Krańcowo III - Rozdział I - Po tamtej stronie

- Udało się! – odetchnęła Zjawa, upadając kolanami na spaloną czarną trawę.

- Kontroluj to jeszcze przez kilka minut, aż odparuje. Bo ci powypala dziury w spodniach… - powiedział Pierwszy, zrzucając Dzikiego z pleców.

- Kurwa mać! – krzyknęła dziewczyna, podrywając się na równe nogi i odruchowo oklepując nogawki.

- … i mniej klnij – wtrącił Pierwszy. – To strasznie irytujące…- dodał po chwili.

Dziki, który zbierał się z ziemi, poczuł jak nogi mu drżą. Kilkuminutowa podróż na plechach mało stabilnego kompana ze świadomością, że upadek równy będzie śmierci, mogła wyprowadzić z równowagi największego chojraka.

Słowa dziewczyny dopiero po chwili do niego dotarły. Rzeczywiście,byli po drugiej stronie. Rozglądając się po okolicznym brzegu, Dziki nie dostrzegł niczego niezwykłego. Niebo było dokładnie tego samego szarego koloru co w centrum. Drzewa,które nie zostały spalone przez rzekę, stały pozbawione liści. Tak jakby była głęboka jesień. Na pierwszy rzut oka, Zarzecze nie różniło się od tego co już znał.

Pierwszy podniósł w międzyczasie rękę, spoglądając na zegarek. Po chwili przetrzepując swoją kamizelkę, wyciągnął drugi i porównywał je przez chwilę. – Nie jest źle – stwierdził. – zgubiliśmy tylko pięć dni…

- Pięć dni? Jak to zgubiliśmy pięć dni?! – zawołała Zjawa doskakując do niego.

Dziewczyna spoglądając na tarczę jego zegarków, próbowała chyba odczytać jak ich przewodnik zdołał się tego doliczyć.

Do Dzikiego dotarło właśnie, że przecież gdy wszedł do Lasu Ludzi, miał już do czynienia z podobnym zjawiskiem. Za strefą przygraniczną był zaledwie kilka godzin, podczas gdy w centrum minął jakiś miesiąc. Czyżby ta sama zasada działała też tutaj? - To znaczy, że jak będziemy tu kilka dni, to po naszej stronie może minąć rok? – spytał natychmiast przestraszony.

- Nie…- odparł Pierwszy, chowając zegarek. – Dylatacja czasu, obejmuje tylko środek rzeki. To pozostałość po tym, gdy nasze strefy były jeszcze trwale oddzielone.

- Czekaj, to znaczy że Oli tak naprawdę, może jeszcze tu nawet nie dotarła? – wtrącił Dziki, czując pojawiającą się iskrę nadziei. Ta jednak, została natychmiast zgaszony przez jego kompana.

– Gdyby przechodził tędy amator pokroju Zjawy, istniałaby na to szansa. Zwiadowcy, potrafią jednak dużo skuteczniej przeprawiać się przez rzekę. Tracą co najwyżej kilka minut, ci najgorsi z nich godziny…

Dziki zaklął kopiąc zirytowany pobliską kępę trawy, która natychmiast rozpadła się na popiół. – Masz pomysł dokąd ją zabrali? – spytał natychmiast.

Pierwszy zastanowił się przez chwilę. – Podejrzewam, że do Magistratu. To największa osada po tej stronie, a przy okazji to tam zdają raport Zwiadowcy…

Zjawa która skończyła właśnie sprawdzać, czy jej spodnie są całe spytała – Daleko to?

Pierwszy zamyślił się nim odpowiedział – Jakieś dwa dni…

- CO!? – zawołała natychmiast dziewczyna. – W tyle to można by stolicę przejść dwa razy i to w wersji Nowego Świata. Żartujesz sobie?

- Nie - odparł mężczyzna.

Dziki czuł, że Zjawa ma sporo racji. Jeżeli Zarzecze nie wykraczało poza granice oryginalnego Krańcowa, to nawet zachowując maksimum ostrożności, nie powinno im to zająć dłużej niż kilka godzin. – Czemu tak długo? To jakieś błędy, prawda?

- Zaraz wam wyjaśnię…- powiedział Pierwszy.

Nim jednak dodał coś więcej, zdjął swój plecak i spojrzał do środka. Torba wydawała się być zupełnie pusta, ale Zjawa spojrzała na nią z zainteresowaniem - To fenomen? – spytała obserwując zwykłą czarną kostkę.

- Tak – odpowiedział mężczyzna. – Nie ma dna. Można tu wrzucić wszystko co zmieści się w otworze i zawsze jest pusty… Na początku myślałem, że przedmioty wepchnięte do niego przepadają. Potem jednak odkryłem, że da się je wyciągać z użyciem błędów. - Mówiąc to zawiesił przez chwilę rękę nad otworem.

Po krótkiej chwili w dłoni Pierwszego pojawiły się trzy bransoletki. Każda z nich była zwykłym paskiem od zegarka, do którego przyczepione były małe stalowe blaszki. – Posłuchajcie mnie, załóżcie to sobie na rękę i wyróbcie nawyk spoglądania… Najlepiej, tak często jak to tylko możliwe. Gdy zobaczycie, że nagle rdzewieją,alarmujcie!

- Co ta rdza będzie oznaczać? – spytał natychmiast Dziki, biorąc opaskę.

Pierwszy zamknął plecak i wrzucił go sobie na ramię, po czym spojrzał w stronę najbliższej ścieżki. – Rdza oznacza, że zbliża się ‘’ciemnia’’.

- Nie słyszałam o czymś takim – wtrąciła natychmiast Zjawa, która również wzięła opaskę i przyglądała się jej teraz z uwagą.

- Bo to coś co występuje tylko po tej stronie. U nas niewykształceni pojawiają się tylko w trakcie błysku, tak jak normalni ludzie. Tu jest inaczej. Błysk wyrzuca tylko żywych, a ciemnia tylko potwory. Dodatkowo, niewykształceni są w stanie pojawiać się w każdym miejscu, które nie jest oświetlone… Mówiłem, że oni nazywają naszą stronę rajem? To jeden z powodów…

Zjawa opuszczając rękę spytała – Co zrobimy jak to się zacznie?

- Poszukamy schronienia. A teraz chodźcie, szkoda czasu... - odpowiedział Pierwszy i ruszył przed nimi ścieżką.

Po kilku minutach marszu wypalonym brzegiem, dotarli do małego osiedla. Budynki zbudowane były na tyle blisko koryta, że płoty nosiły ślady przypalenia. – Jeszcze jedna ważna sprawa. – zaczął ich przewodnik, przechodząc przez najbliższe ogrodzenie. – Spotkamy po drodze sporo ludzi. To ja będę z nimi rozmawiał. Wy musicie wiedzieć, że jesteśmy Zwiadowcami i wracamy z raju. Gdyby ktoś się dopytywał, a bylibyście sami, możecie trochę poopowiadać o naszej stronie. Tylko przedstawiajcie ją tak, jakby była cudem nad cudami. Gdyby ktoś się pytał o Magistrat albo plany, zasłaniajcie się tajemnicą służbową.

Dziki i Zjawa skinęli głowami, idąc krok w krok za nim. Małe skupisko domków do którego weszli, nie wyglądało na wyszabrowane. Dużo bardziej przypominało miejsce, które nigdy się nie zresetowało. Korozyjny wpływ kwasu sprawił, że każdy metalowy element pokrył się w okolicy rdzą. Farba i tynki łuszczyły się i odpadały, a drewniane wykończenia i okna czerniały jak trawa przy korycie rzeki.

Dziki czując już coś dziwnego na płucach, westchnął w stronę Pierwszego. – Żałuję , że też nie mam maski.

- Zaraz stąd idziemy, po za tym ja jej nie używam do filtrowania. Chodźcie szybciej – odparł mu mężczyzna.

Zjawa która szła kawałek za Dzikim, wyszeptała – On w ten sposób ukrywa swoją Pierwotną Wolę.

- Co? – dopytał natychmiast.

- Jak twarz ma skrytą pod maską, nie widać jaka emocja go pobudza.

- Pośpieszcie się! – zawołał Pierwszy, który zdążył już wyjść na asfaltową drogę.

Część miasta, po tej stronie rzeki była dużo młodsza niż Centrum czy Zatorze. Wpływało to w znacznym stopniu na wygląd całej okolicy. Przede wszystkim praktycznie nie było tu bloków. Nowa zabudowa jednorodzinna i eleganckie domy na dużych kwadratowych działkach były stałym widokiem. Chodniki, wyłożone były głównie kostką, a lampy uliczne były zgrabnymi fikuśnymi latarenkami. Tym mocniejszy dla Dzikiego, był kontrast zniszczeń. Domy wydawały się być w dużo gorszym stanie, mimo że większość nie nosiła nawet śladów szabrowania. Rdza była po prostu wszędzie, każdy metalowy element zdawał się być pożerany przez korozję. - Dlaczego to tak wygląda? – spytał natychmiast.

Pierwszy zatrzymał się przez chwilę, rozglądając po okolicy. – Jest kilka powodów. Po tej stronie ‘’Dzielnicy Krzyków” nikt nie mieszka. Skoro nie ma osadników, nikt nie szabruje budynków więc te się nie resetują. Ciemnia z kolei, straszne pobudza korozję metalu. No i jest trzecia rzecz, Zarzecze istnieje dłużej niż Centrum…

Zjawa i Dziki popatrzyli na siebie, nim jednak którykolwiek z nich zdążyło spytać o szczegóły Pierwszy westchnął głośno i przyklęknął za skrzynką energetyczną. Ściągając ich gestem dłoni do siebie, wskazał na coś palcem – Spójrzcie tam.

W oddali coś się poruszało. Dziki natychmiast przyłożył lornetkę do oczu by się temu przyjrzeć. Po chwili dostrzegł niewykształconego. Istota ubrana była w strażacki mundur. Na głowie miała maskę tlenową z ogromną szybą, przez którą zobaczyć można było parę wielkich jak grejpfruty oczu.

- To ‘’ochotniczy’’- wyszeptał Pierwszy.

- Coś jak nasi Spalacze? – spytała Zjawa, podbierając lornetkę Dzikiemu.

Pierwszy pokręcił jednak głową. – Spalacze są po państwowych strażakach, ci tworzą się po martwych OSP.

- To taka duża różnica? – dopytał Dziki, podczas gdy istota zauważyła, że jest obserwowana.

Pierwszy przyglądając się jej stwierdził. – Spalacze, rzucają się na ciebie bezmyślnie, a w momencie śmierci zaczynają płonąć. Podpalając wszystko co mają w zasięgu. Ten tutaj jest bardziej subtelny. Doskonale widzi, zwłaszcza nocą. Wypatruje wtedy świateł i ludzi ukrytych w budynkach. Gdy już kogoś znajdzie, wytruwa go podczas snu. To coś, jest w stanie wytworzyć czad przez pory w swojej skórze.

Istota wyraźnie poruszona faktem, że jest obserwowana schowała się za najbliższym zakrętem. Wciąż jednak wyglądała w ich stronę. Pierwszy odetchnął ciężko przez filtry w masce. – Nie odpuści, będzie nas śledził… Jeśli ruszymy na niego razem zacznie uciekać, ale potem wróci. Stójcie tak przez chwilę, żeby was widział, a ja go okrążę - mówiąc to, ruszył w boczną uliczkę.

Niewykształcony spojrzał w jego stronę, gdy znikał w głębi osiedla. Po chwili konsternacji wrócił jednak do obserwowania Zjawy i Dzikiego.

Od momentu w którym zdecydował się ruszyć na Zarzecze, był to pierwszy moment gdy Dziki został sam na sam z dziewczyną. Wykorzystując okazję, spytał o to co nurtowało go od dłuższego czasu. – Więc, nie żebym miał z tym problem, bo ogólnie cieszę się że idziesz z nami… ale czemu właściwie to robisz?

Zjawa popatrzyła na niego. – Tak trudno zgadnąć? Przez niego… - powiedziała, wskazując głową na oddalającą się sylwetkę Pierwszego. - W cholernym Sojuszu Bloków, oby spłonął razem z jego gonicielami, sporo się o nim mówiło. Weteran nad weteranami, który przeżył w tym świecie najdłużej, nie potrzebując od nikogo pomocy. Każdy chciał być jak on… łącznie ze mną.

Dziki popatrzył na dziewczynę, mocno zdziwiony. – No i chyba ci się udało…

- Nie kpij- przerwała Zjawa.- Jedyne co umiem to się wkurwiać i strzelać w kółko jednym rodzajem błędu. Nie wiem tak naprawdę nic o przetrwaniu w tym świecie. Gdy byłam w Sojuszu Bloków, cały czas ktoś mną kierował. Dostawałam swoje zadanie, listę z rzeczami do przyniesienia, a potem miałam spokój. Gdy mnie porzucili, mimo że nauczyłam się posługiwać błędami, nie wiedziałam nawet co z nimi zrobić. Dlatego przyłączyłam się do Siwego, on miał jasne wymagania, a ja nie musiałam się o nic martwić.

Dziki pomachał ręką, bo niewykształconego wyraźnie zaniepokoił fakt, że się nie poruszali. Ten gdy tylko to zobaczył, skulił się ponownie, obserwując ich zza odległego płotu. – Rozumiem, liczyłaś że jak go znajdziesz, dowiesz się od niego jak przetrwać sama… - powiedział, nieprzerwanie zwracając na siebie uwagę potwora.

- Trochę tak…- odparła dziewczyna. – Myślałam, że przekonam go by stał się moim mentorem. Może nawet zabrał jako ogona. Gdy jednak w końcu go spotkałam, okazał się zupełnie inny niż wyobrażałam sobie przez cały czas…

Dziki słysząc to nie mógł powstrzymać uśmiechu. - Rozumiem o co ci chodzi. Gdy myśli się o kimś, kto przetrwał tyle lat w tym świecie, bez niczyjej pomocy. To raczej przychodzi do głowy, człowiek maszyna, jakiś niezłomny terminator… a nie osoba która co chwila zastanawia się ‘’czy było warto?’’.

Dopiero teraz dotarło do niego, że chyba jako jedyny miał okazję, poznać jak przygnębiające spojrzenie na świat miał Pierwszy.

W międzyczasie mężczyzna wyłonił się z uliczki w oddali, przekradając za niewykształconym. Potwór ciągle wpatrywał się w Zjawę i Dzikiego, nie zauważył więc nawet, że ktoś pojawił się tuż za nim. Pierwszy dobywając nóż, ugodził potwora w bark. Istota poderwała się i odwróciła gwałtownie, wpychając swoją rękę w jego twarz. Mężczyzna wyciągnął nóż z poprzedniej rany i ugodził potwora po raz kolejny. Tym razem w okolicy mostka. Istota runęła na ziemię, a Pierwszy ruszył ulicą w ich stronę.

- Teraz ja, spytam się o coś ciebie Dziki – powiedziała nagle Zjawa. – Ty i ta dziewczyna, byliście razem?

Dziki zrobił się czerwony, czując że zrobiło mu się znacznie cieplej.- Nie, to nie tak. Ja i Oli byliśmy bardzo zżyci, była dla mnie jak młodsza siostra… taka prawdziwa przyjaciółka. Nic więcej…

- Nic więcej…- powtórzyła Zjawa. – I dla takiego nic więcej, idziesz do nieznanego piekła – westchnęła, wyraźnie zirytowana. – Facet, który zostawił mnie na śmierć, powtarzał ciągle że mnie kocha. Mówił, że chcę być ze mną na zawsze, że będzie mnie chronił choćby za cenę życia… A złośliwy Nowy Świat, pokazał jakim gównem były jego słowa i obietnice. Gdy przyszło co do czego, uciekał nie myśląc nawet o tym by sprawdzić czy żyję… To chyba drugi powód, dla którego idę z wami. Podoba mi się to co robisz… No i jest jeszcze trzeci.

- Jaki? – spytał natychmiast Dziki.

- Ciekawość. Nie mów, że nigdy nie myślałeś o tym, co może być za Krańcowem…- wypaliła Zjawa pośpiesznie, bo Pierwszy zbliżył się już do nich.

- Przynajmniej z nim będziemy mieli spokój. Zerkacie na blaszki? – spytał nagle.

Dziki i Zjawa od razu spojrzeli przestraszeni na swoje nadgarstki. Na szczęście metalowe kółko było wypolerowane i jasne. – Wiedziałem, że będziecie zapominać dlatego ja też zerkam, ale wyróbcie sobie ten nawyk… Idziemy!

Przez następne kilka minut, zarówno Dziki jak i Zjawa spoglądali na pseudozegarki z wręcz maniakalną częstotliwością. Za każdym razem kółko było jednak idealnie czyste. Ponieważ Pierwszy po raz kolejny podkreślił im, jak ważne jest regularne sprawdzanie.Nie ośmielili się nie posłuchać.

Wychodząc z osiedla, natrafili na główną drogę. Ich przewodnik natychmiast ruszył chodnikiem. Minęli po drodze zniszczony budynek cukierni, oraz sklep spożywczy. Zjawa spojrzała natychmiast łakomie na nienaruszone drzwi. – Może zrobimy mały postój? Wygląda na to, że jest pełny…

Pierwszy jednak zaprotestował. – Jedzenia mamy dokładnie tyle ile potrzebujemy. Wodę zorganizuję nam po drodze. Nie wolno nam się przeciążać, jeszcze się dziś wszyscy nabiegamy…

Dziki i Zjawa spojrzeli na siebie, nim jednak któreś z nich zdążyło o coś spytać Pierwszy podszedł do ogromnego bilboardu. Na białej powierzchni pozostałej po zerwanym plakacie, nakreślona była łamiąca się w wielu miejscach czarna linia. U szczytu linii znajdował się rysunek wieży, opisany jako ‘’Magistrat”. Oprócz tego, w wielu jej odnogach nakreślone były małe domki z plusem, z których każdy miał swój krótki opis. – Piętrowy budynek z czerwonej cegły, brama w kolorze czarnym. – Przeczytał w myślach Dziki.

Biegnąc wzrokiem wzdłuż mapy, zauważył, że niektóre piktogramy miały przy sobie dopisek ‘’zniszczony’’.

- Mamy szczęście – powiedział spokojnie Pierwszy.- Większość bezpiecznych punktów, jest taka sama jak w czasie mojej ostatniej podróży tutaj.

- Na terenie czego, znajduje się ten Magistrat? – spytał Dziki, zerkając w stronę Pierwszego.

- Dawnego uniwersytetu ‘’Włókiennik”. Posłuchajcie mnie, gdyby coś mi się stało, wracajcie do centrum dokładnie tą drogą, którą macie tu pokazaną… To bezpieczny szlak, wytyczony przez Zwiadowców. Teraz pójdziemy trochę inaczej, bo chcemy zyskać na czasie…- odpowiedział mężczyzna i ruszył dalej.

Następne pół godziny szli w milczeniu. Prowadzący ich Pierwszy narzucił takie tempo, że zarówno Zjawa jak i Dziki, szybko dostali zadyszki. Mężczyzna jednak nie zwracał na to uwagi. Postój zrobili dopiero przy budynku apteki, skrytej w podwórzu eleganckiego domu. Nie była to jednak przerwa na odpoczynek, a na danie kolejnego ostrzeżenia. – Za chwilę wchodzimy w bardzo niebezpieczne miejsce – powiedział wskazując palcem na najbliższy znak STOP.

Ten zamalowany całkiem na biało, przerobiony został na tablicę ostrzegawczą. Dzielnica Krzyków – Uwaga na Wijce. – Głosił napis wymalowany czerwoną farbą.

– Mieszkańcy Zarzecza zwykle omijają tą drogę – stwierdził Pierwszy, przyglądając się ostrzeżeniu. – Szlak wytyczony przez Zwiadowców jest bezpieczniejszy, ale dłuższy. Bo lawiruje między każdym niebezpiecznym punktem. Gdybyśmy nim poszli, nie wiem czy wyrobilibyśmy się w trzy dni…

Zjawa słysząc to, znowu zaprotestowała. – Cholera, przecież Włókiennik nie jest tak daleko! Skąd ci się biorą te dni?

Pierwszy przyglądał jej się przez chwilę. – Niedługo zobaczysz, a na razie coś wam wytłumaczę. To miejsce używane jest przez doświadczonych Zwiadowców, jako skrót. To dlatego że Wijce, da radę ominąć. Jeżeli przez dłuższy czas nie zwróci się ich uwagi, zapadają w coś w rodzaju letargu. Dlatego będziemy przechodzić pojedynczo, w dużych odstępach, i co najważniejsze... Nigdy nie patrzcie Wijcą w twarz. To skłania je do natychmiastowego ataku. Jeśli jednak będziecie uważać, powinno nam się udać.

Zjawa,do której dotarł ponury ton mężczyzny, zmarszczyła czoło i stwierdziła - Wiesz, że lepiej by to brzmiało, jakbyś to ‘’Powinno” powiedział głosem pełnym przekonania?

- Wolę tego nie ubarwiać, żebyście podeszli do sprawy poważnie…- odparł mężczyzna.

Mijając znak, szli jeszcze przez chwilę. Nim jednak zdążyli zobaczyć Dzielnicę Krzyków, Dziki na własnej skórze przekonał się skąd ta nazwa. Z oddali, słychać było istną kakofonię, wydawałoby się ludzkich głosów.

Im bliżej byli źródła tego dziwnego hałasu, bezkształtny bełkot zaczynał zmieniać się w coś co przypominało mowę. Już po minucie Dziki był w stanie wyłapać pierwsze słowa. – RATUNKU POMOCY! POMOCY! NA POMOC!

- To Łapki? – spytał, by potwierdzić swoje domysły.

- Tak – odparł Pierwszy. – Zamieszkują praktycznie każdy budynek w tej okolicy, nie one będą jednak problemem – stwierdził pewnie, a już kilka kroków dalej zobaczyli pierwsze Wijce.

Człekokształtne istoty, postury szczupłych kobiet o przerośniętych włosach zakrywających nie tylko głowę, ale sporą część torsu. Stały w różnych częściach ulicy. Dziki od razu domyślił się, skąd wzięła się ich nazwa. Ich kołtuny Wiły się, jakby były żywymi wężami które ktoś przyczepił sobie do czaszki.

Przekrzykując natarczywe zawodzenie Łapek, ich przewodnik zawołał – Ja pójdę pierwszy! Starajcie się iść po moich śladach, nie zbliżajcie się do nich... I co najważniejsze oczy w ziemie! – Po tych słowach ruszył do przodu, okrążając łukiem najbliższego niewykształconego. Nie starał się jednak być szczególnie cicho. Gdyby to hałas był tym, co miało pobudzać te istoty, to raczej nie stałyby tak spokojnie, pośród tych wszystkich wrzasków.

Dziki chciał już dać krok do przodu, gdy nagle jeden z Wijców poruszył się. Pewnym krokiem, przemaszerował w kierunku Pierwszego, przez co Zjawa wydała zduszony okrzyk. Mężczyzna odskoczył delikatnie na bok, mijając niewykształconego który ustawił się w innym miejscu. Gdy tylko się zatrzymał, zaczął swoje dziwne ruchy włosami od nowa. Pierwszy skinął głową i ruszył dalej.

- Mógł wcześniej wspomnieć, że one nie będą tylko stały…- zamarudziła Zjawa, po czym zostawiając Dzikiego ruszyła do przodu. Ten czekał obserwując cierpliwie. Weteranka podobnie do Pierwszego, bez specjalnego uważania, mijała po prostu istoty z daleka. Co jakiś czas, któryś z Wijców przestawiał się w inne miejsce. Wtedy oboje zatrzymywali się, obserwując dokąd pójdzie potwór.

Gdy Pierwszy był kilkadziesiąt metrów dalej, a Zjawa w połowie drogi do niego, Dziki ruszył za nimi. Z duszą na ramieniu, przechodząc obok stojącego na samym początku drogi Wijca, usłyszał coś od czego skóra ścierpła mu jeszcze mocniej. Istota oddychała tak głośno, że przebijało się to nawet przez zawodzenie Łapek. Odgłos, który wydawał niewykształcony przypominał mopsa, puszczonego przez megafon. Ledwo powstrzymując się przed spojrzeniem na istotę, wbił wzrok w asfalt. Przez cały czas starał się albo patrzeć na Pierwszego, albo nie wyżej niż sięgały brudne nogi potworów.

Wchodząc w sam środek tej dziwnej gromady, ledwo był w stanie opanować drżenie serca. Spoglądając daleko do przodu zobaczył, że to nie będzie krótka podróż. Wijce stały gęsto rozstawione, a ich swoisty ‘’las” ciągnął się daleko w głąb ulicy. Czując jak pot spływa mu po czole Dziki, obtarł je rękawem. Wtedy też przypomniał sobie o bransoletce. Spoglądając na metalową blaszkę, dostrzegł kropkę rdzy na samym środku. Czując jak serce mu staje, pomachał w stronę kompanów. Ci jednak zajęci byli przyglądaniem się, gdzie zmierzają kolejne Wijce. Tak że żadne z nich, nawet przez chwilę nie spoglądało do tyłu. Dziki przyśpieszył kroku, ciągle machając. Liczył, że albo Zjawa albo Pierwszy obejrzą się w końcu za nim. Gdy jednak prawie nadział się na idącego Wijca, musiał się zatrzymać by dać istocie przejść w spokoju. W pewnym momencie dostrzegł, że Pierwszy również spogląda na blaszkę. Gdy tylko zerknął na nadgarstek odwrócił się. Gwałtownym machnięciem ręki, dał im znak że muszą przyśpieszyć, po czym sam rzucił się pędem do przodu.

Zjawa również zaczęła biec, lawirując zręcznie między postaciami. W pewnym momencie pędzili już tak szybko, że uważanie było praktycznie niemożliwe. Pierwszy o włos minął Wijca, który zatrzymał się niespodziewanie na jego drodze, a Zjawa musiała ‘’przebłysnąć się’’ przez następnego, który zaczął niespodziewanie marsz.

Jej użycie błędu, nie pozostało niezauważone. Najbliższe Wijce zbiegły się natychmiast, w miejsce z którego się przeniosła. Dziki mijając stłoczoną grupę łukiem, myślał że ma już czyste pole. Gdy nagle zza gromady, wyłonił się kolejny niewykształcony. Nie był już w stanie nic zrobić. Z impetem wpadł na potwora, po czym oboje wylądowali na asfalcie. Istota usiadła natychmiast, podnosząc jedną ręką swoje pozlepiane włosy. Wtedy Dzikiego zamurowało.

Zacisnął natychmiast oczy, starając się nie patrzeć. Po omacku spróbował się podnieść, ale poczuł że niewykształcony chwyta go za nogę. Sięgnął na ślepo po pistolet, gdy nagle błysnęło. Zjawa pojawiła się i chwytając go za plecy zawołała gniewnie. – Nigdy nie robiłam tego we dwoje! TRZYMAJ SIĘ!

Po chwili Dzikiego oślepił kolejny błysk, przebijający się nawet przez zamknięte powieki. Gdy tylko się skończył,poczuł przerażający ból w nodze. Jego spodnie były rozerwane w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą trzymała go ręka niewykształconego.

Pierwszy, przy którym się pojawili krzyknął – DLACZEGO UŻYŁAŚ BŁĘDÓW?!

- Wijec go dopadł! Chciałam… - zaczęła tłumaczyć się Zjawa, ale mężczyzna przerwał jej. – One nie reagują na dźwięk, lepiej było strzelać!

Kilka Wijców ruszyło za nimi, ale Pierwszy ściągnął karabin z ramienia i ostrzelał nadchodzące istoty. – Musimy biec dalej, mamy mało czasu. Dziki co z twoją nogą?!

Ten słysząc pytanie, poruszył nią kilka razy. – Chyba jest ok – odpowiedział.

- Więc dalej! – krzyknął Pierwszy.

Biegli, zostawiając za sobą Dzielnicę Krzyków. Z nogi Dzikiego ciekła krew, bolała też nieziemsko, ale zaciskając zęby, był w stanie to wytrzymać. Pierwszy spojrzał na swoją bransoletkę, która była już cała pokryta rdzą. – Zaczyna się… - powiedział.

Już po chwili niebo zaczęło ciemnieć. Wszyscy od razu chwycili za latarki, ale wtedy stało się coś dziwnego. Na początku pojawiła się jakby mgła, która momentalne zalała całą okolicę. Nie była to zwykła mgła. Gęstniała z każdą chwilą i już po kilku sekundach, biegli w czymś co przypominało gęsty czarny dym. W odróżnieniu jednak od dymu, to co ich otaczało nie miało zapachu. Latarki nie dawały rady przebijać się światłem, przez to w czym się znaleźli.

– JESZCZE KAWAŁEK! – krzyknął Pierwszy.

Dziki na początku nie mógł zrozumieć, skąd właściwie mężczyzna wiedział gdzie są. Gdy jednak spojrzał w bok, zobaczył jeszcze jeden ewenement, tego dziwnego mroku. W ogóle nie pokrywał on metalowych przedmiotów. Stalowe ogrodzenia, bramy, pręty wszystkie były widoczne tak dobrze, jakby były pomalowane luminoforem. Dziki poczuł nagle, że jest obserwowany. Miał wrażenie, że tuż za nim zaczęło podążać stado zwierząt.

Gdy minęli uchylone stalowe ogrodzenie, skręcił gwałtownie i wpadł na podwórze. Tam w oddali, połyskiwały czerwone stalowe drzwi z białym krzyżem. – TO SCHRONIENIE! - zawołał Pierwszy.

Gdy wbiegli do pomieszczenia, jego wnętrze było tak samo ciemne jak podwórze. Pierwszy natychmiast dobiegł do ściany i maszerując po omacku zbiegł w dół po schodach do piwnicy. Tuż po chwili głośny ryk wypełnił wnętrze. – Przy drzwiach jest dźwignia! - krzyknął, ciągle będąc na dole.

Zjawa chwyciła za coś i szarpnęła w dół. W tym samym momencie, potężne reflektory rozświetliły pomieszczenie. Wciąż jednak nie wyglądało to w normalny sposób. Gęsta czarna mgła zdawała się cofać powoli pod wpływem światła, zamiast po prostu zniknąć. Pierwszy doskoczył do drzwi i zatrzasnął je, osuwając się na nich powoli. W tym momencie ostatnie, oderwane plamy ciemności, zginęły w świetle.

Wszyscy odetchnęli, siadając na podłodze. Pierwszy ściągnął maskę, wypluwając coś co przypominało kawałek czarnego dymu, a Dziki wyciągnął bandaż ze swojego plecaka i zaczął obwiązywać nogę.

- To była ta ciemnia? – spytał natychmiast Zjawa.

- Tak – odparł Pierwszy. – Jej pojawianie się, dyktuje rytmem życia po tej stronie. Wymusza na mieszkańcach liczne kompromisy i przygotowania. Takie miejsca jak to, rozsiane są po całej strefie. Dlatego powiedziałem, że droga do Magistratu potrwa. W nocy nie ma szans na podróż, w czasie Ciemni będziemy zamknięci w miejscach jak to…

Zjawa przyglądała się w tym czasie drzwiom. Nie trudno było zauważyć, że przez szpary we framudze, ta dziwna mgła, ciągle próbowała dostać się do środka. – Na pewno jesteśmy tu bezpieczni? – spytała, patrząc na podłogę po której wiły się czarne języki.

- Tak – odparł Pierwszy. – Ciemnienie powstrzymuje tylko metal i światło. Drzwi wykonane są ze stali kwasoodpornej więc nie rdzewieją.A mocne reflektory uniemożliwiają dostanie się ciemności przez otwory – powiedział, dotykając palcem wijący się kawałek ciemności na podłodze.

Dziki rozejrzał się po pomieszczeniu. Teraz gdy miał chwilę zauważył, że budynek pod żadnym względem nie był pustostanem. Stały w nim małe kanadyjskie łóżka. W rogu pomieszczenia ułożone były śpiwory, a na ścianie wisiała apteczka. Agregat który warczał w piwnicy, na pewno nie był standardowym wyposażeniem każdego domu. – Że też nikt tego nie rozkradł… - pomyślał głośno, a Pierwszy odpowiedział mu natychmiast. – Kradzież ze schronień, karana jest śmiercią… ale raczej nikt tego nie robi.

- Czemu? – dopytał natychmiast Dziki.

- Bo żeby przetrwać w takim miejscu jak to, ludzie muszą ze sobą ściśle współpracować. Mają swoje zasady, których przestrzegają i jednocześnie pilnują innych by też ich przestrzegali. Bez tego już dawno by zginęli. Wyobraź sobie, że wbiegamy tu teraz, a w generatorze nie ma paliwa, albo ktoś go ukradł... Zginęlibyśmy natychmiast.

Zjawa, która ciągle z lękiem spoglądała na ciemność wplatającą się przez drzwi, spytała – Co się tam właściwie teraz dzieje?

Pierwszy podniósł się i dotknął ręką drzwi. – Ciemność ogarnia wszystko... - odpowiedział. - Po pewnym czasie nawet najmocniejsze lampy się przez nią nie przebijają. Wtedy zaczynają pojawiać się w niej niewykształceni. W odróżnieniu jednak od centrum, gdy rodzą się razem z Błyskiem, tu są z miejsca przytomni… Najgorsze jest to, że nie trzeba wcale być na zewnątrz by pojawili się przy tobie. Wystarczy jakiekolwiek zaciemnione miejsce, w którym zmieścił by się potwór. Dlatego w całym tym domu nie znajdziecie ani jednej dużej szafy, standardowego łóżka, czy jakiejkolwiek skrzyni, a lampy rozstawione są wszędzie.

Dziki spojrzał na Zjawę, która przygryzła nerwowo wargę. Najwidoczniej, do nich obojga docierało właśnie w jakim świecie się znaleźli. Jeżeli to co znali, wielu określało jako koszmar, to jak opisać to miejsce?

Pierwszy zaciągnął maskę z powrotem na twarz i spojrzał w kierunku schodów prowadzących na piętro. - Może chodźmy na górę, tam nie będzie tak słychać tego warkotu - powiedział.

Dziki przytaknął i po chwili weszli na piętro. To nie wiele różniło się od parteru. Wszędzie rozstawione był halogeny i reflektory, które swoją jasnością niesamowicie męczyły oczy. Gdy weszli na korytarz, zobaczyli trzy pokoje i łazienkę. Żadne z miejsc nie miało jednak drzwi. Wszędzie leżało pełno obozowych przedmiotów; palniki, butle turystyczne, lampy, baterie, śpiwory. W jednym z pokoi stał nawet stolik z butelkami wody i kilkoma konserwami. Tuż nad nim wymalowany był napis.

Weź jeśli potrzebujesz, zostaw jeśli możesz.

Zjawa która podeszła do stolika, natychmiast podniosła jedną z puszek. - Cholera, u nas takie coś nie przetrwałoby pół dnia - stwierdziła, chcąc schować łup do plecaka.

- Zostaw - powiedział, spokojnie Pierwszy przechodząc w głąb pokoju.

- Dlaczego? Jest świeża...- spytała zdziwiona.

- Bo nie potrzebujesz... - odparł mężczyzna, obserwując przeciwległą do nich ścianę.

Ta w całości pokryta była podpisami, pozdrowieniami oraz przygnębiającymi sentencjami. Zjawa widząc, że mężczyzna nie patrzy w jej stronę, pokazała mu język po czym wcisnęła konserwę do plecaka razem z butelką wody.

Dziki stając obok mężczyzny, zaczął odczytywać napisy razem z nim. Pierwsze co przykuło jego uwagę, to ogromny tekst ‘’Żyjemy w piekle”, wymalowany po środku ściany. - Też tutaj jesteś? - spytał Dziki.

Pierwszy bez słowa, wskazał na drobny podpis, Czarny. - Na Zarzeczu nie byłem pierwszy, więc i pseudonim był nieadekwatny... Tutaj wołają na mnie od koloru stroju.

- Na mnie nie wołają niebieska, więc to raczej nie przez to, tak na ciebie mówią - wtrąciła Zjawa, wpatrując się znacząco w Pierwszego.

Ten milczał przez chwilę, aż w końcu odszedł od ściany mówiąc - Jest w tym trochę prawdy.

Dziewczyna stanęła przy Dzikim, spoglądając na ogromny napis o piekle. - Głębokie...- stwierdziła ironicznie, przyglądając się ze znudzeniem podpisom i pseudonimom. Dziki miał już kończyć oglądanie, gdy nagle jego uwagę przykuło znane imię.

Michał Modrzew Zwiadowca numer 2 - Wszyscy albo Nikt!

Widząc to Dziki kopnął ze złością w ścianę. Poczuł, jak rozgoryczenie znowu zaczyna brać nad nim górę. Odchodząc od Zjawy usiadł przy Pierwszym, który podpalał właśnie palnik butli turystycznej.– Myślisz że Oli ma jakieś szanse... – spytał, a głos mu się załamał.

Pierwszy spoglądał na niego przez chwilę, tak że Dziki widział odbicie swojej twarzy w szkłach jego maski. – Zwiadowcy przechodzą to miejsce bez problemu, do tego na pewno idą bezpieczniejszą drogą. Myślę, że dotrze do Magistratu żywa…

- A co potem? – spytał natychmiast Dziki.

- Coś o czym nie powinieneś teraz myśleć. Skup się na tym, że idziemy po nią i mamy szansę ją uratować - odpowiedział, kładąc czajnik na ogniu.

- Naprawdę w to wierzysz? – spytała Zjawa, dosiadając się do nich.

- Gdybym w to nie wierzył, nie byłoby tu ani mnie, ani was. Pogodziłem się z myślą, że Dziki znienawidziłby mnie za to, ale nie wysłałbym go na pewną śmierć w straconej sprawie... - odparł.

Dziki nie wiedział czy powinien teraz czuć ulgę. Słowa Pierwszego zapewniały jedynie to, że Oli żyje. Miał jednak podejrzenia jaki los ją czeka. Tym bardziej czuł się zirytowany, że musieli się zatrzymać. Jak często ta ciemnia stanie im jeszcze na drodze? Czy Oli w tym momencie siedzi w podobnym miejscu? A jeżeli spróbuje uciec i nie daj Bóg jej się to uda? Jak przetrwa sama w takim miejscu jak to?

Pierwszy dostrzegając minę Dzikiego, postanowił chyba dać mu zajęcie. Sięgnął do swojej kamizelki i wyjął kawałek papieru ściernego. Rozdarł go na trzy części i podał mu jeden z fragmentów. – Wyczyść swoją bransoletkę, jeszcze nie raz ci się tu przyda – powiedział, podając drugi kawałek Zjawie.

Przez dłuższy czas w pomieszczeniu słychać było tylko, gotowanie się wody i pocieranie papieru o metal.

- PIERWSZA! – krzyknęła nagle Zjawa, rozglądając się po towarzyszach i demonstrując swoją opaskę. Widząc jednak, że żaden nie zareagował entuzjastycznie, wymamrotała coś co brzmiało jak – sztywniaki…

Dziki spojrzał ponownie na Pierwszego, który skupiony był na swojej pracy. Czuł, że jeśli nie chce oszaleć, musi zająć głowę czymś więcej niż tą bezmyślną czynnością. - Mówiłeś, że Zarzecze istnieje dłużej niż centrum... Co miałeś przez to na myśli? Jak dokładnie ‘’dłużej”?

Pierwszy patrzył przez chwilę na Dzikiego, dalej pocierał jednocześnie swoją opaskę. W końcu biorąc głęboki oddech powiedział – drugi, przegrałeś...- jednocześnie, zademonstrował błyszczącą blaszkę.

Dziki poczuł jak coś pęka mu w środku. Nie tylko dlatego, że Pierwszy podchwycił durną zabawę Zjawy, ale w dodatku pochwalił się głosem tak sztywnym i opanowanym, jakby był dorosłym którego zmuszono do zabawy z dziećmi. - Poważnie? – spytał, z niedowierzaniem.

- Sztywniak…- westchnął Pierwszy, a Zjawa prawie podskoczyła. – HA! Wiedziałam, że pod tą maską musi być, chociaż trochę człowieka – wykrzyczała, wskazując uradowana na twarz mężczyzny.

- Już od dawna nie…- odparł jej Pierwszy i spojrzał w stronę korytarza. - Jak myślicie ile mam lat? - spytał nagle.

Dziki popatrzył na niego zirytowany, mężczyzna nie tylko zignorował jego pytanie, ale najwidoczniej naszła go ochota na jakieś głupie zabawy. Gdy siedział tu ze świadomością, że Oli gdzieś tam jest w niebezpieczeństwie, gra w zgadywanki była ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę. - Nie, wiem! - wypalił w końcu oschle. - Skoro pojawiłeś się pięć lat temu, to i tak nie możesz mieć więcej niż trzydzieści pięć...

- Jeżeli doliczyć pięć lat w Nowym Świecie, mam dokładnie trzydzieści siedem...- odparł mężczyzna, a Zjawa i Dziki osłupieli.

- Przecież to by znaczyło, że powinieneś być niewykształconym...- powiedziała dziewczyna, patrząc na zamaskowanego jakby to miał być żart.

Pierwszy ściągnął czajnik z ognia i zaczął przygotowywać sobie zupkę instant. - Myślę, że większość ludzi pomyślałaby w ten sam sposób. Przynajmniej dopóki nie dowiedzieliby się, że nasz świat istnieje dużo dłużej niż wszyscy uważają. No i na dodatek to wcale nie ja byłem ‘’tym Pierwszym”, a nawet wręcz przeciwnie, jestem ostatnim ze swojego pokolenia...

Teraz zarówno Zjawa jak i Dziki, wpatrywali się w mężczyznę zszokowani. Ten mieszał na spokojnie kluski w metalowym kubku. Gdy jednak poczuł na sobie ich ponaglające spojrzenia, kontynuował - zanim pojawił się Drugi, natrafiłem kilka razy na ślady istnienia ludzi przede mną. Nigdy się jednak tym nie chwaliłem. Krążąc po świecie znajdowałem takich wskazówek znacznie więcej, aż w końcu stworzyłem pewną teorię... Nie wiem czy chcecie jej słuchać? - spytał nagle.

- Umrzesz w męczarniach jak jej nie zdradzisz! - krzyknęła Zjawa,zabierając mężczyźnie kubek. - A to dostaniesz dopiero jak opowiesz wszystko!

Pierwszy westchnął, opierając głowę o ścianę. - Nie lubię jak makaron rozmięknie do końca...

- Więc się streszczaj! - odparła dziewczyna.

Mężczyzna popatrzył na nich, po czym kontynuował - z tego co przypuszczam, widełki wieku pojawiania się w Nowym Świecie nie są stałe. Na początku istnienia naszej części, wyrzucało ludzi bardzo starych, myślę że od osiemdziesięciu i więcej. Większość z nich była w tragicznym stanie, uzależniona od leków i stałej opieki. Umarli bardzo szybko i stali się pierwszymi niewykształconymi. Kolejne pokolenie, te w okolicach pięćdziesiątki nie przeżyło wiele dłużej. Bardzo duża część z nich, próbowała uciec z miasta. To czym się stali, morduje teraz ludzi na obwodnicy.

Dziki przypomniał sobie moment, gdy razem z Mike’m poszukiwali samochodu do przewiezienia zapasów. Na obwodnicy miasta, aut było pełno, a w nich niewykształceni wyglądający na ludzi w wieku, o którym wspominał mężczyzna. Teoria Pierwszego, musiała mieć więc w sobie sporo prawdy. Mężczyzna przerwał opowiadanie wpatrując się w Zjawę, która zasłuchana zaczęła popijać z kubka. – To było moje… - powiedział.

- Nie becz, zrobię ci drugą jak skończysz. DALSZA CZĘŚĆ! – zawołała dziewczyna.

Pierwszy westchnął i spoglądając na sufit, zaczął mówić dalej - wydaje mi się po prostu, że kolejna grupa z jakiegoś przedziału wiekowego, pojawia się gdy większość jej poprzedzających zostanie niewykształconymi… Gdy ja się pojawiłem, naprawdę długo myślałem, że byłem tu Pierwszy. Choć prawda jest taka, że jakieś niedobitki z mojego pokolenia mogły ukrywać się w innych częściach miasta. Ta pogłoska, że Krańcowo istnieje pięć lat to bujda na resorach, wynikająca z faktu, że wszyscy liczą czas od momentu pojawienia się Pierwszej Grupy.

- Nie mówiłeś o tym nikomu? Przecież Kuba i Dix, też liczą te mistyczny pięć lat – spytał natychmiast Dziki.

- Powiedziałem tylko Drugiemu – odparł Pierwszy. – On jednak nie przekazał tego dalej, a mnie nikt więcej nie pytał…

Zjawa opróżniła kubek do końca, spoglądając jednocześnie na mężczyznę. – Z ciebie, to chyba naprawdę trzeba wszystko siłą wyciągać… No, ale co z tym Zarzeczem?

Pierwszy nie odpowiedział, popukał jedynie palcem w pusty kubek. – Noż cholera! Przecież mówiłam że dostaniesz! DALEJ! CO Z ZARZECZEM! – zawołała Zjawa.

Mężczyzna popatrzył na dziewczynę przez szkła w masce i znowu westchnął. – Od momentu kiedy się pojawiłem, wydaje mi się, że nie postarzałem się nawet o rok. Schudłem, świat mnie wymęczył… ale mam trzydzieści siedem lat, a czuję się wciąż na trzydzieści. Jesteście tu jeszcze za krótko by to zauważyć, ale w Nowym Świecie nikt się nie starzeje. Stąd też wiem, że Zarzecze istniało przed nami. Rozmawiałem z ludźmi, którzy są tu od naprawdę dawna. Marco, którego przebiłeś na wylot pojawił się piętnaście lat temu. Denis, ten którego wepchnąłeś do rzeki - jedenaście, a nie byli oni najstarszymi mieszkańcami tego miejsca. Podobno, ruchy w centrum obserwowali już dziesięć lat temu, ale dopiero niedawno bariera dzieląca nas zniknęła.

Dziki po raz kolejny poczuł, że ilość wiedzy zaczęła go przytłaczać. Zdążył już przyzwyczaić się do Nowego Świata, jego zasad oraz tego, że pewnych rzeczy nie dało się wyjaśnić. A teraz wychodziło, że nawet to co uważał za pewnik, było jedną wielką fikcją.

- Skąd tak dobrze znałeś tych ludzi? – spytała Zjawa, która zaczęła już przygotowywać drugą zupę.

Pierwszy popatrzył przez chwilę na jej ręce. – Wolałbym, żebyś opłukała kubek…

- No nie wierzę! Tylko pięciolatki brzydzą się pić po ładnej dziewczynie! – zawołała oburzona.

- Jeśli to problem, mam drugi…- powiedział Pierwszy, wyciągając kolejne metalowe naczynie.

- Ja po prostu nie wierzę…- westchnęła dziewczyna, biorąc czysty kubek. – Skoro już uznałeś mnie za parchatą, to przynajmniej odpowiedz na pytanie…

Pierwszy pokręcił głową. – Nie powiedziałem, że jesteś parchata…ja po prostu nie mam w zwyczaju jeść po kimś. A co do twojego pytania, wracaliśmy wszyscy razem z Magistratu. Tu wychodzi się z założenia, że w grupie jest bezpieczniej. Po tej stronie jest tyle błędów, że Prawo Trzech prawie wcale nie działa…

- To dlatego cię znali, Zwiadowca przy rzece powiedział do ciebie Czarny! – przerwała Zjawa.

W tym momencie Dziki poczuł oburzenie. Pierwszy wracał razem z nimi, dlaczego ich nie zatrzymał? Dlaczego pozwolił im przejść, albo nie powiedział wcześniej mieszkańcom centrum o tym co ich czeka. – Dlaczego? Dlaczego ich nie zabiłeś? – spytał, wyraźnie sfrustrowany.

- I mówisz to właśnie ty… Powiedz jaki miałem ku temu powód? Nie należę do żadnej frakcji. Nie jestem częścią Wspólnoty, Armii Daniela ani Zarzecza. Dzięki latom przygotowań, umiejętnościom i wiedzy, mogę sobie pozwolić na bycie całkowicie neutralnym, a to dla mnie najważniejszy luksus. Wspieram tylko to co chcę wspierać, nic nie zmusi mnie, bym brał udział w czymś, w czym nie chcę. Konflikt Zarzecza z Centrum, mnie nie interesuje. Nie zależnie od tego kto wygra, nie będzie to miało na mnie wpływu…

- Chciałabym dojść do takiego poziomu… - westchnęła tęsknie Zjawa, zalewając kubek wrzątkiem. – Samowystarczalność, niezależność, na niczym tak mi nie zależy.

- To trudne, ale w tym świecie całkiem wykonalne – stwierdził Pierwszy, ale Dziki nie miał zamiaru odpuszczać. Nurtowało go jeszcze jedno ważne pytanie. – Modrzew, też wracał z wami?

- Nie.Minąłem się z nim. Gdy dowiedziałem się w jakim celu wraca, sam też wróciłem prawie natychmiast, żeby cię ostrzec. Powiedziałem też Zwiadowcom, że zabiję każdego kto myślałby o pomocy Modrzewowi w zemście – odparł.

- Trochę to nie poskutkowało, gdybyś ich zatrzymał to… - zaczął Dziki.

- To co? – wtrącił, wyraźnie wyprowadzony z równowagi mężczyzna. – Nawet gdybym ich pozabijał, uczynił z siebie mordercę po raz kolejny… Myślisz, że w czymś by to pomogło? Odszedłbyś z autobusu tak jak mówiłem? Pokonał Modrzewa gdyby był sam? Myślę, że nawet skończyłoby się to gorzej, bo Michał na pewno nie oszczędziłby dziewczyn! Nawet gdybym znalazł go wcześniej, ja nie pozbawiam ludzi życia tak lekkomyślnie i bez skrupułów… a pragnę ci przypomnieć, że kilka osób z twojego powodu, już zabiłem....

Dzikiego zatkało. Poczuł że tym razem naprawdę przesadził. To nie Pierwszy był winny, tylko on sam. Miał przecież tyle okazji, by odejść z autobusu. Tyle ostrzeżeń, tyle pomocy… No właśnie pomocy. Teraz zaczął rozumieć, to co powiedział jego wybawca gdy przyszedł wyswobodzić ich z niewoli Maciejewskiego. – Pomóż komuś sto razy i wszystko będzie dobrze, ale nie pomóż raz…. I wszystkie poprzednie razy w których pomogłeś, przestaną mieć znaczenie. Do Dzikiego dotarło, jak okropnie zabrzmiały w tym momencie jego słowa. – Przepraszam cię. Dławi mnie poczucie winy którego nie mogę znieść. Chciałby je w tym momencie na coś przelać, odciążyć trochę myśli które nie dają mi żyć… ale ty jesteś ostatnią osobą, do której powinienem mieć pretensje.

Pierwszy ściągnął maskę, przyglądając się przez chwilę Dzikiemu.Bardzo zmęczonym i pełnym smutku wzrokiem. – Robisz dokładnie to, czego po tobie oczekiwałem. Ni mniej, ni więcej… - westchnął i wziął do ręki kubek z zupą.

Po chwili wyraźnego zamyślenia, powiedział zrezygnowany. – Teraz, już jest za późno...

Dziki spojrzał przerażony. Czyżby jego wybawca zaczął żałować, że jednak nie zrezygnował z pomagania mu? – Co się stało? – spytał natychmiast.

Pierwszy spojrzał na swój kubek. – Kluski wypiły całą zupę…