KRAŃCOWO III - ROZDZIAŁ VI - Doktor

Dziki siedział oparty o burtę Jelcza. Ryk silnika i huk, które świdrowały mu uszy, nie były w stanie zagłuszyć tragicznych myśli, przedzierających się przez jego głowę. Zdawał sobie sprawę, że to mógł być już koniec, całej ich ratunkowej wyprawy. Pierwszy, ich przewodnik i jedyna osoba, która wiedziała cokolwiek o tej stronie miasta, leżał ciężko ranny. Za kierownicą samochodu, siedział człowiek, którego praktycznie porwali, wioząc ich do osady, w której będą całkowicie zdani na jego łaskę.

Ściskając powieki, starał się wymyślić cokolwiek. Do głowy nie przychodziła mu jednak żadna myśl niosąca choćby najmniejszą nadzieję. Zaciskając wściekle pięść, uderzył nią z całej siły o bok samochodu. Ból rozlewający się po kościach, przyniósł mu chwilowe, zapomnienie. Gdy miał już zamiar uderzyć po raz kolejny, na krypie błysnęło.

Zjawa pojawiła się niespodziewanie i poleciała od razu do tyłu, uderzając głową o tył wywrotki.

- Obudziłaś się! – zawołał uradowany Dziki, podbiegając do dziewczyny, by pomóc jej się podnieść. Ta łapiąc go za rękę, poprawiła się, siadając na skraju pojazdu. - Cholera, teraz chyba się nie dziwisz, że staram się ciągle chodzić wkurwiona. To jedyny sposób na uniknięcie takich niespodzianek. – wyjaśniła i natychmiast skupiła swój wzrok na Pierwszym – Co się z nim dzieje?

Dziki również spojrzał na nieprzytomnego mężczyznę. - Naprawdę nie wiem. Jak te śruby w niego walnęły, myślałem, że na miejscu go zabiły. Na pewno nie jest z nim dobrze... - odpowiedział, tracąc resztki nadziei. Zjawa przyglądała się przez chwilę, jak pozbawiony przytomności Pierwszy walczy o każdy oddech.– Dokąd właściwie jedziemy? – spytała. - I czemu to nasz zakładnik prowadzi? - Do jakiegoś lekarza, przynajmniej tak twierdzi Elemis… - odpowiedział niepewnie. Dziewczyna, słysząc to, zrobiła wyraźnie skonsternowaną minę. – Po tym wszystkim postanowił po prostu nam pomóc? Wierzysz w to? - zakpiła. Oczywistą odpowiedzią było dla Dzikiego, że nie. Mimo to miał jakieś dobre przeczucie w stosunku do chłopaka. – Kiedy byłaś nieprzytomna, miał okazję mnie zabić i uciec, ale tego nie zrobił... A tak poza tym, czy mamy jakieś wyjście? – spytał zrezygnowany.

Weteranka podniosła się na chwilę, obserwując kominy zakładów chemicznych, które przebijały się w oddali między budynkami. - Moglibyśmy wrócić do nas - stwierdziła. - Mam trochę odłożonych biletów na czarną godzinę. Opłacilibyśmy Pierwszemu pobyt we Wspólnocie i lekarza z prawdziwego zdarzenia! - Zjawa…- wtrącił Dziki. – Ja nie wiem, czy on przeżyje podróż – odparł zrezygnowanym głosem.

Patrząc na ledwo unoszący się tors Pierwszego, domyślił się, że ma on spore problemy z oddychaniem. Ranny mężczyzna stracił też prawie cały kolor na twarzy. A były to tylko objawy, które byli w stanie zobaczyć. Śruba wgniotła przecież jego hełm jak jakąś plastelinę, więc z jego głową na pewno nie było dobrze.

Do dziewczyny dopiero teraz musiało dotrzeć, jak realne jest to, że mogą stracić towarzysza. Jej oczy zrobiły się puste, oparła się o burtę i patrzyła bezmyślnie w przestrzeń. Dziki odwrócił się od niej i wyjrzał na drogę. Wracali w stronę Centrum.

Pola powoli się kończyły, ustępując miejsca coraz gęstszej miejskiej zabudowie. Popękane chodniki, pordzewiałe płoty i odpadające tynki, dominowały w widoku okolicy. Świadczyło to głównie o tym, że podobnie jak przy rzece, to miejsce też nie podległo jeszcze resetowi. Gdy tylko przejechali za tablicę powitalną - Witaj w Krańcowie, chemicznym centrum polski, ich samochód zatrzymał się. Elemis wyszedł z szoferki, przywołując ich do siebie gestem.

Zjawa i Dziki, zeszli na dół stając przy mężczyźnie. Oboje musieli mieć dość nietęgie miny, bo ten spytał natychmiast. – Musi być z nim kiepsko, co? - Na pewno…- odparł Dziki, spoglądając w stronę rozmówcy. - To, co teraz robimy? Czemu w ogóle stanęliśmy? - spytał natychmiast. Elemis kopnął w ziemię, podnosząc dookoła tuman kurzu. – Musimy obgadać jedną rzec. To znaczy, Przychodnia na pewno dała już przez radio sygnał, że zostałem porwany. Więc trzeba będzie dobrej wymówki, żeby waszemu kumplowi w Garażu pomogli, a was nie zamknęli...

- Nie potrafię zrozumieć, czemu w ogóle nam pomagasz – wtrąciła podejrzliwie Zjawa. - Bo liczę, że na koniec się we mnie zakochasz i zabierzesz do Centrum – odparł mężczyzna. Gdy jednak jego domniemany żart, nie wzbudził entuzjazmu słuchaczy, kontynuował już poważnie. – Słuchajcie, mógłbym teraz zacząć opowiadać wam historie, że w sumie to mnie nie porwaliście, tylko przymusiliście do współpracy. Wciskać kit, że polubiłem waszego kolegę, chociaż tu akurat jest ciut prawdy, bo wydaje się spoko gościem. Mógłbym opowiedzieć, że nie lubiłem Yuriego, bo był starzo-nazistą i zasłużył na śmierć… Prawda jest taka, że gdy tylko usłyszałem skąd jesteście, myślę tylko o tym, jak przekonać was byście mnie zabrali ze sobą… - powiedział, patrząc w ziemię.

Dziki słysząc to, poczuł ulgę. Ukryty interes był czymś, w co był w stanie uwierzyć. Mimo to patrząc podejrzliwie, spytał – nie wierzysz w zwycięstwo Zarzecza? Co z waszą zasadą wszyscy albo nikt? Elemis wsadził ręce do kieszeni i kopnął w ziemię jeszcze mocniej. – Cholera, tak szczerze to nawet bym go nie chciał. Mam swoje powody, dla których to miejsce nie jest dla mnie specjalnie miłe...

- Jesteś handlarzem w elitarnym butiku! Jak to miejsce może nie być dla ciebie miłe? - wtrąciła Zjawa, wyraźnie nie dowierzając w słowa rozmówcy. - Jestem przede wszystkim oszustem...- westchnął Elemis, uciekając wzrokiem w stronę Jelcza. - Do tego kiepskim, bo już zostałem zdemaskowany. Linart szef ochrony, dowiedział się, że tak naprawdę jestem tu dopiero cztery lata. Od tej pory jestem właściwie jego niewolnikiem - wyjaśnił, wyraźnie sfrustrowany. Dziki słysząc to, odetchnął. Jeżeli mężczyzna mówił prawdę i rzeczywiście miał powód, by stąd uciec, była szansa, że ich nie wyda.

- Dobrze, pomóż nam, a my zabierzemy cię do Centrum – stwierdziła Zjawa. – Masz jakiś plan, jak przekonać gości z tego ‘’Garażu” by pomogli Pierwszemu? Mężczyzna zrobił niepewną minę, patrząc na Dzikiego. – Ciebie i Pierwszego przedstawimy jako zbieraczy braci Łęczyków. Zapewne prawdziwi są już zjedzeni, więc nikt nas nie zdemaskuje. Powiem, że natknęliście się na mnie i moich porywaczy, a potem uratowaliście… Niestety w trakcie tego wszystkiego, jeden z was został ranny… - Uwierzą w to? – spytał nieprzekonany Dziki. – Przecież ludzie w Garażu mogli znać zbieraczy.

- Nawet jeśli, to Łęczykowie ciągle zatrudniają nowych. To niebezpieczne zajęcie, po dwóch, trzech razach, nikt nie chcę więcej tego robić. No i oczywiście ja rzekomo ‘’wyzwolony’’, potwierdzę te wersje. - No dobra, ale co ze mną? – spytała Zjawa. Elemis popatrzył na dziewczynę, mocno niepewny. - Ty będziesz musiała się ukryć. Nikt nie uwierzy, że Łęczyk, zamiast zatrzymać cię jako maskotkę, wysłałby cię do pracy…

- Gdzie mam się niby ukryć? Nie znam tego miejsca… - odparła weteranka. Elemis podrapał się po głowie, rozglądając po okolicy. – Najlepiej byłoby w jakimś schronieniu, w pobliżu Garażu… Tylko że jak przyjdzie ciemnia, możesz mieć gości… Niekoniecznie miłych gości... - Z tym akurat sobie poradzę – stwierdziła dziewczyna. - Dobra, to wsiadajcie. Tym padłem, czeka nas jeszcze trochę drogi - odparł ich nowy przewodnik. Dziki i Zjawa wrócili na krypę, a po chwili Jelcz ruszył dalej. Po rozmowie z Elemisem żadne z nich nie poczuło się lepiej. W tym momencie do Dzikiego dotarło, że dalej nie miał pojęcia co zrobić. Nawet jeżeli plan wypali i w Garażu pomogą Pierwszemu, jak długo będzie on dochodził do siebie? Czy zamiast czekać, na jego powrót do zdrowia, nie powinni raczej ruszyć dalej ze Zjawą, by odnaleźć Oli? Jakie mieliby jednak szansę, bez przewodnika po tym świecie…

Te ciężkie myśli musiały odbić mu się na twarzy, bo Zjawa poklepała go po ramieniu. – Głupku, damy radę…- powiedziała, próbując go pocieszyć. – Niech tylko przyjmą Pierwszego, może moglibyśmy dać jakoś znać temu Smutnemu, że on tu jest. Wydawało mi się, że nasz śpiący był dla niego ważny…

- Zobaczymy…- odparł Dziki, ucinając temat.

Naprawdę nie miał w tym momencie ochoty na rozmowę. Przez kilka kolejnych minut, skupił się na mijającej drodze. Jedyna neutralna myśl, jakiej był w stanie się złapać w tym momencie, była rozważaniem gdzie właściwie znajduje się ‘’Garaż”. Nie przypominał sobie, by w okolicy były jakieś duże budynki, albo warsztaty samochodowe. Nazwa osady wyraźnie sugerowała, że musiało być to przecież jakieś miejsce związane z mechaniką pojazdową. Gdy wyjechali na główną drogę, którą w prostej linii można było dostać się do zawalonego mostu i Centrum, Elemis zrobił kolejny postój. Tym razem zatrzymali się w pobliżu Schronienia, w którym zapewne mężczyzna chciał zostawić Zjawę. Budynek z szarego pustaka, oznaczony był białym piktogramem domka z krzyżem w środku.

- Nie podoba mi się to – stwierdziła dziewczyna, gdy tylko się zatrzymali. – A jeżeli on jednak planuje nas wydać? Chce nas rozdzielić, żeby jego ziomkowie mieli z nami większe szansę? Myślałeś o tym?

Dziki opuścił głowę. - Tak, przez cały czas… - powiedział zrezygnowany. - Tylko że to jest jedyna szansa dla Pierwszego. Posłuchaj. Gdy już odjedziemy, nie będę miał nawet radia, żeby cię ostrzec.Gdyby coś poszło nie tak, może zamiast czekać, spróbuj wrócić do Centrum?

Zjawa zamyśliła się przez chwilę, spoglądając w niebo. – Mogłabym, ale nie chcę. Zostawiając was tutaj, czułabym się jak zdrajca… Zrobiłabym dokładnie to samo, co zrobiono mi… Poczekam na ciebie. Jak nie będziesz przez długi czas dawał znaku życia, poszukam tej twojej Oli na własną rękę. Przynajmniej tyle mogę zrobić.

- Dziękuje...- powiedział Dziki, zerkając z nadzieją w stronę dziewczyny.

*** Garaż, siedlisko mechaników, miał swoją siedzibę w dawnej remizie OSP. Cały jej plac oraz kilka sąsiednich domostw i punktów usługowych, zostało oddzielonych od reszty miasta, wysokim murem.Ten zbudowany był z europalet i falowanej blachy. Stojący na straży tego miejsca mężczyźni w strażackich kombinezonach, spoglądali podejrzliwie na zbliżającą się wywrotkę. Dziki ciągle stojący na krypie przełknął nerwowo ślinę, widząc jak mężczyźni, wymierzyli w ich stronę kuszami, oraz ciśnieniowymi strzelbami.

Elemis opuścił szoferkę i wyszedł z podniesionymi rękami do wartowników, stojących przy bramie. Ci musieli go rozpoznać już z daleka, bo natychmiast opuścili broń. Mimo to, wciąż zerkali w stronę ich auta z dość nietęgimi minami. To był dla Dzikiego najbardziej stresujący moment. Czy ich niedoszły zakładnik naprawdę chciał im pomóc? A może właśnie zdradzał, kto tak naprawdę znajduje się na krypie samochodu. Zaciskając palce na broni, spoglądał jak jeden ze strażników, wsłuchuje się w słowa Elemisa.

Po krótkiej chwili spojrzenie wartownika padło na krypę.Prawie natychmiast podniósł radio, dając jakiś komunikat. Co się teraz stanie? Czy za chwilę wyskoczy na nich banda uzbrojona po zęby?

Dziki zerknął niepewnie na nieprzytomnego kompana. Nie ważne co by się teraz nie stało, nie miał zamiaru go porzucić. Miał tylko nadzieje, że jeżeli dojdzie do walki, jego Pierwotna Wola tym razem nie zawiedzie. Zza bramy wybiegło właśnie dwóch mężczyzn, trzymających nosze. Widząc to, Dziki odetchnął z ulgą. Przynajmniej nie mieli zamiaru zabić ich tak od razu. Jeden ze strażników, podszedł od tyłu wywrotki i wskoczył na pakę. – Bardzo z nim źle? – spytał, spoglądając na Pierwszego. - Nie mam pojęcia, dostał śrubami kolejowymi od Ścierwojadów – odparł Dziki, obserwując jak kolejny mężczyzna, wskakuje do nich. Po chwili gromadą ułożyli Pierwszego na noszach i najdelikatniej jak mogli, ściągnęli z auta.

- Zabierzemy go do kliniki, a ty idź pogadać z Adim- powiedział jeden z mężczyzn przy noszach. Po tych słowach natychmiast ruszyli w stronę bramy, znikając za jej winklem. Dziki zeskoczył w tym czasie z krypy, stając na placu przed murem. W jego stronę natychmiast spojrzał strażnik, który rozmawiał z Elemisem. - To Timon – stwierdził dawny zakładnik, wskazując na Dzikiego. – Rok ósmy, dopiero co zatrudnił się u Łęczyków…

Strażnik podszedł do Dzikiego, wyciągając rękę. – Jestem Adi – przedstawił się mężczyzna. – Odpowiadam za ochronę Garażu i jego mieszkańców. Chyba nie mieliśmy wcześniej okazji się poznać? – spytał podejrzliwie.

Dziki skupił całą swoją wewnętrzną siłę, by zachować w tym momencie spokój. Nie było wątpliwości, że historia, którą wymyślił Elemis, była szyta grubymi nićmi. Zapewne szefowi straży coś musiało się w niej nie spodobać. Miał pewnie zamiar ocenić sytuację, rozmawiając z Dzikim. Ten nie miał innego wyjścia, jak tylko grać w te grę. – Nie sądzę - stwierdził pewnym głosem. - Chyba że bywałeś często w Przychodni. Przez większość czasu pilnowałem szklarni, dopiero nie dawno Linart zgodził się, żebym zajął się czymś innym - skłamał.

Szef straży uniósł jedną z brwi. - O, więc byłeś wcześniej strażnikiem? Ciekawe… A powiedz, co się stało z waszym Pancerniakiem? Łęczykowie raczej nie przerzucili się nagle na to coś… - Ścierowojady go roztrzaskały. Z naszego transportera nic nie zostało… Tak samo zresztą, jak z jego ładunkiem. Tyle wysokiej klasy poresetowego żarcia szlag trafił! I to tuż przed inwazją...- westchnął, udając zmartwionego.

Mężczyzna popatrzył na Dzikiego bez przekonania. – Elemis wspominał, że z porywaczami była kobieta. Szkoda jej trochę… Jak zginęła? – spytał.

Dziki kątem oka spojrzał na swojego nowego kompana. To był bez wątpienia test. Strażnik sprawdzał zapewne, czy ich wersje będą się ze sobą zgadzały. Co teraz? Jakie kłamstwo mógł podsunąć mężczyźnie Elemis? Jakie były szansę, że wpadną akurat na to samo? Z ledwością utrzymując kamienną minę, odpowiedział wymijająco. – Jasne, że szkoda. Przydałaby wam się jakaś świeżynka. Po tych dwóch syfiarach, które wcisnęliście nam ostatnio, sam przez tydzień leczyłem kutasa.

Strażnik, słysząc to, otworzył szeroko usta. Jego oczy z niezrozumiałego dla Dzikiego powodu, zdradzały teraz najprawdziwszy strach. – To nie była nasza sprawka! Zresztą jak dobijaliśmy targu, mówiłem, że one są do ‘’obserwacji’’, a nie do natychmiastowego ruchania… Jest jak jest! Wszyscy mają potrzeby, a zaraza łatwo się przenosi – odparł oburzony, ucinając temat.

Najwidoczniej wiedza Dzikiego odnośnie miejscowego ‘’handlu’’ musiała przekonać Adiego, bo warknął jedynie w stronę Elemisa. – Możecie wejść, tylko o tych dziewczynach więcej ani słowa! Elemis podszedł natychmiast do Dzikiego, szepcząc – skąd o tym wiedziałeś?

- Nie ważne... Powiedz lepiej, co go tak wkurzyło i dlaczego odpuścił? – spytał Dziki. Elemis spojrzał czy nikt nie stoi na tyle blisko, żeby ich podsłuchać.

Gdy upewnił się, że są bezpieczni, odpowiedział. – Garaż utrzymuje się z dwóch rzeczy, naprawy samochodów i sporego burdelu. Gdyby się okazało, że ich dziewczyny sprzedają ‘’swędzące gratisy”, to pieniążki z tego źródełka mogłyby się uciąć. Temat tych dziewczyn, które sprzedali do Przychodni, Linart zamiótł pod dywan w zamian za sporą dostawę części. O całej sprawie wiedziały tylko ofiary. Więc swoją historią o chorym prąciu, potwierdziłeś, że pracowałeś dla Linarta.

Dziki odetchnął z ulgą.Nigdy nie przypuszczał, że historia zasłyszana pokątnie od handlarza Szopa, ocali mu kiedyś skórę. Gdy zagrożenie zdemaskowaniem zostało odsunięte, Dziki natychmiast pomyślał o Pierwszym. – Gdzie tutaj jest lecznica? – spytał, rozglądając się po budynkach. - Zaprowadzę cię. – odparł Elemis i ruszył przez bramę do wnętrza murów. Gdy tylko weszli do środka, Dziki zauważył gromadę pancerniaków oraz składowisko części. Wyglądało na to, że wszystkie garaże dla wozów strażackich, zostały przerobione na punkty naprawy. Przechodząc między rozstawionymi bez ładu pojazdami, przeszli na plac, który w Starym Świecie sąsiadował z remizą. Jego większą część zajmował średniej wielkości parterowy budynek, który był niegdyś sklepem z farbami i lakierami. Obecnie został on zamieniony na punkt medyczny. Mieszkańcy tego miejsca pokusili się nawet, o przemalowanie go na biało i oznaczenie czerwonymi krzyżami.

- Dobra, zobacz co z twoim kumplem.Ja się trochę pokręcę po Garażu. Gdyby ktoś zaczął nabierać podejrzeniem, dam ci znać - powiedział Elemis, ruszając dalej. Dziki nie czekając, przekroczył próg ‘’szpitala’’, a w środku czekało go niemałe zaskoczenie. Tuż obok wejścia, przy małym biurku siedział najprawdziwszy starzec. Mężczyzna mógł mieć jakieś siedemdziesiąt/osiemdziesiąt lat. Jego białe rzadkie włosy, okrągłe okulary oraz kitel lekarski, nadawały mu wygląd dostojnego profesora. Dziki nie mógł opanować drżenia serca. Od taka dawna nie widział już nikogo w podeszłym wieku, że siedząca postać, wydała mu się jakimś fenomenem. Mężczyzna podniósł spokojnie wzrok, spoglądając na Dzikiego serdecznym i ciepłym spojrzeniem. – Pewnie przyszedłeś do kolegi? – spytał, podnosząc się powoli z krzesła.

- Cieszę się, że nie trzymali cię przy bramie zbyt długo. Czekałem z podjęciem dalszych kroków, żeby móc z tobą porozmawiać. – stwierdził tajemniczo staruszek, wskazując Dzikiemu dłonią drzwi prowadzące do dawnego magazynu.

Gdy przeszli do sąsiedniego pomieszczenia, Dziki zauważył, że jego wnętrze zostało zamienione w lecznicę z prawdziwego zdarzenia. Wszędzie stały wieszaki na kroplówki, łóżka były najprawdopodobniej dostarczone bezpośrednio ze szpitala, tak jak ich materace i pościel. W środku unosił się też charakterystyczny zapach odkażacza. Jedyne co odróżniało to miejsce od prawdziwej placówki służby zdrowia, to reflektory. Ich ogromne ilości były nieodzownym elementem każdego domostwa na Zarzeczu.

Wśród pustych łóżek, Dziki dostrzegł Pierwszego leżącego pod ścianą. Mężczyzna miał odsłonięty tors, a w jego rękę wbita była kroplówka. – Jak bardzojest z nim źle? – spytał, natychmiast.

Staruszek usiadł w rogu łóżka, kładąc Pierwszemu dłoń na przykrytej kołdrą nodze. – Ma liczne obrażenia wewnętrzne, pęknięte co najmniej jedno żebro i wstrząśnienie mózgu…

Dziki opuścił głowę. – Może pan mu jakoś pomóc? - Zrobię co w mojej mocy – odparł lekarz, patrząc ze spokojem na pacjenta. – Nim zrobię cokolwiek, muszę wpierw wiedzieć jedną rzecz. Czy twój towarzysz, ma obudzoną Pierwotną Wolę? - Czemu to ważne? – spytał natychmiast Dziki.

Doktor popatrzył na niego badawczo, dalej opierając rękę na nodze Pierwszego. – Leczenie pękniętego żebra jest bardzo długie i bolesne. Wstrząśnienie mózgu też będzie utrzymywać się przez kilka tygodni. Gdyby twój przyjaciel posiadał Pierwotną Wolę, moglibyśmy to przyśpieszyć.Oszczędzić mu bólu, potencjalnych powikłań, a wam obu pieniędzy…- stwierdził.

Dziki popatrzył na staruszka. Nie był pewien, czy mógł powiedzieć prawdę. Posiadanie Pierwotnej Woli, mogłoby natychmiast powiązać ich ze Zwiadowcami.Czego przecież teraz chcieli za wszelką cenę uniknąć. Doktor spoglądał na niego w ten sam badawczy sposób co wcześniej. W końcu wzdychając, wyciągnął z kieszeni szmatkę i zaczął wycierać swoje okulary. – Wiem, że zastanawiasz się, czy powinieneś powiedzieć mi prawdę. Nie mniej, gdybym chciał was wydać, zrobiłbym to, zanim podczepiłem kroplówkę. - Wydać? Dlaczego wydać? Nie rozumiem – skłamał Dziki. - Nie dawno przechodziliście przez rzekę, nie trudno się domyślić, że Zwiadowcy nie pracują dla handlarzy żywnością – stwierdził spokojnie lekarz.

Dziki poczuł nagle przerażenie. Mężczyzna bezbłędnie ich rozgryzł. Nie miał tylko pojęcia jak? Elemis ich zdradził? Przecież dopiero przed chwilą rozstali się przy wejściu, lekarz nie miałby prawa wiedzieć. – Skąd pan wie? - spytał pełen wewnętrznego niepokoju. Staruszek schował szmatkę z powrotem do kieszeni i odsłonił nogę Pierwszego, ukazując jego spodnie.

- Widzisz te małe wypalenia? – powiedział, wskazując długim palcem na dziurki w materiale. - Gdy przejdzie się przez rzekę, większość Zwiadowców utrzymuje kontrolę nad błędami, aż poczuje, że ich ubranie jest suche od wewnętrznej strony. Zapominają przy okazji, że wilgoć dużo dłużej utrzymuje się na zewnątrz... - Rozumiem… - odparł Dziki. – Czemu w takim razie, jeszcze nie ma tu straży? - Bo nie lubię podejmować pochopnych decyzji. - odpowiedział mu doktor. - Gdy już pomogę twojemu przyjacielowi, będę miał jeszcze dość czasu, by ocenić, czy wydać strażnikom kim tak naprawdę jesteście. Teraz spytam ponownie już bez ogródek. Czy twój kompan ma Pierwotną Wolę, która byłaby w stanie pomóc mu samemu?

Dziki zastanowił się przez chwilę. – Nie wiem dokładnie, ale jego Pierwotna Wola związana jest z czymś w rodzaju lęku przed śmiercią i chęcią zachowania życia...

Doktor pokiwał głową. – To naprawdę dobrze się składa. Taka specyficzna wola na pewno da mu większe szansę.

- Co ma pan zamiar zrobić? – spytał Dziki widząc, że mężczyzna wstaje.

Stary doktor podszedł do oszklonej szafki z której wyciągnął małą buteleczkę i strzykawkę. Naciągając mętny płyn, który przywiódł Dzikiemu na myśl Remedium Kuby, odpowiedział – spróbuję chociaż na chwilę wybudzić twojego druha. Żeby Pierwotna Wola wspomogła leczenie, musi się aktywować. A to twój przyjaciel musi zrobić, przynajmniej częściowo świadomie – wyjaśnił i drżącymi rękoma wcisnął zawartość strzykawki przez wenflon.

Po kilku sekundach Pierwszy otworzył oczy. Jego twarz natychmiast przeszył grymas niewyobrażalnego bólu. Lekarz położył, mu rękę na czole szepcząc. – Jesteś ranny, ciężko ranny. Podałem ci mieszankę leków, wśród których znajdowały się substancje, które będziesz w stanie aktywować Pierwotną Wolą. Rozbudź ją, wyczuj je, dzięki temu wrócisz do siebie raz-dwa…

Pierwszy dyszał przez chwilę ciężko, błądząc nieprzytomnie oczami po suficie. Po jakiejś minucie wyraźnej walki znowu odpłynął.

- Udało się? – spytał Dziki. - Trzeba mieć nadzieję, że moje słowa do niego dotarły i że zdążył aktywować swoją wolę…- odparł staruszek, odchodząc od łóżka. – Chodź za mną…

Lekarz przeszedł w głąb sali do kolejnych drzwi, za którymi musiało kiedyś znajdować się pomieszczenie socjalne. Gdy Dziki podążył, zanim okazało się, że wszedł do dobrze wyposażonej kuchni. Wyglądało na to, że doktor mieszkał tuż za swoją kliniką. Podchodząc do kuchenki gazowej, staruszek ustawił czajnik nad ogniem. – Napijesz się herbaty? – spytał, zerkając na Dzikiego.

Ten pokręcił głową. – Nie, podziękuje.

- Czemu? – spytał staruszek. – Nie musisz się mnie obawiać. Nie jestem twoim nieprzyjacielem. W każdym razie jeszcze się nim nie stałem. Na razie chcę tylko porozmawiać, a z doświadczenia wiem, że herbata znacznie to ułatwia- przekonywał, otwierając szafkę ze szklankami.

Dziki, nie chcąc zdenerwować gospodarza, przystał na propozycję. – No dobrze, w takim układzie nie odmówię.

- Cieszę, się – stwierdził Staruszek, wyciągając z szafki dwa kolorowe kubki. – Muszę przyznać, że masz w sobie odrobinę kultury. Dawno już nie słyszałem, by ktoś zwracał się do mnie per ‘’pan”. Po tej stronie rzeki, o wiele ważniejszy jest rok, w którym się pojawiłeś, niż urodziłeś – westchnął, sięgając po pojemnik z herbatą.

- Dlaczego mi pan to tłumaczy? – spytał Dziki. - Bo nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę. W końcu nie jesteś z naszej strony rzeki. – odparł, starzec zalewając dwa kubki wrzątkiem. Dziki poczuł, jak usta mimowolnie otwierają mu się w szoku. – Skąd ten pomysł? - spytał, udając zaskoczonego. - W młodości oglądałem Columbo.Można by rzec, że jak pewien nierozgarnięty detektyw, bardzo lubię zwracać uwagę na szczegóły – powiedział lekarz, wyraźnie zadowolony ze swojej dedukcji.

Po chwili stawiając na stoliku dwa kubki i cukiernicę, zaprosił Dzikiego gestem by dosiadł się naprzeciw. Gdy gość był już na swoim miejscu, starszy doktor uniósł do góry swój kubek biorąc z niego spory łyk. – Za mało słodka… - westchnął, dosypując sobie kilka łyżek cukru.

Dziki wpatrywał się w gospodarza ze skonsternowaną miną, gdy ten po raz kolejny spróbował herbaty. – Teraz jest dobra – stwierdził, zadowolony skupiając się po chwili na rozmówcy. - Pewnie zastanawiasz się teraz, co cię właściwe zdradziło?

Dziki potwierdził skinieniem głowy, biorąc do ręki swoją herbatę.

- Oczy – powiedział w końcu starszy doktor. – Leczyłem w swojej karierze wielu Zwiadowców. Niektórzy wracali z waszej strony w naprawdę potwornym stanie. Dzięki ich opowieściom mogłem dowiedzieć się masy rzeczy o tym, jak wygląda życie w Centrum. Wiem na przykład, że nie ma tam nikogo tak starego, jak ja. Twoje spojrzenie, kiedy zobaczyłeś mnie po raz pierwszy, ono powiedziało mi wszystko… Oczywiście nie licząc tego, że doskonale znam twojego przyjaciela, który leży teraz na łóżku i wiem, że w Starym Świecie nie pochodził z tej strony rzeki…

- Zna pan Pierwszego? – wtrącił zszokowany Dziki.

Doktor uśmiechnął się znad kubka. – Więc tak go teraz tytułują? – spytał retorycznie, biorąc kolejny łyk. - Moja droga małżonka, była ordynatorem oddziału psychiatrycznego, na którym twój druh spędził kilka miesięcy. W czasie wieczornych rozmów przy herbacie często opowiadała mi o nim. Wyjątkowy przypadek, bardzo logicznie argumentujący swoją niechęć do życia, a jednocześnie bardzo się tej niechęci wstydzący… - powiedział, odstawiając na chwilę kubek.

Dziki spojrzał przestraszony na swoje ciągle pełne naczynie. – Rozumiem, więc wiedział pan od początku…

- Od kiedy tylko zobaczyłem twarz mojego nowego pacjenta... - stwierdził, zerkając w głąb kuchni na stary kredens. - ... ale przyznaj, że przynajmniej przez chwilę zaimponowałem ci dedukcją po oczach – zażartował, dosypując sobie kolejną łyżkę cukru. – No dobrze, to teraz czekam na twoją historię i nie ukrywam, że wolałbym, aby była szczera. Chociaż i tak pewnie ukryjesz przede mną część faktów, to nieuniknione – stwierdził, rozsiadając się wygodnie. – Powiedz, co właściwie sprowadza cię do piekła na ziemi?

Dziki westchnął, spoglądając na drżącą mu w rękach herbatę. Nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Jak opowiedzieć historię by siedzący przed nim mężczyzna, uznał, że warto mu pomóc. Zaciskając oczy, zaczął opowieść, o autobusie którego był strażnikiem, o jego mieszkańcach w tym Oli, najmilszej dziewczynie na świecie. Opowiedział o tym, jak Zwiadowcy napadli na niego i wymordowali większość towarzyszy. Streścił moment, gdy razem z Pierwszym przedostali się przez rzekę. Celowo pomijając obecność Zjawy, by chociaż ona była w razie czego bezpieczna. Opowiedział o drodze do przychodni, o tym, jak spotkali Sznura. Potem w kolejnym schronieniu Szopa i Yuriego. Wspomniał, jak ten drugi pojawił się w Przychodni, niemal wydając ich, przez co zmuszeni byli ‘’porwać’’ Elemisa, aż w końcu doszedł do momentu, gdy trafili na Ścierwojady i Pierwszy został ranny.

Lekarz przysłuchiwał się całej opowieści, sącząc powoli herbatę, a jego twarz wyraźnie posmutniała – Teraz, wszystko rozumiem… - wyszeptał, odkładając w końcu pusty kubek.- Cieszę się, że najpierw cię wysłuchałem. Tego chyba człowiek uczy się z wiekiem, nie działać pod wpływem chwili. Więc twój kompan wstawił się za nowoprzybyłym, to dobrze o nim świadczy…

Dziki odetchnął z ulgą. W słowach staruszka ciężko było doszukiwać się obłudy albo podstępu. Dopijając herbatę, popatrzył na siedzącego gospodarza, który odpłynął gdzieś myślami. Dopiero gdy odchrząknął cicho, lekarz z powrotem zwrócił na niego uwagę. – Przepraszam, zamyśliłem się. Posłuchaj chłopcze, podejrzewam, że nie masz przy sobie złamanego pensa, więc możesz przespać się tutaj. W tym momencie lecznica i tak jest pusta.

Dziki skinął głową. – Dziękuje panu bardzo.

- To żaden problem. Oczywiście pamiętaj, że mimo tego iż to nie twój świat, wciąż obowiązują cię zasady dobrego wychowania…- stwierdził staruszek, wskazując znacząco palcem.

- Nie sprawię kłopotów – powiedział pewnie Dziki.

- Wierzę w to, przynajmniej przez jakiś czas…- odparł lekarz, a jego ton zabrzmiał wyjątkowo dziwnie.

- Przepraszam, że spytam – wtrącił nagle Dziki.- Skąd pan właściwie wiedział jak pomóc Pierwszemu?

Lekarz oparł się o krzesło, zagłębiając w myślach. - Leczyłem wielu ludzi posługujących się błędami, w dodatku sam mam rozbudzoną Pierwotną Wolę. Znam więc problem, że tak powiem od podszewki – wyjaśnił.

- Teraz coś stało się dla mnie jasne…- stwierdził Dziki.

- To znaczy? – spytał zaciekawiony lekarz.

- Jak udało się panu przetrwać…

Lekarz zaśmiał się. – To akurat nie Pierwotna Wola, tylko zawód, jaki pełniłem w Starym Świecie. Od momentu swojego pojawienia się, jestem przez wszystkich traktowany jak jajko pod lampą, bo lekarze są cenni. Do tego jestem chirurgiem. Moja Pierwotna wola opiera się na pomaganiu innym, więc kiepsko ze mną jeśli chodzi o walkę.

Dziki słysząc to , spojrzał na swojego rozmówcę szczerze zdziwiony. – Przecież Pierwotna Wola, to coś co łamie charakter człowieka. Sprawia, że wydobywają się z niego najgorsze możliwe cechy. Jak można mieć taką, która jest oparta na pomaganiu komuś?

Staruszek nieco spochmurniał, nie mniej nie miał zamiaru nie odpowiedzieć na zadane pytanie. – Wiesz, co to jest znieczulica lekarska? - spytał i natychmiast sam wyjaśnił. - Każdy medyk przez to przechodzi. Gdy nie udaje ci się pomóc pierwszej osobie, rozpaczasz. Gdy na twoich rękach umiera druga, czujesz, że mogłeś zrobić więcej. Gdy zaczynają pojawiać się kolejni, po prostu w którymś momencie się na to uodparniasz. Działasz wedle sztuki, ludzie przestają być ludźmi, a zaczynają być zadaniami, które rozwiązujesz wedle schematu. To jedyny sposób, by przetrwać w tym zawodzie i nie oszaleć. Gdy pojawiłem się w Nowym Świecie, wszystko się zmieniło. Nie pomagałem obcym ludziom, tylko przyjaciołom i towarzyszom. Chciałem ich ratować.Nie dlatego, że byłem lekarzem, ale dlatego, że byłem z nimi związany. Gdy mi się nie udawało, znowu wracała rozpacz… taka sama, jak przy pierwszych pacjentach. To wystarczyło.

- Rozumiem – odparł Dziki. – Więc nawet gdyby Pierwszy się nie obudził, mógłby mu pan pomóc?

- To tak nie działa chłopcze – stwierdził Lekarz. – Żeby użyć błędów do leczenia ludzi, musi mi na nich zależeć. Dla mnie przed pół godziny byliście jeszcze obcymi personami. Teraz jednak gdy opowiedziałeś mi waszą historię, wierzę, że twój kompan zasłużył na moją pomoc...

- To znaczy, że podjął pan już decyzję? - spytał niepewnie Dziki.

- Ja tak i mam nadzieję, że zmotywuję cię tym byś sam, nie podejmował ich pod wpływem chwili - stwierdził tajemniczo lekarz.

- Nie rozumiem - stwierdził najszczerzej Dziki, ale Lekarz nie wyglądał już na skorego do ciągnięcia tematu dalej.

- Posłuchaj, muszę się chwilę zdrzemnąć. W moim wieku nawet prosta rozmowa potrafi wykończyć - westchnął staruszek. – Posiedź chwilę ze swoim kompanem.Gdyby działo się coś złego, nie wahaj się mnie obudzić.

Dziki miał wrażenie, że mężczyzna kłamie. Nie wyglądał na zmęczonego, mimo to skoro przynajmniej na razie im sprzyjał, nie chciał wystawiać jego cierpliwości na próbę. Dziękując za herbatę, skłonił się delikatnie i miał już udać się do wyjścia, ale staruszek zatrzymał go jeszcze przez chwilę. - Powiedz, jak właściwie na ciebie wołają?

- Dziki – odparł natychmiast.

- A twoje prawdziwe imię? – dopytywał dalej.

- Czy to ważne? I tak nie używam go w tym świecie.

- Rozumiem – odparł lekarz. – Ja jestem Bronek, ale często wołają na mnie Biały.

- Przez włosy? – spytał Dziki.

- Bo jestem w stanie, oddać wszystkie pieniądze za cukier do herbaty…- odparł mężczyzna zamykając oczy.

Dziki zostawił go w spokoju wychodząc do Sali.

***

Aż do wieczora Dziki czuwał przy Pierwszym samotnie. Doktor Bronek po swojej drzemce zajrzał co prawda kilka razy zobaczyć co u jego jedynego pacjenta, ale nie zagadywał więcej. Jedynym gościem z zewnątrz, który zajrzał w tym czasie do kliniki, był Elemis. Mężczyzna przyszedł powiedzieć Dzikiemu, że Adi skontaktował się już przez radio z Przychodnią. Wyglądało na to, że ich kłamstwo chwyciło, bo Bracia Łęczykowie obiecali pokryć koszty leczenia swoich ‘’rzekomych poszukiwaczy” i kazali wracać, gdy tylko dojdą do siebie. Podobnie Linart stwierdził, że najlepiej będzie, jeżeli Elemis wróci razem z mężczyznami, gdy ci będą już zdrowi. Przynajmniej na razie byli więc bezpieczni.

Stan Pierwszego nie poprawił się w tym czasie nawet odrobinę. Wciąż ciężko oddychał, a jego twarzy była wręcz trupio blada. Zrobiło się już całkiem ciemno, gdy Doktor Bronek przyszedł na ostatni obchód, zapraszając jednocześnie Dzikiego na kolację.

Gdy wrócili z powrotem do kuchni, Dziki mógł ocenić na własne oczy, że Garażowy medyk opływał wręcz w luksusy. Rozstawiając na stole przed nim, wędlinę, masło, a nawet własnoręcznie wypiekany chleb, gospodarz rozbudził tym jego rządzę głodu.

Bronek w opinii Dzikiego, musiał mieć angielskie korzenie, bo nie pozwolił zacząć posiłku póki nie przygotował im po herbacie. Podczas gdy Dziki pałaszował z zachwytem kolejne kanapki, staruszek rozkoszował się przesłodzonym do granic możliwości gorącym napojem.

Gdy Dziki nasycił już głód i w milczeniu obserwował popijającego gospodarza, przez głowę przeszła mu myśl o Zjawie. Wiedział, że weteranka bez problemu poradziłaby sobie ze zwykłymi bandytami, ale jeżeli miałaby pecha i do schronienia zaszliby Zwiadowcy?

- Martwisz się czymś? - spytał lekarz, przygotowując sobie dolewkę herbaty.

- Dziwi się pan? To dla mnie nowy świat, w którym mój jedyny towarzysz został ranny, a ja jestem zdany na łaskę obcych ludzi... Ludzi którzy zadeklarowali się jako nasi wrogowie – odparł zdawkowo.

Bronek mieszał przez chwilę w swoim kubku, obserwując Dzikiego z wyraźnym żalem. - Nie deklarowałem się jako wróg Centrum. - stwierdził dobitnie. - Zresztą prywatnie uważam, że zaczynanie wojny to głupota. Ci, którzy tak hucznie ogłaszają walkę o miejsce do życia dla Zarzeczan, zapominają chyba, że po tamtej stronie wciąż mogą być ich znajomi, przyjaciele i rodziny ze Starego Świata. Ciekawe czy będą tak mądrzy, gdy przyjdzie im walczyć ze swoimi dawnymi druhami.

Dziki, pokręcił jednak głową nie mogąc zgodzić się z mężczyzną. - Myślę, że dla wielu nie ma to już znaczenia. Nowy Świat niszczy, a przystawieni do muru ludzie są gotowi poświęcać rodzinę i przyjaciół.

- Oni już od dawna nie są przystawieni do muru.- zaprzeczył Bronek. - Zarzecze jest niebezpieczne, ale nauczyliśmy się w nim żyć. Według mnie chodzi o wygodę. Po waszej stronie można po prostu szabrować, to co daje świat. Nie trzeba wnosić do niego własnej pracy, by przetrwać.

W tym momencie Dzikiemu przyszła do głowy pewna myśl, która kołatała się po jego czaszce od rozmowy z Elemisem. Z jakiegoś powodu rozmowa z Bronkiem, wciągnęła go na tyle, że postanowił podzielić się z nim swoją opinią. - Zastanawiam się jak długo jeszcze. Widzę, że Nowy Świat nie jest stały. Zarzecze się zmieniało i Centrum też się zmienia. Zastanawiam się co się stanie gdy bariera między naszymi częściami Krańcowa ostatecznie zniknie. Boję się, że możemy dostać połączenie wszystkich negatywnych cech naszych stron rzeki...- stwierdził.

- Jest to jeden z głównych argumentów przeciwników inwazji. Po co zaczynać konflikt z Centrum, jeśli za chwilę może się okazać, że będzie tam tak samo źle, jak tu...- odparł Bronek.

- A pan,co o tym myśli? - spytał Dziki.

Bronek poprawił okulary na nosie, zastanawiając się przez chwilę nad odpowiedzią. - Cóż, to wielka niewiadoma. Mogę tylko trzymać kciuki, by to wasza strona zaraziła zasadami naszą, nie odwrotnie. Logika podpowiada mi jednak, że prędzej stanie się to o czym wspomniałeś. Wymieszanie negatywnych cech...

- Świat nas nie oszczędza... - westchnął Dziki, uderzając zirytowany łyżką o dno kubka.

- Powiedz mi.Co zrobisz gdy już odnajdziesz twoją przyjaciółkę Oli? - spytał nagle Bronek, zerkając niepewnie w jego stronę.

- To oczywiste, zabiorę ją do Centrum - odparł natychmiast Dziki.

Lekarzowi najwidoczniej nie chodziło o taką odpowiedź, bo pociągnął temat dalej.- Zdajesz sobie sprawę, że nikt nie odda ci jej tak po prostu. To przykre co powiem, ale po tej stronie jej ciało ma olbrzymią wartość. Znajdą się tacy, którzy będą chcieli cię powstrzymać...

- Zrobię wszystko by ją stąd zabrać... - odparł natychmiast Dziki.

- Tego właśnie się obawiam, że spróbujesz ją wyrwać, nie bacząc na koszta i ludzkie życia...- westchnął lekarz.

Dziki poczuł nagle narastającą złość. - Czy to nieoczywiste? Ona jest moją przyjaciółką, której dzieje się tutaj coś... KTÓREJ DZIEJE SIĘ TUTAJ KRZYWDA!.- wybuchnął niespodziewanie.

Mimo to Bronek nie wydawał się poruszony jego zachowaniem. – Wiem…- westchnął nagle.- Nim jednak zezłościsz się na mnie, za to co powiedziałem wcześniej… Pozwól, że wrócę na chwilę do historii którą mi opowiedziałeś.

Dziki przełknął nerwowo ślinę, bo w głosie rozmówcy rozpoznał nutkę wyraźnej goryczy. Bronek przygotowując sobie kolejny ulep, spojrzał na niego badawczo. – W tym co mi opowiedziałeś, pominąłeś kilka szczegółów. Między innymi dlaczego Zwiadowcy zaatakowali Autobus do Wolności.

Dziki poczuł teraz prawdziwy lęk. Doszło do niego, że rozmówca mógł dowiedzieć się o jego ciemnej karcie . Przecież Modrzew był Zwiadowcą, który dość hucznie ogłaszał swoją zemstę.

Bronek nie wyglądał jednak na złego albo poruszonego. Łapiąc kolejny łyk herbaty kontynuował. - Leczyłem Michała Modrzewa, po tym, jak uciekł od Siwego. Był w naprawdę potwornym stanie, wychudzony, wymęczony, z rozerwanym valvula foraminis ovalis. Przez cały czas, nie mówił o niczym innym jak tylko o tym, by zemścić się na człowieku, przez którego został tak upodlony... Zemścić się na tobie....

- To też pan wiedział! – zawołał zszokowany Dziki

Bronek odwrócił na chwilę wzrok, spoglądając z powrotem na kredens. Dopiero teraz, Dziki zauważył, że stała na nim ramka ze zdjęciem starszej kobiety. - Tak jak powiedziałem na początku, wiedziałem, że pominiesz w swojej historii kilka szczegółów – stwierdził w końcu staruszek, z powrotem skupiając wzrok na Dzikim. - Szczegółów które stawiały by twoją osobę w złym świetle. Nie o to mi jednak chodzi. Uważam, że za to co zrobiłeś Michał miał prawo zemścić się na tobie…- Dziki nabrał w tym momencie powietrza, ale Bronek nieprzerwanie kontynuował- ...ale na TOBIE i tylko na TOBIE. Fakt, że przez wasz konflikt ucierpiały postronne osoby uważam za niedopuszczalny i dlatego ciągle was nie wydałem.

- Dziękuje… - westchnął Dziki, wypuszczając powietrze.

- Nie ma potrzeby.Współczuję twojej przyjaciółce z całego serca. Cieszę się, że masz w sobie dość honoru by jej nie porzucić. Nie mniej ja też mam po tej stronie przyjaciół, ludzi na których mi zależy… Nie chciałbym, aby ucierpieli gdy ty będziesz naprawiać konsekwencje swoich decyzji – stwierdził Bronek.

- Chce tylko uratować Oli… Brałem pod uwagę to, że będę musiał wywalczyć jej wolność. Nie ukrywam jednak, że wolałbym zrobić to bez rozlewu krwi. Nie jestem mordercą, a moja Pierwotna Wola, jest tego najlepszym dowodem – powiedział Dziki.

- To znaczy? – spytał Bronek, wyraźnie zainteresowany.

- Moją Pierwotną Wolą, jest chęć zabicia… A nie potrafię jej w sobie wzbudzić, nawet w krytycznych sytuacjach… Nawet gdy zaatakowały nas Ścierwojady, nie potrafiłem jej użyć do obrony.

Słysząc to Bronek odsunął się delikatnie od stołu, zakładając ręce na piersi. – Świadczy to jedynie o tym, że nie jesteś w stanie zabić nikogo z własnego powodu. Nie mniej twoja Pierwotna Wola przebudziła się w ten wyjątkowy sposób, na skutek pewnych wydarzeń. Jak się domyślam w trakcie walki z Modrzewem pod autobusem, gdy krzywdził on twoich bliskich. Tym bardziej mnie to martwi…

- Czemu? Przecież obiecałem, że jeśli mi się uda, uratuję ją bez rozlewu krwi…

- Obyś o tym pamiętał. W każdym razie robi się już późno. Przede mną jutro pracowity dzień, a ty też pewnie jesteś już zmęczony. Skorzystaj proszę z któregoś łóżka w sali, na szczęście oprócz twojego druha, nie mam obecnie innych pacjentów. Będziesz mógł przy okazji mieć nad nim pieczę.Gdyby coś się działo pamiętaj, że śpię w pokoju obok.

- Jeszcze raz panu dziękuje.

***

Spokojny sen był dla Dzikiego co najwyżej marzeniem. Mimo ciepłego, wygodnego łóżka i sytej kolacji, nie był w stanie zmrużyć oka. Pierwszy wciąż oddychał ciężko. Rzężenie które z siebie wydawał, wypełniało pustą i cichą salę. Elemis nie pojawił się przez resztę wieczoru, więc musiał znaleźć sobie nocleg w jakimś innym miejscu.

Dziki siedział więc pogrążony w niekończącym strumieniu własnych myśli. Co tak właściwie chciał przekazać mu lekarz? Prosił go mimochodem o ograniczenie liczby ofiar, gdy będzie ratował Oli? Przecież to nie on będzie decydował o tym kto stanie mu na drodze.

Próbując na chwilę odciągnąć myśli, zaczął zastanawiać się, co może teraz robić Zjawa. Czy zamknęła się w schronieniu, czekając na sygnał? A może finalnie zrezygnowała i ruszyła w drogę powrotną do Centrum.Z zamyślenia wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi.

Ktoś pośpiesznie wbiegł do Sali, potykając się w ciemności o jedno z łóżek. Serce Dzikiego załopotało. Przez głowę przeszło mu, że strażnicy mogli przyjść rozprawić się z nim gdy spał.

Kroki przybyłej postaci, skierowały się jednak nie do leżącego Dzikiego, a w stronę sypialni lekarza. Uczucie strachu natychmiast minęło, zastąpione przez ciekawość.

- Bronek, Bronek – wyszeptał, jakiś męski głos. – Wstawaj, mamy kłopot.

Dziki odetchnął z ulgą, czyli na pewno nie chodziło o niego. Może ktoś w Garażu właśnie zasłabł. Nadstawił uszu by wyłapać jakikolwiek szczegół. Po chwili usłyszał jak lekarz się podnosi. – Co się stało? – spytał z nutą wyraźnego nie pokoju w głosie.

- Ta mała dziwka znowu poderżnęła sobie żyły – wyszeptał przybysz.

- Już biegnę, niech uciskają rany! –zawołał Bronek, zapominając o śpiących w sali postaciach.

Po chwili Dziki usłyszał, jak przybysz wybiega, a lekarz zaczyna pośpiesznie zbierać swoje rzeczy. W tym momencie ogarnęło go jakieś dziwne przeczucie. To słowo ‘’mała’’ dźwięczało w jego głowie. Gdy słyszał takie określenie w stosunku do kobiety, zawsze przychodziła mu na myśl Oli.

Gdy Bronek skończył zbierać swoje przybory, wyszedł pośpiesznie z Sali. Dziki nie mógł wytrzymać, by nie sprawdzić, kto został ranny. Zrzucając kołdrę, ruszył wciemności za lekarzem.

Wychodząc na korytarz, musiał poruszać się praktycznie po omacku. Halogeny w całym kompleksie były wyłączone.Zapewne uruchamiano je tylko w czasie ciemni, by oszczędzać paliwo. Gdy doszedł do wyjścia ze Szpitala, zrobiło się nieco wyraźniej, bo cały plac oświetlony był ledowymi lampkami.

W białym świetle bez trudu dostrzegł doktora Bronka. Mężczyzna tak szybko, jak pozwalał mu podeszły wiek, zmierzał w stronę dawnego budynku administracji przy remizie. Czekając chwilę aż medyk zniknie za drzwiami, Dziki zaczął przekradać się w jego stronę.

Nie było to szczególnie trudne, bo większość strażników stojących na murze obserwowała teren za Garażem. Nie zwracali oni większej uwagi na to, co działo się na placu. Dochodząc do budynku, Dziki zobaczył koślawo namalowany szyld ‘’Mokry sen”. Drżącą z nerwów dłonią, otworzył delikatnie drzwi i zajrzał do środka.

Wnętrze pomieszczenia wręcz tonęło w czerwieni. Wszędzie ułożone były dywany, sofy i fotele szkarłatnego koloru, a ze środka dochodził intensywny zapach damskich perfum. Z głębi domostwa usłyszał też podniesione głosy. Przekradając się do wnętrza, przeszedł po puchowym dywanie, który zagłuszał jakiekolwiek odgłosy kroków.

Gdy zbliżył się do schodów prowadzących na piętro, dźwięki rozmów stały się wyraźniejsze.

- Jak długo jest nieprzytomna? – spytał, zdenerwowany Bronek. - Nie wiem! Dania znalazła ją, jak kładła się spać...- odparła jakaś wyraźnie roztrzęsiona kobieta. - Bronek, nie pierdol, tylko rób te swoje czary- mary z błędami! Ratuj towar! – zawołał oschłym głosem jakiś mężczyzna. - Nie mogę użyć tak po prostu błędów – odpowiedział lekarz. – To już trzeci raz jak ta dziewczynka próbuję się zabić. Mam w środku wątpliwości czy pomagając jej, robię dobrze…

- Jakie wątpliwość! Zapłaciłem za te dziewczynę majątek!Ona ma żyć! – zawołał ten sam oschły głos co wcześniej.

Dziki poczuł, jak zaczyna gotować się w nim wściekłość. Jeżeli jego podejrzenia okażą się słuszne, wiedział już, że ktoś z tego pomieszczenia nie wyjdzie żywy. Dał kolejny krok do przodu, przysłuchując się dalej dobiegającej z góry rozmowie.

- No już, poczekaj chwilę, zaraz nie będzie bolało – zawołał głos Bronka.

- Niech pan mi nie pomaga, błagam…- wyszeptał słaby dziewczęcy głos.

Dziki słysząc go poczuł jak zmroziło mu całe ciało. Teraz nie miał już wątpliwości. Dziewczyną która chciała się zabić, była Oli.

- Cholera jasna, mówiłem wam, że powinniście dać jej więcej czasu…- powiedział, wyraźnie oburzony lekarz. - Ona nigdy nawet wcześniej nie była z mężczyzną. A wy puściliście na nią te wygłodniałą watahę.

- TAM STOJĄ LUDZIE Z PIENIĘDZMI BRONEK! – warknął, właściciel oschłego głosu. – Nie będę ich odsyłał z kwitkiem tylko dlatego, że jej rajska dupa nie nawykła do jebania!

- Mówię tylko, że powinieneś dać jej trochę czasu. Pozwolić na ile to możliwe, pogodzić się z sytuacją - próbował tłumaczyć Bronek.

- Czasu? CZASU?! Pół Garażu wpisało się już na listę, żeby się po niej przejechać, a ta po każdym numerku odpierdala samobója!

W tym momencie Dziki usłyszał krzyk i szamotaninę.

- SŁYSZAŁAŚ? NA NIKIM TU NIE ZROBISZ WRAŻENIA! NIE MA TU TWOJEJ MAMUSI, KTÓRA ZAPŁACZĘ NAD KRWAWIĄCĄ CÓRECZKA! – zawołał wściekle męski głos.

- Puść ją! – krzyknął Bronek.

- Morda i bierz się do roboty! ONA MA ŻYĆ! I niech nie myśli, że dzisiejszy wieczór coś zmienia. Jutro będą ją jebać, aż pizda spuchnie jej tak, że nikt tam nie da rady wsadzić fiuta. – warknął mężczyzna

Dziki w furii ruszył po schodach na górę, z pod zamkniętych drzwi przebijało się światło. Bez ceregieli szarpnął za nie otwierając wejście do pokoju.

W środku było kilka drewnianych łóżek z materacami. Przy jednym z nich stłoczona była grupa osób. Doktor Bronek, który zaciskał z wysiłkiem oczy, trzymając w dłoni szczupłą rękę Oli. Jakaś starsza kobieta farbowana na blond oraz wysoki dobrze zbudowany chłopak, o krótko przystrzyżonych włosach. Wszyscy wpatrywali się w łóżko, na którym w kałuży krwi leżała przyjaciółka Dzikiego. Dziewczyna była biała jak kreda, a w jej oczach ledwo tliło się życie.

Doktor Bronek musiał używać jakiegoś błędu, bo rozcięty nadgarstek dziewczyny świecił delikatnym zielonkawym światłem, a rana zdawała się pomniejszać z każdą sekundą. Wszyscy byli tak skupieni na całym procesie, że nikt nawet nie zwrócił uwagi, na dodatkową osobę, która pojawiła się w środku. - Im szybciej pogodzisz się z tym, że jest tylko ładną szmatą do fiuta tym lepiej dla ciebie! – warknął mężczyzna stojący obok łóżka.

Dziki poczuł, jak wściekłość po prostu w nim eksploduje. To nie było jednak to zwykłe uczucie gniewu, to była rządzą, która rozpalała jego wolę do białości. – Szmata…- warknął, a wszyscy spojrzeli w jego stronę. – TO NIE JEST ŻADNA SZMATA, TYLKO OLI! – ryknął wściekle, wbijając swoją dłoń w brzuch mężczyzny. Ta przeszła przez jego skórę i tłuszcz jak przez galaretkę.

Krótkowłosy odchrząknął krwią, nie będąc nawet w stanie się poruszyć. Kobieta stojąca przy łóżku Oli krzyknęła, a doktor podniósł przerażony brwi.

Dziki poczuł, jak jego palce dotykają kręgosłupa mężczyzny. Chwycił go ze wszystkich sił i połamał jak suchą gałąź. Krótkowłosy runął natychmiast na ziemię, pozbawiony władzy nad nogami. Mimo tej ogromnej rany ciągle żył. Krztusząc się krwią, próbował z wysiłkiem zaczerpnąć powietrza. Jego dłonie ścisnęły dywan na podłodze. Dziki nie czekając, przycisnął swoją stopę do jego szyi. – To była najmilsza, niewinna, najszlachetniejsza dziewczyna, jaka kiedykolwiek stanęła w tym kurewskim świecie… A TY POTRAKTOWAŁEŚ JĄ JAK JEBANY PRZEDMIOT!

Dziki pochylił się gwałtownie. Chwyciwszy mężczyznę za głowę, uniósł go jakby nic nie ważył. Łapiąc drugą dłonią, zaczął ściskać czaszkę mężczyzny jak imadło. Po chwili krótkowłosy wydał z siebie zduszony krzyk, wypluwając jednocześnie stróżki krwi. Jego czaszka nie wytrzymała nacisku i pękła jak arbuz, oblewając Dzikiego krwią i resztkami mózgu.

Kobieta stojąca w pokoju wybiegła z wrzaskiem wołając o pomoc. Doktor Bronek opuścił rękę dziewczyny, spoglądając błagalnie na Dzikiego.

Ten czuł jak żądza mordu przelatuje przez jego ciało. – UCIEKAJ! – ryknął wściekle.

***

Halogeny rozświetliły cały plac Garażu, jakby za chwilę miała zacząć się Ciemnia. Głośny alarm roznosił się echem po okolicy, a strażnicy zbiegali się ustawiając linią przed budynkiem Mokrego Snu.

Adi który stanął na ich czele, wyciągnął policyjny pistolet i machając nim jak oficer, wykrzyczał - TO TYLKO JEDEN CZŁOWIEK! POSŁUGUJE SIĘ BŁĘDAMI CZY NIE! ZROBIMY Z NIM PORZĄD… - Mężczyzna nie zdążył jednak skończyć swojej przemowy. Przez okno budynku wypadło właśnie pół korpusu, należące do jednego z pracowników przybytku.

Strażnicy popatrzyli na nie przerażeni, jeden z nich nie wytrzymał i porzygał się pod własne nogi.

- Na co czekacie...- krzyknął Adi drżącym głosem. – DO ATAKU!

W tym momencie drzwi burdelu otworzyły się. A strażnicy cofnęli o krok przerażeni.

Dziki wyłonił się ze środka, ociekając od krwi. Jego oczy były nieludzko chłodne, a twarz nie przejawiała żadnych emocji.

- TY SUKINSYNU JESTEŚ JUŻ MARTWY! – krzyknął Adi

Dziki spojrzał z pogardą na krzyczącego. Gwałtownym ruchem wyrwał z drzwi klamkę i cisnął nią w mężczyznę. Rozpędzony kawałek metalu, wbił się w głowę szefa straży z taką siłą, że ta po prostu eksplodowała. Część strażników widząc jak ich dowódca upada dekapitowany, rzuciła się do panicznej ucieczki.

Ci którzy odważyli się zostać, potraktowali śmierć dowódcy jako impuls do natychmiastowego ataku. Pierwszy z nich, który dobiegł do Dzikiego, zamachnął się najeżoną gwoździami pałką. Dziki nawet nie unikał ciosu. Zasłonił po prostu głowę ręką. Kilkunastocentymetrowe gwoździe przeszyły mu przedramię, dziurawiąc je jak sito. Dziki nie czuł jednak żadnego bólu. Bez wysiłku wyrywając strażnikowi broń, obrócił ją i biorąc krótki zamach, huknął go w głowę. Gwoździe wbiły się w nią, jakby była ze styropianu. Martwy mężczyzna natychmiast osunął się na ziemię.

Kolejny atakujący, widząc brutalną śmierć swojego kompana, zawahał się próbując wyhamować. Dziki nie miał podobnych rozterek. Z niewyobrażalną siłą, rąbnął napastnika w brzuch. Łapiąc następnie za jego potylicę, rąbnął jego twarzą w kostkę. Nawet gdyby czaszka strażnika ocalała po tym ciosie, to jego kręgosłup nie mogąc znieść naprężenia pękł z głośnym trzaskiem.

W tym momencie seria wystrzałów poleciała w stronę Dzikiego. Śrut, gwoździe, śruby i ołowiane kule wypełniły powietrze jak chmara os. Mimo to, żaden z pocisków nie sięgnął swojego celu.. Wszystkie rozleciały się dookoła, roztrzaskując pobliskie okna i wyrywając kawały drewna i gruzu z fasad pobliskich budynków.

Strażnicy zaczęli pośpiesznie przeładowywać swoje bronie. Dziki wyskoczył w stronę najbliższego niczym wściekły goryl. Całym ciężarem ciała upadł na jego tors, przygważdżając go do ziemi. Wbijając pokrwawione palce w podłoże, wyrwał dwa kawałki bruku. Uderzając nimi z obu stron zmiażdżył głowę strażnika na placek.

Stojący tuż obok kompan zabitego, wymierzył w głowę Dzikiego z broni, którą ledwo zdążył nabić. Dziki spojrzał tylko w stronę lufy, a wylatujący pocisk rikoszetował niewyobrażalnym łukiem, przebijając szyję strzelca. Mężczyzna padł na kolana, chwytając się za gardło. Przez jego palce wylewała się strugami spieniona krew.

Pozostali strażnicy rzucili się do ucieczki. Dziki ruszył natychmiast za nimi. Dobiegając do pierwszego z uciekinierów, podrzucił go do góry jak piłkę. Mężczyzna wystrzelił z krzykiem na kilkanaście metrów, po czym runął na parking z łoskotem łamiąc większość kości. Uderzenie było jednak zbyt słabe by go zabić. Dziki złapał go więc ponowne i cisnął jego ciałem jeszcze wyżej. Tym razem strażnik nawet nie krzyczał. Niczym bezwładna szmaciana lalka okręcił się w powietrzu i runął na kostkę ponownie, tracąc przy tym życie.

Ocaleni strażnicy i przestraszeni mieszkańcy schronili się w tym czasie w budynku remizy. Dziki nie miał zamiaru odpuszczać. Skierował swoje kroki prosto do ich schronienia gdy na drodze stanęła mu najmniej spodziewana osoba.

Doktor Bronek wyszedł przed drzwi trzymając ręce w kieszeni swoje kitla, blokując jednocześnie drogę do wejścia.

- Ciebie jednego nie chcę zabijać, zejdź mi z drogi! – warknął Dziki, spoglądając wściekle na mężczyznę.

Doktor spojrzał na niego, przez swoje okulary biorąc głęboki oddech. - A kogo jeszcze chcesz? Czy już nie wystarczy? Zabiłeś właściciela i pracowników Mokrego Snu, Szefa straży i wielu jego podkomendnych. Wśród nich jednego moralnego chłopaka, który nigdy skrzywdziłby kobiety…- odparł doktor z wyraźnym wyrzutem.

Dziki był tak wściekły, że słowa mężczyzny w ogóle do niego nie docierały. - Ja zadecyduję kiedy będzie dość! – krzyknął. – Jeżeli z tego miejsca ma zostać chociaż gruz, niech wszyscy mężczyźni wyjdą przed budynek!

- Masz zamiar grać rolę ich sędziego i kata? – spytał Doktor. – Chcesz dowiedzieć się kto tak naprawdę skrzywdził twoją przyjaciółkę?Czy po prostu zabijesz każdego kto ci się nie spodoba!

- Nie inaczej! – odwarknął Dziki.

- Nie pozwolę ci na to – stwierdził pewnie Bronek, bez cienia strachu stając naprzeciw wściekłego.

- Powiedziałem, że nie chcę cię zabijać. Co nie znaczy, że tego nie zrobię! – zagroził Dziki, zaciskając pięści.

Doktor popatrzył na niego z pogardą – Myliłem się jednak co do ciebie, nie pozwolę ci przejść, nie skrzywdzisz już nikogo więcej!

- DOŚĆ! – ryknął Dziki biorąc potężny zamach. Siła tego ciosu rozbiła powietrze tworząc falę jak przy startującym odrzutowcu.

Wydawało by się, że wątły doktor zostanie zmieciony razem z drzwiami, murem i wszystkim co stanie na drodze tego morderczego ciosu. Stało się jednak coś zupełnie innego. Bronek przechwycił uderzenie zatrzymując je pomarszczoną chudą ręką i bez wysiłku amortyzując całą jego siłę. – Tak jak mówiłem nie pozwolę…- wyszeptał doktor, starając się ukryć, że głos zadrżał mu z przerażenia.

Dziki wziął kolejny zamach, a starzec ponownie przechwycił go bez wysiłku.

Rozwścieczony zmienił więc taktykę. Runął w stronę Bronka gromadą ciosów, które wylatywały z szybkością karabinu maszynowego. Stary mężczyzna poradził sobie jednak i z tym, bez trudu przechwytując kolejne nadlatujące uderzenia. Robił to tak jakby grał ze swoim wnuczkiem w łapki.

Dziki widząc, że nic nie wskóra odskoczył do tyłu chwytając za broń. Gdy tylko wysokie czoło mężczyzny pojawiło się w szczerbince, nacisnął spust. Kula wyleciała z komory wzmocniona siłą błędów, rozbiła powietrze wyrywając z lufy niewyobrażalną ilość dymu.

Bronek spojrzał w stronę lecącego naboju, który momentalnie zaczął wytracać prędkość. Tuż przed jego okularami, leciał co najwyżej z szybkością lotki do babinktona. Mimo włożenia całej woli, nie zdołał najwidoczniej zatrzymać ani odchylić pocisku. Bo przestraszony uskoczył w końcu na bok, a nabój nabierając natychmiast prędkości przebił się przez drzwi.

Dziki spróbował wystrzelić po raz kolejny, ale jego błędy nie wzmocniły kolejnych pocisków. Kule rykoszetowały dookoła lekarza, jak wcześniej naboje strażników dookoła niego samego.

- Odpuść…- wyszeptał Bronek, dysząc ciężko.

Dla niego używanie błędów, było najwidoczniej dużo bardziej męczące.

- Nigdy! – krzyknął Dziki, a do głowy przyszła mu przerażająca myśl.

Przypomniał sobie Pierwszego który walcząc z Dix, użył czegoś co nazwano skrzydłami motyla. Zarzucając ręce na plecy, jak jego kompan zrobił w trakcie tamtego starcia, przypomniał sobie mężczyznę który nazwał Oli szmatą. Przypomniał sobie jego słowa. O tym jak dziewczyna będzie jebana przez połowę Garażu. Jego wola eksplodowała. Dłonie na plecach po prostu zamrowiły od siły jaka się w nich zgromadziła.

- Nie…- zająknął się lekarz widząc co się przed nim szykuje. – Proszę nie…

Dziki wyciągnął ręce gdy nagle jak z pod ziemi pojawił się przed nim Pierwszy. Z impetem odbił on falę uderzeniową, która rąbnęła w ogrodzenie roztrzaskując je na kawałki. – DOŚĆ DZIKI! – wykrzyczał wściekle.

- ZEJDŹ MI Z DROGI PIERWSZY! – odwarknął, biorąc potężny zamach. Jego cios o włos minął głowę Pierwszego, który kontrując uderzenie rąbnął Dzikiego w tors.

- NADUŻYWASZ BŁĘDÓW! ZARAZ SIĘ ROZMYJESZ IDIOTO! – wykrzyczał mężczyzna, próbując opanować kompana.

- CHUJ Z TYM! – krzyknął Dziki, odwijając się pięścią która wylądowała na podbródku Pierwszego.

Gdy mężczyzna cofnął się od siły ciosu, Dziki ruszył z powrotem w stronę remizy. Pierwszy poderwał się natychmiast i łapiąc go od tyłu założył mu pełnego nelsona, blokując dalszą drogę.

- JUŻ STARCZY! PRZYSZEDŁEŚ TU PO OLI! TO BYŁO TWOIM CELEM PAMIĘTASZ! URATOWAĆ JĄ! – wykrzyczał Pierwszy, próbując przemówić Dzikiemu do rozumu.

- WIDZIAŁEŚ CO ONI JEJ ZROBILI! ONA CHCIAŁA SIĘ ZABIĆ, BO NIE MOGŁA ZNIEŚĆ TEGO JAK JĄ…JAK JĄ… - Dziki poczuł jak język grzęźnie mu w gardle, żądza mordu po raz kolejny eksplodowała w nim z nieludzką siłą.

Pierwszy oderwał się od jego pleców, jakby został porażony ładunkiem elektrycznym. Dziki ruszył w stronę remizy zaciskając pięści.Gotów przejść do jej środka choćby po trupie swojego kompana. Ten jednak nie odpuszczał, doskoczywszy do Dzikiego pchnął nim jak nic nieważącym kamieniem.

Dziki przeturlał się po ziemi, a Pierwszy wykrzyczał. – JESTEŚ IDIOTĄ DZIKI! Moja Pierwotna Wola to zachowanie życia! Ktoś kim kieruje tak prymitywna emocją jak twoja, może tylko uczynić mnie jeszcze silniejszym! Nigdy nie będzie w stanie mnie pokonać!

- Dix się udało, mi też się uda.- warknął Dziki podnosząc się z gruzów ogrodzenia.

- Wola Dix, została stworzona przeze mnie. Mogła używać błędów z pełną mocą tylko dlatego, że walczyła ze mną. A MIMO TO, WYGRAŁA TYLKO DLATEGO, ŻE JA NIE CHCIAŁEM JEJ ZABIĆ! – odwarknął Pierwszy, ruszając w stronę Dzikiego.

Mężczyźni chwycili się za barki. Siłując się przez chwilę, zaczęli uderzać swoimi plecami o pozostałą część płotu. W pewnym momencie Dzikiemu udało się odrzucić od siebie Pierwszego. Dając sobie odrobinę przestrzeni, natychmiast zarzucił ręce na plecy.

- NIE RÓB TEGO! – krzyknął Pierwszy.

- TRZEBA BYŁO NIE WCHODZIĆ MI W DROGĘ! – ryknął Dziki

- Ty idioto! NIE ZMUSZAJ MNIE BYM CIĘ ZABIŁ – odparł mężczyzna, również kładąc ręce na plecach.

Dziki nie słuchał, skrzydła motyla były gotowe. Wyrzucił do przodu obydwie dłonie, a cała jego żądza mordu przeleciała przez nie w stronę Pierwszego. Mężczyzna nie pozostał mu dłużny i błyskawicznie skontrował tym samym.

Fale uderzeniowe nie zderzyły się.Przeniknęły przez siebie niczym dwa przeciwległe wiatry. Ubrania obu mężczyzn po prostu się rozpadły, stali pół nadzy utrzymując proste ręce. Dziki poczuł, że umiera.Jego ciało po prostu się rozpadało. Jedynie Pierwotna Wola utrzymywała je w kupie, ale już po chwili żądze mordu zaczął zastępować strach…

- To koniec – pomyślał. – Dotarłem aż tutaj, tylko po to by umrzeć.

Osunął się na ziemię, a Pierwszy opuścił dłonie. – Dlaczego? Dlaczego musiałeś być tak uparty…- westchnął podchodząc do Dzikiego.

- Po prostu mnie zabij, mam już dość – odparł Dziki, po chwili tracąc przytomność.