kiedyś.

Dzikiego te zasłyszane informację bardzo ucieszyły. Dołączenie do Armii było jedynym rozsądnym sposobem, by mieć szanse na walkę z Daro. Gdy w końcu upewnił się, że żadna frakcja nie zerwie rozejmu, nie było już nic, co trzymałoby go dłużej w swojej dotychczasowej pracy.

Oczywiście nie miał zamiaru tak po prostu zniknąć. Nauczony doświadczeniem, wiedział, że Siwy mógłby poczuć się urażony, gdyby ten opuścił faktorię bez słowa, a za wszelką cenę chciał uniknąć tworzenia sobie kolejnych nieprzyjaciół.

Faktoria przeżywała obecnie prawdziwy rozrost, którym jednak Dziki niespecjalnie się interesował. Od kilku tygodni do jednej z części hali, Grobelni zwozili ciężką maszynerię, frezarki, tokarki, szlifierki. Sam Siwy więcej czasu spędzał przy pracy w tej nowo tworzonej pracowni niż przy zwyczajnym handlu, którym od dłuższego czasu prowadził jego nowy zastępca, Tymon.

Gdy Dziki szedł więc na swoją pożegnalną rozmowę, widok siedzącego przy biurku młodzika w okularach wcale go nie zaskoczył. – Cześć, gdzie nasz boss? – spytał, przeciągając się leniwie.

- W warsztacie… – odparł chłopak. - …w sumie i tak miałem iść po ciebie. Wygląda na to, że masz gościa.

- Gościa? – dopytał Dziki, spoglądając zaskoczony w stronę Tymona.

- Dość wysoki facet, krótko obcięty, dobrze zbudowany…Kazałem mu poczekać w parku po drugiej stronie. Nie chcę, żeby ludzie nieprzynoszący zysków faktorii dokładali się bez powodu do trzech. - wyjaśnił chłopak, spoglądając w stronę wyjścia.

Dziki zastanowił się przez chwilę. Opis pasował mu do Mike’a. Może jego przyjaciel dowiedział się już, że pracuję w faktorii i postanowił go odwiedzić? Zaciekawiony ruszył więc w stronę drzwi.

Przechodząc do drugiego pomieszczenia, gdzie w Starym Świecie znajdowała się szatnia, minął stojącego na straży Grobelnego. Wartownik przywitał się z nim krótkim uściskiem ręki i odprowadził wzrokiem na zewnątrz.

Tuż przed Bajkolandią znajdował się mały odgrodzony park z placem zabaw dla dzieci. Tutaj też na jednej z ławek czekał gość odesłany z faktorii. Mężczyzna widząc zbliżającego się Dzikiego, podniósł się natychmiast i z uśmiechem na twarzy powiedział. – Czołem Strażniku, kopę lat.

Dziki potrzebował co najmniej kilku sekund, by rozpoznać, postać, a i tak zrobił to tylko i wyłącznie po głosie. Jego tajemniczym odwiedzającym okazał się Janek, były kierowca Autobusu do Wolności. Mężczyzna pozbawiony swoich charakterystycznych dredów był właściwie nie do poznania. Widząc go Dziki, wystrzelił do przodu. – Stary, dobrze cię widzieć. Co z twoją głową?! – spytał, wyciągając rękę.

- Wylało się na nią tyle krwi, że była właściwie nie do odratowania… Tak samo zresztą, jak moje dolne jedynki…- odparł mężczyzna, demonstrując pokaźną dziurę w uzębieniu.

- No tak… - westchnął Dziki, spuszczając głowę.

W trakcie ataku na autobus kierowca cudem uniknął śmierci po roztrzaskaniu głową przedniej szyby. Jego stan był tak tragiczny, że napastnicy uznali go z góry za martwego i nie zwrócili nawet uwagi, że mężczyzna był jedynie nieprzytomny.

– Co w ogóle słychać? Jak sobie radzisz? – spytał Dziki, który od tamtej przerażającej nocy nie miał właściwie kontaktu z byłym towarzyszem.

- Nie jest źle. W mniejszej grupie jest nam dużo łatwiej. – odparł Janek, siadając z powrotem na ławce. – Zorganizowaliśmy sobie takiego małego busa, wstawiliśmy dwa łóżka stolik i tak się kręcimy starymi szlakami…

Dziki, zaskoczony tą nagłą wizytą zapomniał zupełnie, że przecież Janek podróżuje razem z Kubą i Edkiem.- Nasz były lider też tu jest? – spytał niezadowolony.

Janek, słysząc pytanie, westchnął, rozglądając się nerwowo po okolicy. – Jest i wiem, że to może źle zabrzmi… ale poprosił mnie, żebym przekonał cię do rozmowy z nim...

Dziki spojrzał na kierowcę z wyrzutem. – Po tym co zrobił? Albo raczej czego nie zrobił? Dlaczego w ogóle miałbym chcieć z nim rozmawiać?

- Bo nie każdy jest taki jak ty… - westchnął Kuba, który pojawił się tak nagle, że bez wątpienia skrywał się za pomocą swojego błędu.

Dziki spojrzał na niego miażdżącym wzrokiem, a brodaty mężczyzna spuścił głowę. – Masz tupet, żeby po tym wszystkim się przede mną pojawiać...- warknął zirytowany.

Były lider autobus wbił wzrok w ziemię, a część jego twarzy której nie skrywała broda, poczerwieniała. – Dziki, nie jestem odważny. Strach mnie paraliżuje, co mam ci powiedzieć? Jestem tchórzem, ale czy to oznacza, że nie zależało mi na ludziach w autobusie? Zależało! Przecież starałem się ich chronić, najlepiej jak tylko umiałem. Gdybym miał w sobie więcej jaj, nie potrzebowałbym strażników... nie potrzebowałbym ciebie! Do całej tej sytuacji nigdy by nie doszło. Tylko że ja potrafię co najwyżej strzelać do gospodarzy z daleka… Nigdy się nawet nie biłem, a moja pierwotna wola nie pozwala na nic oprócz ucieczki.

Słysząc to, Dziki nieco spuścił z tonu. Fakt, Kuba nie pomógł w czasie ataku Modrzewa, niemniej, gdyby Dziki go posłuchał i opuścił autobus zgodnie z jego wolą, cała sytuacja nigdy nie miałaby miejsca. – Zawiodłem jako strażnik, ale przynajmniej starałem się coś zrobić… Myślisz, że ja się nie bałem? Może gdybyś się wtrącił, mógłby przeżyć ktoś jeszcze…- usprawiedliwiał się były strażnik.

W tym momencie wtrącił się Janek, spoglądając na niego surowo. - Bardziej prawdopodobne, że twoja Pierwotna Wola by się nie przebudziła i zginęlibyśmy wszyscy… W tamtym momencie zawiódł każdy z nas. Ty jako strażnik, bo nie byłeś w stanie nas ochronić przed zagrożeniem, które sam ściągnąłeś. Ja jako kierowca, bo nie zdołałem uniknąć słupa rzuconego na drogę. A Kuba jako lider, bo dopuścił do tego, by strażnikiem został ktoś, kto ściągał zbyt dużo kłopotów. Dziki wiesz, że prywatnie bardzo cię lubiłem, ale doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie powinno cię z nami być. Może więc skoro wszyscy jesteśmy winni, przestańmy sobie wypominać kto bardziej…

Dziki nie mógł zaprzeczyć temu, co usłyszał. Ich były kierowca starał się tutaj wykazać jako głos rozsądku, a jego słowa nieco go ostudziły. – Niech będzie, to czego właściwie chcecie? – spytał z trudem rezygnując z opryskliwego tonu.

- Chcę tylko wiedzieć co z Oli? Dziewczynami z autobusu. Czy wszystko z nimi ok? - spytał Kuba

- Są bezpieczne. – odparł Dziki. – Zajmuje się nimi Mike, niczego im nie brakuje…

- Cieszę się… - odetchnął Kuba z wyraźną ulgą. – Myślisz, że mógłbym się z nimi zobaczyć? - spytał po chwili błagalnym głosem.

Dziki spojrzał na niego ironicznie. – Jeszcze jakiś czas nie. Mike nie chce by o miejscu ich pobytu wiedziało zbyt wiele osób, kwestia bezpieczeństwa. To chyba rozumiesz? – odparł beznamiętnie.

- Jasne, oczywiście… - przytaknął. – To... Nie chcę ci więcej zawracać głowy… - były lider Autobusu wycofał się nerwowo bez pożegnania.

Janek został jeszcze przez chwilę, spoglądając na Dzikiego. – Wiesz, że w tej sytuacji każdy z nas mógłby mieć do każdego pretensje. Naprawdę przestań już rozmyślać co kto mógłby zrobić, bo każdy z nas mógł zachować się inaczej. Cieszę się, że Oli i dziewczynom nic nie jest, a tym bardziej że są bezpieczne…

- Żeby to było takie proste…- westchnął Dziki. – Jak rozumiem, przyszedłeś do faktorii tylko jako jego adiutant?,

- Taa. Jak tylko dowiedzieliśmy się, że pracujesz dla Siwego, przez cały czas kombinował jak cię złapać. No ale chyba bał się, że jakby przyszedł sam, to mógłbyś się na niego rzucić. W każdym razie mam nadzieję, że cokolwiek sobie teraz planujesz, dobrze ci idzie. – stwierdził były kierowca.

- Cóż, na razie wszystko idzie po mojej myśli… Jakoś tak wyjątkowo – odparł Dziki.

- Więc powodzenia na przyszłość. My ruszamy dalej. – powiedział Janek, wyciągając rękę w stronę Dzikiego.

- Tobie też – odparł Dziki, ściskając mu dłoń.

Po tej niespodziewanej wizycie Dziki wrócił do Bajkolandii z mieszanymi uczuciami. Ciągle jeszcze czekała go rozmowa z Siwym, więc spróbował, chociaż na chwilę skupić myśli na tym co powie. Przekraczając próg głównej hali, dostrzegł Tymona który dalej siedział przy biurku. Z nudów czytał jakąś grubą książkę.

- Sorry, że nie pozwoliłem mu poczekać w środku, ale i tak jest nas tu za dużo jak na okolice centrum…- stwierdził chłopak nie odrywając wzroku z nad tekstu.

- Spoko. – odparł Dziki – Boss dalej w warsztacie? – spytał natychmiast.

- Taaa… – odpowiedział Tymon, wskazując na drzwi. - … ale jeżeli szukasz roboty na dzisiaj to bryndza. Szefi tak się skupił na nowym projekcie, że nie łapał nic nowego.

- Wręcz przeciwnie. – stwierdził Dziki. – Właściwie to chciałem się pożegnać. Dziś zabieram się z faktorii. - oznajmił.

Słysząc to, pracownik nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego. - Siwy będzie niepocieszony. Sporo na tobie zarobił, nie mówiąc już o tym, że pracujesz praktycznie za pół darmo. Dalej masz zamiar dołączyć do wojny z Zarzeczem?

- Tak. – potwierdził zwięźle Dziki.

- To jest ciekawe. Jedni za wszelką cenę próbują od tego konfliktu uciec, inni pchają się prosto w sam jego środek. W każdym razie powodzenia. - skwitował znużony chłopak.

Dziki skinął głową i ruszył w stronę warsztatu, żeby pożegnać się z Siwym. Po przekroczeniu progu nowej części, widok który zastał, zaskoczył go tak bardzo, że zapomniał zarówno o rozmowie z Kubą, jak i o tym, po co w ogóle tutaj przyszedł.

Na podłodze kompleksu pełno było skrzyń wypełnionych bronią. Zbliżając się do jednej z nich, Dziki od razu rozpoznał pochodzące z okresu drugiej wojny światowej pistolety maszynowe. Te w odróżnieniu jednak od złomu, który fani wykrywaczy znajdowali często w ziemi, były w stanie wręcz idealnym. Rozglądając się dalej po warsztacie, dostrzegł ludzi pracujących przy stolikach nad różnego rodzaju uzbrojeniem z przełomu wieku.

- Robi wrażenie, prawda Dzikusku!? – zawołał nagle Siwy, którego zupełnie nie zauważył w panującym dookoła rumorze.

- Co to w ogóle jest? – spytał, odruchowo rozmasowując serce.

- Przyszłość! Czy to nie oczywiste! – zawołał Siwy, przekrzykując panujący hałas. – Jeżeli faktoria ma przetrwać, musi oferować coś więcej niż jedzenie i środki medyczne. Coś, po co chłopaczki i dziewczyneczki przyjdą z każdej osady, ryzykując podróż w pobliże centrum. Czyli broń i amunicję.

- Skąd to wszystko?!- zawołał, Dziki ciągle nie mogąc uwierzyć w ilość uzbrojenia, którą zobaczył.

- Z muzeum! – odparł Siwy. – Większość tego, co tu widzisz skarbie, to złom pozbawiony jakiejkolwiek wartości bojowej. Teraz jednak dzięki maszynką, którą tu ściągnąłem i specjalistom, jakich dał mi Marcinek, będziemy przywracać im pełny zakres użyteczności.

- No dobrze, ale broń z muzeum szybko się skończy. Nasza wystawa nie była jakoś ogromna! – zaprotestował Dziki, uważając cały pomysł za raczej krótkofalowy.

- Oczywiście Dzikusku, ale to dopiero począteczek. – odparł natychmiast Siwy. – Jak chłopcy się trochę podszkolą i zobaczą jak się to wszystko, w pistoletach układa, mam zamiar zacząć produkować własną broń i amunicję do niej. To zapewni faktorii stałe źródło dochodów!

Plany Siwego wydawały się naprawdę rozległe i miały szansę powodzenia, ale Dzikiego, który przypomniał sobie właśnie, po co tak właściwie przyszedł, nie wiele już interesowały. – Mam w sumie sprawę, chciałem zamienić dwa słowa! – zawołał.

- Dobrze skarbie! Tylko chodźmy do biura, bo już mnie gardziołko boli! – odparł Siwy, który nie był już w stanie utrzymać swojego cukierkowego tonu.

Wracając na część handlową, Siwy usiadł przy swoim biurku, wskazując Dzikiemu krzesło. – To, co się stało Dzikusku? Nudzisz się i szukasz zajęć? Nie mam niestety specjalnych zleceń na obecną chwilkę…

- Nie o to chodzi, czas na mnie Siwy. – odparł Dziki, wpatrując się w twarz swojego szefa.

Jego mina zdradzała, że nie ucieszyło go to co usłyszał. - Czemu Dzikusku? Źle ci w Faktorii? Możemy przecież zmienić warunku umowy, nie chciałbym pozbywać się kogoś tak uroczego i pracowitego jak ty…

- Nie chodzi o mój zarobek. A Faktoria to dobry i bezpieczny dom, ale mam sprawy, które muszę podopinać… Sprawy z Zarzeczem.. – wyjaśnił pobieżnie Dziki.

Siwy zamyślił się przez chwilę, prostując na fotelu, po czym okręcił się na nim kilka razy. – Wiedziałem, że tak w końcu będzie. Ta sprawa z Modrzewem i jego towarzyszami nie daje ci spokoju. Nie mam prawa cię zatrzymywać, bo jak nikt inny rozumiem pragnienie zemsty mój skarbie. W końcu przez moje własne, wszyscy mają mnie za potwora… Ale wiesz co? Ja jestem szczęśliwy. Wiem, że każdemu skurwielowi, który zamieniał mi kiedyś życie w piekło, w Nowym Świecie zgotowałem los jeszcze gorszy. Ty też nie odstępuj! Niech twoi wrogowie wycierpią po stokroć, to co ty wycierpiałeś…

Dzikiego nieco zaskoczył ten wywód. Gdy jednak pogrzebał pamięcią, przypomniał sobie te pobieżną historię o Siwym, jaką opowiedział mu Mike. Właściciel faktorii był przecież ofiarą własnej orientacji i w Starym Świecie pewnie nie raz oberwał w twarz za pociąg do męskich krągłości. - Dziękuję, cieszę się, że nie masz żalu…- stwierdził Dziki.

- Wręcz przeciwnie skarbie, a nawet w pełni popieram karmienie mściwego potwora… Nim jednak odejdziesz, chciałbym ci coś dać, poczekaj chwilkę proszę…- Siwy podniósł się z krzesła i ruszył w kierunku warsztatu.

Dziki pomyślał, że być może jego były szef chce jakoś zrekompensować mu te prawie darmową pracę. Odczuł nawet delikatne podniecenie, na myśl co mógłby dostać.

Po kilku minutach właściciel faktorii wrócił, niosąc ze sobą małe pudełko. – Nie spodziewałem się, że tak szybko przyjdzie mi cię żegnać Dzikusku, więc prezent jest niedokończony. Mimo to podejrzewam, że ci się spodoba…

Dziki biorąc podarek, poczuł naprawdę duży ciężar. Otwierając pudełko, zobaczył coś, od czego łzy stanęły mu w oczach. We wnętrzu znajdował się pistolet o metalowych okładzinach. Na jego boku wygrawerowany był zarys autobusu oraz napis ‘’Do Wolności”.

- …To PS- M1, czyli pistolet Siwego model pierwszy. Zrobiony na bazie muzealnego Visa. Pierwsza broń, jaką przywróciliśmy do funkcjonalności – wyjaśnił właściciel faktorii – Rysunek autobusu miał być bardziej szczegółowy, ale czas nie pozwolił.

- Siwy… naprawdę nie wiem co powiedzieć…- wyłkał Dziki, którego widok wygrawerowanego piętrusa, zupełnie rozkleił.

Widząc, że prezent się spodobał właściciel faktorii, stwierdził zadowolony. - Nie ma o czym mówić. Dzięki tobie faktoria przetrwała kryzysowy moment. Pracowałeś dla mnie nie biorąc właściwie nic w zamian i przynosząc ogromne zyski. Dzięki temu miałem czas by pozbierać myśli. Byłbym niewdzięcznikiem, gdybym nie zdobył się, chociaż na tak malusieńki gest.

Kończąc swoją przemowę, Siwy przeszedł obok biurka i uściskał byłego pracownika. – Trzymaj się Dzikusku.

- Ty też Siwy, oby ci się wiodło. – odparł Dziki, klepiąc mężczyznę po plecach.

Po tym pożegnaniu był już właściwie gotowy do drogi.

Wstąpił jeszcze tylko do pokoju, w którym spał by zabrać swoje rzeczy. Pistolet Primo schował teraz do plecaka, a do kabury włożył swój nowy nabytek. Po tym ruszył przez drzwi Bajkolandii na zewnątrz. Od Strefy Głodu, dzielił go właściwie tylko kawałek, ale za to wyjątkowo niebezpieczny. Na szczęście w dzień, przynajmniej nie krążyły po nim Syreny.

Przez kolejnych kilka minut maszerował wśród wyszabrowanych butików i porozbijanych witryn sklepowych. Taki widok ciągnął się przez większość tej okolicy. Dopiero u wyjścia z centrum dostrzegł przypadkiem jedną wystawkę, która oparła się zdewastowaniu albo niedawno odnowiła. Co prawda w Starym Świecie, nie było w tej okolicy żadnego sklepu, który nawet po resecie mógłby kryć coś wartościowego, ale przyciągnięty ciekawością stanął przed warsztatem fotografa.

Pracownia skrywała się w tej ulicy od lat. W Starym Świecie praktycznie każdy był tutaj chociaż raz, by zrobić sobie zdjęcie do dokumentów czy szkoły. Miejsce było bardzo popularne, bo zdjęcia nie wiele kosztowały i czekało się na nie naprawdę krótko. Jedynym warunkiem, jaki stawiał fotograf za swoją niewygórowaną cenę, było prawo do pokazywania zdjęć na wystawce w ramach swoistej reklamy.

Dziki już w kilka sekund wypatrzył swoją twarz, skrytą pośród innych profilówek. Młody chłopak z nieśmiały uśmiechem przyglądał mu się pełnymi życia oczami. Spoglądając teraz na swoje odbicie w szybie, nie potrafił już znaleźć śladu po tym kim był.

Gdy wpatrywał się w kolejne fotografie, dostrzegł pośród nich twarz Mike’a, przez co mimowolnie się uśmiechnął. Jego przyjaciel był w Starym Świecie wręcz anorektycznie szczupły, jego zapadłe policzki i chude barki nijak miały się do obecnego wyglądu. Zaintrygowany zaczął wyszukiwać kolejne osoby, które poznał już po Błysku. W kilka sekund odnalazł Krzaka, mężczyzna praktycznie się nie zmienił, chociaż do fotografii ubrany był w kremową koszulę, która ni w ząb nie pasowała do jego surowego wyglądu. W pobliżu wypatrzył też Siwego, na obrazku był jeszcze bardzo młody, włosy miał postawione na żel, a na jego koszuli wpięta była przypinka z tęczową flagą.

To było takie dziwne. Oni wszyscy żyli w Starym Świecie tuż obok siebie, nie mając pojęcia o swoim istnieniu, aż do momentu, gdy Nowy Świat splótł ich losy. Przeglądając kolejne obrazki, dostrzegł kogoś, na widok kogo serce mu zadrgało. Pierwszy jako jeden z nielicznych nie uśmiechał się na zdjęciu, jego oczy wpatrywały się pusto w przestrzeń, a brwi ściśnięte były jak u kogoś pogrążonego w głębokiej zadumie. Tuż obok niego dostrzegł Oli, dziewczyna miała kiedyś dużo dłuższe włosy, ale szczery ciepły uśmiech nie zmienił się u niej ani trochę… Nie licząc tego, że już się nie uśmiechała… Nie wiele ponad nią dostrzegł Korka. Roztrzepany chłopak miał wygniecioną koszulę, ale minę nie mniej radosną od swojej byłej przyjaciółki.

Ci wszyscy ludzie wpatrywali się w ten sam aparat, nieświadomi tego, że za jakiś czas zostaną zniszczeniu przez Nowy Świat. Jedni zdradzeni, inni upodleni, niektórzy zabici…

Dziki poczuł, jak łzy same cisną mu się do oczu. Dając upust swojej frustracji, chwycił za pistolet i wystrzelił w witrynę. Szkło roztrzaskało się na kawałki, a sfrustrowany chłopak chwycił za tekturową ekspozycję i zepchnął ją w głąb pomieszczenia. – TO JUŻ PRZEPADŁO! – krzyknął. – TEGO JUŻ NIE MA!!!

Biorąc kilka głębokich wdechów, ruszył dalej w kierunku Strefy Głodu, w znacznie gorszym humorze niż wcześniej.

***

Stając krok przed królestwem Daniela, Dziki dostrzegł, że nawet ono uległo zmianie pod wpływem inwazji z Zarzecza. Obozowisko z szałasów, które kiedyś zajmowało większość parkingu przed sklepem, zostało zamienione na rząd równo ustawionych długich namiotów w zielonym kolorze. Cherlacy zniknęli praktycznie bez śladu, zastąpieni przez weteranów ochotników i jakiś nieokreślonych ludzi ubranych w niebieskie kombinezony.

Dziki nie zaryzykował przedzierania się do Gorgoru. Wiedział, że w Armii wciąż są ludzie, którzy pamiętają wydarzenia spod cegielni i mogą mieć do niego osobiste pretensje z tym związane. Stanął więc na granicy sklepu, tak by wejść w zasięg kamer ochrony. Wiedział doskonale, że ludzie Daniela obserwują teren cały czas, donosząc wodzowi o wszystkich nowoprzybyłych. Należało tylko poczekać, aż zostanie zauważony.

Był to dla niego najbardziej nerwowy moment. Jak Daniel zareaguje na jego obecność? Przyjdzie spytać, czego właściwie tu szuka? Czy może od razu wyśle Maciejewskiego, by połamał mu kark.

Dziki stał przez kilkanaście minut, próbując uspokoić własne serce, nim dostrzegł w oddali poruszenie. Weterani wyszli ze swoich namiotów, obserwując coś nadchodzącego z głębi Strefy Głodu. Po ich wyjątkowo ekspresywnych reakcjach domyślił się, że nadchodzi sam wódz.

Obserwując zbliżającą się sylwetkę Daniela, z niepohamowaną ulgą dostrzegł w jego dłoni dwie butelki. – Czyli przynajmniej zacznie się od rozmowy. – odetchnął, rozluźniając ściśnięte w napięciu pięści.

Daniel minął granice sklepu i stanął, rozglądając się po okolicy. – Dziki! Spodziewałem się ciebie wcześniej… - powiedział, podając gościowi butelkę z oranżadą. – Wybacz, miałem w domu tylko to… Możesz wierzyć lub nie, ale nawet mi się ostatnio nie przelewa.

- Market się nie resetował? – spytał, natychmiast ciągnąc rozmowę dalej.

- To akurat nie jest problem… Weterani! Oni żrą jak szarańcza. Wykorzystują to, że są mi obecnie potrzebni, nadużywając mojej gościnności. – stwierdził wódz Armii siadając z irytacją na murku, oddzielającym parking od chodnika.

Dziki słysząc to skinął głową, a Daniel popatrzył na niego swoim świdrującym spojrzeniem. – Muszę przyznać, że chyba w stosunku do żadnej innej osoby, nie dzielą mnie tak mieszane uczucia. - powiedział, nie spuszczając wzorku ze swojego gościa.

- To znaczy? – dopytał Dziki dosiadając się.

Wódz Armii spojrzał się do tyłu, sprawdzając czy nikt z weteranów nie zbliżył się na tyle, by móc ich podsłuchać. – Z jakiegoś nie do końca jasnego dla mnie powodu, polubiłem cię. - stwierdził niespodziewanie. - Nie wiem, czy to przez twoje rozmowy z Mike'm, które wyczytywałem na skraju. Czy przez to, że charakterem zawsze pasowałeś mi na brata, ale tak wyszło... I jest to spory problem!- dodał nagle, spoglądając w iście diabelski sposób na Dzikiego. – Może nigdy nie opowiedziałeś się jawnie przeciw mnie, ale ludzie widzieli jak sympatyzowałeś z moimi wrogami. No i jeszcze te plotki z pod cegielni, że to ty właśnie wykończyłeś Rękę Olbrzyma…

Dziki słysząc to poczuł jak serce zadrgało mu ze zdenerwowania. Starał się jednak zachować kamienną twarz, czekając na dalszą część monologu wodza. Daniel obserwując go ciągnął dalej. – Wątpię, żeby to była prawda. Raczej wypadkowa tego, że Pierwszy próbował cię uratować, ale plotka krąży. Więc widzisz, nie ma chyba drugiego człowieka którego prywatnie tak bardzo chciałbym zachować przy życiu, a którego ze względu na propagandę tak bardzo powinienem zabić…

- Spodziewałem się, jaki los może mnie tu czekać...- westchnął Dziki, nachylając się nad butelką. - Ale przyjście tutaj, było jedynym sposobem, by walczyć z Zareczem.

- Co ci tyle zajęło? – spytał nagle Daniel.

- W sensie? – dopytał zbity z tropu Dziki.

- Spodziewałem się, że po tym, co zrobili z autobusem, przyjdziesz do mnie jako pierwszy... A tu tyle czasu od twojego powrotu z tamtej strony i jesteś dopiero teraz.…- wyjaśnił wódz Armii.

- Miałem kilka spraw do załatwienia, parę rozdziałów do zamknięcia. Nauczyłem się, że niektórych rzeczy nie wolno zostawić samych sobie…- odparł wymijająco.

- No tak i trzeba było jeszcze pochować kilka wrogów, żeby nie szkodzili ci za plecami… - powiedział Daniel, spoglądając na niego wyzywająco.

Słysząc to, Dziki zrobił szerokie oczy. – Skąd o tym wiesz?

- Mam uszy wszędzie no i nie ukrywam, że zakrwawiony samochód z dwoma trupami rzuca się w oczy. – stwierdził Daniel.

Dziki odetchnął ciężko, ściskając nerwowo butelkę. – Nie mogłem ich zostawić przy życiu…żadnego z nich. - dodał z goryczą.

- JA To doskonale rozumiem! – stwierdził Daniel. – Przecież czy JA wyznaję inne wartości? Niektórym ludziom nie warto pomagać, a niektórych trzeba wręcz pozbawić życia dla dobra własnego i ogółu. To zresztą próbowałem ci przekazać przy naszym pierwszym spotkaniu. Szkoda, że wtedy byłeś jeszcze zbyt zaślepiony wpojoną ci w Starym Świecie moralnością, by to do ciebie dotarło. Z idiotami się nie dyskutuje. tylko zabiera im się prawo do głosu, a sadystów nie próbuję się zrozumieć, tylko ich zabija. Oczywiście dawniej zaraz pojawiał się nadgorliwiec, używając jednego z magicznych słów: Człowiek, Motywy, Równość, Ucisk, Rasizm..bla bla bla, aż się rzygać chce. Teraz myślę, że rozumiesz dużo więcej…

- To znaczy, że mnie przyjmiesz? – wtrącił z nadzieją Dziki.

Daniel spojrzał na niego wyraźnie zamyślony. - Tak łatwo nie będzie. – stwierdził w końcu. – Zbyt wiele osób zarówno z Armii jak i zewnątrz wie, że aktywnie wspierałeś tę ‘’drugą’’ stronę. Musisz nie tylko mi, ale przede wszystkim IM w jakiś sposób udowodnić swoją lojalność.

- Jak mógłbym to zrobić? – spytał Dziki.

- W Starym Świecie pracowałeś w Krańcowskich Zakładach Chemicznych... Prawda? – dopytał wódz Armii, opróżniając butelkę.

Dziki potwierdził skinieniem głowy, a wyraźnie zadowolony Daniel jakby zmienił temat. - Wojna z Zarzeczem to nie przelewki. Nie wygram jej sam jeden, ani nawet przy wsparciu Braci i weteranów…

Dziki czuł, że to wstęp do przedstawienia jakiegoś planu, dlatego idąc z konwenansem rozmowy pociągnął temat dalej. - Co więc zrobisz?

- Jeżeli nie wiesz jak dalej postąpić, cofnij się do historii. Wiesz, co zrobili niemcy, by przełamać impas w czasie, pierwszej wojny światowej? – spytał nagle wódz Armii

- Zbudowali czołg? – strzelił Dziki, który nigdy nie był zbyt mocny z historii.

- To akurat zrobili Anglicy. Niemcy użyli gazu…- wyjaśnił Daniel.

- Co to ma wspólnego z naszym konfliktem? - dopytał natychmiast

- Zaraz ci wyjaśnię. Chodź za mną!- rozkazał Daniel, ponaglając go gestem.

Wódz poprowadził ich w głąb nowopowstałego obozowiska Weteranów. Niektórzy ze stojących tam mężczyzny przyglądali się Dzikiemu z wyraźnym zainteresowaniem. Inni rzucali ukradkiem nienawistne spojrzenia w stronę towarzyszącego mu lidera Armii. Ten zdawał się jednak nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Idąc dalej, weszli do bloku, w którym z tego, co pamiętał Dziki, mieszkał Tyzak. Nie poszli jednak na górę, lecz w stronę piwnicy.

- Za chwilę poznasz swoje absolutne przeciwieństwo. Człowieka, którego prywatnie chciałbym ze wszystkich sił pozbawić życia, ale nie pozwalają mi okoliczności… - westchnął dowódca Armii, otwierając przed Dzikim wejście.

Piwnica bloku została zamieniona na prowizoryczne laboratorium. W środku pełno było tych szklanych próbówek i dziwnych spiralek, których zastosowania Dziki nawet nie próbował się domyślać. Po pierwszym dość niespodziewanym wrażeniu, jakie robiło to miejsce, szybko dostrzec można było coś, co psuło cały efekt. Placówka była bowiem jednym wielkim chlewem. Na podłodze walały się ubrania i opakowania po jedzeniu instant. Większość nieużywanej aparatury pokrywała się kurzem, a dobudowany do ściany zlew pełen był pustych fiolek z zakrzepłą zawartością. Fotel przy jedynym biurku obrzucony był ubraniami, a przy ścianie leżała damska bielizna w nie najlepszym stanie.

- Jajko! JAJKO DO CHOLERY! Gdzie znowu wpełzłeś. – zawołał nagle Daniel, rozglądając się po zamkniętych drzwiach, oddzielających mniejsze pomieszczenia od głównej części piwnicy.

W tym samym momencie zza jednych z nich dało się słyszeć gwałtowne poruszenie. – Cicho, cicho nie ruszaj się… - szeptał jakiś męski głos.

Daniel podszedł do miejsca, z którego dochodził hałas i bez ceregieli otworzył drzwi szarpnięciem.

We wnętrzu na śpiworze pełnym okruchów siedział jakiś flejowaty mężczyzna w towarzystwie dwóch wychudzonych kobiet. Daniel spuścił zirytowany wzrok, szepcząc – Wypierdalać…

Pół nagie dziewczyny poderwały się i łapiąc w locie ubranie, wybiegły na schody. Wściekły dowódca armii popatrzył w tym czasie na wygrzebującego się ze śpiwora mężczyznę.

Facet swoim wyglądem reprezentował najgorszy koszmar pedanta. Był nieogolony, jego włosy pozlepiane były od tłuszczu, a koszula i majtki pełne plam. – Hejo… - wydukał, patrząc z głupim uśmiechem w stronę Daniela.

- Jajko! Powiedziałem ci już raz, jak zapatruję się na sprowadzanie sobie dziewczyn ze Strefy Głodu! W pięć minut rozniosą wszystko, co zobaczyły po całym markecie, a teraz nie wiele trzeba i o wszystkim będą wiedzieć weterani! – warknął Daniel, któremu ewidentnie zbierało się na wybuch.

- Sorki wodzu, ale zaczepiły mnie, jak wracałem z marketu… No grzech było nie skorzystać…- tłumaczył się chłopak, z tym samym głupim uśmieszkiem.

- Jesteś debilem do potęgi! Nie wpadło ci do głowy, że ktoś ci je podesłał, żeby wyniuchać, czym się zajmujesz? W Strefie Głodu już nie brakuje jedzenia! Żywię te pasożyty jak najlepiej, by miały siłę bronić się przed Zarzeczem! Żadna już nie musi iść z tobą do łóżka żeby zbierać resztki które wypadają ci z ryja, a gwarantuje, że innego powodu dla którego kobieta zbliżyłaby się do ciebie, nie ma!

- Jesteś okrutny, są brzydsi goście ode mnie. – powiedział chłopak, łapiąc się za fałdę na brzuchu.

- Tak! Tylko, że w większości są to niewykształceni. – warknął Daniel. – Daj mi pojemnik z ‘’Osowcem”- rozkazał.

Jajko spojrzał teraz znaczenie przytomniej. – Zaraz, zaraz… gdzie ja go miałem…- chłopak ruszył w stronę jednej z mniejszych piwniczek, a Daniel spojrzał w stronę Dzikiego wznosząc oczy.

- To, co tu widzisz, to mój największy blamaż. Facet jest leniwą świnią, bez kręgosłupa moralnego i krzty logicznego myślenia, ale jest jedynym chemikiem, jakiego udało mi się wyłapać. No i niestety na tym, co robi, zna się naprawdę dobrze… ale słowo! Gdy tylko złapie jakiegokolwiek innego, wykopie go ze Stefy Głodu. Dosłownie… będę go kopał w te tłustą dupę, stąd aż do granicy marketu…

- MAM! – zawołał nagle Jajko z piwniczki, przynosząc po chwili pojemnik, który przypominał bańkę na mleko.

- Świetnie, a teraz posprzątaj tu! – krzyknął Daniel. - To miejsce wygląda gorzej niż szałas cherlaka… A żeby upewnić się, że znowu nie zdradzasz przypadkiem moich tajemnic, wartownik wraca przed wejście do laboratorium!

Słysząc to mężczyzną jęknął zirytowany, a Daniel biorąc do ręki metalową tubę wyprowadził Dzikiego na górę.

- Co to właściwie jest? – spytał Dziki, przyglądając się tajemniczemu przedmiotowi.

- To jest właśnie moja nauka z lekcji historii. Osowiec, gaz wytworzony przez tego kretyna na dole, na bazie chloru. Jest zabójczy dla ludzi, a przy okazji doskonale sprawdza się w walce z niewykształconymi… - wyjaśnił Daniel, prowadząc Dzikiego do innego bloku.

Budynek przed którym stanęli zamknięty był na cztery spusty, a na jego ścianach wymalowane były liczne ostrzeżenia.

Niewykształceni! Strefa Testów! Nie wchodzić! Uwaga gaz!

Daniel podszedł do jednego z okien na parterze i zapukał w szybę. Już po chwili przy parapecie pojawił się Gospodarz. Mężczyzna był bardzo okaleczony, jego twarz pokryta była licznymi bliznami i oparzeniami. Widząc go, wódz armii odkręcił wieko pojemnika, z którego momentalnie zaczął ulatniać się gęsty żółtawy dym. Mężczyzna rzucił nim w szybę, rozbijając ją na kawałki, a po chwili całe pomieszczenie wypełniło się oparami.

- Odsuń się, nie chcesz tego wdychać. – powiedział, dając krok do tyłu.

Dziki przyjrzał się Gospodarzowi. Twarz niewykształconego już po chwili pokryła się bąblami, a on sam zaczął charczeć, jakby w gardle miał niekończący się strumień flegmy. Po jakiś dwóch minutach wicia się w oparach, istota runęła pod oknem tak, że stracili ją z oczu.

- To jest właśnie moja niespodzianka dla Zarzecza. Niestety do produkcji Osowca w ilościach, które będą miały jakikolwiek sens, potrzebuję naprawdę mnóstwo chloru… Świta ci coś w głowie?

- Krańcowskie Zakłady Chemiczne…- wyszeptał nagle Dziki. – To tym mogę się wykazać? Mam ściągnąć dla ciebie chlor? - Nie sam, ale twoja pomoc mogłaby się okazać użyteczna. Byłem w zakładach tylko raz i to już w Nowym Świecie, więc jak się domyślasz, nie miałem czasu na zwiedzanie. Przewodnik byłby bardzo użyteczny. No i jest jeszcze druga rzecz, muszę jakoś zabezpieczyć ludzi, którzy będą się tym posługiwać…

W tym momencie w głowie Dzikiego zaświtała pewna myśl. – Jednostka pożarnictwa chemicznego! – zawołał. – Mieliśmy taką na zakładzie! W pełni wyposażoną, maski, kombinezony ochronne, butle z tlenem...

- Tego się właśnie spodziewałem. – stwierdził Daniel. – Tak duży zakład raczej nie mógłby pozwolić sobie na niedopatrzenie w kwestii bezpieczeństwa.

- To kiedy mam ruszać i kto ze mną pójdzie? – spytał Dziki.

- Spokojnie, młody uczniu! – odparł Daniel. – Musimy najpierw wszystko przygotować. Zorganizować pojazd który to przewiezie. Musisz mi powiedzieć, jak ten chlor jest przechowywany i jak głęboko w zakłady będziemy musieli wejść…

***

Powrót do Krańcowskich Zakładów Chemicznych mimowolnie zjeżył Dzikiemu włosy na głowie. To miejsce wiązało się dla niego wyłącznie z nieprzyjemnymi wspomnieniami i doświadczenia.

W Starym Świecie w murach tego zakładu oddawał swoje zdrowie i życie w zamian za wypłatę tak mizerną, że z ledwością starczała na obskurną kawalerkę i dietę z dyskontu. W Nowym Świecie zaledwie kilka metrów dalej został naznaczony przez Delimera, co prawie stało się przyczyną jego śmierci.

Dziki wiedział jednak, że nawet pozbawiony tych subiektywnych doświadczeń, nie poczułby się w tym miejscu swojo. Teren zakładów uważany był za jeden z najniebezpieczniejszych w całym Krańcowie. Dlatego, gdy razem z Danielem i Olbrzymem Maciejewskim, zatrzymali ciężarówkę przed bramą, nie był w stanie opanować drżenia rąk.

- Się zaraz posikasz…- skwitował Olbrzym, spoglądając na Dzikiego z politowaniem.

- Robert, zostaw go, bo jeszcze ci przypomnę, kto rozpieprzył pół twojego oddziału. – rzucił Daniel od niechcenia.

- Robert? Ja myślałem, że ty masz na imię Maciejewski… - wtrącił Dziki.

Olbrzym spojrzał na niego miażdżącym wzrokiem, ale minęły już czasy, gdy na Dzikim takie coś robiło wrażenie.

- Dobra, Dziki zobaczy czy da radę otworzyć bramę. Staranowanie jej byłoby epickie, ale przyjmijmy, że mam przebłysk rozsądku i nie chcę robić hałasu.- stwierdził Daniel, rozciągając się leniwie na fotelu. – Cholera nie spałem ostatnio wcale. – dodał, sięgając po paczkę chipsów schowaną z tyłu auta.

Dziki wykonując polecenie, wyszedł z kabiny i zbliżył się do wejścia na zakład. Od momentu, w którym stanął na ziemi, czuł, jakby przypatrywały mu się dziesiątki oczu. Mimo, że był dzień, całe miejsce spowite było ponurą i przygnębiającą atmosferą. Niekonserwowane metalowe zbiorniki, plątaniny rur oraz od dawna nieodpalane maszyny, skrzypiały złowieszczo. Ten dźwięk raz za razem przerywał panującą ciszę i wypełniał plac rozbijającym się po pustych halach echem.

Tuż przy bramie Dziki rozejrzał się nerwowo, wypatrując Delimerów, albo innych niewykształconych, których przecież w tym miejscu nie brakowało. Główny wjazd wydawał się jednak pusty. Upewniwszy się, że jest bezpiecznie, podniósł powoli skobel i otworzył wejście dla ciężarówki.

Dzikiego mocno zaniepokoił fakt, że odgłos starego diesla schowanego pod maską ich auta, zdawał się być w tym miejscu wręcz niewyobrażalnie głośny. Z duszą na ramieniu kroczył tuż przed ciężarówką, wskazując drogę do jednego z magazynów półproduktów.

Sam nigdy nie pracował z chlorem, ale znał zakład dostatecznie dobrze by wiedzieć gdzie można go znaleźć. Przechodząc pod ogromnymi rurami ciepłowniczymi, minęli stojące u frontu budynek biurowca z ogromnym logiem ZKC u szczytu.

Następnie drogą dla dostawców przedostali się wzdłuż magazynu wydań, przed którym wciąż stały przygotowane do załadunku beczki. Spora część z nich rozszczelniła się pod wpływem czasu, a parująca zawartość, wypełniała powietrze kwaśnym drażniącym zapachem.

Mijając strefę załadunków, doszli do stacji kolejki, która na ogromnych wagonach-cysternach, dostarczała do zakładu różnego rodzaju chemikalia. Kierując się w wzdłuż torów, trafili w końcu na magazyn półproduktów, gdzie znajdował się pierwszy z celów ich podróży. Dając ręką znak Dziki zatrzymał auto, a Daniel i Maciejewski wyszli na zewnątrz.

- Chlor jest w tym magazynie. Niebieskie beczki z tworzywa, oznaczone dużym CL – powiedział, wskazując palcem na najbliższe wrota.

- Dobrze, Robert załaduje towar. Ty w tym czasie poszukaj naszych nowych mundurów. – rozkazał Daniel, patrząc na Dzikiego. – Pamiętaj, jak zrobi się gorąco nie walcz! Zawsze możemy zrobić drugie podejście.- zapewnił dowódca, opierając się o maskę auta.

Dziki skinął głową i ruszył dalej w głąb fabryki. Pracował w tym miejscu dość długo, (a jeszcze więcej szukał tu dziur w których mógł się poobijać) by poznać każdą szczelinę i przejście. Podejrzewał, że niewykształceni będą zgromadzeni głównie w miejscach, gdzie w Starym Świecie kręciło się najwięcej ludzi.

Z tego powodu zamiast iść głównymi drzwiami na halę produkcyjną, wspiął się po drabinie na podest awaryjny. Tam drogą prowadzącą wzdłuż wysokich zbiorników, wszedł na teren produkcji, wychodząc na inny podest tuż pod samym dachem. Zgodnie z oczekiwaniami dostrzegł całe mrowie niewykształconych. Widok ten całkowicie ściął go z nóg.

Wszystkie te postacie, były kiedyś ludźmi, których znał... Z którymi rozmawiał... Których spotykał każdego dnia w pracy. Przy ogromnej wtryskarce, maszynie przypominającej metalową strzykawkę, stał ubrany w biały kombinezon i kamizelkę główny behapowiec Dominik. Mężczyzna zmieniony w jakiegoś dziwnego Specjalistę uderzał z całej siły głową w kokpit maszyny. Tuż obok niego krążył były brygadzista zmiany Janek, czterdziestoletni wesoły facet, który tuż przed błyskiem radośnie ogłaszał wszystkim, że jego córka wygrała właśnie turniej judo. Teraz z połową twarzy zmiażdżoną jakby uderzył w nią młot kowalski, wył jak dziecko zbite przez rodziców.

Nie było w tym nic dziwnego. Niewykształceni nie byli milczący, śmiali się, krzyczeli, płakali. Niektórzy wypowiadali jakieś losowe niemające żadnego sensu frazy. Dziki widząc to wszystko, usiadł na chwilę. Gdy opierał się plecami o barierkę podestu, znowu miał to dziwne odczucie, kiedy pamiętał jakie emocje powinny nim szargać w tej chwili, a których za diabła nie był w stanie z siebie wykrzesać.

Ci wszyscy ludzie, których znał, dlaczego ich los stał mu się tak całkiem obojętny. - Co się z tobą stało? – spytał sam siebie, obserwując swoją wyciągniętą rękę.

Po chwili dotarło do niego, że już zbyt długo siedzi w jednym miejscu. Przekradając się nad głowami potworów, znowu wyszedł na zewnątrz po drugiej stronie hali. Przeskakując kawałek do następnego awaryjnego pomostu, zbliżał się w stronę zakładowej jednostki pożarniczej. Drogę do budynku wskazywały liczne czerwone piktogramy oraz wielka czerwona syrena alarmowa, którą wypatrzył między plątaniną rur.

Niestety wraz z maszynami kończyły się podesty, a Dziki resztę drogi musiał pokonać na ziemi. Zsuwając się po drabinie, znalazł się tuż obok garażu dla małych zakładowych pojazdów, na które wołali Tuk-tuki. Swoimi gabarytami i wywrotnością przypominały bowiem te charakterystyczne indyjskie mini ciężarówki.

Miniaturowe elektryczne wywrotki, były jednak całkiem bezużyteczne, bo po takim czasie ich akumulatory już na pewno szlag trafił. Nie mniej marzenie o prześmignięciu się pojazdem przez zakłady, tkwiło mu przez chwilę w głowie.

Mijając garaż, Dziki natrafił w końcu na coś, czego nie spodziewał się zastać w tym miejscu. Tuż przy ścianie znajdował się czyjś grób. Na tablicy zrobionej z kawałka blachy nakreślone było białą farbą krótkie epitafium.


– Kamil ‘’Czwarty” Rogala. -

Dla miłości był gotów poświęcić życie, problem tkwił w tym, że nie swoje...


W tym momencie szczęka Dzikiego momentalnie opadła. To było miejsce pochówku byłego chłopaka Dix. Tylko kto uczcił jego pamięć? Sama Dix? Czyżby wróciła tutaj, gdy było już po wszystkim i oddała ukochanemu ostatnie honory? Tylko skąd ten dziwny cytat? Dziewczyna raczej nakreśliłaby coś w stylu - Śmierć zabrała mi cię za szybko...

Stojąc przez chwilę, nad grobem znowu poczuł, że jest obserwowany. Obrócił się błyskawicznie, dostrzegając za sobą ubraną na czarno postać. - Pierwszy…- wysapał, zaciskając pięści. – Więc wciąż mnie śledzisz?

- Jesteś konsekwencją zrodzoną z moich wyborów. – odparł mężczyzna. - Wszystko, co zrobisz, stanie się tylko dlatego, że dzięki mnie dożyłeś aż do tego momentu.

- To moje własne wybory i nigdy nic ci do nich nie było. – zripostował Dziki, spoglądając z powrotem na grób. – To Dix go pochowała?

- Ja – odpowiedział Pierwszy, stając nad mogiłą. – Tylko tyle możesz zrobić, gdy jest już za późno by coś zmienić.

- Znowu zaczynasz te swoje filozofowanie… - jęknął zirytowany Dziki. - Zrozum, że czasem po prostu nie da się, nie ponieść ofiar. Nie przewidzisz konsekwencji każdej decyzji…

- Opowiem ci coś… - wtrącił nagle Pierwszy. – Wiele lat temu pomogłem Drugiemu, uzbrajając pierwszą grupę. Gdyby nie moja pomoc, nie dotarliby do granic miasta tak wcześnie. Ja zaś nie straciłbym jakby przyjaciela. Gdybym po tym wydarzeniu nie przekonał pozostałych, że warto posłuchać się Kuby, nie przyszlibyśmy tutaj, a chłopak pod twoimi stopami wciąż by żył. Gdybym po rozpadzie grupy nie pomógł Danielowi, nie powstałaby Armia. No i oczywiście gdybym nie powiedział ci jak pokonać Delimera, Autobus do Wolności wciąż by istniał, a jego mieszkańcy byliby dalej żywi. Nie dziw mi się, że trzymam się na uboczu i długo rozważam, zanim coś zrobię...

W głosie mężczyzny słychać było wyraźną gorycz, więc Dziki nie mógł się powstrzymać, by nie zadać tego jednego ważnego pytania. - Żałujesz, że mnie wtedy uratowałeś?

Pierwszy nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w grób jeszcze przez dłuższą chwilę, nim w końcu udzielił dość wymijającej odpowiedzi. - Kiedyś żyłem z myślą, że uratowałem dobrego człowieka. Tego się trzymałem po zniszczeniu autobusu, że byłeś dobrym człowiekiem który znalazł się w złych okolicznościach.

Niezadowolony z usłyszanej odpowiedzi, Dziki dopytał natychmiast.- A teraz? Co myślisz teraz?

Pierwszy znowu milczał przez chwilę. Widać było, że odpowiedź na to pytanie jest dla niego naprawdę trudna. W końcu odetchnął ciężko i spoglądając na Dzikiego, zaczął. - Kiedy wymordowałeś tych ludzi w Garażu i podniosłeś rękę na Białego, byłem na ciebie wściekły. Patrząc jednak na to, co zrobili tam Oli, starałem się zrozumieć twoje poczynanie. Pomyślałem sobie ‘’Był w amoku, gniew i Pierwotna Wola go przemogły”. Wtedy jeszcze mimo wszystkich niepotrzebnych ofiar, przekonywałem się, że uratowanie cię nie było błędem. Nie miałem ci też za złe, że przez całą te sytuację musieliśmy uciekać ścigani przez Zwiadowców i strażników. W końcu zdawałem sobie sprawę, że twoją przyjaciółkę będziemy musieli odbić. Pościg był nieunikniony... Gdy stanęliśmy nad rzeką, a ty nie mogłeś odpalić Pierwotnej Woli, powiem szczerze, że nawet się ucieszyłem. Pomyślałem sobie ‘’On nie jest mordercą z natury, mimo tego co się stało”. Nie miałem ci też za złe tego, że w trakcie walki nad rzeką zginął Elemis. Skoro nie byłeś w stanie przejść z Oli na plecach, a byliśmy w piątkę i tak ktoś musiałby zostać, prawdopodobnie poświęcając się… To co mnie zraziło, to twoja reakcja na śmierć tego chłopaka. Przeszedłeś nad tym do porządku dziennego, prawie zignorowałeś… Wtedy pomyślałem sobie, że nie takiego człowieka chciałem ratować- Kończąc swój wywód, mężczyzna spojrzał na Dzikiego, wzrokiem który przywodził na myśl ojca rozczarowanego postępowaniem syna..

