Krańcowo II - Rozdział XVII - Początek końca

Aktualizacja: cze 6

Cisza, która zapanowała w biurze Krzaka, była nieprzerwana. Po słowach, które padły z ust Mike’a, wszystko zamarło jakby czas zupełnie się zatrzymał.

Krzak zawisł nad swoją torbą, ściskając w rękach mapę, którą miał zamiar wepchnąć do środka. Mike wpatrywał się w biurko, nie poruszając nawet pojedynczym mięśniem na twarzy. Dziki zamarł, nie zauważając nawet, jak jego usta mimowolnie się otworzyły.

Pierwszy z tego zmrożenia wyrwał się właśnie on. - Mike, jeżeli to był jakiś głupi żart, to był on najgłupszym jaki kiedykolwiek powiedziałeś - warknął zirytowany.

Mike jednak ukrył swoją twarz w dłoniach, nie spoglądając nawet przez chwilę w jego stronę. - To nie żart, to najszczersza prawda. Oprócz tego, że mam na rękach również krew Primo, to główny powód, przez który nie ośmieliłbym się podróżować razem z wami - zawołał głosem zduszonym przez własne palce.

Dziki pokręcił głową z niedowierzaniem. - Brata Oli, Brisa, zabili ludzie z Odrodzenia. Mylisz się, musisz się mylić! – zawołał, próbując przekonać sam siebie, że to wszystko jest po prostu jednym wielkim nieporozumieniem.

Krzak schował w końcu mapę do torby i siadając na krześle obok Mike’a, spojrzał się w stronę Dzikiego. - Tylko że widzisz, kiedy ja i Mike’a się poznaliśmy, obaj byliśmy uciekinierami. Ja zdezerterowałem z Armii Daniela, a Mike uciekał z Odrodzenia Silnego – powiedział, potwierdzając słowa swojego dawnego podwładnego.

Ponownie zapadła cisza. O przeszłości Mike’a, wykraczającej poza poznanie Krzaka i budowanie Wspólnoty, Dziki nie wiedział praktycznie nic. Wcześniej był jednak przekonany, że po prostu jego przyjaciel nie ma o czym opowiadać. Włóczył się jak każdy, próbując przetrwać. Tymczasem skrywał on tajemnicę tak straszną, że nie ośmielił się nią podzielić nawet ze swoim najlepszym przyjacielem. - Wydaje mi się, że zasługuję w tym momencie na jakieś wyjaśnienia... - westchnął w końcu Dziki, podsuwając się bliżej biurka.

Mike podniósł głowę, wciąż jednak nie ośmielił się spojrzeć w jego stronę. Krzak, wyczuwając zapewne ciężar całej sytuacji, wyciągnął butelkę alkoholu z szafki obok. - To bardzo wyjątkowa Whiskey – stwierdził, przyglądając się etykiecie z jakimś dziwnym sentymentem. - Dostałem ją od Daniela za zabicie pierwszego Heterochroma w Strefie Głodu. A on wcześniej znalazł ją w mieszkaniu jakiegoś oficera - dodał.

Na twarzy Krzaka pojawił się ironiczny uśmiech, a oczy zrobiły mu się mętne jakby coś wspominał. - Zatrzymałem ją sobie i obiecałem, że wypiję gdy Wspólnota pod moimi rządami stanie się miejscem lepszym niż jego królestwo. Teraz już chyba nie ma na to szansy - stwierdził z jakąś dziwną goryczą przebijającą się w głosie. - Skoro więc jej pierwotne zadanie jest niewykonalne, może przynajmniej odciąży nam trochę tę nieprzyjemną rozmowę.

Sięgając ponownie do szafki, Krzak wyciągnął trzy duże szklanki i każdą z nich zalał do pełna.

Mike od razu złapał za najbliższą i na jednym wdechu pochłonął jej zawartość. Nie skrzywił się przy tym nawet przez chwilę. Krzak widząc to, westchnął zirytowany. - Mówiłem ci jak ta butelka jest dla mnie ważna, a ty pijesz ją jak tanie wino z pod sklepu... Moją największą porażką jest to, że nie zdołałem nauczyć cię nawet odrobiny subtelności - westchnął, biorąc jednocześnie drugą szklankę i sącząc z niej niewielki łyk. - Smakuje rozczarowaniem…- skomentował po chwili.

Dziki wziął trzecią szklankę, ale nie wypił ani kropli. Spojrzał się na swojego przyjaciela, który wyglądał na zawstydzonego, jak chyba nigdy w swoim życiu. Nie chcąc dłużej przeciągać tej nieznośnej ciszy, powiedział najspokojniej jak tylko potrafił. - No dalej stary, teraz nie ma już odwrotu…

Mike odłożył puste szkło na biurko i wziął głęboki oddech. - Pamiętasz mnie ze starego Świata, Dziki? - spytał, a jego spojrzenie zrobiło się puste. Jakby w tym momencie sam przypominał sobie dawnego siebie.

Dziki czując, że pytanie jest retoryczne, dał mu chwilę by ten zebrał myśli. Rzeczywiście, już po chwili Mike odpowiedział sam sobie. - Byłem słaby, miętki… Nie znający życia poza komputerem i barem, w którym pijaliśmy - opisał, a oczy przeszkliły mu się w smutku. - Nie byłem w żaden sposób stworzony, by mieć szansę w miejscu takim jak to. Do tego jeszcze ciągle prześladował mnie pech…

W tym momencie Mike zrobił pauzę, uśmiechając się ironicznie. Dziki nie zaprzeczał temu co usłyszał. Nie tylko dlatego, że to co słyszał nie mijało się z prawdą, po prostu za bardzo zależało mu by dowiedzieć się co spotkało jego przyjaciela po przybyciu. Znowu dał Mike’owi czas na zebranie myśli, a ten już po chwili ryknął. - Wiesz, że kiedy się pojawiłem na cmentarzu, nie miałem nawet cholernych butów na nogach! Kiedy światło strzeliło mi w oczy, dopiero szykowałem się do wyjścia z domu…

Ręce Mike’a zadrżały, a z jego twarzy bez trudu dało się odczytać, że wspomnienia pierwszych chwil w Nowym Świecie musiały być dla niego wyjątkowo bolesne.

Dziki wciąż milczał. Przyzwyczaił się już do Mike’a z Nowego Świata: silnego, niezłomnego. Mentora, który wprowadził go do życia w tym piekle. Prawie zapomniał, że przecież jego przyjaciel nie różnił się od niego tak bardzo…Przynajmniej kiedyś.

W tym momencie Mike po raz pierwszy od rozpoczęcia rozmowy spojrzał na niego. Dziki znał go na tyle dobrze by odczytać, że miał do niego jakiś żal. - Wiesz… mnie nikt nie pomógł. - kontynuował z goryczą. – Założę się, że Kuba przyszedł mnie sprawdzić, ale pewnie uznał, że taka łazęga zginie gdzieś od razu. Pewnie pomyślał, że szkoda na mnie czasu. Nim zdążyłem wydostać się z centrum byłem już dwa razy pobity tylko dlatego, że byłem nowoprzybyłym. Wszyscy napotkani myśleli, że mogłem mieć coś przy sobie.…- opowiadał dalej.

Dzik wsłuchując się w jego historię mimowolnie zaczął popijać whisky. Zawsze wiedział, że pomoc Kuby była dla niego niewyobrażalnym szczęściem. Dzięki temu nie miał okazji przekonać się jak ciężko mieli ci, którzy żadnej pomocy nie otrzymali.

Oczy Mike’a ponownie zrobiły się mętne. Po chwili pauzy, już zupełnie bez emocji, wyrecytował kolejną część opowieści. - Nie mam pojęcia jakim cudem w ogóle dotarłem do domu. Chyba po prostu nikt nie chciał tracić sił na zabicie mnie – westchnął. - Stopy miałem pokrwawione, twarz spuchniętą jak melon, spodnie rozerwane przez tych, którzy trzepali mi kieszenie. Nie miałem pojęcia co się dzieje. Nie było mamy, telefony nie działały, całe miasto zdawało się oszalałe. Przez długi czas nie ośmieliłem się wyjść na zewnątrz – opisywał, a jego spojrzenie zrobiło się puste. Jakby zupełnie zatonął myślami we wspomnieniach. - Byłem strasznie głodny - powiedział w końcu. - Chciało mi się pić, ale w moim mieszkaniu nic już nie było. Po trzech dniach byłem już na skraju wyczerpania. Gdy omdlewający z głodu wyszedłem w końcu na ulicę... Znaleźli mnie ludzie z Odrodzenia - zakończył pierwszą część opowieści i jednocześnie podsunął szklankę Krzakowi.

- Tylko nie przesadź! Chciałbym, żeby Dziki usłyszał historię do końca… - stwierdził mężczyzna.

Mike skinął głowa i tym razem wziął dużo wolniejszy łyk, nim kontynuował. - Odrodzenie było grupą założoną przez Michała Błaszczyka, ale oczywiście nosił już wtedy tytuł ‘’Silny”. W Starym Świecie facet był trenerem w naszym klubie sportowym. Tam też mnie zaciągnęli…

Dziki po raz pierwszy wtrącił się w słowo przyjaciela. Jedna rzecz nie dawała mu spokoju. - Ale czemu cię zabrali? Sam mówiłeś, przepraszam że to powiem… nie rokowałeś…

- Bo Silny chciał mieć armię, a przy tym miał możliwości by ją stworzyć nawet z największych niedojd - odpowiedział natychmiast Mike. - Wiesz dlaczego tak wyglądam? - spytał, odruchowo napinając biceps. - To nie wynik twardego życia i Nowego Świata, tylko Silnego i jego błędów… - wyjaśnił.

- Jak to błędów? - ponownie przerwał Dziki. – Przecież ty ich nie używasz!

Mike otrząsnął się z obrzydzeniem - Ja nie, ale mój były przywódca używał ich ciągle. Gdy jeszcze nie wiedziałem czym są błędy, Silny wydawał mi się jakimś cudotwórcą. Potrafił ‘’uzdrawiać”, w tamtych dniach był dla mnie kimś niezwykłym...

Mike zatrzymał się na chwilę. Wspomnienie tamtych dni musiały być naprawdę trudne, bo milczał dobrych kilka minut. Nim jednak zaczął mówić dalej, złapał kolejny solidny łyk. - Silny uważał, że przyszłość Krańcowa nie jest pewna. Mówił o czasach bez amunicji i broni. Gdzie przetrwają tylko najsilniejsi fizycznie. Do tego też nas przygotowywał, a jego błędy w tym pomagały. Niekończący trening każdego dnia, aż padałeś nieprzytomny. Wtedy przychodził Silny i cię uzdrawiał, a potem ćwiczyłeś dalej. Oczywiście to nie było tak, że błędy załatwiały wszystko. Ból był nieziemski, to były dni pełne agonii. Nocami wyliśmy, bo mięśnie choć uzdrawiane, zdawały się palić żywym ogniem. Po kilku tygodniach byłem już potworem, o wiele większym niż teraz, ale nie wszystkim się to udawało. Defekt był powszechny. Wszyscy bali się uzdrawiania, bo jak naszemu guru ‘’coś” nie poszło, to od razu się rozmywałeś. Wtedy oczywiście byłeś natychmiast wyganiany, każdy starał się więc dawać radę. Wytrzymać ból i zmęczenie, by jak najrzadziej korzystać z jego pomocy.

Krzak choć pewnie znał tę historię, wsłuchiwał się z nie mniejszym zainteresowaniem niż Dziki. Być może jego też dręczyła natura błędów. Był też pewien, że skoro dość gadatliwemu Mike’owi udało się ani razu nie zdradzić ze swoją przeszłością, to pewnie dawny lider Wspólnoty też nie miał zbyt wielu okazji, by usłyszeć o Silnym i jego błędach.

- Dużo was było? Takich jak ty? - zapytał Dziki.

Mike przebiegł przez chwilę wzrokiem w powietrzu. - Jak na standardy Nowego Świata bardzo dużo. Odrodzenie brało w swe szeregi każdego kogo się dało. Praktycznie każdy nowoprzybyły, którego udało się nam znaleźć, był wcielany siłą w nasze szeregi. Silny nie bardzo dbał o lojalność, wszystko działało na zasadzie zastraszenia. Potencjalni uciekinierzy byli bici w nocy do nieprzytomności, potem uzdrawiani i bici od nowa. Jeśli przetrwałeś taką noc i nie złapałeś defektu, mogłeś służyć dalej. Nikt kto przetrwał taką karę nie próbował więcej uciekać.

- A ty próbowałeś uciec? - przerwał ponownie Dziki

Mike jednak zaprzeczył. - Nie miałem powodu. Bardzo szybko zasłużyłem na tytuł ‘’odrodzonego”, więc nie musiałem się bać o treningi i uzdrawianie. W dużej grupie pełnej podobnych potworów byłem bezpieczny. Nikt kto nie miał broni nie mógł się z nami równać. Więc właściwie do momentu powstania Armii Daniela to my wzbudzaliśmy największy strach w Krańcowie - stwierdził.

Nie wiedząc czemu, Dziki wyczuł jakąś dziwną dumę bijącą z ostatniego zdania. Postanowił jednak to zignorować. Zamiast tego spytał o inną rzecz. - Jak właściwie zasłużyłeś na ten tytuł?

- By zyskać miano odrodzonego i zakończyć ten cały morderczy trening, trzeba było zabić Potłuka gołymi rękami. Szybko się rozwijałem, więc udało mi się już za pierwszym razem… - wyjaśnił Mike.

- Dobrze, rozumiem… - westchnął Dziki - Zostałeś więc wcielony siłą do Odrodzenia, ale co z bratem Oli? Jak to się stało?

To pytanie nieco wytrąciło Mike’a z równowagi. Ponownie przechylił szklankę z Whiskey i podstawił Krzakowi puste naczynie, wymuszając następną kolejkę. Przez chwilę wodził wzrokiem po podłodze, wyraźnie zastanawiając się, jak to co ma powiedzieć ubrać w słowa.

W końcu zniecierpliwiony Krzak odchrząknął, mówiąc. - Z każdą chwilą, którą zwlekasz, czynisz to tylko dla siebie trudniejszym…

Mike przytaknął, przyjmując reprymendę i zaczął spokojnie. - Choć Odrodzenie miało naprawdę niezłe początki, w pewnym momencie zaczęły pojawiać się problemy. Armia Daniela rosła w siłę, po Krańcowie zaczęło krążyć mnóstwo Weteranów z bronią, a my zaczęliśmy tracić coraz więcej ludzi. Pojawiły się też problemy ze znajdowaniem nowych rekrutów. Wcześniej wyłapywaliśmy nowoprzybyłych bez problemu. Po jakimś czasie udało nam się złapać chłopaka, który wyjawił nam, że Kuba ostrzegał go przed Odrodzeniem i tłumaczył gdzie się chować, by zostać poza naszym zasięgiem. Silny się wściekł, kazał nam odnaleźć Kubę i pozbawić go życia. To jednak nie było proste. On ukrywał się prawie tak dobrze, jak Pierwszy przed Dix. Dużo łatwiej było nam znaleźć Autobus do Wolności…

Mike ponownie przerwał. Tym razem widać było, że zbiera się na coś naprawdę nieprzyjemnego. - Nie znałem go! Nie znałem wtedy nikogo z autobusu! Dla mnie Odrodzenie było wszystkim co miałem! - wykrzyczał nagle, wyraźnie próbując się usprawiedliwić.

Krzak jednak zganił go natychmiast. - Skup się Mike i przestań wydzierać, bo jeszcze ktoś usłyszy o twojej dumnej przeszłości! – mówiąc to, napełnił szklanki po raz kolejny.

Mike skinął głowa i kontynuował już nieco ciszej. - Za Autobusem błądziliśmy kilka dni, nikt nie znał miejsc jego postoju. Gdy już jakimś cudem trafiliśmy na niego, nie mieliśmy samochodów by go ścigać. Po kilku dniach bezowocnych poszukiwań udało nam się odnaleźć go stojącego na polanie w pobliżu miasta…

Dziki przełknął nerwowo ślinę, znał już dalszy ciąg tej historii. O śmierci Brisa opowiedział mu wcześniej Janek, choć teraz mógł poznać tę historię z innej perspektywy. Mike, którego wzrok znowu zrobił się pusty, opowiadał jak zahipnotyzowany. - Czekaliśmy aż całkiem się ściemni. Późno w nocy, gdy wydawało się, że wszyscy śpią, zaczęliśmy się podkradać. Gdy byliśmy już na wyciągnięcie ręki od drzwi, zaczął się pogrom… Rozbłyski karabinu wybuchały dookoła, wydawało nam się, że jesteśmy atakowani ze wszystkich stron - opisywał drżącym głosem. - Chłopaki padali jak muchy. Przerażony rzuciłem się na ziemię. Po raz pierwszy znalazłem się wtedy pod ostrzałem, nie miałem pojęcia co robić. Po chwili tuż obok mnie runął Baku, był wtedy dowódcą mojej grupy i jako jedyny z nas miał broń. Po kilku minutach wszystko ucichło… Brat Oli wyłonił się z krzaków tuż obok mnie. Leżałem na ziemi tak przerażony, że chyba nawet nie oddychałem. Bris musiał wziąć mnie za trupa. Gdy tylko mnie minął złapałem za broń i strzeliłem… - mówiąc to, Mike ścisnął szklankę tak mocno, że na szkle pojawiło się pęknięcie. - To był pierwszy człowiek, którego zabiłem… Do tego jak tchórz, strzelając mu w plecy. To nawet nie była osoba, którą ścigałem, leżała tam masa martwych ludzi, bo jakiś dupek u władzy chciał dopaść innego dupka, który się ukrywał. To była sprawa między Silnym a Kubą! Ich konflikt! A ci wszyscy ludzie leżeli tam martwi… przez nich. Wtedy zrozumiałem, że nie chcę dłużej tego robić. Nie chce być częścią Odrodzenia. Wiedziałem, że muszę uciec…

Z opowieści Janka Dziki wiedział, że Bris nie umarł od razu. Rana nie była nawet szczególnie groźna i pewnie gdyby Green miał wtedy więcej umiejętności, brata Oli dałoby się uratować. Postanowił jednak o tym nie wspominać. Zamiast tego spytał. – To wtedy zdezerterowałeś?

Mike natychmiast pokręcił głową. - Pewnie bym to zrobił, ale kilka innych osób z Odrodzenia przeżyło… Nie wiedziałem jak bardzo są lojalni, więc wróciłem razem z nimi. Chciałem poczekać na lepszą okazję.

Krzak, który wyłapał inny szczegół, przerwał mu kolejnym pytaniem. - Czemu nie pojmaliście wtedy autobusu?

- To zasługa Brisa. Choć był tam sam, po prostu nas zmiażdżył. Tamtej nocy byliśmy przekonani, że jest co najmniej kilkunastu strażników i wszyscy mają broń. Ja i tych paru ocalałych nie widzieliśmy szans na dalszą walkę, więc uciekliśmy. O ironio, jedyna osoba broniąca autobusu była już wtedy martwa… - wyjaśnił Mike.

Dziki westchnął, dopijając ze swojej szklanki. Przyjemny szum w głowie, który pojawił się po ostatnim łyku, kontrastował z wyobrażeniami jakie pojawiały się w jego umyśle. Jego przyjaciel wciąż jednak nie przerywał. - W dniu, w którym nieświadomie zabiłem Primo, zobaczyłem Oli całą we łzach. Taką miłą dziewczynę, która tak strasznie cierpiała… Byłem pewien, że tak samo rozpaczała po swoim bracie. Dlatego nie mogę przyłączyć się do autobusu. Nie mógłbym patrzeć na nią. To trułoby mnie każdego dnia… tak jak truje teraz. Zawsze gdy ją widzę, czuję ból, który do mnie wraca, bo z wszystkich ludzi, których pozbawiłem życia, wiem, że właśnie on na to nie zasłużył… Wiem, że właśnie ona nie zasłużyła, by przez to cierpieć. To byli dobrzy ludzie, a ja skrzywdziłem obydwoje! - zawołał z żalem Mike, całkiem się załamując.

To był pierwszy raz w nowym świecie, gdy Dziki zobaczył, że jego przyjaciel jest w takim stanie. Gdzieś tam, pod tą masą mięśni i blizn, które zostawiła ta smutna rzeczywistość, ciągle krył się ten sam chłopak ze Starego Świata.

Krzak poklepał mężczyznę po plecach. - Tłumaczyłem ci już, każdy w tym świecie robił rzeczy, których się wstydził. Nie musisz brać na siebie odpowiedzialności za wszystko. Sam byłbym spokojniejszy gdybyś jednak podróżował z Dzikim. Poznałem cię już na tyle, by mieć pewność, że tego nie zrobisz.

Dziki opuścił głowę. - Po tym co powiedziałeś nie będę próbował cię namawiać, rozumiem… po prostu rozumiem… - westchnął.

Krzak zbierał swoje rzeczy jeszcze przez kolejną godzinę. W międzyczasie mężczyźni zdążyli skończyć butelkę Whiskey i zacząć kolejną, tym razem przyniesioną przez Mike’a.

Przyjaciel Dzikiego, który ciągle był w podłym nastroju, wlewał w siebie ogromne ilości alkoholu. Finalnie padł w końcu nieprzytomny twarzą na stół. Były lider Wspólnoty i Dziki zostali więc sami, trzymając się niewiele lepiej.

- Szkoda, że nie mogę zabrać go ze sobą… - westchnął Krzak, z trudem zasuwając torbę. - To dobry chłopak, tylko cholernie lekkomyślny...

- Sojusz bloków nie robi wyjątków? To znaczy nie zrobiłby go dla ciebie? - spytał Dziki, ledwo skupiając wzrok na swojej szklance.

- Mają ograniczone miejsce i problem z prawem trzech, jak każda duża grupa. Przyjmują tylko byłych mieszkańców i ich najbliższą rodzinę... - wyjaśnił Krzak, rozciągając się leniwie na krześle.

- Chciałbym, żeby podróżował ze mną, ale on się z tym nie pogodzi… - stwierdził Dziki patrząc w zamknięte oczy swojego przyjaciela. – W Starym Świecie, gdy zrobił coś złego zawsze strasznie to przeżywał. Gdy spotkaliśmy się tutaj myślałem, że nowe Krańcowo go zmieniło… ale widzę, że w środku pozostał taki sam.

Krzak przyglądał się przez chwilę Mike’owi, Dziki przysiągłby że w kącikach ust mężczyzny pojawił się uśmiech. - Gdy budowaliśmy Wspólnotę, zawsze zgłaszał się na ochotnika – powiedział były lider, wspominając. - Zawsze chciał pomagać. W odróżnieniu jednak od Mańka nigdy nie wywyższał się z tego powodu. Wierzył, że robi coś dobrego, więc to robił. Bo taką miał naturę. Lubił czasem pokrzyczeć na pokaz, bo nie chciał uchodzić za słabego, albo naiwnego. Nigdy jednak tak naprawdę nie przeszkadzało mu, że robi więcej niż inni. Dlatego tak go ceniłem, nie dziwię się że zostaliście przyjaciółmi… Pod tym względem jesteście identyczni. Gdybym miał was więcej… gdybym tylko miał was więcej... - westchnął Krzak, znikając przez chwilę we własnych myślach.

- Chyba trochę przesunęliśmy ci w czasie twoje odejście. - stwierdził Dziki, widząc że Krzak miał już naprawdę duży problem z utrzymaniem się nawet na krześle.

- W tym stanie raczej nigdzie nie pójdę - potwierdził mężczyzna, ciągle walcząc z tyłkiem zsuwającym się z siedziska. - Ale chyba po tym co zrobiłem dla tego miejsca, nie odmówią mi jeszcze jednej nocy…

Dziki widząc, że Krzak nie wytrzyma już zbyt długo, postanowił zabrać się razem z Mike’m do domu strażników. - Nie będę cię dłużej męczył, mam tylko nadzieję, że wpadniesz się pożegnać...

- Na pewno… - odpowiedział Krzak.

Dziki nie zwlekając, złapał Mike’a za bark. - Obudź się stary czas iść do siebie.

Mężczyzna ledwo otworzył oczy i biorąc głęboki oddech, zaparł się rękami o stół podnosząc niepewnie.

Dziki, który był niewątpliwie w dużo lepszym stanie, wsunął się przyjacielowi pod pachę i zaczął powoli prowadzić go w stronę wyjścia. Wysiłek był nieziemski. Prawie dwa razy cięższy Mike opierał się na nim w całości.

Gdy nieporadnie wygramolili się na zewnątrz, Wspólnota szykowała się powoli do snu. Przez ciemność Krańcowa przebijał się jedynie żar tlących ognisk i światło w domach. Oczywiście w tych, których właściciele mieli dość srebrnych by zasponsorować sobie podłączenie do generatora. Jedynie od strony baru ciągle dało się słyszeć wrzawę przerywaną co chwila wybuchami śmiechu.

Gdy po długiej walce, Dziki razem z Mike’m doczłapali się w końcu do domu strażników, zobaczyli siedzącą na werandzie Oli.

Dziewczyna wyglądała na zmartwioną. Gdy tylko zobaczyła Dzikiego natychmiast ruszyła w jego stronę i wbiła mu się w brzuch, prawie przewracając. - Boże, Dziki! Gdy ty byłeś? Tak się cholernie martwiłam, tak się chole… - Oli spojrzała w tym momencie w stronę Mike’ i chyba chciała już spytać co się z nim stało. Jednak zapach alkoholu musiał uderzyć w jej nozdrza, ponieważ jej twarz zupełnie się zmieniła. Już po chwili kopnęła wściekle Dzikiego w piszczel. - DELIMER PRZEBIJA SIĘ DO WSPÓLNOTY! POTEM PRÓBUJĄ POWIESIĆ KRZAKA! A TY NIE DAJĄC ZNAKU ŻYCIA ZNIKASZ NA CAŁY DZIEŃ CHLANIA?! - krzyknęła, poprawiając drugim kopniakiem.

Tego ciosu nogi Dzikiego nie były już wstanie wytrzymać. Razem z Mike’m runęli na ziemię.

Mężczyzna, którego Dziki praktycznie niósł przez ostatnie kilka metrów, musiał po tym upadku odzyskać trochę przytomności. Momentalnie poderwał się na kolana i wciąż na klęczkach, złapał Oli za ramiona. - TAK CIĘ PRZEPRASZAM, TAK BARDZO CIĘ PRZEPRASZAM! - zawołał zalewając się łzami.

Dziewczyna, której twarz zrównała się z klęczącym Mike’m, spojrzała na Dzikiego zszokowana. Ten wyczuł, że jego przyjaciel może za chwilę powiedzieć coś czego będzie żałował. - Wystarczy stary… - zawołał, próbując odciągnąć go od Oli.

Mike odepchnął go jednak, przyciskając się po chwili do dziewczyny. - JEST MI TAK PRZYKRO, TO WSZYSTKO MOJA WINA! TAK BARDZO CIĘ PRZEPRASZAM!

Oli, która nie mogła wiedzieć o co chodzi Mike’owi, poklepała go po plecach. - Już dobrze, posłuchaj po prostu się o was martwiłam… Mogliście dać mi znać, że wszystko jest z wami w porządku. - powiedziała, a po jej złości nie było już nawet śladu.

Mike odsunął od siebie dziewczynę na długość rąk i spojrzał jej w twarz. - Ty nie rozumiesz, nic nie rozumiesz - powiedział półprzytomny. - Ja naprawdę cię przepraszam.

Dziki po raz drugi spróbował odciągnąć mężczyznę, tym razem Mike nie stawiał już oporu.

- Trochę przesadził - wyszeptał w stronę Oli, podnosząc przyjaciela do góry.

***

Poranek dnia następnego przyszedł dla Dzikiego zdecydowanie za szybko. Alkohol, od którego odwykł w Nowym Świecie, zadziałał z mocą, której się nie spodziewał i przyniósł konsekwencje już bardziej przewidywalne. Gdy odważył się w końcu otworzyć oczy, musiało być już południe. Mimo to ciągle czuł się strasznie niewyspany. W ustach towarzyszył mu smak starego trampka, a ręce trzęsły się jak w delirce. - Gratulacje Dziki... nie ma co - westchnął, podnosząc się z karimaty.

Następne kilka minut dochodził do siebie z twarzą schowaną w dłoniach. Zawroty głowy i chęć poszukania czegoś do picia toczyły w nim wewnętrzną walkę. Finalnie to pragnienie okazało się silniejsze, więc na nogach drżących niewiele mniej niż ręce, wyszedł z pokoju.

Po Mike’u nie było nawet śladu. Co zważywszy na jego wczorajszy stan, mogło uchodzić za cud zakrawający o użycie błędu do postawienia się na nogi. Oli również zniknęła, ale miejsca jej pobytu Dziki nie musiał się domyślać.

Przechodząc korytarzem, usłyszał głosy dochodzące z parteru, wśród których natychmiast rozpoznał swojego przyjaciela. Na tyle szybko na ile pozwalał mu jego stan, Dziki zszedł więc na dół.

Mike siedział na kanapie w towarzystwie kilku innych strażników: Danielewskiego, Romcia, Fidelusa, Pietrasa i Marka. Wszyscy pochodzili jeszcze ze starej Wspólnoty. Znał ich więc dość dobrze.

- Hej Dziki - przywitali go mężczyźni, a Mike dodał natychmiast - Stary, widziałem grabarzy, którzy wyglądali lepiej od ciebie...

- A ja dziewczyny, które wolały noc z gospodarzem niż z tobą... - skontrował Dziki.

Mężczyźni roześmiali się, a Mike dodał - Sam znam kilka takich.

Dziki rozsiadł się na pufie i sięgając do stołu po butelkę z wodą spytał - Co się właściwie dzieje? Co to za zebranie?

Mike, po którym nie było już widać nie tylko wczorajszego alkoholu, ale również złego nastroju, odpowiedział natychmiast. - Okazało się, że Wspólnota bez Krzaka nie leży też innym, nie tylko mi. Właśnie debatujemy z chłopakami o wspólnym odejściu.

Dziki, który przyssał się do butelki, rozejrzał się z niemałym trudem po ludziach. - Jest was szóstka, chcecie zrobić dwie trójki? - spytał, gdy skończył opróżniać jej zawartość.

- Właśnie nie. Chcemy trzymać się wszyscy razem - odpowiedział Romcio.

- A prawo trzech? - dopytał natychmiast strażnik autobusu, sięgając po kolejną butelkę ze stołu.

- Mamy pewien pomysł - stwierdził Mike. - Pamiętasz, jak opowiadałeś mi o ukrywaniu się w szkole? Doszliśmy z chłopakami do wniosku, że przecież tory są tak samo rozległym błędem jak Las Ludzi. A do tego Zatorze jest przecież całkiem wyludnione. Chcemy zrobić sobie tam jakąś kryjówkę - wyjaśnił.

Dziki zaprotestował jednak, kończąc na chwilę picie. - Przecież tam są Delimery!

- Kilka na pewno - wtrącił Danielewski.

- Ale na pewno nie pokrywają swoją trasą całego terenu przy torach - dodał Romcio.

- Wiadomo, że nie będzie łatwo na początku - westchnął Mike. - No i pierwsze kilka tygodni trzeba będzie czuwać naprawdę uważnie.

Z wiadomej dla Dzikiego przyczyny, wszyscy spojrzeli teraz na Pietrasa. - No co?! - zawołał natychmiast mężczyzna, rozglądając się niepewnie po kompanach.

Nikt jednak nie odpowiedział, wszyscy skupili się z powrotem na Dzikim, który spoglądał już na trzecią butelkę. - To już postanowione? - spytał, powstrzymując się przed kolejną dolewką. - Naprawdę uważacie, że Wspólnota nie będzie chciała zatrzymać doświadczonych strażników?

- Część z nas ma osobiste zatargi z ludźmi Konglomeratu. Reszta nie chcę przyjmować poleceń od kogoś innego niż Krzak - wyjaśnił natychmiast Mike. - Zresztą, w strażnikach już od dawna nie chodzi o doświadczenie, ci którym daje się broń, mają być ‘’posłuszni’’ a nie ‘’skuteczni’’.

- Trochę to przypomina Armię Daniela - podsumował Dziki. - To kiedy chcecie wyruszyć?

- Dziś przed wieczorem - odpowiedział Mike. - Sprzedamy wszystkie zbędne śmieci, kupimy zapasy i wio na Zatorze...

- Nie za szybko?! - zawołał Dziki, przypłacając to rozlewającym się bólem w okolicach skroni.

- Pozostawanie we Wspólnocie dłużej może być ryzykowne... - stwierdził Romcio. - A jak podrzucą nam jakąś świnię? Oskarżą o zagrażanie Wspólnocie? Widziałeś jak tu się teraz to odbywa... Wystarczyło, że Sęp zebrał Konglomerat i praktycznie zabili Krzaka... I to dlatego, że właściwie ocalił Wspólnotę...

Dziki przytaknął, a Mike spojrzał na niego wyraźnie skonsternowany. - Wiesz, że jak odejdę to twój pobyt tutaj... ech, skończą się gratisowe noce.

- Wiem. - westchnął Dziki. - Szkoda, liczyłem na to, że uda nam się być przy Kluczu do samego końca... Pójdę za chwilę porozmawiać z Oli, możliwe że trzeba będzie ściągnąć autobus.

Gromada strażników rozmawiała jeszcze przez dłuższy czas. Ustalali co będzie im potrzebne na początek. Ile wody i jedzenia powinni zabrać? Który budynek wydawał się być najbardziej obiecujący jako kryjówka?

Dziki spędził większość swojej młodości na Zatorzu. Dlatego znał te okolice naprawdę dobrze. Mógł więc po raz pierwszy w Nowym Świecie doradzić komuś coś czego sam był pewien. Opisał zgromadzonym całą okolicę, małe sklepiki schowane w uliczkach, sąsiadów którzy ze względu na zainteresowania mogli kryć w domach coś ciekawego.

Strażnicy łapczywie zbierali informację, a Dziki powoli zaczął wracać do zdrowotnej normy. Po jakiejś godzinie od wstania, Mike razem z kompanami ruszyli do faktorii by wymieniać towar, a Dziki poszedł w końcu porozmawiać z Oli. Wiedział, że dziewczyna nie będzie zachwycona tak nagłym przymusem opuszczenia Wspólnoty. Niestety od czasu porwania przez Rękę Olbrzyma w autobusie nie przelewało się jeśli chodzi o zapasy. Pozostawanie we Wspólnocie było więc zbędnym luksusem.

Dziki ruszył w kierunku lecznicy. Fakt, że był już w stanie skupić wzrok na budynku przed sobą, oznaczał że dochodzi do siebie. W środku oprócz Zoidberga, wspólnotowego łapiducha, czekała Oli oraz, o dziwo, Krzak. - O, Dziki, dobrze że jesteś, w sumie właśnie się do ciebie wybierałem – stwierdził natychmiast, widząc go.

Były lider Wspólnoty był już przygotowany do wymarszu. Miał ze sobą plecak i torbę podróżną. Na szyi wisiała mu lornetka, a przez ramię miał przerzucony karabin.

- Więc uciekasz... - podsumował Dziki.

- Tak, kończę się właśnie żegnać. W sumie dobrze, że spotkaliśmy się akurat tutaj…

- Czemu? – spytał natychmiast.

- Zawsze miałem do siebie sporo żalu o tę sytuację z Delimerem… - westchnął Krzak. – Nie zawiodłeś mnie nigdy, gdy budowaliśmy razem Wspólnotę. A na końcu to ja zawiodłem ciebie…

Dziki był w lekkim szoku, nie sądził, że ta sprawa ciągle wracała do ich dawnego dowódcy. Sam nigdy nie miał pretensji o tę całą sytuację, wiedział dobrze, że w tym momencie to strach mieszkańców zadecydował o wszystkim. - Daj spokój – odparł. – Zrobiłeś, co mogłeś…

Krzak jednak pokręcił głową. – Nie Dziki, nie mogę sobie tego darować. Chciałbym chociaż teraz jakoś się zrekompensować. Zgromadziłem sporo wartościowych rzeczy, jeszcze jako lider Wspólnoty: Artefakty Nowego Świata, kilka paczek dobrych cygar, kolorowe alkohole. Zabrać tego wszystkiego nie miałem jak, więc wymieniłem moją kolekcje na antybiotyki i morfinę w faktorii… Wszystko zostawiam dla waszego mechanika.

Dziki otworzył z niedowierzaniem usta. - Nie wiem… nie wiem jak ci dziękować. – powiedział, gdy już pozbierał myśli.

- Nie musisz – odparł Krzak. – Zasłużyłeś na wiele więcej… No i dostałem w zamian najsłodszego całusa w dziejach – dodał na koniec. Oli, która stała za nim, uśmiechnęła się szeroko. Były lider Wspólnoty westchnął. – Ech, czas na mnie. Każda minuta, którą tu spędzam, boli mnie coraz bardziej.

- Mike i kilku strażników też odchodzi – wtrącił Dziki.

- Rozmawialiśmy rano, chcieli żebym poszedł razem z nimi, dowodził jak dawniej... Ale ja już nie chcę – powiedział Krzak, wyraźnie zrezygnowany. – Gdy będę już w Sojuszu, mam zamiar trzymać się jak najdalej od jakiejkolwiek formy władzy. Mój plan to zostać zwykłym gonicielem, nie chcę już nigdy więcej dowodzić… Trzymajcie się! – powiedział i machając na pożegnanie, wyszedł z pomieszczenia.

Dziki spojrzał na plecy odchodzącego lidera. Chyba nikt we Wspólnocie nie zdawał sobie sprawy, kogo tak naprawdę stracili. Krzak był wręcz urodzonym przywódcą, człowiekiem pełnym odwagi i charyzmy… ale Nowy Świat i ludzie potrafili zniszczyć kogoś nawet tak silnego.

Oli stanęła obok Dzikiego, kładąc mu rękę na plecach. – Szkoda go…

- Nawet nie wiesz jak bardzo – odparł Dziki, odwracając się w stronę dziewczyny. – Mam złe wieści, Mike i strażnicy też odchodzą dzisiaj. Tracę wtyki we Wspólnocie, więc trzeba się będzie zbierać…

Oli zmarszczyła czoło.- O… rozumiem, wiem że nie możemy sobie teraz pozwolić na pobyt… Szkoda tylko, że Klucz zostanie sam.

Dziki spojrzał na zamknięte drzwi, za którymi leżał ich mechanik. Zastanawiał się jak długo to jeszcze potrwa. Czy ma w ogóle jakieś szanse? Gdy Zoidberg wpadł do baru, mówiąc że chłopak nie przeżyje, myślał że wszystko rozwiąże się w przeciągu kilku godzin. Tymczasem Klucz walczył już drugi dzień… Czy antybiotyki od Krzaka coś zmienią?

Podchodząc do lekarza, który wypisywał jakąś kartę przy swoim biurku, spytał – Co z Kluczem? Jak jego stan?

- Dalej jest tragicznie… – odpowiedział, nie podnosząc nawet głowy znad kartki. – … ale zaczął już drugą dobę, to daje cień nadziei…

Oli słysząc to, natychmiast nabrała powietrza, chcąc zapewne wyrazić jakoś swoją radość. Zoidberg jednak powstrzymał ją, mówiąc – Nie nakręcajcie się niepotrzebnie. On nadal jest na granicy śmierci. Podałem mu antybiotyki od Krzaka, zobaczymy jaka będzie reakcja…

- Nie będziemy mogli zostać dłużej! Zajmiesz się nim? Będziesz mógł dać znak przez radio, gdy coś będzie nie tak? – spytał natychmiast Dziki.

Zoidberg skończył wypisywać karty i wrzucił je do szuflady biurka. – Będę go doglądał. Krzak zostawił mi kilka prezentów, żebym miał na niego oko. Uważam jednak, że skoro brakuje wam zasobów, to teraz je marnujecie…

Oli ścisnęła w tym momencie rękę Dzikiego. Nie chcąc dłużej męczyć dziewczyny bezpośredniością łapiducha, pociągnął ją na zewnątrz. – Chodź Oli, musimy jeszcze wezwać autobus przez radio.

***

Mike razem ze strażnikami opuścili Wspólnotę nim zaczęło się ściemniać. Z tego co przyjaciel mówił Dzikiemu, na pierwszą kryjówkę wybrali piętrowy dom, należący niegdyś do starszego i bardzo przewrażliwionego na punkcie kradzieży małżeństwa. Solidne ogrodzenie, kraty w oknach i podwójne antywłamaniowe drzwi, dawały przyjemne poczucie bezpieczeństwa. Ponieważ budynek znajdował się praktycznie naprzeciw torowiska, była szansa, że zakłóci prawo trzech i mężczyźni nie będą musieli się martwić o ataki niewykształconych.

Dziki razem z Oli na przyjazd autobusu czekali już praktycznie do samego wieczora. Ostatnie pół godziny zmuszeni byli koczować już pod bramą Wspólnoty. Nowi strażnicy bardzo szybko dali im odczuć, że siedzenia ‘’za darmo’’ wewnątrz murów nie będzie.

Na szczęście tuż przed tym jak zrobiło się całkiem ciemno, w oddali pojawiły się światła autobusu.

Gdy tylko przekroczyli próg swego domu na kołach, musieli zdać pełną relację ze stanu Klucza oraz wydarzeń we Wspólnocie. Wyglądało na to, że wieść o ataku Delimera roznosiła się przez radio i w różnych wersjach zaczęła już krążyć po Krańcowskim eterze.

Nie mniejszy szok wywołała we wszystkich informacja, że Krzak postanowił opuścić Wspólnotę. Mężczyzna, który był założycielem tego miejsca, wspólnie z towarzyszami stawiał jego mury, pozostawił swoje dzieło na pastwę ludzi z Konglomeratu. Dziki, który jednak znał jego historię, wiedział doskonale co nim kierowało.

Wieczór mijał w autobusie na słuchaniu kolejnych historii z Krańcowa. Mieszkańcy stłoczeni na tylnych siedzeniach w świetle mdłych żarówek, opowiadali kolejne zasłyszane plotki, albo powtarzali już znane i lubiane opowieści.

Dziki nie przypominał sobie, kiedy po raz ostatni usiedli tak wszyscy razem. Być może w ten sposób jego towarzysze chcieli chociaż na chwilę oderwać się od złych myśli.

Green przytaczał właśnie opowieść, którą podsłuchał we wspólnotowym barze.

Historia opisywała spotkanie weterana Kolca z jego dziewczyna Patrycją, która po śmierci wróciła jako Heterochromitka. Wedle zasłyszanej opowieści, para mieszkała razem ukryta gdzieś w Krańcowie. Dziewczyna czasem pamiętała o swojej ludzkiej przynależności, darząc mężczyznę szczerym uczuciem, a czasem próbowała zamordować, gdy ten nie patrzył. Z tego powodu, gdy Kolec kładł się spać, zmuszony był pętać dziewczynę, by nie zabiła go we śnie. Któregoś dnia weteran, przekonany, że dziewczyna całkiem wróciła do ludzkich zmysłów, położył się razem z nią do łóżka, a ta udusiła go w nocy poduszką.

Gdy Green skończył swoją opowieść tym dość nieprzyjemnym akcentem, Korek spytał natychmiast. - A ty jak uważasz szefie? Jest w tym ziarno prawdy? Czy może to totalna bujda? - chłopak, który przez całą opowieść spoglądał na Dzikiego, zapewne aż gotował się w środku, by móc posłuchać zdania swojego ‘’mistrza’’.

Dziki kierując na siebie lampę, stwierdził. – Wiecie, zawsze przy takich historiach zastanawia mnie kto przenosi je dalej? No bo jeśli chłopak zginął uduszony, to niewykształcona Patrycja raczej nikomu o tym nie powiedziała…

Słysząc to, mieszkańcy autobus zabuczeli, gdy Dziki w tak bezpośredni sposób zniszczył całą atmosferę. Korek jednak wyglądał na zadowolonego i pokiwał głową, chcąc jakby potwierdzić, że w całości się z nim zgadza.

- Poczekajcie, poczekajcie! – zawołał Dziki, chcąc się natychmiast usprawiedliwić. – Nie oznacza to jednak, że nie ma w tym ziarna prawdy!

Wszyscy momentalnie zamilkli, czekając na wyjaśnienia, a Dziki kontynuował już bez akompaniamentu wyrzutów. – Heterochromici są praktycznie tak inteligentni jak ludzie. Daniel sam chwalił się osiągnięciami w przywracaniu poległych żołnierzy do służby… Tę historię można więc rozpatrywać dwutorowo. Patrycja od początku chciała zabić weterana, ale wiedząc że nie ma szans w bezpośredniej konfrontacji, czekała na odpowiedni moment. Udawała wracającą do zdrowych zmysłów, by uśpić czujność mężczyzny, a gdy to się udało zabiła go…

- A druga opcja? – spytał Edek.

- Walczyła ze sobą… - westchnął Dziki. – Jej ludzka część, choć niekompletna, pamiętała to co ich łączyło. Skoro żyli razem przez jakiś czas, a nawet chłopak zdecydował się na tak ryzykowny krok… Musiał wierzyć, że jej ludzka część wzięła górę. Może nawet, niespodziewanie dla niej, bestia w środku przebudziła się w chwili słabości.

- Smutne – podsumowała Oli.

- To teraz ty coś opowiedz szefie! – zawołał Korek.

Dziki jednak pokręcił głową. – Nie znam żadnych dobrych historii z Nowego Świata, a życia w Starym miałem tak pasjonujące, że natychmiast byście posnęli…

- To ja wam coś opowiem – wtrącił natychmiast Kuba, a mieszkańcy popatrzyli na niego zdziwieni.

Mężczyzna przez cały czas, gdy uraczali się historiami, siedział kilka siedzeń przed nimi nawet na chwilę nie wtrącając się do rozmowy. Słysząc nagle jego entuzjazm, Oli popatrzyła się na Dzikiego znacząco, najpewniej wyczuwając co się za tym kryło. Lider autobusu chciał pokazać wyższość nad Dzikim nawet w tak błahych sprawach, jak snucie opowieści.

Kuba stanął przed wszystkimi i kierując na siebie lampę sufitową, zaczął. – Jak zapewne wszyscy wiecie, badanie tego świata było przez bardzo długi czas moim konikiem. Zwiedziłem Krańcowo wzdłuż i wszerz, zbierając informację o świecie i jego…

- Zaczniesz w końcu tę historię, czy będziesz dalej drukował swoje CV – wtrącił Green, a kilka osób parsknęło śmiechem.

Kuba spojrzał morderczym wzrokiem, ale po chwili kontynuował jakby mu nie przerwano. – W trakcie swoich badań nad Nowym Światem dotarłem aż do Krańcowskiego Lasu. Zgłębienie jego tajemnic było bardzo niebezpieczne, ale dzięki małej opłacie, którą wniosłem dla mieszkających tam weteranów, mogłem liczyć na to, że oprowadzi mnie ktoś obeznany z tym miejscem…

W tym momencie nawet Dziki nadstawił uszu. W Starym Świecie Krańcowski Las był niezbyt gęstą puszczą przecięta licznymi dróżkami i ścieżkami. W weekendy był tak masowo oblegany przez wszelkiej maści grzybiarzy i wycieczkowiczów, że można tam było poczuć się jak na targu. Nigdy jednak nie miał okazji posłuchać, co stało się z tym miejscem w Nowym Świecie.

Kuba, wyraźnie zadowolony, że udało mu się zwrócić uwagę wszystkich, podszedł bliżej opowiadając dalej. – Pierwszą ciekawostką jest to, jak mieszkający tam weterani wyznaczyli granicę zamarcia. Bo jak zapewne pamiętacie, las sięga przecież daleko poza granicę miasta. Wykorzystali do tego niewykształconych. Ubranych w kamizelki odblaskowe gospodarzy wpychano na siłę w każdy kąt lasu, aż udało się wyznaczyć bezpieczną strefę. Gdybyście więc mieli kiedyś okazję znaleźć się w tym miejscu i dostrzeżecie połyskującego na pomarańczowo potwora, trzymajcie się z daleka, bo zaczniecie zamierać – przestrzegł.

Mieszkańcy zamilkli w skupieniu, najwidoczniej był to pierwszy raz, gdy ich lider dzielił się takimi szczegółami. Nawet Oli, która przez cały czas była na Kubę śmiertelnie obrażona, nie mogła powstrzymać się przed słuchaniem. Mimo zamkniętych oczu, widać było, że pochłania każde słowo.

Kuba wyraźnie zadowolony snuł historię dalej. – Sam las rozrósł się na sporą część Zatorza, tę po drugiej stronie obwodnicy. W jego odmętach do tej pory znaleźć można ruiny domów z byłego osiedla, w których koczują ‘’’zagubieni gospodarze’’. Stąd też wiadomo, że dla gospodarza nie liczy się budynek, a miejsce. Zawsze bowiem gonią tylko do momentu, gdzie sięgają zniszczone fundamenty. Nie oni są jednak największym zagrożeniem w tym miejscu. Prawdziwą zmorą Krańcowskiego Lasu, jest stwór nazywany Leśniczym. Te istoty przypominają ludzi przemienionych w drzewa. Na pokrytych korą cielskach wciąż odbite są twarze tych, z których powstali. Najgorsze jest to, że Leśniczy nie zabijają ludzi, lecz łapią ich żywcem…

- Po co? – spytał natychmiast Smalec.

- Słyszałem, że w lesie można znaleźć wyjątkowego Leśniczego o kobiecej twarzy – odparł Kuba. - W odróżnieniu od pobratymców jest w pełni zakorzeniony, nie może więc polować sam. To właśnie dla niej ściągają żywych ludzi. Karmią swoją matkę, czy tam królową…

- Przerażające – wtrąciła Weronika. – Po co w ogóle ktoś chciałby tam mieszkać?

- Są dwa ważne powody - odpowiedział natychmiast Kuba. – Po pierwsze, w całym lesie nie działa prawo trzech, ale co najważniejsze, to jedyne miejsce w Krańcowie gdzie coś rośnie!

Dziki przybliżył się teraz, od momentu, w którym przybył do Nowego Świata, nie widział ani jednej rośliny, którą można by uznać za żywą. Trawa była brązowa i wyschnięta, drzewa pozbawione liści, nawet pleśni nigdzie nie było widać. – Chcesz powiedzieć, że oni coś tam uprawiają?

Kuba słysząc pytanie, spojrzał na niego z wyższością. Najpewniej gdyby nie zainteresowane spojrzenia mieszkańców, zupełnie zignorowałby to pytanie. – Tak – stwierdził w końcu. – Weterani, którzy tam mieszkają, mają pod dostatkiem warzyw i owoców. Bo wszystko rośnie tam w zatrważającym tempie. Trio pochodzące z Krańcowskiego Lasu poznasz po tym, że nawet kilka tygodni po błysku będzie miało świeże owoce na sprzedaż...

Głos Kuby utonął w huku, który wypełnił autobus.

Nagle wszyscy mieszkańcy wystrzelili do przodu, zlatując ze swoich foteli. Tył piętrusa zdawał się unieść do góry, a przednia szyba roztrzaskała w drobny mak.

Dziki wpadł na siedzisko przed sobą, odbijając się od oparcia i wylądował na podłodze z obitym mostkiem. Wnętrze pojazdu wypełnił gwizd i para z rozbitej chłodnicy. Uderzyli w coś, tylko w co?


171 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie