Krańcowo II - Rozdział IX - W błysku

Zaktualizowano: mar 14

- No gdzie on jest! - wykrzyczał Dziki, czując ogarniającą go bezsilną złość.

Mike, który stanął właśnie w drzwiach autobusu, pokręcił głową.- Nie mów, że posiałeś gdzieś pistolet – westchnął. Rozglądając się jednocześnie po przednim siedzeniu, jakby poszukiwany przez Dzikiego przedmiot, znajdował się w najbardziej oczywistym miejscu.

- Nie pistolet, notatnik który dostałem od Kuby – wyjaśnił Dziki, padając na kolana i zaglądając pod fotel.

Oli która, schodziła właśnie z piętra spojrzała na niego. - Może chłopaki zabrali go na górę, razem z rzeczami ze sklepu. Spróbuj tam poszukać – stwierdziła, chodź po chwili dodała – uważam jednak, że przerwa od tej książki dobrze by ci zrobiła.

Mike podniósł kciuk, pełen aprobaty dla słów dziewczyny.- Oli ma rację stary, chodź do baru. Widziałem, że twoi podopieczni już, dawno przepijają swoje srebrne - powiedział z uśmiechem zacierając ręce.

Dziki słysząc to spojrzał na niego, jeszcze bardziej zirytowany.

Więc to dlatego nikt z autobusu jeszcze nie wrócił z faktorii. Wykorzystali fakt, że od powrotu zajęty był szukaniem zeszytu i poszli cichaczem na ‘’jednego”. - Lepiej niech się tak nie rozsiadają, za chwilę wyruszamy - stwierdził Dziki, czując narastającą w sobie złość.

Mike słysząc to, pokręcił nosem. – Co ci tak śpieszno? Za to co przywieźliście z Pasa, moglibyście znowu zrobić sobie mały urlop…- powiedział, z wyraźną nadzieją w głosie.

- Nie wyczyszczę się z zapasów tylko po to, żeby mogli się pobawić, jak nic się nie dzieje – odparł natychmiast Dziki. - Ostatnie tygodnie sporo mnie nauczyły. Co zrobię jak piętrus znowu zacznie głupieć? Muszę mieć za co przetrzymać ludzi we Wspólnocie, gdy naprawdę zajdzie taka potrzeba – wyjaśnił, a Oli natychmiast go poparła. - Dokładnie, potrzebujemy zapasów na czarną godzinę – powiedziała, wyraźnie zadowolona ze słów Dzikiego.

Mike, nabrał powietrza chcąc zaprotestować. Najwidoczniej jednak, żaden sensowny argument nie przyszedł mu do głowy, bo wypuszczając oddech spojrzał zrezygnowany w niebo. – Jak uważacie kutwy. Zjeść chyba, jednak coś razem możemy? W końcu i tak macie darmową godzinę dla handlarzy.

Dziki spojrzał na swojego przyjaciela, nie do końca przekonany. – Nie będziesz miał przez to kłopotów? Wpuściłeś do środka cały autobus.

Mike, machnął jednak ręką uśmiechając się. – Ej, przecież każdy z autobusu niósł towar wchodząc przez bramę. Ja traktowałem to tak, jakby każdy przyszedł handlować oddzielnie.

Dziki westchnął, rezygnując ostatecznie z poszukiwań notatnika. – Dobra, na ciepły obiad w spokoju, mogę sobie pozwolić. Idziesz z nami Oli?- spytał, ale dziewczyna pokręciła głową.

- Popilnuję autobusu – odpowiedziała, rozsiadając się na miejscu kierowcy.

- Jak uważasz - odparł Dziki i razem z Mike’m wyszedł na zewnątrz.

Pod murami Wspólnoty było wyjątkowo tłoczno. Tuż przed samym wejściem rozbita była gromada namiotów, a wszędzie dookoła krążyły małe grupy weteranów. Niektórzy, stali po prostu leniwie obserwując okolicę, inni spotykali się na chwilę by wymienić jakieś dobra. Był tam nawet młody chłopak, który grając na gitarze zbierał drobne datki w postaci żywności i wody.

Nie było wątpliwości, że te wyjątkowo liczne zgromadzenie weteranów pod Wspólnotą, było wynikiem działań Ręki Olbrzyma.

Gdy zbliżyli się do bramy, z wnętrza wychodziła właśnie grupa ludzi, wśród których Dziki rozpoznał Wiewióra i Żółtego - Już uciekacie? - spytał, zatrzymując na chwilę mężczyzn.

Wiewiór, który wyglądał na mocno poruszonego, wyciągnął niepewnie drżąco dłoń. – Tak, nie będziemy marnować tego co zarobiliśmy, na siedzenie za murami bez potrzeby – odpowiedział.

- Następny sknerus – zakpił Mike, ściskając mężczyźnie dłoń. – To widzimy się na patrolu!

- Tak, tak…- odpowiedział Wiewiór i żegnając się z Dzikim, ruszył pośpiesznie w stronę miasta.

Gdy mężczyźni się oddalili, Mike szepnął do Dzikiego. – Chyba był mocno zżyty z tym ogonem, bo wyglądał na naprawdę roztrzęsionego – stwierdził, zezując na plecy ginących w oddali weteranów.

Dziki zamyślił się przez chwilę. Miał wrażenie, że w autobusie Wiewiór trzymał się dużo lepiej. – Wiesz, podróżowali razem… facet też nie miał ‘’przyjemnej” śmierci. Teraz jak adrenalina zeszła, może to do niego wróciło – stwierdził.

Przechodząc za mur, Dziki dostrzegł jeszcze jedną znajomą twarz. Na jednym z podestów pośród strażników siedziała weteranka Zjawa. Widząc ją Mike, natychmiast pomachał entuzjastycznie. Dziewczyna jednak ignorowała go przez dłuższy czas. Dopiero gdy zawołał ją po ksywie, odpowiedziała mu krótkim skinieniem głowy.

- Nie gadaj, że próbujesz swoich sił - westchnął Dziki.

Mike zrobił rozmarzoną minę.- Obawiam się, że to za wysokie progi, ale może kiedyś będzie pijana albo trafi ją chwila słabości - zaśmiał się.

- To patrolujesz razem z nią? – spytał Dziki. - No, do tej pory nie opuściła żadnego obchodu. Więc kręcimy się trochę razem, ale wiesz w grupie uzbrojonych ludzi jakoś ciężko podjąć romantyczny temat - stwierdził Mike, mrużąc złowieszczo oczy.

Dziki przystanął na chwilę, bo przypomniało mu się pewne wydarzenie z zebrania weteranów. - Słyszałeś o jej starciu z tymi gośćmi z Sojuszu Bloków? Wiesz o co tam chodziło? – spytał zaciekawiony.

Mike, podrapał się po głowie, zerkając na stojącą Zjawę. - No od niej bezpośrednio to nie...

Dziki opuścił już głowę zawiedziony, bo gdy zobaczył dziewczynę ta kwestia zaczęła go ponownie nurtować. Mike jednak odciągnął go na bok bojąc się chyba, że Zjawa może ich usłyszeć. I po chwili powiedział, pół szeptem. – Patroluje czasem z takim jednym gościem, a on zna gościa który jest w Sojuszu Bloków…

- Kolega, kolegi... wiarygodne źródło – zakpił, Dziki.

Mike słysząc to, zarzucił ręce na pierś. – To chcesz wiedzieć co usłyszałem, czy nie? – spytał obrażony.

- Sorry – westchnął Dziki.- Opowiadaj, to i tak będzie bliższe prawdy niż to czego sam bym się domyślił.

Mike znowu rozejrzał się upewniając, że Zjawa jest dość daleko i ściszając głos zaczął – podobno w Starym Świecie to był straszny mruk. Żadnego chłopaka, znajomych, dwadzieścia cztery godziny na dobę przed kompem, jedynaczka…

Dziki wtrącił się, nie mogąc wytrzymać bo przyszło mu do głowy coś naprawdę głupiego. – Samotna, ciągle przed kompem… ty jesteś pewien, że nie opowiadasz naszej historii?

Mike wypiął przez chwilę język i kontynuował – ogólnie to słyszałem, że nie miała zbyt dużego poparcia. Jak pojawiła się w Nowym Świecie, to Sojusz Bloków ją przyjął, bo brakowało im ludzi, a w końcu była jednym z mieszkańców. Potem gdy zaczęło robić się ciasno, chyba dotarło do niej, że przez brak znajomości, może zostać wywalona. Dlatego zgłosiła się na ‘’Goniciela”.

- To ci, co zapatrują bloki w żywność? – dopytał Dziki.

Mike potwierdził skinieniem głowy, kontynuując – z Sojuszu Bloków, masz prostą drogę na centrum. Sklepów dużo, domów do przeszukania jeszcze więcej, ale przy tym mrowie różnych niewykształconych. Goniciel, to strasznie niebezpieczna fucha, więc nigdy nie ma nią chętnych. Pewnie liczyła, że ze względu na to jej nie wyrzucą.

Dziki popatrzył na dziewczynę. Mimo, że nie odstraszała wyglądem, a nawet w niektórych kręgach można by ją uznać za atrakcyjną, nikt z nią nie rozmawiał. Raczej nie przez brak chęci, bo ludzie pokroju Mike’a, pałali flirciarskimi zapędami, do wszystkiego co było przeciwnej płci. Zjawa, wydawała się Dzikiemu, jak i pewnie większości po prostu zamknięta w sobie i antypatyczna. Zaczynał jednak podejrzewać, z czego wynikało jej zachowanie. Dalszej części historii domyślał się bowiem samemu. Nie mniej, skupiając z powrotem wzrok na Mike’u, wsłuchał się w dalszą część opowieści. - Przez jakiś czas się to sprawdzało – stwierdził, mężczyzna. – Ganiała kilka miesięcy, razem z Lanc’em i Krukiem. Podobno ich trio, było najlepsze z całego Sojuszu a ich klatka opływała w żywność. Zaopatrzyli ją do tego stopnia, że zaczęli w końcu robić wypady po gadżety ze Starego Świata: książki, gry planszowe itd.

Dzikiemu, przypomniała się teraz lista Wiewióra. Czyli we wszystkich społecznościach wyglądało to podobnie. Mike odchrząknął i kontynuował – po jakimś czasie, zaczęły krążyć pogłoski, że coś tam się kroi między nią a Lanc’em. Podobno przesiadywali w swoich mieszkaniach gdy nie pracowali, a czasem robili nawet wypady tylko we dwoje olewając Kruka. Wszystko zmieniło się gdy pewnego dnia, przeprowadzali dużą wyprawę po wodę. Sojusz bloków zaopatruje się w przepompowni w pobliżu centrum. Nieopodal znajduje się spalona kotłownia w której roi się od specjalistów zwanych ‘’Smolarzami”. Szczegółów nie zna nikt, oprócz Kruka i Lance’a, ale z tego co się dowiedziałem wrócili we dwóch i powiedzieli, że Zjawa czy jak wołali ją wtedy Iskra, zginęła.

Dziki przygryzł nerwowo wargę, patrząc jeszcze raz w stronę dziewczyny. – To im zrobiła niespodziankę. Miała do tego Lance’a naprawdę spory żal, więc mam takie przeczucie że oni ją po prostu porzucili, nawet nie sprawdzając czy można jej pomóc.

Mike parsknął. – No, zostawili dziewczynę na śmierć, a tu bam, wraca tak silna że mogła by zmieść ich wszystkich i nawet się przy tym nie spocić.

Dzikiemu, przyszła teraz do głowy jeszcze jedna myśl. Spoglądając podekscytowany w stronę przyjaciela, wyszeptał - zaczynam dostrzegać pewną prawidłowość. Zauważyłeś, że ludzie uczą się posługiwać błędami w stanie jakiegoś wielkiego zagrożenia życia?

Dziki spodziewał się, że Mike pociągnie temat ale ten odskoczył jak oparzony wymachując rękoma.- Nie mów mi o takich rzeczach! A jak się przypadkiem nauczę korzystać z błędów, potem użyje ich nieświadomy i się rozmyje! Jeszcze mi facjata miła…- stwierdził zjadliwie.

Dziki pokręcił głową, Mike miał aż przesadnie paranoiczne podejście do błędów. Ciekawiło go czy zmienił by zdanie gdyby zobaczył jakie możliwości kryły się za nimi.

***

Autobus do Wolności opuścił Wspólnotę, znacznie szybciej niż wszyscy się spodziewali. Mieszkańcy, czemu nie trudno było się dziwić nie podeszli do tego zbyt entuzjastycznie. Dziki wiedział, jednak że srebrne, które pozyskali sprzedając swój łup z "Pasa” rozeszłyby się momentalnie.

Teraz po raz pierwszy od dłuższego czasu, mieli autobus wypchany zapasami i schowek pełen wspólnotowej waluty. Dziki nie miał zamiaru pozwolić, by ich dobra passa, została zaprzepaszczona na chwilowe zachcianki.

Zmuszony był więc upchać marudzącą i złorzeczącą grupę z powrotem w autobusie i wyruszyć w dalszą drogę. Jego decyzje podzielali wyłącznie Oli oraz Korek, który zawsze zgadzał się ze wszystkim, co mówił Dziki. - Zobaczycie, to zaowocuje w przyszłości, jeszcze będziecie wszyscy dziękować, że nasz wspaniały strażnik podjął właśnie taką decyzję - przekonywał chłopak.

Jego słowa zaowocowały jednak najbardziej chóralnym "Zamknij się Korek”, jakie Dziki kiedykolwiek słyszał w autobusie.

Nie mając ochoty znosić ciągłych zawiedzionych spojrzeń i marudzenia Dziki ruszył na piętro autobusu. Miał dzięki temu okazję, by w spokoju skupić się na poszukiwaniu zeszytu.

Gdy wchodził na górę i jego głowa znalazła się już na wysokości piętra, dostrzegł grzebiącą między rzeczami Weronikę. Nagle poczuł, jak całe jego ciało sztywnieje. Od momentu, w którym Oli zdradziła mu, co dziewczyna do niego czuje, nie spotkał się z nią sam na sam. Przez chwilę, myślał nawet by zawrócić, ale Weronika spostrzegła go, a i ich oczy spotkały się. Teraz Dziki czuł, że nie ma już wyboru, gdyby nagle zawrócił na dół, dziewczyna mogłaby to bardzo źle odebrać.

Biorąc głęboki oddech ruszył na górę, najnaturalniej jak tylko potrafił, ale nie wiedząc czemu, własne ruchy wydały mu się dziwnie sztywne i komiczne.- Hej Weronika, co słychać? – spytał głosem, który za diabła nie przypominał jego naturalnego tonu.

Dziewczyna zarumieniła się, skupiając wzrok na pudełkach, w których grzebała. - Oli powiedziała, że zginął ci zeszyt od Kuby. Chciałam go dla ciebie znaleźć - odpowiedziała równie nerwowo, nie ośmielając się nawet podnieść wzroku znad sterty kartonów.

- Nie trzeba było się fatygować, na pewno się znajdzie… - odparł, zerkając przez szybę.

Kłopotliwa cisza, która zapadła po chwili, wydawała się Dzikiemu po prostu nie do zniesienia. Nagle poczuł że jak nigdy, potrzebuje aby z autobusem stało się coś złego, cokolwiek co dałoby mu wymówkę do odejścia stąd jak najszybciej.

Złośliwość losu sprawiła jednak, że tym razem autobus nie spotykał po drodze niczego złego. Najtrudniejsze w całej tej sytuacji była świadomość, że Weronika jest naprawdę ładną dziewczyną. Miała śniadą cerę i kręcone kasztanowe włosy. Jej delikatną twarz, przez większość czasu zdobił ten sam nieśmiały uśmiech, nadający jej niezwykłego uroku. Dziki nie był w stanie powiedzieć, że mu się nie podobała. W starym świecie, gdyby taka dziewczyna zainteresowała się nim, pewnie piałby ze szczęścia. Nawet w tym momencie wiedząc, że mogliby być razem czuł drżenie serca i narastające podniecenie. Skarcił się jednak w myślach, kochał Dix i ani uroda Weroniki, ani to jak bardzo było mu jej szkoda, nie mogły tego zmienić. To jej pierwszej oddał serce i to jej miał zamiar pozostać wierny, bez względu na wszystko.

Cisza się przedłużała, a Dziki czuł, że to nie skończy się dobrze. Twarz Weroniki czerwieniała coraz mocniej a jej oczy przeszkliły się od nabiegających łez, najgorsze było jednak to, co ową ciszę przerwało.

- ALE JA CHCIAŁEM TYLKO POMÓC SZEFOWI- krzyknął przerażony Korek.

W tym momencie zawtórował mu wściekły głos Oli. - PRZYSIĘGAM NA WSZYSTKO CO ŚWIĘTE KOREK, JEŚLI DASZ CHOCIAŻ JEDEN KROK NA GÓRĘ WYDRAPIE CI OCZY!

I nagle do Dzikiego dotarło, że jego spotkanie z Weroniką sam na sam, było dziełem pewnej małej, nadpobudliwej istoty. - Oli... - westchnął, siadając na jedynym siedzeniu którego na piętrze nie rozebrano.

Weronika, do której dotarły krzyki z dołu, poderwała się ze łzami w oczach. Dziki zatrzymał ją jednak, łapiąc za rękę.- Poczekaj, proszę - powiedział, czując, że musi w końcu rozwiązać tę sprawę. Weronika stanęła jak zamrożona, wbijając wzrok nerwowo w ziemię, jej twarz zginęła gdzieś pod burzą włosów.– Przepraszam - wyszeptała w końcu - nie chciałam ci sprawiać kłopotów.

- Nie gadaj głupot - odparł natychmiast - nie masz mnie za co przepraszać. To ja cie przepraszam, to dla mnie prawdziwy zaszczyt, że taka dziewczyna jak ty, powierzyła mi swoje uczucia i naprawdę żałuje, że nie mogę ich odwzajemnić. Wiesz jednak, że ja już jestem z kimś, o ile nie jest grzechem wypowiadać coś takiego w tym świecie…- powiedział, choć sam nie wiedział jakim cudem udało mu się sklecić jakiekolwiek sensowne zdanie w tej sytuacji.

Weronika wyrwała rękę z jego uścisku - Ja wiedziałam…ja tylko… ja tylko…chciałam to usłyszeć od ciebie, że to między nami… że to nie…- nie dokończyła jednak, bo załamana zbiegła na dół zasłaniając twarz rękoma.

- CHOLERA JASNA! – krzyknął, uderzając pięścią w szybę - a w starym świecie to się nawet pies z kulawą nogą za mną nie obejrzał…- westchnął po chwili.

Gdy wyżywał swoją złość na oknie, na górę próbowała wkraść się Oli. Z miejsca spojrzał na nią z wyrzutem, a dziewczyna opuściła głowę.- Przepraszam, że to zaaranżowałam, ale to musiało w końcu się stać… dzięki temu Weronika może w końcu ruszy dalej…

- Jakoś nie wydaje mi się, żeby to było dobrym rozwiązaniem - powiedział z przekąsem, zerkając na swoje poobijane kostki.

Oli wciąż wpatrując się w ziemię, wyraźnie posmutniała. - Posłuchaj Dziki, od kiedy powiedziałam ci co ona do ciebie czuje, ty po prostu jej unikasz i nie widzisz jak cierpi.

- Wcale jej nie unikam! – Odparł Dziki nie co zbyt nerwowo.

Oli westchnęła, opierając swoją dłoń na jego ramieniu. - Może wiec robisz to nie świadomie, ale jednak nie rozmawiacie ze sobą. Przez to, ona ciągle robi sobie nadzieje. Takie jasne "nie” to chyba najlepsze co może być - powiedziała pewnie, chociaż nie śmiała się spojrzeć mu twarz.

Dziki odetchnął ciężko, kierując się w stronę schodów. - Chodź na dół, jakoś przeszła mi ochota na czytanie - stwierdził. Gdy zeszli z piętra Dziki zauważył, że Weronika siedzi w towarzystwie Bociana i Kryspina. Gdy schodził, nie raczyła obdarzyć go nawet jednym spojrzeniem. Tego samego nie można było jednak powiedzieć o jej towarzyszach, którzy zerkali na niego z wyrzutem. - Jakbyście sami mieli uczciwe zamiary - pomyślał, widząc, z jakim entuzjazmem chłopaki zabrali się do pocieszania Weroniki. Nim zdążył podzielić się swoimi spostrzeżeniami z Oli, coś błysnęło mu w twarz oślepiającym światłem. Jęki mieszkańców autobusu potwierdziły zaś, że to nie stało się tylko w głowie Dzikiego.- Błysk nadchodzi! – krzyknął i nie czekając, pobiegł na przód autobusu. Janek wyhamował w tym czasie pojazd i wyciągnął ze schowka swoją nieodłączną poduszkę. Trzymając ją w ręku, od razu rzucił się na jedno z siedzeń. W międzyczasie Korek zaczął zasłaniać wszystkie okna. Przed-błysk od kulminacji dzieliło zazwyczaj maksymalnie pięć minut.- WSZYSCY SIĘ KŁADŹCIE! NIE CHCĘ, ŻEBY KTOŚ SIĘ POŁAMAŁ TRACĄC PRZYTOMNOŚĆ! - krzyknął, ledwo przebijając się przez narastający w uszach gwizd.

Gdy ruch w autobusie ustał, pośpiesznie sięgnął do jednego z licznych schowków nad kierownicą i wyciągnął z niego małe szare pudełko. To w nim znajdowało się remedium na przetrwanie błysku bez utraty świadomości. Jedna z niewielu tajemnic, jakie Kuba ujawnił Dzikiemu, gdy ten został strażnikiem. We wnętrzu, znajdowała się strzykawka z igłami oraz butla mętnego ciemnego płynu. Była to przygotowana przez Kubę, specjalna mieszanka bardzo silnych środków pobudzających i przeciwbólowych. Przyjęte dożylnie tuż przed błyskiem pozwalały wybudzić się już w kilka minut po kulminacji.

Oczywiście miało to swoje wady. Nawet bardzo silne środki przeciwbólowe jedynie tłumiły opętańczą agonię, jaka trwała w głowie podczas błysku. Do tego dochodziły silne mdłości z powodu przyjęcia takiej mieszanki leków. Dziki mógł jednak dzięki nim spełniać swój podstawowy cel, pilnować autobusu, gdy wszyscy inni byli całkiem nieprzytomni. Wbijając sobie igłę w żyłę, za każdym razem czuł się jak narkoman. Starannie odmierzona dawka substancji rozpychała mu krwioobieg, a już po chwili poczuł w głowie charakterystyczny szum. Nim jednak zdążył odczuć prawdziwy efekt leków, przerażająca jasność rozbłysła mu w oczy przebijając się przez zamknięte powieki. Gwizd w uszach wiercił mu dziurę w głowie, a krzyki dziewczyn z autobusu ledwo docierały do jego uszu. Nie po raz pierwszy w tym świecie poczuł, że odpływa.

Dziki wybudził się, ciągle słysząc umiarkowany gwizd. Nie otwierał jednak oczu. Mimo że kulminacja minęła, jasność która w czasie błysku panowała dookoła, nie pozwoliłaby mu normalnie funkcjonować. Wodząc ręką po omacku, sięgnął do półki w autobusie gdzie miał już przygotowane specjalne gogle.

Naciągając je na czoło, poczuł minimalną ulgę, bo światło nie świdrowało mu już powiek. Rozkładając się na siedzeniu kierowcy, chciał dać sobie jeszcze kilka minut na dojście do siebie, w tym momencie jednak do jego uszu dobiegły niepokojące jęki.

Poderwał się zlękniony, łapiąc pistolet w drżącą dłoń. Po kulminacji wszyscy musieli być już głęboko nieprzytomni, nie było mowy, o tym by ktoś jęczał. Idąc w stronę niepokojącego dźwięku czuł jak nogi, uginają się pod nim, a ciało trzęsie się jak w delirium alkoholowym. Nie był to jednak wynik lęku, tak działał błysk albo remedium Kuby.

Droga na koniec autobusu była wręcz absurdalnie długa, każde niezasłonięte okno przypominało teraz kwadratowy panel świetlny, przez który do wnętrza wlewała się niewyobrażalna jasność. Nieprzytomni mieszkańcy leżeli, z twarzami wciśniętymi w poduszki albo siedzenia, oddychając przy tym ciężko. Dziki zbliżając się do końca autobusu, słyszał jęk coraz wyraźniej. Zaciskając pewniej dłoń na pistolecie, wychylił się za schody i tuż pod nimi dostrzegł jeszcze jedną przytomną osobę. Korek rzucał się na siedzeniu, próbując chociaż trochę osłonić oczy. Dziki doskonale wiedział, co przeżywa. Jeżeli było się przytomnym, światło wlewające się przez zamknięte powieki podświetlało je do jaskrawej czerwonej barwy, co w połączeniu z bólem głowy było naprawdę niemiłym doznaniem.

Po chwili jednak do Dzikiego dotarła absurdalność, tego, co widzi.- KOREK, DLACZEGO TY JESTEŚ PRZYTOMNY?! - zawołał.

Chłopak, słysząc głos Dzikiego, przeraził się tak mocno, że zleciał z siedzenia.- Boże, szefie, Boże przepraszam, ja nie chciałem, naprawdę nie chciałem - zaczął tłumaczyć się chłopak, wyraźnie mając coś na sumieniu.

Dziki stał zszokowany, od kiedy czuwał, pierwszy raz zdarzyło mu się, by ktoś z autobusu nie stracił przytomności. Był nawet pewien, że to niemożliwe. W tym momencie jednak, do głowy przyszła mu pewna myśl. Wykorzystując moment, gdy chłopak wił się po podłodze, Dziki pogrzebał w jego osobistym plecaku, by już po chwili wyciągnąć z niego strzykawkę z resztkami remedium. - Korek do cholery kto ci pozwolił grzebać w mojej szafce! - warknął.

Chłopak zatrząsł się jeszcze mocniej, rzucając po podłodze w agonalnych bólach. - Szefie przepraszam! Proszę, niech mnie szef ratuje. Ja już nie chcę, to tak strasznie boli…- zawołał, a Dziki w którym irytacja mieszała się teraz z ulgą, że na końcu autobusu nie czekał niewykształcony, chwycił go za rękę.- Choć za mną – rozkazał.

Dziki poprowadził Korka na przód autobus i posadził na miejscu kierowcy. Po chwili sięgnął do swojej półki i wyciągnął zapasową parę gogli.- Załóż, trochę ci ulży - westchnął, siadając obok. Chłopak wcisnął okulary na oczy, ale dalej wyglądał jak wrak, trzęsąc się znacznie bardziej niż Dziki.- Ile sobie wstrzyknąłeś? – spytał. - trzy mililitry - odpowiedział Korek, mdłym głosem. - Przy swojej wadze, wziąłeś pewnie połowę za mało…- westchnął, Dziki sięgając jeszcze raz do schowka. Chłopak wyglądał i dyszał, jakby za chwilę miał umrzeć. Dziki pomyślał nawet, że dobrą karą dla niego było by nie dawać mu brakującej dawki ale sam czując się jak wrak, nie miał ochoty na podstępne zemsty. - Dobra dobijemy resztę, ale co ci w ogóle strzeliło do głowy? – spytał.

- Ja chciałem po prostu zobaczyć jak to jest…- westchnął Korek, w którego głosie czuć już było szczery żal z podjętej decyzji.- Przepraszam szefie, naprawdę przepraszam – jęczał. - Tłumaczyłem ci, przestań nazywać mnie szefem. Wszyscy w autobusie mówią na mnie Dziki więc, też tak mów…- stwierdził, wstrzykując Korkowi remedium. - Ja… ja nie śmiałbym szefie, a ludzie tu powinni ci okazywać więcej szacunku. Jesteś w nowym świecie tak krótko, a już bijesz większość weteranów na głowę… mamy ogromne szczęście, że zgodziłeś się zostać naszym strażnikiem po śmierci Prima - zawołał entuzjastycznie chłopak, swój zryw przypłacił jednak natychmiastowym atakiem mdłości.

- Nie tak gwałtownie Korek. Poza tym nie przesadzaj z tym szczęściem. Założę się, że podróżując z Primem, nie mielibyście tylu niebezpiecznych sytuacji…- stwierdził Dziki. - No, nie… ale teraz jest lepiej. Ty dużo więcej rzeczy rozumiesz, Oli ciągle cię chwali i mówi, że dzięki tobie autobus w końcu przypomina to, czym być powinien…- odpowiedział chłopak, gdy tylko przestał walczyć z własnym żołądkiem. Dziki słysząc jego słowa, poczuł, że się rumieni, na jego szczęście w ciemnych goglach chłopak nie miał prawa tego dostrzec.

- W ogóle nie tylko Oli cię chwali – kontynuował chłopak, którego najwidoczniej, nawet ból nie powstrzymywał od mówienia. - Słyszałem jak Weronika mówiła kiedyś Beacie, że marzy o tym byś tulił ją do snu w namiocie.

- Korek zmieniamy temat! – rozkazał Dziki, czując że to czego się dowiedział, to dla niego za dużo. Chłopak jednak zdawał się, w ogóle nie zwrócić uwagi na to, co usłyszał. Najwidoczniej leki musiały już zacząć na niego działać, bo zaczął on swój stały potok słów.-…Szefie a jak to w ogóle jest z tobą i Dix ? No bo Bocian mi powiedział, że nie chcesz uderzyć do Weroniki, bo jesteś z liderką defektu...ale wy się przecież w ogóle nie widujecie, to znaczy Kuba mówi, że jak się spotkacie, to się obłapiacie i w ogóle ale, że ten wasz związek to jest jakiś dziwny…

- A KIEDY TY ROZMAWIAŁEŚ Z KUBĄ NA MÓJ TEMAT?! - zawołał Dziki, w pełni przypominając sobie, dlaczego nienawidzi zostawać z Korkiem sam na sam.

- Jak jeździł z nami, gdy ty leżałeś w wieży. Chłopaki mówili, że tam to musisz mieć raj, wszyscy byli zdziwieni, że do nas w ogóle wróciłeś, ale Janek powiedział, że Dix cię sama wypchnęła, bo się boi, że zarazisz się defektem… - Defekt nie przenosi się między ludźmi, nie powtarzaj tych głupot! - przerwał mu Dziki. - W ogóle to ja wam wszystkim od jutra zacznę jakiegoś zajęcia szukać, tyle czasu poświęcacie na gadanie a ten autobus to jeżdżący chlew…- stwierdził, czując narastającą irytację i ból głowy.

Nie zrażony Korek kontynuował jednak dalej.- W takim układzie ta teoria odpada, ale Edek powiedział, że... - Dziki nie zdążył, jednak dowiedzieć się co Edek uważa na temat jego związku z Dix, bo Korek wyskoczył z fotela przerażony, krzycząc - SZEFIE CO TO JEST?!

Dziki podniósł się, wyglądając przez przednią szybę. Skąpana w niewyobrażalnym świetle ulica, na której stali była jak zamglona. W jasności tonęło wszystko, co znajdowało się dalej niż dziesięć metrów od autobusu. Dziki zmrużył oczy, by zobaczyć co tak przestraszyło chłopaka i już po chwili dostrzegł jakiś ruch. Biała jak chmura postać poruszała się w dziwny powolny sposób, przypominając astronautów chodzących po księżycu. – To Krowler - odpowiedział, biorąc głęboki oddech.

- Co to jest Krowler? – dopytał natychmiast Korek, wciąż wyglądając niepewnie przez szybę.

- Nie wiadomo, Kuba mi o nich opowiadał. Krążą tylko w błysku i znikają razem z nim, ale przezornie lepiej trzymać się od nich z daleka. Choć Korek, zmienimy miejsce postoju - stwierdził Dziki, zajmując w końcu miejsce kierowcy.

Zostawiając za sobą, tajemnicze istoty przejechali w głąb miasta. Dziki był przez całą drogę, uraczany kolejnymi plotkami z autobusu. Dowiedział się między innymi, że obraza, jaką zaliczył na niego Klucz, nie była spowodowana wyłącznie ostatnimi wydarzeniami, ale dołożył się do tego fakt, że mężczyzna próbował swoich sił u Weroniki, a ta zbyła go ze względu na Dzikiego. Korek poinformował go również, że gdy kurował się w wieży, Smalec uciął sobie pogawędkę z Kubą i był łaskaw zdać mu relację, ze wszystkiego, co robi Dziki. Kładąc duży nacisk, na zbytnie narażanie się. Za co też Oli przestała się w ogóle do niego odzywać… Oprócz tego Dziki dowiedział się czegoś, co już sam od dawna podejrzewał. W chwili słabości Kuba zwierzył się podobno Korkowi, że zależy mu na Oli znacznie ,,bardziej” niż wynikałoby to z powinności, jaką miał wobec jej brata. Dziki czuł, że coś może być na rzeczy, bo jaki byłby inny powód, dla którego Kuba miał by brać pod uwagę jej zdanie, gdy podejmował decyzje.

Wsłuchując się w kolejne historię Korka o nie udanych romansach i skradzionych słodyczach, do Dzikiego doszło, że ludzie w autobusie naprawdę żyli jak w bańce. Odizolowani od zła tego świata przez cienką blachę i szyby, zachowywali się jak by byli na jakiejś wycieczce, a nie w żywym koszmarze. W tym momencie nie mógł powstrzymać uśmiechu, bo w końcu zrozumiał znaczenie słów wypowiedzianych przez swojego poprzednika Prima "Oni są jak dzieci".

- Szefie zobacz! – krzyknął nagle Korek, wyrywając Dzikiego z zamyślenia. Tuż obok nich miał miejsce ewenement, z którym Dziki spotkał się po raz pierwszy. Przejeżdżali właśnie wąską osiedlową ulicą, w której autobus ledwo mieścił się, nie obcierając płotów. Pośród rzędów identycznych klockowatych domów jeden z nich był właśnie pod wpływem jakiegoś błędu.

Niski parterowy budynek ogrodzony siatką zdawał się zapętlać w czasie. Jego zielona fasada co rusz łuszczyła się i po chwili stawała się idealnie gładką. Rozbite w perzynę okna zlepiały się w całość, by po chwili bez dźwięcznie znowu ulec zniszczeniu. Wyrwane drzwi wpasowywały się w futrynę i zamykały, a zaraz znowu z niej wypadały.

Dziwniejsze jednak wydawało się to, że budynek wręcz wabił Krowlery. Dziki zdążył naliczyć trzynaście stojących na samym podwórzu i kilka innych zmierzających w jego stronę. - Co się dzieje szefie? – spytał podniecony Korek, zapominając zupełnie o bólu. - Chyba się odnawia, ale pewny nie jestem, bo nigdy tego nie widziałem na własne oczy - odpowiedział Dziki, zatrzymując autobus i stając tuż obok przyklejonego do szyby chłopaka. Krowlery gromadziły się coraz liczniej, przechodząc przez siatkę, jakby były duchami. Budynek zaś zdawał się zapętlać coraz szybciej. Nagle jego fasada rozbłysnęła. Światło było tak mocne, że przebiło się nawet przez gogle Dzikiego. Dom wyglądał, jakby miał zamiar zmienić się w słońce.

Kolejne wydarzenia stały się błyskawicznie, wszystkie stojące dookoła Krowlery wbiegły w fasadę. Budynek rozjaśniał, a jego zapętlenie zatrzymało się, głośny huk rozdarł okolicę, jakby światło w jednym momencie się rozdarło i puf - całkiem nowy budynek jak ze starego świata wyrósł tuż przed nimi. Pozostałe Krowlery, które nie zdążyły wbiec do środka, zaczęły nieśpiesznie rozchodzić się, zupełnie ignorując autobus.

Podniecony Korek zapiał natychmiast.- Jejku szefie…Zupełnie nowy, niech szef pomyśli. Pełna lodówka: wędliny, mleko, mąka, chleb, może ser…

- Albo szafka pełna zupek chińskich, i lodówka bez światła… Poza tym nie jestem pewien czy to bezpieczne wchodzić do budynku świeżo po resecie - stwierdził Dziki, chociaż zupełnie nowy dom kusił również jego.

- Możemy przecież tylko zerknąć - stwierdził chłopak, nie mogąc oderwać wzroku od budynku. - No dobra, poczekajmy aż Krowlery się rozejdą - stwierdził Dziki, siadając z powrotem za kółkiem. Kilka najbliższych minut, czekali w napięciu, aż dziwne istoty opuszczą okolicę. Korek, który zagłębiony był w wyobrażaniu sobie, co mogą tam zastać zamilkł na chwilę, więc Dzikiemu towarzyszył jedynie rytmiczny gwizd ciągle trwającego błysku.

- Długo dzisiaj…- powiedział, przerywając ciszę, przez którą o wiele bardziej skupiał się na bólu. - Zazwyczaj są krótsze? – spytał Korek. - Od półgodziny do prawie dwóch, na to nie ma reguły – odpowiedział mu Dziki. Ponieważ ostatni Krowler zniknął już jakiś czas temu, Dziki otworzył drzwi autobusu i przez otwartą furtkę wszedł razem z Korkiem na podwórze zresetowanego budynku.

Otwierając wejście, wszedł na Korytarz, który pachniał czystością i damskimi perfumami. Pachniał Starym Światem. - Zacznijmy od kuchni, Korek wyglądaj co chwila na autobus…- powiedział. Przechodząc przez pomalowany na jasno hol pełen obrazów i ikon, weszli do salonu z otwartą kuchnią. Duży płaski telewizor, szklana ława i markowe kino domowe świadczyły, że budynek należał co najmniej do kogoś klasy średniej.

Korek bez ceregieli rzucił się na lodówkę i gdy tylko otworzył drzwi zawył z radości. - Szefie! Mamy cudny połów, lodówka pełna…

Dzikiego jednak zaaferowało coś zupełnie innego. Na półce w salonie stały zdjęcia właścicieli domu. Niemal od razu rzuciła mu się w oczy fotografia mężczyzny w policyjnym mundurze. Ponieważ pojawiał się on, niemal na wszystkich zdjęciach, dom musiał należeć do niego.

- Korek załaduj jedzenie do torby i zanieś do autobusu - rozkazał Dziki, a sam zabrał się za trzepanie szafek. - Czy policjanci zabierają broń do domu? Czy po służbie zostawiają na komisariacie? – kołatało się w jego głowie. Zdecydowanie miał nadzieję, że zabierają. Przetrzepując półki w salonie, znalazł jednak tylko trochę faktur, ramę papierosów i kolekcje filmów na DVD. Przez chwilę przyszłą mu przez myśl lista Wiewióra, ale nie znając dokładnie czego szukają wspólnotowe elity, wziął tylko papierosy. W międzyczasie Korek robił już drugi kurs z rzeczami ze spiżarni - Idę przejrzeć sypialnie –zawołał za nim Dziki. Wchodząc do pokoju, pierwsze co rzuciło mu się w oczy to dwa oddzielne łóżka, każde ze stolikiem i lampką nocną. - Nie spali razem? Strasznie konserwatywnie – pomyślał, po czym wziął się za przeszukiwanie ogromnej przesuwnej szafy. Pierwsza radość spotkała go już po chwili. Pod stertą paskudnych skarpetek w brązowym kolorze dostrzegł bowiem pudełko naboi 9mm. Nie pasowały co prawda do jego ttki, ale miały ogromną wartość handlową. Poza tym, skoro były naboje musiała też być broń. Dziki przetrzepał półki i znalazł małą pancerną kasetkę akurat na wymiar pistoletu. - Może ktoś we wspólnocie będzie wiedział jak to otworzyć - pomyślał zabierając pakunek ze sobą.

- Zabrałem, wszystko co mogłem! – zawołał Korek, który po chwili prawie osunął się na nogach - szefie, jakoś źle się czuje… - To normalne, błysk się kończy, a jego wygaszenie jest nie wiele lepsze od kulminacji - stwierdził Dziki, który również poczuł nasilające się mdłości.- Zbierajmy się… Wychodząc z budynku przeszli przez opustoszałe podwórze prosto do autobusu. Korek zostawił otwarte drzwi po swoim ostatnim kursie.- Szefie, a co jest w tym pudełku? – spytał, gdy już zajęli swoje miejsca. - Kto wie? Mam nadzieje, że pistolet bo w domu znalazłem opakowanie naboi - stwierdził Dziki, odkładając skrzynkę pod siedzenie. - Było by cudnie szefie, można by uzbroić jeszcze kogoś w autobusie - zawołał chłopak. Dziki musiał sam przyznać, że był nawet zadowolony z towarzystwa. Dzięki jednostronnej rozmowie udawało mu się zapominać o ćmieniu głowy i pewnie, gdyby był sam, miałby opory, by wejść do budynku.

Szykując się do dalszej drogi, Dziki miał już odpalić silnik, w oddali dostrzegł jednak jakiś ruch. Korek musiał zauważyć to samo, bo po chwili spytał.- To Krowler szefie? Może kolejny budynek gdzieś się odnawia - dodał wyraźnie podniecony. Dziki miał jednak przeczucie, że to coś zupełnie innego. Zbliżająca się postać była bowiem, niemal całkiem czarna. Co najgorsze na tej wąskiej drodze nie było nawet możliwości, by ją minąć.

Razem z Korkiem obserwowali, jak niewyraźny kształt nabiera w końcu ludzkich konturów i niebezpiecznie zbliża się do autobusu.- Niewykształcony? – spytał Korek, który co irytowało Dzikiego, był o wiele bardziej podekscytowany niż przestraszony. - Nie jestem pewien…- stwierdził, Dziki mrużąc oczy. Dopiero gdy postać była już tylko kilka metrów przed nimi syknął zdenerwowany. Zmierzająca w ich stronę osoba chorowała na ciężki Defekt, jej rozmyta głowa była niczym jajko, na które ktoś naciągnął gogle chroniące przed światłem. Najbardziej złowieszczy był jednak jej strój. Prawie każdy centymetr ciała postać obwiesiła sobie nożami w sztywnych kaburach. Dziesiątki rękojeści wystających z różnych miejsc jej czarnego stroju nadawały jej wygląd jak postaci z horroru.

- O BOŻE!!! – krzyknął Korek, po chwili odwracając się w stronę Dzikiego. - Ja wiem, kto to jest szefie… weteran, który zachorował na defekt i postradał rozum. Słyszałem jak opowiadali o nim, w barze Wspólnoty, że chodzi taki obwieszony nożami. Mówili na niego Hiena - chłopak po raz pierwszy wyglądał na naprawdę przestraszonego.

To, co jednak najbardziej martwiło Dzikiego to nie fakt, że mężczyzna był niespełna rozumu, ale to, że skoro chorował na defekt, miał styczność z błędami. Nie było pewności, jak dobrze się nimi posługiwał. Mężczyzna, stanął tuż przed autobusem. Po ruchach jego głowy Dziki zrozumiał, że obserwuje to jego to Korka. - Spróbujmy go minąć - szepnął, przekręcając kluczyk w stacyjce. W tym samy momencie Hiena wykonał iście teatralny gest. Wyciągnął obydwie ręce i uniósł głowę mocno do góry, jakby przygotowywał się, że autobus wparuje w niego. Dziki wrzucił bieg i szarpnął pojazdem do przodu, licząc w duchu, że spłoszy mężczyznę. Ten jednak skulił się delikatnie, cofając zaledwie o krok, a to co stało się po chwili, przeraziło zarówno Dzikiego jak i Korka.

Dwa noże z jego pleców wysunęły się powoli z kabur i niczym dwa komary doleciały do szyby, pukając ostrzami w miejsca tuż przed ich głowami. Hiena wyciągnął dwa palce w stronę Dzikiego, po czym wskazał na ziemię tuż przed sobą. - Chyba chce, żebym wyszedł - stwierdził Dziki. - Szefie nie możesz, to wariat, on cię za…- chciał powiedzieć Korek, ale jego słowa utonęły w uderzeniu noża, który zrobił w tym momencie pajęczynę na szybie. - On nie będzie czekał. Posłuchaj mnie Korek, gdyby mnie zaatakował, ruszaj cała wstecz. Będę z nim walczył by kupić wam trochę czasu ale wątpię, bym dał radę robić to zbyt długo. - Szefie nie…- chciał już wtrącić chłopak, ale Dziki krzyknął tylko - Korek bez dyskusji!

Łapiąc głęboki oddech, otworzył drzwi i wyskoczył na zewnątrz, ledwo powstrzymując serce przed wyskoczeniem mu z klatki piersiowej. Widząc, jak Dziki wychodzi, Hiena cofnął wiszące przed szybą noże które jak sterowane wsunęły się do jego kabur. Po chwili zaś usiadł po turecku tuż przed autobusem. Mężczyzna przypominał teraz rozdymkę tuż przed napompowaniem. Miał ogromny pozbawiony ust otwór gębowy, przez który łapczywie chwytał powietrze. Noże w jego kaburach wysuwały się delikatnie, za każdym razem gdy brał oddech napinający jego skórzany czarny kombinezon. – Jesteś Dziki - powiedział Hiena, podnosząc delikatnie głowę.- Słyszałem że złapałeś schedę po Primo…

Dziki nie był wstanie wyczuć, jakie mężczyzna ma zamiary. Spróbował więc łagodnie przekonać go by dał im spokój. - Autobus do wolności to neutralna frakcja, pomagamy nowoprzybyłym i nikomu nie wadzimy... - zaczął, licząc w duchu że uniknie konfrontacji.

- NIE ŁŻYJ! - ryknął Hiena, podrywając się z miejsca.

Kilka noży wyskoczyło z jego kabur, wykonując wokół właściciela szaleńczy taniec, niczym elektrony dookoła protonu na jakimś filmie pokazowym z chemii.

Dzikiego zupełnie sparaliżowało. Hiena zbliżył się do niego tak, że ich czoła niemal stykały się ze sobą.- Autobus, to wspaniała organizacja, ALE TY! TY NIE MASZ Z TĄ WSPANIAŁOŚCIĄ NIC WSPÓLNEGO! NARAŻASZ TYLKO JEGO MIESZKAŃCÓW! NIE ZASŁUGUJESZ NA TO, BY TU BYĆ!- wywrzeszczał mu w twarz i pchnął na ziemię.

Po chwili jednak coś się zmieniło, mężczyzna spojrzał na Dzikiego, jakby widział go pierwszy raz i zaczął mówić zupełnie innym głosem.- Mówiłem Kubie, że to ja powinienem zostać strażnikiem. Nikogo z autobusu nie spotkała by krzywda, gdybym to ja nad nimi czuwał – stwierdził, z wyrzutem a jeden z wirujących dookoła noży wylądował zgrabnie w jego ręce.

- Strażnikiem, ty chciałeś być strażnikiem? – spytał Dziki podnosząc się powoli z ziemi.

- Autobus zaopiekował się mną, gdy byłem nowoprzybyłym. Kuba i Primo nauczyli mnie jak żyć i przetrwać… Póki nie umarłbym od defektu, to miejsce było by nietykalne, ale Kuba powiedział, że się nie nadaje…- wyjaśnił mężczyzna całkiem spokojnie.

- Kuba musiał mieć swoje powody - powiedział delikatnie Dziki, stając na równe nogi. Nie miał już nawet wątpliwości, mężczyzna był niespełna rozumu i nie kryła tego nawet jego zmieniona defektem twarz. Jego chaotyczne ruchy, dziwnie wygięta postura i momentalne zmiany nastroju. Był jak książkowy przykład jakiegoś zaburzenia. Do tego sposób w jaki lewitował noże, pokazywał jak dobrze zna się na błędach. Ta mieszanka czyniła go szczególnie niebezpiecznym.

- Powodem jesteś Ty zabójco delimera, ty i twoja sława, którą niezasłużenie otrzymałeś. Odór twojego strachu, łopot twojego przerażonego serca, one wręcz błagają, bym zakończył twoje cierpienie na tym świecie - zawołał Hiena, a nóż przewędrował powolnym łukiem z jednej jego ręki do drugiej.

Dziki sięgnął powoli do kieszeni, bo mężczyzna skupił się na własnej dłoni, przyglądając jej tak, jakby po raz pierwszy udało mu się w ten sposób przemieścić nóż. - Nie próbuj nawet! - wysapał zjadliwie, wyczuwając chyba że Dziki sięga po broń.

- Posłuchaj, nie chce z tobą walczyć - zaczął jeszcze raz Dziki, próbując uspokoić mężczyznę - skoro tyle zawdzięczasz autobusowi, to może pozwolisz nam przejechać…

- Autobusowi?- spytał Hiena, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, o czym rozmawiają.- Autobus... JA muszę zobaczyć Oli! – zawołał, dając krok w stronę pojazdu.

- NIE POZWOLĘ! – krzyknął Dziki, blokując mu drogę. - NIE JESTEŚ NA POZYCJI KOGOŚ, KTO MOŻE MI ROZKAZYWAĆ! – Ryknął Hiena i ruszył do przodu, jakby chciał przejść po Dzikim. Ten wykorzystując chwilę, że żaden nóż nie latał w tym momencie w powietrzu, rąbnął z całej siły w twarz mężczyzny. Hiena upadł na plecy, przez chwilę zszokowany tym atakiem. - KOREK UCIEKAJ! – krzyknął Dziki, łapiąc za pistolet ale w tym momencie jakaś tajemnicza siła powaliła go na ziemię.

Po chwili ujrzał grad noży, które pikowały prosto w niego, przerażony zamknął oczy i usłyszał serię głuchych uderzeń. Gdy ośmielił się je otworzyć, zobaczył, że wbite w ziemię ostrza otoczyły go jak asystentkę na pokazie w cyrku.Hiena stanął tuż nad nim i pochylił się by ich twarze się zrównały. – Przysięgałem, że nie skrzywdzę nikogo z autobusu, czyli ciebie też - wysapał po czym ruszył w stronę pojazdu, noże w tym czasie wyskoczyły z ziemi i poleciały tuż za właścicielem.

Dziki poderwał się za nimi, łapiąc jednocześnie pistolet w dłoń. Gdy wpadł do środka, zobaczył przerażonego Korka, który wyszeptywał - on mnie zna… przywitał się ze mną … on mnie zna…

Mijając będącego w szoku chłopaka, wbiegł na tył autobusu i zamarł. Hiena stał tuż nad Oli, ale coś się w nim zmieniło. Jego postura, ręka oparta na dłoni dziewczyny. Przez chwilę wydawał się całkiem spokojny.- Jej dotyk to najmilsze wspomnienie, jakie mam z dni, gdy jeszcze coś czułem - powiedział zupełnie niepodobnym do wcześniejszego męskim ciepłym głosem.

Hiena odwrócił się w stronę Dzikiego, zdejmując gogle, za którymi kryły się błękitne ludzkie oczy. Jedyną część ciała, której defekt nie zdążył w nim jeszcze zmienić. - Wiem już, dlaczego Kuba cię wybrał, chcąc chronić Oli, bez wahania zaatakowałeś takiego potwora jak ja - powiedział, opuszczając głowę. - Nie spotkaliśmy się dziś przypadkowo, przyszedłem do ciebie z ostrzeżeniem... Musisz opuścić autobus.

- Dlaczego? – spytał Dziki, który już po raz drugi, dostał to niespodziewane przestrogę.

- Bo popełniłeś kiedyś błąd, który już zawsze będzie cię ścigał, sprawiłeś, że ktoś chce na tobie zemsty – odpowiedział Hiena.

- Modrzew…- wyszeptał Dziki.

Chory na defekt mężczyzna, głaszcząc nieprzytomną Oli po głowie, spojrzał prosto na Dzikiego. - Widziałem człowieka, który przyszedł z zarzecza, którego żądza zemsty jest tak wielka, że złamie on wolę swego Pana byle by cię dopaść… Nie ważne kto będzie tego dnia przy tobie winny, niewinny, współwinny… Jeżeli nie odejdziesz z autobusu, pociągniesz ich wszystkich do grobu...- powiedział tajemniczo. - Jakim cudem Modrzew dotarł na zarzecze. Przecież żaden weteran oprócz Pierwszego i Smutnego jeszcze tam nie był... - To naiwne myśleć, że nikomu więcej się to nie udało. Ten świat jest starszy niż myślisz, a ci którzyudają że coś o nim wiedzą, są zadufanymi w sobie głupcami. Ludzie z zarzecza nie chcą, by ktoś o nich wiedział, zanim nie będą gotowi…

- Gotowi na co? - dopytał. - By przejąć Krańcowo - stwierdził dobitnie Hiena, zabierając w końcu rękę z głowy Oli i ruszając w stronę wyjścia. Nim jednak opuścił pojazd, zatrzymał się na chwilę, mijając przerażonego Korka i jeszcze raz zwrócił się do Dzikiego.- Najprościej było by cię zabić, wtedy nikt nie miałby powodu, by mścić się za ciebie na autobusie. Chroni cię jednak przysięga, którą złożyłem, odwołuje się więc do tego, co w tobie moralne, odejdź stąd… Hiena wyskoczył na zewnątrz i ruszył biegiem w stronę ogrodzenia. Następnie przeskoczył je, lądując zgrabnie po drugiej stronie. Potem lawirując między budynkami, zniknął gdzieś w świetle błysku.

Dziki odetchnął z ulgą, rzucając się na siedzenie. Korek którego paraliż opuścił chwilę po tym, doskoczył do niego niemal natychmiast.- Szefie o co chodziło, jak to odejść? I dlaczego on zachowywał się, jakby nas znał… jakby znał Oli… Dlaczego nas nie zaatakował? Dziki zwrócił się w stronę chłopaka.- Wygląda na to, że Hiena gościł kiedyś w autobusie...- zaczął tłumaczyć, ale chłopak przerwał mu w pół zdania.- Ale ja go nie pamiętam...

- Raczej wątpię, że wyglądał wtedy tak jak teraz, no i na pewno zmienił sobie ksywkę - odpowiedział zirytowany. Kolejne pytanie Korka zostało powstrzymane przez nagłą ciemność, jaka ogarnęła autobus. Dziki ściągnął gogle a przerażony chłopak, wyjrzał na zewnątrz. Niebo nad nimi przybrało brązowo-czerwony kolor, a powietrze zrobiło się naelektryzowane jak przed burzą. Zmienił się też otaczający ich dźwięk, który z ciągłego gwizdu przeobraził się w coś, co przypominało złowieszczy pomruk.

- To normalne szefie? - spytał Korek, nie mogąc oderwać oczu od czerwonego nieba. - To wygaszenie, błysk zbliża się do końca - odpowiedział Dziki, zajmując miejsce kierowcy. - Kładź się lepiej, jak już zagrzmi finał, możesz nie wytrzymać…- dodał. Widać było, że Korek nie miał ochoty posłuchać, ale już po chwili nadeszły kolejne symptomy wygaszenia. Powietrze zrobiło się ciężkie i suche, tak że każdy oddech łapało się z wielkim wysiłkiem. Zawroty głowy nasiliły się i przypominały teraz silny atak choroby lokomocyjnej, a zawartość żołądka z ledwością trzymała się swojego miejsca.

Dla Korka było to już za dużo. Legł na siedzeniu, próbując zasnąć, nim jednak na dobre poddał się, spytał jeszcze.- Nie opuścisz nas prawda szefie?

Dziki, który miał teraz mętlik w głowie, odpowiedział jedynie.- Śpij Korek. Gdy chłopak w końcu zamilkł, Dziki sięgnął po kolejną porcję leków, które miały mu pozwolić dotrwać do momentu, aż Janek będzie się nadawał do przejęcia kierownicy. - Czy powinienem odejść - pomyślał, gdy tylko mógł skupić się na czymś więcej niż walce z mdłościami. Wiedział że nie będzie mu dane podróżować z autobusem wiecznie, z drugiej strony nigdy nie spodziewał się, że chwila ich rozstania może nadejść tak szybko. Hiena jednak poruszył sprawę, która wielokrotnie nie dawała mu spokojnie zasnąć, Michała Modrzewa. Chłopaka, którego razem ze swoim przyjacielem Mike’m sprzedał Siwemu w zamian za broń. Był to jeden z jego najgorszych epizodów w Nowym Świecie, który po wielokroć budził w nim wyrzuty sumienia i rozterki. Choć wiele osób zapewniło go, że Michał nie był święty i zasłużył na to, co go spotkało, Dziki nie potrafił pogodzić się z tym. Jeszcze, gdy był członkiem Wspólnoty, dowiedział się, że Modrzew uciekł z niewoli Siwego, nie wiedział jednak, co mogło się z nim stać. Historia, którą opowiedział Hiena, o ucieczce na zarzecze była by nieprawdopodobna, gdyby nie to, że to już drugi raz, ktoś ostrzegł Dzikiego. Pytanie "Co powinienem zrobić” kołatało się w jego głowie. Nie chciał opuszczać autobusu, zżył się już z jego mieszkańcami, narażał się dla nich, byli jak jego rodzina. Czy właśnie więc dlatego nie powinien odejść? W międzyczasie za oknem było już niemal całkiem ciemno. Dziki musiał włączyć światła w autobusie, by w ogóle widzieć drogę. Czerwona poświata otaczała wszystko jak w filmach o marsie, które kiedyś oglądał. Niekończące się buczenie nabierało na sile, dając jasny sygnał, że błysk zaraz się skończy. Zatrzymał na chwilę autobus i ścisnął sobie głowę, nadeszło bowiem wygaszenie. Niewyobrażalny trwający około dwóch sekund grzmot rozszedł się na całą okolicę. Dziki poczuł rozrywający ból głowy, a ciśnienie o mało nie wysadziło mu gałek ocznych z oczodołów. Gdy po chwili uniósł powieki, dostrzegł przez łzy otaczającą go, zwyczajną Krańcowską szarość.


465 wyświetlenia18 komentarz