Ten uśmiechnął się ironicznie. - To co masz teraz zamiar zrobić? Przemyślałeś sobie to wszystko i masz zamiar zmazać swój błąd, zabijając mnie?– spytał Dziki.

- Nie… - odpowiedział natychmiast Pierwszy.- Jestem już zmęczony tym wszystkim. Przyszedłem tutaj by po raz ostatni spojrzeć ci w oczy, upewnić się, że powinienem zrobić to co już od dawna planuje…- dodał tajemniczo.

- A co sobie planujesz? – spytał zaintrygowany Dziki.

- Opuszczam Krańcowo raz na zawsze…- westchnął Pierwszy, ściągając maskę. – To moje ostatnie dni w tym mieście…

Dziki słysząc to zrobił szerokie oczy. Czyżby mężczyzna miał zamiar wejść w Strefę Zamarcia? – Chyba nie chcesz iść w Desperacki Marsz?!– zawołał, przypominając sobie najpopularniejszą formę ‘’samobójstwa” w Krańcowie.

- Nie do końca – odparł Pierwszy. – Na skraju Zarzecza utworzyła się kolejna strefa przejścia, dająca możliwość przedostania się do sąsiedniego miasta. Strefa jest bardzo szeroka i utworzyła się zaledwie kilka tygodni temu. Możliwe, że przechodząc przez nią zawisnę w czasie na lata, może nawet na dziesiątki lat… ale jeśli się przedostanę, zacznę wszystko od nowa…

- I masz zamiar to zrobić przeze mnie? Nie wolno ci! – zawołał Dziki, który nie mógł uwierzyć w to co słyszy.

- A odejdziesz z Armii Daniela i zrezygnujesz z dalszego nakręcania spirali mordu? – spytał natychmiast mężczyzna.

Dziki spuścił głowę. - Dobrze wiesz, że nie. Daro musi zginąć, a sukinsyny z Zarzecza zapłacić za swój chory świat…

- Daro nie żyje… - wtrącił nagle Pierwszy. – A każdy kto miał szansę, chociaż spojrzeć w nie odpowiedni sposób na Oli, zginął z twojej ręki w garażu.

- KŁAMIESZ! Skąd mógłbyś o tym wiedzieć?! – zarzucił Dziki. – Zrobisz wszystko, żeby mnie powstrzymać!

Pierwszy popatrzył na niego w pusty nie przenikniony sposób.- Nie kłamie. A wiem to na pewno, bo sam go zabiłem. - odparł, sięgając do swojego plecaka. – Domyśliłem się jednak, że możesz zarzucić mi kłamstwo, wiec przyniosłem ze sobą to…

Mężczyzna wyciągnął z torby kilka zdjęć które podał Dzikiemu. Na każdej fotografii znajdowało się zmasakrowane ciało Zwiadowcy, uchwycone pod różnymi kątami. – Jak? Kiedy? – spytał zszokowany Dziki.

- Był najbardziej doświadczonym ze wszystkich Zwiadowców. To było oczywiste, że będzie dowodził którymś atakiem. Dlatego byłem obecny przy każdym szturmie z Zarzecza… - wyjaśnił Pierwszy.

Dziki spojrzał niepewnie na fotografię, a rozmówca popatrzył na niego badawczo. – Jaką wymówkę znajdziesz teraz, by dalej to ciągnąć? - spytał.

W tym momencie Dziki aż usiadł. Zemsta na Daro była ostatnią rzeczą, jaka jeszcze go napędzała. Teraz miał w głowie absolutną pustkę. Jeżeli mężczyzna był martwy, jaki sens był w tym wszystkim? Czy powinien pomagać Danielowi dalej? A może uciec niepostrzeżenie z zakładów? Tylko, czy wtedy nie stworzyłby sobie kolejnego wroga? No i co dalej z Zarzeczem? Jeżeli wygraliby te wojnę, to Mike, Oli, wszyscy w Zwrotnicy byliby w niebezpieczeństwie.

- A jeżeli obiecam, że nie skrzywdzę już nikogo kto na to nie zasłużył? – spytał nagle Dziki. – Nie odejdę od Daniela, mimo wszystko wezmę udział w tej walce, ale mogę dopilnować by straty w śród niewinnych były ograniczone.

- Nie wierzę ci…- odparł Pierwszy. – Już nie…

- Więc zawrzyj ze mną umowę. – zaoferował Dziki. – Zostań w centrum, przyglądaj się moim czynom! Jeżeli skrzywdzę kogoś kto na to nie zasłużył, zabijesz mnie. Ty dałeś mi życie i ty mi je odbierzesz, jeśli nie okażę się warty twojej pomocy. - dodał pewnie wyciągając dłoń.

Pierwszy popatrzył przez chwilę na jego rękę, po czym chwycił ją ściskając mocno. – Nie będzie drugiej szansy Dziki. To moja odpowiedzialność za ciebie. Jeżeli rzeczywiście masz zamiar jedynie bronić Centrum... Niech będzie. Broń go z całą mocą... Ale gdy dowiem się, że znowu mordowałeś, nic cię już nie uratuje.

Dziki przytrzymał dłoń mężczyzny.- Zmieniłem się Pierwszy. Nie umiem już współczuć obcym ludziom. Łatwo popadam w gniew. Zabijanie przychodzi mi znacznie łatwiej, ale nie chcę przez to stać się potworem. Powinność wobec bliskich mi osób, w tym ciebie, to ostatnie co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Nie chcę żebyś odchodził w niebyt, nie chcę żebyś w ogóle odchodził…

- Niech będzie, ostatnie zadanie którego podejmę się w tym mieście. – odpowiedział w końcu Pierwszy, rozdzielając uścisk. – Skoro masz zamiar wziąć udział w wojnie, muszę ci coś powiedzieć. Coś o czym możesz wspomnieć nawet Danielowi. Smutny nie jest już neutralny, stoi po stronie Zarzecza…

- JAK TO?! – zawołał zaskoczony Dziki. – Mówiłeś, że jego obchodzi tylko przywrócenie do życia rodziny! Dlaczego nagle postanowił się wmieszać? I skąd o tym wiesz?

Pierwszy popatrzył w stronę szarego nieba, jakby właśnie miała zawisnąć nad nim wspomniany mężczyzna. – Przybył spotkać się ze mną po inwazji. Bez jakiegokolwiek ciała, samą jaźnią. Szybko wyczułem, że nie przybył sam… Wygląda na to, że Pani Prezydent z Zarzecza, jest obecnie tworem bardzo podobnym Smutnemu. Do tego wydaje mi się, że spodobała mu się jej ‘’pasja” w odkrywaniu błędów…

- Cholerna miłość rujnuje wszystko… - westchnął Dziki, spoglądając na grób czwartego.

- I jest przyczyną największych grzechów…- dodał Pierwszy.

Mężczyźni stali jeszcze przez chwilę, aż Dziki przerwał ciszę która nastała.- Czas na mnie. Muszę znaleźć dla Daniela sprzęt pożarniczy. Jak wkrótce nie wrócę zaczną mnie szukać…

- Uważaj na siebie… I pamiętaj, że od dziś mam cię na oku. – ostrzegł Pierwszy.

- Jakbyś wcześniej nie miał…- wyrzucił mu Dziki.


230 wyświetlenia12 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie