Krańcowo II - Rozdział XIII (uzupełnienie) Śladami Olbrzyma

Aktualizacja: cze 6


Maciejewski biegł ze wszystkich sił, był już zmęczony i dawno stracił orientację. Wyrastające przed nim budynki zupełnie nic mu nie przypominały. W Starym Świecie nigdy nie zapuszczał się w te rejony miasta. Nie wiedział, gdzie jest centrum. Nie wiedział, gdzie jest Strefa Głodu. Czuł jedynie, że weterani są o krok za nim.

Przebiegając przez kolejną aleję napatoczył się na Potłuka. Nim niewykształcony zdążył wyczuć jego obecność, Olbrzym poderwał go do góry i nadział na sąsiedni płot. Przeszyta prętami istota, rzucała się nie mogąc uwolnić, a po chwili zesztywniała martwa.

Wycierając ręce Maciejewski zatrzymał się przerażony, tuż przed jego nosem kończyło się osiedle i stała tabliczka z przekreśloną nazwą Krańcowo. - Granica miasta… - wysapał, rozglądając się za inną drogą ucieczki.

Spoglądając w tył, dostrzegł ulicę, która naznaczona była plamami jego krwi. Rany, jakie zadał mu Wilk, nie były głębokie, za to bardzo liczne. Drogę, którą uciekał, oznaczył tak mocno, że weterani bez trudu by go odnaleźli, nawet jeśli ukryłby się w jakimś budynku.

Zrezygnowany Olbrzym przysiadł na chodniku, sięgając po zgniecionego papierosa ze swoich spodni. - Kurwa, nawet to...- westchnął, wyrzucając połamaną fajkę.

- Wiesz już, że nie uciekniesz? - wyszeptał kobiecy głos w jego głowie.

Maciejewski poderwał się, łapiąc rękoma za uszy i potrząsając swoją wielką czupryną, krzyknął - WYNOŚ SIĘ!

- Jesteś mój braciszku, naznaczyłam cię! Jestem jak Delimer, gdziekolwiek się nie schowasz, ja zawsze pójdę za tobą…- zaśmiała się Szara.

- POKAŻ SIĘ TYLKO SUKO! ROZERWĘ CIĘ GOŁYMI RĘKAMI! URWĘ CI ŁEB JAK TEMU TWOJEMU PRZYDUPASOWI!- wrzasnął Olbrzym w głąb ulicy.

- Przeceniasz się braciszku, Wilk przeżył… Zrobiłeś mu ogromną krzywdę… ale żyje... - wyszeptała Szara.

Olbrzym zrobił skonsternowaną minę, po czym zrezygnowany ponownie usiadł na chodniku. - Nawet jeśli, to z połamanym kręgosłupem możesz mu od razu wsadzić pistolet w mordę… No chyba, że podnieca cię przebieranie starego chłopa…- zakpił.

Grzebiąc po ubraniu spróbował odnaleźć kolejnego papierosa. Nie miał już jednak nawet jednego. W tym momencie głos Szarej ponownie odezwał się w jego głowie. - Znajdę sposób, żeby mu pomóc. Błędy, których tak nie doceniasz, dają niesamowite możliwości. Wierzę, że znajdę też odpowiedni dla niego…

Olbrzym poderwał się do góry i wykrzyczał w niebo, jakby siostra latała tuż nad jego głową. - Nie potrzebuję ich! Jestem lepszy od was wszystkich! Nie potrzebuję… A TY NAWET NIE WIESZ KIM ON JEST! DANIEL MI POWIEDZIAŁ! ZWYKŁY BANDZIOR, KTÓRY ZGRYWA BOHATERA! ZASŁUŻYŁ NA TO, CO GO SPOTKAŁO!

Przez chwilę zapanowała cisza. Olbrzym rozejrzał się, zastanawiając czy przypadkiem jego głowa nie znalazła się już na celowniku siostry.

- Mylisz się - ponownie wyszeptała Szara w jego głowie.- Wilk powiedział mi kim był...ale się zmienił. Jest teraz dużo lepszym człowiekiem - wyjaśniła spokojnie. - Szkoda, że ty nie potrafiłeś...

Olbrzym słysząc to, popatrzył z niedowierzaniem na swoje ręce. - Ja? Ja miałem się zmienić? - spytał. - W imię czego? Całe życie byłem w naszej rodzinie jak piąte koło u wozu. Czegokolwiek nie osiągnąłem, jakiejkolwiek nagrody bokserskiej nie przyniosłem... Nic nie miało znaczenia... Ale wystarczyło że TY wymiąkałaś jakąś literę i starzy się mało ze szczęścia nie posrali! Zawsze słyszałem tylko: ''Sylwia to, Sylwia tamto, a z tobą Robert to tylko same kłopoty. Dlaczego nie możesz być jak siostra? Ona tak cierpi a jak sobie radzi”. Tylko, że jak kurwa nie dałem jakiemuś leszczowi w mordę, tak że groziło mi wywalenie z budy, to ani ojciec ani matka nawet nie zauważali, że istnieję. Daniel jest inny! Od razu mnie wybrał! I to nie dlatego, że jestem ''wielki”, w banderze jest cała masa osiłków… On zobaczył mój ból… to jak mnie nie doceniano… I on mnie docenił!

- Ja też cię doceniałam... Tylko nie mogłam ci tego powiedzieć, ile razy bym przed tobą nie stawała zawsze odwracałeś wzrok. Nim straciłam całkiem słuch, tak bardzo starałam się nauczyć chociaż kilku słów... by móc ci w końcu powiedzieć...

Guatuie bławisku – wymarotała Szara, siadając na chodniku obok stojącego Olbrzyma.

- Więc jesteś! - westchnął Maciejewski, dosiadając się. - Gdzie wety?

- Wyprzedziłam ich, zabiliby cię od razu…- zadźwięczał głos Szarej, choć jej usta nie poruszały się.

- A ty? Nie po to tu przyszłaś?- spytał natychmiast Olbrzym.

Szara popatrzyła przez chwilę na mężczyznę i odetchnęła ciężko. - Na początku, gdy myślałam, że Wilk nie żyje… Potem chciałam cię oddać weteranom. A teraz sama nie wiem. Od momentu gdy podczepiłam się do ciebie, słyszę nie tylko to co mówisz, słyszę też twoje myśli. I choć krzyczałeś, że rozerwiesz mnie na strzępy, w środku tak bardzo żałowałeś, że walczymy przeciw sobie...

- Wbiłem twoją głowę w autobus, zabiłbym cię bez wahania...- odparł natychmiast Olbrzym.

- Kłamiesz, zresztą ja pierwsza strzeliłam do ciebie... Byłeś w furii, nie myślałeś. A przez to co myślisz i czujesz, puszczę cię wolno... - stwierdziła Szara.

- Wiesz, że wrócę do Daniela? Będę zabijał weteranów dalej...

Do oczu Szarej nabiegły łzy. - Niestety, teraz nie kłamiesz, wierzysz w Daniela. Wierzysz w ''jego'' Nowy Świat. Szkoda, że nie spotkaliśmy się, zanim on cię pokierował...

- ...Może – przerwał jej Olbrzym. - A może to ty kiedyś zrozumiesz, że to Wilk i cała reszta tej bandy się myli. Mam nadzieję, że Daniel pozwoli mi cię oszczędzić…

Szara nie odpowiedziała, sięgnęła do swojej kurtki i wyciągnęła z niej bandaże. - Opatrz się, po śladach krwi znajdą cię bez trudu. Ja ich w tym czasie odciągnę.

Olbrzym chwycił natychmiast za opatrunki i zaczął obwiązywać swoje ręce. - Zostaniesz w mojej głowie? - spytał niepewnie.

- Już nie na długo, po tym co zrobiłeś Wilkowi, prawie eksplodowałam od woli. Nie zdarzyło mi się do tej pory siedzieć u nikogo w umyśle tak długo... ale powoli się wypalam.

- Rozumiem - stwierdził Olbrzym, kończąc opatrywać swoje rany.

Gdy w końcu się podniósł, popatrzył jeszcze chwilę na Szarą. Swoimi ogromnymi dłońmi wykonał migowy gest – żegnaj.

- Do widzenia, braciszku - odpowiedziała Szara, a Maciejewski przeskoczył przez ogrodzenie.

***

Kilka godzin po bitwie przy cegielni Olbrzym ciągle był w potrzasku. Grupy weteranów przeczesywały okolicę, zaglądając praktycznie pod każdy kamień. Nie było się zresztą czemu dziwić, Maciejewski był bowiem w tym momencie, może poza Danielem, najbardziej znienawidzoną osobą w całym Krańcowie.

Przedzierając się tuż przy granicy miasta, mężczyzna dotarł w końcu do Wiślinki. Przemieniona w kwas rzeka bulgotała złowieszczo, roznosząc dookoła zapach starych akumulatorów.

Maciejewski, mocno już zmęczony, przyklęknął chwilę przy brzegu. Czując wylewający się spod piersi pot, rozpiął kamizelkę kuloodporną i wyciągnął opakowanie po papierosach z wewnętrznej kieszeni. - Żałosne…- pomyślał, widząc w jakim położeniu się znalazł.

On, postrach Krańcowa, na którego widok większość weteranów rzucała się do panicznej ucieczki… Ścigany, jak jakiś królik przez wściekłe harty.

Ciskając zgniecioną paczką w rzekę, odetchnął ciężko. Wiedział, że nie może tu długo zostać, był już jednak potwornie zmęczony.

Jego ponaddwumetrowe ciało i waga małego niedźwiedzia świetnie sprawdzały się w bezpośredniej walce i niesamowicie przeszkadzały w ucieczce.

Olbrzym oparł głowę o ręce, łapiąc pośpiesznie oddech, gdy nagle tuż za sobą usłyszał szelest w krzakach. Odwracając się gwałtownie, zobaczył postać ubraną w zielony strój.

Był już przekonany, że jakiś weteran zdołał go dogonić, szybko jednak dostrzegł u przybysza ślady licznych okaleczeń.

Maciejewski, mimo że nie zwykł bać się niczego, wstał cofając się o krok. Nigdy wcześniej nie widział takiego potwora. Każdy niewykształcony kręcący się poza miejscem zamieszkania mógł być specjalistą, a ci często kryli w sobie jakieś mordercze niespodzianki. Niższa o głowę istota ubrana była w wędkarski strój, a fakt że przebywała w pobliżu rzeki, jeszcze bardziej potwierdzał możliwość specjalizacji.

Obserwując jak milczący niewykształcony zbliża się coraz bardziej, Olbrzym zaryzykował. Wyskakując do przodu wymierzył potężny lewy prosty, który bez trudu powaliłby byka.

Gdy tylko pięść Maciejewskiego uderzyła w twarz potwora, ten padł na ziemię. W tym samym jednak momencie z ręki Olbrzyma bryznęła krew. Cała zewnętrzna strona dłoni pokryła się licznymi cienkimi nacięciami.

- Co do kurwy!- ryknął Maciejewski, a potwór powoli podniósł się pomimo ogromnej siły ciosu.

Olbrzym nie zaryzykował po raz drugi uderzenia go w twarz, kolejny cios tym razem z prawej wyprowadził prosto w brzuch niewykształconego.

Istota ponownie runęła tocząc się po ziemi, a dłoń Maciejewskiego eksplodowała fontanną krwi.

W tym momencie Olbrzym dostał ataku furii. Z rykiem podbiegł do niewykształconego i poderwał go z ziemi. Ignorując fakt, że jego dłonie zamieniały się w jedną wielką masakrę, Maciejewski cisnął niewykształconym prosto w odmęty Wiślinki.

Niewykształcony zniknął przez chwilę pod powierzchnią, po czym poderwał się gwałtownie na wpół zeżarty przez kwas. Nie mogąc jednak utrzymać się na powierzchni, zapadł się ponownie, zostawiając po sobie bulgoczącą i syczącą wściekle plamę.

Z Olbrzyma powoli schodziła wściekłość, a ból rąk okazał się tak silny, że musiał jeszcze raz usiąść.

- Ja pierdole…- wysyczał, oglądając swoje pocięte jak po ataku nożownika dłonie.

W tym samym momencie po drugiej stronie rzeki pojawiła się postać. Maciejewski był w takim szoku, że przez chwilę zapomniał nawet o bólu.

Tajemniczy przybysz zbliżył się do brzegu rzeki i po chwili zrobił coś od czego Olbrzymowi prawie wyskoczyły oczy z czaszki. Wszedł prosto do kwasu.

- Co on kurwa, chce się zabić?- Spytał sam siebie, obserwując jak postać kroczy z nurtem niczym po zwykłej rzece.

W normalnych warunkach, widok kogoś kto po prostu idzie przez kwas, byłby dobrym powodem do natychmiastowej ucieczki. W tym momencie jednak Maciejewskiego zupełnie zamurowało, był to drugi raz kiedy dostrzegł kogoś po tamtej stronie. I tym razem nie było szans na uniknięcie spotkania.

Dopiero gdy mężczyzna był już prawie przy brzegu, Olbrzym otrząsnął się. Sięgając do pasa, wyciągnął pistolet, ale pocięta dłoń zaciśnięta na rękojeści zabolała tak mocno, że momentalnie wypuścił go z ręki.

- Spokojnie, Olbrzymie…- zawołał przybysz, wychodząc na brzeg.

Maciejewski znał ten głos. Spoglądając w twarz mężczyzny dopiero po chwili go rozpoznał. Pamiętał go z czasów istnienia Bajkolandi, kiedy na polecenie Daniela przychodził tam handlować jedzeniem.- Modrzew - wydyszał, próbując zacisnąć pięści.

Człowiek, który przybył z drugiej strony, był jednym z najemników pracujących niegdyś dla Siwego. Zniknął jednak dużo wcześniej niż Faktoria przeniosła się do Wspólnoty i zaczęła działać Ręka Olbrzyma. Maciejewski nie był więc pewien, jakie mężczyzna będzie miał wobec niego zamiary.

W tym samym momencie z zupełnie drugiej strony zaczęły dobiegać jakieś głosy.

- Tutaj, świeżo wydeptane! Musiał tędy biec!

Maciejewski poczuł coś czego nie czuł już od bardzo dawna, czysty strach. Był przeraźliwie zmęczony. Nawet gdyby zaczął teraz uciekać, to przecież krew lejąca się z jego dłoni zostawi kolejną ścieżkę, po której bez trudu go znajdą. Walka też nie wchodziła w rachubę, nie był wstanie utrzymać pistoletu.

W tym samym momencie dwóch weteranów wybiegło z pobliskich krzaków, od razu biorąc Olbrzyma za cel.

- Mamy cię skurwielu, teraz zawiśniesz jak ci, których wcześniej dopadłeś - wykrzyczał pierwszy z przybyłych.

- A ten to kto?- ryknął drugi, celując w stronę Modrzewa.

- Pewnie jakiś kundel armii, nikt normalny by z nim nie stał! Zabieramy go, zawisną obok siebie - stwierdził pierwszy i zbliżając się do Maciejewskiego wykrzyczał – Wstawaj! A ty oddawaj broń!

Modrzew spojrzał z politowaniem na przybyłych weteranów, po czym wyskoczył w stronę bliższego.

Mężczyzna odruchowo nacisnął spust, ale ciało Modrzewa rozpłynęło się, jakby było zrobione z pary. Kule po prostu przeleciały przez niego, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Po chwili zaś, już całkiem scalony, runął na swój cel.

Po krótkiej szamotaninie Modrzew ugodził weterana nożem. Jego towarzysz widząc to, spuścił z celu Maciejewskiego. Olbrzym wykorzystał to natychmiast i ignorując rany na rękach, bez trudu pchnął go w stronę rzeki.

Weteran zanurkował jak wcześniej niewykształcony. Przez chwilę rzucał się z krzykiem, dopóki kwas całkiem go nie pochłonął.

Modrzew wytarł zakrwawiony nóż i spojrzał na Maciejewskiego, który stanął gotów do walki.

- Pozdrów Daniela… - stwierdził odchodząc, pozostawiając Olbrzyma z milionem pytań.

181 wyświetlenia2 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie