Krańcowo III - Rozdział III - Społeczeństwo pogardy

Aktualizacja: kwi 25

Sznur prowadzący swój pancerny samochód albo nie uważał, albo nie był już w stanie uważać na drogę. Dziki darował sobie jakiekolwiek próby siadania i zapierając się ze wszystkich sił, starał po prostu nie przesuwać, pośród fruwającego po całym wnętrzu pojazdu złomu.

Światło które jeszcze chwilę temu, przebijało się przez szpary w pancerzu, zupełnie zniknęło.

- Ile jeszcze?! – krzyknęła Zjawa, która upadła po raz kolejny, gniotąc plecami pudełka rozrzucone na podłodze.

- Parę metrów, jeszcze parę metrów… - powiedział kierowca, chociaż nie wiadomo było czy mówił to bardziej do siebie, czy może jednak odpowiadał na pytanie.

Pierwszy ściskał jedyny ocalały fotel, próbując utrzymać się w miejscu. W tym samym czasie we wnętrzu auta rozległ się huk. Bez wątpienia w coś uderzyli, ale Sznur nie zwrócił na to uwagi. Dociskając mocniej pedał gazu, rozpędzał auto coraz bardziej.

Dziki poczuł teraz prawdziwy lęk. Ślepy na jedno oko mężczyzna, obserwujący drogę przez maleńki lufcik, do tego w całkowitej ciemności, nie gwarantował, że dojadą w jednym kawałku. Kolejne uderzenie szarpnęło samochodem, auto nie zwolniło jednak nawet odrobinę. Ryk silnika wypełniał wnętrze, a pancerna karoseria drgała straszliwie. Bez wątpienia zbliżali się do maksymalnej prędkości jaką mógł rozwinąć pojazd.

Kolejne uderzenie praktycznie poderwało samochód w górę. Dziki nie zdołał utrzymać się w miejscu i pofrunął do tyłu, lądując w stercie kabli. Zjawa upadła tuż obok niego klnąc głośno. – Kurwa! Pozabijasz nas wszystkich!

W tym momencie Dziki dostrzegł, że przez otwory w samochodzie zaczyna dostawać się ten specyficzny dym Ciemnienia. Sznur musiał chyba zauważyć to samo, bo naciskając jeden z przycisków na pulpicie, zapalił wewnętrzne lampy. Te natychmiast wypełniły samochód jasnym ostrym światłem.

Nie minęła sekunda, gdy autem znowu szarpnęło. Tym razem nawet Pierwszy ściskający fotel, nie zdołał utrzymać się na miejscu.Poderwany do góry, rąbnął hełmem o sufit, lądując potem boleśnie na podłodze pojazdu.

Tego uderzenia auto nie przetrwało bez uszczerbku. Już po chwili silnik zaczął grzechotać, a całym pojazdem szarpało jakby ktoś wciskał co i rusz sprzęgło.

– Co się dzieje? – spytał Pierwszy, a paniki w jego głosie, nie były w stanie ukryć nawet pochłaniacze maski.

- Przewód paliwa…to przewód paliwa… Pewnie się znowu zsunął – odparł Sznur, pompując jednocześnie gazem. Samochód jednak w ogóle nie zareagował, a silnik po chwili zadusił się.

Toczyli się pędem, ale obciążony do granic możliwości pojazd, do tego ciągnący przyczepę błyskawicznie wytracał prędkość. - CO TERAZ!? DO CHOLERY CO ROBIMY!?- zawołała Zjawa, podrywając się do przodu i wbijając między Pierwszego a Sznura.

Opiekun schronień wyjrzał przez wizjer na dachu, rozglądając się po okolicy. – To już blisko, musimy biec.

- A nie możemy zostać w samochodzie? Przecież jest opancerzony? – spytał Dziki, którego przerażenie paraliżowało na samą myśl, o wyjściu teraz na zewnątrz.

Sznur wskazał jednak palcem na halogen pod sufitem, którego światło przygasło od momentu, gdy stanęli. – Bez pracy silnika, nie będziemy bezpieczni. Lampy pożrą prąd w kilka minut. Wtedy przyjdzie ciemność, wtedy przyjdą potwory…

- Nie ma czasu! Z każdą chwilą na zewnątrz jest tylko gorzej! – krzyknął Pierwszy i gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi. Dziki i pozostała dwójka wypadła za nim.

Tak jak poprzednim razem, ciemnia ogarnęła wszystko dookoła. Potężne halogeny umieszczone na pojeździe Sznura, z ledwością przebijały się przez otaczający mrok. Rzucając jedynie niewielką plamę światła na drodze dookoła nich.

Opiekun schronień, dopadł do skrzynki na boku pojazdu, a Pierwszy zaczął rozglądać się po okolicy. Dziki zastanawiał się co właściwie próbuję dostrzec, gdy nagle mężczyzna krzyknął. – TAM!

Dziki spojrzał we wskazanym kierunku i dostrzegł ogromną metalową blachę, na której narysowany był białą farbą dom z krzyżem w środku. Od razu domyślił się, że w ten sposób oznaczano schronienia. Metal, którego Ciemnia nie pochłaniała przez bardzo długi czas, do tego pomalowany w jaskrawe barwy, był w tej dziwnej mgle doskonale widoczny.

- Weźcie świece! – zawołał Sznur, wyciągając dziwne tekturowe laski ze schowka przy aucie. – Gdy będzie bardzo źle, zerwijcie osłonę! Zyskacie kilka sekund!

Wszyscy złapali po jednej świecy i ruszyli w kierunku schronienia. Gdy tylko odbiegli z zasięgu świateł samochodu, latarki, które mieli ze sobą, natychmiast pochłonął mrok. Światło nie przebijało się nawet na odległość centymetra. Biegli więc po omacku, w kierunku metalowego oznaczenia, które było teraz niczym ich latarnia przybrzeżna.

Dziki poczuł nagle, że coś biegnie za nimi. Kiedy obrócił się, dostrzegł jedynie ciemność. Dziwne odczucie nabierało jednak na sile z każdą sekundą. W końcu miał już wrażenie, że coś jest zaledwie o krok za nim. – ZAPALAM! – krzyknął, zrywając osłonę na górze tuby.

W tym momencie świeca zapłonęła. Chemiczne światło, które z niej błysnęło, było intensywne jak przy spawaniu diodą i wydawało z siebie podobny zapach. Błękitna poświata momentalnie przebiła się przez ciemność. Dziki dostrzegł za sobą jakąś niewyraźną sylwetkę, która prawie natychmiast zniknęła pochłonięta światłem. Spoglądając do przodu, zobaczył plecy Zjawy oraz resztę grupy biegnącą przed nim.

Niestety świeca zgasła tak szybko, jak się zapaliła. Już po chwili znowu biegł w ciemności, słysząc przed sobą jedynie kroki współtowarzyszy. – ZAPALAM! – zawołał w ciemności głos Pierwszego.

Dookoła znowu zajaśniało. Dziki dostrzegł, że biegli po chodniku wzdłuż ogrodzeń pobliskich budynków. Tym razem żadna sylwetka nie pojawiła się przy nich. Po kilku sekundach światło zgasło, pozostawiając ich ponownie na pastwę ciemności.

Zanim świeca się dopaliła, Dziki oparł rękę na ogrodzeniu, by kierować się niczym ślepi przez dotyk. Sunąc dłonią po siatce i panelach, starał się nie zgubić biegnących z przodu towarzyszy. Na szczęście wciąż słyszał ich oddechy i kroki.

– TERAZ JA! – krzyknął Sznur.

Jasność ponownie wypełniła okolicę. Dziki dostrzegł przed nimi, postać Gospodarza, który wyłonił się zza pobliskiego zakrętu. Mężczyzna o twarzy, która wciąż miała na sobie ślady życia, ruszył natychmiast w ich stronę. Sznur upuścił świece i zrzucił strzelbę z ramienia, gotów do ataku. Pierwszy ubiegł go i doskakując do niewykształconego, strzelił mu z pistoletu w podbródek. Gospodarz upadł, znikając w ciemności, gdy tylko świeca zgasła.

W tym samym momencie z oddali dobiegło do nich wołanie. – Tutaj!Jeszcze kawałek!

Dziki słysząc to, spojrzał do przodu, dostrzegając niewyraźną plamę światła. Gdzieś w jej środku, jakiś cień machał ręką, poganiając ich. Wyglądało na to, że ktoś zdążył schronić się w budynku przed nimi.

Zjawa, która biegła pośrodku, bez słowa odpaliła swoją świecę. Tym razem Dzikiego po prostu zamurowało. Miał wrażenie, że błękitny płomień, zmiótł po prostu, co najmniej kilkunastu niewykształconych, rodzących się w tej dziwacznej anomalii.

Po chwili całą gromadą wpadli do pomieszczenia. Stojący przy drzwiach, wysoki mężczyzna o łysej głowie, zawołał z rosyjskim akcentem. – Waszie Wszyscy?!

- Tak! – odpowiedział Pierwszy, a mężczyzna zatrzasnął w tym momencie drzwi.

Po tym szaleńczym biegu, gromada uciekająca z samochodu padła na ziemię dysząc ciężko.

Dziki, który czuł, że zaraz wypluje płuca, musiał położyć się na podłodze. Przed oczami widział mroczki, wymieszane z ostrym światłem halogenów. Dopiero gdy jego serce, przestało mieć ochotę na wyskoczenie z klatki piersiowej, zdołał usiąść i rozejrzeć się po pomieszczeniu.

Schronienie nie różniło się wiele od poprzedniego, w którym nocowali. Podobnie jak wcześniejsze znajdowało się w piętrowym budynku, a jego wnętrze wypełnione było halogenami, lampami i sprzętem obozowym. Plątanina kabli i przedłużaczy, rozchodziła się istną pajęczyną po podłodze. Jedyna różnica była taka, że we wnętrzu nie było słychać generatora. Budynek musiał być zasilany w jakiś inny sposób.

W środku, oprócz zamykającego drzwi, byli jeszcze dwaj inni mężczyźni. Jeden dość młody ze świeżo obtartą twarzą i zakrwawionymi ustami, siedział pośród podróżnych toreb. Najwyraźniej sprawdzając ich zawartość. Drugi znacznie starszy i przyprószony siwizną obserwował ich podejrzliwie z rogu pomieszczenia.

Łysy mężczyzna mówiący z rosyjskim akcentem, popatrzył się na nich gdy dochodzili do siebie. - Dobrze, że u was były swjece. Bez nich byśce już dawno nie dali rady – stwierdził, siadając w fotelu który najwidoczniej sam, ustawił przy drzwiach.

- Tak, bez nich byłoby źle… - wydyszał Pierwszy, powoli uspokajając oddech.

Stojący w rogu starszy mężczyzna przyjrzał mu się uważnie.Po czym zbliżył, spoglądając badawczo. - Skoro już jesteśmy bezpieczni, chciałbym się dowiedzieć, z jakiego pokroju ludźmi mamy do czynienia – rzucił dość opryskliwym tonem. – Jestem Szop handlarz z Przychodni, rok ósmy. A to Yuriii mój wspólnik, rok siódmy – przedstawił ich dumnie, zupełnie ignorując obecność chłopaka w rogu.

- Jestem Czarny, rok siódmy, Zwiadowca – odparł Pierwszy. – A to Dziki i Zjawa, oboje rok szósty. Wróciliśmy wczoraj z naszej pierwszej misji w Raju.

Handlarz zrobił wielkie oczy, poczym chwycił rękę Pierwszego. – To dla mnie zaszczyt – stwierdził, już zupełnie odmiennym przymilnym tonem. – Jestem w tym świecie od tak dawna, a wciąż trafiają się ważne figury, których nie znam. Cały czas mnie to zaskakuje... Mimo wszystko mogłem się domyślić, wasza broń nie pochodzi przecież z tej ‘’strony’’.

Pierwszy spojrzał mimochodem na swój karabin, potwierdzając skinieniem głowy. W tym czasie Szop uścisnął rękę Zjawy i Dzikiego, zatrzymując się na chwilę przy Sznurze. – A ty? Chyba cię już widziałem? – spytał, ponownie wracając do opryskliwego tonu.

- Jestem Sznur, opiekun schronień, rok trzeci… - wyjaśnił jednooki.

W tym momencie Szop zerknął tylko na niego, z wyraźną pogardą nie podając mu nawet ręki. Po czym ponownie zwrócił się do Pierwszego. – To skoro już formalne przedstawienie mamy za sobą, to pozwólcie, że zaproszę na nieformalne. – mówiąc to, zbliżył się do rozstawionych toreb i wyciągnął z jednej z nich butelkę czegoś, co wyglądało jak alkohol. – WSZYSCY ALBO NIKT! – zawołał, łapiąc spory łyk, po czym podał butelkę Pierwszemu.

- Wszyscy albo nikt! – odpowiedział na zawołanie mężczyzna, biorąc trunek do ręki. Nie złapał jednak z niej nawet łyka, zdjął jedynie maskę i powąchał zawartość. – Wydaje się mocne… To jabłko? – spytał, oddając butelkę właścicielowi.

Szop uśmiechnął się. – Poznałeś? To ‘’Cydrówka’’ z Sadu Wileńskiego. Nie smakuje co prawda jak alkohol poresetowy, ale w Przychodni zanim przepadają. Może jednak się skusisz?

Pierwszy odmówił gestem, wiec zrezygnowany handlarz stanął obok Zjawy. - Wszyscy albo nikt! Swoją drogą, to naprawdę grzech, że taka ładna dziewczyna idzie do zwiadu - stwierdził, częstując teraz weterankę.

- Wszyscy albo nikt! – odparła Zjawa, biorąc łyk i krztusząc się zawartością.

Szop widząc to, zaśmiał się klepiąc ją po plecach. - Wiem, nie jest to rarytas, ale przynajmniej procenty się zgadzają. Po tamtej stronie, pewnie mieliście okazję, popróbować lepszych rzeczy - powiedział, stając teraz naprzeciw Dzikiego. - No mój chłopcze, z twarzy jeszcze dzieciak, ale po oczach widać, że sporo w życiu przeszedłeś. Ile miałeś lat, jak błysnęło?

- Dwadzieścia jeden - odpowiedział Dziki, biorąc od mężczyzny butelkę i łapiąc z niej łyk.

- Pewnie korciło, żeby zostać po tamtej stronie co? Młody Zwiadowca, który nie poddaje się pokusie, to prawdziwa sól tej wypalonej kwasem ziemi – stwierdził Szop, kładąc Dzikiemu rękę na ramieniu.

- Wszyscy albo nikt! – odparł Dziki, który powoli zaczynał rozumieć, co oznaczało to ciągle powtarzane na Zarzeczu zawołanie.

- W rzeczy samej chłopcze – powiedział handlarz, zabierając butelkę.

Mężczyzna wydawał się dość rozmowny, a przy tym miał wyraźny szacunek dla Zwiadowców. Dziki który usłyszał, że handlarze byli w miejscu gdzie zabrano Oli, postanowił spróbować dowiedzieć się czegoś więcej. - Więc wracacie z Sadu? – zagadnął, licząc na to, że uda mu się wciągnąć mężczyzn w rozmowę.

Yurii siedzący w fotelu, spojrzał na niego zdziwiony. – O czym ty gadasz chłopaku? Przecież Sad jest z tamtej strony szpitala. Jak mamy stamtąd wracać?

Pierwszy spojrzał na Dzikiego surowo, po czym zwrócił się do rosjanina. – Pomyliło mu się. Większość czasu próbował przebudzić "Wolę" w Magistracie pod okiem Smutnego. Dlatego nie włóczył się po osadach.

- Smutny…- wyszeptał Szop. – Słyszałem pogłoski o nim. Podobno to już nawet nie jest człowiek… Jeżeli używanie błędów wiążę się z defektem, albo ogólną utratą ciała… Osobiście bym nie zaryzykował.

- Rozumiem – odparł Pierwszy. – A wy? Co tak w ogóle tu robicie? – spytał, chcąc wyraźnie zmienić temat.

Szop popatrzył przez chwilę na niego, mrużąc oczy.- Zwiadowcy mogę chyba powiedzieć. Raczej nie wygryziecie mnie z interesu. Szukamy nowych miejsc zaopatrzeniowych. Większość małych osiedli między siedliskami, jest trzepana tak regularnie, że nie znajdziesz tam nawet opakowania wykałaczek. Z kolei, w okolicę Dzielnicy Krzyków, prawie nikt nie zagląda, a z przychodni mamy do niej chyba najbliżej.

Pierwszy pokręcił jednak głową. – Budynki tam nie były szabrowane, więc nie resetowały się. Spożywka nie nadaję się już do niczego, a elektronika po tak długim czasie raczej też nie wróci do życia…

- Wiem, wiem- odparł Szop. – Dlatego razem z Yuriim, chodzimy od pewnego czasu robić tam rozgardiasz. Może w końcu, któryś ze zniszczonych przez nas budynków się odnowi. Magistrat szykuje się do inwazji, a co za tym idzie, towary poresetowe sięgają niebotycznych cen. Cała centrala handlowa skupuje wszystko, co będzie można dać naszym, jako racje na drogę. Nawet jeden dom z długoterminową żywnością, pozwala nieźle zarobić. A właśnie…- Szop spojrzał teraz na chłopaka siedzącego w rogu. – Długo jeszcze będziesz to liczył? Jak próbujesz ukryć, że coś zgubiłeś upadając, to zaraz pójdziesz na zewnątrz tego poszukać.

- Jakiś problem? – spytał Pierwszy, widząc jak chłopak, skulił się między torbami.

- Po prostu mój cholerny tragarz, nie potrafi biec nie przewracając się na swoją durną gębę. Jebane pasożyty z roku bieżącego, do niczego się nie nadają – stwierdził Szop, spoglądając znowu z pogardą na skrytego między torbami. – Pamiętaj, że mam listę. Jak czegoś będzie brakowało, sprzedam cię do najdalszej szklarni…

Tragarz, słysząc to, zupełnie pobladł. Do Dzikiego zaś dotarło, że słowa Pierwszego odnośnie nowoprzybyłych na Zarzeczu, były mocnym niedopowiedzeniem. Oni nie byli traktowani jak ludzie drugiej kategorii, tylko jak niewolnicy. Jeżeli w ten sposób odnosili się do własnych ludzi, to jaki los czekał tych pochodzących z drugiej strony? Poczuł gniecenie w mostku, myśląc teraz o Oli.

Szop zaczął przeglądać pobieżnie swoje torby. Musiał w końcu zauważyć coś, co mu się nie spodobało, bo zawołał wściekle. – No kurwa! Nie wierzę! - Nachylając się, włożył rękę do jednej z nich.- Yuriii spójrz, ten gnój potłukł fiolki z antybiotykami! – dodał, demonstrując pokruszoną buteleczkę.

Mężczyzna ze wschodu podniósł się i chwytając tragarza za szyję, bez trudu postawił go na nogi. – Te towary kosztowały więcej, niż będzie zapłacone za twoją skórę, Swołotch – warknął, pchając przestraszonego chłopaka w stronę drzwi.

- Może jak posiedzi trochę w ciemni, nauczy się szanować cudze – warknął Szop.

W tym momencie Sznur stanął naprzeciw wejścia, zagradzając je. – Nikogo nie zostawia się za drzwiami! Schronienie ma służyć każdemu niezależnie od roku przybycia.Takie jest prawo!

- Zamknij się suka, bo zara ty bedziesz tam razem z nim! – prychnął Yuriii, ciągnąc tragarza za kołnierz w stronę wyjścia.

- Dość! – powiedział Pierwszy, chłodnym donośnym głosem. – Nie będziemy otwierać drzwi, w samym środku ciemni, tylko po to, żebyście mogli dać upust swojej furii. A jak akurat pojawi się przed nimi Spalacz? Użyjcie trochę mózgu.

Yuriii i Szop popatrzyli na siebie. W końcu ten pierwszy pchnął chłopaka na ścianę, przez co kości w jego wątłym ciele aż zagrzechotały. – Zwiadowca ma rację. Zresztą, martwy nie będzie nic wart...

Sznur natychmiast podszedł do leżącego na ziemi, pomagając mu się podnieść. Ten złapał się za żebra, jakby któreś pękło przy uderzeniu.

- Cholera, cholera…- westchnął Szop. Przyglądając się zawartości torby. – Przepraszam was, że musieliście patrzeć na to żałosne przedstawienie. Tylko, że to był Metrodanizol na specjalne zamówienie szefa ochrony Przychodni. Jakiś czas temu, kupili dwie dziewczyny z ‘’Garażu’’, ale obie okazały się tak syfne, że połowa strażników leży teraz wijąc się ze spuchniętymi przyrodzeniami. Mam nadzieję, że jednak coś ocalało…może, jakby rozrobił resztki z solą fizjologiczną…- zaczął mamrotać mężczyzna, grzebiąc między szkłami w poszukiwaniu całej butelki.

Dziki poczuł, jak ręka mu drży. Każda chwila, w której Oli przebywała w tym miejscu, napełniał go poczuciem coraz większego przerażenia i bezsilnej złości. Pomyślał nawet o tym, by jednak ukraść samochód Sznura, nawet bez pozwolenia Pierwszego. Auto stało jednak uszkodzone i nie wiadomo, jak długo trzeba byłoby czekać na jego naprawę.

Szop w tym czasie, przeglądał swoje rzeczy. Jego mina zdradzała, że tragarza nie czeka nic dobrego. – Kurwa… NIE OCALAŁA NAWET JEDNA!

Handlarz doskoczył błyskawicznie do opartego o ścianę chłopaka i kopnął go w głowę tak mocno, że jego potylica aż odbiła się od muru. Po tym ciosie padł on natychmiast na ziemię, prawie całkiem oszołomiony. Szop nie poprzestał jednak tylko na tym.Zaczął ze wszystkich sił kopać chłopaka po żebrach. - Ty sukinsynu! WIESZ JAKIE KŁOPOTY BĘDĘ MIAŁ PRZEZ CIEBIE? WIESZ?! – spytał ironicznie, katując swojego podwładnego.

Dziki spojrzał że Pierwszy zacisnął pięści. Momentalnie chwycił go za rękę, kręcąc głową. Jeżeli chcieli pomóc Oli, nie mogli pozwolić sobie na zdemaskowanie, ani niepotrzebnie ryzykować . Niespodziewanie Zjawa zareagowała jako pierwsza, nie mogąc chyba znieść tego widoku. - DOŚĆ! - krzyknęła, wyskakując do przodu.

Yuriii i Szop spojrzeli na nią zdziwieni, a ta przebiegła panicznie wzrokiem po zgromadzonych. Najwidoczniej takie zachowanie nie było tu niczym dziwnym, więc mężczyźni mogli nabrać podejrzeń. Dziewczyna jednak dała pewny krok w stronę handlarza i głosem pełnym opanowania powiedziała. – Zaraz go zabijesz, a ja nie mam zamiaru siedzieć w jednym pomieszczeniu z trupem do końca ciemni. Otwarcie drzwi jak wspomniał Czarny to za duże ryzyko. Więc puki jesteśmy tu uwięzieni, hamujcie się!

Mężczyźni popatrzyli na siebie, nieco zmieszani. W końcu Szop spuścił głowę, mówiąc – Przepraszam, nigdy nie chciałem wprowadzać naszych wybawicieli w jakąś niezręczną sytuację…Po prostu, meh... tyle kasy się zmarnowało...

- To nie wprowadzaj…- skwitowała, Zjawa i odwracają się, mrugnęła do Pierwszego.

Dziki poczuł jakieś dziwne zażenowanie. Przypominał sobie czasy, gdy sam rzuciłby się temu chłopakowi na pomoc, bez chwili zawahania. Dlaczego więc teraz myślał, że to było głupie? Czemu w środku miał pretensję, do Zjawy i Pierwszego, że się wtrącili. Potrząsnął jednak głową. Chodziło przecież o Oli, to na niej powinni się skupić. Nie miał teraz czasu na pomaganie innym, zwłaszcza ludziom z Zarzecza.

W tym samym czasie Sznur podsunął się do ledwo przytomnego chłopaka. Podniósł go powoli, opierając o ścianę i sięgnął do swojego płaszcza.

Yurii widząc to natychmiast warknął – Nie pomagaj jemu!

- Znowu zaczynacie? – wtrąciła Zjawa, zirytowanym głosem. – Niech pasożyty bawią się ze sobą. Siedzenie tutaj jest dostatecznie nieprzyjemne, bez waszego ciągłego przypominania o ich istnieniu.

Słysząc te reprymendę ze strony ‘’zwiadowczyni’’, Rosjanin momentalnie spochmurniał, siadając z powrotem na swoim fotelu.

W tym samym czasie, Sznur zaczął wyciągać swoje rzeczy z płaszcza. W pewnym momencie udało mu się dokopać, do czegoś co wyglądało jak proszki przeciwbólowe. – Połknij, będzie lepiej – wyszeptał, do pół przytomnego tragarza, wciskając mu tabletkę do ust.

Półprzytomny chłopak momentalnie zaczął się dusić. Sznur widząc to, błyskawicznie wyszarpał manierkę ze swojego płaszcza, upuszczając jednocześnie rewolwer ofiarowany przez Pierwszego. – Popij… popij- powiedział, podtrzymując głowę tragarza.

W tym samym czasie, Yuriii zwrócił uwagę na broń z podłogi. – EJ! – zawołał. – To nie jest samoróbka…- stwierdził, podnosząc rewolwer.

- TO MOJE! – zawołał natychmiast Sznur.

- Morda czerwiu…- uciszył go Szop, podchodząc do kompana. – Pokaż – powiedział, wyciągając dłoń. – Faktycznie…- dodał po chwili, biorąc pistolet w rękę.

Dziki poczuł jak grunt zaczyna palić im się pod nogami. Sznur nie wydawał się na tyle zrównoważony, by podarować odebranie sobie czegoś, co uważał za swoje. Zastanawiał się tylko, czy Pierwszy i Zjawa wtrącą się w te sytuacje.

- Komu go ukradłeś? – spytał nagle Szop, patrząc z odrazą na opiekuna schronień.

-Nikomu! To była uczciwa wymiana! – zawołał mężczyzna, wyciągając rękę, po swoją własność. Handlarz prychnął. – A kto by chciał handlować z kimś takim jak ty? Chyba tylko inny pasożyt, ale to i tak znaczy, że komuś te broń ukradliście – odparł opryskliwie, kładąc sobie pistolet do torby.

- NIE! TO MOJE! – krzyknął Sznur, łapiąc mężczyznę za kurtkę, ale w tym momencie Yurii wstał z fotela i uderzył go w głowę.

Pierwszy widząc to, nie wytrzymał. Biorąc potężny zamach, rąbnął Rosjanina w szczękę tak mocno, że ten upadł na ziemię. Szop, widząc to, spojrzał zszokowany. – Co ty wyprawiasz? To tylko pasożyt… - zawołał.

- Tę broń dostał ode mnie, masz mu ją oddać... – odparł, Pierwszy celując palcem w stronę handlarza.

W tym samym momencie Yuriii podniósł się z podłogi. W jego oczach błyskała furia, a ręce zacisnęły się w pięści. Natychmiast ruszył w stronę Pierwszego, gotów do ataku.

- UWAŻAJ! – krzyknęła Zjawa, gdy mężczyzna zamachnął się na ich przewodnika.

Pierwszy uniknął ciosu i skontrował uderzając w podbródek. Yurii runął na podłogę, padając w plątaninę przedłużaczy i kabli. W tym samym momencie huk wypełnił pomieszczenie. Zwarcie spaliło większość wolnostojących reflektorów, oszczędzając jedynie światła przy suficie.

Szop spojrzał w stronę swojego kompana, który bał się poruszyć, chociaż o milimetr, by nie wywołać kolejnego zwarcia. – Jak mogłeś? Zaatakowałeś starego mieszkańca dla pasożyta? Co z ciebie za Zwiadowca? – spytał z niedowierzaniem.

- Co z ciebie za człowiek? – odparł Pierwszy, spoglądając lodowatym spojrzeniem w stronę handlarza.

W tym samym czasie, podnoszący się z ziemi Sznur wyszeptał – Mrok się wkrada…

Dziki spojrzał w stronę drzwi. Z pomiędzy futryny przebijały się stróżki mgły, przypominające ogromne czarne języki.

Wszyscy zamarli, obserwując jak plamy światła, rzucanego przez żyrandole, stają się coraz mniejsze. Dziki poczuł, że jest obserwowany. Zdążył już zauważyć, że to tajemnicze uczucie powracało za każdym razem, gdy ciemnienie było w pobliżu.

Yurii spróbował się podnieść, ale Szop wyciągnął w jego stronę rękę, krzycząc – NIE! Jak pójdzie kolejne spięcie, zginiemy. Leż i nawet nie drgnij!

Kolejne minuty mijały jak godziny, wszyscy zamarli czekając w napięciu, czy pozostałe lampy, będą w stanie utrzymać ciemnie na zewnątrz. Dziki miał wrażenie, że otaczający go ludzie przestali nawet oddychać. Mimowolnie powędrował wzrokiem wzdłuż schodów na górę. To tam ciemność wydawała się najgęstsza.

Sznur poruszył się nerwowo, odsuwając od półprzytomnego tragarza. Pierwszy oparł rękę na broni, spoglądając podobnie do Dzikiego na piętro. Stamtąd zaczęły dochodzić jakieś dziwne dźwięki. Przez moment wydawało się, że ktoś dość głośno odchrząkuje, po chwili zaś do uszu stojących na parterze dobiegło wołanie. – RATUNKU! POMOCY!

- To łapka – wyszeptał Dziki.

Pierwszy skinął głową, dając jednocześnie znak, by pozostali byli cicho. Powoli i ostrożnie zbliżył się do schodów, z bronią w pogotowiu. Nim jednak zdążył dać chociaż krok na stopień, ogromna ręka zsunęła się w stronę światła.

Wszyscy ponowne zamarli, gdy istota zbliżyła się do krawędzi schodów, podciągając przerośniętymi dłońmi.

Dziki widział już kiedyś Łapkę. Nigdy jednak nie miał okazji przyjrzeć się jej z bliska. Istota przypominała starą łysą kobietę, z ogromnym nosem i jeszcze większymi uszami. Jej skóra brązowego koloru, marszczyła się ogromnymi fałdami na plecach.

Niewykształcony przyjrzał im się, małymi prawie niewidocznymi oczami, po czym otwierając usta zawołał – RATUNKU! POMOCY! - Nie artykułował jednak dźwięków w ludzki sposób. Usta Łapki nie poruszały się, a głos zdawał dochodzić z jej krtani.

Po kolejnym zawołaniu, istota zaatakowała. Jej dolne pół pozostało na piętrze, podczas gdy górne wystrzeliło jak sprężyna. Yurii widząc to spróbował poderwać się do góry, ale wtedy na kablach znowu powstało zwarcie.

Kolejne światła zgasły. W tym momencie pomieszczenie oświetlała już tylko jedna lampka, podpięta zapewne do innej fazy. Dziki wypatrzył w półmroku, że Łapka dopadła do tragarza i próbowała wciągnąć go powoli na górę.

Widząc to Sznur chwycił za swoją strzelbę, gdy nagle kable zaiskrzyły po raz kolejny, ostatecznie odcinając ich źródło światła.

- Suka! Blyat! – zawołał Yurii, potykając się w ciemności o przedłużacze.

Mimo że wnętrze wypełniło się ciemnością, ta nie była jeszcze tą charakterystyczną gęstą mgłą ciemnienia. Dziki złapał od razu za latarkę, a jej światło bez problemu sięgnęło w głąb pokoju. Kierując wzrok na schody, dostrzegł, że łapka wciągnęła już chłopaka na górę. Kilka innych latarek zapaliło się w pomieszczeniu, gdy nagle Zjawa krzyknęła - TAM!

Dziki rozejrzał się i dostrzegł, że przez szparę w futrynie zaczyna wpływać falami mrok.

- Wszyscy na górę! Tam jest awaryjny pokój ze światłem! – krzyknął Sznur.

- I Łapka…- wtrącił Dziki.

- Nie ma czasu! – krzyknął Pierwszy, wbiegając na schody, a wszyscy ruszyli zanim.

Łapka zdążyła w tym czasie zagnieździć się w kącie korytarza, pałaszując wnętrzności tragarza. Gdy jednak zobaczyła wbiegające na górę osoby, natychmiast zawołała – RATUNKU! POMOCY! – Po czym wystrzeliła swój korpus do przodu.

Zjawa widząc nadlatujące cielsko, przebłysnęła się na bok.Potwór przelatując przez miejsce w którym stała przed chwilą, wbił się prosto w Szopa.

- Yurii, POMÓŻ MI! – Zawołał handlarz, gdy niewykształcony zaciskał mu olbrzymie ręce na szyi.

W tym czasie Sznur, dobiegł do jedynego pomieszczenia na piętrze które miało drzwi. – Szybko! Tutaj! – zawołał, ponaglając ich machnięciem ręki.

Pierwszy zawahał się, widząc jak Yurii próbuję wydrzeć Szopa ze szponów łapki. Gdy jednak spojrzał na tragarza rozprutego w rogu, zaciągnął maskę na twarz i wbiegł do pokoju.

W jego wnętrzu rozstawione były dziesiątki świeczek i opakowań zapałek.

- Zapalajcie! Zapalajcie ile możecie! – wykrzyczał Sznur, dopadając się do najbliżej stojących świec.

W tym czasie Pierwszy zatrzasnął drzwi. Już po chwili po drugiej stronie pojawiło się wołanie- Otwieraj! SWOŁOCZ! OTWIERAJ!

Nikt jednak nie zareagował. Dziki, Zjawa i Sznur rozpalali kolejne świece, a Pierwszy wpatrywał się w drzwi kręcąc głową. Gdy Rosjanin zrozumiał, że nie mają zamiaru go wpuścić, podjął desperacką próbę wyważenia drzwi. Te zadrgały z głośnym hukiem. – ZABIERA WAS WSZYSTKICH ZE SOBO! – zawołał uderzając po raz kolejny.

W tym momencie Pierwszy chwycił za broń i wystrzelił przez wejście robiąc ogromne dziury w drewnie.Uderzenia momentalnie ustały.

Dziki skończył właśnie zapalać ostatni pęk świec. – One wystarczą? – spytał.

- Puki się palą…- odparł Sznur, siadając na podłodze.

Większość odetchnęła, ale Dziki poczuł w tym momencie złość, której nie był w stanie opanować. - Po co się wtrąciłeś?! O mało nie zginęliśmy - stwierdził zirytowany.

Pierwszy ściągnął maskę patrząc na niego w dziwny sposób. - Ito ty się mnie o pytasz ? Człowiek, który ciągle się narażał, bo chciał pomagać innym? Ten świat już tak bardzo cię zmienił?

- Wiesz, że przyszliśmy tu po Oli? - odparł natychmiast Dziki.- Wiesz, że dla mnie najważniejsze jest jej ocalenie?! – zawołał głośniej.

Pierwszy westchnął ciężko. - Pamiętam. I pamiętam, że obiecałem ci w tym pomóc. Nigdy nie powiedziałem jednak, że wyrzeknę się przez to tego, kim jestem. A ty? Co ci przeniesie ocalenie Oli, jeśli stracisz przy tym samego siebie? - spytał nagle.

Dziki nie potrafił jednak go zrozumieć. - Uratowanie Oli, jest dla mnie najważniejsze. Nie pozwolę, żeby cokolwiek stanęło mi na drodze - warknął.

Pierwszy poprawił maskę na twarzy, mówiąc chłodnym głosem.- Jeżeli myślisz, że jak ją uratujesz, odkupisz, chociaż część swoich win, to się mylisz. Cel nie uświęca środków.Każda niewinna osoba, która zginie, gdy będziemy ją ratować, obciąży twoje sumienie dodatkowo...

- Nie obciąży! - przerwał Dziki.- Nie dbam o ludzi z Zarzecza! Sami na własne życzenie, zrobili sobie tutaj takie społeczeństwo pogardy. Dla mnie ważna jest tylko Oli! – zawołał wściekły.

Pierwszy zamyślił się przez chwilę, po czym zacytował coś od czego Dzikiemu prawie opadła szczęka. - Nie dbam o ludzi ze Strefy Głodu, sami na własne życzenie tu siedzą, dla mnie liczą się tylko Bracia... Brzmisz teraz dokładnie jak Daniel.

Dziki pokręcił głową. – To nie jest tak!Ja chcę tylko uratować moją przyjaciółkę. Niewinną dziewczynę, która nie zasłużyła by tu być… która cierpi, bo ja nie potrafiłem…

W tym momencie poczuł jak łzy nabiegają mu do oczu, osunął się plecami po ścianie pogrążając w rozpaczy. Pierwszy przyklęknął przy nim, opierając mu rękę na ramieniu. – Popełniłeś błąd, którego konsekwencje już ponieśli ci, którzy nie zasłużyli. Nie pozwól, by kolejni ludzie cierpieli przez niego bez potrzeby… Dziki, w tym świecie zginęła z mojego powodu masa ludzi. Niektórzy wciąż mnie prześladują, niektórzy wciąż wracają. Pamiętaj, nie jesteś jedynym Dzikim na świecie, który pragnie uratować swoją Oli… Zrób wszystko co w twojej mocy, by ratując jedną Oli, kto inny nie stracił szansy ocalenia drugiej…

Dziki skrył twarz w dłoniach. Nie potrafił tego zrozumieć, to wszystko go przerastało... to już za dużo.

***

Ciemnienie trwało jeszcze przez pół godziny. Po tym czasie, światła świec zaczęły wypełniać pomieszczenie miłym ciepłym blaskiem, dając znak ukrywającym się, że koszmar na zewnątrz się skończył.

- Na korytarzu wciąż czeka Łapka – westchnął Pierwszy, spoglądając w stronę drzwi. – Poczekajcie tu, a ja się jej pozbędę.

Mężczyzna otworzył drzwi z cichym skrzypnięciem, z głębi korytarza prawie natychmiast dobiegło wołanie - RATUNKU! POMOCY!

Pierwszy wyślizgnął się z pokoju, a zaraz potem padło kilka strzałów. Dźwięk opadającego ciężkiego cielska, był jasnym dowodem, że zagrożenie zostało zażegnane. Dziki wyszedł na korytarz, dostrzegając na podłodze kilka plam krwi.

Po ciele, Szopa i jego tragarza nie było śladu. Ponieważ łapki pożerały swoje ofiary w całości, nie było to niczym dziwnym.

- Myślisz, że ten Rusek mógł przeżyć?- spytała Zjawa, patrząc w stronę Pierwszego.

- Jakąś szansę zawsze miał, jeśli nie to pewne jest w jej brzuchu…- stwierdził wskazując na ciało Łapki.

Gdy wyszli na zewnątrz, samochód Sznura, stał zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Kiedy wczoraj po ciemku biegli do schronienia, droga wydawała się wręcz niewyobrażalnie długa.

Usterka, która unieruchomiła ich w czasie ściemnienia, musiała być powracającym problemem.Po dotarciu do samochodu, Sznur od razu otworzył maskę i bez chwili zastanowienia, zlokalizował luźny przewód.

- Nie możesz zrobić tego raz a dobrze? – spytał Pierwszy.

- Było zrobione raz a dobrze. Pancerniaki nie są przystosowane do tak dynamicznej jazdy…- odparł mężczyzna, zamykając maskę.

Dalsza część drogi upłynęła im spokojnie. Zamknięci za stalowymi blachami pojazdu, byli chronieni, zarówno przed ludźmi jak i niewykształconymi. Niestety, podróż skończyła się znacznie szybciej, niż by się spodziewali, bo tuż przed nimi zaczął powoli wyrastać budynek Szpitala Powiatowego.

- Nie wolno mi bez potrzeby przyjeżdżać do osad – stwierdził Sznur. – A dla was też nie byłoby dobrze, gdyby zobaczyli, że spoufalacie się ze mną…

Zatrzymał więc pojazd w bocznej alejce, dając pasażerom czas na wyjście. Gdy byli już gotowi do dalszej drogi na piechotę, Pierwszy zatrzymał się jeszcze na chwilę przy opiekunie schronień. – Twój rewolwer przepadł razem z tym cholernym handlarzem.Dam ci w zamian coś innego...

Sznur pokręcił jednak głową. – Wstawiłeś się za mną, to wystarczy… naraziłeś się dla mnie, to więcej niż trzeba – odparł. – Żałuję, że nie mogę was zawieść dalej… Mam nadzieję, że uda wam się odnaleźć, tą której szukacie.

Mężczyzna, miał już wsiadać do pojazdu, ale Pierwszy doskoczył do niego - Sznur, posłuchaj. Gdy będziemy wracali, mogę zabrać cię do raju. Nie musisz tu zostawać. Powiem ci gdzie się ukryć po tamtej stronie, tak żeby zwiadowcy cię nie znaleźli!

Dziki słysząc to, poczuł przez chwilę spore zdziwienie. Potem jednak dotarło do niego, że pomoc, którą zaoferował mu Pierwszy, gdy dotknął go Delimer, była równe spontaniczna i niespodziewana.

Sznur wysłuchał propozycji. Pod koniec zmarszczył jednak czoło. – Schronienia są potrzebne nie tylko Zwiadowcom i starym mieszkańcom. Gdy mrok nadchodzi, nowoprzybyli również muszą mieć gdzie się ukryć. Drzwi muszą być zawsze otwarte, a ja muszę tego pilnować. Poza tym Czarny, tu nie ma tylko złych ludzi. Dla pomagania tym dobrym, warto tu być…

Pierwszy popatrzył na mężczyznę przez szkła, wzdychając jednocześnie ciężko. – Czułem, że się nie zgodzisz. Nie dałoby mi jednak spokoju, gdybym nie zaproponował.

- Bo może jesteś dobrym człowiekiem – stwierdził Sznur.

- Zdecydowanie nie jestem – odparł Pierwszy.

Mężczyźni pożegnali się po raz ostatni, ściskając swoje dłonie.


215 wyświetlenia4 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie