Krańcowo III - Rozdział VIII - Szczere rozmowy

- Stary wstawaj! – zawołał Mike, szarpiąc Dzikiego za ramię.

Ten poderwał się natychmiast, otwierając przerażony oczy. – Co jest? Co się dzieje. – spytał, odruchowo wyszukując dłonią nóż, który miał schowany przy oparciu.

- Znowu się darłeś przez sen. Nie, żebym liczył, że się jeszcze dziś wyśpię, ale w końcu coś tutaj ściągniesz. – odparł Mike, siadając z powrotem na kanapie.

- Przepraszam, nie kontroluje tego. – westchnął Dziki, rozglądając się po pomieszczeniu.

Gdy uciekli z pułapki przygotowanej przez Klucza i jego nowych towarzyszy, zbliżał się wieczór. Nie było szansa na dotarcie do Zwrotnicy albo chociaż Wspólnoty. Finalnie ukryli się więc w opustoszałym bloku, zajmując mieszkanie na pierwszym piętrze. Zwykle, gdy weterani spędzali noc na mieście, mieszkania na tej wysokości uchodziły za najbardziej bezpieczne. Niezbyt inteligentni niewykształceni, nie byli w stanie dostać się na tej wysokości przez balkon. Z drugiej strony, gdy zostało się odciętym na klatce, wciąż można było spróbować przedostać się na dół po murze, nie ryzykując jeszcze tak bardzo, jak przy wyższych piętrach.

Mieszkanie, które zajęli padło już niestety ofiarą szabrowników. Co prawda z zewnątrz wydawało się nietknięte, a jego okna ciągle były całe, w środku nie pozostało jednak nic cennego. Na szczęście niezbyt skrupulatni poprzednicy, nie przeszukali całego pionu. Przymuszeni pragnieniem Dziki i Mike, odnaleźli w jednym z pokoi kilka butelek gazowanej wody. Była to oprócz kuchennych noży, jedyna przydatna rzecz w całej klatce.

Mike usiadł na czerwonej pufie, łapiąc butelkę, którą opróżnił z wyraźnym oporem. – Rzygać mi się już chce od tej wody, ale przynajmniej zabija na chwilę głód. – stwierdził, ściskając się za burczący brzuch.

Dziki, który również czuł w środku wyraźną pustkę, przypomniał sobie, że przecież nie zjedli nawet obiadu w Zwrotnicy. - Spróbuj się przespać, ja popilnuje – zaproponował, chcąc chociaż trochę zrekompensować przyjacielowi sytuację, w której się znaleźli.

Mike słysząc to, pokręcił głową, gniotąc butelkę w ręku - Nie ma szans, żebym usnął. Jestem zmartwiony, głodny i zmartwiony. - odparł, rzucając plastikową kulką w róg mieszkania.

Dziki spojrzał w stronę przyjaciela. Jego mina zdradzała, że rzeczywiście coś mocno go niepokoi. - Czym się przejmujesz? – spytał. - Zanim Zarzecze dotrze choćby w okolicę stacji, minie jeszcze sporo czasu. Nie mówiąc już o tym, że praktycznie nikt nie wie, gdzie jest Zwrotnica. – stwierdził, licząc, że uspokoi to nieco jego kompana.

Mike wciąż nie wyglądał na przekonanego. Podniósł się i stając obok Dzikiego, popatrzył tęsknie w okno. - Może. Ale po tych historiach, które przyniosłeś z Zarzecza... Naprawdę zacząłem się martwić, co by było, gdyby wygrali. – westchnął, opierając się o parapet. - Może gdybym dalej był sam, mniej bym się stresował. Teraz myślę o tym, co będzie z Weroniką. Ta dziewczyna to cud, ale nie jest Dix… nie poradziłaby sobie sama… Cholera czasem myślę, że w tym świecie lepiej być samemu. – stwierdził z mocną zgryzotą.

- Brzmisz teraz jak Pierwszy. – skwitował Dziki, próbując wypatrzyć cokolwiek w mroku za szybą.

Ponieważ okno wychodziło w kierunku stacji, z oddali można było dostrzec światła Wspólnoty rozbijające się o niemal czarne niebo. Po chwili wpatrywania się, w te migoczącą łunę, Dziki dostrzegł kolejny jasny punkt. – To Sojusz Bloków? – spytał Mike’a, wskazując palcem na małą jasną plamkę.

Jego przyjaciel wyprostował się, przyglądając przez chwilę. – Tak. Chociaż zwykle nie są tak jaśni. Dziś pewnie wszyscy są zaalarmowani przez tę inwazję, więc nie szczędzą na zasilaniu i świetle.

- Wątpię, żeby zaatakowali w nocy. Za dużo niewykształconych. – odparł Dziki.

Mike usiadł na parapecie, opierając się plecami o okno. – Dalej podtrzymujesz to, że chcesz tam wrócić? - spytał niespodziewanie.

- Jeżeli chodzi ci o Zarzecze, teraz to już chyba bezsensu… Daro na pewno jest w łańcuchu dowodzenia całego szturmu. Zastanawiam się tylko jak włączyć się do walki i go znaleźć…- stwierdził, nie spoglądając nawet w stronę Mike'a.

Ten słysząc go, zmarszczył natychmiast czoło. – Nie będę ukrywał, że chciałbym, abyś został z nami. Mamy teraz naprawdę fajną zjednoczoną grupę nie to, co w starej Wspólnocie. Przeszliśmy już razem sporo. A z tobą przy boku, gdy posługujesz się błędami, wszyscy czulibyśmy się dużo pewniej…

Dziki słysząc to, poczuł natychmiastową irytację. Przypomniało mu się, jak w czasach gdy był Strażnikiem Autobusu, wszyscy też przekonywali go, że przy nim czują się pewni i bezpieczni, a finalnie skończyli przez niego martwi. - PRZESTAŃ! – przerwał natychmiast. – Gdziekolwiek się nie pojawię do kogokolwiek nie przyłącze, ściągam tylko problemy. Ledwie wczoraj prawie przeze mnie zginąłeś! Nie mam zamiaru narażać nikogo więcej, swoją osobą. Powiedziałem, że zostanę, dopóki Oli nie dojdzie do siebie. A patrząc na to, jak wyglądały ostatnie tygodnie, myślę, że lepiej już po prostu nie będzie…

- Daj tej dziewczynie szanse! – warknął Mike, spoglądając z wyrzutem na Dzikiego. – Wiesz, co ona przeżyła? Potrzebuje czasu i wsparcia bliskiej osoby, a nie ma nikogo bliższego od ciebie. Ruszyłeś na tamtą stronę, żeby ją ratować! – przekonywał, machając przy tym ręką, jakby tłumaczył coś nierozgarniętemu dziecku.

- Powtarzam ci jeszcze raz, ona mnie nienawidzi! – zawołał sfrustrowany Dziki. – Gdy jestem obok nie może znieść pięciu minut, żeby nie wybuchnąć na mnie krzykiem, albo nie zalać się płaczem …

Mike pokręcił głową wyraźnie zirytowany postawą Dzikiego. – Wbiłeś sobie te jej rzekomą nienawiść w czerep jak jakąś mantrę buddyjską. Przy tobie przynajmniej okazuje jakiekolwiek emocje, bo wszystkich innych traktuje jak powietrze… Ale dobrze, jeżeli chcesz odejść, nie ma problemu. Po twoim odejściu ściągnę do nas Kubę…- stwierdził weteran, zakładając ręce na piersi.

- Nie ośmielisz się…- wypalił zszokowany Dziki, a jego przyjaciel uśmiechnął się ironicznie.

- Dlaczego nie? Sam mówiłeś, że chcesz odejść. Więc co cię obchodzi, co będzie z nią dalej? - spytał, zaczepnie.

Dziki słysząc to, poczuł jak przelewa się w nim wściekłość. - OBCHODZI MNIE BARDZIEJ NIŻ KOGOKOLWIEK! A NA PEWNO BARDZIEJ NIŻ JEGO! – krzyknął.

- Skoro tak, dlaczego chcesz ją zostawić samą?! – zripostował Mike.

- Po pierwsze nie samą, bo zostawiam ją z Tobą! - odparł natychmiast. - Jesteś jedynym człowiekiem na tym świecie, któremu ufam. Po drugie robię to dla jej bezpieczeństwa! Coś, czego nie potrafiłem zrozumieć do tej pory to fakt, że czasem trzeba kogoś zostawić dla jego dobra! – usprawiedliwiał się dalej.

W tym samym coś poruszyło się na klatce schodowej. - No i super, ściągnęliśmy coś! Mówiłem, żebyś się nie dar! – krzyknął Mike.

- JA! A ty? Co niby robisz teraz?! – wrzasnął Dziki.

Mężczyźni popatrzyli się na siebie ze skonsternowanymi minami, po czym obaj uśmiechnęli się głupkowato. – Jesteś niemożliwy – westchnął Mike, łapiąc za nóż kuchenny.

- Ty nie lepszy. – odparł Dziki, stając przy wejściu w gotowości do ataku.

Po chwili usłyszeli drapanie w drzwi i chrapliwy męski głos, wołający z drugiej strony. - Wynoś się! Wynoś!

- Ignorujemy go na razie? Drzwi nie wyważy… - stwierdził Dziki.

- Ale będzie wołał całą noc… Może przyciągnąć innych…- odparł Mike, zerkając nie pewnie w jego stronę.

- Po tym, co tu odwalaliśmy przed chwilą, nie zdziwiłbym się, gdyby maszerowała tu większa grupa…- stwierdził z irytacją Dziki.

- Bo jak się uprzesz na coś głupiego, to mam czasem ochotę ci jebnąć! - zawołał Mike zbyt głośno, przez co niewykształcony po drugiej stronie, zaczął jeszcze mocniej napastować ich drzwi.

Mężczyźni stanęli gotowi do otwarcia drzwi i walki z napastnikiem. Dziki chwycił za zamek, gotów go przekręcić, a Mike zesztywniał z nożem w pogotowiu. Wtedy, zupełnie niespodziewanie hałas po drugiej stronie ustał.

- Dziwne…- stwierdził Dziki. - Poszedł sobie? - spytał z niedowierzaniem.

- Przecież oni nigdy nie odpuszczają…- odpowiedział mu Mike.

Dziki wzruszył ramionami, przekręcając powoli zamek, po czym uchylił drzwi. Powoli wysunęli się na zewnątrz mieszkania, gotowi do niespodziewanego ataku, ale korytarz okazał się pusty.

- No i teraz jestem naprawdę w szoku…- stwierdził Mike. – W życiu nie słyszałem, żeby Gospodarz olał człowieka…

- Oby to nie był jakiś powalony specjalista…- westchnął Dziki, dając znak by wrócili.

Wciąż z duszami na ramieniu, cofnęli się do mieszkania i zamknęli drzwi. W tym samym momencie ich plecy oświetliło ostre światło. Dziki odwrócił się gwałtownie, spoglądając w stronę okna. W wielu mieszkaniach sąsiedniego bloku zapaliły się żyrandole, a latarnie uliczne na placu zabaw, pokryły swoim blaskiem okolicę.

Mike nie czekając, przycisnął włącznik na ścianie. Nad ich głowami natychmiast pojawiło się światło. – Kurwa mać! Noc Latarni! – zawołał.

Dziki podbiegł do okna i spojrzał w dół. Na placu przed nimi zaczęli pojawiać się Gospodarze. Mężczyźni i kobiety w różnym wieku wychodzili nieśpiesznie z różnych klatek, w tym z tej, w której obecnie gościli. Grupy niewykształconych zaczęły nieśpiesznie rozchodzić się w różne strony miasta, kierując ku uczęszczanym punktom ze Starego Świata.

- Cholera jasna! – warknął Mike. – Akurat dzisiaj, kiedy jesteśmy poza Zwrotnicą! – dodał, uderzając z irytacją pięścią w ścianę.

- Spokojnie, większość niewykształconych pójdzie do Wspólnoty… Twoja baza jest bezpieczna. – próbował uspokoić kompana Dziki.- Poza tym, na Zatorzu nie było w Starym Świecie żadnego miejsca, które mogłoby ściągnąć grupy ludzi…

Mike westchnął, a jego mina zdradzała, że wciąż jest zaniepokojony. – No wiem, ale Wiewióreczka umrze ze strachu o mnie… Przecież co ona sobie teraz pomyśli?

Dziki opuścił głowę. Cała ta sytuacja była jego winą. Nie po raz pierwszy sama jego obecność przyczyniła się do kłopotów bliskiej mu osoby. Wiedział w środku, że niezależnie od tego, jak Mike będzie go przekonywać, opuści Zwrotnice, jak tylko wrócą. Teraz musieli jeszcze przetrwać i na tym postanowił się skupić. Na szczęście Noc Latarni nie była szczególnie niebezpieczna, jeżeli znajdowałeś się w miejscu, które nie było zbyt popularne w Starym Świecie. Bloki, w których się ukryli, znajdowały się daleko od wszelkich miejsce rozrywki, kultu, czy po prostu zwyczajnych spotkań. Wystarczyło to, by można było w nich czuć się przynajmniej w miarę bezpiecznie.

Strach i szok, które w pierwszym momencie przesiąkły obu mężczyzn, zaczęły powoli odpuszczać, gdy kolejne grupy Gospodarzy opuszczały okolice.

- Powinniśmy mieć spokój…- stwierdził Mike, gdy po kilku minutach ostatni niewykształceni zniknęli z ich pola widzenia.

- Mówiłem ci, to będzie problem Wspólnoty nie nasz. – stwierdził Dziki, bawiąc się anteną od krótkofalówki, która sterczała mu przy boku. - EJ! - zawołał nagle. - Daj Weronice znać, że wszystko w porządku. - powiedział, wręczając przyjacielowi radio.

Uradowany Mike chwycił krótkofalówkę i przechodząc na kanał Zwrotnicy, zaczął wywoływać Romcia. Po kilku próbach, nie było jednak, żadnej odpowiedzi.

- Chyba jesteśmy za daleko. No i tory zakłócają. – westchnął Mike, oddając Dzikiemu radio.

Ten nie wyłączył go i zaczął przerzucił na kanał ogólny. Był ciekaw, czy w trakcie Nocy Latarni ktokolwiek będzie nadawał. Niespodziewanie cały eter okazał się wręcz zapchany. Szybko zrezygnował z próby wyłapania czegoś na tej częstotliwości, bo nawołujący się ciągle weterani zakłócali jakąkolwiek normalną komunikację. Przeskakując po kolejnych pasmach, wyłapał mniej burzliwą konwersację.

-… od samego początku. W każdym razie przyszło ich więcej, niż się spodziewaliśmy. – stwierdził jakiś głos.

- A te pogłoski o Danielu? Że został ranny na początku i musieli go ewakuować? – spytał drugi głos.

- Kłamstwo. Daniela na początku nie było, na pierwszy ogień poszli ochotnicy z weteranów i bandera. - wyjaśniła ta sama osoba co na początku.

- Zgodzili się? Tak po prostu? - spytał jego rozmówca.

- To była mocno wymienna transakcja. Wszyscy dostaliśmy wyposażenie prima sort, łącznie ze strzelbami i amunicją. Kto miał swoją broń, mógł sobie brać, co tylko chciał z marketu…- wyjaśnił pierwszy z głosów.

Mike popatrzył na Dzikiego wyraźnie skonsternowany. Ten podniósł radio do ust, pytając. – Byłeś tam? Jak się zaczęła inwazja?

- Wchodząc na kanał, miło byłoby się przedstawić i przywitać przyjacielu…- zawołał jeden z rozmawiających.

- No właśnie… to trochę niegrzecznie tak z butami w rozmowę – potwierdził drugi.

- Przepraszam. – odparł Dziki. – Jestem…- tu zawahał się przez chwilę. Wiedział, że nie rozsądnie byłoby podawać, kim jest naprawdę. Zbyt wielu ludzi było przecież zainteresowanych jego osobą -… Mike. – skłamał w końcu.- były strażnik murów Wspólnoty.

Przyjaciel popatrzył w jego stronę z politowaniem.– Skoro już wycierasz się moją personą, to przynajmniej daj mi pogadać. – stwierdził, wyrywając mu radio z ręki.

- Mike kupę czasu cię już nie widziałem. Z tej strony Jastrząb, wypisywałeś mi darmową godzinę za słodycze. – zawołał pierwszy głos, który opisywał starcie z Zarzeczem.

- I Paweł. Mnie skubałeś z elektroniki…- stwierdził drugi głos.

Dziki przetarł twarz ręką, słysząc jaką bezczelną lewiznę kręcił na swojej pracy jego kompan.

Mike na wspomnienie swoich dawnych "tranzakcji" uśmiechnął się mimowolnie. - Cześć chłopaki. – zawołał. – To jak to było z tym wejściem Zarzecza?

- Zapisałem się jako ochotnik… – odpowiedział Jastrząb.

- Frajer – skomentował natychmiast Paweł.

- Przestań, to nas i tak nie minie. Wolałem walczyć teraz w dużej grupie, niż potem samotnie uciekać przed sukinsynami z Zarzecza.- tłumaczył się kolaborant weteran.

- Trochę jest w tym racji. Skąd w ogóle wiedzieliście, że natarcie przyjdzie? – dopytywał dalej Mike. - Nie wiedzieliśmy. – odparł ochotnik. – Weterani, którzy się zgłosili, patrolowali okolicę rzeki, aż tu w którymś momencie - JEB po tamtej stronie robi się biało. Wiedzieliśmy, że to może oznaczać początek ataku, więc zawiadomiliśmy Strefę Głodu. Nim przybyli banderowcy, most był już na swoim miejscu. Odbudowany jak w Starym Świecie, zupełnie jakby się zresetował… - Kurwa…- podsumował Paweł.

- Co było dalej? Doszło do walki? Zatrzymaliście ich?– dopytywał Mike, ciągnąc temat dalej.

- Zanim się zgrupowaliśmy, większość z nich zdążyła już przejść na tę stronę.- odpowiedział Jastrząb.- Od razu zajęli budynki wzdłuż brzegu. Przez jakiś czas ostrzeliwaliśmy się, ale tak chaotycznie, że chyba nikt nawet nie został ranny. Po jakiejś godzinie przylecieli banderowcy ze Strefy Głodu i wtedy się zaczęło. Wpadli całą hałastrą na plac przed sklepami, a tamci mieli ich jak na strzelnicy. Z tej pierwszej fali nie przeżył chyba nikt. Ci trochę opóźnieni przyczaili się razem z nami. Długo padały tylko pojedyncze strzały, nikt się nie wychylał. Po jakiejś godzinie przybyli Zwiadowcy. Cholera, nawet jednego to rozpoznałem z mordy, jak się tu włóczył i udawał weterana…- opisywał Jastrząb.

- Ja pierdolę! Co było dalej? – spytał, wyraźnie podniecony opowieścią Paweł.

- Z nimi już tak łatwo nie szło, błędami powstrzymywali nasze strzały. Na szczęście poruszali się powoli i w grupie, do tego strzelali bardzo oszczędnie. To nie był bezmyślny rzut jak u banderowców, ale zabili tylko kilku naszych…- odpowiedział.

- Z tego, co mi wiadomo – wtrącił Mike. – Na Zarzeczu mają bardzo mało broni i amunicji. Pewnie strzelali tylko, gdy mieli pewność, że trafią. - Pewnie masz rację. – potwierdził weteran ochotnik.- No, ale w pewnym momencie zbliżyli się na tyle, że staliśmy z nimi praktycznie lufa w lufę. W przeciągu sekund zacząłby się pogrom, ale wtedy pojawił się Daniel.

- Tak znikąd? – wtrącił Paweł. - No właśnie…- dopytał Mike. - Nie no, wydaje mi się, że był gdzieś w pobliżu i czekał na rozwój wydarzeń - odparł Jastrząb. - A jak już się ludzie z błędami zabiorą do walki między sobą, to nie ma co zbierać. W każdym razie w kilka minut plac wyglądał jak po bombardowaniu, wszędzie leje i kurz. ‘’Wielkie ego” załatwił dwóch zwiadowców, a trzeciego ściągnęliśmy my skoncentrowanym ostrzałem. Pozostali uciekli z powrotem do zajętych budynków.

- Co było dalej? Ruszyliście do ataku? – spytał Mike, który wyraźnie wciągnął się już w całą historię.

- Taki mieliśmy zamiar. Wszyscy myśleli, że Daniel poprowadzi nas do szturmu i wypchniemy ich z powrotem na Zarzecza, ale on się wycofał. – odpowiedział Jastrząb, po którego głosie słychać było, że sam był tym faktem mocno zdziwiony.

- Ciekawe czemu. – spytał retorycznie Mike.

Dziki zamyślił się przez chwilę i wyszeptał do przyjaciela. – Myślę, że mógł przedobrzyć z błędami. Walczył z grupą ludzi, w której każdy się nimi posługiwał. Może był już na granicy rozmycia i musiał odpocząć…

Gdy Dziki dzielił się z Mike’m swoimi przemyśleniami, na radiu wciąż trwała zażarta dyskusja.

- Czyli nie został ranny? – dopytywał Paweł.

- Chyba nie... W każdym razie ja widziałem, jak odchodził o własnych siłach…- stwierdził Jastrząb.

- No dobra, a co z wami? Doszło do kolejnego starcia? – wtrącił Mike.

- Pewnie by doszło. – odpowiedział weteran ochotnik. – Ale było nas tam tylu, że Prawo Trzech chyba zawrzało. Na plac zwaliło się w pewnym momencie tylu niewykształconych, że o jakiejkolwiek dalszej walce nie było mowy.

- Wycofaliście się? – spytał drugi radio rozmówca.

- Tak. Jak tylko się pojawili, podzieliliśmy się na trójki i rozeszliśmy do pobliskich budynków. W tym czasie zarzeczaki bronili się w domach, które zajęli…- odparł Jastrząb.

- Może niewykształceni ich wykończą. – stwierdził Mike z wyraźną nadzieją.

- Dobrze by było. Na plac przyjdzie ich przecież całkiem sporo, problem w tym, że są dobrze okopani i mają gości od błędów… - westchnął weteran, wyraźnie niezadowolony.

- Oby Noc Latarni dała im popalić. A wam jak mija? Dobrze się ukryliście? – spytał nagle Paweł.

- Ja dość kiepsko. Siedzimy rozbici po kamienicach w pobliżu rzeki. Nie jest jakoś gorąco, ale co jakiś czas jakaś menda się napatoczy. – westchnął Jastrząb.

- Bloki, więc spoko. – odparł wymijająco Mike.

- Ja trochę udupiłem, bo jestem obok sklepu z elektroniką. Do tego chyba gdzieś kręci się jakaś Syrena. Słyszę co jakiś czas jej wołanie. – stwierdził Paweł, a w jego głosie dało się wyczuć niepokój.

- Coś się tak dupnie ulokował? – spytał zaciekawiony Jastrząb.

- No przecież nie wiedziałem, że dzisiaj błyśnie. Normalnie to miejsce jest całkiem spoko miejsce. No i sklep jak się zresetuje, to da dobrze zarobić– wyjaśnił spytany.

- Tę Syrenę to mogli ci przygnać pod kryjówkę Gospodarze. Oni są chyba wobec nich agresywni…- podsunął myśl Mike.

- Oby ją szybko załatwili, wybrałem mieszkanie z najmocniejszymi drzwiami, ale siedzę w zamian za to na czwartym piętrze…- stwierdził z irytacją Paweł.

- Uuuuu – zawył Mike. - Błąd jak u nowoprzybyłego.

- Wiem, wiem… - odparł mężczyzna. – Tylko że wszystkie drzwi na pierwszym piętrze chińszczyzna…

- Czekajcie chłopaki, muszę zniknąć z eteru. Mamy nieproszonego gościa – westchnął nagle Jastrząb.

- Uważaj tam na siebie! – zawołał Paweł.

- Niech cię Daniel ma w opiece! – zażartował Mike, spoglądając kątem oka na Dzikiego.

Ten zmarszczył czoło, opierając się rękoma o parapet. – Czyli Daniel naprawdę bierze weteranów w swoje szeregi. Ciekawe jakby zareagował, gdybym ja się zgłosił… - nim skończył swoje retoryczne pytanie, poczuł jak Mike, uderza go w ramię.

- Oszalałeś? - spytał i uderzył po raz kolejny. - Nawet jeśli Armia by cię przyjęła, a nie zabiła od razu po przygodach, jakie z nią miałeś, to przypomnę ci, że chcesz się wmieszać w wojnę z powodu gościa, którego Daniel mógł dawno przerobić na pasztet! Pamiętasz, że już ubili trzech zwiadowców? Halo, halo jest tam jeszcze coś w środku…- spytał Mike, pukając Dzikiego pięścią w głowę.

- Nie wiadomo czy on w ogóle tam był! – zaprotestował Dziki. - Zresztą tu nie chodzi tylko o Daro, przecież to żadnego z nas nie ominie. Oni już tu są…- odparł, próbując przekonać Mike’a, o słuszności swoich planów.

Ten popatrzył na niego z wyrzutem. - Przestań ubierać swoją głupotę w szlachetne idee. – wtrącił. – Idziesz tam tylko dlatego, że chcesz spełnić do końca pragnienie zemsty. – dodał spoglądając z wyrzutem na Dzikiego.

- Co cię to tak boli? – spytał natychmiast. - To moje życie i moja sprawa…

Mike spojrzał na niego wyraźnie wściekły. - Kurwa, bo dla mnie twoje życie ma znaczenie Dziki. Jest tutaj jeszcze pewnie masa innych osób, którym twój los nie jest obojętny. Okaż trochę wdzięczności za to, że tak wielu ludzi pomagało ci i narażało się dla ciebie! Tylko że wiesz co? Ty jesteś cholernym egoistą! Masz totalnie gdzieś co myślą inni, liczy się twój ból i cierpienie! Mówię ci, poczekaj! Daj Oli się otrząsnąć, a zobaczysz, że wszystko się zmieni…

Dziki wiedział już, że dalsza kłótnia z przyjacielem nie ma żadnego sensu. Spoglądając mu w oczy, skłamał najbardziej przekonująco jak tylko potrafił. – Dobra stary, niech ci będzie. Jeszcze to wszystko przemyślę… - decyzję podjął już jednak dawno temu i nie miał zamiaru jej zmieniać.

- Mam nadzieję…- westchnął Mike, spoglądając na radio w którym znowu się ktoś odezwał.

- Chłopaki, jesteście jeszcze? – spytał Jastrząb.

- Tak - odparł Paweł.

- Jestem - potwierdził Mike.

- Było gorąco przez chwilę. Amunicja od Daniela się przydała… - odetchnął z ulgą weteran ochotnik. - Co miałeś? - spytał drugi z mężczyzn na radiu.

- Cztery urocze gospodynie, które próbowały dobrać mi się, do mojego mięska. - zażartował wulgarnie Jastrząb.

Mike zaśmiał się. – Masz powodzenie, nie ma co. A posmyrały cię chociaż dobrze?

- Podziękuje dzisiaj za jakiejkolwiek pieszczoty. - odparł mężczyzna. - Powiem wam szczerze, że najchętniej przyciąłbym już komarsona. Tylko że przez te cholerną Noc Latarni nie ma na to szans. Najgorsze, że nie wiem, czy jutro będziemy blokować drogę na most, ale podejrzewam, że tak.

- Ja też spać nie pójdę. Ta Syrena ciągle tu lata. Wydaje mi się, że gospodarze ją ganiają dookoła bloków.- stwierdził Paweł.

- U mnie spokój. – stwierdził Mike. – Co miało wyleźć, poszło gdzie indziej. Zresztą jak okiem sięgnąć, żadnego punktu zbornego.

- Dobrze masz. – westchnął Jastrząb. – Tutaj ciągle coś się kręci, na szczęście większość idzie do tych zarzecznych skurwieli.

- KURWA! – krzyknął nagle Paweł.

- Co się stało? – spytał Mike, tonem jakby spodziewał się kolejnego żartu.

- Coś chyba walnęło w drzwi… - odpowiedział wyraźnie zdenerwowany rozmówca.

- Masz broń? – spytał Jastrząb.

- Parabellum z całymi trzema nabojami i maczetę. – odpowiedział Paweł, a po jego głosie słychać było, że jest mocno przestraszony.

- Więc siedź cicho, sam nic nie przywabisz. – doradził mu kompan z radia.

- A jak to wali jakiś specjalista, co ma w dupie prawo trzech? – westchnął zrozpaczony weteran.

- Łańcuch na drzwiach zaciągnij! Kiedyś z kumplem trafiliśmy na gospodynię, która otworzyła drzwi kluczami. – doradził Mike.

- Zaciągnąłem, zaciągnąłem. Gospodarze są cwani, oni naprawdę sporo pamiętają z dawnego życia…- westchnął mężczyzna, wyraźnie przestraszonym głosem. – Kurwa!!! – zaklął po raz drugi, a z głośnika dało się słyszeć szelest.

- Co się dzieje? – spytał zlękniony Mike.

- Znowu coś uderzyło w drzwi. – odpowiedział Paweł. - No nie, nie wierzę…

Po chwili z głośnika dobiegło wołanie, od którego Dziki i Mike osłupieli – UWAGA! UWAGA! MIESZKAŃCY KRAŃCOWA!

- KURWA MAĆ! ONA JEST POD DRZWIAMI! – zawołał przerażony weteran.

- Spokojnie chłopie! Siedź cicho to może pójdzie, zresztą sama nie wyważy drzwi! Mówiłeś, że masz solidne! - doradził Mike, podnosząc mimowolnie głos.

- Tak, tak są solidne… Wybrałem przecież najmocniejsze…- potwierdził ich rozmówca, najwidoczniej próbując przekonać samego siebie, że nic mu nie grozi.

- No właśnie, zresztą to tylko syrena. Z jedną dasz sobie radę. Nawet jakby wlazła – stwierdził pewnie Jastrząb, chcąc dodać otuchy weteranowi w niedoli.

Mike nie wyglądał jednak na równie pewnego, spoglądając z nietęgą miną w stronę Dzikiego, westchnął z przejęciem. - Przerąbał sobie facet…- mówiąc to usiadł na podłodze pod parapetem, opierając głowę o grzejnik.

Myślisz, że nie da rady? - spytał Dziki, klękając obok niego.

- Pamiętasz jak wtedy z Wilkiem i Szarą spotkaliśmy Syreny? - odpowiedział pytaniem Mike. - One ciągle drą papę... Przecież to w kilka chwil zwabi najbliższych gospodarzy, a facet siedzi w kiepskim miejscu...

Po kilku minutach ciszy w eterze przyjaciel Dzikiego nie wytrzymał i wyszeptał do radia. – Paweł, jesteś tam jeszcze?

- Jestem... - odpowiedział weteran... - ale ta Syrena też nigdzie nie polazła. Stoi pod drzwiami i nawołuje. Cholera jak wyjrzałem przez okno, to zobaczyłem, że Gospodarze się kręcą.- dodał po chwili

- Chłopie, zabarykaduj lepiej czymś korytarz. – doradził Jastrząb.

- No! – potwierdził Mike. – A potem wleź do łazienki, albo innego pokoju gdzie drzwi otwierają się do środka i tam też się zastaw…

- Dobra…macie rację, tak zrobię…- stwierdził Paweł, bez przekonania.

- Facet już się poddał - podsumował Dziki. - Nieodpowiednie miejsce, nieodpowiedni czas… te słowa nabierają w Krańcowie naprawdę niesamowitej mocy.

- O co ci teraz chodzi? – spytał natychmiast Mike.

- Teraz tak sobie myślę, że przeżyłem tylko po to by cała masa ludzi odczuła tego konsekwencję. Gdy tylko ktoś przebywa ze mną dłużej, zaraz spotyka go coś złego.Nie dziw mi się, że chcę odejść, skoro jestem jak jakiś przeklęty... - wyjaśnił.

Mike słysząc to, popatrzył na niego z miną, która zdradzała, że zaraz wybuchnie. – Dziki… Wpadłem właśnie na coś, co może ci pomóc na te twoją klątwę. Idź do najbliższego kościoła, stań trzy kroki od chrzcielnicy, okręć się dwa razy dookoła, a potem jebnij z całej siły łbem o podest. Może ci się w końcu coś w głowie poustawia…- podsumował ironicznie.Dziki zmarszczył czoło, chcąc już coś powiedzieć, ale przyjaciel nie dał mu dojść do słowa. – Przestań się w końcu traktować, jakbyś był jakimś naznaczonym! To Krańcowo! To Nowy Świat! Takie rzeczy zdarzają się tu nagminnie. Ludzie giną z dziesiątek powodów i wyobraź sobie cholerny EgoDanielu, że nie każdym jesteś TY. Zobacz, jaką sytuację ma ten cały Paweł. Trafił w złe miejsce w Noc Latarni i teraz może go rozerwać Syrena albo Gospodarze! Równie dobrze, to mogliśmy być my! Albo żadne z nas! Tak wygląda życie i tak wyglądało też w Starym Świecie. Mój tata umarł na raka, nie dlatego, że byłem jednym dzieckiem na milion, które zrodziło się, by przynieść pecha rodzicom, ale dlatego, że ludzie chorują. Czy miał na to wpływ? Może miał… Może gdyby lepiej się odżywiał, mniej palił, albo częściej się badał, to by przeżył. Czy było to pewne? Nie! Ludzie palą całe życie, żrą jak świnie i nie chorują, a sportowcy, którzy wpieprzali glony, umierali na choroby serca! Jesteśmy bojami na wodzie Dziki, a życie rzuca nami, jak chce. Jesteśmy świadomi, mamy jakiś wpływ na to, co nas otacza, ale w żadnym względzie nie jesteśmy wszechmocni. Pogódź się w końcu z tym! Działaj tam, gdzie możesz coś zdziałać i przestań zadręczać się rzeczami, na które nie miałeś, albo nie masz wpływu! - Mike zakończył wywód, łapiąc za butelkę wody. – Do tego jestem cholernie głodny, zły, a to nasza ostatnia woda! – warknął zirytowany.

Dziki odetchnął, opierając głowę o chłodny grzejnik pod parapetem. – Problem jest w tym, że zwaliłem każdą sytuację, na którą miałem wpływ.

- A ty znowu swoje. – westchnął Mike. – Mam od dłuższego czasu wrażenie, że nic już się do ciebie nie przebija…

Nim mężczyzna zdążył zacząć kolejny monolog, Paweł odezwał się na radiu. - Chłopaki jestem w dupie, totalnie w dupie…Gospodarze rozszarpały tę Syrenę, ale teraz stoją pod moimi drzwiami. Chyba mnie usłyszeli, bo napieprzają w nie jak potłuczeni! – zawołał drżącym głosem.

- To nie krzycz, nie prowokuj ich! – doradził Mike. – Znalazłeś drugi pokój? Schowałeś się?

- Tu są tylko przeszklone drzwi! Schowałem się w łazience, ale oni ją rozwalą bez problemu… Nie wiem już co robić, przecież oni sobie nie pójdą. – zawył zrozpaczony mężczyzna.

- Spokojnie chłopie, uspokój się. - wtrącił nagle Jastrząb. - Może drzwi wejściowe wytrzymają do do rana. Jak tylko zrobi się widno przyjdziemy z chłopakami i odciągniemy ich od ciebie! – zaoferował.

- Naprawdę? Przyjdziecie? – spytał Paweł, a w jego głosie słychać było odrobinę nadziei.

- Pewnie chłopie! Są chyba jakieś zasady między starymi mieszkańcami nie? – potwierdził weteran. – Siedź tam tylko do rana i podaj adres!

- Jestem przy Żwirki i… - mężczyzna przerwał nagle, a przez mikrofon dało się słyszeć dźwięk łamanego drewna. – KURWA! ROZRYWAJĄ DRZWI WEJŚCIOWE! KURWA! KURWA!

- NIE SIEDŹ W ŁAZIENCE! BIEGNIJ DO JAKIEGOŚ POKOJU! ZASTAW DRZWI ŁÓŻKIEM I SZAFĄ!zawołał Mike, podrywając się z nerwów na nogi.

- Biegnę! Biegnę! – wykrzyczał Paweł.

- Chłopie broń się i nie poddawaj! Dasz radę! – zawołał Jastrząb.

Przez chwilę zapadła cisza. Mike chodził zdenerwowany po pokoju, a Dziki śledził go wzrokiem. Jego przyjaciel z jakiegoś powodu, zdążył już zaangażować się w los weterana, on zaś ku swojemu zdziwieniu czuł całkowitą obojętność. W pewnym momencie go to przestraszyło, przecież jeszcze rok wcześniej, kroczyłby tak samo, jak Mike, próbując wymyślić sposób by pomóc mężczyźnie. Może nawet spróbowałby się przedostać, by ratować mu życie. Teraz jednak nie potrafił wykrzesać z siebie choćby odrobiny współczucia. Popatrzył na swoje ręce z niedowierzaniem. Kiedy stał się tak obojętny na los ludzi? Co się właściwie z nim stało? Był teraz w prawdziwym szoku, bo potrafił sobie przypomnieć, co czułby w takiej sytuacji wcześniej, ale teraz w ogóle nic nie czuł...

Z zamyślenia wyrwał go kolejny komunikat na radiu.

- Chłopaki zamknąłem się…- stwierdził Paweł, ale w jego głosie zabrzmiała rezygnacja. – Tylko, że to nie potrwa długo. Zastrzeliłem dwóch pierwszych, ale nadchodzą kolejni. Szafa za którą się chowam jest z płyty wiórowej, a łóżko to tylko stelaż pod materac. Nie zasłonie tym niczego…Słyszę już jak idą kolejni...

- Dasz radę! Wal kurwy maczetą po łapach! – zawołał Jastrząb.- Bron szafy jak bunkru! Blokuj przejście choćby kawałkami drewna!

-To bez sensu. Słuchajcie, jestem przy Żwirki i Wigury, 16 przez 36. Nie mam przy sobie zbyt wiele, ale to Parabellum jest sporo warte… Gdybym mógł mieć do was prośbę, to nie dajcie Grabarzom, pożreć mojego ciała… - westchnął Paweł wyraźnie załamany.

- CHŁOPIE! NIE RÓB TEGO! WALCZ DO KOŃCA! zawołał Mike.

- To jest koniec…nie chcę umierać w bólu. Trzymajcie się, dzięki, że ze mną byliście - wyszeptał Paweł, a po chwili przez radio przebił się odgłos wystrzału.

W tym momencie nawet Dziki poczuł drgnięcie w środku. Nie był to jednak żal, raczej szok, że mężczyzna postanowił się zastrzelić. Z drugiej strony była to na pewno mniej bolesna śmierć, niż pozwolić się dopaść bandzie gospodarzy.

- Ja pierdolę… - westchnął Jastrząb. – Mike daleko jesteś od jego bloku?

- Trochę mi nie po drodze, no i nie mam broni. – odparł zrezygnowany.

- Spoko, ja go ogarnę…- odpowiedział Jastrząb. – Słuchaj, jakoś odeszła mi ochota na dalsze rozmowy.

- Rozumiem, trzymaj się – odparł Mike.

- Ty też…- pożegnał się Jastrząb i zniknął z Eteru.

Dziki podszedł do swojego przyjaciela, kładąc mu rękę na ramieniu. – Szkoda gościa, ale powinieneś się cieszyć, że to nikt z naszych…

- Tak, masz rację. – potwierdził Mike, ale twarz wyraźnie mu sposępniała.

***

Dziki nie wiedział, czy to zmęczenie, czy po prostu jego przyjaciel naprawdę tak mocno przejął się śmiercią weterana Pawła, ale nie odzywał się właściwie aż do świtu. Dopiero gdy latarnie zgasły, a codzienna szarość pojawiła się za oknem, Mike w końcu przemówił. - Teraz zaczyna się nasz nerwowy moment. Widać już jak wracają. – ostrzegł, wyglądając przez okno. Na placu między blokami, małe grupy Gospodarzy rozchodziły się do swoich domostw.

Dziki był naprawdę zdziwiony jak wielu niewykształconych, rozeszło się po sąsiednich klatkach. – Cholera, mam wrażenie, jakby ich wcale nie ubywało. – stwierdził, obserwując jak trójka Gospodarzy, próbuje przecisnąć się w ciasnym wejściu. - Przecież weterani, Defekt i Armia Daniela, ciągle ich zabijają. Do tej pory powinny już zostać jakieś niedobitki, a każda Noc Latarni porusza armie.

Mike słysząc jego rozważanie, wtrącił coś niespodziewanego. – Byłem jakiś czas temu u Wilka… – Dziki, popatrzył na przyjaciela, myśląc, że ten zaczyna zupełnie nowy temat. Ten spróbował jednak rzucić trochę światła na przemyślenia odnośnie Gospodarzy. - … Zaglądam czasem do niego na ploty, bo to jedyna rozrywka, jaką chłop ma w swoim obecnym stanie. W którymś momencie temat zszedł nam właśnie na niewykształconych. Podobno jakiś jego znajomy... nie pamiętam ksywy... W każdym razie stworzył teorię wyjaśniającą te stałą liczbę niewykształconych w mieście. Nazwał ją bodaj ‘’Upośledzaniem”..

Dziki wsłuchał się uważnie, bo temat go zaciekawił. – No i co głosi ta teoria? – spytał.

- Z tego, co mówił mi Wilk, chodzi o to, że po śmierci wszyscy stajemy się niewykształconymi. Tylko że gdy niewykształceni zginą, to wedle tej teorii wcale nie znikają, ale stają się potworami niższego rzędu. Bardziej odczłowieczonymi albo pozbawionymi jeszcze większej ilości ludzkich cech. – wyjaśnił Mike, dodając po chwili własne przemyślenia. - Może gospodarz jest gdzieś pośrodku tego łańcucha śmierci? A może jest szczytową formą i musi zginąć określoną liczbę razy, by wrócić jako inny rodzajniewykształconego? To by było logiczne. Przecież Gospodarze, też są sobie nierówni… Niektórzy artykułują wyrazy, otwierają drzwi kluczami, a inni tylko rzucają się do bezmyślnego ataku. Może ci bardziej prymitywni są o krok, od przemienia się w… No nie wiem… Potłuka?

- Coś w tym jest…- przyznał Dziki, któremu teoria wydawała się naprawdę rozsądna.

Mike kończąc wyjaśnienia, spojrzał ponownie przez okno. – Coraz mniej ich się robi na zewnątrz. Jeszcze z pół godziny i możemy ruszać. Zabiłbym teraz za kubek kawy…- westchnął na koniec.

- Ja ogólnie bym zabił. - wtrącił Dziki, siląc się na ponury żart. - Najchętniej Klucza… piękne podziękowanie. A ja tę świnię próbowałem do końca ratować. Gdyby nie ja, już dawno by go grabarz na plecach nosił … - warknął zaciskając pięści.

- I się zaczyna…- westchnął zrezygnowany Mike. – Jakim cudem przechodzisz z normalnej gadki, do tego swojego zboczenia?

- Rozmawianie o ludziach, którzy wracają po śmierci, to nie jest normalny temat. – zripostował Dziki.

Mike zbierał się już, by mu odpowiedzieć, ale w tym samym momencie usłyszeli hałas na klatce. – Cholera jasna, nie mogło nas po prostu minąć…- warknął, odwracając się w stronę drzwi.

- Myślisz, że to ten Gospodarz z wczoraj? – spytał Dziki.

- Wczorajszy, czy nie będziemy musieli go załatwić. Lepiej zróbmy z nim porządek, zanim zacznie naprawdę hałasować i ściągnie sobie kumpli. – stwierdził Mike, stając jak wcześniej w nocy, z nożem w pogotowiu.

Dziki doskoczył do drzwi i biorąc głęboki oddech, przekręcił zamek. Gospodarz nie czekając, szarpnął za klamkę i wpadł z rykiem do środka. Zaskoczeni mężczyźni nie zdążyli nawet zareagować, gdy rosły niewykształcony wparował w Mike’a, wytrącając mu nóż z ręki.

Odepchnięty drzwiami Dziki, potrzebował sekundy, by rozeznać się w sytuacji. Mike spiął się z gospodarzem, który był od niego prawie dwie głowy wyższy i nie ustępował wiele pod względem masy. Szarpali się tak przez chwilę, aż weteran oswobodził w końcu rękę, którą spróbował uderzyć Gospodarza.Widząc to Dziki wziął rozpęd i wskakując niewyształconemu na plecy, ugodził go w bark. Gospodarz rzucił się wściekle, strącając go na podłogę, a po chwili z podobną łatwością oderwał od siebie Mike’a, który upadł na fotel. Weteran poderwał się gotów atakować po raz kolejny, ale niewykształcony wyszarpał z siebie nóż Dzikiego i wyciągnął go do przodu.

Mike zmroziło, popatrzył na swoje ostrze leżące z boku i ruszył w jego stronę. Niewykształcony widząc to, zaatakował. Dla Dzikiego czas jakby zwolnił. Widział, jak Gospodarz biegnie w stronę Mike’a. Jego przyjaciel nie miał szans na uniknięcie ciosu. Podrywając się, wparował od boku w niewykształconego. Ten odwracając się gwałtownie, ugodził go nożem. W Dzikim buchnęła żądza mordu, a wola zadziałała. Chwytając istotę za łeb, okręcił go do tyłu, łamiąc mu kark jak parę suchych gałęzi. Gospodarz upadł siłą pędu, a Mike z nożem w ręku odwrócił się zszokowany.- Dziki! – zawołał natychmiast, podbiegając do rannego przyjaciela. – Nie ruszaj się, zaraz ci pomogę.

- To nic takiego, nie wszedł głęboko. – odpowiedział Dziki, starając się ukryć, że rękojeść noża prawie sięgnęła bluzy.

- Stary nie pierdol, pokaż mi to…- zawołał Mike, próbując okręcić kompana, po chwili jednak zamarł. – Dlaczego ty nie krwawisz?

Dziki odetchnął ciężko, wyciągając nóż. – Bo trafił w plamę… - odpowiedział.

- Jaką plamę? – dopytał natychmiast Mike, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.

Dziki westchnął ponownie, podnosząc bluzę. Cały jego tors pełen był gładki łat cielistego koloru, gładkich jakby były zrobione z plastyku albo plasteliny. Mike widząc to prawie odskoczył do tyłu. – Przecież to jest…

- …defekt- dokończył za niego Dziki, wciągając bluzę z powrotem.

Mike pokręcił głową z niedowierzaniem. – Jak? Przecież mówiłeś, że Pierwszy i doktor ci pomogli…

- Zrobili, co było w ich mocy. Mówiłem ci przecież, że ja praktycznie się rozmywałem. Udało im się zredukować to do formy, jaką ma Dix, ale cholera wie, jak długo to potrwa. W każdej chwili mogę się rozmyć, jak leżałem na placu, stawałem się już właściwie mazidłem… - wyjaśnił Dziki.

- Cholera stary, dlaczego mi nie powiedziałeś? – spytał z wyrzutem Mike

- A co by to zmieniło? Mike, znasz mnie, ja znam ciebie. Jakkolwiek by było źle, zawsze będziesz gadał, że trzeba łapać szansę, walczyć do końca i tak dalej… - odparł Dziki.

Mike założył ręce na piersi. – A co? Masz zamiar się poddać? Dix, żyje z Defektem już tyle lat. Dlaczego tobie ma się nie udać? Chyba że celowo masz zamiar nadużywać błędów dalej, by się w końcu rozmyć. – stwierdził z wyrzutem.

- Nie powinienem w ogóle ich używać…- wyjawił Dziki. – Pierwszy powiedział, że w tej sytuacji nawet delikatne odchylenie od Pierwotnej Woli przy używaniu, może natychmiast pogorszyć mój stan.

Mike słysząc to, pokręcił głową. – Stary tak mi przykro… ech, wiedziałem, że z tymi błędami nie może po prostu być dobrze…

- Dobra, daj już temu spokój. Trzeba ruszać w drogę. Twoja Wiewióreczka, na pewno się martwi. – stwierdził Dziki, klepiąc przyjaciela po ramieniu.


162 wyświetlenia3 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie