Krańcowo III - Rozdział V - Los dla ścierwa

Dziki zastanawiał się, kiedy po raz ostatni w swoim życiu, czuł się podobnie osaczony. Od momentu, gdy razem z zakładnikiem opuścili teren centrum handlowego Promień, każdy nadgorliwy strażnik, każda kontrola, każdy Zwiadowca, mogli sprawić, że Przychodnia stanie się dla nich miejscem pochówku.

W tamtej chwili przypomniał sobie, jak razem z Dix, przekradali się przez Strefę Głodu. Tylko, że w odróżnieniu od obecnej sytuacji, jego dawna ukochana nie miała, żadnego interesu, by zdradzić ich przed Armią Daniela. Tego samego nie można było powiedzieć o Elemisie. Mężczyzna nie wołał co prawda ‘’pomocy na każdym kroku. Mimo to jego sztywny chód, przerażone spojrzenie, oraz dziwne nerwowe tiki, były wystarczające, by nawet najbardziej tępy strażnik stwierdził, że dzieje się z nim coś złego.

Na szczęście dla Dzikiego i jego towarzyszy, Ciemnia wciąż nie odpuszczała. W poczekalni roiło się więc od ludzi, którzy korzystając z tej przymusowej przerwy, zebrali się na posiłek w tutejszych jadłodajniach. Podobny tłum zgromadzony był przy dawnym pokoju ochrony, gdzie jakiś członek Magistratu zapisywał chętnych do ataku na Centrum. Ich czwórka ginęła więc w tej niekończącej się masie, a strażnicy mieliby bardzo ciężko wychwycić pośród tylu osób, te jedną przerażoną twarz Elemisa.

Nie było to jednak zagrożenie, które mogli po prostu zbagatelizować. Gdy przechodzili przez nieco luźniejszy łącznik, scalający ze sobą główną część szpitala i oddział ratownictwa, ich zakładnik powiódł natarczywie wzrokiem, za parą strażników patrolujących korytarz. Nie trzeba było geniusza, by zauważyć, że próbuje milcząco zwrócić ich uwagę. Pierwszy, który dostrzegł jego nieudolną próbę, udał, że zakłada mu po przyjacielsku rękę na kark. Jednocześnie przycisnął go do siebie i szepnął złowieszczo. – Już raz pytałem, czy chcesz, abyśmy stali się wrogami… Zmieniłeś może zdanie?

Elemis pokręcił przerażony głową i nie próbował więcej podobnych sztuczek. Dzięki temu dalszą drogę pokonali, już bez większych przeszkód, aż do garażu. Parking, w którym handlarze chowali swoje pancerniaki, znajdował się dokładnie tam, gdzie Dziki podejrzewał. W dawnej dobudówce dla karetek tuż przy oddziale ratowniczym. Praktycznie ściana w ścianę, do miejsca, gdzie wypisywano ich przepustki.

Gdy doszli do ogromnych szklanych drzwi z napisem ‘’Tylko dla upoważnionych, w głowie Dzikiego nadzieja zaczęła mieszać się, z co raz większym lękiem. Z Przychodni, na pewno nie można było ’’od tak' wyjechać. Był niemal pewien, że będą musieli dokonać najpierw jakichś formalności. W tym momencie Elemis będzie miał największą szansę, zwrócić uwagę na kiepską sytuację, w jakiej się znalazł. Nawet gdyby tego nie zrobił, wystarczyło wprawne spojrzenie jakiegoś strażnika, w jego przerażone oczy, by domyślił się, że nie wybiera się on nigdzie z własnej woli.

Na szczęście (przynajmniej dla nich) w garażu był tylko jeden człowiek. Bardzo szczupły mężczyzna ubrany w kombinezon mechanika, z rzadkimi kępkami brody rozrzuconymi losowo po twarzy. W czasie gdy wchodzili, przyglądał się jednej z karetek, notując coś na podkładce.

Słysząc nadchodzących gości, przerwał jednak swoją pracę i zbliżył się do grupy. – Czym mogę służyć? – zapytał, spoglądając najpierw w stronę Pierwszego. Po chwili jego wzrok przebiegł po pozostałych postaciach, zatrzymując się na Elemisie. Mężczyźni musieli się dobrze znać, bo pracownik garażu uśmiechnął się i powitał ich zakładnika po ksywie. – O cześć El. Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakby cię za drzwiami zamknęli – stwierdził, wyraźnie zatroskany.

- T... tak – odparł niepewnie, zapytany Elemis, a rozmówca przyjrzał mu się przenikliwie.

W tym momencie Zjawa podeszła do ich zakładnika i przełożyła mu rękę przez kark. – Stresuje się chłopak, bo wezwali go do Magistratu. Nieoficjalnie mówi się, że tamtejszy technik nie daje sobie już rady. Nie muszę chyba wspominać, że to zaszczyt, gdy do eskorty wysyłają tak liczną grupę Zwiadowców, jak nasza – stwierdziła, licząc zapewne, że samo wspomnienie o ich rzekomej przynależności do zwiadu, uspokoi nieco mechanika.

Słysząc jej słowa, pracownik garażu wyraźnie rozpromieniał. – Cholera El, w końcu złapałeś swoją szansę… Dobrze dla ciebie, wszyscy tu wiedzieli, że zasługujesz na to miejsce. I jeszcze do tego taka eskorta, chyba naprawdę im zależy, żebyś dotarł w jednym kawałku – stwierdził, przechodząc w stronę biurka ustawionego przy ścianie. - Jak rozumiem, jedziecie twoim wózkiem? – spytał, grzebiąc w jakiś papierach, które miał ułożone na blacie. - T…t…tak – wyjąkał Elemis, a pracownik warsztatu znowu przyjrzał mu się badawczo.

– Podpisz tylko listę - powiedział, sięgając do szuflady. - Nie miałem części, żeby poprawić pompę wody, więc nadal cieknie, ale do Magistratu dojedziesz bez problemu, na płynie który masz – dodał, kładąc na biurku kluczyki. Elemis drżącą ręką nakreślił coś na kartce, a mechanik nie spuszczał z niego wzroku nawet na chwilę. – Na pewno wszystko ok? – spytał.

- Tak, tak…- odparł jeszcze raz mężczyzna. Tym razem zrobił to nieco zbyt entuzjastycznie, przez co zwrócił natychmiast uwagę Dzikiego. Nabrawszy jakiś dziwnych podejrzeń, zerknął kątem oka przez ramię Elemisa, na notatnik leżący na biurku. Zamiast imienia, ich zakładnik nakreślił na nim niewyraźne słowo - ‘’Porwany’’.

Na szczęście pracownik garażu, spoglądał ciągle w twarz swojego kolegi i nie skupił się na tym, co pojawiło się na kartce. - Pan dba o te wszystkie karetki?- zapytał Dziki, chcąc odwrócić jego uwagę. - Nie sam – odparł, rozglądając się odruchowo po wnętrzu. – Poza tym, dba to za duże słowo. Mechanicy z ‘’Garażu trzymają łapę na częściach i bardzo niechętnie nimi handlują. Nasz szef ochrony, czasem wymusi na nich jakąś dostawę, żeby utrzymać karetki w jako takim stanie, ale wszelkie poważne naprawy robią sami. Ogarnęli tu monopol, jeśli chodzi o pojazdy, ale Magistratowi najwidoczniej to nie przeszkadza - dodał na koniec z wyraźnym żalem.

Gdy pracownik garażu odpowiadał na pytanie, Dziki trącił znacząco rękę Pierwszego. Ten spojrzał przez maskę na zeszyt i natychmiast pociągnął rozmowę dalej. – W Raju praktycznie nie używają pojazdów. Zastanawiam się, czy można by było naprędce naprawić jakiś, gdy będziemy już na miejscu…

Mężczyzna zamyślił się przez chwilę, prostując na krześle. - Z tym mogą być pewne kłopoty. Akumulatory po tak długim czasie szlag trafia, a olej zwłaszcza kiepskiej jakości, robi się tak gęsty, że samochody mają naprawdę ciężko się rozruszać… - mówiąc to, spojrzał na szafę z narzędziami, a jego mina zdradzała, że coś przyszło mu do głowy. - Ale... mam tutaj taką rzecz, która mogłaby się okazać przydatna – stwierdził, podnosząc się z miejsca.

Gdy Mechanik razem z Pierwszym, odeszli w głąb pomieszczenia, Dziki chwycił za długopis przeprawiając ‘’podpis” tak, by chociaż odrobinę przypominał ‘’Elemis”. Po chwili, pracownik garażu wyciągnął ze swojej szafki, coś co wyglądało jak defibrylator. – To urządzenie do awaryjnego rozruchu… - wyjaśnił. – Jest lżejsze i poręczniejsze, niż standardowy akumulator. Powinno poradzić sobie z dostarczeniem prądu do auta…

Zjawa dostrzegając co robi Dziki, spojrzała wściekle na Elemisa i skrycie rąbnęła go łokciem w brzuch. Po chwili pociągnęła zakładnika w głąb garażu. Jego pracownik nie zauważył tego, bo przeszukiwał jakąś ogromną skrzynię.

Dziki, spoglądając na zeszyt, był średnio zadowolony z efektu. Podpis był wyraźnie przeprawiany. Nie mniej, nie dało się już odczytać słowa ‘’porwany”. Zostawiając to tak jak jest, chwycił kluczyki i ruszył za Zjawą. Gdy byli już poza zasięgiem wzroku mechanika i Pierwszego, Weteranka przycisnęła Elemisa do samochodu. – Chcesz zginąć? Miałeś zamiar nas wydać i liczyłeś, że ujdziesz z życiem? – wyszeptała.

Mężczyzna pokręcił przerażony głową, a Dziki doskoczył do niego. – Który jest twój? – spytał gniewnie, a Elemis pokazał palcem na pancerniaka w rogu.

Wskazane auto różniło się od pojazdu Sznura, bo było budowane na bazie starego kombi a nie suva. Dodatkowo zamiast arkuszami blachy, zabezpieczone było na szybach grubą siatką. Przypominało to nieco policyjne radiowozy na demonstracjach.

W tym momencie coś gruchnęło w głębi pomieszczenia. Dziki i Zjawa spojrzeli na siebie i chcieli już ruszyć w stronę hałasu. Na drodze stanął im jednak mechanik, który wyłonił się zza karetki ze strzelbą ciśnieniową. Broń syczała niebezpiecznie, a przez nieszczelności w rurach wydobywał się biały gaz. – Myśleliście, że jestem głupi albo ślepy?! – zawołał.

- Spokojnie, to nie tak jak myślisz…- powiedział Dziki.

Nie mógł uwierzyć w to co się działo. Wpadli? I to na sam koniec? Co się stało z Pierwszym, przecież to niemożliwe, żeby ktoś taki obezwładnił legendę Krańcowa.

Mężczyzna wymierzył w Dzikiego, a ten poczuł, jak serce mu się zatrzymało.

– Wyjaśnicie to sobie strażnikom! – zawołał, ściskając mocniej za zrobioną ze złomu kolbę. - El chodź do mnie! A wy nawet nie drgnijcie!

- USPOKÓJ SIĘ I DAJ NAM COŚ POWIEDZIEĆ! – krzyknęła gniewnie Zjawa, a mężczyzna natychmiast wymierzył w jej stronę.

- CICHO BĄDŹ! – warknął, stając pewniej z bronią.

Dziki wiedział jednak, że weteranka tylko na to czeka. Gdy mężczyzna mierzył prosto w jej głowę, błysnęło. W tym momencie ogromna kula ołowiu, wyleciała z lufy przebijając bok jednej z karetek.

Zjawa pojawiła się tuż przy mężczyźnie i rąbnęła go w głowę hakiem. Uderzenie nienaturalnej siły, odrzuciło go w bok. Weteranka chwyciła za nóż który miała przy pasie, gotowa ugodzić nim leżącego, ale z głębi garażu Pierwszy zawołał – STÓJ! Nie zabijaj!

- Strzelił do mnie! – krzyknęła oburzona dziewczyna, wciąż trzymając wzniesione ostrze.

- Chciał tylko ratować kolegę, zasłużył w twoich oczach na śmierć? – spytał Pierwszy. – Nie trzeba zabijać każdej napotkanej osoby...

Dziewczyna westchnęła opuszczając nóż, a Pierwszy złapał za taśmę klejącą która leżała na jednej z półek. W kilka sekund spętał nią mężczyznę i z pomocą Dzikiego wcisnął go do jednej z karetek.

- Dobrze, że te ich strzelby nie są tak głośne jak prawdziwa broń – stwierdziła Zjawa.- Jesteśmy przez ścianę od tego gościa co wypełnia przepustki.

Dziki popatrzył na Pierwszego, którego maska nosiła ślad wyraźnego zadrapania. – Co się właściwie stało? – spytał, gdy zamykali drzwi karetki.

- Zaskoczył mnie…- westchnął Pierwszy.

- To w ogóle możliwe? – dopytał zdziwiony.

- Dziki…- mruknął Pierwszy, poprawiając swoją osłonę twarzy.- Może ci się wydawać, że moment pozyskania Pierwotnej Woli, uczynił cię jakimś herosem. Prawda jest jednak taka, że dalej jesteś człowiekiem. Wola musi być wzbudzona, by zadziałać. Gdyby ktoś niespodziewanie pchnął cię nożem od tyłu, żaden błąd ci nie pomoże, bo umrzesz zanim zdążysz poczuć cokolwiek. Moja wola jest pod tym względem jeszcze gorsza, bo żeby zaczęła działać, muszę czuć, że moje życie jest zagrożone. Dlatego tak łatwo mu ze mną poszło. W ogóle się go nie bałem, a on rąbnął mnie w łeb kluczem zupełnie niespodziewanie.

- Rozumiem… - odparł Dziki, który dopiero od niedawna zaczął dostrzegać, zasady kierujące błędami i Pierwotną Wolą.

Gdy garaż był już ‘’bezpieczny’’, na spokojnie zapakowali się do pancernika. Zjawa która usiadła na siedzeniu za kierowcą, spojrzała na przestraszonego Elemisa. – Po co go w ogóle zabieramy? Myślałam, że jest nam potrzebny, tylko żeby wyprowadzić samochód z tego miejsca. Strażnik jest nieprzytomny więc jak ciemnia się skończy, możemy ruszać sami.

- Znam tylko podstawowe szlaki – odparł Pierwszy. – Nie wiem jak poruszać się samochodem po Zarzeczu. Myślę, że on sprawniej nas przeprowadzi… No i przy okazji, zapłaciłem już za jego usługi.

- Jesteś głupi, nie powinieneś był zostawiać broni...- westchnęła dziewczyna.

- Jestem uczciwy i dotrzymuję danego słowa. Chociaż rzeczywiście, te cechy nawet w Starym Świecie uchodziły za głupie – odparł mężczyzna.

W tym momencie Elemis spojrzał w jego zamaskowaną twarz. – Posłuchaj, naprawdę nie będę już sprawiał problemów. Dowiozę was gdzie tylko chcecie…

- Oby – wtrącił Dziki. – Pamiętaj, że ktoś już mógł przez ciebie dzisiaj zginąć.

Po tych słowach, Elemis odpalił samochód i ruszyli w stronę wrót garażowych. Musieli odczekać jeszcze kilka nerwowych minut, zanim ciemnia się skończyła. Na szczęście w tym czasie nikt inny nie zajrzał do pomieszczenia.

Dopiero gdy z pod rolet zaczęło przebijać się światło, a reflektory oświetlające pomieszczenie zgasły, wyjechali na zewnątrz.

Droga zapowiadała się na dużo szybszą i pewniejszą niż w aucie Sznura. Chociaż pojazd Elemisa był zdecydowanie mniej ‘’pancerny”, to komfort podróżowania w nim, był nie porównywalnie większy. Przede wszystkim przez okratowane szyby bez problemu byli w stanie, widzieć wszystko co ich otaczało.

Opuścili podjazd szpitala i jadąc drogą między zamkniętymi szklarniami, ruszyli na trasę. Dziki myślał, że będą kierować się w stronę głównej drogi, ale Elemis skręcił w boczną uliczkę prowadzącą do sąsiedniej wsi.

- Dlaczego jedziesz tędy? – spytał podejrzliwie.

- Idąc na piechotę, musisz być cały czas w pobliżu schronień, ale jak jedziesz pancerniakiem lepiej omijać główny szlak. Droga między polami, jest praktycznie pusta jeśli chodzi o niewykształconych…- odparł Elemis, nie spuszczając wzroku z nad kierownicy.

Dziki odetchnął opierając się o szybę. Jechali naprawdę szybko, ale zdecydowanie okrężną drogą. W pewnym momencie zauważył, że zbliżają się do granic miasta. Przestraszony spojrzał na trasę, myśląc, że kierowca skręci gdzieś w bok. Ten jechał jednak pewnie w kierunku przekreślonego znaku Krańcowo.

Dziki chwycił jego fotel, chcąc go powstrzymać, ale Pierwszy spojrzał w jego stronę. – Spokojnie, mówiłem ci, że po tej stronie Strefa Zamarcia nie kończy się za granicą miasta...

Dziki przytaknął, mimo to wciąż spoglądał niepewnie w stronę drogi. Gdy mijali znak wyznaczający granicę Krańcowa, poczuł jak włosy stają mu dęba. Uczucie strachu minęło tak szybko, jak się pojawiło. Już po chwili pędzili przez sąsiadującą z miastem wieś Rybnica.

Było to dla Dzikiego coś naprawdę niezwykłego. Po raz kolejny przekroczył granicę, które wydawały mu się nieprzekraczalne. Najpierw dotarł na Zarzecze, a teraz opuścił miasto które było dla nich jak więzienie. Przez chwilę podekscytowany tą sytuacją, zapomniał nawet o ciągłym poczuciu winy i strachu o Oli. – Jak daleko można dojechać? – spytał.

- Do Łomnicy, ale same miasto jest już za strefą zamarcia – odparł Elemis.

W tym momencie do głowy, wróciły Dzikiemu te same myśli, które dręczyły go od początku przybycia. Czym jest Krańcowo? Co tak naprawdę ich tutaj więzi? Czemu granicę po których mogli się poruszać, z czasem się rozszerzały? Spoglądając na kierowcę, spytał – Tak było od zawsze?

- Skąd to pytanie? Chyba jesteś tu nie krócej niż ja…- powiedział Elemis, zerkając niepewnie na Dzikiego.

- Pochodzimy z Centrum, na Zarzecze dotarliśmy zaledwie kilka dni temu – stwierdził Pierwszy, na co ich kierowca zrobił ogromne oczy.

- CO? I po kiego huja się tu ładowaliście? Chyba nie chcecie nagle zamieszkać w piekle na ziemi?! – zawołał zdziwiony.

- Zwiadowca porwał naszą przyjaciółkę i sprzedał ją gdzieś po drodze. Próbujemy ją uratować – warknął Dziki.

Elemis słysząc to, opuścił delikatnie głowę. – Współczuję, ale tak to już tutaj jest… kobiety nie mają lekkiego życia na Zarzeczu… – westchnął.

- Nie chcę o tym słuchać- wtrącił natychmiast Dziki.- Pytałem cię o coś wcześniej.

Elemis odpowiedział, nie odrywając już wzroku od drogi. - Jak zaczęli się pojawiać pierwsi ludzie, zamierało się równiutko przy wyjeździe z Krańcowa. Do Centrum też nie mieliśmy dostępu przez długi czas… Potem nasz świat zaczął się nieco ‘’poszerzać” - odparł mężczyzna.

- Jak się o tym dowiedzieliście? – spytała Zjawa, która przysłuchiwała się rozmowie nie mniejszą uwagą.

- Nasi skazańcy zniknęli – odpowiedział mężczyzna. - Wypchnięcie za granicę, było kiedyś u nas karą za ciężkie przestępstwa. Gdy strażnicy przyszli pewnego dnia, żeby przepchnąć jakiegoś zbrodniarza, to nie dość, że jego poprzedników już nie było, to jeszcze on sam prawie im uciekł, biegnąc po strefie którą uważali za nieprzekraczalną…

Dziki spojrzał przez szybę. Więc ich rzeczywistość nie była stała. Nowy Świat się zmieniał, ale co te zmiany mogły przynieść? Czy któregoś dnia zyskają dostęp do reszty kraju? A może błysk zniknie i większość ludzi umrze z głodu, bo sklepy przestaną się odnawiać? Mnóstwo pytań bombardowało mu głowę. Czy skoro Zarzecze i Centrum zaczęły się scalać, to Ciemnia pojawi się również po ich stronie?

Gdy wyrwał się z zamyślenia, jechali drogą wzdłuż leżących ugorem pól uprawnych. Wyschnięte kępy zboża, z ledwością przykrywały brązową ziemię. Z oddali widać było pierwsze zabudowania wsi Rybnica.

- Będziemy mieli pewien kłopot – westchnął nagle Pierwszy.

- Co się stało? – spytał Dziki, odruchowo rozglądając się przez szybę za jakimś zagrożeniem.

- W końcu znajdą tego człowieka w karetce - odparł ich przewodnik. - Na pewno za jakiś czas rozejdzie się po Zarzeczu, że grupa awanturników, porwała handlarza z Przychodni. Dlatego do następnego miasta wejdę sam. Spodziewają się trójki z dziewczyną, więc bez was, będę wzbudzał mniejsze podejrzenia.

Dziki pokręcił głową zrezygnowany. Nie do końca podobał mu się ten pomysł. – Mógłbym pójść razem z tobą, Zjawa przypilnowała by w tym czasie, żeby Elemis dotrzymał umowy – stwierdził, zerkając znacząco na ich kierowcę.

- Zobaczymy…- odparł Pierwszy i skupił się na drodze.

Kilka minut później minęli kościół, który znajdował się na wjeździe do Rybnicy i skręcili na skrzyżowaniu z powrotem w kierunku Krańcowa. W tym momencie, Elemis uderzył w hamulce.

Dziki trzymając się fotela, ledwo uniknął uderzenia głową w szybę. Zjawa nie miała tyle szczęścia i rąbnęła czołem w zagłówek. – POJEBAŁO CIĘ! - krzyknęła natychmiast.

Pierwszy wychylił się do przodu by spojrzeć przez kraty, więc Dziki zrobił to samo. Kilka metrów przed nimi, dostrzegł zniszczony pancerniak. Auto, które niegdyś było dużym Vanem, stało po środku drogi. Jego okute blachą drzwi, leżały wyrwane na asfalcie, a boczne ściany pełne były wgnieceń i dziur.

- Wiesz czyj to pojazd? – spytał Pierwszy, zerkając w stronę przestraszonego Elemisa, który z niedowierzaniem kręcił głową obserwując wrak.

– Braci Łęczyków – odpowiedział, przełykając nerwowo ślinę. – Jeden z nich, wyjechał zaraz po błysku, szukać budynków po resetowych…

- Co mogło to zrobić? – spytała Zjawa, rozmasowując czerwone czoło.

Elemis zamyślił się przez chwilę, zanim wydukał z wyraźnym obrzydzeniem. - Ścierwojady...

Dziki spojrzał przerażony na auto. Nie wyobrażał sobie jak silny musiał być niewykształocny, który dokonał takich spustoszeń. – Mówiłeś, że nie ma tu potworów! – warknął.

Elemis słysząc to, spojrzał na niego wyraźnie przestraszony. – Ścierwojady to nie niewykształceni, tylko ludzie.

- Jacy znowu ludzie? – spytała Zjawa, która sama wychyliła się teraz do przodu, by przyjrzeć się wrakowi.

- Dezerterzy, banici którzy nie godzili się na panujące tu zasady i uciekli. Cholera nigdy nie było ich w tej okolicy… – odparł kierowca.

Ruszając powoli do przodu, Elemis okrążył pancerniaka łukiem. W jego wnętrzu ciągle widoczne były plamy krwi. Dziki dostrzegł też policyjną kolczatkę rozrzuconą na drodze, która zamieniła opony auta w ser szwajcarski. Ich kierowca też musiał to zauważyć, bo nie ośmielił się rozpędzić auta ponad prędkość toczenia. Przez cały czas bacznie obserwował drogę, jakby spodziewał się, że coś zaraz na nich wyskoczy.

- Nie sądziłem, że na Zarzeczu jest jakakolwiek grupa przeciwna Magistratowi. Kim oni są? - spytał Pierwszy, gdy oddalili się od wraku i zaczęli w końcu nabierać prędkości.

Elemis zmarszczył czoło, wyraźnie skupiony. - Cztery lata temu, grupa z obozu pracy Meblowiec zbuntowała się. Zabili większość strażników i uciekli. Ich akcja odbiła się po Zarzeczu głośnym echem, zyskując spore poparcie wśród innych mieszkańców drugiej kategorii. Całe tabuny robotników uciekały do nich nocami, bo obiecywali, że obalą stary porządek i wprowadzą równe prawa dla wszystkich. Szybko jednak zaczęli mieć problemy. Na Zarzeczu jest ogólnie mało jedzenia, a duże osady trzymają łapy na jego źródłach. Zdesperowani napadali więc na konwoje i osady, a sprowokowany Magistrat, rozpoczął z nimi regularną wojnę. W pół roku większość została wytrzebiona, a ci którzy przeżyli zachorowali na Defekt i postradali zmysły…- mówiąc ostatnie zdanie, otrzepał się z obrzydzeniem.

- Od czego zachorowali? –spytała Zjawa.

Elemis popatrzył na odbicie dziewczyny w tylnym lusterku. - Ci którzy przetrwali walkę z Magistratem, zaczęli głodować. By jakoś przetrwać żarli niewykształconych.

- Chyba sobie jaja robisz - wtrącił Dziki. Elemis pokręcił jednak głową i z poważną miną, dodał. - To szczera prawda. Od tego całkiem im się poprzewracało w głowach. Prawie nie zachowują się już jak ludzie. W ogóle nie idzie się z nimi dogadać… Strażnicy którzy odpierali ich późniejsze ataki, brali czasem jednego czy dwóch jako jeńców. Myśleli, że uda im się dowiedzieć gdzie mają bazę i ostatecznie się z nimi rozprawić, ale oni już nawet nie mówią jak…

Słowa Elemisa utonęły nagle w tajemniczym ryku, który wypełnił okolicę. Wszyscy rozejrzeli się panicznie, szukając źródła tego przerażającego dźwięku.

Dziki dostrzegł momentalnie jakiś ruch, między ścianami budynków. – Tam! – krzyknął wskazując palcem na drogę, biegnącą po drugiej stronie domostw.

Pierwszy doskoczył do bocznej szyby i przerażony krzyknął po chwili. - Hamuj!

Elemis słysząc to uderzył w pedały, a pancerniak stanął dęba.

W tym samym momencie na skrzyżowanie przed nimi wypadła ogromna wywrotka. Stary Jelcz, cały pokryty rdzą, minął ich na grubość lakieru. Bez wątpienia jego kierowca planował ich staranować.

Dziki dostrzegł, że na jego pace stoi gromada ludzi. Wywrotka zaczęła zawracać, a sparaliżowany Elemis, wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany.

- MIEJSCE! – krzyknął Pierwszy, wyciągając mężczyznę z fotela.

Weteran siadając za kierownicą, wbił wsteczny i szarpiąc gwałtownie autem, obrócił ich do tyłu. W tym czasie Jelcz łamał się już w ich stronę. Na szczęście Pancerniak nabierał prędkości dużo szybciej, więc już po chwili zaczęli oddalać się od ścigającego ich pojazdu.

W przeciągu kilku sekund wrócili z powrotem do Rybnicy. Płoty budynków mijały za szybą jak oszalałe. Z oddali dostrzegli już dzwonnice kościoła.

- Tym starym pudłem nie wyciągną zbyt dużo, musimy objechać wioskę i przebić się boczną drogą - stwierdził Pierwszy, gwałtownym łukiem mijając zniszczony Pancerniak.

W tym samym momencie z jednego z podwórek wypadła jakaś postać. Mężczyzna w żółtym kombinezonie jak do pracy przy chemii, rzucił przed ich maskę siatkę najeżoną kolcami.

Pierwszy zdążył jeszcze skręcić kierownicą tak, że na pułapkę najechali tylko połową auta. Opony po prawej stronie eksplodowały, a pancerniakiem szarpnęło na bok. Mężczyzna kręcił kierownicą jak szalony starając się opanować auto i nie wbić ich w żadne ogrodzenie. Po kilku sekundach niewyobrażalnie szybkich zwrotów i jazdy od boku do boku drogi, wyhamowali kilka metrów przed wyjazdem z Rybnicy.

Dziki spojrzał przerażony do tyłu. Natychmiast dostrzegł, że ścigający ich Jelcz pojawił się w oddali. – Musimy uciekać! – krzyknął do Pierwszego, który zamarł w szoku po tym slalomie, jaki wykonał.

- Tak… TAK! DO BUDYNKU! – odpowiedział weteran, wracając do siebie.

Całą gromadą wyskoczyli z auta i wbiegli na typowo wiejskie podwórze.

Większość placu zajmował ogromny garaż i stodoła. Tuż przy ogrodzeniu stał, klockowaty budynek z czerwonej cegły. Pierwszy, szarpnięciem otworzył jego drzwi i wyciągając z kabury pistolet wbiegł na wyłożony boazerią korytarz. Mijając biegiem kolejne pomieszczenia pełne ikon, dewocjonaliów i PRL-owskich meblościanek, wpadli do salonu którego okna wychodziły prosto na drogę.

Przez firanki dostrzegli Jelcza, który wbił się z impetem w ich pancerniaka, zgniatając całkiem jego tył i przesuwając wrak o kilkanaście metrów. Z wnętrza przybyłego pojazdu, błyskawicznie wypadły postacie, ubrane w niebieskie kombinezony robotników drogowych. Wszyscy napastnicy mieli twarze skryte pod chustami i arafatkami.

- Ścierwojady! – zawołał przerażony Elemis.- Zabiją nas i zjedzą… Kurwa mać, dlaczego, dlaczego... – Pierwszy odciągnął mężczyznę od okna, a sam przyklęknął pod parapetem, wychylając się delikatnie.

Dziki i Zjawa zrobili to samo. Przez jakąś minutę obserwowali jak przybyła gromada rozpierzchała się po okolicy, poszukując pasażerów pancerniaka. Przybysze biegali bez żadnej organizacji, wpadając na sąsiadujące podwórza. Zdecydowana większość Ścierwojadów uzbrojona była w siekiery i kusze robione z samochodowych resorów, ale kilku trzymało ogromne wyrzutnie ciśnienioniowe. Większe nawet, niż strzelba którą miał Sznur.

- Boże, Jezu, Chryste nie… kurwa tylko niech nas nie gotują żywcem! - zawył przerażony Elemis, padając na kolana.

Pierwszy doskoczył do niego i łapiąc za kark pociągnął w stronę ogromnej drewnianej szafy. – Właź tu i nawet nie drgnij! – rozkazał.

Dziki w tym czasie zobaczył przez okno, jak trójka Ścierwojadów wbiega na podwórze. – IDĄ TU! – krzyknął, w stronę Pierwszego.

Słysząc to mężczyzna, dobiegł do wejścia, przyklejając się do jego bocznej ściany. Zjawa ustawiła się zaraz zanim, a Dziki przyklęknął naprzeciw nich.

– Postarajmy się bez strzałów, niech pozostali nie wiedzą gdzie jesteśmy – wyszeptał Pierwszy, opuszczając pistolet i wyciągając nóż.

Dziki widząc to, wyszarpał z kabury swój, a ręka zadrżała mu niemal natychmiast. Gdzie była teraz jego wola? Czemu zamiast chęci zabicia czuł strach? Przecież sposób w jaki otworzył się na błędy, zdawał się być wręcz idealny do takich sytuacji. Czemu więc nie czuł teraz niczego co mogło by go rozbudzić? Usłyszał jak Zjawa szepcze. Wiedział, że się nakręca. Stara wzbudzić w sobie gniew. Dlaczego uważała swoją Pierwotną Wolę za słabą, skoro tak łatwo ją przywoływała? Dlaczego on, nie mógł poczuć tej chęci zabijania, której tak bardzo teraz potrzebował. Starał się powtarzać w głowie, że musi zabić napastników, zniszczyć, zamordować. Czuł jednak kompletną pustkę.

Zacisnął przez chwilę oczy, starając skupić się na przebudzeniu woli, gdy nagle usłyszał kroki w korytarzu. Jego serce zadrgało przestraszone. Dlaczego? Dlaczego, nawet teraz gdy mógł posługiwać się błędami, ciągle się bał?

W tym momencie przez framugę drzwi wbiegł Ścierwojad. Wysoki mężczyzna ubrany w brudny niebiesko-zielony kombinezon, trzymał w rękach domowej roboty włócznie. Pierwszy natychmiast doskoczył do niego, wbijając mu nóż w mostek. Zjawa nie czekając, błysnęła i zniknęła gdzieś na korytarzu.

Ugodzony Ścierwojad, nie miał jednak zamiaru się poddać. Pchnął Pierwszego w głąb pokoju, uderzając jego plecami o stary kineskopowy telewizor. Weteran kontrując złapał za wbity w tors napastnika nóż. Wykręcając ostrze w bok sprawił, że mężczyzna wydał z siebie wręcz niewyobrażalny wrzask. Upuszczając włócznie, odepchnął od siebie Pierwszego i złapał za wystającą mu z piersi rękojeść, chcąc wyciągnąć ją z siebie.

Zaraz zanim, do pomieszczenia wbiegł jego towarzysz, trzymając w rękach broń ciśnieniową. Dziki poderwał się, celując nożem w jego szyję. Mężczyzna zdołał się jednak uchylić i odpowiedział uderzając go kolbo-butlą swojej broni.

Zęby Dzikiego, aż zadźwięczały po tym ciosie. Mimo, że nie był dość mocny by go powalić, w głowie usłyszał szum, a w ustach poczuł smak krwi. Oszołomiony spróbował zaatakować po raz kolejny, wykonując zamach nożem. Ścierwojad bez problemu uniknął tego zbyt powolnego ataku i uderzył po raz wtóry. Dziki wiedział już, że kolejnego ciosu nie przetrzyma, gwizd w głowie narastał, a oczy zaszły mu łzami i mgłą. Wypuszczając nóż, z przygarbionej pozy, ruszył prosto w nogi Ścierwojada. Łapiąc napastnika za kolana, bez problemu poderwał go do góry. Mężczyzna okazał się być, wręcz niewyobrażalnie lekki. Dziki pod grubym ubraniem poczuł, że jego przeciwnik był wręcz anorektycznie chudy.

Gdy tylko nogi Ścierwojada przestały dotykać ziemi, cisnął nim o podłogę. Nim napastnik zdążył się podnieść, Dziki wskoczył na niego okładając gromadą ciosów. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego wola nie działała? Czemu nawet w tej sytuacji, nie mógł wzbudzić w sobie chęci zabicia swojego wroga? Na samą myśl, że mógłby przebić jego czaszkę poczuł tylko obrzydzenie.

Tuż za jego plecami, Pierwszy ruszył ponownie do ataku. W jego dłoni pojawił się kolejny nóż. Zjawa wbiegła w tym czasie z korytarza, jej dłoń ociekała od krwi, a kurtka pełna była czerwonych plam. Dostrzegając sytuację, ruszyła natychmiast w stronę rannego Ścierwojada którego atakował Pierwszy. Ten zamiast się bronić rzucił się w stronę okna. Zrywając zasłony, uderzył ręką w szybę, roztrzaskując ją na kawałki. – BUADADRADADGA! – wykrzyczał, ranny mężczyzna. Z podwórka natychmiast dobiegły do nich oddalone krzyki.

Pierwszy stwierdzając chyba, że i tak zostali odkryci, chwycił natychmiast za swój pistolet i wystrzelił kilka razy w korpus Ścierwojada. – Już nas usłyszeli! Teraz wszyscy się tu zlecą! Łapcie za broń! - krzyknął.

Dziki odskoczył od leżącego na ziemi napastnika i dobiegł do okna. Dostrzegł kolejne postacie wbiegające na podwórze. Nim jednak zdążył w nich wycelować, zobaczył jak stojący przy Jelczu Ścierwojad, mierzy do niego z ogromnej strzelby. Runął na ziemię a chwilę potem, do pomieszczenia wpadła z ogromną szybkością, śruba kolejowa. Ciężki kawał metalu wbił się z impetem w ścianę, robiąc w niej ogromne wgniecenie.

- Głowy nisko! – zawołał Pierwszy.

Zjawa wyciągnęła swoją dwururkę i mierząc w korytarz wyczekała moment gdy pojawią się w nim pierwsze postacie. Gdy tylko sylwetki Ścierwojadów śmignęły w drzwiach, nacisnęła spust pokrywając całą sień chmarą śrutu.

Dziki usłyszał jęki i krzyki, a dziewczyna cofnęła się by przeładować broń. Wtedy Pierwszy, przygarbiony tak by nie wejść w zasięg strzelców z dworu, doskoczył do wejścia. Dostrzegając kolejne postacie, ostrzelał korytarz, opróżniając magazynek.

Przez chwilę zrobiło się cicho. Z korytarza dobiegał jedynie pojedyncze jęki rannych Ścierwojadów.

- Co się dzieje? Dlaczego nie idą? – spytała niepewnie Zjawa, drżącymi rękoma trzymając swoją strzelbę.

- Wiedzą już, że mamy broń. Spróbują nas przeczekać….- odparł Pierwszy, osuwają się po ścianie.

Podsuwając na klęczkach, do najbliższego Ścierwojada, ściągnął z niego arafatkę. Martwy mężczyzna bez wątpienia chorował na jakąś formę defektu, ale nie taką jaką zazwyczaj występowała z ich strony rzeki. Jego twarz pełna była gładkich plam, co od razu przypomniało Dzikiemu, Dix i dziwną formę tej choroby, na którą cierpiała.

- Więc tak kończą ci, którzy zapominają, że niewykształceni w większości, byli kiedyś ludźmi - westchnął Pierwszy, zakrywając z powrotem twarz trupa.

- Czy już jest bezpiecznie? – zawołał zamknięty w szafie Elemis.

- Nie, ale wyjdź. Nie możemy tu zostać! Trzymaj głowę nisko! – odparł Pierwszy.

Elemis, otworzył niepewnie drzwi i padając na podłogę, przeczołgał się w ich stronę. – Co się dzieje? – spytał, wyraźnie zlękniony.

Pierwszy oparł się o ścianę, spoglądając w stronę wybitego okna. – Wystraszyliśmy ich na tyle, że raczej nie spróbują wejść tu po raz kolejny, ale stracili już kilku swoich, więc nie wydaję mi się, żeby nam po prostu odpuścili…

- To co teraz zrobimy? – spytał Dziki, czując, że i tak nie unikną dalszej walki.

Pierwszy ściągnął maskę, biorąc kilka głębokich wdechów. – Pancerniak Elemisa już na pewno nie ruszy. Ten wrak który, spotkaliśmy na początku, jest już raczej ograbiony ze wszystkiego, łącznie z paliwem. Musimy zdobyć tego Jelcza…

- Po co? – wtrąciła Zjawa. – Nie lepiej poczekać, aż zrezygnują? Ewentualnie odeprzeć kolejny atak tutaj?

Pierwszy westchnął. – Po naszej stronie, tak byłoby najrozsądniej. Tylko, że jesteśmy daleko od głównych schronień. Jak teraz się ściemni, bez samochodu zginiemy…

- Zgasło praktycznie dwa razy pod rząd, może kolejnego ciemnienia już nie będzie przez kilka dni – stwierdził z nadzieją Elemis.

- Może…- odparł Pierwszy. – A może, kolejne będzie za dziesięć minut. Sam wiesz, że nie ma na to reguły.

- Więc będziemy atakować? – spytał Dziki.

- Ja pójdę, Wy poczekajcie tutaj – stwierdził mężczyzna, wciągając maskę.

- Chyba oszalałeś, idę z tobą! – wtrąciła Zjawa.

Pierwszy spojrzał jednak na nią w jakiś nieprzenikniony sposób. – Dobrze walczysz. Z tego powodu przy tobie czuję się bezpieczniejszy, więc moja wola szwankuję. Dlatego zostaniesz tu razem z Dzikim. Zresztą gdyby coś mi się stało, będziesz musiała mu pomóc odnaleźć te małą…

Zjawa chciała zaprotestować, ale Pierwszy nie czekając ruszył korytarzem. Dziewczyna chciała już iść zanim, ale Dziki złapał ją za kurtkę. – On wie co robi, nie zapominaj jaka jest jego Pierwotna Wola.

Kilka sekund później odgłosy wystrzałów, wpadły przez rozbite okno. Dziki przesunął się w stronę parapetu, wyglądając na zewnątrz.

Pierwszy wyłonił się zza winkla budynku, przebiegając w stronę furtki. Ścierwojady stojące przy wywrotce, niemal natychmiast go dostrzegły. Napastnicy zaatakowali całą chmarą, a Dziki ponownie zobaczył swojego kompana w pełni ‘’mocy”. Pierwszy ruszył do przodu, nie trzymając nawet pistoletu. W jego dłoni błyskawicznie pojawiły się noże, którymi cisnął w dwóch nadbiegających napastników. Mężczyźni zostali po prostu zwaleni z nóg, siłą jaka włożona była w lecące ostrza.

Kolejny Ścierwojad zamachnął się toporkiem, a Pierwszy z nadludzką szybkością omijał każdy nadlatujący cios. Na sam koniec, złapał atakującego za rękę i wykręcając ją, wytrącił mu broń. Następnie podnosząc otwartą dłoń nad ziemie, przyciągnął małą siekierę jakby był jakimś magnesem.

Uderzając obuchem w głowę, poprzedniego właściciela topora, pozbawił go natychmiast świadomości.

Tuż przed nim, kolejny Ścierwojad odkręcał panicznie zawory w butli pod swoją bronią. Gdy nagle stało się coś dziwnego, bo broń po prostu eksplodowała, odrywając właścicielowi palce. Ścierwojad upadł na kolana z opętańczym wrzaskiem, a Pierwszy przechodząc obok niego wbił mu topór w głowę.

Dziki poczuł przypływ radości. – Udało się! Załatwił wszystkich! – krzyknął i pobiegł korytarzem na zewnątrz.

Zjawa i Elemis, natychmiast ruszyli zanim. Wybiegając na podwórze, wypadli za budynek dostrzegając Pierwszego, który stał już pod Jelczem.

- To było niesamowite, zwłaszcza jak wysadziłeś mu broń! – zawołał dziewczyna.

- To nie byłem ja… ona po prostu wybuchła – stwierdził, zdziwiony Pierwszy.

Elemis który dobiegł do nich, wydyszał. – To się akurat często zdarza, zwłaszcza jak nie są dobrze konserwowane, ciśnienie w zbiornikach jest ogromne. Czasem cała obudowa nie wytrzymuje…

- Dobra, nie ma na co czekać - stwierdził Pierwszy. – Zobaczmy czy da radę jechać tym kawałkiem rdzy.

Dziki spojrzał na Jelcza, auto bez wątpienia było w tragicznym stanie. Rdza pożerała praktycznie każdy jego element. Pajęczyn na przedniej szybie nie sposób było zliczyć, a z pod silnika na drogę wyciekał olej. Nie mniej ścigający ich ludzie, jakoś tutaj dotarli, dlatego pojazd musiał być ‘’przynajmniej’’ na chodzie.

Elemis otworzył drzwi, a ze środka buchnął niewyobrażalny odór stolca przez którego oczy Dzikiego, aż załzawiły.

- Jadę na krypie – stwierdził Pierwszy, wspinając się na bok auta.

- Ja też! – zawołała Zjawa.

- To pożycz chociaż maskę! – krzyknął Dziki, gdy mężczyzna wspinał się po kole na górę.

Następne wydarzenia stały się w przeciągu sekund. Ogromny huk wypełnił okolicę, a trzy śruby do skręcania torów uderzyły w Pierwszego. Dwie trafiły w kamizelkę kuloodporną i plecak, praktycznie zrywając je z mężczyzny. Trzecia trafiła w hełm na jego głowie, wgniatając go.

Pierwszy odpadł od wywrotki, lądując bez świadomości na ziemi.

Dziki odwrócił się, dostrzegając Ścierwojada z ogromnym miotaczem. Mężczyzna miał na plecach dwie duże butle, jak nurkowie przy swoich strojach, a ich rury łączyły się z lufą szerokości domowego komina.

Zjawa krzyknęła przestraszona, a Ścierwojad nacisnął spust po raz kolejny. Dwie kolejne śruby poleciały w stronę dziewczyny, która ledwo zdążyła odbłysnąć się na bok. Zamiast jednak zaatakować, padła na kolana łapiąc się za głowę.

Dziki wiedział co to oznacza. Dziewczyna musiała być przestraszona a nie wściekła, naciągnęła więc swoją wolę. Zostając jako ostatnia linia obrony w tej sytuacji, złapał natychmiast za broń. Ręka mu zadrżała, a serce łopotało jak szalone. Znowu nie było to, tym czego oczekiwał. Gdzie była jego Pierwotna Wola? Dlaczego nie budziła się kiedy tak jej potrzebował… Chciał zabić tego ścierwojada, wiedział to. W tym momencie poczuł to charakterystyczne drgnięcie we wnętrzu, ale nie umywało się ono w najmniejszym stopniu, do tego co czuł pod autobusem.

I wtedy dotarło do niego, że za długo wszystko rozważał. Nim zdążył nacisnąć spust, Ścierwojad wystrzelił pierwszy. Śruba kolejowa leciała w kierunku jego głowy. Cała jego wola jaką zdążył zgromadzić, robiła wszystko by zmienić tor jej lotu. Metalowy walec odchylił się, trafiając Dzikiego w ucho. Ignorując eksplodujący z boku głowy ból, nacisnął spust.

Jego pocisk trafił w głowę Ścierwojada, a ten runął na ziemię, przeważony ciężarem zbiorników na gaz.

Dziki doskoczył natychmiast do wijącej się po ziemi weteranki. – Zjawa! Zjawa! Wytrzymaj skup się, dasz radę!

Dziewczyna jednak nie słuchała, miotała się jak w jakiejś padaczce tracąc po chwili przytomność. Wtedy dopiero Dziki zdołał spojrzeć w jej twarz, na szczęście była ona wyraźna i nierozmyta. Zostawiając ją ruszył w stronę Pierwszego.

Mężczyzna leżał jak bez życia na ziemi, tuż pod kołem wywrotki. Najdelikatniej jak potrafił rozpiął jego hełm i zsunął kamizelkę. Pierwszy ledwo dyszał, a z jego ust wylewała się strużką krew.

Wtedy Dziki usłyszał odgłos kroków i krzyk Elemisa. – UWAŻAJ!

W tym momencie dwa Ścierwojady dopadły do niego. Jeden chwycił go natychmiast za rękę, a drugi przycisnął go do baku samochodu. Walczył ze wszystkich sił by utrzymać pistolet w zaciśniętej dłoni, ale napastnik przyciskający mu korpus, zaczął uderzać go kolanem w brzuch. Czuł jak po każdym kolejnym ciosie przytyka go co raz mocniej.

Nagle usłyszał strzał, a bok pierwszego ze ścierwojadów po prostu rozerwało. Drugi widząc to puścił rękę Dzikiego i rzucił się do ucieczki. Elemis wyskoczył do przodu, celując z należącej do Zjawy strzelby i nacisnął spust po raz kolejny. Biegnącego Ścierwojada prawie okręciło w powietrzu, gdy chmara śrutu wleciała w jego plecy. Dotychczasowy zakładnik odetchnął opuszczając broń. – Chłopie, musisz się bardziej rozglądać…

Dziki skinął głową, spoglądając niepewnie na broń w rękach ich zakładnika. Strzelba miała tylko dwie komory, więc po tych dwóch strzałach nie było w niej amunicji. Mogła co najwyżej służyć, jako niezbyt poręczna pałka. Nieco spokojniejszy, podsunął się do nieprzytomnego kompana, kątem oka wciąż obserwując Elemisa.

Ten stanął natychmiast obok, nachylając się nad Pierwszym. – Bardzo z nim źle?

- Mocno oberwał, nie wiem nawet jak mu pomóc… Cholera, jasna! – krzyknął Dziki, pełen przelewającej się frustracji.

Zjawa w tym czasie jęknęła. Elemis doskoczył do niej podpierając jej głowę. – No już, już ślicznotko. Nikt cię nie skrzywdzi puki tu jestem - stwierdził, po czym zwrócił się do Dzikiego. – Co właściwie jej się stało?

- Nadużyła błędów, ale na szczęście nie złapała defektu- odparł. – Nie możemy tu zostać, musimy ich stąd zabrać…

Elemis skinął głową i podnosząc dziewczynę przyciągnął ją do szoferki. Dziki ruszył od drugiej strony i przechodząc przez cuchnącą kabinę, pomógł wciągnąć Zjawę do środka. Potem we dwóch unieśli delikatnie Pierwszego i wsunęli go na krypę z tyłu.

– Zostań z nim, zawiozę nas do lekarza – stwierdził Elemis, siadając obok nieprzytomnego.

Dzikiemu ta propozycja wydała się niemal natychmiast podejrzana.- Dlaczego miałbyś to zrobić? Dlaczego w ogóle mi pomagasz? Przecież mogłeś dać im mnie zabić i uciec? Przecież cię porwaliśmy – pytał zszokowany.

- Bo twój kumpel to w porządku gość. Nie pozwolił zabić Huberta, zostawił mi broń. Jak dla mnie nasza umowa dalej obowiązuje - stwierdził Elemis.

- Jakiego Huberta? O kim ty mówisz? – spytał Dziki.

- O gościu z garażu. To jedyny prawdziwy kumpel jakiego mam w tym świecie. A teraz siadaj, nie chcemy tu dłużej czekać - odparł mężczyzna.

- Dokąd w ogóle chcesz jechać? – spytał Dziki.

- Najbliżej mamy do sadu, ale tam nie ma dobrego lekarza. Okręcimy trochę drogę i pojedziemy do ‘’Garażu”. Mają tam najlepszego doktora na Zarzeczu – odparł Elemis.

Dziki skinął głowa, wskakując na krypę, a mężczyzna odpalił silnik. Całą okolicę wypełnił ryk starego diesla. Najprawdopodobniej kierowca nigdy nie prowadził tak dużego pojazdu, bo najpierw bardzo długo nie mógł ruszyć, a gdy już mu się to udało, miał spore problemy z utrzymaniem pojazdu na równej drodze.

Dziki ściskał nerwowo pistolet obserwując okolicę. Czy wszystkie Ścierwojady były już martwe? Czy był to jedyny sprawny samochód jaki mieli? Czy dałby radę obronić rannego Pierwszego i nieprzytomną Zjawę gdyby znowu ich zaatakowali?

W tym momencie do głowy wpadły mu słowa Modrzewa - ‘’Nikogo nie zdołasz ocalić”

Zsuwając się po krypie, poczuł jak łzy ciekną mu po policzkach. Dlaczego tak późno zdał sobie sprawę ze swojej beznadziejności? Dlaczego przez tak długi czas udawał, że może być strażnikiem autobusu. Miał teraz na sumieniu tyle osób, a za chwilę mogły dojść kolejne. Kolejne ofiary jego durnych decyzji. Przez głowę przebiegła mu dziewczyna, którą Znicz zabił na cmentarzu. – Powinienem był wtedy zginąć… - wyszeptał. Jego wzrok skupił się na nieprzytomnym Pierwszym. – PO CO? PO CO MNIE WTEDY RATOWAŁEŚ?! POWINIENEM BYŁ UMRZEĆ! – wykrzyczał.

- Ja też…- wyszeptał pół przytomny Pierwszy, na co Dzikiemu odebrało mowę.