Krańcowo III - Rozdział IV - Miasto Przychodnia

Szpital powiatowy w Krańcowie był największym budynkiem na Zarzeczu. Przynajmniej tak zapamiętał go Dziki, jeszcze ze Starego Świata. Ta placówka służby zdrowia mogła uchodzić za swoisty ewenement, bo mimo, że znajdowała się w rękach państwa, była ośrodkiem naprawdę nowoczesnym i dobrze wyposażonym. Swoją powierzchnią, dorównywał co najmniej średniej klasy hotelom. Szpital miał również liczną flotę karetek oraz nowoczesne lądowisko dla helikoptera.

Dziki wiedział jednak, że to jak zapamiętał to miejsce, nijak będzie się miało, do tego co zobaczy w nim obecnie. Z oddali, budynek wydawał się niezmieniony. Białe fasady przeszyte licznymi oknami, widoczne były już z daleka. Gdy jednak opuścili osiedle i znaleźli się praktycznie na wprost ośrodka, Dzikiego zatkało.

Cały teren otoczony był dziesiątkami szklarni, w których niczym małe mrówki pracowały gromady osób. Każda ze szklanych tub, połączona była siecią rur. Ciągnęły się one aż do szpitalnej kotłowni, z komina której, buchał dym.

- Co to do cholery jest? – spytała Zjawa, patrząc na ten ewenement przed nimi. - Drugie co do wielkości miasto na Zarzeczu – odparł Pierwszy, prowadząc ich dalej. – To tutaj zabierają większość nowoprzybyłych. Szpital znajduję się niedaleko cmentarza komunalnego, przy ulicy Batalionu. Tam pojawiają się nowi po błysku.

Zbliżając się do tego molocha, Dziki poczuł się naprawdę przytłoczony. Nie sądził, że kiedykolwiek zobaczy jeszcze większe zgromadzenie ludzi, niż widział w Strefie Głodu. To miejsce przerastało jednak królestwo Daniela pod każdym względem. – Nigdy nie wyobrażałem sobie, że na Zarzeczu mieszka tyle ludzi.

- To nie tylko ludzie z Zarzecza – odparł natychmiast Pierwszy. – W tym miejscu strefa zamarcia wykracza daleko po za granicę miasta. Wydaję mi się, że musi tu wyrzucać ludzi z całego powiatu.

Dziki zgadzał się z tym w pełni. Było to jedyne sensowne wyjaśnienie, jakim cudem w pierwszej napotkanej osadzie Zarzecza, było pewnie więcej ludzi niż przypuszczalnie w całym centralnym Krańcowie.

Gdy tylko zbliżyli się do granic szklarni, Dziki zobaczył gromady wychudzonych postaci, przywodzących mu na myśl cherlaków. Wszyscy zajęci byli pracą, przy uprawie dość mizernych roślin. Smród, który buchał z każdej otwartej szklarni, był po prostu nie do wytrzymania.

- Że im się chcę… - stwierdziła Zjawa, zakładając na twarz swoją półmaskę. - To nie kwestia chęci, mają zbyt dużo ludzi by jedzenie z resetowanych budynków, wystarczyło - wyjaśnił Pierwszy, prowadząc ich w kierunku szpitala. W pewnym momencie dziewczyna zatrzymała się obok skrzyń, pełnych nie najlepiej wyglądających pomidorów. - Do tej pory myślałam, że w Nowym Świecie nic takiego nie rośnie... - powiedziała, zaskoczona. Pierwszy zatrzymał się przez chwilę obok niej, przyglądając jednocześnie mizernym plonom. – Nasza codzienna ’’szarość’’ ma w sobie dość dużo światła, by rośliny wzrastały. Problemem jest temperatura, dni są chłodne, a noce po prostu zimne. Szklarnie, które dodatkowo dogrzewają, rozwiązują ten problem. Dziki spojrzał na to, nie kryjąc nawet zdziwienia. Cała ta infrastruktura, musiała powstawać miesiącami, jeżeli nie latami. Reset szpitala mógł przecież, zniweczyć to wszystko w kilka chwil. Nie miał pojęcia, jakim cudem udało im się utrzymać to miejsce w takim stanie. – Ten szpital się nie odnawia? – spytał.

Pierwszy pokręcił głową. – Oprócz prawa trzech, istnieje jeszcze jedna zasada dotycząca grupowania się ludzi. Im więcej osób znajduje się w danym miejscu, w momencie błysku, tym mniejsza szansa, że obiekt ulegnie resetowi. Przychodnia ma tylu mieszkańców, że jej odnowienie się jest praktycznie niemożliwe. - H- market i Gorgor się resetują! – zaprotestował Dziki, przypominając sobie problemy, jakie Armia Daniela miała, z zabezpieczaniem swoich własności.

- Obrońcy w nim nie mieszkają, tylko patrolują jego obrzeża. A w momencie błysku, nikt nie zostaje w środku. Podobnie jest z Gorgorem, Daniel mógłby powstrzymać resetowanie gdyby zgromadził tam więcej osób, tylko po co? – wyjaśnił Pierwszy.

Ich dywagację na temat resetowania się miejsc, przerwał strażnik w grubej skórzanej kurtce, który pojawił się przy skrzyniach. Jego wymowne spojrzenie dało im do zrozumienia, że takie stanie przy zbiorach, robi się podejrzane. Pierwszy ruszył bez słowa, więc Zjawa i Dziki poszli zanim.

- Po co właściwie tutaj przyszliśmy? – spytał Dziki.- Sznur powiedział, że widział Oli w Sadzie Wileńskim, a Szop, że Sad jest za Szpitalem - dodał, gdy byli już na tyle daleko by strażnik ich nie usłyszał. - Spróbuje zorganizować nam transport do Sadu, a może nawet do Magistratu…- stwierdził Pierwszy. - A teraz chodźcie dalej. Idąc wzdłuż szklarni, doszli do dawnego oddziału ratunkowego. Na parkingu przy wejściu stały karetki, opancerzone jak samochód Sznura. Wszystkie miały też halogeny, przyczepione do dachu. Najwidoczniej poruszanie się pojazdami było na Zarzeczu, znacznie bardziej popularne niż w Centrum. Tak naprawdę nie licząc Autobusu do Wolności, dostawczaka ze Wspólnoty i auta, którym przyjechał Pierwszy, gdy ścigali Zwiadowców. Dziki nie przypominał sobie, by widział w Centrum jakikolwiek inny działający pojazd.

Przechodząc przez metalowe drzwi do dawnego budynku rejestracji, natrafili na coś, co wyglądało jak punkt kontroli. Przy drewnianym biurku, stojącym tu jeszcze w czasach Starego Świata, siedział jakiś mężczyzna w towarzystwie dwóch strażników. Dzikiego po raz kolejny zaskoczyło mizerne uzbrojenie tutejszych obrońców. Przebywając w Centrum, przywykł już do widoku ludzi z karabinami i pistoletami. Na Zarzeczu naprawdę nie wiele osób zdawało się mieć fabryczną broń. Wartownicy mieli jedynie maczety, a siedzący przy stoliku urzędnik, trzymał na blacie samoróbkę pistoletu. Ta zbudowana była na podobnej zasadzie co strzelba Sznura, z tą różnicą, że miała tylko pojedynczy zbiornik, w miejscu rękojeści.

Mężczyzna przy biurku, słysząc ich kroki, nie podniósł nawet wzroku znad kartki. - Przynależność, rok i cel wizyty? – zapytał, monotonnym znużonym głosem. - Czarny rok siódmy. Zjawa i Dziki rok szósty, Zwiadowcy z Magistratu. Szukamy transportu, by szybciej wrócić do siebie i zdać raport – skłamał Pierwszy. Urzędnik, słysząc za kogo podają się przybysze, podniósł głowę, przyglądając się im uważnie. – Dawno wróciliście? – spytał, przerywając na chwilę wypełnianie jakiegoś formularza. - Wczoraj, ale zanim doszliśmy tutaj, ciemnia przyblokowała nas dwa razy. Chowaliśmy się w schronieniach na krótszym szlaku – odparł Pierwszy. Siedzący przed nimi mężczyzna, przyglądał im się przez chwilę. Najdłużej zatrzymując wzrok na Zjawie. - Ostatnio przymusowych postoi wszyscy mamy znacznie więcej – stwierdził, wracając do wypełniania papierów. - Jakby ten świat domyślał się, że chcemy z niego wszyscy spieprzyć i postanowił jeszcze nam na koniec dopiec – westchnął, podając im trzy wypełnione blankiety. – Zajrzyjcie do stołówki, dzisiaj są placki ziemniaczane. Pierwszy podziękował skinieniem głowy i rozdał dokumenty Dzikiemu i Zjawie. Gdy odeszli już na tyle, by stojący w wejściu ich nie słyszeli, zaczął im tłumaczyć, o co chodzi z tutejszymi przepustkami. – Trzymajcie je przy sobie i okazujcie za każdym razem, gdy jakiś strażnik poprosi. Jesteśmy wpisani jako Zwiadowcy, więc nikt nie powinien was męczyć.

Dziki przyjrzał się dokumentowi, na którym wypisana była jego ksywa oraz przybita pieczątka SOR jeszcze ze Starego Świata. – Mówisz wszystkim, że jesteś Zwiadowcą i każdy po prostu przyjmuje to za pewnik. Jakim cudem? – wyszeptał, w stronę Pierwszego. Mężczyzna zatrzymał się na chwilę. – Nosimy broń, mundury, mnóstwo rzeczy, które można znaleźć tylko po tamtej stronie. Tu nikt nie bierze pod uwagę, że ktoś od nas będzie w stanie przedostać się tutaj i przeżyć. Poza tym jest z nami kobieta, która nosi broń. Takie znajdziesz już tylko w Magistracie.

- Co oni mają do nas? – spytała Zjawa z wyrzutem. - Nic…- odparł Pierwszy. – Po prostu kobiet przeżyło tu tak mało, że albo są kimś ważnym, albo służą do zabawy. Zabawce, nikt nie dałby broni… Dzikiego zamurowało. Rzeczywiście, gdy przechodzili przez szklarnie, nie przypominał sobie, by widział przy pracy jakąkolwiek kobietę. Po chwili jednak coś innego przyszło mu na myśl. - Zaraz – wtrącił nagle. – Przecież, ty i Smutny przedostaliście się. Dlaczego uważają, że nikt od nas nie przejdzie? - Bo o tym, że jesteśmy z Centrum, wiedza tylko Zwiadowcy i członkowie Magistratu. To spotkania z nimi musimy się obawiać. - A co będzie, jak ich spotkamy? – dopytała weteranka, patrząc niepewnie.

- Kto wie…- westchnął Pierwszy.- Ale chyba braliście pod uwagę, że będziemy musieli wywalczyć sobie drogę ucieczki?

Przechodząc przez dawną izbę przyjęć, natrafili od razu na koczowisko namiotów i szałasów. Te rozłożone bezpośrednio na podłodze, stanowiły najwidoczniej coś w rodzaju tutejszych kwater. Z niektórych dochodziły przyciszone rozmowy. Naprzeciwko dużego pomarańczowego namiotu, jakiś mężczyzna gotował ziemniaki na butli turystycznej.

Podobny widok towarzyszył im praktycznie przez całą drogę do głównej poczekalni. Mijane przez nich po drodze sale i gabinety lekarskie, zajęte były w większości przez różnego rodzaju handlarzy i usługodawców. W jednym z pomieszczeń Dziki zauważył nawet fryzjera, przycinającego nożyczkami włosy jakiegoś młodego chłopaka. - Bliżej temu do cywilizacji, niż Wspólnocie…- stwierdziła Zjawa. - Istnieją dużo dłużej, mieli więc czas na rozbudowę. Poza tym, warunki na Zarzeczu wręcz wymuszały współpracę. W centrum prawo trzech przekreślało większość prób tworzenia jakiejkolwiek społeczności – odparł Pierwszy. Po kilku minutach dotarli w końcu do głównej poczekalni. Tutaj swoje stoiska mieli mniejsi handlarze, których zapewne nie było stać na posiadanie własnego pokoju. Pojawiła się też pierwsza jadłodajnia, nosząca dość przyjemną nazwę – Mamunia. Pierwszy poprowadził ich do stolika, wyciągniętego zapewne z dawnej szpitalnej świetlicy. Gdy rozsiedli się na niewygodnych ‘’poczekalniowych” krzesłach, czekała ich niespodzianka, bo obsłużyć przyszła ich kobieta.

Dość przysadzista starsza kelnerka powitała ich uśmiechem. – Czołem kochaniutcy, co dla was?

- Dwa razy placek ziemniaczany – odparł Pierwszy. – Tylko, że nie mam waluty. Może być wymiana towarowa?

- Zależy, co tam masz skarbie…- westchnęła kobieta, nachylając się bez przekonania nad stolikiem. Pierwszy wypiął swój magazynek i wyciągnął z niego kilka naboi. Oczy kobiety zabłysnęły, bez słowa złapała amunicję i ruszyła w stronę kuchni. - Sądząc po jej minie, sporo przepłaciłeś…- wtrąciła Zjawa. - Bez znaczenia - odparł Pierwszy. - Naprawdę, wstąpiłeś sobie tutaj na jedzenie? – warknął Dziki. – Pamiętasz, że Oli... Mężczyzna przerwał mu jednak, uderzając pięścią w stół. – Muszę iść porozmawiać z Szefem Ochrony, bo tylko on może wydać pozwolenie na ewentualne przewiezienie nas. Z tego, co wiem, to dawny oficer śledczy. Więc nie zabiorę was ze sobą, bo ty z twoim temperamentem i ty z twoim chwilowym odłączeniem logicznego myślenia, zdemaskowalibyście nas w pięć minut. Dlatego poczekacie tutaj, a jak będziecie grzecznie jeść, mniejsza szansa, że ktoś was przypadkowo zaczepi i wda w dyskusję, która znowu może nas zdradzić. To już nie jest dwóch handlarzy w schronieniu, których w ostateczności moglibyśmy uwięzić albo zabić. Jesteśmy w mieście, które ma swoją policję i zasady. Mieście, które w pięć minut obróci się przeciwko nam, jeśli ktoś będzie miał chociaż podejrzenia, że nie jesteśmy tymi, za kogo się podajemy - wypalił, wyraźnie zirytowany.

Dziki popatrzył na Zjawę, po czym spuścił głowę zawstydzony. – Przepraszam… Po prostu ciągle sprawiasz takie wrażenie, jakby nie obchodziło cię to, co stanie się z Oli. Dlatego irytuje mnie, kiedy nie wiem co mamy robić dalej. Pierwszy popatrzył na Dzikiego, z jakąś dziwną surowością. – Nie muszę robić z siebie męczennika albo co chwila się samobiczować i popadać w rozpacz, by wiedzieć co mam robić albo jakie jest moje zadanie. Powiedziałem, że pomogę ci uratować Oli i to robię przez cały czas. Więc w końcu przestań poddawać pod wątpliwość, to jak to zaplanowałem. Czekajcie na jedzenie i nie ruszajcie się stąd tak długo, aż nie wrócę.

Mówiąc to, Pierwszy podniósł się i zostawił ich przy stoliku. Zjawa natychmiast spojrzała na Dzikiego. – Przestań tak na niego naciskać. Zobacz, pod jaką presją on się znajduje. Nie dość, że musi utrzymać przy życiu nas, to jeszcze sam musi rozplanować całą te podróż i w ogóle. Wiesz coś o tym świecie? Poradziłbyś sobie bez niego? Dlaczego więc zamiast być mu wdzięcznym za to, że tu jest, ciągle na niego naskakujesz!

Dziki westchnął. Słowa dziewczyny uderzyły w niego jak kubeł zimnej wody. Być może, to rzeczywiście ON najbardziej martwił się o Oli. Nie mniej, zarówno Pierwszy, jak i Zjawa przyszli tu by mu pomóc. Mimo, że nie mieli ku temu żadnego powodu, a przy okazji znosili jego rozchwianie przez cały czas. – Przepraszam…- powiedział zawstydzony.

- Nie przepraszaj mnie, tylko jego - stwierdziła surowo weteranka. - A najlepiej utrzymuj trochę nerwy na wodzy. Wszyscy już wiemy, że żałujesz tego, co się stało i zrobisz wszystko by pomóc tej dziewczynie…Tylko do cholery, zacznij to trochę ogarniać, bo zachowujesz się naprawdę jak dzieciak.

Dziki skinął jedynie głową. Po chwili przyszła kelnerka, kładąc na stoliku ich zamówienie. – Wasze placki i mały prezent od firmy, za hojność waszego przyjaciela - dodała, kładąc obok nich dwie duże szklanki soku. Zjawa podniosła swoją i złapała łyk. Już po chwili praktycznie przyssała się do napoju. – Boże… to nie jest z kartonu. Wyciskany! – zawołała, praktycznie wylizując szklankę. - Nie ma tego u nas dużo…- westchnęła kelnerka. – Wszystko dlatego, że większość handlarzy woli przywozić z Sadu alkohol, niż same jabłka. Nie mniej mam trochę układów, więc dla takich miłych klientów jak wy, zawsze się coś znajdzie.

Dziki nabrał już powietrza, chcąc zapytać, jak daleko jest ten Sad. Ugryzł się jednak w ostatniej chwili w język. Przecież Zwiadowcy, powinni doskonale wiedzieć takie rzeczy. W ten sposób prawie zdemaskował się przed Szopem. By odwrócić uwagę, od jego dziwnego zachowania Zjawa, stwierdziła – nie byliśmy wcześniej w Przychodni, to nasza pierwsza droga do Magistratu skrótem. Powiedz, długo prowadzisz już to miejsce?

Kobieta zamyśliła się przez chwilę. – W Przychodni trzeci rok, wcześniej miałam jadłodajnie w Meblowcu. Oczywiście zanim został zniszczony. Tam było jednak zdecydowanie lepiej. Wtedy jeszcze biegł przez niego bezpieczny szlak. Mnóstwo handlarzy wpadało przeczekać Ciemnie, a ja miałam dostęp do naprawdę ogromnej puli towarów. Nawet do mięsa...- westchnęła.- Tutaj są tylko ziemniaki i pomidory, jak już uda się dostać smalec zamiast oleju, to prawie płaczę ze szczęścia… - stwierdziła, wyraźnie rozżalona. - Prowadzisz to wszystko sama? – spytał Dziki. - A skąd! Z mężami. Tomek jest kucharzem, a Grześ ma kontakty handlowe na rynku, więc zaopatruje naszą spiżarnię - wyjaśniła, zadowolona. - Dwóch powiadasz? – spytała z dawkowanie Zjawa, zapewne nie do końca przekonana czy bigamia, była na Zarzeczu czymś normalnym, czy kobieta po prostu sobie żartowała.

- Byłby jeszcze trzeci, ale biednego Igora pożarły Wijce. Szkoda, przystojny był z niego facet – westchnęła rozmarzona kobieta. – A ty? Ilu masz zaręczonych? Taka młoda dama jak ty, pewnie ciągnie za sobą niezły harem… - W tym momencie jeszcze nikogo – odparła niepewnie Zjawa. - Jak to? W tym Magistracie są ślepi? Dziwię się w ogóle, że ktoś pozwolił dziewczynie marnować się jako Zwiadowcy. - Mam niej czasu na amory niż myślisz. Wszyscy, którzy potrafią przejść przez rzekę, są eksploatowani do granic możliwości – odparła wymijająco weteranka, czując, że chyba zabrnęła w tej rozmowie za daleko.

Na szczęście dla niej z głośników w holu rozległ się alarm, który odwrócił momentalnie uwagę kelnerki. – UWAGA! UWAGA! ZBLIŻA SIĘ CIEMNIA! WSZYSCY ROBOTNICY Z POWROTEM DO SCHRONIEŃ! UWAGA! UWAGA! ZBLIŻA SIĘ CIEMNIA! WSZYSCY ROBOTNICY Z POWROTEM DO SCHRONIEŃ! DRZWI ZOSTANĄ ZAMKNIĘTE ZA 10 MINUT. Obsługująca ich kobieta, westchnęła. – Boże, znowu… nie odpuszcza nam w tym tygodniu.

- Nie było nas jakiś czas, ostatnio jest gorzej? – spytał Dziki, ciekawy jak często jeszcze ich podróż zostanie przymusowo przerwana.

- Nie przypominam sobie ostatnio dnia bez ciemnienia, a przecież były już takie momenty gdy wydawało się, że nie wróci. Od kiedy zaczęliście przechodzić regularnie na tamtą stronę, jakby się pogorszyło… - stwierdziła, zabierając puste szklanki. – Gdybyście czegoś potrzebowali, wołajcie.

Dziki i Zjawa zaczęli posiłek, kątem oka obserwując rozgardiasz jaki zapanował. Gromady ludzi wchodziły do pomieszczenia, a ubrani w zbroje motocyklowe strażnicy, zasłaniali żaluzję w oknach. Już po chwili cała poczekalnia rozjaśniała w świetle halogenów.

W ciągu kilku chwil zrobiło się naprawdę tłoczno. Niektórzy ludzie zatrzymywali się, by kupić coś do jedzenia. Inni rozchodzili się w różne części szpitala. - Mają z tym naprawdę przesrane – powiedziała Zjawa. - Przynajmniej, zamiast walczyć ze sobą, skupili się na przetrwaniu – odparł Dziki, grzebiąc widelcem w kawałku placka. - Jest naprawdę dobry, co tak nad nim smęcisz? – spytała dziewczyna, która zdążyła opróżnić swój talerz. - Nie mam apetytu… - odparł Dziki, odsuwając od siebie półmisek. W tym momencie z głośników w holu rozległa się skoczna wojskowa melodia, a zaraz po niej jakiś mężczyzna o wyjątkowo głębokim głosie odczytał komunikat. – Obywatele kategorii drugiej. Magistrat wciąż poszukuje ochotników, do walki o Centrum. Pamiętajcie, wszyscy którzy wezmą udział w boju o Rajską ziemię, uzyskają podniesienie statusu oraz miejsce w nowotworzącym się porządku. Pamiętajcie, Centrum to koniec Ciemnienia! Sklepy, które wykarmią nas wszystkich! Oraz lżejsze życie dla nowoprzybyłych! Zgłoś się już dziś, przedstawiciele Magistratu czekają we wszystkich osadach Zarzecza. Wszyscy albo nikt! Kilka osób zatrzymało się, wsłuchując w komunikat z uwagą. Niektórzy wydawali się wyraźnie podekscytowani. Inni pokręcili głowami, szepcząc miedzy sobą. – Gdyby coś miało się zmienić, zmieniłoby się już dawno. Obok ich stolika jakaś gromada zaczęła żwawo rozprawiać o możliwościach. – Nie ma ciemni… Ponoć H-market odnawia się regularnie… Moglibyśmy w końcu skończyć, z tymi pieprzonymi szklarniami. Mówię wam, mam już dość tyrania jak szczur, zaciągam się dzisiaj...

- Wygląda na to, że szykują się na całego… - wyszeptał Dziki.

- Ciekawe co powstrzymywało ich do tej pory…- odparła Zjawa.

- Dylatacja czasu – odpowiedział ktoś siedzący stolik za nimi.

Dziki i Zjawa spojrzeli na siebie. Nie było możliwości, żeby w całym rozgardiaszu, ktoś usłyszał jak szepczą między sobą. Równie nieprawdopodobne wydawało się, by ktoś tak po prostu powiedział te dwa słowa, akurat w tym momencie.

Obcy mężczyzna, przysiadł się niespodziewanie do ich stolika. Dziki od razu zauważył, że coś było z nim mocno nie tak. Jego skóra była ziemiście blada, spojrzenie puste i martwe, a twarz zasłaniał w większości czerwoną chustom. – Kawał czasu Dziki – stwierdził przybysz spoglądając mu w twarz.

- Przepraszam, nie przypominam sobie, żebyśmy się spotkali. Kim jesteś? – spytał natychmiast, czując prawdziwe przerażenie. Czyżby miał nieszczęście napatoczyć się na kogoś, kogo znał w Starym Świecie? Jeśli był to ktoś z jego dawnej pracy, mógł przecież wiedzieć, że Dziki nie pochodzi z Zarzecza. W tym wypadku ciężko byłoby wytłumaczyć, co tu właściwie robi.

Przybysz przekręcił głowę, która zawisła bezwładnie jakby był jakimś zombie. - Wiem, że to nie jest dla ciebie coś normalnego, ale rusz trochę makówką. Jak myślisz ile osób na Zarzeczu, może sobie zdawać sprawę, kim jesteś? – spytał obcy, kpiącym głosem. W tym momencie Dziki zauważył coś jeszcze. Chusta, która zasłaniała twarz mężczyzny, wybrzuszała się za każdym razem, gdy otwierał usta. Te ruchy w ogóle nie zgrywały się jednak z tym, jak mężczyzna mówił. Wtedy dostał olśnienia. – Smutny?! Jak?! Przecież, to nie jesteś ty… To nawet nie wygląda jak twoje ciało.

- Pożyczyłem sobie tego trupa, żeby zajrzeć tu na chwilę – powiedział, odsłaniając kurtkę i demonstrując potężną ranę na wysokości mostka. – W mojej niefizycznej formie, są w stanie usłyszeć mnie tylko ludzie, którzy mają już przebudzoną Pierwotną Wolę, a nie każdy urzędas osiągnął ten stan. - Co tu właściwie robisz? – spytał natychmiast Dziki, nie wiedząc, czy powinien bać się w tej sytuacji. Pierwszy ciągle powtarzał, że Smutny był neutralny. Nie mniej pomagał obecnie ludziom z Zarzecza… Czy w tej sytuacji zdradziłby ich?

- Ogólnie, to załatwiam sprawy dla pani Prezydent. To część naszej umowy o wzajemnym wsparciu. Zobaczyłem jednak, że Pierwszy znowu kręci się po tej stronie, więc wpadłem się przywitać… - Jakiej Pani Prezydent? – spytała zaskoczona Zjawa. - Pierwszej z ocalonych, o woli która daje nadzieje skrytym w ciemności. Tej, która przyniosła światło i nadzieję, mieszkańcom Zarzecza i stała się ich przewodnikiem w drodze do przetrwania. Jedynej niepowtarzalnej Nadii Kuszewskiej – odpowiedział Smutny a w jego głosie, tańczyła wyraźna kpina.

- Dałeś się wrobić w rolę pomagiera? – zakpił Dziki. - W odróżnieniu od ciebie, dość dużo myślę i już dawno zrozumiałem, że nie będę w stanie zrobić wszystkiego samemu. Gdyby jeszcze Pierwszy nie był tak uparty i przyjął moją propozycję współpracy… Skoro jednak on jest oporny, ludzie z Zarzecza muszą mi wystarczyć. Niestety mają znacznie większe wymagania odnośnie do mojej osoby niż tylko kompanie się w moim blasku… Smutny przerwał nagle, bo Pierwszy pojawił się, przebijając przez tłum ludzi. Wyraźnie wściekły usiadł do stolika zerkając w stronę ''żywego trupa”. Smutny, obserwując mężczyznę stwierdził - Mówiłem, że się nie zgodzi. Linart, jest jednym z tych idealistów. Nie skusisz go żadną sumą ani prezentem.

Pierwszy ściągnął maskę, kręcąc głową zirytowany. - Mówiłeś już Dzikiemu? – spytał, zupełnie ignorując poprzednie zdanie rozmówcy. - Wolałem poczekać na ciebie, skoro już jednak jesteś, nie omieszkam zepsuć komuś trochę humoru - stwierdził Smutny, zwracając się natychmiast do Dzikiego. - Twoja przyjaciółka, nie dotarła z Daro do Magistratu. Zostawił ją gdzieś po drodze...

Dzikiego wmurowało. Poczuł, jak serce znowu zaczyna łomotać mu z przerażenia. Czyli dziewczyna już została gdzieś oddana. Czy była jeszcze szansa, że do tej pory nie spotkało jej coś złego? Ledwo powstrzymując drżenie głosu, spytał - mógłbyś z nim porozmawiać, dowiedzieć się gdzie jest? - Nie - odpowiedział Smutny. - Czemu? – warknął zirytowany Dziki, czując niespodziewanie, że jego Wola zadrgała. To kpiące ‘’Nie” wzbudziło w nim taką złość, że przez chwilę pomyślał o zabiciu mężczyzny.

Pierwszy musiał najwidoczniej odczuć to, bo spojrzał na Dzikiego z wyraźnym lękiem. Nim jednak zdążył zrobić coś więcej, Smutny odpowiedział - bo przerzucanie jaźni do nie swojego ciała nie jest przyjemne, a ja cię nie lubię, bo jesteś głupi i nie mam ochoty się dla ciebie męczyć. Może gdyby Pierwszy nie był tak upartym kretynem i chciał mi pomóc w moim eksperymencie, to dałoby się coś zrobić. Ponieważ jednak, muszę marnować swój czas na pomaganie ludziom z Zarzecza, wy zmarnujecie swój na spacer...

Pierwszy słysząc Smutnego, spojrzał na niego wściekle. - Nie będę się bawił w rozrywanie świata na strzępy, tylko po to, żebyś mógł sobie roić w głowie fałszywą nadzieję. Jeżeli przez twoje eksperymenty istnienie Krańcowa zostanie zagrożone, zniszczę cię, tak jak obiecałem… W tym momencie wszystkie lampy przygasły, a ludzie dookoła spojrzeli z przerażeniem. - Co się dzieje? Ciemnia się przebija? Przecież reflektory, one się palą? Nie powinno tak być. Dziki poczuł, że to nie była ciemnia. Przerażający gniew bijący od Smutnego, zdawał się wypełniać całe pomieszczenie. Zjawa, która musiała odczuć to samo, praktycznie odsunęła się od stolika, jakby ten za chwilę miał eksplodować.

– Będę rozrywał ten świat, kawałek po kawałku, aż w końcu zmuszę go, by mi je oddał. Nic mnie nie powstrzyma ani Nowy Świat, ani TY! - warknął Smutny, a z oczu ciała, które zajmował, popłynęła czarna krew. Pierwszy wyglądał jednak na niewzruszonego. - Więc spróbuj mnie zniszczyć, mogę stanąć z tobą do walki choćby zaraz, nie boję się…- odparł pewnie. - Boisz się – warknął Smutny. – I to właśnie jest problem. Poznałem już dobrze zależność kierującą twoją wolą. Im bardziej zagroziłbym twojemu życiu, tym niebezpieczniejszy stałbyś się dla mnie… Dlatego nigdy nie zaatakuje cię pierwszy. Z drugiej strony wiem, że ty też tego nie zrobisz, bo nie pozwoli ci na to wola. To taka niezbywalna umowa między nami.

Pierwszy odetchnął, spoglądając zirytowany w ziemię, a Smutny wysunął się w jego stronę. – Nie mniej, wiesz dobrze, że zawsze cię szanowałem. Połączył nas ból egzystencji, to coś, co jest silniejsze od jakiegokolwiek innego zbratania. Obaj patrzyliśmy w otchłań, obaj chcieliśmy to wszystko skończyć… Dlatego, podpowiem ci coś. Linart nie odda karetek, bo to jego oczka w głowie, ale jest tutaj paru handlarzy z własnymi pancerniakami. Ja spróbowałbym u nich...

- Dzięki...- odparł Pierwszy. - Tyle mogę jeszcze zrobić, nie męcząc się przesadnie - powiedział Smutny, przerzucając teraz głowę tak, że ciało spoglądało na Dzikiego. - Gratuluję przebudzenia Pierwotnej Woli, mimo wszystko spodziewałem się, że prędzej zginiesz, niż to się stanie... zaskoczyłeś mnie. Dobra na mnie czas, inwazja sama się nie przygotuje - powiedział, podnosząc ciało w nienaturalny sztywny sposób. - Angażujesz się w to? - spytał, nagle Pierwszy.

- Najmniej jak to tylko możliwe. Nie mniej, nie mogę tak po prostu pokazać, że całkiem w dupie mam ich wspólną sprawę. Dlatego czasem muszę się poświęcić i zrobić coś na boku, jak teraz - odparł Smutny, odchodząc. Pozostali siedzieli jeszcze przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Zjawa nie wytrzymała. - To był on? Ten Smutny, który szkoli Zwiadowców? Ten, który mógłby równać się z Danielem? - Chyba czułaś - odparł Pierwszy. - Najgorsze w nim jest to, że od kiedy pozbył się ciała, jest w stanie wzbudzać wolę, każdą silną emocją. Nic go nie ogranicza...- przerwał jednak widząc, że kelnerka zbliża się po raz kolejny.

- Masz ochotę na coś jeszcze skarbie? Dokładkę placka? Może sok? Twoi towarzysze już spróbowali i wydaje mi się, że im smakował... - spytała kobieta, zerkając łapczywie w stronę broni Pierwszego. Ten ponownie wypiął magazynek, na co oczy kelnerki zabłyszczały jak monety. - Który handlarz ma swojego pancerniaka i mógłby nas przewieźć do Sadu Wileńskiego?- spytał, wyciągając jedną z kul. - Wszyscy z pasa RTG. To najbogatsi handlarze, mający swoje sklepy w dawnych pomieszczeniach rentgena. Nie układają się z byle kim, ale dla Zwiadowców pewnie zrobiliby wyjątek... - odparła, biorąc od Pierwszego nabój.

Mężczyzna wyciągnął drugi, ciągnąc temat dalej. - Wydajesz się rozmowna, pewnie wiesz, który z nich byłby najbardziej skłonny do współpracy, żebym nie musiał tracić czasu, biegając od faktorii do faktorii. Kelnerka podsunęła sobie krzesło, dosiadając się do ich stolika. - Od razu zignorowałabym Marka z Uzdrowiska. Facet trzyma rękę na zaopatrzeniu medycznym, więc ma tyle kasy, że żadna suma go nie skusi. Skup to rusznikarz i fanatyk broni, gdybyś zaoferował mu coś z uzbrojenia, pewnie by się zgodził. Tylko, że on jest tak cenny dla Przychodni, że nie może jej opuszczać bez zgody Linarta. Mógłby być problem z przekonaniem go... Bracia Łęczykowie, mają sklep z wysokiej klasy żywnością po resetową i dwa własne auta... ale nie znam ich osobiście, bo oczywiście wolą ‘’swoje’’ jedzenie, niż moje placki. Szop i Yuri, prowadzą z kolei takie wszystko i nic, ale ich auto chyba stoi zepsute... No i jest jeszcze Elemis, facet handluje elektroniką więc i tak sporo podróżuje w poszukiwaniu części... Pierwszy wysłuchał uważnie, wręczając kobiecie kolejny nabój, przez co wyglądała na naprawdę wniebowziętą. - Dziękuje uprzejmie, to my już zwalniamy stolik.

W Dzikim przebudziła się iskra nadziei. Pierwszy bez wątpienia krył w swoim plecaku, jeszcze nie jeden wartościowy przedmiot. Nie miał wątpliwości, że znajdą kogoś, kto skusi się na jego zawartość. Od razu udali się więc do dawnej poczekalni pracowni RTG. Była to o tyle dziwna sytuacja, że każde z nich doskonale znało drogę, wszyscy najwidoczniej byli chociaż raz prześwietlani w Starym Świecie. Gdy długim łącznikiem wyszli z poczekalni, na sąsiadujący oddział, zastał ich zupełnie inny widok niż w poprzednim miejscu. W tej części musieli mieszkać znacznie bogatsi, mieszkańcy Przychodni. Nie było już żadnych namiotów, podłoga była zamieciona i czysta, a zza uchylonych drzwi gabinetów dochodziły przyjemne zapachy, gotowanym zup i roześmiane rozmowy.

Minęli dawną świetlicę oddziału dziecięcego, która zamieniona została na klubokawiarnie. Za przeszklonymi drzwiami, grupa ludzi grała w karty, a młoda dziewczyna w bardzo skąpym stroju roznosiła drinki między stolikami. Kawałek dalej, znajdowało się miejsce, którego szukali. Podwójne zamknięte drzwi pilnowane były, przez rosłego chłopaka o dość nieprzyjemnym i tępym spojrzeniu. Mężczyzna, ku przerażeniu Dzikiego, miał prawdziwą czarną strzelbę przewieszoną przez szyję. Nad jego głową widniał kolorowy napis ‘’Centrum Handlowe Promień”. Pierwszy zbliżył się do mężczyzny, który zmierzył go krytycznym spojrzeniem. - Słucham? - spytał, dość nieprzyjemnym głosem. - Handel... - odparł Pierwszy, pokazując przepustkę wypisaną, gdy wchodzili. Strażnik odczytał ją, a jego oczy rozszerzyły się, zapewne, gdy dotarł do napisu "Zwiadowca". - Oczywiście, zapraszam - powiedział, otwierając im drzwi. Wewnętrzny korytarz, praktycznie nie przypominał już pomieszczenia szpitalnego, a prawdziwą placówkę handlową. Każdy sklep znajdujący się w dawnej poczekalni miał swój szyld i wystawkę. Ściany przemalowane były ze szpitalnych barw, na przyjemny zielony kolor, a niewygodne plastikowe krzesła, zamienione zostały na domowe fotele. We wnętrzu kręciła się zaledwie garstka, dobrze ubranych ludzi.

Zgodnie z poradą kelnerki, zignorowali punkt medyczny, który znajdował się przy samym wejściu i ruszyli do sklepu z bronią. Na jego witrynie znajdowały się domowej roboty, kusze, łuki oraz pistolety ciśnieniowe, które zapewne były tu najpopularniejszą bronią. Uwieńczeniem dekoracji sklepu, był stary niemiecki schmeiser, wiszący u szczytu witryny. Podobne Dziki znał z praktycznie każdego filmu o drugiej wojnie światowej. Właściciel placówki, okazał się dość nadpobudliwym starszym mężczyzną, który widząc broń Zjawy i Pierwszego, prawie przeszedł przez ladę. Niestety zgodnie z tym, co przewidziała kelnerka, mężczyzna, choć bardzo chętny do pomocy, stwierdził, że szef ochrony nie wypuści go z Przychodni na dniach przed planowaną inwazją. Podobnie nie po farciło im się w ‘’Rarytasie” sklepie z żywnością braci Łęczyków. Starszy z braci Kuba powiedział im, że oba pojazdy są w tym momencie na po błyskowym szabrze i nie wiadomo kiedy wrócą. Placówka Rusek i Polak była zamknięta a jej witryna zasłonięta grubą żaluzją. Dziki zaś doskonale wiedział, do kogo musiała należeć i był pewny, że nie otworzy się już na pewno przez dłuższy czas. Dochodząc do pomieszczenia, w którym swoją pracownię miał Elemis, Dziki czuł już prawdziwy nie pokój. Jeśli teraz im się nie uda, znowu czeka ich wyprawa na piechotę. A przy tych ciągłych ciemnieniach, droga mogła zająć dni. Właściciel sklepu, rudowłosy mężczyzna w średnim wieku, siedział, rozkręcając starego laptopa. Na widok wchodzących gości, przerwał jednak pracę i powitał ich wyjątkowo białym uśmiechem. - Czołem, waszmością. Co sprowadza do jedynego ośrodka starej technologi? - spytał, rozciągając się na krześle.

- Chcielibyśmy pohandlować - powiedział Pierwszy, stając przy ladzie. - Za całuska, od tej piękności dostaniecie spory rabat - powiedział pewnie, wpatrując się z uśmiechem w stronę Zjawy. Dziewczyna pokazała mu środkowy palec, ale mężczyzna odparł niewzruszony. - Nie wiń gracza za to, że próbował szczęścia. Gdybyś jednak zmieniła zdanie, mogę ci się nawet oświadczyć. Zniecierpliwiony Pierwszy wtrącił się, nim Zjawa zdążyła odpysknąć mężczyźnie. - A ile dostanie, za pistolet maszynowy Heckler&Koch i jedną czwartą magazynka amunicji?

Elemis poderwał się z krzesła. - Żartujesz prawda? Pierwszy położył jednak pewnie broń na ladzie. Właściciel sklepu widząc to, doskoczył do drzwi i pośpiesznie zamknął je, zasuwając żaluzje. - Cholera, cholera, cholera - wyszeptał szybko. - To jest warte majątek, ale po pierwsze nie wiem co, mógłbyś za to chcieć. A po drugie ludzie z Magistratu rekwirują teraz, każdą co lepszą broń na poczet inwazji... - Więc ją sobie dobrze schowasz, aż przestaną - odparł Pierwszy. - I nie chcę za to nic ze sklepu, mam interes trochę innej wagi. - Mam się rozebrać? - spytał nagle Elemis. - Błagam, powiedz, że mam się rozebrać i że chodzi o nią, a nie o ciebie... Dziki jęknął zirytowany, nie mogąc znieść tych tandetnych tekstów kiepskiego podrywacza. - Podejdź do tego poważnie albo zaraz będziesz mógł zapomnieć o tej broni – warknął.

Elemis momentalnie spochmurniał. - No dobra, to o co chodzi? - Potrzebujemy podwózki, podobno masz własnego pancerniaka - odparł Pierwszy. Mężczyzna zmarszczył czoło. - No mam, ale zależy dokąd chcecie jechać. Do Magistratu nie pojadę, mam tam paru wrogów... - Próbowałeś uraczyć panią Prezydent swoimi tekstami? - zakpiła Zjawa. - Ha ha, ha ha - zaintonował Elemis. - Jeżeli już musisz wiedzieć, starałem się tam o posadę głównego technika, ale ktoś miał większe plecy. Dlatego nie jestem tam mile widziany, bo mogłoby się okazać, że umiem więcej, niż obecny zajmujący te funkcję - zaperzył się. Pierwszy popatrzył na mężczyznę surowo. - Chcemy dojechać do Sadu Wileńskiego, z możliwością przedłużenia trasy do Garaży, jeżeli nie znajdziemy tego, czego chcemy. - Do Garaży mówisz...- powiedział mężczyzna, drapiąc się po brodzie. - W sumie mógłbym przy okazji zrobić przegląd pancerniaka... Zgoda, ale ‘’kotek’’ siedzi koło mnie. Zjawa nabrała już wściekła powietrza, ale Pierwszy ubiegł ją. - Kotek, rozrywa ludzi błędami na strzępy, jak się wkurzy. Dlatego ja usiądę obok ciebie, bo potrzebuje żywego kierowcy.

Elemis popatrzył zawiedziony na dziewczynę. - Ech... takie już moje szczęście, jak już się trafi jakaś ładna, to ma już trzech mężów, albo jest psychopatką. Dobra zamknę zakład, ciemnia powinna się nie długo skończyć. Poczekamy w garażu, a ja przy okazji przejrzę autko - mówiąc to, mężczyzna zaczął zbierać swoje rzeczy. Kilka minut później, gdy ich nowy kierowca, odnalazł w końcu kluczyki do swojego pojazdu, wyszli na korytarz. Tam zaś czekała na nich, przerażająca niespodzianka. Yuri stał przy drzwiach sklepu, podnosząc roletę. - Siema Yuri! - krzyknął Elemis, przez co mężczyzna momentalnie spojrzał w ich stronę. - Myślałem, że znowu zblokuje was na dłużej... W tym momencie Dziki pobladł. Wzrok Ruska spoczął na ich czwórce, po czym ruszył on biegiem w stronę drzwi. Następne wydarzenia stały się w przeciągu sekund. W dłoni Pierwszego pojawił się nóż przywołany błędem, który momentalnie rzucił Zjawie. Dziewczyna po chwili konsternacji wystrzeliła do przodu i w krótkim błysku, znalazła się przy uciekinierze. Chwytając mężczyznę za twarz, pociągnęła mu ostrzem po szyi. Elemis nabrał powietrza, chcąc krzyknąć, Dziki rzucił się jednak na niego zasłaniając mu usta. Razem z Pierwszym, wepchnęli go z powrotem do sklepu, Zjawa błysnęła po raz kolejny, pojawiając się z ciałem Yuriego tuż obok nich. W tym samym momencie, do pomieszczenia wbiegł jakiś mężczyzna, który musiał zauważyć całą sytuację. Pierwszy wyciągnął dłoń w jego stronę, a mężczyzna chwycił się za uszy. Wykorzystując chwilę oszołomienia, doskoczył do niego i wciągnął go do sklepu. W tym samym momencie Zjawa wymierzyła mu w czoło, przykładając palec do ust.

Z korytarza dobiegły podniesione głosy. - Co to był za błysk? Byłem pewien, że ktoś biegnie? Może pojawiał się tu niewykształcony? Pewnie światło przygasło i coś się zaczęło pojawiać! Trzeba powiadomić straż. W tym momencie kolejna osoba zbliżyła się do sklepu z elektroniką. Pierwszy wyciągnął dłonie, a Dziki poczuł, jak przelewa go zimna fala. Podobne uczucie miał w momencie, gdy Szara ukrywała go przed Syrenami.

Mężczyzna, który wszedł do pomieszczenia, rozejrzał się dookoła. Nie dostrzegł jednak ani ciała Yuriego, ani Zjawy, ani Dzikiego, ani nawet ich drugiego zakładnika. Skupił swój wzrok na Elemisie, pytając - wszystko w porządku? Wydawało mi się, że coś tu wbiegało.

Elemis rozejrzał się przestraszony. Dziki poruszył się powoli, przykładając mu pistolet do pleców. Wtedy właściciel sklepu nieco oprzytomniał. - Tak, tak... wyjrzałem na chwilę przez te błyski, a potem zapomniałem, że mam włączoną lutownicę. - Cholera, znasz się na tym, to mógłbyś sam czasem spojrzeć na nasze lampy. Wiesz dobrze, że konserwatorzy się opierdalają! Ostatnie czego nam trzeba to niewykształcony, pojawiający się w środku Promienia...- stwierdził przybysz i wyszedł na korytarz. Elemis odwrócił się powoli, a Pierwszy opuścił dłonie.

- Wszystko ok? - spytała Zjawa. - Nie przeciążyłeś się? Pierwszy pokręcił jednak głową. - Moje życie, było przez chwilę zagrożone tak bardzo, że mogłem nawet użyć skrzydeł. - Co z nimi zrobimy? - spytał Dziki, prostując się za Elemisem. - Przypadkowego świadka zwiążemy i zostawimy w sklepie, ale kierowca i tak jest nam potrzebny, żeby stąd wyjechać - odparł Pierwszy. Dziki, nie był jednak przekonany czy warto ryzykować. Musieli przejść pośród tłumu ludzi, do tego minąć strażnika Promienia. Elemis mógł w każdej chwili wszcząć alarm, ściągając na nich zgubę. Pierwszy musiał pomyśleć o tym samym, bo nachylił się nad właścicielem sklepu. - Posłuchaj, nie skończyło się to, tak jak powinno. Nie mniej nie mam zamiaru cię porywać ani zabijać. Jak dla mnie, nasza umowa dalej obowiązuje. Zostawię broń w twoim sklepie, tak jak obiecałem. Teraz masz dwa wyjścia, przyjmujesz nasze stare warunki, nie robisz nam problemów i uznajesz, że mieliśmy ważny powód, by pozbyć się tego gościa. Po tym, jak dowieziesz nas do celu, odjeżdżasz i zapominasz o naszym istnieniu. Druga opcja, spróbujesz zrobić nam problemy. Jak zapewne widzisz, dobrze posługujemy się błędami, więc zdołam nie tylko cię powstrzymać, ale uznam, że stałeś się moim wrogiem... Chcesz być moim wrogiem? Elemis pokręcił przestraszony głową. - Dobry wybór - powiedział, Pierwszy kładąc swój pistolet na ladzie. - Będzie tutaj czekał, razem ze związanym świadkiem, więc radzę ci nie zwlekać z drogą powrotną, bo jeszcze nam ten człowiek umrze tu z głodu. - Ok...- powiedział niepewnie Elemis. - To wróćmy do tego, jak zamykałeś sklep i wszyscy razem wesoło maszerowaliśmy w stronę garażu.

294 wyświetlenia6 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie