Krańcowo II - Rozdział XVI - Rozłam

Aktualizacja: cze 6


Dziki i Tyzak pojawili się w trakcie trwania tego samego błysku. Razem spędzili pierwsze godziny w Nowym Świecie, w trakcie których ten pierwszy uratował życie drugiemu. Obaj otrzymali również wprowadzenie do Nowego Świata od Kuby.

Po tym ich drogi zupełnie się rozeszły. Dziki jeździł razem z autobusem, szkoląc się jak przetrwać w Nowym Świecie, a Tyzak przyłączył się do Armii Daniela. Tam, zauważony przez wodza, szybko awansował i stał się jednym z obrońców marketu.

Moment, w którym Dziki dostrzegł chłopaka w barze na terenie Wspólnoty, nie mógł wróżyć niczego dobrego. Obaj spoglądali na siebie, ciągle stojąc w szoku. Jedynie Zuzia, która nie zauważyła niczego dziwnego w całej tej sytuacji, ze swoim sztucznym uśmiechem spytała – Starzy znajomi? To może kolejkę za dawne czasy? – zaproponowała, wyciągając butelkę spod lady.

Tyzak pokręcił jednak głową i zwrócił się do Dzikiego. - Co ty tutaj robisz? Autobus nie stoi pod bramą, widziałbym go wchodząc...

- Co ja tutaj robię? – spytał zszokowany Dziki. - Mam chyba znacznie więcej powodów by tu być, niż ty… - odparł natychmiast.

Chłopak zerknął w stronę Zuzi. Ta ciągle czekała z butelką w pogotowiu, a jej mina zaczynała już zdradzać spore zainteresowanie. - Chodź, musimy pogadać na osobności - stwierdził Tyzak i ruszył w stronę wyjścia.

Dziki zawahał się przez chwilę. Jego broń spoczywała w tym momencie na stole u Zoidberga. Gdyby miało dojść do walki, był zupełnie bezbronny. Z drugiej jednak strony, nie widział powodu by bać się chłopaka. Gdy mieli okazję spotkać się kiedyś w Strefie Głodu, ten wielokrotnie okazywał mu wdzięczność za uratowanie życia. Nie rozstali się też w jawnej niezgodzie, mimo że jego dawny towarzysz służył Danielowi.

W końcu biorąc głęboki oddech, Dziki dał niepewny krok naprzód i udał się za chłopakiem na zewnątrz. Zaraz za barem Tyzak skręcił w boczną uliczkę i ruszył w kierunku przeciwnym do bramy. Szli tak przez chwilę, dochodząc aż do granic Wspólnoty, gdzie znajdowały się w większości niezamieszkałe budynki stanowiące część muru.

Gdy tylko zdążyli się zatrzymać, chłopak odwrócił się gwałtownie. - Dziki, musisz stąd uciekać! Tu za chwilę będą się działy naprawdę straszne rzeczy! - zawołał, ziejąc alkoholem spod maski.

Do Dzikiego dopiero po chwili dotarło co usłyszał i natychmiast odparł - Nie mogę stąd uciec! Jeden z moich towarzyszy jest ranny i nie dam rady go stąd zabrać - wyjaśnił. - Jakie rzeczy? Czemu mam uciekać? Tyzak, co się dzieje? - spytał, czując jak w jego głowie zaczynają gromadzić się czarne myśli.

Chłopak na pewno nie zrezygnował tak po prostu ze służby i nie został wolnym weteranem. Fakt, że spotkał go we Wspólnocie musiał świadczyć o tym, że Daniel ma zamiar wykonać jakiś ruch. Słowa, które wypowiedział po chwili Tyzak tylko potwierdziły te domysły. - To już nie ma znaczenia Dziki, musisz stąd uciekać, albo chociaż nie wplątuj się w to co tu się stanie….

- CO SIĘ STANIE? ODPOWIEDZ! - krzyknął Dziki, czując narastający lęk.

Nim jednak chłopak zdążył wydukać z siebie choćby słowo, odpowiedź przyszła sama. Głośne trąbienie rozlało się po całej Wspólnocie, a donośny głos z oddali zawołał: - DELIMER, DELIMER JEST POD MURAMI. WSZYSCY STRAŻNICY NA MURY!

- Tyzak, coś ty zrobił? - wyszeptał Dziki, patrząc z przerażeniem na chłopaka.

- To co należało - odpowiedział natychmiast.

Dziki usłyszał wrzawę, która narosła momentalnie od strony placu. Przez przerwę między budynkami, na końcu alejki, dostrzegł grupę strażników biegnących w stronę murów.

- Delimer cię dotknął? - spytał z niedowierzaniem.

- Pozwoliłem mu na to - odparł dumnie chłopak.

Dziki pokręcił z niedowierzaniem głową. Choć nieraz przyszło mu do głowy, że Delimer byłby wręcz idealną bronią, nie mógł uwierzyć, że ktoś dałby mu się naznaczyć z własnej woli. - Czemu? – spytał, patrząc na dawnego kompana. - Przecież to wyrok śmierci – dodał, ciągle będąc w szoku.

W tym momencie Tyzak prychnął i spojrzał na rozmówcę pogardliwie. - Wyrok śmierci? Może dla kogoś kogo liderem nie jest Daniel. Plan naszego wodza nie ma na sobie cienia skazy - odpowiedział niczym jakiś fanatyk religijny.

- Jaki plan? - dopytywał Dziki, który nie był już w stanie ukryć przerażenia w głosie.

- Delimer zniszczy mury Wspólnoty, ścigając mnie aż do jej serca. Zdesperowani mieszkańcy nie będąc w stanie się chronić, przyłączą się do nas w walce ze wspólnym wrogiem, Zarzeczem! – wyrecytował chłopak.

Słysząc to, Dziki nie mógł wytrzymać, chwycił Tyzaka za ramiona i wykrzyczał mu w twarz. - Jesteś debilem! Delimer będzie cię ścigał aż zabije, Daniel wykorzystał cię jako przynętę…

Tyzak słysząc to, zaśmiał się. - Dziki, sam zgłosiłem się na ochotnika. Wspólnota będzie bronić swoich murów, więc osłabi Delimera. Potem, gdy stąd ucieknę, żołnierze w Strefie Głodu go dobiją. Oczywiście ta misja jest niebezpieczna, ale Daniel patrzy na mnie…

W tym momencie Dziki nie mógł się pohamować i strzelił chłopaka w twarz. Od siły uderzenia, zsunęła mu się jego maska. - PRZESTAŃ MÓWIĆ O DANIELU JAK O JAKIMŚ CHOLERNYM BÓSTWIE, TO TYLKO CZŁOWIEK, KTÓRY WYKORZYSTUJĘ MASĘ BŁĘDÓW…

Nim jednak zdążył skończyć, chłopak odwinął się i tym razem to on rąbnął Dzikiego. Ten wylądował na ścianie pobliskiego budynku po tym niespodziewanie potężnym ciosie.

- Minęły już czasy kiedy pozwalałem bezkarnie uderzać się w twarz! - warknął Tyzak stając dumnie tuż nad Dzikim. Do opartego na ścianie dotarło jaki popełnił błąd.

Chłopak nie był już tym samym szczurkowatym młodzikiem, którego poznał na początku swojej przygody w Nowym Świecie. Służba w szeregach Daniela sprawiła, że zmężniał wręcz niewyobrażalnie. Mundur nie wisiał na nim, lecz opinał się na silnej sylwetce. Ręce z dziecięcych i delikatnych zmieniły się w mocne i umięśnione. Nawet twarz chłopaka wyostrzyła się i nabrała pewności. Jedynie piskliwy i drżący głos zdradzał, że nie zawsze był on tak twardą osobą.

Spoglądając na Dzikiego z góry, chłopak poprawił maskę. - Uratowałeś mi życie. To nie jest coś o czym bym zapomniał. Dlatego, mimo że jawnie wspierałeś Wspólnotę i wrogów Daniela, chciałem zachować się przyzwoicie… Czemu mi to tak utrudniasz? - powiedział Tyzak, wyciągając pistolet.

- Chcesz mnie zabić? - spytał Dziki, czując jak serce podchodzi mu do gardła.

Chłopak wyraźnie się zawahał, a pistolet zadrżał w jego dłoni. - Nie… - odpowiedział w końcu. - …Ale nie mogę też pozwolić byś mnie zdradził. Poczekasz tu ze mną, aż Delimer się przedrze.

Po tych słowach wymierzył w kierunku Dzikiego. Ten, wzięty za zakładnika, poczuł już prawdziwe przerażenie. Szpital Wspólnoty był zaledwie parę metrów od czołowego muru, a w nim była Oli razem z umierającym Kluczem. Jeżeli chłopak przyprowadził ich tutaj, nie było wątpliwości, że Delimer miał nadejść właśnie z tamtej strony.

W tym samym momencie głuchy dźwięk gniecionego metalu wypełnił okolicę. Czyżby Delimer już niszczył osłonę?

- Naprawdę myślisz, że uda ci się uciec? Albo że Daniel zabije Delimera? - prychnął Dziki.

Tyzak, który również nasłuchiwał odgłosów walki, uśmiechnął się z politowaniem w jego stronę. - Armia zabiła już jednego Delimera, z taką ilością broni i ludzi to nie jest aż tak trudne zadanie. Zresztą, istnieje spora szansa, że wykończą go ludzie ze Wspólnoty. Dla mnie ważne jest żeby brama padła…

Dziki rozejrzał się dookoła. W oddali migotały jakieś sylwetki, ale większość z nich zmierzała teraz w kierunku, z którego musiał nadchodzić potwór. Schowani między budynkami byli zbyt dobrze ukryci, by skupieni nad nadchodzącym niewykształconym strażnicy dostrzegli ich przypadkiem.

Z bronią skierowaną prosto w głowę, Dziki nie mógł próbować niczego innego, jak tylko przekonać chłopaka by ten odpuścił. - Wiem, że wierzysz w Daniela… - zaczął. - Wiem, że wszyscy w niego wierzycie. Rozumiem to, sam mam wrażenie, że gdybym nie poszedł za radą Kuby, przyłączyłbym się do Armii. Pewnie też wierzyłbym w niego, albo w jego idee. W końcu byłem kiedyś słaby, jak ty. W Starym Świecie byłem nikim i pewnie nic bym nie osiągnął, a Daniel daje takim ludziom szansę. Jednak Wspólnota to nie tylko elity, strażnicy i weterani. Jest tutaj masa zwykłych ludzi takich jak my. Co z nimi? Chcesz żeby zginęli?! – zawołał, licząc że wzbudzi w chłopaku choć minimalne zwątpienie.

Tyzak wydawał się jednak niewzruszony i natychmiast odparł - Strefa Głodu przyjmuje każdego i nikogo nie trzyma… Takie jest jej motto. Każdy mógł odejść ze Wspólnoty i iść w stronę marketu. Jeśli zasłużyłby na to, Daniel by go wybrał. Ci, którzy zdecydowali się zostać tutaj, sami wybrali swój los. Ze względu jednak na sytuację z Zarzeczem, Daniel okaże łaskę każdemu, kto zdecyduje się walczyć po jego stronie…

Głos chłopaka utonął w kanonadzie, która dobiegła od strony bramy. Wspólnota musiała dawać z siebie co tylko mogła by powstrzymać bestię, ale Dziki wiedział jakie było to trudne. Delimery były niezwykle twarde. Z opowieści, które słyszał, Armia Daniela walczyła z takim potworem przez pół dnia, a przecież miała więcej ludzi pod bronią.

Sam Dziki co prawda pokonał Delimera w pojedynkę. Zrobił to jednak wykorzystując jedną z największych anomalii tego świata, Las Ludzi. Za jego granicami udało mu się niewyobrażalnie osłabić potwora, a i tak ledwo wyszedł z tego cało.

Tyzak słysząc odgłosy walki, uśmiechnął się szeroko i spojrzał kątem oka w stronę placu. Nie opuścił jednak broni. Skoro chłopaka nie dało się przekonać, Dziki musiał znaleźć jakiś sposób, by uśpić jego czujność i dać sobie okazję do ataku. Spróbował więc wciągnąć go w dalszą dyskusję. - Więc to poświęcenie ma zapewnić ci miejsce wśród braci? Nie wystarczyła służba w szeregach obrońców? – spytał.

Chłopak przerwał na chwilę nasłuchiwanie i popatrzył na Dzikiego, jakby został obrażony. - Nie robię tego za przywileje, robię to by pomóc zaprowadzić porządek w Nowym Świecie. By ta niesprawiedliwość, która istniała w Starym, umarła razem z nim… - stwierdził z wyrzutem.

Dziki zauważył, że podczas odpowiadania chłopak rozkojarzył się nieco. Dłoń, w której trzymał pistolet, zawirowała podczas gestykulacji, gdy podkreślał swoją wypowiedź. Spróbował więc ciągnąć rozmowę dalej. - Maciejewski miał na to inne spojrzenie, nie krył nawet przez chwilę, że po cegielni liczy na przyjęcie w szeregi elit… Co się z nim stało, kiedy zawiódł?

Tyzak podrapał się po głowie, niestety zrobił to wolną ręką. - Daniel wybaczył mu porażkę. Wrócił do zarządzania banderą i w sumie dobrze. Według mnie powinien tam sczeznąć na zawsze, ale Daniel widzi w nim coś więcej. No niby trudno odmówić mu lojalności, bo nigdy nie kwestionuje słów wodza. Choć jak dla mnie robi to tylko ze strachu, ja przede wszystkim ‘’szanuję Daniela’’ - stwierdził chłopak, kładąc wyjątkowy nacisk na ostatnie słowa.

Dziki pokiwał głową jakby niezwykle go to interesowało. - A wśród wysoko postawionych armii są w ogóle jakieś kobiety? Poza Strefą Głodu nie widziałem żadnej…

Tyzak znowu się zamyślił. Tym razem opuścił nieco pistolet, ale lufa była wciąż zbyt wysoko by Dziki zdążył się poderwać. - Daniel twierdzi, że kobiety nie powinny walczyć. Dlatego zajmują się pomocą medyczną, gotowaniem i tak dalej. Co prawda w obrońcach marketu są dwie dziewczyny a wśród braci jest taka jedna babka… ale to ewenementowe przypadki. Wszystkie okazały niezwykłą sprawność w walce z niewykształconymi, jedna z nich nawet…

Tyzak jednak nie zdążył skończyć, bo Mike wpadł właśnie w uliczkę. - Wszyscy weterani mają w tym momencie opuścić Wspólnotę! - krzyknął, widząc chłopaka. Gdy jednak zobaczył, co dzieje się w alejce, od razu spróbował chwycić swój karabin. Wysłannik Daniela również obrócił się, próbując wziąć Mike’a na cel. Dziki, widząc to, ruszył w jego stronę, podrywając mu dłoń do góry. Chłopak wystrzelił w powietrze, próbując jednocześnie wyszarpać się z uścisku. Mike doskoczył do nich i łapiąc za tę samą rękę, wyrwał Tyzakowi pistolet.

W tej samej chwili, z oddali rozległ się huk tak głośny, jakby zawalił się cały budynek.

***

Krzak odpoczywał w swoim biurze. Po całonocnej warcie, w trakcie której razem ze swoimi podkomendnymi zabijał niewykształconych pod murami, drzemał ułożony na biurku. Zdecydowanie nie był typem dowódcy, który krył się za plecami swoich ludzi.

W pozbawionym okien pomieszczeniu było cicho i ciemno jak w studiu nagraniowym. Zdawałoby się, że nic nie będzie w stanie zakłócić jego zasłużonego snu, a już na pewno nie to co stało się po chwili.

Sokół, jeden ze strażników muru, wpadł do środka przez otwarte drzwi krzycząc - DELIMER! DELIMER ZMIERZA DO BRAM WSPÓLNOTY!

Krzak poderwał się z miejsca tak gwałtownie, że biurowe krzesło, na którym spał, przewróciło się z hukiem. Przez chwilę mrugał oczami, jakby nie do końca dotarło do niego to co usłyszał. Dopiero spoglądając w przerażoną minę strażnika zrozumiał, że to nie był sen.

Praktycznie bez słowa ruszył w stronę wyjścia. Wybiegając na plac Wspólnoty, Krzak był już całkiem rozbudzony. Po drabince dostał się na szczyt murów, gdzie od razu chwycił za lornetkę. Spoglądając w stronę głównej drogi, szybko dostrzegł olbrzymią sylwetkę niewykształconego.

Delimer musiał być już bardzo stary, jego maska spawalnicza była ogromna i pełna nitów. Z postury potwór przypominał już bardziej olbrzymiego goryla niż człowieka, a jego ręce ocierały się o ziemię z każdym krokiem.

Krzak przygryzł nerwowo wargę, starając się zrozumieć całą sytuację. - Żaden Delimer nie patroluje tej okolicy, wiedzielibyśmy o tym. Musi kogoś ścigać - wyszeptał sam do siebie, po czym zwrócił się do stojącego obok strażnika bramy. – Mike, ilu weteranów wpuściłeś dziś do Wspólnoty?

- Jakichś szesnastu, jest też Dziki razem z Oli, ale oni są tutaj od wczoraj... Więc nie mogli go ściągnąć - odpowiedział.

Mężczyzna musiał dojść do tego samego wniosku co dowódca strażników. Dotknięty przez Delimera wolny weteran musiał skryć się za murami Wspólnoty, licząc zapewne, że strażnicy stoczą walkę z bestią i mimowolnie ocalą mu życie.

Krzak przyłożył jeszcze raz lornetkę do oczu, Delimer kroczył prosto w kierunku Wspólnoty. Nie było wątpliwości, że jego naznaczony jest za murami. Zwracając się do stojących obok niego ludzi, rozkazał – Mike, weź dwóch chłopaków… Znajdźcie wszystkich weteranów, którzy przyszli dziś do Wspólnoty, masz ich wyrzucić stąd choćby siłą. Sokół, zbieraj ludzi, musimy go zatrzymać póki nie znajdziemy dotkniętego!

Obaj Strażnicy zbiegli z murów. Po chwili, sygnał alarmowy zbudowany z połączonych autobusowych klaksonów rozbrzmiał w całej okolicy. Zaraz po ustaniu wycia Sokół wybiegł na plac, krzycząc -DELIMER, DELIMER JEST POD MURAMI. WSZYSCY STRAŻNICY NA MURY!

Przygotowana do nagłych ataków i będąca w ciągłym pogotowiu grupa obrony, w ciągu kilku sekund wbiegła na plac z ciężkim uzbrojeniem. Zwykle, w trakcie ataków niewykształconych, strażnicy murów używali wyłącznie broni białej, tym razem każdy miał przy sobie broń długą.

Krzak, widząc zbierających się ludzi, krzyknął w ich stronę. - Musimy spróbować zająć go walką za murami! Dać czas naszym na odnalezienie tego, kto go tu przyciągnął! - Po chwili zjeżdżając po drabinie stanął przed zgromadzonymi. - Uważajcie! Podobno gdy mają naznaczonego, robią się strasznie agresywne… - przestrzegł podkomendnych.

W międzyczasie strażnik odpowiedzialny za bramę cofnął jeden z autobusów, robiąc sporą lukę w murze. - Naprzód! - rozkazał Krzak i grupa wybiegła, obstawiając główną ulicę.

Delimer nieśpiesznie kroczył jej środkiem. Od momentu, w którym dostrzegli go po raz pierwszy, pokonał zaledwie kilkanaście metrów. Gdy jednak strażnicy znaleźli się za murami, coś w jego zachowaniu natychmiast się zmieniło. Potwór zatrzymał się, jednym długim ruchem skrytej za maską głowy przejrzał całą okolicę. Po tym zaś ruszył znacznie szybciej do przodu.

- Sukinsyn, nie jest tak tępy jakby się zdawało. Ognia! - krzyknął Krzak.

Dwaj strażnicy, którzy odbiegli najdalej, wystrzelili serią pocisków, celując w maskę Delimera. Trafiona blacha powgniatała się w kilku miejscach. Na potworze nie zrobiło to jednak wielkiego wrażenia. Zboczył z drogi do Wspólnoty, koncentrując się na strzelających. Mężczyźni wycofali się w boczne uliczki, licząc że niewykształcony podąży za nimi. Delimer, po trwającym zaledwie kilka sekund ‘’pościgu’’, ruszył jednak z powrotem w stronę murów.

Krzak dał znak i tym razem czteroosobowa grupa ruszyła tuż przed Delimera. Prowokując go serią wystrzałów, zdołali ponownie odciągnąć niewykształconego z głównej drogi. Po chwili jednak, potwór zatrzymał się obok wielkiego stalowego kontenera na śmieci. Zupełnie niespodziewanie Delimer pochwycił go jakby nic nie ważył i cisnął w strzelających. Strażnicy, którzy nie spodziewali się czegoś takiego, nie zdążyli nawet zrobić uniku. Jeden z nich trafił prosto pod upadający śmietnik i skończył życie jako plama krwi rozciągnięta na betonie. Drugi, uderzony już sunącą po ziemi kupą metalu, padł nieprzytomny. Dwaj pozostali strażnicy podnieśli pozbawionego zmysłów towarzysza i zaczęli odciągać go dalej. Delimer jednak nie kontynuował pościgu i natychmiast po trafionym rzucie, zawrócił w kierunku Wspólnoty.

Krzak razem z kolejną grupą ruszyli do przodu. Wszyscy wycelowali w nogę niewykształconego i pokryli jego kolano istną kanonadą. Poszarpane spodnie, spod których bryznęła czarna krew, były jednak jedynym śladem jaki zostawili na ciele potwora. Delimer zdawał się nawet nie poczuć wystrzałów. Ruszył w stronę strzelców przygarbiony jak rugbista. Mężczyźni próbowali się rozproszyć, ten wybrał już jednak cel. Goniąc najbliższego strażnika, dopadł go bez problemu, by niczym rozwścieczony goryl podnieść nad głowę i cisnąć o ziemię.

Krzak krzyknął, dając rozkaz do ponownego ataku. Za wszelką cenę chciał ratować jeszcze żywego towarzysza. Niestety, kolejne serie pocisków były dla Delimera co najwyżej jak chmara much. Podnosząc swoje olbrzymie ręce, uderzył kilka razy w leżącego na ziemi człowieka, przerabiając go na miazgę.

Krzak był w szoku. Do tej pory był przekonany, że Delimery są powolne i flegmatyczne. Historie o tym jak dzikie robią się ścigając kogoś, znał tylko z pokątnych opowieści i nie do końca dawał im wiarę. Dodatkowo niewykształcony zdawał się odpowiadać na wszystkie ataki. Nie był pewien jak bardzo ‘’świadomy” był Delimer, ale daleko mu było do całkiem bezrozumnej bestii.

- Krzaku, co robimy?- spytał wyraźnie przestraszony Sokół.

- Nie damy rady go powstrzymywać bez strat, a do tego zyskujemy tu gówno nie czas… Trzeba go wpuścić! – stwierdził nieco wytrącony z równowagi dowódca.

- Co?! Wpuścić go do środka?! Oszalałeś?! - zawołał natychmiast Sokół.

Po sile z jaką bestia rzuciła ważącym pół tony kontenerem, Krzak był pewien że mury nie wytrzymałyby jej ataku. - Nie mamy wyjścia, jeśli brama będzie zamknięta po prostu ją zniszczy… A jeśli za nim przyjdzie jakaś fala niewykształconych? Nie obronimy Wspólnoty! - krzyknął. Natychmiast też dał rozkaz do odwrotu.

Strażnicy wbiegli przez bramę na plac, gdzie zdążyła zgromadzić się już masa gapiów. Właściciel jednej z faktorii handlowych, Sęp, wyczłapał się natychmiast przed szereg. Spoglądając wrogo w stronę Krzaka, zapytał oburzony.- Co się tam dzieje, dlaczego nie walczycie?

- Nie damy rady powstrzymać Delimera, Mike szuka weteranów, którzy mogli zostać przez niego dotknięci…. TERAZ NIECH WSZYSCY UKRYJĄ SIĘ W DOMACH! MUSIMY WPUŚCIĆ NIEWYKSZTAŁCONEGO DO ŚRODKA! - krzyknął Krzak.

Na placu momentalnie rozległa się wrzawa. Oburzone głosy zaczęły wołać: WPUŚCIĆ DO ŚRODKA?! OSZALAŁEŚ? OD TEGO SĄ STRAŻNICY ŻEBY NAS BRONIĆ? ZA CO PRZEŻERACIE NASZE BILETY? NIECH WALCZĄ!

Sęp, który był jednym z przewodniczących głównej władzy we Wspólnocie krzyknął - Nikt tu nie wpuści Delimera! Macie natychmiast zamknąć bramy! Strażnicy na mury i do walki!

Oburzony Krzak złapał mężczyznę za ramię i obrócił w swoją stronę. - JA ODPOWIADAM ZA OCHRONĘ, NIE WYDAWAJ ROZKAZÓW MOIM LUDZIOM!

Sęp spojrzał jednak na niego z pogardą. - Za nic już nie odpowiadasz nieudolny kretynie, razem z radą zdejmiemy cię ze stanowiska!

W tym momencie Krzak uniósł nieco broń i strzelił prosto w udo mężczyzny. Sep runął na ziemię, a otaczający ich ludzie krzyknęli przerażeni.- NASTĘPNY, KTÓRY PODWAŻY MÓJ ROZKAZ, DOSTANIE KULĘ W ŁEB! PRZETRWANIE MURÓW JEST NAJWAŻNIEJSZE! WSZYSCY SCHOWAJCIE SIĘ JAK NAJDALEJ OD PLACU! JEŚLI BĘDZIE PRZY WAS JAKIŚ WETERAN, KTÓREGO NIE ZNACIE, WEZWIJCIE STRAŻNIKÓW!

W tym momencie ludzie rozbiegli się, pozostawiając leżącego na ziemi Sępa, Krzaka i strażników na placu. - Zapłacisz za to… - wysapał ranny właściciel faktorii. - Nie daruję ci tego, moi ludzie…

Krzak przerwał jednak wywód Sępa, przystawiając mu lufę do czoła.- Jesteś pewien, że chcesz jeszcze coś powiedzieć?

Sęp zbladł i nie ośmielił się już nawet otworzyć ust. Strażnicy, którzy stali dookoła, patrzyli z niedowierzaniem na to co się stało. Niewzruszony Krzak spojrzał jednak na nich, wydając dalsze rozkazy. - Wszyscy macie szukać weteranów, którzy nie mieszkają we Wspólnocie, jeśli spotkacie Mike’a to…

Przerwał jednak widząc, że ten biegnie właśnie w jego stronę. Ogromny strażnik bramy przybył zlany potem, dysząc ciężko jak po maratonie. - Prawie wszystkich, którzy przybyli dzisiaj wyrzuciliśmy bocznym murem. Na liście mam jeszcze jednego, ale za diabła nie mogę go znaleźć – wysapał.

- Co z Delimerem? – zawołał Krzak w stronę obserwatora na bramie.

- Wciąż tu idzie, jest już prawie pod bramą… - odpowiedział mężczyzna.

- Sukinsyn dobrze wie, że go szukamy i się chowa. Liczy pewnie, że stoczymy walkę za niego. Posłuchajcie, nie możemy dopuścić żeby naznaczony zginął na terenie Wspólnoty, bo ten potwór stąd nie odejdzie! Szukać dalej! - rozkazał Krzak, a strażnicy razem z Mike’m rozdzielili się.

Sęp, który jako jedyny został na placu, czołgał się przez chwilę, nim dobiegł do niego jego pomagier, Ostry. - Zabierz mnie! Zabierz mnie stąd! - krzyczał mężczyzna, dostrzegł bowiem jak zza cofniętej bramy Delimer wchodzi właśnie do środka.

Krzak wiedział, że nie może prowokować potwora, został jednak i obserwował dokąd ten będzie zmierzał. Delimer zatrzymał się chwilę po tym jak przekroczył mur i tak jak wcześniej przy strażnikach, omiótł wzrokiem całą okolicę. Wtedy spod jego maski wydobyło się coś co brzmiało jak przytłumiony krzyk.

- Co cię tak rozwścieczyło, ilość ludzi? - spytał sam siebie Krzak.

W tym samym momencie Delimer złapał się za swoją głowę, wyglądało to tak jakby chciał zgnieść własną czaszkę. Krzak obserwował go, gdy nagle bestia spojrzała w jego stronę i ruszyła wściekle do ataku. Wiedząc, że walka z nim nie ma sensu, mężczyzna rzucił się natychmiast do ucieczki.

Odbiegając znacznie od potwora, wskoczył na niski dach byłego budynku stacji. W tym czasie Delimer zatrzymał się i wyrwał jeden z betonowych koszy na śmieci. Po chwili cisnął nim prosto w Krzaka. Ten rzucił się na dachówki, a pojemnik przelatujący z prędkością pocisku o włos minął jego plecy.

Po tym nieudanym rzucie Delimer zatrzymał się, znowu rozglądając po okolicy. – Jest prawie ślepy, więc się gubi. Tu jest za dużo ludzi, by wyczuł dokładnie tego, którego szuka… - pomyślał Krzak.

Niewykształcony stał przez chwilę w dziwnym zawieszeniu, bujając się jedynie delikatnie na boki. Krzak myślał, że może zyska dzięki temu kilka minut, ale po chwili potwór wystrzelił na oślep do przodu. Biegnąc z niezwykłą jak na swoją masę prędkością, wparował z impetem w jeden z budynków przy stacji. Wyglądało to tak jakby w dom uderzył mały ale ciężki samochód. Ściany złożyły się jak w domku z kart, a dach zawalił w tumanie kurzu.

- KURWA MAĆ! - ryknął Krzak, zeskakując na dół.

Z gruzowiska dochodziły krzyki przygniecionych ludzi. Delimer jednak wygrzebywał się spod sterty cegieł właściwie bez trudu.

Krzak wymierzył już w jego stronę. Wolał zaryzykować walkę, niż kolejny atak wywołany zagubieniem bestii. Nim jednak zdążył wystrzelić, na plac ponownie wbiegł Mike. Tym razem w towarzystwie Dzikiego i jakiegoś chłopaka w stroju weterana.

- MAMY GO! MAMY DOTKNIĘTEGO! - zawołał Dziki.

Krzak nie mógł powstrzymać uczucia ulgi. - Trzeba go wyciągnąć za mury! - krzyknął.

Mężczyźni chwycili mocniej Tyzaka, ale ten zaparł się ze wszystkich sił. - RUSZ SIĘ BO CIĘ ROZWALĘ! - zagroził Mike, puszczając jego rękę i podnosząc karabin.

- Jeśli to zrobisz, Delimer nigdy stąd nie odejdzie! - krzyknął Tyzak, choć w jego głosie było w tym momencie sporo strachu i niepewności.

Ten spotęgował się jeszcze mocniej, gdy Delimer spojrzał sponad gruzu w ich stronę.

Rozwścieczony Mike dał krok do tyłu i rąbnął chłopaka prostym w twarz. Tyzak zachwiał się i prawie odpłynął, zawisając na Dzikim. - Spróbuj się opierać to ci poprawię! - wrzasnął i złapał chłopaka za bluzę.

W tym momencie Delimer uwolnił się już całkiem z ruin. Jego ciało całe pokryte było kurzem i resztkami gruzu, ale fakt że zawalił się na niego budynek, nie zrobił na tym potworze wrażenia.

Dziki razem z Mike’m pociągnęli powłóczącego nogami chłopaka do bramy. Delimer od razu ruszył w ich stronę, choć nie wyglądało na to, by szczególnie mu się śpieszyło.

- Nie będzie za nami biegł? - spytał lekko przestraszony Mike.

- Mój nigdy nie biegał… - odpowiedział Dziki.

Przekraczając mury, mężczyźni ciągnęli chłopaka aż do wieży ciśnień. Gdy Tyzak zobaczył, że nie ma już szans na powrót do Wspólnoty, przestał się opierać i sam zaczął biec. Po kilku minutach morderczej gonitwy, mężczyźni dobiegli aż do przedszkola, w którym zginął Primo, poprzedni strażnik autobusu.

Mike wypuścił Tyzaka i runął na płot, dysząc ciężko. Potężna muskulatura nie szła u niego w parze z jakąkolwiek kondycją. - Dobra... - wysapał. - Tu go zabijemy.

Słysząc to, Dziki poczuł jak krew mrozi mu się w żyłach. - Co?! – zawołał jednocześnie z Tyzakiem.

- Jak tylko pojawi się Delimer… zabijamy go i spadamy… - wydyszał Mike, trzymając się za serce jakby dostał zawału.

Tyzak, do którego najwidoczniej dotarła cała sytuacja, zaczął rozglądać się przerażony. - Nie, czekajcie… nie… to nie tak miało być, ja chciałem tylko… nie możecie! – zawołał, trzęsąc się jak osika.

Dziki poczuł w tym momencie prawdziwe pęknięcie w swoim wnętrzu. Z jednej strony Tyzak był wrogiem Wspólnoty, naraził życie jego, Oli, Klucza…ale przecież zrobił to nieświadomie. Nie wiedział, że ludzie z autobusu są we Wspólnocie. Do tego najpierw próbował przekonać Dzikiego by uciekł. Mógł przecież oszczędzić sobie problemów i po prostu zabić go, gdy byli już pod murami. Tyzak nie wydawał się być ‘’zły”, po prostu stał po tej ‘’drugiej stronie”.

Widząc, jak do oczu chłopaka nabiegają łzy, Dziki wiedział już, że nie może dopuścić by Mike go zabił. Czuł jednak, że jego przyjaciel może nie odpuścić, od momentu pojawienia się w Nowym Świecie miał bowiem bardzo lekki stosunek do pozbawiania ludzi życia. Nie chcąc niepotrzebnej dyskusji, Dziki postanowił, że trochę naciągnie fakty. - Nie możemy tego zrobić tutaj! Delimer bez naznaczonego stworzy sobie nowy obszar patrolowy w okolicy. Stąd może jeszcze sięgnąć Wspólnoty! - stwierdził pewnie.

Mike uderzył się dłonią w czoło, uświadamiając sobie jak oczywiste to było. - Kurwa…nie pomyślałem. Dobra, to biegniemy dalej!

Dziki jednak pokręcił głową. - Stary, nie obraź się, ale ty już ledwo stoisz… Odciągnę chłopaka jak najdalej, a potem załatwię sprawę.

Mike jednak popatrzył przez chwilę z niedowierzaniem. Być może zbyt dobrze znał Dzikiego i wyczuł, że za lekko przyszła mu ta deklaracja morderstwa. - Jesteś pewien? - spytał, zerkając podejrzliwie. - Zwykle nie byłeś tak skory do… no wiesz.

Dziki odetchnął. - Mike cholera, nawet jeśli nie dam rady… chłopak ucieknie prosto do Strefy Głodu, wtedy Delimer będzie problemem Daniela. Nie chcesz mu się odpłacić?

Przyjaciel zamyślił się przez chwilę, w końcu jednak skinął głową i podał Dzikiemu pistolet zabrany Tyzakowi, mówiąc. - Uważaj na siebie…

- Ty też - Odpowiedział Dziki i ruszył pchając Tyzaka do przodu.

Po dobrych piętnastu minutach kolejnego biegu Dziki czuł, że jego płuca zaraz spłoną. Od momentu gdy sam uciekał przed Delimerem, nie musiał biegać tak długo. Tyzak zdawał się znosić to dużo lepiej. W szeregach Armii treningi musiały być obowiązkowe, bo chłopak nawet nie miał zadyszki.

Gdy po jakimś czasie dotarli do okolic pierwszego zawalonego mostu, Dziki wiedział, że już dalej nie da rady. Nie chodziło tu już nawet o ból narządu oddechowego, jego rana po nożu zaczęła mocno doskwierać. Była jeszcze zbyt świeża by znieść taki wysiłek.

- Starczy - Powiedział, opierając się o witrynę sklepu, przy którym się zatrzymali.

Tyzak odwrócił się, patrząc Dzikiemu prosto w oczy. - Więc teraz ja spytam ciebie. Zabijesz mnie?- westchnął chłopak, spoglądając po chwili w ziemię.

Dziki również westchnął, spuszczając wzrok. - Dobrze wiesz, że nie, ale nie wracaj więcej do Wspólnoty….

Tyzak uśmiechnął się. - I tak tego nie zrobię, znają już moją twarz, ale to jeszcze nie koniec. Moja porażka to tylko drobne potknięcie w ogólnym planie!

Dziki pokręcił głową patrząc na chłopaka. W jego oczach nie było niczego złego. Za to przemawiała przez niego szczera wiara. - Żałuję, że musieliśmy się spotkać po dwóch stronach barykady. – stwierdził w końcu - Uważaj na siebie… Oby Daniel dotrzymał słowa i wybawił cię od Delimera.

Tyzak wyciągnął dłoń na pożegnanie. - Dziękuje jeszcze raz, Daniel ma do ciebie sporo szacunku, bo jesteś dobrym człowiekiem. Kiedy już Armia podbije Krańcowo, będę go błagał o łaskę w twoim imieniu - zadeklarował się młodzik.

Dziki uścisnął mu dłoń i po chwili obydwaj kroczyli już w przeciwnych kierunkach.

Przez niecałe pół godziny udało mu się odbiec naprawdę spory kawałek. Teraz trzeba było szybko wracać. Ciągle nie wiadomo było co z Kluczem, jakie straty poniosła Wspólnota? Czy po tym co się stało dalej będą wpuszczać weteranów do środka? Na pewno nastroje we wnętrzu murów nie będą teraz ciekawe. Dziki wolał więc nie zostawiać tam Oli samej zbyt długo.

Lekkim truchtem, na który pozwalał mu ogólny stan, wracał w kierunku stacji. Tych niewykształconych, którzy normalnie krążyli po ulicach, wabiła Wspólnota, więc okolice stały się stosunkowo bezpieczne. Przemieszczając się pustą drogą, Dziki stracił już poczucie czasu. Zmęczony oparł się w końcu o płot jakiegoś budynku, żałując że nie ma przy sobie wody. - Powinienem sprawić sobie menażkę… - stwierdził, wściekły na fakt, że dobre pomysły zawsze przychodzą mu po czasie.

Po chwili przerwy ruszył dalej. Pierwsza niemiła niespodzianka spotkała go dopiero przy przedszkolu. W miejscu, gdzie wcześniej przystanęli z Mike’m, spotkał bowiem Delimera. Był to bez wątpienia ten, który ścigał Tyzaka, stał przy bramie, o którą przed godziną opierał się chłopak.

Widząc Dzikiego po drugiej stronie ulicy, Delimer przyjrzał mu się przez szkło w masce.

Dziki zamarł, w tym momencie przypomniało mu się to charakterystyczne uczucie, gdy spoglądał na niego jego własny oprawca. Tym razem jednak, to nie on był celem. - To nie mnie szukasz! - zawołał, sam nie wiedząc czemu.

Wtedy po raz kolejny zdarzył się ten fenomen Nowego Świata, którego Dziki nie był wstanie wyjaśnić. Bo Delimer wyraźnie przytaknął. Choć oczywiście mógł to być zwykły przypadek. Jakiś nieskoordynowany ruch ciała, wynikający z dysproporcji jaką Delimer miał w swojej postawie. Gdy jednak przed wejściem do Lasu Ludzi, Dziki stanął naprzeciw ścigającego go potwora i zadał mu pytanie, ten również zdawał się potwierdzić skinieniem, odzianej w maskę głowy.

Po tym dziwnym geście, Delimer ruszył dalej, zupełnie ignorując obecność Dzikiego. Jednocześnie jednak skłaniając go do pewnych przemyśleń.

To pytanie musiało przetaczać się przez głowę każdego, kto spędził w Nowym Świecie dość czasu. Jak inteligentni są niewykształceni. W końcu wszyscy byli kiedyś ludźmi, ile zostało w nich ze starej świadomości? Przypomniał sobie Banderaboarda, który przecież nie atakował członków armii i był posłuszny Danielowi, mimo że sam był niewykształconym.

Dziki otrząsnął się i ruszył dalej. Nie była to pora na takie filozofowanie. Droga z przedszkola do Wspólnoty, bez ociągającego się Tyzaka, minęła mu błyskawicznie.

Brama ciągle jeszcze była otwarta, ta nieopatrzność pozwoliła Dzikiemu dostać się do środka bez zbędnych tłumaczeń. To co jednak zastał wewnątrz, było kolejną niemiłą niespodzianką.

Tłum ludzi stał na placu, otaczając okręgiem jego środek. We wnętrzu tego swoistego pierścienia stał Krzak oraz gromada dobrze wyglądających ludzi. Wśród nich, Dziki z miejsca rozpoznał Sępa, Siwego i Zoidberga. Musiał to być więc ten słynny Konglomerat Potrzebnych, który rządził Wspólnotą.

We wnętrzu trwała jakaś zażarta dyskusja. Przeciskając się między ludźmi, Dziki podszedł na tyle blisko, by móc usłyszeć przemawiającego mężczyznę.

Około trzydziestoletni wysoki tłuścioch z krótko przystrzyżonymi włosami wykrzykiwał. -…swoimi decyzjami doprowadzając do śmierci nie tylko dwóch strażników, ale niewinnych cywili. Dodatkowo jeszcze uczynił trwały uszczerbek na zdrowiu członkowi konglomeratu!

Ludzie zaczęli buczeć, kilkoro z nich ostentacyjnie pokazało kciuki w dół. Ktoś krzyknął – Wyrzucić go za mury!

Krzak przysłuchiwał się temu wszystkiemu z rękoma złożonymi na piersi. Gdy tylko mężczyzna skończył mówić, dawny lider wspólnoty zawołał. - Zrobiłem to co było słuszne. Gdyby Delimer zniszczył mur, nie skończyłoby się na kilku ofiarach. Cała Wspólnota byłaby zagrożona!

W tym momencie wrzawa wybuchła jeszcze mocniej. Dziki, przeciskając się bliżej, dostrzegł osiem ciał zawiniętych w białe prześcieradła, rozłożone na placu. Krzak nie zwracał jednak na to uwagi i przemówił jeszcze głośniej. - TAK JAK POWIEDZIAŁEM, OCALENIE MURÓW BYŁO DLA MNIE NAJWAŻNIEJSZE! BO WSPÓLNOTA ISTNIEJE DZIĘKI MUROM! - wykrzyczał, próbując przebić się przez ogólny hałas, ale wyglądało na to, że gawiedź już miała gotowy wyrok.

Wspólnota poniosła ofiary. Delimer oraz ten, który go ściągnął, uciekli. A tłum jak to tłum domagał się krwi i natychmiastowej ‘’sprawiedliwości’’.

Kolejny mężczyzna z konglomeratu wyłonił się z tłumu. Ten przypominał jakiegoś elektryka, miał na sobie charakterystyczną flanelową koszulę oraz potężną skórzaną torbę z narzędziami. – Nie chcę się powtarzać, ale już dawno zwróciłem uwagę, że szef strażników o wiele bardziej ceni sobie życie własnych podkomendnych, niż ludzi których ma ochraniać. Nepotyzm wśród strażników jest tak wielki, że tumani bez jakiegokolwiek obeznania decydują kto ma wejść do wspólnoty i mamy tego finał…

Mike stojący w tłumie, zrobił się natychmiast czerwony i opuścił głowę. Naprzód gawiedzi wyszedł jednak Siwy, który swoim śpiewnym głosem stanął w obronie dawnego lidera Wspólnoty. – Jak zapewne wiecie ja i Krzaczunio nie zawsze się zgadzaliśmy… Właściwie prawie nigdy - zaćwierkał. - Ale szanuję go jako szefa straży i po części mojego obrońcę. Wierzę, że gdyby nie zdecydował się wpuścić Delimerka do środka, to wszyscy bylibyśmy teraz w niezłym kiślu…

- Chciał powiedzieć gównie! – wtrąciła natychmiast Zjawa.

Tłum jednak wyglądał na nieprzekonanego. Nie było wątpliwości, że Siwy nie miał zbyt dużego poparcia. Tak naprawdę, gdyby nie ochrona najemników pokroju Zjawy i Mańka, prawdopodobnie już dawno zostałby wyrzucony ze Wspólnoty, a jego majątek zabrany.

Sęp słysząc swojego konkurenta, wysunął się do przodu wsparty o kuli. – Strasznie ci blisko do Krzaka, może dlatego, że obaj lubicie w tę samą dziurę, a może dlatego, że obaj klękaliście kiedyś przed Danielem! – krzyknął mężczyzna, a tłum zawył głośno.

- Nie rozumiem o co ci chodzi… - zawołał Siwy, obracając się jak obrażona panienka.

- Może o to, że nasz szef ochrony był kiedyś żołnierzem Daniela, a tobie nie przeszkadzało handlowanie z jego kundlami! – wypalił Sęp, a tłum zawył jeszcze mocniej. – Skoro Krzak nie ma innych popleczników w radzie oprócz ciebie, zdejmujemy go z obowiązków i pozbawiamy władzy nad strażnikami!

Tłum zawiwatował, ale kilku członków rady, zapewne zwolenników postrzelonego Sępa, zawyło. – Mało! Wyrzucić go ze Wspólnoty! Przestrzelić mu nogę! - skandowali, a gromada pociągnięta przez ich wrzaski, ponownie zaczęła buczeć.

Krzak rozejrzał się z politowaniem po ludziach na placu. - Ja zbudowałem to miejsce! Ja zaprosiłem pierwszych z was za mury, które budowałem razem z moimi dawnymi towarzyszami! Dobrze, cieszę się że mogę odejść. Nie mam ochoty dłużej patrzeć jak niszczycie to w co włożyłem tyle serca! Doskonale sobie poradzę! Mam już dość martwienia się o innych bez cienia wdzięczności! Bierzcie odpowiedzialność za ten pierdolnik sami! Patrząc na was wszystkich… ŻAŁUJę DNIA, W KTÓRYM ODSZEDŁEM Z ARMII! – wykrzyczał.

W tym momencie to już nie była wrzawa, rozległ się jeden wielki rumor.

Dziki rozumiał jak wściekły musiał być Krzak, ale w obecnej sytuacji nie powinien był mówić czegoś takiego. Gromada ludzi była już gotowa go zlinczować, strażnicy którzy stali najbliżej konglomeratu spojrzeli niepewnie. Sęp, wykorzystując narastającą wściekłość, wykrzyczał - ŻAŁUJESZ DNIA, W KTÓRYM ODSZEDŁEŚ Z ARMII? TY WCALE Z NIEJ NIE ODSZEDŁEŚ, JESTEŚ SZPIEGIEM DANIELA, DLATEGO WPUŚCIŁEŚ DELIMERA DO WSPÓLNOTY PRAKTYCZNIE BEZ WALKI!

- Ma rację, pojmać go! - Zawołał ktoś z rady, a strażnicy dali krok do przodu.

W tym momencie z tłumu wypadł Mike, przełączając swój karabin na pełny automat.

- ROZPIEPRZĘ WSZYSTKICH, KTÓRZY SIĘ DO NIEGO ZBLIŻĄ! - zawołał.

W tym samym momencie z tłumu wybiegło kilku innych lojalnych Krzakowi strażników, otaczając dowódcę ciasnym okręgiem. Krzak jednak wyszedł przed nich. - Stop! Nie będzie tutaj żadnej bratobójczej walki… Odchodzę ze Wspólnoty z własnej woli, a oskarżenie o szpiegostwo? Gdybym chciał się was pozbyć nie pozwoliłbym wyrzucić stąd chłopaka! Ba, którejś nocy po prostu wpuściłbym tu banderę i wymordował was we śnie, ale o poziomie głupoty, którą tu pokazujecie, nie chce mi się nawet dyskutować. Wszyscy opuśćcie broń - rozkazał.

Krzak obrócił się na pięcie i przeszedł przez tłum, który mimo całej wrzawy nie ośmielił się zatrzymać wściekłego mężczyzny. Mike i reszta strażników ruszyła za nim, ale były lider obrócił się, mówiąc - Nie chłopaki, już nie… Nie zabieram ze sobą nikogo, zostańcie tu. Pilnujcie swoich stanowisk i nie dajcie się zabić!

Mike, który podróżował z Krzakiem najdłużej, wyglądał na najbardziej wstrząśniętego. - Nie możesz tak mówić, pchamy ten wózek razem od prawie zawsze. Dlaczego teraz chcesz mnie zostawić!

Krzak podszedł i położył Mike’owi rękę na ramieniu. - Tam gdzie idę, przyjmą tylko mnie. Przykro mi… - Mężczyzna obrócił się i ruszył w kierunku swojego biura.

Większość tłumu zaczęła się rozchodzić, prowadząc ożywione dyskusje. Tylko Sęp wyglądał na niepocieszonego. Reszcie konglomeratu musiała jednak wystarczyć rezygnacja Krzaka i fakt, że miał zamiar odejść ze Wspólnoty.

Dziki widząc, że Mike się nie poddał i wciąż podąża za liderem, ruszył za nimi. Mężczyźni weszli razem do biura Krzaka. W środku jak zawsze było ciemno, jedynie podręczne akumulatorowe lampy oświetlały to przypominające bunkier pomieszczenie.

W jego wnętrzu, Krzak wyciągnął ogromną torbę, do której zaczął pakować swoje rzeczy. Mike doskoczył do niego, natychmiast krzycząc - Nie możesz mnie tu zostawić! Wszyscy wiedzą, że byłem ci najbardziej lojalny, wyrzucą mnie zaraz po tobie albo zastrzelą we śnie.

Dziki poczuł prawdziwą grozę tej sytuacji. Wspólnota, którą sam pomagał budować, rozpadała się na jego oczach. Choć sam nie chciał tego przyznać, to co o tym miejscu mówił Wiewiór, zaczynało nabierać realnych kształtów. Krzak, ostatnia ostoja normalności tego przybytku, został właśnie z niego wygnany. - Naprawdę zamierzasz odejść? Zostawić to wszystko? Tak po prostu? - Spytał Dziki z niedowierzaniem, opierając się w drzwiach.

Krzak zrobił chwilę przerwy, spoglądając na niego w jakiś wyjątkowo łagodny, wręcz ojcowski sposób. - Mam już dość brania na siebie odpowiedzialności za wszystko. Zbierania batów za każdym razem, gdy coś nie wypali. Bycia tarczą i workiem treningowym dla ‘’elit”, które się tu utworzyły. Wiedziałem, że nie nadaję się na przywódcę od dnia, gdy chciałem ci pomóc, Dziki… od dnia, w którym dotknął cię Delimer, już wtedy wiedziałem. Mogę być surowy, ale w odróżnieniu od Daniela nie strzelę nikomu w łeb za nieposłuszeństwo. Gdy wtedy wszyscy mnie zignorowali, wiedziałem, że będę przywódcą tylko wtedy, gdy wszystkim będzie wygodnie bym nim był. Teraz mam już dość! - stwierdził głosem jakby zrzucił z siebie jakiś ogromny ciężar.

Dziki nie mógł się z tym nie zgodzić, podchodząc bliżej, usiadł na jednym z wolnych krzeseł. - Dokąd masz zamiar iść? Czemu nie możesz nikogo zabrać? Chyba nie chcesz wrócić do Daniela? - spytał z niepokojem.

Krzak jednak zaśmiał się. - Daniel nigdy by mi nie wybaczył. Wracam do mojego domu… Do Sojuszu Bloków.

- Ty jesteś z Czerwonki? Nigdy mi o tym nie mówiłeś - zaperzył się Mike.

- Co z tego, że jestem? Miało to wcześniej jakieś znaczenie? Choć rzeczywiście kilka razy dostałem propozycję by się przyłączyć. Tylko że miałem swoje plany. Sojusz niestety nie przyjmuje nikogo kto nie urodził się na Czerwonce, więc nie mogę cię zabrać… - stwierdził w stronę Mike’a.

Ten słysząc to, usiadł i opierając się ręką o biurko, westchnął. - To jestem w dupie…

- W jakiej dupie? – zawołał natychmiast Dziki. - Tyle razy ci mówiłem żebyś przyłączył się do autobusu, ale ty ciągle zasłaniałeś się Krzakiem i powinnością wobec Wspólnoty. Teraz Krzak odchodzi, a Wspólnota jest ci wroga… Do cholery, chodź w końcu ze mną!

Mike skrzywił się jednak i odpowiedział - nie… Chyba jednak wolałbym spróbować sił jako wolny weteran…

Dziki nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Myślał, że jego przyjaciel zareaguje na propozycję z niepohamowanym entuzjazmem, a on po prostu go zbył. - Mike, co ty do cholery odstawiasz? Jaki wolny weteran, jesteśmy przyjaciółmi, a do tego autobus wiele zyska. Co ci odpierdala?

Niespodziewanie zamiast Mike’a odezwał się jednak Krzak. - Może już przestaniesz to przed nim ukrywać? Cholera, ta farsa i tak ciągnie się za długo, w końcu jesteście przyjaciółmi…

Dziki popatrzył niepewnie na Krzaka a potem na Mike’a. - Co ukrywać? Do cholery Mike, o czym on mówi?

Mężczyzna popatrzył pusto w biurko i po chwili powiedział coś od czego Dziki zaniemówił. – Brałem udział w zabójstwie Brisa…


140 wyświetlenia2 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie