Krańcowo III - Rozdział VII - Ból

Mike uchylił powoli drzwi, spoglądając w stronę korytarza. Wydobywające się z wnętrza dźwięki, świadczyły o obecności co najmniej jednego gospodarza. Nie zamykając wejścia przekradł się w głąb domu, dochodząc do dużego salonu z półotwartą kuchnią. Wnętrze budynku pachniało krwią i zgnilizną, ale szafki i meble wyglądały na nietknięte.Dawało to nadzieje na spory łup.

Podchodząc powoli w stronę kontuaru, zauważył ogromne pudełko z przyprawami.

– Weronika się ucieszy – wyszeptał zadowolony, biorąc zdobycz do ręki.

W tym samym momencie z sąsiedniego pokoju wypadł Gospodarz. Typowy hodowca mięśnia piwnego o nogach i rękach cienkich jak patyki. Bez chwili zwłoki wparował w Mike’a swoim olbrzymim brzuchem.

- Ty sukinsynu…- wydyszał Mike, ledwo łapiąc powietrze, bo napastnik przygniatał go do blatu swoim tłustym jestestwem.

Niewykształcony wyciągnął ręce celując w oczy weterana, który zapierając się plecami o szafkę pchnął go ze wszystkich sił. Gospodarz runął na tyłek, robiąc jednocześnie niezgrabnego fikołka.

- No dawaj! – rzucił zaczepnie Mike, przybierając bokserską postawę.

Gospodarz poderwał się do góry, a mężczyzna wymierzył mu potężnego haka lewą ręką. Niewykształcony prawie okręcił się od siły ciosu, a zadowolony weteran wyprowadził prostą która wbiła Gospodarza w półki. Gdy potwór zbierał się już do kolejnego ataku, ktoś doskoczył do niego i wbił mu nóż w skroń.

- Przestaniesz się w końcu bawić! – warknął Dziki.

Wyciągając ostrze, wbił je po chwili ponownie by przerwać odroczenie.

- Cholera jasna chyba się starzeje… - westchnął Mike drapiąc się po głowie. – Normalnie rozprawiłbym się z nim, zanim byś tu wlazł– rzucił żartobliwie w stronę Dzikiego.

Ten wzniósł zirytowany oczy. – Zacznij do tego podchodzić poważnie, bo przez te wygłupy w końcu zginiesz.

Mike zignorował te reprymendę, rozglądając się chciwie po pomieszczeniu. – Wygląda na to, że Gospodarz wprowadził się już po resecie. Dom wygląda na całkiem bogaty, może znajdziemy tu coś ciekawego…

- Bierz tylko jedzenie i to co można opchnąć we Wspólnocie– odparł Dziki, dobierając się do szafek.

- Dobrze mamusiu, rączki też mam umyć przed szabrem? – spytał naśladując dziecięcy głos.

Dziki nie odpowiedział.Wyszukując pod zlewem butelki z piwem, zaczął wywalać je na podłogę.

- Ej, ale tego to nie marnuj! – zawołał Mike, łapiąc jedną z nich.

Dziki nie podniósł nawet wzroku. – Są ciężkie, a od kiedy we Wspólnocie jest bimbrownia ceny alkoholu spadły.Nie marnuj miejsca w plecaku.

- Nie mam zamiaru! – odparł Mike, otwierając butelkę.

Nim jednak zdążył złapać z niej chociaż łyk, Dziki chwycił go za rękę. – Nie w trakcie szabru!

- O Boże! Ty jesteś już gorszy od Krzaka – wykrzyczał zirytowany chłopak, odkładając butelkę na stole.

Dziki spojrzał na swojego przyjaciela, z politowaniem. – A jak by teraz błysnęło? Kac plus ból po błyskowy. Chciałbym zobaczyć jak czołgasz się do Zwrotnicy.

- Oj bo zaraz będzie Błyskało – warknął Mike, zerkając łapczywie na butelkę.

- Jak chcesz sobie chlać w czasie szabru to następnym razem idź z Pietrasem albo Romciem. Ja nie mam zamiaru tłumaczyć Weronice, że zginąłeś bo chodziłeś przy mnie najebany – warknął Dziki, biorąc się za przeszukiwanie górnych szafek.

- Powiedz? Pierwszy nie upuścił cię na chwilę do rzeki? Bo pod deklem to ci się naprawdę nieźle odjebało – wycedził Mike.

Gdy jednak nie usłyszał odpowiedzi, sam zaczął przeszukiwać szafki.

Po kilkunastu minutach, mężczyźni opuścili budynek z plecakami wypełnionymi jedzeniem i wszystkim co Dziki uznał za przydatne. Maszerując wzdłuż torów zmierzali wprost do nowej bazy.

- Weronika będzie prze szczęśliwa – stwierdził dumnie Mike, który zdążył już zapomnieć o kłótni z przed kilku minut. – Od dawna prosiła żebym znalazł jakieś przyprawy, w końcu będziemy mogli urozmaicić jakoś te naszą nędzną kuchnię.

- Przynajmniej mamy co jeść… - westchnął Dziki. – Zważywszy na to, że zaczynamy wybrzydzać, można by odnieść mylne wrażenie, że zaczęło się u nas przelewać.

- A źle mamy? - spytał z przekąsem Mike.

Dziki znowu nie odpowiedział, więc kilka kolejnych minut mężczyźni szli w milczeniu. Panującą między nimi ciszę, przerywało jedynie niekończące się buczenie torów. Mike, któremu najwidoczniej przeszkadzał ten brak rozmowy, spróbował zagadnąć po raz kolejny.

- Nie wspominałem ci, ale gdy byłem ostatnio handlować u Siwego, to minąłem się na mieście z Kubą - powiedział, zerkając jak zareaguje na to Dziki.

Ten słysząc imię swojego dawnego lidera, wzruszył jedynie ramionami. Mike wyraźnie zirytowany, brakiem dosadniejszej reakcji ze strony kompana kontynuował dalej. - Ludzie już wiedzą, że wróciliście. Tego nie dało się ukryć. Oczywiście nikomu nic nie powiedziałem, nawet Kubie. Wspomniałem jedynie, że prawdopodobnie ukrywacie się gdzieś razem z Pierwszym.

- I bardzo dobrze, im mniej osób wie gdzie jesteśmy tym lepiej - stwierdził pewnie Dziki.

Mike westchnął, zatrzymując się na chwilę by napić się wody. Dziki w tym czasie wspiął się bliżej nasypu, by rozejrzeć się po okolicy. Stąd byli już o rzut beretem od swojej bazy, dlatego Dziki wolał wstrzymać się z rozmowami i pozostać skupionym na drodze. Podnosząc lornetkę przyjrzał się uliczką między okolicznymi budynkami, ale po obu stronach torów, wszystkie były puste.

- Trochę dręczy mnie jedna rzecz... - westchnął Mike, stając obok Dzikiego i częstując go wodą. - Kuba błagał mnie, żebym dał mu znać jeśli dowiem się czegoś o Oli...

- Czemu cię to dręczy? - spytał Dziki biorąc łyk z menażki.

- Romcio nasłuchuje ciągle radio. Podobno codziennie słychać jak Kuba prosi o jakąkolwiek informację co z tą małą. Wydaje mi się, że naprawdę się o nią martwi...

Słysząc to Dziki prawie eksplodował. - MARTWI?! On już pokazał jak się o nią martwi! Pieprzony zakłamany tchórz, który nosa nie wyściubił z autobusu! NIECH SIĘ PIERDOLI! - ryknął, a w tym momencie jego wola po prostu oszalała.

Tory które biegły obok nich, wystrzeliły kanonadą iskier, przeskakując ładunkami między semaforami. Dziki poczuł nagle przeraźliwy ból głowy i upadł na kolana.

- Stary! Uspokój się... chłopie, już wszystko jest ok...- wydukał Mike, klękając obok niego.

- Nie jest ok... - wyszeptał Dziki, dysząc ciężko.

Ból głowy tak nagle jak się pojawił, tak szybko zniknął. Dziki poczuł przelewające mu się po ciele fale otępienia. Mike przyglądał mu się wyraźnie przestraszony. Dopiero gdy z wielkim trudem podniósł się, jego przyjaciel odetchnął.

- Chodźmy, już przeszło...- powiedział Dziki, kierując się dalej w stronę Zwrotnicy.

Znowu szli przez jakiś czas w milczeniu. Z oddali widać już było wielorodzinny budynek, w którym Mike po odejściu ze wspólnoty, założył z kompanami swoją bazę. W Starym Świecie należał on do nowobogackiego małżeństwa, które miało wręcz absurdalne podejście do kwestii bezpieczeństwa i prywatności. Cały plac dookoła domu, otoczony był wysokim grubym murem. Wszystkie okna na parterze uwieńczone były ozdobnymi, lecz solidnymi kratami. Drzwi wejściowe natomiast mogły na spokojnie zastępować wrota do sejfu. To właśnie miejsce nazywali potocznie Zwrotnicą i tutaj Dziki mieszkał razem z Oli, od momentu gdy wrócił z Zarzecza.

Stając przed bramą Mike sięgnął do kurtki by wyciągnąć klucze. Z jakiegoś powodu strasznie się przy tym guzdrał, co natychmiast zwróciło uwagę Dzikiego.

- Co jest? - spytał, patrząc w niepewną twarz kompana.

Mike, odłożył na chwilę pęk z kluczami i popatrzył na Dzikiego. - Stary, tylko się nie złość... ale martwię się i ogólnie, trochę mnie to niepokoi...Czemu w ogóle takie coś się z tobą dzieje? - spytał przestraszony.

Dziki odetchnął głośno. - Przemyciłeś to piwo prawda?

Mike uśmiechnął się głupio, jak dziecko złapane na psotowaniu i sięgając za pazuchę kurtki, wyciągnął dwie butelki. Dziki złapał za jedną z nich i usiadł na skwerku przed bramą, tuż obok torów. Mike dosiadł się obok niego, otwierając swoją.

Dziki złapał łyk gorzkiego i niezbyt dobrego piwa, tłumiąc w sobie nie mniejszą gorycz życia. - Kiedy byłem na Zarzeczu, nadużyłem błędów. Praktycznie już się rozmywałem. Gdyby nie Pierwszy i taki doktor który mieszkał po tamtej stronie, już dawno zżerałby mnie defekt...- stwierdził.

- Cholera...- skwitował Mike biorąc spory łyk. - Kuba ma naprawdę przegwizdane, skoro na samo wspomnienie o nim, rozpala się w tobie żądza mordu...

- Nie chcę nawet o nim słyszeć. Bez wahania zamieniłbym jego skórę, za życie każdego kto zginął tamtej nocy - mówiąc to Dziki znowu poczuł gorycz. Przechylając butelkę praktycznie wydusił całe piwo jednym haustem.

Mike pił nieco spokojniej. Widząc, że to pytanie pogłębiło tylko zły nastrój Dzikiego, spróbował zmienić temat. - Wiesz, że Zjawa wróciła do Sojuszu Bloków?

- Chyba kpisz? - powiedział Dziki wyraźnie zszokowany.

Od samego początku gdy poznał się bliżej z weteranką, jedną z jej najbardziej wyróżniających się cech, była nienawiść do swojego byłego domu.

- Też się zdziwiłem jak Krzak mi o tym powiedział...

- Gadałeś z Krzakiem? Kiedy? - spytał Dziki.

- Kilka dni temu przez radio. Podobno sam Boruta poprosił ją o to by wróciła. Lance miał przez to totalnie przewalone, bo zrobili pokazowy proces i skazali go za pozostawienie jej wtedy na pastwę Smolarzy - wyjaśnił przyjaciel, tłumiąc beknięcie.

Dziki rzucił butelką o tory roztrzaskując ją na kawałki. Buczenie nabrało przez chwilę na sile, ale zaraz wróciło do normy. - Ciekawe czemu aż tak mu zależało - rzucił retorycznie, przyglądając się resztką butelki.

- Czy to nie jasne? - spytał Mike podnosząc się. - Chodzi o Zarzecze, teraz gdy inwazja jest właściwie na dniach, każdy człowiek jest na wagę złota. Zwłaszcza człowiek posługujący się błędami. Nawet Armia Daniela zapowiedziała amnestię dla weteranów ‘’walczących o wspólną” sprawę - stwierdził, po czym biorąc duży zamach rąbnął pustą butelką w semafor. Po tym rzucie nie gorszym od amatorskiego bejsbolisty stanął dumny jak paw.

- Ciężko uwierzyć...- powiedział Dziki, przyglądając się na budynki po drugiej stronie torów.

- A jednak... - odparł Mike, sięgając do kieszeni kurtki. Po chwili grzebania wyciągnął z niej złożoną kartkę. - Takie plakaty rozlepiają po całym mieście.

Dziki przyjrzał się papierowi z podobizną Daniela, nad którego głową wielkimi literami wypisane było hasło ‘’WALCZ ZE WSPÓLNYM WROGIEM”. Tuż pod sylwetką wodza, wylewała się istna litania słów.

Wolni weterani i wszyscy mieszkańcy Nowego Świata bez zadeklarowanej przynależności. Nastał dzień w którym nasz wspólny koszmar stał się jeszcze mroczniejszy. Na horyzoncie zawisło nowe zagrożenie, któremu na imię „Zarzecze”. Jego mieszkańcy ostrzą sobie pazury na to co zdołaliśmy przez ostatnie pięć lat zbudować. Chcą odebrać nam nasze miejsce, sklepy i życie. Choć nie wszystkim nam było zawsze po drodze, w obliczu tego nowego zagrożenia, Armia Daniela oferuje w swych szeregach miejsce, każdemu chętnemu do wspólnej walki. Ci którzy wspomogą naszego wodza, w niewątpliwym zwycięstwie, zostaną sowicie wynagrodzeni. Niektórzy otrzymają wyjątkową szansę, która zmieni ich życie na zawsze. Nie czekaj jak tchórz, nie licz na to, że inne frakcje wygrają walkę za ciebie. Stań po jedynej słusznej stronie i maszeruj z przyszłymi zwycięzcami...

Dziki kończąc odczytywanie tego propagandowego wylewu, złożył plakat na pół i podał go Mike’owi. - Martwi mnie jedna rzecz - westchnął po chwili, spoglądając w twarz przyjaciela.

- To znaczy? - spytał Mike.

- Nie gadaj, że chciałeś sobie powiesić Daniela nad łóżkiem...- rzucił pół żartem Dziki, siląc się nawet na uśmiech.

Mike, widząc, że Dziki odzyskał nieco humor zaśmiał się. - Tak właściwie, to chciałem sobie zrobić z jego gęby tarczę do rzutek...

- Dobra chodź już do domu, bo Weronika zaraz się zacznie martwić. Nie ma nas już ponad cztery godziny - westchnął Dziki, stając przed bramą.

Wnętrze Zwrotnicy można było opisać jednym słowem - Chaos. Każdy z mieszkańców ściągał bowiem do bazy to co mu się podobało, albo uznał za przydatne. Od samego wejścia prowadzącego wprost do salonu, zobaczyć można było kilka wygodnych i nie pasujących do siebie w żaden sposób foteli. Ściany obwieszone były plakatami przedstawiającymi wszystko co możliwe, zwierzęta, samochody, nagie kobiety. Wejście na piętro przyozdobione było tablicami rejestracyjnymi i samochodowymi emblematami. Na olbrzymim jadalnianym stoliku rozstawiona była siatka do ping-ponga, a przy wejściu do kuchni ktoś postawił cała torbę kijów do golfa.

- Nareszcie w domu! - zawołał Mike, siadając w swoim skórzanym czarnym fotelu.

W tym samym momencie z kuchni wyszła Weronika. Dziewczyna miała na sobie fartuszek kucharski, a swoje kręcone włosy spięła ciasno z tyłu głowy. Na widok Mike’a, od razu się uśmiechnęła i prawie dobiegając do jego fotela, rzuciła mu się na szyję. - Majuś! Nareszcie, bałam się, że nie zdążycie na obiad.

Mike z uśmiechem wciągnął dziewczynę na swoje kolana, a ta zaczęła bawić się jego czarnymi włosami. - W sumie, to w tym fartuszku mógłbym schrupać ciebie - rzucił zaczepnie, a Weronika przycisnęła się do niego.

- Bosze...- westchnął Dziki, udając, że wymiotuję. - Jesteście gorsi od nastolatków.

- Za to ty jesteś jak zły brat bliźniak Kupidyna - Zatruta Strzała. Daj miłości kwitnąć! - stwierdził Mike, obejmując Weronikę w pół.

- To co robicie, nie ma z miłością nic wspólnego - stwierdził Dziki. - To jest zjadanie sobie nawzajem twarzy... Ku ogólnemu obrzydzeniu zresztą.

- Zazdrość straszna rzecz...- westchnął Mike, ponownie całując Weronikę. - Zresztą przeszkadza to tylko tobie.

- Nie prawda mi też! - zawołał męski głos z kuchni.

- MORDA PIETRAS, NIKT CIĘ NIE PYTAŁ O ZDANIE! - krzyknął Mike.

- Ech, to ja pójdę rozładuje rzeczy do spiżarni - stwierdził Dziki, łapiąc się za plecak Mike’a.

- Poczekaj! - zatrzymał go przyjaciel, wyciągając ze swojej torby pudełko z przyprawami. - Dla ciebie wiewióreczko - powiedział dumnie, wręczając opakowanie swojej lubej.

- Mike cudnie! - zawołała natychmiast Weronika. - W końcu będę mogła ugotować coś zjadliwego...- nagle dziewczyna przerwała, spoglądając w stronę Dzikiego. - Oli ciągle nie chcę jeść. Ugotowałam dziś rano zupę, może spróbowałbyś ją przekonać żeby chociaż spróbowała... Przecież ona się zaraz zagłodzi.

Dziki westchnął ciężko, czując jak przeszywa go zimny dreszcz. - Dobrze... - powiedział, zostawiając plecak.

Wchodząc do kuchni, zobaczył Pietrasa, który czytał jakieś stare czasopismo, popijając przy tym kawę. - Siema Dziki, udany połów? - spytał natychmiast.

- Standardowo - odparł, biorąc czystą miskę z szafki. - Trochę mąki, makaronu, cukru, jakieś przetwory, ale nie braliśmy wszystkiego bo i tak mamy tego od cholery.

Pietras przekręcając stronę, złapał łyk kawy. - Klusek mamy już całą piwnicę... Tak samo ogórków konserwowych. Jak przyjdzie nam się kiedyś zabunkrować na kilka tygodni, to na tej diecie wszyscy padniemy od sraczki...

Dziki uśmiechnął się krzywo, nalewając zupę do miski. Z gotowym posiłkiem ruszył schodami na górę, prosto do pokoju dziewczyn. W przestronnym pomieszczeniu który w Starym Świecie był sypialnią właścicieli, ustawione były cztery małe łóżka z materacami. Laury ani Beaty nie było w środku, więc pewnie siedziały na podwórzu. Oli leżała w swoim łóżku z kołdrą zarzuconą na głowę.

Dziki wziął głęboki oddech i kładąc miseczkę na szafce nocnej, usiadł obok dziewczyny. - Hej Oli...- powiedział niepewnie, spoglądając na wybrzuszenie pod kołdrą.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Zsunął więc delikatnie pościel, odsłaniając jej twarz. Oczy miała otwarte wlepione w jeden punkt, a usta suche jakby od dawna nie piła. - Przyniosłem ci zupę...- wyszeptał Dziki, kładąc jej rękę na ramieniu.

- Nie jestem głodna...- odpowiedziała dziewczyna, nie spoglądając nawet w jego stronę.

- Musisz coś zjeść... - nalegał Dziki, patrząc w bladą twarz swojej przyjaciółki.

- Nie chcę...- odparła ponownie, Oli próbując zasłonić się kołdrą.

- Ale...- zaczął Dziki chcąc przekonywać ją dalej, gdy nagle dziewczyna poderwała się strącając zupę z półki.

- POWIEDZIAŁAM, ŻE NIE CHCĘ! - krzyknęła i zalewając się łzami, runęła z powrotem pod kołdrę.

Dziki poczuł jak rozlewa się po nim żal, którego nie mógł znieść. Praktycznie wybiegł z jej pokoju i schodząc wściekle po schodach, złapał za swój plecak.

- Dokąd to? - spytał Mike, widząc, że Dziki chwycił za klamkę.

- Na szaber! - odparł, wychodząc na zewnątrz.

Mike wybiegł za nim, nie wkładając nawet butów. - Chłopie czekaj! Dopiero co wróciliśmy, daj trochę odpocząć!

- Pójdę sam! - odparł Dziki, idąc w stronę bramy.

- Nie! - powiedział Mike blokując mu drogę. - Jesteś wściekły i zaraz zrobisz coś głupiego...

Dziki popatrzył się w twarz przyjaciela. - Muszę iść...

- To poczekaj, pójdę z tobą... ktoś musi cię pilnować.

***

Dziki i Mike stali pod obwodnicą obserwując przez lornetki Delimera kręcącego się po osiedlu. Niewykształcony snuł się powoli wzdłuż ogrodzeń, niedaleko osiedlowego sklepu Agatka.

- Myślisz, że to ten sam? - spytał Mike, przyglądając się potworowi.

- Który ten sam? - dopytał nieskładnie Dziki.

- No ten, co zabił tego banderowca gdy byliśmy na Zatorzu - wyjaśnił przyjaciel, odkładając lornetkę

Dziki podrapał się po głowie. - Prawdopodobnie. Po zabiciu tego chłopaka zrobił sobie tu nowy obszar patrolowy...

- Dobra odchodzi...- stwierdził Mike, podnosząc jeszcze raz lornetkę do oczu. - Możemy iść sprawdzić...

Mężczyźni przeszli pod wiaduktem obwodnicy i ruszyli prosto w kierunku osiedlowego sklepu. To z niego niecały rok wcześniej, Dziki razem z Mike’m wyszabrowali zapasy, które zagwarantowały temu pierwszemu miejsce we Wspólnocie. Od tamtej pory nie było okazji by zajrzeć ponownie do tego miejsca.

- Szkoda, że nie wybiliśmy szyb. Można by z daleka ocenić, czy się zresetował - stwierdził Dziki.

- Tym razem wybijemy - powiedział pewnie Mike, gdy stanęli obok zniszczonego ogrodzenia. - Cholera, już stąd widzę, że pusto...- dodał po chwili zrezygnowany.

Obaj chwycili po kawałku gruzu i roztrzaskali witrynę. - Nie mniej trzeba tu zaglądać co jakiś czas...- stwierdził Dziki.

- Trzeba, trzeba...- potwierdził Mike, wychodząc na drogę.- Dziki? - zagadnął nagle, zerkając w stronę kompana.

- Mhm? - mruknął chłopak, siadając na chodniku.

- Nie chcesz już tam wracać, prawda? - spytał Mike, stając nad nim.

- Daro ciągle żyję. Nie podaruję mu tego co zrobił. Jeżeli Oli się poprawi... jak tylko Oli się poprawi, wracam na Zarzecze - powiedział Dziki, ściskając wściekle pięści.

Mike pokręcił głową. - Jesteś jedyną osobą z którą ta dziewczyna w ogóle rozmawia. Straciła już tylu bliskich, nie każ jej znosić tego ponownie.

- Mike, ona mnie nienawidzi...- powiedział, biorąc do ręki kamień i rzucając nim z frustracją w drogę.

- To nie prawda, potrzebuje tylko czasu żeby...

- Przestań pierdolić! - ryknął Dziki. - Czasu na co? Żeby zapomnieć jak ją zniszczyli? Albo wypchnąć z pamięci, że to ona przekonała cały autobus, aby mnie nie wyrzucali? Zawierzyła we mnie, przez to jej bliscy nie żyją, a ją spotkało to wszystko...

Mike’owi najwidoczniej zabrakło już argumentów, bo usiadł obok Dzikiego milcząc przez dłuższy czas. - I dlatego masz zamiar dać się zabić? - spytał w końcu.

- Chcę żeby przed moją śmiercią flaki Daro, wytarły asfalt. Potem mam w dupie to co się ze mną stanie...

Mike odetchnął ciężko. - Nie wiem nawet jak z tobą teraz rozmawiać. Brakuje mi słów...

- Bo to są rzeczy, na które nie ma porad ani lekarstwa. Stało się już za dużo. Po człowieku którym byłem nie został już nawet ślad...- odparł Dziki.

Mike, popatrzył na niego niepewnie gdy nagle ich radiostacje zatrzeszczały.

- Dziki, Mike zgłoście się! - zawołał Romcio.

- Co się dzieje bydlaku? - spytał Mike, podnosząc radiostację.

- Na głównym kanale ktoś próbuje wyłapać Dzikiego. Pewnie tego nie słyszycie bo siedzicie na naszym...

- To na pewno Kuba, niech mnie pocałuję w dupę. - powiedział Dziki.

- To nie Kuba - stwierdził Romcio. - Jego serenady o tęsknocie do Oli, wysłuchuje codziennie od waszego powrotu... To ktoś inny, przedstawił się jako Klucz. Chyba był kiedyś waszym mechanikiem w autobusie.

Dziki i Mike popatrzyli na siebie zszokowani. Klucz został ranny jeszcze przed zniszczeniem autobusu i leczył się w szpitalu Wspólnoty. Zoidberg wspólnotowy łapiduch nie dawał mu praktycznie żadnych szans, a jednak chłopak doszedł do siebie. Dziki, który miał ostatnio inne rzeczy na głowie, nie pomyślał nawet, by spotkać się z dawnym kompanem, albo sprawdzić co u niego.

- No proszę, mamy więc przynajmniej jedną dobrą wiadomość - stwierdził uradowany Mike.

***

Nawoływanie się przez radio było dość problematyczne, bo kanał ogólny był zwykle zaśmiecony przez weteranów. Po kilku minutach prób Dziki i Mike’ wyłapali w końcu Klucza. Chłopak nalegał na to, by spotkali się osobiście, bo miał do Dzikiego jakąś sprawę o której nie chciał mówić przez radio.

Dziki obawiał się, że ta nagła prośba mogła być podyktowana kombinatoryką ze strony Kuby. Miał podejrzenie, że dawny lider chciał w jakiś sposób wydobyć informację o miejscu pobytu Oli. Dlatego na spotkanie umówili się z dala od Zwrotnicy, po stronie Centrum.

Dziki i Mike, stali przy głównej drodze z lornetkami wbitymi w oczy. Nigdy nie było wiadomo, kto jeszcze mógł wyłapać ich komunikat. Lepiej więc było pozostać ubezpieczonym. Po pół godziny od momentu, gdy pojawili się w umówionym miejscu, okolicę wypełnił dźwięk silnika.

- Cholera, samochód - powiedział Mike, spoglądając przez lornetkę na drogę w oddali. - A powiedz, co zrobimy jeśli z Kluczem przyjedzie Kuba? - spytał, patrząc znaczącą na Dzikiego.

- W najlepszym wypadku napluje mu w mordę, w najgorszym skopie dupsko. - odparł.

Po chwili tuż przed nimi zatrzymało się niebieskie sportowe auto. Klucz siedział za kierownicą. Na siedzeniu pasażera i z tyłu pojazdu nikogo więcej nie było. Wysoki chłopak wyszedł z samochodu, wyciągając rękę w stronę Dzikiego. - Dobrze, cię widzieć! - powiedział, a jego głos zadrżał. - Dziękuje, że zgodziłeś się na spotkanie. Wiem, że Kuba nie miał tyle szczęścia...

- Gdybyś wiedział jak udało mu się przeżyć, sam nie miałbyś ochoty na rozmowę z naszym byłym liderem - stwierdził pewnie Dziki.

- No tak... - westchnął Klucz, opuszczając głowę. - Wiem, że Janek i Edek są razem z Kubą. A co z dziewczynami?

- Mike się nimi zajmuje. Są bezpieczne - odparł Dziki. - A ty? Jak sobie radzisz? - spytał.

Klucz popatrzył na samochód którym przyjechał, opierając na nim rękę. - Dopiero niedawno stanąłem na nogi. Musiałem odpracować trochę swój pobyt, bo pensja Greena ledwo pokrywała moje utrzymanie. Potem dostałem ofertę pracy, jako monter we Wspólnocie, ale odmówiłem. Wróciłem do swojego domu ze Starego Świata, odpaliłem moje auto i ruszyłem w drogę. Chcę spróbować szczęścia jako samotnik, ale nie mam zamiaru podróżować pieszo...

- Takim autkiem to i ja bym pojeździł - wtrącił Mike, a Klucz zaśmiał się.

- Właśnie auto jest tu problem. Moja stara coupeta nie nadaję się za bardzo na postapokaliptowóz. Za to mój sąsiad miał całkiem spoko terenówkę. Wysoka, pojemna, niezawodna. Dołożyłbym do niej trochę zabezpieczeń i byłbym ustawiony.

- Co cię blokuje? - spytał Dziki.

- Sąsiad we własnej osobie. Zamienił się w gospodarza i siedzi w chałupie, a że kawał był z niego chłopa za życia, bez broni nie bardzo mam do niego start. Dlatego chciałem się z wami spotkać. Nie bardzo mam kogo poprosić o pomoc... a dla was to byłby tylko jeden strzał...

Mike popatrzył na Dzikiego, który pogrążył się myślach. - Cóż, to chyba nie będzie problem...Daleko to?

- Kawałek, ale pojedziemy autem i wrócimy autem. Odstawie was, gdzie tylko będziecie chcieli - stwierdził Klucz. - To jak, mógłbym prosić o tę małą przysługę, dawny strażniku?

Dziki skinął głową. - Spoko, ale na pewno chcesz się włóczyć samemu?

- Tak, to już postanowione... Po autobusie, nie mam ochoty wiązać się znowu w jakiejś dużej grupie...- stwierdził Klucz.

- To dawajcie ruszamy. Nie chcę żeby Wiewióreczka czekała z kolacją... Tylko stawiam jeden warunek - wtrącił Mike.

- Jaki? - spytał Mechanik

- Ja prowadzę - odparł, zacierając ręce

***

Droga do dawnego domu Klucza nie zajęła im zbyt długo, nawet mimo koślawych umiejętności Mike’a.

Chłopak w Starym Świecie, miał na swoim podwórku mały warsztat samochodowy, który należał do jego Ojca. Szyld wywieszony na bramie, wyblakł i pordzewiał, ale sam budynek i garaż wyglądały na nienaruszone.

Po sąsiedzku stało kilka innych klockowatych domostw, których ogródki pełne były wyschniętych drzew i gałęzi.

- Który to? - spytał Dziki, rozglądając się po okolicy.

- Tamten - powiedział Klucza wskazując na drugi w kolejności płot licząc od swojego domu. - Terenówka jest w garażu. Kluczyki muszą być gdzieś w budynku, a w najgorszym wypadku sąsiad ma je przy sobie.

Mike zatrzymał auto parkując przy chodniku. - Dobra, nie będziemy się bawić. Wchodzimy dwie kulę w głowę i przeczesujemy chałupę - stwierdził, przeciągając zamek w karabinie.

Dziki skinął głową, przyjmując ten prosty plan.

Już po chwili cała trójka przeszła przez pordzewiałą furtkę, na teren posesji. Budynek wydawał się nie szabrowany, co tylko potwierdzało, że gospodarz może być w środku.

- Widziałeś go już? - spytał Dziki.

- Tak...- odparł zdenerwowany Klucz, otwierając drzwi.

Mieszkanie było bardzo ponure. Okna był niewielkie i źle rozmieszczone, co w połączeniu z ciemnymi kolorami na ścianach, sprawiało, że w środku czuło się jak w jakiejś kopalni. Przechodząc wytapetowanym na zielono korytarzem, weszli do kuchni gdzie przy stole siedziała jakaś postać.

Dziki pomyślał najpierw o Gospodarzu, ale zbyt dobrze znał te twarz. Przy stole siedział Pers.

- Kopę lat Dziki! - zawołał dawny weteran.

Dziki nie czekając wymierzył do niego, ale nim zdążył nacisnąć spust, lecący nóż wytrącił mu pistolet z ręki. Spoglądając w bok, dostrzegł Hienę który świdrował go wściekle oczami.

Z tyłu Mike podniósł właśnie ręce, bo Klucz przycisnął mu lufę do potylicy.

- Co do kurwy nędzy...- spytał przyjaciel Dzikiego, rozglądając się przestraszony po zgromadzonych osobach.

- Mamy tu małe spotkanie, fanklubu mielonki z Dzika - wyjaśnił Pers podnosząc się od stołu. - Jaka to niezwykła magia, że wspólny wróg potrafi zjednoczyć tak różnych ludzi.

- Klucz, kurwa... jak mogłeś...- wysapał Dziki, spoglądając z obrzydzeniem na dawnego kompana.

- JAK MOGŁEM?! JAK MOGŁEM?! - wykrzyczał chłopak doskakując do Dzikiego. W tym czasie Hiena wyrwał Mike’owi karabin z ręki. - Straciłem przez ciebie wszystko Dziki, dom, rodzinę, przyjaciół... BO NIE POTRAFIŁEŚ PO PROSTU ODEJŚĆ! TY PIEPRZONA GNIDO! - krzyknął, zaciskając pięść by huknąć Dzikiego w głowę.

Niespodziewanie Hiena przechwycił jego rękę, szepcząc. - Nie pobudzaj mu Woli. Wie, że to jego wina. Wie, że zasłużył na to co go spotyka i niech tak zostanie.

Dziki popatrzył z niedowierzaniem na rozmytego weterana. - Trudno, zabijcie mnie... mam to naprawdę gdzieś, ale wypuście Mike’a. On nie ma z tym nic wspólnego.

- DZIKI! - zawołał przestraszony przyjaciel, ale ten przerwał mu.

- Zamknij się! Mówię poważnie, to dobry koleś, który miał po prostu pecha, mieć za przyjaciela taką gnidę jak ja. Nie, będę się bronił, nie będę walczył ani rozbudzał woli. Tylko dajcie mu odejść...- wyszeptał Dziki, ledwo tłumiąc złość.

Klucz spojrzał niepewnie na Mike’a. - Może faktycznie damy mu spokój, nie kolesia wina, że znał Dzikiego...

- Mnie ryba, zdechnąć ma ta namiastka strażnika - wysapał jadowicie Hiena, przeciągając sobie nożem po szyi.

- A mnie nie...- wtrącił Pers.- Wspieranie idiotów musi mieć swoje konsekwencję.

Dziki wystrzelił do przodu, a Pers przycisnął mu pistolet do głowy. Zupełnie to zignorował i mimo lufy wciśniętej w czoło, wymierzył mu cios w gębę. Hiena złapał go jednak od tyłu i przewracając przycisnął do ziemi. - Skrępuj go... - wysapał w stronę Klucza, który drżącymi rękoma, sięgnął po wcześniej przygotowaną taśmę klejącą.

Po chwili za równo Mike jak i Dziki, siedzieli przy stole przyklejeni do krzeseł.

- Jesteś pewien, że ten Chochoł tam siedzi? - spytał Pers, zerkając w stronę zejścia do piwnicy.

- Jest, jest. Spałem dwa domy dalej a i tak prawie wyzionąłem ducha. Musi być naprawdę duży - odpowiedział Klucz.

Słysząc to Pers uśmiechnął się. - Cholera, aż żałuję, że mnie przy tym nie będzie.

- Przy czym do cholery? Dlaczego mnie po prostu nie zabijecie? - warknął Dziki.

- Bo istnieje los gorszy niż śmierć i takiego właśnie doświadczysz - wyszeptał mu Hiena do ucha.

- Dobra, spadamy - zawołał Klucz i po chwili cała trójka wyszła z budynku, zostawiając Dzikiego i Mike’a skrępowanych na krześle.

Dziki natychmiast spróbował wyszarpać ręce, ale szara taśma kleiła je mocno, nie pozwalając przesunąć się choćby o centymetr. - Mike, co to za niewyszktałcony ten Chochoł?

Mike który szarpał się ze wszystkich sił, wydukał w międzyczasie. - Takie cholerstwo które włazi ci do głowy. Podobno ludzie pod jego wpływem potrafią strzelić sobie w łeb, a on sobie potem ich na spokojnie pożera...

- Cudownie...- wysapał Dziki, ciągnąć rękoma tak mocno, że przeciął w końcu skórę.

Miał nadzieję, że krew wypływająca z rany rozmiękczy nieco klej.

- Nie musisz się martwić, one nigdy nie podchodzą do żywych, a my związani raczej się na życie nie targniemy... Ta ich zemsta ma spore wady...- wysapał Mike, którego krzesło zaczęło trzeszczeć od siły z jaką się szarpał.

Niespodziewanie Hiena wrócił do pokoju. - Nic mi nie zawiniłeś, potraktuj to jako akt miłosierdzia - powiedział, łapiąc za nóż i przecinając Mike’owi przed ramię.

Chłopak wrzasnął z bólu a jego krew wylała się strugą na podłogę. - Przynajmniej, nie będziesz męczył się długo... - wyszeptał Hiena, rzucając jeszcze jedno pogardliwe spojrzenie w stronę Dzikiego, nim ponownie wyszedł z pokoju.

Ten nie mógł uwierzyć w to co działo się przednim. Właśnie umierała przez niego kolejna osoba. Mike patrzył z przerażeniem, na ranę na swojej ręce. Przestał się już nawet poruszać, po prostu zamarł wystraszony.

- Stary, ja się wykrwawię...- wyszeptał z niedowierzaniem.

- Nie Mike, wszystko będzie dobrze...daj mi chwilę, zaraz się z tego uwolnię. Zaraz ci pomogę! - wykrzyczał Dziki, szarpiąc się ze wszystkich sił.

- O cholera, jak to się ze mnie leje...- wyszeptał przerażony Mike.

Dziki szarpnął się do tyłu, lądując razem z krzesłem na plecach. Jego głowa uderzyła o podłogę z taką siłą, że prawie go przy-mroczyło.

- Żyjesz stary? - spytał Mike, którego głos zrobił się mdły.

- Tak, tak! Wytrzymaj jeszcze chwilę! - zawołał Dziki.

Krzesło pod jego plecami trzeszczało i wyginało się, ale za diabła nie chciało się rozejść. Dziki szarpał rękami robiąc coraz większe szpary między nadgarstkami a taśmą.

- Zimno mi...- stwierdził nagle Mike.

- Nie zasypiaj, trzymaj się... opowiedz mi coś. Opowiedz mi o Weronice, jak ci z nią jest? - zawołał Dziki, słysząc jak głos Mike’a słabnie.

Przyjaciel spojrzał mętnie w przestrzeń. - To cudowna dziewczyna wiesz? Jest słodka jak cukierek i taka naprawdę miła. Chłopaki śmieją się, że jest ze mną tylko dlatego, bo ją złapałem na dobrego pocieszyciela... ale mi to nie przeszkadza. Wydaje mi się, że dobrze nam razem...

- Też tak sądzę, czuć między wami te chemie! - wołał Dziki, mając wrażenie że jeszcze chwila i uda mu się uwolnić.

- A wiesz, że się kochaliśmy? W końcu udało mi się być z dziewczyną tak naprawdę, to było... to było..

- Jakie? - spytał Dziki. - Jakie to było?

Mike zamilkł. Jego głowa zawisła przez chwilę sztywno, po czym osunęła się w dół.

- MIKE! MIKE! - krzyknął Dziki. - Stary błagam... Kurwa! Wszyscy tylko nie ty! Tylko nie ty!!!

- Za późno szefie... on już odszedł - odezwał się głos w głębi pokoju.

Dziki próbował się wydostać, ale było to już bezcelowe. Kałuża krwi pod stopami jego przyjaciela, była tak wielka jakby ściekła z niego cała posoka. Niespodziewanie ktoś wszedł po niej do pokoju.

- Błagam cię, pomóż mu... on naprawdę nie zasłużył... nie on...- zawył Dziki, wciskając twarz w podłogę.

- Nie mogę. Tak jak ty nie mogłeś pomóc mi - stwierdził delikatny chłopięcy głos.

Dziki wykręcił głowę, starając się zobaczyć kto do niego mówi. Wtedy dostrzegł nad sobą Korka. Chłopak uśmiechał się delikatnie. - To twoja wina szefie, to tak jakbyś nosił w sobie jakieś przekleństwo... Założę się, że za jakiś czas, słowem Dzikiowanie, będzie się opisywało zachowanie osoby, przez którą giną jej przyjaciele.

- Co ty... Przecież ty nie żyjesz... - wyłkał Dziki, nie mogąc powstrzymać nabiegających mu do oczu łez.

Chłopak usiadł po turecku na podłodze, spoglądając Dzikiemu w zapłakaną twarz. - Tak, nie żyję... Dlaczego więc Edek i Green żyją? Dlaczego Jankowi się udało? Myślałem, że ty jeden mnie lubisz szefie... A może właśnie dlatego umarłem? Bo to ludzi którzy są ci bliscy, spotyka parszywy los...

Dziki pokręcił głową. - To nie możliwe... to się nie dzieje.

- Oczywiście, że się dzieje. Czy w takim świcie jak ten, cokolwiek może być niemożliwe? - stwierdził chłopak, rysując palcem w kałuży krwi, którą wylał z siebie Mike. - Nie żeby miał pretensję, ale nie mogłeś zabić Modrzewa szybciej? Naprawdę to ja musiałem umrzeć, żebyś przebudził Pierwotną Wolę? Wiesz ilu rzeczy nie zdążyłem zaznać, bo ty nie potrafiłeś się zdecydować by odejść?

- Przepraszam... Korek tak bardzo cię przepraszam... - wyłkał Dziki.

- Trochę to bezczelne przepraszać za coś takiego szefie. To Pierwszy opowiedział ci metaforę ze szklanką? Czy twoje przeprosiny przywrócą mnie do życia?

- No właśnie Dziki? A co ze mną? - zawołał nagle Mike.

Dziki popatrzył na jego ciało, ono wciąż leżało bez ruchu. Natomiast obok Korka stanęła prawie identyczna kopia. - Byliśmy przyjaciółmi, narażałem się dla ciebie, praktycznie dzięki mnie miałeś szansę w tym świecie. I co dostałem w zamian?

- Mike... Mike... - wyłkał Dziki, uderzając głową w podłogę. - To ja powinienem był zginąć, nie ty... nie ty...

- I tu masz rację stary - warknął oburzony mężczyzna. - Co z Weroniką? Wyobraź sobie teraz, że ona będzie czekała tam na mnie. A ja nigdy nie wrócę... moja biedna wiewióreczka - westchnął Mike ukrywając twarz w dłoniach.

Dziki zdołał oswobodzić jedną z rąk i zerwać taśmę z drugiej.

Jego zmarli towarzysze odsunęli się przyglądając mu. - Może nie jest za późno! - krzyknął Dziki. - Może tylko straciłeś przytomność! - zawołał, kładąc palce na szyi Mike.

Jego ciało było zimne, a pod opuszkami nie wyczuł nawet najmniejszego uderzenia.

- No i co? Wskrzesisz mnie? - prychnął ironicznie Mike.

Dziki osunął się przy krześle, opierając nogi na ciele przyjaciela. - Tak mi przykro, tak mi przykro.

- Wiesz co? Mam to w dupie! Powinienem był cie wepchnąć na tory, gdy zacząłeś odpierdalać. Teraz przynajmniej byłbym żywy - warknął drugi Mike, nachylając się nad Dzikim.

- On ma rację szefie. Im dłużej chodzisz po tym świecie, tym więcej ludzi cierpi przez ciebie - wtrącił Korek. - Powinieneś było odejść już dawno...

Dziki usiadł na podłodze, gdy nagle pod jego nogi kopia Mike’a wepchnęła kuchenny nóż. - Naprawdę jest ci przykro? To odpokutuj za to co zrobiłeś!

Korek przytaknął. - To jedyny sposób, żeby nikt więcej już przez ciebie nie cierpiał...

Dziki chwycił nóż do ręki i przycisnął go do swojego nadgarstka. Niespodziewanie ostrze wystrzeliło gdzieś na bok, jakby ktoś wytrącił mu je z dłoni. Przeczołgał się po podłodze, próbując chwycić jez powrotem, gdy nagle coś poderwało go do góry. - Zostaw mnie, daj mi spokój, chcę umrzeć! CHCE UMRZEĆ!

- Dziki...- zawołał z oddali głos Mike’a. Ten nie pochodził jednak od jego kopi, ta zafalowała i zrobiła się nie wyraźna. - Dziki, opanuj się! To ja! To ja!

W tym momencie Dziki poczuł jakby budził się ze snu. Nie było krwi, nie było Korka. Mike stał zanim trzymając go od tyłu. - Stary uspokój się.

- Mike, Mike! - wykrzyczał Dziki, obracając się i przyciskając do przyjaciela. - Stary co się stało? Przecież Hiena cię zabił, jakim cudem. Co się dzieje?

- Jak zabił? Przywiązali nas do krzesła i zostawili tutaj, a potem upadłeś i zacząłeś majaczyć. Na koniec chciałeś sobie poderżnąć żyły. Ledwo się wyrwałem, żeby cię powstrzymać... - stwierdził przyjaciel.

Dziki nie dowierzał w to co słyszał. Wszystko wydawało mu się wcześniej takie realne. - To ten Chochoł, to musiała być jego sprawka...- stwierdził roztrzęsiony. - Tylko dlaczego ty się nie złamałeś?

- Bo nie noszę w sobie tyle gówna co ty? No i ogólnie lubię moje życie, nawet to teraz...Dobra, chodźmy stąd bo jeszcze sobie uświadomią, że ta ich zemsta nie wypaliła.

***

Dziki przez dłuższy czas nie mógł otrząsnąć się po tym co zobaczył. Co jakiś czasz szturchał Mike’a ręką, jakby bał się, że przyjaciel się przed nim rozpłynie. Powoli zbliżał się wieczór, nie było już szans, żeby wrócili do Zwrotnicy przed zmrokiem.

- Cholera, Weronika mnie zabije... I jeszcze straciłem akacza - westchnął Mike.

- Zabrali ci radio? - spytał Dziki, trzepiąc się po kieszeniach. - Bo mi nie...

Mike chwycił za krótkofalówkę uradowany. - Przynajmniej jeden problem z głowy - zawołał, nawiązując kontakt z ich bazą. - Romcio bydlaku, jesteś tam?

- Mike? Chłopie co się dzieje? Weronika od trzech godzin suszy mi łeb, mieliśmy zaraz iść was szukać...

Dziki przełknął nerwowo ślinę, bo przypomniały mu się słowa kopi Mike’a o czekającej dziewczynie.

- Mieliśmy mały poślizg, zostaniemy do jutra na mieście. Z rańca przekradniemy się z powrotem do nas...- stwierdził Mike

Po chwili stało się coś dziwnego. Radio zatrzeszczało, a zamiast Romcia odezwał się jakiś obcy głos. - UWAGA! UWAGA! Mówi Cichy z Armii Daniela, nadajemy na wszystkich kanałach. Zarzecze zaatakowało, mosty zostały odbudowane, natarcie ruszyło!

- O kurwa...- wyszeptał Mike, prawie wypuszczając radio z ręki.




246 wyświetlenia14 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie