Krańcowo II - Rozdział XVIII - Pierwotna Wola

Zaktualizowano: cze 6

Dziki podniósł się powoli, trzymając za obolałe żebra. Dookoła otoczyły go jęki mieszkańców. – Wszyscy…Wszyscy cali? – spytał, ledwo łapiąc powietrze.

– Ja tak – odpowiedziała Oli, podnosząc się z ziemi. Z jej rozciętego czoła ciekła krew, a kurtka rozdarła się przy upadku. – Trzeba zobaczyć co z pozostałymi.

Dziki podszedł do tylnej kanapy. Mieszkańcy autobusu podnosili się powoli z kupy jaka powstała, gdy pospadali z siedzeń.

– Żyję – zawołał głos Edka.

– Ja też szefie – pisnął Korek.

Widząc, że wszyscy są przytomni, Dziki odetchnął i ruszył do przodu. Kuba, który w momencie uderzenia stał w przejściu, nie zatrzymany przez fotele musiał wylądować gdzieś dalej.

Cały autobus wypełnił się parą, najpewniej z rozbitej chłodnicy. W niewyraźnym świetle sufitowych lamp, Dziki czuł się jakby szedł we mgle. W pewnym momencie idąc w stronę kierowcy, zawadził o coś nogą. Kuba jęknął tuż pod jego stopami, starając się wspiąć po siedzeniu. – Dziki… to ty? – spytał.

– Tak – odparł i zostawiając lidera z tyłu, szedł dalej naprzód.

Janek, który prowadził pojazd, mógł być w dużo gorszym stanie.

Gdy Dziki minął środek autobusu, zatrzymał się zamurowany widokiem. Cała przednia szyba rozbiła się w kawałki. Przez powstałą dziurę, z komory silnika do wnętrza pojazdu, wpływały strugi gorącej pary. Kątem oka dostrzegł Janka leżącego na kierownicy. Kierowca miał twarz pociętą kawałkami szkła, a z jego ust wylewała się stróżkami krew.

Dziki doskoczył do niego i poklepał po twarzy. – Janek, stary… Janek… powiedz coś.

Mężczyzna nie reagował. Dziki chciał już wołać po Greena, gdy tuż za nim doczłapał się Kuba. – Ja go docucę, idź lepiej zobacz w co uderzyliśmy… – wysapał, również trzymając się w okolicach brzucha.

Dziki skinął głową i ruszył w stronę wyjścia. Zderzenie musiało uszkodzić mechanizm otwierania drzwi, bo te ani myślały się rozsunąć. Szarpnął więc za awaryjną dźwignię i zwalniając blokadę, wypchnął je siłą na zewnątrz.

Gdy już wyszedł poza auto, otoczyła go absolutna ciemność. Za autobusem nie było nic widać. Na przodzie jedynym źródłem światła były ciągle palące się lampy. Te wykrzywiły się od siły uderzenia i rzucały teraz dwie długie strugi w kształcie X prosto na asfalt. Dziki pomyślał, że akumulatory, w odróżnieniu od silnika, ciągle jeszcze były całe.

Wychodząc przed maskę, dostrzegł zmasakrowany przód, wbity w mały czerwono biały słupek parkingowy. Mocno zdziwiony przyjrzał się metalowemu bolcowi. Podobne montowano zazwyczaj na chodnikach, by uniemożliwić samochodom wjeżdżanie tam gdzie nie powinny. Pomyślał przez chwilę, że może Janek usnął za kółkiem i zjechał na pobocze, ale to nie było to. Słupek stał pośrodku drogi, do tego nie był w żaden sposób przykręcony. Dziki chwycił za niego, próbując go podnieść, ale ten nawet nie drgnął, jakby był przyspawany do asfaltu. Naprawdę mocno skonsternowany podrapał się po głowie, gdy tuż za sobą usłyszał męski gruby głos. – To relikt. Kryje w sobie błąd, który sprawia, że można go podnieść tylko idealnie pionowo w górę. Przepchnąć albo przesunąć nie da się go nawet buldożerem…

Dziki spojrzał w ciemność, by dostrzec właściciela głosu i wtedy jak z nicości wypadła jakaś postać. Nim zdążył zareagować albo krzyknąć, poczuł jak obrywa czymś ciężkim w głowę. Runął na ziemię zamroczony tym nagłym ciosem i po chwili poczuł jak jego zmysły odpływają…

Nieprzytomny musiał być tylko chwilę, bo pod twarzą poczuł chłodny asfalt. Podniósł się powoli i zobaczył cztery pary nóg. Wszystkie ubrane w porządne wojskowe spodnie i buty.

– Ja pierdolę... – zawołał jakiś głos nad jego głową. – To jest ten facet, który cię tak załatwił? – powiedziała jakaś postać z wyraźną kpiną w głosie.

– Mówiłem ci, że nie był sam… – odparł jakiś mężczyzna, którego głos Dziki na pewno gdzieś słyszał.

Pomyślał przez chwilę, że może Pers znowu zebrał jakąś ekipę by się z nim policzyć. Skąd jednak wiedzieliby, że autobus uderzy właśnie tutaj? Jego podejrzenia rozwiało następne zdanie, wypowiedziane przez trzeciego z mężczyzn. – Nawet jakby ich było dziesięciu, jesteś cholernym Zwiadowcą… Takie coś to wstyd dla Zarzecza… – stwierdziła z irytacją.

Zarzecze? – pomyślał i wtedy dotarło do niego, kto może przed nim stać.

Poderwał się, dostrzegając przed sobą czwórkę ludzi w militarnych strojach. Wśród nich stał jego najgorszy koszmar, Michał Modrzew. Zacisnął z przerażeniem oczy. To nie mogła być prawda. Może to właśnie był jeden z jego nawracających koszmarów, które ciągle nawiedzały go w tym świecie… Przecież to niemożliwe żeby on tu był, właśnie teraz…

Otwierając oczy szerzej, rozejrzał się jeszcze raz niepewnie. Mieszkańcy autobusu wychodzili po kolei przez drzwi, poganiani przez piątego przybysza. Mężczyzna w czarnym patrolowym stroju policji, który trzymał w rękach jakąś samoróbkę pistoletu maszynowego, wypchnął idącego na końcu Smalca, uderzając go bokiem broni. – Kierowca chyba nie żyje! – powiedział, stając przy drzwiach, gdy mieszkańcy opuścili już pojazd.

Dziki poczuł otępienie. Janek nie żyje?

Spojrzał w tym momencie na swoich towarzyszy. Przybyli Zwiadowcy ustawili ich na klęczkach, tak by sięgały ich powoli gasnące światła autobusu. Sami stanęli z tyłu, mierząc do nich z broni, która również wyglądała na przygotowaną w domowych warunkach.

Wszyscy autobusiarze mieli przerażenie wypisane na twarzach. Rozglądając się niepewnie, zerkali co i rusz w stronę Dzikiego. Licząc ich, zauważył, że brakowało Kuby. Czyżby ich liderowi udało się ukryć? Jeśli tak, czy planował jakoś im pomóc?

– Dobra, Modrzew – warknął nagle jeden z mężczyzn, który wyglądał na najstarszego z całej grupy. – Masz co chciałeś. Strzelaj mu w łeb i wracamy do bazy, trzeba się jeszcze przygotować do przejścia…

Dziki poczuł jak serce łomocze mu z przerażenia, więc przybyli po niego i to po to, żeby go zabić. Spodziewał się, że za chwilę poczuje dotyk lufy na swojej potylicy. Tak się jednak nie stało.

Wściekły Modrzew ruszył w stronę stłoczonych ludzi i prawie wchodząc na ponaglającego go kompana wrzasnął – Strzelaj mu w łeb? STRZELAJ MU W ŁEB? KPISZ SOBIE ZE MNIE? – zapytał, wyraźnie oburzony. – Jeżeli myślisz, że tak po prostu go zabiję… O NIE! Trzydzieści cholernych dni robiłem za podnóżek pedała! On utonie we własnych flakach i kale, będzie błagał o śmierć zanim to zrobię! – warknął.

Mężczyzna, który wyprowadzał ludzi z autobusu, uderzył ręką w zgniecioną maskę. – No ja pierdolę! Nie mów, że będziemy czekać aż sobie tu odwalisz cholernego doktora Mengele… Jak nie masz jaj, żeby to zrobić, załatwię to za ciebie… – powiedział.

W tym momencie podszedł do Dzikiego, podrywając go do góry za kurtkę. Ten, czując na potylicy dotyk pistoletu, po prostu zesztywniał, jego umysł zupełnie zawisł. To co się działo było nierealne, tak nierealne… Skoro więc było snem… Czemu się nie kończyło? Jak z oddali dobiegł do niego głos Oli krzyczącej – Nieee! – oraz pisk dziewczyn z autobusu.

– Zostaw go! – krzyknął Modrzew, doskakując do mężczyzny i celując w Dzikiego brudną ręką. – ON. JEST. MÓJ!

Najstarszy z grupy Zwiadowców westchnął, spoglądając to na Modrzewa, to na mężczyznę, który trzymał Dzikiego. – Marco, puść go! – zawołał w końcu. – To sprawa Modrzewa i tego chłopaka, niech sobie to rozwiązuje jak uważa…

– Cudownie! – podsumował Modrzew i wyciągając broń strzelił z oddali w głowę klęczącego Kryspina.

Chłopak momentalnie runął na bok, a pozostali busiarze krzyknęli przerażeni.

– Kurwa mać! MÓGŁBYŚ SIĘ OPANOWAĆ! – krzyknął jeden ze stojących z tyłu zwiadowców, ochlapany krwią chłopaka.

Płacz i krzyki dziewczyn rozdarły głowę Dzikiego. Jego serce uderzyło pompowane adrenaliną. Poderwał się do góry, zaciskając pięści, ale mężczyzna nazwany Marco zdzielił go od tyłu, przewracając na ziemię. – NO DO JASNEJ NĘDZY! – zawołał. – Ja rozumiem zemsta, ale to już jest jakieś skrajne zjebanie! Co ci tamten chłopak zrobił? – powiedział wskazując dłonią na martwego Kryspina. – Też cię sprzedał pedałowi? Ile ty tych turnusów u Siwego zaliczyłeś? – spytał z wyrzutem.

Oli i reszta dziewczyn stłoczyły się dookoła ciała Kryspina, zawodząc przeraźliwym płaczem.

– Nic – odpowiedział Modrzew, wzruszając ramionami. – A jak już przyjdziemy tu wszyscy, to ilu oszczędzisz? Jak myślisz? Jeden potencjalny obrońca mniej…

– No nie… Kto tego oszołoma zrobił Zwiadowcą? – spytał natychmiast Marco, po czym ponownie zwrócił się do jakby dowódcy. – Darek, chyba nie masz zamiaru siedzieć tu i patrzeć, aż ten sukinsyn skończy się zabawiać?

Najstarszy z grupy zerknął zirytowany na Michała. – Modrzew, kończ to! – warknął.

– W Zwiadowcach jesteśmy równi, nie uzurpuj sobie prawa do rozkazywania mi! – odpysknął natychmiast Michał.

Darek spojrzał na niego z wyższością, zaciskając ręce na pistolecie. – Dopiero odzyskałeś ten tytuł i to dlatego, że uwierzyłem w twoją historię o porwaniu. Pamiętaj, że zgodnie z prawem Zwiadowców, wszyscy którzy przekroczyli czas pobytu w centrum, uznawani są za lojalistów i zdrajców… Wszyscy albo nikt!

– Dobra, dobra – odetchnął Modrzew. – To mogę go chociaż zatłuc gołymi rękoma? Poczekacie?

– Pierdolę to! – powiedział Marco. – Wracam do Hufca i wam też radzę, jeszcze się zarazicie od niego jakąś umysłową spierdoliną…

Przybyła grupa, z wyjątkiem Modrzewa, zaczęła się zbierać, gdy nagle jej ‘’niby” przywódca zawołał. – Czekajcie, ale dziewczyn to szkoda z tym palantem zostawiać… Można je zabrać na Zarzecze! U nas się w babki nie przelewa, zwłaszcza ładne… – stwierdził, popatrując się pożądliwie na Oli.

– Młode i ładne – podkreślił Marco. – Jakiś pożytek zawsze z nich będzie…

Dziki słysząc to, poderwał się po raz kolejny, próbował zrobić cokolwiek. W jednej sekundzie dopatrzył pistolet w rękach Marco. Wyciągał już ręce by wyszarpać go mężczyźnie, ale wtedy Modrzew uderzył go w głowę. – Leż, aż z tobą nie skończę! – warknął w jego stronę, po czym zwrócił się do kompanów. – Jak tam sobie chcecie. Ja żadnej dźwigać przez rzekę nie mam zamiaru… – zaperzył się.

Dziewczyny z autobusu popatrzyły przerażone. Oli wysunęła się naprzeciw nich, chcąc je osłonić.

– Nie musisz – odparł Marco.– Akurat są cztery dla nas. W sam raz nagroda za bycie normalnym.

– To zabierać je… – stwierdził Darek, podchodząc do Oli.

Dziki spoglądał przerażony na to co się dzieje. Przecież zawsze mu się udawało… Przy każdej opresji albo wywalczył sobie szansę, albo wykorzystał tę daną przez los. Dlaczego więc teraz żadnej szansy nie było? Dlaczego nikt się nie pojawiał? Pierwszy, Mike, Wilk, Krzak, albo chociaż niewykształcony który odwróci uwagę wszystkich.

Darek przystawił Oli pistolet do czoła, mówiąc – Idziemy piękna!

– NIE! – krzyknęła dziewczyna.

– Więc zabiję twoją koleżankę… – powiedział Darek, biorąc na cel Weronikę.

Ta spojrzała przerażona na pistolet i natychmiast zalała się łzami. – Nie, błagam, proszę… – wyszeptała.

Dziki spróbował wstać po raz kolejny. Tym razem jednak Modrzew kopnął go w głowę, nim w ogóle zdążył się podnieść.

– Uparty to on jest, nie ma co… – podsumował Marco, który podszedł teraz do Beci i po prostu podniósł ją do góry.

Kolejny z mężczyzn dopadł do Weroniki, szarpiąc ją za ramię. Bocian natychmiast krzyknął – Zostaw ją! – W tym jednak momencie padł kolejny strzał. Modrzew trafił Bociana w brzuch a ten padł na ziemię.

– Dziki… pomóż… – wyszeptał ranny chłopak, gdy kolejny strzał w głowę pozbawił go życia.

– KURWA MODRZEW, PRZESTAŃ! NIE PÓKI TU JESTEŚMY! – warknął Zwiadowca, który trzymał Weronikę.

– No przecież cię broniłem! – odarł natychmiast Michał, a Zwiadowca wyszeptał teatralnie, by i tak wszyscy słyszeli. – Szkoda, że swojej dupy nie umiałeś bronić.

Modrzew nie zwrócił jednak na to w ogóle uwagi, spojrzał jedynie na swój pistolet wyraźnie zadowolony. – Zaczyna mi się to podobać, nie mogę się doczekać inwazji… Mam nadzieję, że trafi mi się Siwy i paru innych ludzi…

Zwiadowcy jęknęli praktycznie naraz. Wydawać by się mogło, że zachowanie Modrzewa działa wszystkim na nerwy, nikt jednak nawet nie myślał o tym, żeby go powstrzymać.

Gdzie jest Kuba? – pomyślał Dziki – Dlaczego go z nimi nie było. Czyżby ukrył się za pomocą swojego błędu w autobusie? Czemu więc nie zaatakował znienacka? Na co czekał, aż kolejna osoba zginie?

Marco, który przerzucił sobie Becię przez ramię, stwierdził ostatecznie. – Pierdolę, idę… – po chwili zniknął w ciemności.

Darek podchodząc do Modrzewa, warknął – Jak błysk po tamtej stronie się skończy, natychmiast ruszamy. Nie spóźnij się! Bo tym razem wrócę tu specjalnie, żeby cię zastrzelić. Pamiętaj Modrzew, wszyscy albo nikt!

– Tak, tak, pamiętam… – odwarknął mężczyzna, skupiając się na Dzikim.

– Żebym nie musiał się wracać – zagroził jeszcze raz Darek i chwycił Oli za ramię.

Dziewczyna natychmiast zaczęła się wyrywać, krzycząc – DZIKI! DZIKI!

Pozostali zwiadowcy chwycili Laurę i Weronikę. Po śmierci Bociana ta druga nawet się nie szarpała. Jak zahipnotyzowana poszła prowadzona przez mężczyznę.

Dziki poczuł jak przelewa się w nim bezsilność. – Dlaczego im to robisz… dlaczego? Przecież ludzie z autobusu nic ci nie zrobili… to była moja wina… ja cię sprzedałem… JA!

– O, naprawdę? – spytał ironicznie Modrzew. – A co ja tobie zrobiłem? No może oprócz tego, że jestem z Zarzecza i dla mnie wszyscy mieszkańcy drugiego brzegu powinni zginąć… Tylko, że o tym to na pewno nie wiedziałeś…

Dziki pokręcił głową. – Proszę, zrób ze mną co chcesz… zabij, torturuj, nawet utop w rzece… Tylko daj im żyć! – błagał.

Modrzew prychnął. – Biedny Dzikusek chciałby umrzeć jak bohater i żyć w serduszkach swoich przyjaciół… Nie ma szans, zdechniesz ze świadomością, że nikomu nie pomogłeś, a oni wszyscy zginęli przez ciebie.

Dziki zacisnął pięści z wściekłości, a Modrzew spojrzał na niego ironicznie. – Dobrze Dziki, dam ci szansę – mówiąc to, poderwał Smalca z kolan. – Uratuj go! – rozkazał, przykładając chłopakowi pistolet do czoła. – Liczę do dziesięciu i strzelam, a ty próbuj.

Dziki spojrzał przerażony na towarzysza z autobusu, a Smalec krzyknął natychmiast – Pomóż mi!

RAZ!

Zawołał Modrzew, pchając Smalca, który natychmiast zaczął uciekać.

DWA!

Chłopak biegł ze wszystkich sił, chcąc skryć się w ciemności.

TRZY!

Dziki ruszył na Modrzewa. Nie musiał wygrać, wystarczyło, że kupi trochę czasu, by Smalec mógł uciekł dość daleko.

CZTERY!

Zaciskając pięść, zamachnął się w stronę Michała, ale jego cios po prostu przeleciał przez twarz mężczyzny, jakby była zrobiona z pary.

PIĘĆ!

Spróbował po raz kolejny, ale jego pięści wciąż przenikały przez głowę Modrzewa.

SZEŚĆ!

Zrozpaczony spróbował złapać za pistolet w ręku mężczyzny, ale jego palce również przeleciały przez lufę.

SIEDEM!

– BŁAGAM CIĘ, PODDAJĘ SIĘ, ZROBIĘ CO CHCESZ TYLKO PRZESTAŃ! – krzyknął zrozpaczony Dziki.

OSIEM!

– TEN CHŁOPAK JEST NIEWINNY, ONI SĄ NIEWINNI! – wykrzykiwał.

DZIEWIĘĆ!

Dziki stanął naprzeciw pistoletu, blokując linię strzału, ale Modrzew dał krok do przodu. Pistolet przeniknął przez jego twarz, z tyłu za swoją głowa usłyszał przeraźliwy huk i dźwięk upadającego ciała.

Dziesięć…– westchnął Michał. – Widzisz, Dziki? Nie jesteś bohaterem, nikogo nie uratujesz. Zdechniesz jak pies ze świadomością, że ci wszyscy ludzie zginęli przez ciebie.

Dziki upadł na kolana, całkiem załamany. Nie był już w stanie powiedzieć nawet słowa, nie był w stanie zrobić nic. Modrzew posługujący się błędami przewyższał go pod każdym względem. Chciał już po prostu, żeby to się skończyło... Żałował dnia, w którym udało mu się uciec z cmentarza... Gdyby wtedy zginął, ci wszyscy ludzie... Oni by...

Widząc załamanie na jego twarzy, Modrzew zakpił natychmiast. – W końcu do ciebie dotarło. W twoich oczach zatańczyła pustka, którą chciałem zobaczyć… Czas na ciebie, Dziki – powiedział na koniec, dokładając mu pistolet do czoła.

Głośne – NIE! ZOSTAW GO! – dobiegło do uszu Dzikiego.

Korek wyskoczył w stronę Modrzewa, robiąc jednocześnie coś, co nie udało się wcześniej Dzikiemu. Chwycił mężczyznę za rękę. Michał bez problemu wyrwał ją jednak z uścisku szczupłego i słabego chłopaczka. Jednocześnie chwycił go i przystawił pistolet do skroni.

– Szefie ratuj! – zawołał chłopak, a Modrzew roześmiał się. – Ojej Dziki... Chyba jesteś ważny dla tego maluszka, nie sądziłem, że ktoś taki jak ty może mieć fana.

Korek szarpał się ze wszystkich sił, krzycząc – SZEFIE POMÓŻ MI! SZEFIE BŁAGAM! DZIKI! DZIKI POMÓŻ MI PRO…

Modrzew strzelił chłopakowi w skroń i trzymając chwilę jego ciało, spytał – Było między wami coś bliżej? No bo skoro wybrałeś Pierwszego, nie Dix, to może wiesz… wolałeś w tę stronę?

Gdy głowa najmłodszego członka autobusu uderzyła o ziemię, Dziki spojrzał w jego puste oczy i poczuł jak coś po raz ostatni w nim pękło. – Nie mogę uwierzyć… – wysapał.

– Co? – spytał Modrzew, nachylając się. – Dalej myślisz, że to koszmar? Oj uwierz mi, to jest koszmar – zakpił ich oprawca.

– Nie – odwarknął Dziki. – Nie mogę uwierzyć, że kiedykolwiek ciebie żałowałem… Że przeżywałem to co ci zrobiłem, że wracało to do mnie…

Modrzew spojrzał w jego oczy. – Czyżby przyszła kolej na błaganie o litość dla siebie? Już nie chcemy być bohaterem? – spytał wyraźnie rozbawiony.

– Litość? – prychnął Dziki. – Od ciebie? Teraz to widzę, zasłużyłeś kurwo na wszystko co cię spotkało, na każdą chwilę w której Siwy jebał cię w dupę. Chcesz żebym błagał? Nie będę błagał, JA CIĘ KURWA ROZPIERDOLĘ!

W tym momencie na twarzy Modrzewa po raz pierwszy pojawiła się niepewność. – Dość! – powiedział i celując Dzikiemu w głowę, nacisnął spust.

W tym momencie Dzikiego przepełniło nowe uczucie. Cel, który musiał wykonać i w którym nic nie mogło mu przeszkodzić, nawet lecąca kula. Pocisk momentalnie zmienił tor lotu, a Dziki zacisnął pięści gotów do ataku. Wiedział, że tym razem trafi, nie będzie żadnego przenikania, nie pozwoli na to! Modrzew miał umrzeć!

Potężny cios trafił Michała w brzuch tak, że ten wyleciał w powietrze i upadł na plecach. To nie był cios człowieka, to był cios przepełniony błędami. Dziki poczuł, jak zalewa go spełnienie, wystrzelił do przodu jak pocisk. Jakby jego ciało od samego początku wiedziało jak korzystać z tych nowo nabytych mocy. Nim Modrzew zdążył unieść głowę, runął na niego, zasypując jego twarz gradem uderzeń. Każda pięść, która nie trafiła, podrywała z ziemi kawałki oderwanego betonu. – UMRZESZ! – ryknął Dziki.

W tym momencie jednak stało się coś dziwnego, poczuł wolę życia. Wolę życia, która nie należała do niego, jakby siedział w głowie Michała, a ich pragnienia walczyły ze sobą. Teraz zrozumiał, to był pojedynek woli. Nie mógł go przegrać, przypomniał sobie Bociana, Kryspina, Smalca, Korka… Chęć uśmiercenia mężczyzny eksplodowała w nim. Modrzew musiał to wyczuć, bo zamknął natychmiast oczy. W tym momencie jednak Dziki wyczuł coś jeszcze. Przeszywający strach, skryty we wnętrzu autobusu, zamknięty za zasłoną niewidzialności.

Więc Kuba ukrywał się przez cały czas, pozwalając na to, by jego ludzie byli zabijani jeden po drugim. Wściekłość rozdarła się w nim.

Modrzew wykorzystał chwilę, gdy wola Dzikiego była rozproszona i momentalnie zrobił się przenikliwy. Przeleciał przez jego plecy i znalazł się po drugiej stronie.

– NIE! – Krzyknął Dziki, uderzając pięścią w drogę. – NIE POZWOLĘ CI!

Modrzew wyskoczył w powietrze, chcąc zniknąć w całkowitej ciemności. Dziki w amoku ruszył za nim, potykając się o ciało Korka. Puste oczy chłopaka wpatrywały się w niego, jego twarz zastygła w wyrazie przerażenia. Dziki poczuł jak znowu eksploduje w środku. Wybiegając do przodu, wyskoczył w powietrze jak gepard, uderzając Modrzewa od tyłu, nim ten zdążył wylądować. Obydwaj runęli na ziemię.

Dziki zupełnie zignorował ból, złapał twarz Michała i przycisnął ją do asfaltu.

– PRZESTAŃ! PRZESTAŃ! – wykrzykiwał mężczyzna.

Dziki jednak dociskał ją coraz mocniej, przypomniał mu się widok Delimera pod sklepem. Moment, w którym zgniótł głowę banderowca.

Czaszka Michała zaczęła uginać się pod jego palcami, w głowie słyszał jeden wielki ryk zagłuszający nawet agonalne krzyki mężczyzny. Głowa w końcu poddała się, krew bryznęła pod palcami Dzikiego. Krzyk ucichł.

Dysząc ciężko, usiadł na drodze. Wszędzie było całkiem ciemno. Gniew i złość odpłynęły, zostawiając po sobie pustkę, którą momentalnie wypełnił żal. – Dlaczego? DLACZEGO TO NIE STAŁO SIĘ WCZEŚNIEJ! – krzyknął Dziki uderzając pięścią w asfalt. Ten wgniótł się jakby był zrobiony z ciasta. – DLACZEGO! DLACZEGO! DLACZEGO! – krzyczał Dziki, robiąc coraz większą dziurę w ziemi.

Z ciemności wybiegły dwie postacie. Edek razem z Greenem dopadli do niego, próbując powstrzymać przed nadużywaniem błędów. Chwycili go za ręce, ten jednak strącił ich z siebie jak dwie szmaciane lalki.

Green doskoczył ponownie, łapiąc go za twarz. – PRZESTAŃ! NADUŻYWASZ BŁĘDÓW, ZARAZ SIĘ ROZMYJESZ! DZIKI ROZMYJESZ SIĘ! – wykrzyczał.

W tym samym czasie Edek chwycił go od tyłu i spróbował podnieść. – Uspokój się, już po wszystkim…

– Po wszystkim... – wyszeptał niepewnie Dziki i poczuł jak do oczu nabiegają mu łzy.

Chwycił się za głowę, czując, że zaraz znowu się załamie. Widząc to, Green strzelił go w twarz. – Uspokój się! Janek jest ranny, musimy mu pomóc!

Janek żył? Zwiadowca się pomylił! Dziki ruszył natychmiast w stronę autobusu, przeganiając w ciemności Greena i Edka.

Światła pojazdu zaczynały powoli gasnąć, a para przestała się już wydostawać z pękniętej chłodnicy.

Gdy wbiegł do środka, zobaczył kierowcę siedzącego na fotelu. Chociaż na jego zalanej krwią twarzy z ledwością widać było oczy, był już przytomny. – mmhm Dziki mhm... dobrze... dobrze, że żyjesz – powiedział w amoku, po czym znowu odpłynął.

Doskakując do niego, Dziki złapał go za rękę. – Trzymaj się stary, zaraz ci pomożemy... jeszcze chwilę.

– Zabierzmy go do mojej kryjówki... – powiedział Kuba, który zbliżył się z ciemności.

Słysząc jego głos, Dziki poczuł jak zalewa go fala niepohamowanej wściekłości.Doskoczył momentalnie do mężczyzny, łapiąc za kurtkę. – TY SKURWYSYNU! CHOWAŁEŚ SIĘ PRZEZ CAŁY CZAS! TY JEBANA GLIZDO! MYŚLAŁEM, ŻE JEST W TOBIE CHOCIAŻ ODROBINA CZŁOWIEKA! ŻE NA TYCH LUDZIACH ZALEŻY CI CHOCIAŻ TROCHĘ!

Kuba popatrzył przerażony. – Dziki, ja nie miałbym szans, moja pierwotna Wola jest tak chujowa, że nie mogę walczyć z jej pomocą... Naprawdę, gdybym tylko mógł coś zrobić...

Dziki nie wytrzymał, cisnął mężczyzną w jeden z foteli tak mocno, że oparcie pękło, a Kuba przebił się na drugą stronę. – TRZEBA BYŁO UMRZEĆ PRÓBUJĄC! – ryknął.

– Dość, Dziki! – zawołał Green. – Musimy myśleć o tych, którym jesteśmy w stanie pomóc. Janek zaraz się wykrwawi! Musimy zabrać go do kryjówki Kuby!

W całej sytuacji, która zapanowała, Green okazał się jedynym głosem rozsądku.

Ściągając oparcie z tylnej kanapy, mężczyźni stworzyli we czwórkę prowizoryczne nosze, na których ułożyli kierowcę. Gdy opuścili autobus, znaleźli się w całkowitej ciemności. Dziki, który biegł na przodzie, oświetlał drogę latarką. Chociaż chodzenie nocą po Krańcowie było wyjątkowo niebezpieczne, nie bał się nawet przez chwilę. Wiedział, że we wszystko co stanie im na drodze, uderzy z całą siłą błędów i nieważne czy się przez to rozmyje. Musiał pomóc Jankowi. Tylko ta myśl trzymała go jeszcze przy zdrowych zmysłach.

Miasto było jednak wyjątkowo puste, jakby cały Nowy Świat zrozumiał w tym momencie, że nie warto stawać mu na drodze. Na blokowisko dotarli w pół godziny, Kuba bez trudu odnalazł odpowiednią klatkę, mimo że w mdłym świetle latarek każdy blok wyglądał dokładnie tak samo. Wbiegając na najwyższe piętro, Dziki rozpoznał mieszkanie, w którym gościł zaraz po przybyciu.

Lider autobusu otworzył drzwi, po czym wciągnęli Janka do środka.

Wnętrze kryjówki nie zmieniło się wcale, nie licząc może tego, że było jeszcze bardziej zagracone. Plecaki, konserwy, buty, rowery... całe pomieszczenie po prostu tonęło w gratach.

– Ułóżmy go na stole – powiedział Green.

Dziki zrzucił z blatu ustawione rzeczy, a pozostali ułożyli na nim kierowcę razem z kanapą busa.

– Spokojnie, Janek, spokojnie – westchnął Green, rozpinając mężczyźnie kurtkę.

– Tam są środki medyczne... – powiedział Kuba, wskazując na stojącą w rogu ogromną szafę.

Green zaczął opatrywać kierowcę. Edek padł na fotelu, chowając twarz w dłoniach. Dziki zobaczył jak po jego policzkach od razu pociekły łzy. Kuba stanął w tym czasie nad Jankiem, przyglądając się staraniom lekarza.

Dziki oparł się o ścianę. – Dziewczyny... zabrali je... – załkał, głosem pełnym goryczy.

Kuba popatrzył na niego niepewnie, nic nie mówiąc, być może bał się, że znowu się na niego rzuci.

Dziki, nie mogąc wytrzymać milczenia lidera, wyrzucił z siebie głośne – Musimy coś zrobić!

Kuba spojrzał na niego zrezygnowany. – Dziki, chciałbym... myślisz, że nie chcę ratować Oli? – powiedział, a głos mu się załamał. – Tylko co mogę zrobić? Moja pierwotna wola nie pozwala mi walczyć... Gdybym tylko spróbował, natychmiast bym się rozmył! Zwiadowcy z Zarzecza, oni wszyscy znają się na błędach...

– WIĘC ZAMIERZASZ TU SIEDZIEĆ!? – krzyknął Dziki.

– A CO MAM ZROBIĆ! – zawołał Kuba. – MYŚLISZ, ŻE TYLKO TOBIE ZALEŻY? PO PROSTU NIE WSZYSCY JESTEŚMY TAK CHORZY NA ŁEB, ŻEBY RZUCAĆ SIĘ TAM GDZIE NIE MAMY SZANS!

– Ja idę! – krzyknął Dziki i ruszył w stronę drzwi.

– Zabiją cię! – zawołał za nim lider, łapiąc go za ramię.

– Wolę umrzeć próbując je ratować, niż żyć jak tchórz – warknął, wyszarpując swoją rękę i spoglądając miażdżąco na Kubę.

– Poproś Pierwszego o pomoc! – wtrącił Edek głosem wygłuszonym przez własne dłonie. – Wezwij go przez radio, może akurat słucha!

Dziki popatrzył niepewnie na chłopaka, po czym zawołał w stronę lidera. – Kuba, masz tu radiostację?

– Tak... – odpowiedział mężczyzna, wręczając Dzikiemu radio.

Ten złapał za odbiornik, wołając natychmiast. – Pierwszy, albo ktokolwiek inny. Mówi Dziki z Autobusu do Wolności, zostaliśmy zaatakowani przez Michała Modrzewa oraz Zwiadowców z Zarzecza. Większość naszych zginęła, ale te sukinsyny porwały nasze przyjaciółki i chcą zabrać je na Zarzecze. Nie wiem jak długo będą jeszcze po tej stronie, nie wiem ile mamy czasu, ale jeśli ktokolwiek z was może... Proszę, pomóżcie... – zawołał do radia.

Kuba i Green popatrzyli na niego, gdy opuszczał rękę z odbiornikiem. W jego głowie po raz pierwszy zabrzmiało coś, co było jak modlitwa. Nie wiedział do kogo się zwraca, nie wiedział czy ma to sens… ale w środku błagał cały Nowy Świat o pomoc.

– Dziki, gdzie jesteś? – zawołał męski głos z głośnika.

– Przy cmentarzu nowoprzybyłych! – odpowiedział.

– Czekaj tam na mnie, nigdzie się nie ruszaj! – rozkazał głos.

Wszyscy w pomieszczeniu, z wyjątkiem nieprzytomnego Janka, spojrzeli w tym momencie na Dzikiego.

– Jak myślisz, kto to był? – spytał natychmiast Green.

– Mam nadzieję, że Pierwszy – odparł mu Dziki.

***

Czekając przy bramie cmentarza, Dziki musiał zmierzyć się z dziesiątkami obaw bombardujących mu głowę. Zwiadowcy powiedzieli, że jak tylko skończy się błysk z tamtej strony, natychmiast ruszają na Zarzecze. Jak długo mógł trwać ten błysk? Czekali jeszcze w swojej bazie w hufcu? Czy zmierzali już w stronę rzeki? Jeśli tak, to którędy przechodzili? Czy dałoby radę odciąć im drogę?

Z zamyślenia wyrwał go bardzo niecodzienny dźwięk w Nowym Świecie, odgłos silnika samochodu. Para lamp rozświetliła drogę widoczną już z daleka i niechybnie zaczęła zbliżać się do cmentarza. Ogromna terenówka wjechała tuż przed bramę, oświetlając sylwetkę Dzikiego. Ten doskoczył do kierowcy i natychmiast zobaczył zamaskowaną postać Pierwszego. – Siadaj z tyłu! – rozkazał mężczyzna.

Dziki otworzył drzwi i zobaczył, że w samochodzie był ktoś jeszcze. Na siedzeniu pasażera siedziała Zjawa. – Co ty tu robisz? – spytał, ale za dziewczynę odpowiedział Pierwszy. – Jak zniknąłeś z eteru, na radiu rozpoczęła się wrzawa. Było sporo chętnych do pomocy, ale tylko ją mogłem zabrać po drodze. Czasu mamy niewiele. Zwiadowcy na pewno też słuchają radia, a błysk po tamtej stronie niedługo się skończy – wyjaśnił, wciskając gaz i wystrzelił samochodem do przodu.

– Skąd o tym wiesz? – spytał natychmiast Dziki.

– Przecież ci mówiłem, że byłem na Zarzeczu. Miałem kontakt ze Zwiadowcami, z tamtejszymi ludźmi. Wiem co nieco o tym, jak działają. Im nie wolno się spóźnić, bo uznają ich za zdrajców i zabiją… Myślisz, że dlaczego wtedy pod szkołą mówiłem żebyś opuścił autobus i wracał do Dix? Po tamtej stronie aż wrzało od tego, że Modrzew wraca i ma zamiar się zemścić.

Zjawa spojrzała na Dzikiego, jej oczy były pełne współczucia, ale minę miała nadąsaną jak zawsze. Gdy jednak przyjrzała się chwilę jego twarzy, uderzyła Pierwszego w ramię krzycząc. – MASKOWATY! ON MA PIERWOTNĄ WOLĘ!

Pierwszy przyglądał się jej przez chwilę, jakby nie dotarło do niego co powiedziała. Nagle uderzył w hamulce zatrzymując auto i spoglądając na Dzikiego – TY UŻYWAŁEŚ BŁĘDÓW?!

– Ja... chyba tak... – powiedział, patrząc przerażony, bo Pierwszy i Zjawa przyglądali mu się zszokowani. Po chwili prawie wciągnęli go przez siedzenie na przód.

– Sprawdź go! – rozkazał mężczyzna.

Zjawa obmacała Dzikiego po twarzy i dłoniach. Przeczesała włosy, jakby szukała w nich wszy. Najwidoczniej nie znalazła nic niepokojącego, bo uniosła kciuk do góry, a Pierwszy odetchnął z ulgą.

– Co się dzieje? – spytał, przestraszony ich zachowaniem Dziki.

– Moment przebudzenia się na błędy jest też momentem, w którym najwięcej osób się rozmywa. Nie znasz jeszcze swojej Pierwotnej Woli, nie jesteś w stanie wyczuć, że przesadzasz...

– Mojej Pierwotnej Woli? Co to jest? Jaka ona jest? Gdy będę wiedział, będę mógł wam lepiej pomóc!

Pierwszy popatrzył przez chwilę na Dzikiego. Zatrzymał ponownie samochód, wskazując Zjawie na kierownicę. Ta bez słowa skinęła głową i zajęła jego miejsce, gdy przeszedł przez tunel na tył auta. Minęła dłuższa chwila nim zdecydował się coś powiedzieć, po jego odchylonej głowie widać było że coś rozważa. – Co poczułeś, albo czego pragnąłeś, gdy po raz pierwszy zdałeś sobie sprawę, że coś jest nie tak?

Dziki przeleciał myślami do tamtych wydarzeń i łzy nabiegły mu do oczu. Ukrył twarz w dłoniach, szepcząc – on zabił Korka, ja tak bardzo chciałem go powstrzymać, chciałem go uratować.

Pierwszy pokręcił głową. – Wiedziałem, że tak odpowiesz, ale to na pewno nie jest twoja Pierwotna Wola.

Dziki popatrzył na niego zdziwiony, nie przypominał sobie by czuł cokolwiek innego. Mężczyzna widząc jego niepewność, westchnął i zaczął tłumaczyć. – Na błędy przebudza człowieka najsilniejsza emocja jaką poczuli w całym życiu. Nie jest to jednak takie zwykłe uczucie, musi łamać twój charakter, twoje jestestwo, to kim jesteś. Dla ciebie ratowanie innych to część twojej natury i osobowości, dlatego wybacz mi, ale nie uwierzę, że twoją Pierwotną Wolą było ratowanie kogoś…

Dziki popatrzył na Pierwszego zdziwiony. Przecież to właśnie chciał zrobić, uratować swoich towarzyszy, powstrzymać Modrzewa… Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Pierwszy spoglądał przez chwilę na Zjawę. – Mam nadzieję, że nie podzielisz się z nikim tym, co tu usłyszysz – warknął w jej stronę.

Dziewczyna obróciła się przez chwilę. – A po co i komu? Uważasz, że mam aż tylu kumpli we Wspólnocie? A może myślisz, że siedzę sobie z Siwym wieczorem przy herbatce i sprzedaję ploteczki z miasta?

Pierwszy zaciągnął maskę z powrotem na twarz i spojrzał na Dzikiego przez szkła. – Posłuchaj, opiszę ci to na moim przykładzie – stwierdził, zaciskając nerwowo pięści. – Pamiętasz jak opowiadałem ci o moim życiu w Starym Świecie? Wiesz dobrze, że nie przepadałem za swoją egzystencją. Czasem istnienie bolało mnie do tego stopnia, że kilka razy próbowałem przestać…

Dziki spojrzał zszokowany na swojego towarzysza. Mógł myśleć o Pierwszym różne rzeczy, nigdy jednak nie przypuszczał, że był on niedoszłym samobójcą. Myślał po prostu, że miał on dość pesymistyczny charakter. Mężczyzna, ignorując zupełnie wyraz jego twarzy oraz zdziwienie Zjawy, która obróciła się ponownie, kontynuował. – Gdy jednak przeczesywaliśmy zakłady chemiczne, gdy Kamil strzelił do mnie… gdy uciekałem ranny przed Delimerem… Poczułem, że chcę żyć... Poczułem, że chcę się ratować. I tak człowiek, który gardził swoim życiem, nigdy go nie cenił i chciał je zakończyć… Otworzył się na błędy, gdy po raz pierwszy poczuł chęć do dalszego istnienia. Pytam więc wprost. Jak otworzyłby się na błędy człowiek, który chciał ratować każdą napotkaną osobę?

Dziki zastanowił się przez chwilę, to było tak oczywiste, ale dopiero po słowach Pierwszego dotarło do niego w pełni. – Ja chciałem zabić Modrzewa, zniszczyć go, zabić…

Pierwszy przytaknął. – Rozumiem… w to jestem skłonny uwierzyć, a nawet powiedziałbym, że gdybym miał zgadywać twoją Pierwotną Wolę, postawiłbym właśnie na to.

– Więc co to znaczy? Muszę kogoś zabić gdy użyję błędów? Inaczej się rozmyję? – dopytywał Dziki.

Pierwszy oparł się o drzwi. – I tak, i nie. Musisz wiedzieć, że Wolę można trochę naginać i oszukiwać. Ja na przykład mogę celowo narazić się na niebezpieczeństwo, by wywołać poczucie obawy o własne życie. Błędy nie rozróżniają źródła mojego strachu, a ja mogę w ten sposób naginać reguły albo inaczej... Gdy na przykład pomyślę o tym, że nie mam zapasów i mogę umrzeć z głodu wola znowu się gromadzi. Wtedy używam ich do celów innych, niż bezpośrednie ratowanie życia. Na przykład mogę siłą otworzyć drzwi, za którymi wyobrażam sobie, że jest jedzenie. Rozumiesz?

– Cholera! – zawołała Zjawa. – Więc to dlatego twoja wola tak skacze… Czasem zastanawiałam się jakim cudem ktoś, kogo ledwo czuję, był w stanie wykrzesać z siebie tyle przy walce z Dix… Mimo wszystko to rozczarowanie, myślałam że ktoś ‘’twojego’’ pokroju kryje w sobie coś ciekawszego niż ‘’chęć zachowania życia’’ – zakpiła na koniec, odwracając się z powrotem w stronę drogi.

– Ciebie za to wyjątkowo łatwo rozgryźć – odgryzł się Pierwszy, choć głos miał dalej chłodny i opanowany. – Cicha, spokojna dziewczyna z bloków, która przez całe swoje życie pewnie nie była nawet na nikogo zła. Przebudza się na błędy pod wpływem gniewu, gdy jej towarzysz i potencjalny kochanek zostawia ją na śmierć…

– PIEPRZONY SCHERLOCK SIĘ ZNALAZŁ! – warknęła natychmiast, szarpiąc gwałtownie samochodem.

Pierwszy czując chyba, że uderzył w czuły punkt, kontynuował. – Zastanawiałem się czasami, dlaczego nie kryjesz tego bardziej. Każdy kto tylko popatrzy na ciebie, od razu wie co napędza twoje błędy… ale teraz rozumiem. Chodzisz cały czas wściekła jak osa, bo boisz się, że jak przestaniesz, wróci ta szara myszka, którą jesteś naprawdę. A ty stracisz dostęp do mocy, która uczyniła cię kimś…

– A ty? – warknęła. – Nie masz już ochoty palnąć sobie w łeb? – zakpiła.

– Czasami… – westchnął Pierwszy i skupił się z powrotem na Dzikim. – Posłuchaj, im silniejsze emocje będą tobą targały, tym lepszy dostęp do błędów będziesz posiadał, ale to miecz obosieczny. Człowiek bardzo łatwo przechodzi z gniewu do lęku, ze smutku do radości, z chęci niszczenia, do ratowania…. Twoja Pierwotna Wola jest bardzo ukierunkowana. O ile ja mogę jeszcze tłumaczyć, że ratuję kogoś: ‘’przy okazji ratując siebie’’, ‘’albo dla swojego dobra’’… tak ty, jeżeli choć raz użyjesz błędu z poczuciem, że chcesz komuś pomóc. Natychmiast się rozmyjesz.

Dziki przestraszył się. Nie licząc Modrzewa i kilku niewykształconych, praktycznie nigdy nie miał chęci uśmiercenia kogoś. Nawet gdy myślał o Ostrym, przychodziło mu do głowy co najwyżej ciężkie pobicie.

– Wiem co ci teraz chodzi po głowie… – westchnął Pierwszy. – Kiedy właściwie będziesz mógł użyć błędów bezpiecznie. To dylemat, z którym mierzą się wszyscy umiejący się nimi posługiwać. Ponieważ każda silna emocja wzbudzi kontrolę nad błędami i chęć sięgnięcia po nie w krytycznej sytuacji. Jednak dla dziewięćdziesięciu dziewięciu procent z nich, Pierwotna Wola stoi w ścisłej sprzeczności z ich charakterem. Z kolei im emocja będzie bliższa twojej Pierwotnej Woli, tym większa szansa, że przetrwasz to bez szwanku. Jeżeli będziesz chciał na przykład coś zniszczyć, to ta emocja jest bardzo podobna do chęci zabicia… Wtedy nic ci się nie stanie. Pod żadnym pozorem jednak nie próbuj niczego ratować, to byłby twój natychmiastowy koniec.

– A gdybym chciał kogoś zabić, by uratować kogoś innego? – spytał natychmiast Dziki.

– Zapytaj wtedy siebie, co będziesz czuł mocniej. Chęć zabicia czy chęć ratowania? Zabicie w tym wypadku to cel, by kogoś ocalić…. Natychmiastowe rozmycie…

Dziki pokręcił głową, to było strasznie skomplikowane. Wiedział jednak, że przynajmniej teraz nie będzie miał z tym problemu. Zwiadowcy, którzy pozwolili Modrzewowi dokonać masakry na jego kompanach, zasługiwali na śmierć.

Gdy Pierwszy wyjaśnił już Dzikiemu podstawy błędów, oparł się o szybę, przyglądając drodze.

Do hufca dojechali kilka minut później. Zjawa zatrzymała auto nim byli w stanie zobaczyć budynek. Światła na drodze, w absolutnej ciemności Krańcowa, były widoczne tak mocno, że z oddali zaalarmowałyby Zwiadowców.

Pozostawiając wyłączone auto na drodze, ruszyli praktycznie na ślepo w dalszą drogę. Po kilku minutach skradania się, dotarli do swojego celu.

Budynek przypominający mikroskopijny blok z płyty, nosił na sobie znaki ZHP, a na drzwiach miał mosiężną lilię harcerską. Zjawa zbliżyła się do hufca i opierając rękę na murze, zamknęła oczy. Marszcząc czoło, pogrążyła się w skupieniu, najpewniej chcąc wyczuć czy w środku znajdują się jacyś ludzie. Po chwili spojrzała w stronę Dzikiego, kręcąc szybko głową.

– Kurwa! Musieli już odejść – krzyknął Dziki.

– Nie ma na co czekać! Do samochodu! – zarządził Pierwszy.

Wrócili do porzuconego auta biegiem, kierując się w stronę rzeki. Pierwszy który usiadł za kierownicą, wyciskał z silnika ile tylko się dało.

– Wiesz, w którym miejscu mogą się przeprawiać? – spytał Dziki, w którym gniew raz za razem mieszał się ze strachem o Oli i resztę dziewczyn.

– Mają kilka miejsc, dlatego przyjechałem terenówką. Będziemy jechać wzdłuż brzegu – odpowiedział mężczyzna, zjeżdżając z drogi.

Od Hufca do zjazdu nad rzekę jechało się zaledwie kilka minut. Gdy znaleźli się już przy korycie, Pierwszy nie zwalniając wpadł na wypaloną łąkę. Auto podskakiwało na wybojach, przez co Zjawa i Dziki rzucali się po swoich siedzeniach. Kierujący nie zwalniał jednak nawet na chwilę. Zapalając długie światła, przycisnął się bliżej szyby, starając zauważyć jakikolwiek ruch w oddali.

Z każdą minutą Dziki tracił jednak nadzieję. Przeniesienie Janka zajęło im jakieś pół godziny, oczekiwanie na przyjazd Pierwszego kolejnych kilka minut, droga do hufca zabrała im bez potrzeby jeszcze więcej czasu.

Niespodziewanie jednak Pierwszy krzyknął – SĄ!

W oddali przy brzegu stała jakaś grupa, wyraźnie poruszona zbliżającymi się światłami. Dziki spodziewał się, że Zwiadowcy natychmiast rzucą się do ucieczki. Stanęli oni jednak, czekając na zbliżające się auto. Dziki z ulgą zobaczył, że przy mężczyznach stały dziewczyny… Po chwili jednak przycisnął się mocniej do szyby, były tylko trzy… którejś brakowało.

Pierwszy zatrzymał auto, gdy byli już praktycznie przed mężczyznami i ściągając na chwilę maskę, powiedział – posłuchajcie mnie, Zwiadowcy są szkoleni przez Smutnego. Co oznacza, że każdy z nich zna moją Pierwotną Wolę, dlatego o użyciu błędów mogę zapomnieć. Ponieważ jednak Smutny uważa mnie za swojego… druha, żaden ze Zwiadowców nic mi nie zrobi. Poczekajcie chwilę, spróbuję z nimi porozmawiać…

– Chcesz wyjść do nich sam? – spytał natychmiast Dziki.

– Nie, chodźcie ze mną. Powstrzymajcie się jednak przed otwartym atakiem, może uda mi się z nimi dogadać.

Mówiąc to, Pierwszy otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.

Zjawa, gdy tylko zobaczyła, że mężczyzna idzie w stronę Zwiadowców, skinęła na Dzikiego. Wyszli z pojazdu i ruszyli za Pierwszym, oświetlani od tyłu przez szperacze terenówki.

Trójka mężczyzn i związane z tyłu Weronika, Beata i Laura, przyglądali się im gdy szli wzdłuż światła.

Zwiadowcy natychmiast podnieśli broń. Gdy jednak zobaczyli idącego na przedzie Pierwszego, opuścili ją, wyraźnie zdziwieni. – Czarny... – zawołał mężczyzna, którego po głosie Dziki od razu poznał.

Marco, wychodząc naprzeciw grupy, podszedł do Pierwszego. – Nie masz nic lepszego do roboty niż straszyć ludzi? Nie powinno cię tu w ogóle być – powiedział natychmiast.

– Tak jak ciebie po tej stronie rzeki – odpowiedział chłodno Pierwszy.

– Ty sukinsynu, wiesz, że żyjesz tylko dlatego bo Smutny poręczył za ciebie! Nikt nie opuszcza Zarzecza, WSZYSCY ALBO NIKT! – krzyknął Marco, prawie wbijając twarz w maskę Pierwszego.

– Nie jestem Zwiadowcą, nie pojawiłem się na Zarzeczu, a w Starym Świecie nawet tam nie mieszkałem. Wasza durna zasada mnie nie dotyczy. Co najważniejsze, powiedziałem że zabiję każdego, kto pomoże Modrzewowi w zemście… – warknął Pierwszy tym samym chłodnym głosem.

Marco ścisnął usta. – Fakt, Modrzew nie był zbyt ‘’stabilny”, ale ten koleś z autobusu... Wiesz co on mu zrobił? – spytał, składając ręce na piersi.

– Wiem. – odparł Pierwszy sztywno. – I nic mnie nie obchodzi, co o tym myślicie. Zwłaszcza wy, z waszą pokręconą moralnością. Boli cię, że Dziki sprzedał Modrzewa jak niewolnika? A co chciałeś zrobić z dziewczynami?

– Zarzecze jest solidarne wobec swoich, niezależnie od tego kim są. To nas odróżnia od was, ludzi z ‘’raju’’… – warknął Marco.

Dziki poczuł jak zbiera w nim gniew. Czemu Pierwszy po prostu nie zaatakował mężczyzny? Czemu w ogóle z nim rozmawiał? Ten sukinsyn patrzył po prostu bez cienia żalu, jak Modrzew mordował ludzi z autobusu. Zupełnie niewinnych! Do tego teraz nie zaprzeczył, że chciał sprzedać dziewczyny jakby były jakimiś przedmiotami. Dziki po raz kolejny poczuł rządzę mordu, Wola zaczęła w nim zbierać. Znowu wyczuł otaczające ich błędy: rzekę, Zwiadowców, plecak Pierwszego, w uszach zabrzmiała mu melodia, którą w myślach nuciła Zjawa…

Marco musiał wyczuć, że w Dzikim wzbiera się Wola, bo spojrzał się na niego niepewnie. – TY! – krzyknął nagle.

– JA! – odpowiedział wściekle Dziki i wystrzelił jak pocisk w stronę mężczyzny.

Skupił całą swoją żądzę mordu we własnej ręce. Miał zamiar go zabić, zniszczyć, przebić pięścią na wylot…

To co uroiło się w jego głowie, jako myśl stworzona w gniewie, stało się rzeczywistością. Pięść Dzikiego trafiła w tors Marco, zatrzymując się przez chwilę na jego kamizelce, po czym przedarła się, rozrywając materiał, mięśnie i kości, aż wylądowała po drugiej stronie pleców mężczyzny.

Marco zagulgotał krwią, wisząc na przedramieniu Dzikiego. Gdy wyszarpał rękę z trzewi Zwiadowcy, ten natychmiast upadł na ziemię.

– DZIKI! MÓWIŁEM ŻEBYŚ POCZEKAŁ! – krzyknął Pierwszy, ale on go nie słuchał.

Błyskawicznie doskoczył do kolejnego ze Zwiadowców i chwytając go za kurtkę. Cisnął nim w stronę rzeki, jakby był przerośniętą marzanną. Mężczyzna nie wynurzył się nawet raz, momentalnie ginąc w bulgoczącym kwasie.

Ostatni Zwiadowca wyrzucił natychmiast broń, krzycząc – Poddaję się, błagam!

– ONI TEŻ BŁAGALI – krzyknął Dziki i cofnął już rękę by siłą ciosu oderwać mężczyźnie głowę.

Nim jednak zdążył uderzyć, poczuł, że coś odciąga go do tyłu. Pierwszy chwycił go pod pachami i szarpnął. – DZIKI, DOŚĆ, ON SIĘ PODDAŁ!

– ONI TEŻ NIE WALCZYLI! BOCIAN, SMALEC, KRYSPIN, KOREK… Oni chcieli po prostu żyć… – Dziki poczuł, jak znowu się załamuje, upadł na kolana, zalewając się łzami.

Zjawa w tym czasie podeszła do przerażonego Zwiadowcy. – Gdzie czwarta dziewczyna? W autobusie były cztery!

– Daro przeszedł razem z nią, chwilę przed tym jak przyjechaliście – powiedział mężczyzna, patrząc z niepokojem na Dzikiego.

Ten rozkleił się już całkiem. Więc było za późno… Oli znalazła się po tamtej stronie…