Krańcowo II - Rozdział XIII - Pojedynek

Aktualizacja: cze 6


Stojący przy starym garażu wywrotek, członek prawdziwej Ręki Olbrzyma, zesztywniał słysząc zbliżające się kroki. Po chwili paraliżującego strachu, wywołanego tym niespodziewanym dźwiękiem, oparł karabin na barku, przygotowując się do strzału. Nim jednak w zasięg jego celownika weszła jakakolwiek postać, usłyszał wołanie – opuść broń Połeć, to ja!

- A to mi daje jakiś powód, żeby tę broń opuścić?! - odwarknął strażnik.

Zza pobliskiej ściany wyłonił się kolejny żołnierz z oddziału Olbrzyma, wznosząc ręce do góry.

- Przestań się wkurwiać i posłuchaj mnie – zawołał przybysz. - Doszliśmy z chłopakami do wniosku, że to jednak było nieuczciwe, że jedna osoba dostaje taką szansę… Powinniśmy wszyscy... - zaczął tłumaczyć, ale stojący na warcie przerwał mu momentalnie. - JAKIE KURWA NIEUCZCIWE! Jak ustaliliśmy, że kto wygra losowanie ten pilnuje zakładników, to wszyscy przyklasnęli. A jak się okazało, że to JA wygrałem to już piszczycie, że nieuczciwe! Wypieprzaj stąd! I przy okazji powiedz tym fiutom z oddziału, że zastrzelę następnego, który tu przylezie. W dupie mam co będzie o tym myślał Maciejewski!

Mężczyzna stał jeszcze przez chwilę. Gdy jednak wartownik naprężył się przyciskając szczerbinę do oka, uznał chyba, że nic nie wskóra. Wycofał się więc powoli, wciąż nie opuszczając rąk.

- Ja wygrałem. Ja pilnuję…- mruknął do siebie wartownik, odkładając broń.

Gdy upewnił się, że został już sam, sięgnął natychmiast do kieszeni po małą piersiówkę. – Za niebywałe szczęście! – wzniósł toast, łapiąc spory łyk wódki.

W tym samym momencie usłyszał kolejne zbliżające się kroki. – CO JA DO KURWY NĘDZY MÓWIŁEM?! – wrzasnął natychmiast, ponownie podnosząc broń.

Na drodze przy której stał, nikt jednak się nie pojawił. Odgłosy kroków rozbijały się echem po ścianach okolicznych ruin, tak że trudno było zlokalizować ich źródło. – Co się do cholery dzieje? – wysapał żołnierz, obracając się nerwowo z karabinem gotowym do strzału.

Odgłosy nabierały mocy, jakby ze wszystkich stron nadbiegały tabuny ludzi. – PRZESTAŃCIE, TO NIE JEST ŚMIESZNE! BĘDĘ STRZELAŁ! - krzyczał, mając w duchu nadzieję, że to jego kompani robią sobie żarty.

Nagle odgłosy zupełnie ucichły. – Co do…- wydyszał strażnik.

W tym momencie z jego krótkofalówki wydobył się piskliwy przenikliwy dźwięk. – Kurwa mać! – krzyknął, zasłaniając odruchowo uszy. Po kilku sekundach oprzytomniał i wyłączył radio przy pasku. Na placu znowu zrobiło się cicho.

Zaaferowany tymi wydarzeniami nie zauważył, jak tuż za jego plecami pojawiła się czarna sylwetka.

Pierwszy wyprostował się za strażnikiem. Odgłos ciężkiego oddechu przedostał się przez filtry w jego masce. Wartownik wyczuł momentalnie, że ktoś za nim stoi. Nim jednak zdążył zareagować, przybyły dopiero mężczyzna chwycił go od tyłu, dusząc przedramieniem.

Wartownik spróbował się wyrwać, ale Pierwszy pociągnął go mocniej na siebie. Po chwili szamotaniny, żołnierz Ręki Olbrzyma osunął się na ziemię.

Pierwszy nie czekając wyciągnął magazynki z kamizelki nieprzytomnego i zabrał jego karabin.

Odchodząc od leżącego strażnika, zbliżył się do garażu, przy którym pełnił on wartę. Gdy tylko podszedł do drzwi, usłyszał przyciszone rozmowy gromady ludzi. Na jego szczęście wrota zabezpieczone były tylko łańcuchem i prętem. Bez trudu wyciągnął kawałek stali służący za klin, a trzeszczący łańcuch zsunął się mu pod nogi. W tym samym momencie rozmowy we wnętrzu garażu umilkły.

***

Dziki spojrzał przerażony w stronę otwierających się drzwi. Snop światła wlał się do ciemnego pomieszczenia. Jego serce zadrżało. Czy było już po wszystkim? Weterani przegrali? Jeżeli tak, to jaki los ich teraz czeka? A może jednak miało dojść do wymiany i ktoś z Ręki Olbrzyma przyszedł po nich.

Wszyscy mieszkańcy ścisnęli się bliżej siebie. Dziki wyszedł na przód grupy, czekając na nieuniknione.

Niespodziewanie jednak zamiast kogoś z Ręki Olbrzyma, albo chociaż weteranów, dostrzegł postać Pierwszego. - Ty…Tutaj? - wydukał Dziki, spoglądając zszokowany na mężczyznę.

Oli która stała tuż za nim, wyjrzała przez jego ramię i po chwili ze świstem nabrała powietrze. - Boże, Dziki. To Pierwszy, prawda? To jest Pierwszy?! - zawołała dziewczyna.

Mieszkańcy autobusu wlepili z niedowierzaniem wzrok w przybysza, zbliżając się niepewnie.

- Chciałem się upewnić, że nic ci nie będzie - westchnął mężczyzna.- Strażnik, który was pilnował, długo się nie podniesie. Jak wyjdziecie stąd, to po lewej stronie są pozostałości po przenośniku taśmowym. Idąc wzdłuż niego, dojdziecie do glinianek, z których możecie uciec na Korczyn. Droga jest bezpieczna, sprawdziłem… Gdyby coś jednak poszło nie tak, trzymaj - powiedział Pierwszy, rzucając Dzikiemu karabin wartownika.

Słysząc to Oli podbiegła do mężczyzny, chcąc najpewniej uściskać go z wdzięczności. Pierwszy jednak odskoczył na bok, spoglądając na dziewczynę przez szkła w masce. – Co ty robisz?

- Chciałam...tylko podziękować…- odpowiedziała, wyraźnie zawstydzona.

To był chyba pierwszy przypadek, gdy ktoś dał tak ciężki odpór jej czułości.

Dziki odciągnął ją na bok, stając przed Pierwszym. - Daj mu spokój Oli, on ma swoje spojrzenie na świat, którego nie da się zmienić – powiedział, spoglądając na wybawiciela. – Nigdy nie zdołam ci się odpłacić, za to co dla mnie zrobiłeś – dodał.

- Niczego nie potrzebuję – odparł natychmiast Pierwszy.

- Wiem, wiem…- westchnął Dziki. – Cholera, tak trudno z tobą rozmawiać w tej kwestii.

Pierwszy przyglądał się jeszcze przez chwilę zgromadzonym, zatrzymując po raz ostatni wzrok na Oli, która wyglądała teraz na przestraszoną. – Nie traćcie czasu, nie wiem co teraz dzieje się na placu. Ktoś jednak w końcu zauważy, że was nie ma. Dodatkowo są tu Szachraj i Cichy, obaj dobrze posługują się błędami. Lepiej żebyście się na nich nie natknęli. Powodzenia Dziki, nie marnuj szansy, którą ci dałem…

Mówiąc to, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia.

Dziki jednak zatrzymał go, łapiąc za bark. – Przepraszam… Wiem, że nie mam prawa prosić cię o nic więcej, ale…

Mężczyzna przerwał mu jednak natychmiast. - Droga jest bezpieczna, masz broń, poradzisz sobie z pojedynczym niewykształconym…- powiedział Pierwszy, odwracając się ponownie.

Dziki pokręcił jednak głową. – Nie o to chodzi, posłuchaj! Na weteranów i wszystkich którzy przyjdą na plac zastawiona jest pułapka! Najpierw puszczą na nich hordę niewykształconych, a gdy zwiążą się walką, Ręka Olbrzyma przyjdzie i wystrzela wszystkich jak kaczki. Musimy ich ostrzec! – zawołał, chwytając Pierwszego za kamizelkę kuloodporną.

Mężczyzna strścił jednak jego ręce, mówiąc – to nie moja sprawa…

Dziki jednak nie zrezygnował, ponownie chwycił swojego wybawcę, błagając. - Ja wiem, że nie obchodzi cię los weteranów. Ja wiem, że tobie nikt nie pomógł! Ja wiem, że może tam być Dix, która chce twojej śmierci. Są tam jednak moi przyjaciele, dobrzy ludzie, którzy przyszli z tego samego powodu, co ty! Błagam, pomóż mi!

Pierwszy spoglądał na Dzikiego. Choć ten nie widział jego twarzy, czuł że w mężczyźnie wzbiera złość. – Jakie to wszystko typowe… Uratowałem ci życie raz! Potem przyszedłem uratować drugi! A teraz ratuje trzeci! A ty ciągle chcesz więcej… I co teraz? Kim dla ciebie będę jeśli ci nie pomogę? Czy dalej będziesz próbował nazywać mnie swoim kompanem? Zasady ze starego świata się nie zmieniły! Pomóż komuś milion razy i będzie wszystko dobrze, ale odmów pomocy raz i to wszystko natychmiast pójdzie w zapomnienie…

- Nieprawda! – zawołał Dziki, wchodząc mężczyźnie w słowo. – Dla mnie nie pójdzie, nieważne czy teraz mi pomożesz czy nie! Już zawsze będziesz dla mnie jak przyjaciel. Choć nie zamieniliśmy zbyt wielu słów, choć podróżowaliśmy ze sobą krótko, jesteś dla mnie ważniejszy niż wielu innych ludzi których poznałem!

Pierwszy wyrwał się Dzikiemu, cofając o krok. Ten jednak zbliżył się do niego, nie przerywając. – Nie wiedziałem tego od początku, bo ukrywasz to naprawdę dobrze. Za tą maską, za sztucznym chłodem, za udawaną ignorancją, jesteś dobrym, wrażliwym człowiekiem…

- NIE MASZ POJĘCIA KIM JESTEM! - krzyknął Pierwszy i zaciskając pięść, rąbnął Dzikiego w brzuch.

Ten padł na kolana. Oli doskoczyła do niego, chwytając za ramię, ale odsunął ją, mówiąc dalej. – To TY NIE WIESZ! Albo się tego wypierasz! Boisz się, że ludzie dowiedzą się prawdy… Prawdy, że uciekłeś ze Strefy Głodu, bo nie potrafiłeś znieść tego co się tam dzieje! Mimo, że Daniel tak pięknie ubiera to w słowa….Prawdy, że pomogłeś mi, bo potrafiłeś wczuć się w moją sytuację, gdy ścigał mnie Delimer! Prawdy, że nie jesteś potworem i dzikusem jakiego udajesz!

Dziki podniósł się wsparty przez Oli, kontynuując – Co do jednego masz rację, to ja nie zachowałem się jak przyjaciel. Tylko jak dupek i egoista, bo po raz kolejny chciałem zaryzykować twoim życiem, przez powinność którą sam czuję. Nie potrafię jednak zostawić weteranów na placu, ale nie mam też prawa wymagać tego od ciebie. Jeśli tylko mógłbym cię o coś prosić…. Odprowadź ludzi z autobusu na Korczyn, sam mówiłeś, że droga jest bezpieczna. Ja muszę iść...

Strażnik autobusu ruszył, wyrywając się z rąk Oli. Mijając Pierwszego, przekroczył bramę i miał już podążyć drogą, gdy mężczyzna zawołał za nim. - Nie dasz rady ich ostrzec… Plac w tym momencie to jeden wielki chaos. Większość fałszywej Ręki już dawno uciekła, a Weterani i ludzie z Defektu są rozdzieleni w walce z niewykształconymi. Nie dadzą rady się wycofać. Jedyny sposób w jaki można im pomóc to zatrzymać ''prawdziwą'' Rękę Olbrzyma tutaj…

Słysząc to, Oli dobiegła do Dzikiego, łapiąc go za kurtkę. – Nie możesz tam iść! Ich jest cała banda uzbrojona po zęby… - zawołała ze łzami w oczach.

- Oli, wiesz, że muszę - odparł.- Idźcie razem z Pierwszym. Gdy już będziecie na Korczynie, znajdźcie barak z zielonymi drzwiami. Poczekajcie na mnie w drugim mieszkaniu po lewej stronie. Jak już tam będziecie, to pod łóżkiem w pokoju Dix schowała kiedyś karabin. Użyjcie go w razie potrzeby.

- A jeśli nie wrócisz? Jeśli coś ci się stanie? – zawołała dziewczyna, ciągle trzymając go w miejscu.

- Wróci…- wtrącił Pierwszy. – Pójdę z nim…

Oli popatrzyła niepewnie na mężczyznę, po czym ponownie spróbowała się w niego wtulić. Pierwszy jednak zatrzymał ją ręką, drugą podając pistolet. – Lepiej weź to.

Dziewczyna zatrzymała się, kłaniając lekko, a Pierwszy wyszedł na zewnątrz.

- Uważajcie na Klucza, będę się śpieszył! – powiedział Dziki.

Oli doskoczyła do niego, na pożegnanie całując w policzek. – Uważaj na siebie!

Gdy busiarze uciekali wzdłuż suwnicy, Dziki razem z Pierwszym ruszyli w stronę ruin budynku administracji. Przekradając się przez gruzy i wyschnięte krzaki, już z oddali usłyszeli podniesione głosy.

Z dziur, jakie zostały po oknach, jakiś wyjątkowo wściekły mężczyzna krzyczał -…powinien iść tam z nami! Busiarze się przecież nie rozpłyną! Jak to wszystko się skończy to mówię wam! Zabłąkana kula trafi go w plecy!

Pierwszy wskazał w tym czasie na wejście do budynku. Tuż przy wyłamanych drzwiach stała ogromna wojskowa skrzynia, w której równym rzędem ułożone były koktajle mołotowa. Dziki od razu pomyślał, że za ich pomocą Ręka Olbrzyma chciała zablokować wyjście z placu. Na schodach, obok zapasów, siedział żołnierz Daniela, leniwie obserwując okolicę.

Pierwszy dał Dzikiemu znak żeby zaczekał, a sam ruszył do przodu.

Strażnik autobusu widząc to, zamarł zszokowany. Nawet ''skradając'' się nie było szans by wartownik nie zobaczył zbliżającego się mężczyzny.

W tym momencie jednak, wydarzył się jeden z fenomenów, których Dziki nie był w stanie zrozumieć. Żołnierz Daniela poderwał się, jakby dostrzegł Pierwszego. Zamiast jednak wycelować w jego stronę, albo chociaż zbliżyć się, wybiegł na środek drogi i zaczął rozglądać się po najbliższych budynkach. Po jakiejś sekundzie chwycił za radio, chcąc chyba wezwać pomoc, ale z głośnika wydobył się tak piskliwy dźwięk, że nawet stojący w oddali Dziki zasłonił uszy.

Żołnierz Daniela upuścił krótkofalówkę na ziemię, a tuż za jego plecami wyprostował się Pierwszy. Momentalnie chwycił on mężczyznę od tyłu i dusząc przez chwilę, pozbawił przytomności.

Dziki nie miał wątpliwości, że był właśnie świadkiem działania jakiegoś błędu. Przypominało mu to trochę ''wygłuszanie'' Szarej. Z tym wyjątkiem, że członek Ręki Olbrzyma nie tylko nie słyszał, ale również nie widział Pierwszego.

Gdy wartownik był już obezwładniony, Pierwszy zbliżył się do skrzyni z koktajlami. Z oddali dał znak Dzikiemu, by przygotował broń, a sam chwycił za zapalniczkę. Przypalając wystającą z butelki szmatę, zbliżył się do ściany budynku i cisnął koktajlem w okno, z którego dobiegały rozmowy.

Już po sekundzie ze środka wydobył się niewyobrażalny wrzask. Jakiś mężczyzna, cały pokryty płomieniami, próbował wyskoczyć na zewnątrz, stając na parapecie. Widząc to, Dziki pociągnął serią z karabinu, zabijając go natychmiast.

Poczuł jak ręka mu zadrżała. Nie był to jedyny człowiek, którego pozbawił życia, ale to wciąż było tak okropne uczucie.

W tym czasie Pierwszy cisnął kolejnym koktajlem, tym razem trafiając w stronę wyjścia. Ze środka budynku wciąż dobiegały wrzaski.

Kolejny członek Ręki Olbrzyma wyłonił się przez okno na piętrze. Mierząc z broni, próbował zlokalizować napastników. Dziki był już jednak przygotowany. Wystrzelił po raz kolejny ciągnąc serią po murze i oknie, a trafiony jedną z kul mężczyzna, wypadł przez winkiel. Jego martwe ciało runęło prawie u stóp Pierwszego.

Krzyki dochodzące z budynku w końcu ustały, nikt też nie próbował więcej pojawić się w oknie. Pierwszy wyciągnął pistolet i dał znać Dzikiemu, by ten się zbliżył.

Gdy strażnik autobusu ruszył w stronę kompana, z tyłu budynku wybiegło trzech żołnierzy z bronią w pogotowiu. Dziki stanął jak sparaliżowany, seria pocisków niemal natychmiast poleciała w jego stronę. Przez chwilę myślał już, że żegna się z życiem, gdy niespodziewanie kule zmieniły tor lotu. Niczym chmara rozgonionych much, trafiły w drogę i pobliską ścianę.

Dziki dostrzegł w tym momencie, jak Pierwszy opuszcza drżącą dłoń i pada nieprzytomny. W międzyczasie atakujący spojrzeli z niedowierzaniem na swoje karabiny. Nie czekając aż ich szok minie, wystrzelił ciągłym ogniem, aż wszyscy runęli na ziemię.

Zarzucając na plecy karabin, w którym nie było już kul, dobiegł do leżącego na ziemi kompana. Szamocząc się z paskami na głowie mężczyzny, próbował ściągnąć mu maskę z twarzy. W tym momencie jednak Pierwszy przebudził się. Z tej odległości Dziki dostrzegł przez wizjery jego przerażone oczy.

Tuż nad nimi wyrósł jak znikąd kolejny żołnierz Ręki Olbrzyma, trzymając broń gotową do strzału.- Za Daniela...- powiedział, spluwając na ziemię.

Następne wydarzenia stały się w przeciągu sekundy. Pierwszy błyskawicznie wyciągnął dłoń do przodu, a okolicę wypełnił głuchy huk. Dziki poczuł jak jego plecy robią się mokre. Sięgając do tyłu dłonią po kamizelce, dotknął czegoś lepkiego. Spoglądając na swoje palce, zobaczył krew.

Gdy odwrócił się, po żołnierzu Daniela nie było śladu.

Pierwszy odskoczył do tyłu, krzycząc. Przerażony Dziki nie mógł zatrzymać mężczyzny, który jak w padaczce turlał się po ziemi. - Co się dzieje Pierwszy! Pierwszy! - wołał, goniąc za nim.

Mężczyzna potoczył się pod mur i opierając zszarpał z głowy maskę, wyrywając sobie przy tym pęk włosów. - MOJA TWARZ! CO Z MOJĄ TWARZĄ?! - zawołał, patrząc się na swoje drżące ręce.

Dziki doskoczył do niego. Mężczyzna wyglądał okropnie, jakby nie spał co najmniej tydzień, był jednak całkiem wyraźny. - Wszystko w porządku, jest ok, nie rozmyłeś się! - zawołał, próbując uspokoić kompana.

Pierwszy schował twarz w dłoniach. Dziki zabrał mu pistolet, obracając się dookoła. Nikogo więcej jednak nie dostrzegł, za to ogień coraz mocniej pochłaniał budynek administracji.

Z leżącej przy jednym z trupów krótkofalówki zawołał głos Maciejewskiego. - Ręka! Do mnie, natychmiast!

Dziki, podnosząc radio, odpowiedział – ...w drodze. - Po czym wrócił z powrotem do Pierwszego. - Co się dzieje? Jak ci pomóc? - spytał, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.

- Już nic, już jest dobrze... - odpowiedział Pierwszy, wciągając z powrotem maskę gazową.

- Ale co się stało? - dopytywał wciąż zaniepokojony Dziki.

- Nie mogę z pomocą błędów ratować innych. To nie jest zgodne z moją pierwotną wolą... osłabi mnie to, a potem rozmyje...- odpowiedział, podnosząc się powoli.

Dziki pomógł Pierwszemu oprzeć się o mur. - Przecież już raz to zrobiłeś – powiedział. - Zasłoniłeś mnie wtedy przed granatem i nie zareagowałeś tak, jak teraz...- powiedział zmartwiony.

Pierwszy pokręcił jednak głową. - To co innego, wtedy też byłem w polu rażenia... Naciągnąłem to, bo niby stanąłem przed tobą, ale ratowałem siebie. Tutaj ci trzej strzelali w twoją stronę, ten który pojawił się później celował w twój kark, nie we mnie...

- No właśnie! - zawołał natychmiast Dziki. - Gdzie ten żołnierz? Co się z nim stało?

- Zniszczyłem go...- odparł Pierwszy.

- Jak to zniszczyłeś? To gdzie jego ciało?

- Wszędzie i nigdzie...- odpowiedział mężczyzna. - Został z niego pył...

W tym momencie Dziki zrozumiał, co poczuł na swoich plecach. Prawie natychmiast zebrało mu się na mdłości, ale Pierwszy nie dając mu chwili oddechu, ruszył do przodu. - Jeśli ktoś z Ręki jeszcze żyje, to już i tak pewnie ucieka. Odprowadzę cię do Korczyna, a potem znikam...

- Nie, chcę iść na plac. Muszę zobaczyć co z weteranami...- odparł natychmiast Dziki.

- Ech, to podprowadzę cię jak najbliżej - westchnął Pierwszy i podszedł do leżących ciał, by zabrać im amunicję.

Po chwili obaj biegli już obok betonowej ściany, mijając stary parking dla pracowników biura. Przez dziurę w ogrodzeniu weszli na tereny składowania. Zza następnego płotu dobiegały strzały i krzyki, Dziki zobaczył też dach Freedombusa. - Ciągle walczą...- stwierdził.

W tym czasie Pierwszy wyciągnął dłoń i wskazał palcem w głąb drogi.

Z dawnego parku maszynowego wylewała się gromada Potłuków. Ślepe istoty maszerowały ściągane prawem trzech na plac składowania. - Cholera, nie damy rady ich zatrzymać...- zaczął Dziki, gdy nagle usłyszał niewyobrażalny pisk.

Odruchowo zasłonił uszy, ale ku przerażeniu zrozumiał, że ten dźwięk nie pochodzi z zewnątrz lecz wydobywa się z jego klatki piersiowej. Stał, czując że zaraz rozedrą mu się płuca. Padł na kolana ze łzami w oczach, słysząc nieskończenie narastający hałas. Jednak dźwięk tak samo nagle jak się pojawił, zniknął błyskawicznie, pozostawiając po sobie tylko ciche buczenie. - Co to było? - spytał Pierwszego.

- Błąd... - odpowiedział mężczyzna, uderzając w swoje uszy otwartymi dłońmi, chcąc je odetkać. - Wydaje mi się, że to ta dziewczyna Wilka... - dodał po chwili.

W tym samym momencie z placu wybiegł Maciejewski. Jego Olbrzymia postać przedarła się przez biegnące drogą pojedyncze Potłuki, taranując je niczym pachołki drogowe. Chwilę po nim z placu wypadła Szara w towarzystwie Krzaka i jakiegoś weterana.

- Tam jest!- krzyknął dawny lider Wspólnoty, wskazując na uciekającego Olbrzyma.

Gromada ruszyła za nim w pościg, nie zauważając stojących w bocznej drodze Pierwszego i Dzikiego.

- Wygląda na to, że Maciejewski przegrał...- stwierdził mężczyzna w masce. - W takim razie, nic tu już po mnie... Dziki, nie pakuj się więcej w kłopoty - dodał.

Strażnik autobusu spojrzał na swojego wybawcę. - Uwierz mi, będę się sta...- przerwał jednak, widząc jakiś ruch.

Wyglądało to jak falowanie powietrza nad rozgrzanym asfaltem, tylko że na dużo mniejszej powierzchni. Tajemnicze zjawisko zbliżało się do nich, przyciągając również uwagę Pierwszego, który chwycił za pistolet. Wtedy tuż obok nich odezwał się głos Kuby. - To ja, spokojnie...

W tym samym momencie tajemnicze falujące powietrze zgęstniało, a sylwetka mężczyzny pojawiła się jak znikąd. - Dziki, gdzie Oli? Co z naszymi?! – zawołał Kuba, chwytając go za barki.

- Wszystko w porządku, uciekli już z cegielni - odpowiedział. - Pierwszy nam pomógł...

- Pierwszy…- powtórzył zszokowany Kuba, spoglądając na postać w masce gazowej, jakby dopiero teraz ją dostrzegł.

- Kopę lat, Trzeci...- powiedział mężczyzna.

Kuba wykonał jakiś dziwny gest na skraju powitania i nerwowego machania ręką, cofając się jednocześnie z wyraźnym lękiem na twarzy.

Pierwszy nie skomentował tego. Obracając się do Kuby plecami, westchnął – Ciekawy błąd. Więc to tak udało ci się uciec z zakładów chemicznych...

- Stare dzieje… ta sprawa z zakładami… wiem, że możesz mieć mi za złe…- zaczął niezgrabnie tłumaczyć się lider autobusu, ale Pierwszy uciszył go gestem.

- Przyszedłem tu pomóc Dzikiemu, a nie szukać zemsty, albo słuchać bezsensownych tłumaczeń - stwierdził.

- Jasne…- powiedział Kuba, przełykając nerwowo ślinę i spoglądając na Dzikiego. - Gdzie dokładnie są nasi? - spytał.

- Kazałem im ukryć się na Korczynie. - odpowiedział Dziki.

Kuba podrapał się po brodzie.- Nie ma teraz szans na zabranie autobusu – stwierdził.- Musi najpierw trochę przycichnąć…Wrócimy do naszych, a ja nocą przekradnę się tutaj z powrotem i przyjadę pod baraki. Mam nadzieję, że większość niewykształconych przyciągnie Strefa Głodu - wymamrotał pod nosem.

Gdy Kuba obmyślał swój plan, Dziki usłyszał jakieś wyraźne poruszenie. Ogromna sylwetka mignęła nad ogrodzeniem, gdy nagle betonowy mur po prostu się roztrzaskał.

Banderaboard runął naprzeciwko nich, wołając. - Znowu robi się ciemno, znowu słyszę ten gwizd, znowu robi się ciemno... BOJĘ SIĘ...

Przez dziurę w płocie w ich stronę wpatrywali się weterani i defektowcy.

Dix, która przebiegła przez tłum, doskoczyła do Dzikiego wołając. - Dziki, boże jak dobrze, że nic ci nie jest, ja chyba przez ciebie osiwieję!

Ten poczuł jak serce wali mu przerażone. Przycisnął do siebie dziewczynę licząc, że Pierwszy ucieknie nim ktokolwiek się zorientuje.

Mężczyzna zrobił niepewny krok do tyłu, został jednak natychmiast zauważony przez przechodzących dziurą weteranów.

- Widzisz tego gościa?... To możliwe… Nie, to inny weteran w masce gazowej… Co on by tutaj robił… Przecież to nie może być…PIERWSZY!

Gdy padło ostatnie słowo, Dix w ramionach Dzikiego zesztywniała. Poczuł, jak jej uścisk słabnie, przycisnął ją więc mocniej, szepcząc - niezależnie od tego co o nim myślisz, ten człowiek uratował mi życie… nie raz… nie dwa, a nawet trzy. Pomógł mi powstrzymać Rękę Olbrzyma przed rzuceniem się na was na placu… Dix, nie możesz tego wszystkiego olać…

Dziewczyna wyślizgnęła się z objęć Dzikiego, spoglądając na niego w nieprzenikniony sposób. Po czym odwróciła się w stronę Pierwszego.

Defektowcy natychmiast dobiegli otaczając ich ciasnym kręgiem, a zaciekawieni Weterani stanęli za nimi, nadstawiając uszu.

Pierwszy zacisnął nerwowo pięści, gdy dziewczyna zrównała się z nim. - Zdejmij maskę, nie będę mówić do kawałka gumy - rozkazała.

O dziwo mężczyzna posłuchał i już po chwili ukazał swoją zmęczoną twarz.

Dix zamknęła oczy. Dziki czuł, że dziewczyna walczy w tym momencie ze sobą, by nie rzucić się natychmiast na swojego arcywroga. Ludzie dookoła wciąż szeptali.

To jest Pierwszy?... Wygląda jakby był chory… Myślałem, że on jest bardziej… no wiecie… to nie może być on…

- Pierwszy…- zaczęła Dix, wyraźnie siląc się na spokój. – Dziki ma rację, nie mogę zbagatelizować tego, że uratowałeś mu życie... I to nie raz… Nie wiem czy taki miałeś zamysł, czy liczyłeś na to, że sobie odpuszczę, że znajdziesz w tym odkupienie… Nie wiem, ale stało się…

W tym momencie Dziki wstrzymał oddech, czyżby dziewczyna w końcu zrezygnowała? Czy może jego marzenia w końcu się urzeczywistnią? Będą mogli być razem bez tej chorej sytuacji, jaka ciągle dookoła nich się tworzyła. Prawie nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, ale następne słowa które usłyszał były dla niego jak kubeł zimnej wody. - Mimo to nie mogę ci wybaczyć… ani zapomnieć… Jedyne co mogę zrobić, to zaproponować ci uczciwy pojedynek… Ty i ja… Sam na sam, tu i teraz… Obydwoje jesteśmy zmęczeni… obydwoje nadużyliśmy błędów… rozwiążmy to i skończmy wreszcie…- powiedziała zaciskając pięści.

- Dix! To nie jest moment na takie rzeczy…- wtrącił natychmiast Dziki.

- A kiedy będzie? Ile lat mam go jeszcze ścigać i bawić się w kotka i myszkę! Skończymy to tu i teraz - krzyknęła dziewczyna a kilku żądnych krwi Weteranów zawiwatowało radośnie.

Pierwszy szybkim ruchem wcisnął maskę gazową na twarz i po chwili odskoczył do tyłu, wpadając w gromadę weteranów. - Próbuje uciec, nie dajcie mu! – krzyknął jeden z nich.

Weterani ścisnęli się blokując Pierwszego, a Dix dopadła do niego i chwytając obiema rękoma za jego kamizelkę, rzuciła nim w płot. Mężczyzna połamał betonowy stempel, lądując na placu, na którym jeszcze przed chwilą toczyły się walki.

Dix przeszła przez dziurę, a tuż za nią wkroczyli Weterani i Defektowcy. Przybyłe postacie błyskawicznie otoczyły plac kręgiem.

Zjawa, która stanęła obok Dzikiego, westchnęła – Kurwa, teraz? Naprawdę?

Pierwszy wstał, otrzepując się z ziemi. - Wiesz dlaczego nie chciałem z tobą walczyć, Czwarta… - spytał, przechodząc między truchłami niewykształconych.

- Bo jesteś pieprzonym tchórzem!- ryknęła Dix, wystrzeliwując do przodu jak pocisk.

- Nie - odpowiedział Pierwszy, mijając nadlatujący cios.- Bo masz prawo do zemsty i nie chciałem cię zabijać z jej powodu!

Zamaskowany mężczyzna złapał rękę Dix i zgrabnie wykorzystując siłę jej pędu, przerzucił dziewczynę przez plecy tak, że z łomotem wylądowała na ziemi. Nim zdążyła złapać oddech, w dłoni Pierwszego ''pojawił się'' pistolet.

- PRZESTAŃCIE!- krzyknął Dziki, ruszając do przodu.

Grupa Weteranów złapała go jednak, nim zdołał wedrzeć się na plac.- Nie wtrącaj się! - wykrzyczał mu do ucha jakiś Defektowiec.

Zjawa, która wciąż stała obok, wyszeptała w jego stronę. - Nie zatrzymasz tego...

W tym czasie Pierwszy nacisnął spust, celując w głowę leżącej na ziemi Dix.

Kule wylatujące z pistoletu jak zaczarowane zmieniały jednak tor lotu, trafiając w ziemię dookoła. Gdy ostatni nabój wypadł z komory, a zamek wydał charakterystyczny ''pusty'' dźwięk, Dix wykorzystała okazję i złapała nogę Pierwszego, rzucając go na bok jakby nic nie ważył.

- Po co oni w ogóle używają broni? - spytał jakiś weteran. - Przecież ludzi z błędami nie da się trafić...

- Bo oboje stoją na zbyt podobnym poziomie, by rozwiązać to jednym ciosem...- warknęła Zjawa. - Dla nich jest to walka na wymęczenie przeciwnika.

Pierwszy, który po rzucie Dix potoczył się po ziemi, wyhamował rękoma kilka metrów dalej. Błyskawicznie jednak poderwał się, pchnięty do góry jakąś dziwną siłą. W jego dłoni pojawił się natychmiast kolejny pistolet.

Z ziemi poderwała się również Dix, która broń wyszarpała z kabury przy pasku. Po chwili obydwoje ruszyli w swoją stronę, strzelając jednocześnie.

Kule odbijane przez błędy, rykoszetowały jak szalone po całym placu. Kilku weteranów padło na ziemię, ktoś krzyknął raniony odbitym pociskiem.

Zjawa przycisnęła w tym czasie głowę Dzikiego, pochylając go w dół. - Sporo ludzi zginęło próbując cię dziś ratować, bądź łaskaw nie umrzeć od zabłąkanej kuli - warknęła.

Dziki wyszarpał się z jej dłoni akurat w momencie gdy Dix i Pierwszy wpadli na siebie. Mimo, że dziewczyna była zdecydowanie mniejsza, to jej impet okazał się silniejszy.

Pierwszy runął na plecy, a Dix wskoczyła mu na tors. Przygowździwszy mężczyznę, zaczęła bezlitośnie okładać go pięściami po masce gazowej. Leżący na ziemi nie pozostawał dłużny i po kilku krótkich ciosach roztrzaskał jej wargę. W tym momencie dookoła walczących podniósł się tuman kurzu. Jakby znaleźli się w środku tworzącego się cyklonu.

Tajemnicza siła zepchnęła Dix, a Pierwszy uniósł się do góry na sztywnych nogach, niczym wampir powstający z trumny.

Dziewczyna ruszyła w jego stronę, wyprowadzając jak w amoku serię niewyobrażalnie szybkich ciosów. Pierwszy jednak zdawał się również przyśpieszyć, bo ciągle cofając, unikał nadlatujących uderzeń. Z rękoma schowanymi z tyłu, wyglądał tak jakby specjalnie prowokował dziewczynę.

- Ale się z nią bawi - zawołał jeden z weteranów.

Dziki jednak zerknął na Zjawę, która przygryzała nerwowo wargę. - Kurwa, czy ona jest głupia? Naprawdę tego nie widzi? Przecież to jest motyl...

- O czym ty mówisz? - chciał spytać Dziki, ale Zjawa wysunęła się do przodu i krzyknęła.

- DIX! TO JEST MOTYL! ON SZYKUJE SKRZYDŁA MOTYLA!

Słysząc to, Dix spojrzała przerażona na ukryte ręce Pierwszego. Momentalnie zatrzymała się i rzuciła do tyłu, zasłaniając twarz.

- Kurwa mać! - krzyknęła Zjawa i chwytając Dzikiego, odepchnęła go na bok.

W tym samym momencie Pierwszy wyrzucił otwarte dłonie do przodu. Fala uderzeniowa trafiła w Dix, zrywając z niej ubranie. Dwóch weteranów, stojących najbliżej walczących, rozerwało się na atomy, tak jak strażnik, który kilka minut temu mierzył do Dzikiego. Ludzie będący nieco dalej padli przewróceni pędem powietrza.

Dix upadła półnaga na kolana. Na sobie miała już tylko ledwo trzymające się spodnie i buty. Z wielu miejsc w jej ciele zaczęła sączyć się krew.

Pierwszy nie miał zamiaru kontynuować walki. Wykorzystując lukę, jaka powstała między powalonymi weteranami, wyskoczył w powietrze, niczym Modrzew nad torami.

Dziki dostrzegł jak na twarzy klęczącej Dix pojawił się uśmiech. Dziewczyna poderwała się, unosząc do góry jedną z rąk i w tym samym momencie stało się coś, co zszokowało wszystkich zgromadzonych. Ogromny łuk elektryczny połączył Dix i Pierwszego, który nie zdążył jeszcze wylądować.

Mężczyzna zawisł w powietrzu, rażony ciągłym ładunkiem. Jakby on i liderka Defektu byli jednymi wielkimi cewkami elektrycznymi. Powietrze wypełnił niewyobrażalny huk, przypominający palący się transformator, a wszyscy spoglądali jak niebieska łuna bije od walczących.

Po kilku sekundach Dix opuściła dłoń, a dymiący Pierwszy runął między weteranami.

W tym momencie Dzikiemu udało się w końcu wyrwać z rąk weteranów i Zjawy. Dobiegając do Pierwszego, zobaczył że całe jego ubranie było nadpalone. Z gumowej maski ciągle unosił się dym. Przytrzymując delikatnie głowę mężczyzny, zsunął mu z niej gazówkę. Ta od temperatury zrobiła się w dotyku zupełnie jak kisiel.

Twarz Pierwszego wyglądała jak ubrudzona sadzą. Jego nozdrza nie poruszały się. Nie oddychał. - TO SIĘ NIE MUSIAŁO TAK KOŃCZYĆ, DIX! - krzyknął wściekle w stronę dziewczyny, która odwrócona plecami wpatrywała się w ziemię.

W tym samym momencie Pierwszy odkaszlnął, jego oczy otworzyły się a płuca wciągnęły wściekle powietrze.

Słysząc to, Dix odwróciła się wściekle. - Dlaczego po prostu nie zdechniesz! - krzyknęła, wyciągając nóż z kabury przy pasku.

Pierwszy popatrzył na Dzikiego. Choć z jego oczu bił strach, powiedział zupełnie spokojnym głosem. - Szkoda umierać w momencie, gdy dopiero zdążyło się polubić życie... przegrałem – dodał na koniec, tracąc przytomność.

- NIE! - krzyknął Dziki, podnosząc się i stając na drodze Dix.

- ZEJDŹ MI Z DROGI! - warknęła, prawie wchodząc na niego.

Ten, nie wiedząc co robić, odepchnął ją do tyłu, a dziewczyna upadła, podpierając się rękami. Po tym co widział, gdy walczyła z Pierwszym, nie spodziewał się, że jego pchnięcie będzie miało jakikolwiek skutek. Obydwoje patrzyli teraz na siebie tak samo zszokowani. - Dziki...- wyszeptała z niedowierzaniem, spoglądając mu w oczy.

- POWIEDZIAŁEM DOŚĆ! - krzyknął, zaciskając w złości obydwie pięści. - TEN CZŁOWIEK NIE ZASŁUŻYŁ SOBIE NA TO! - ryknął.

W tym samym momencie Dix poderwała się równie wzburzona. - A SKĄD TY MOŻESZ WIEDZIEĆ NA CO ON ZASŁUŻYŁ! SKĄD WIESZ, ŻE TO NIE JEST GRA! ŻE POMÓGŁ CI TYLKO DLATEGO ŻEBY ZROBIĆ MI MĘTLIK W GŁOWIE! ŻEBYM SOBIE ODPUŚCIŁA!

Dziki czując wylewający się w nim gniew, warknął - Nie dbam o to, jakie miał pobudki… Uratował mi życie… jeżeli chcesz go zabić, musisz najpierw zabić mnie, bo nie pozwolę ci przejść…

Dix zupełnie się załamała, do jej oczu nabiegły łzy. Dziki myślał przez chwilę, że dziewczyna zupełnie się rozklei. Niespodziewanie jednak wytarła twarz ramieniem i gniewnym głosem zawołała - DOBRZE, DZIKI! Widzę, że wybrałeś swoją stronę! - krzyknęła, gdy nagle niespodziewany huk wypełnił plac.

Dix złapała się za brzuch i upadła na ziemię. Wszyscy spojrzeli od razu w stronę Pierwszego, ale ten ciągle leżał nieprzytomny. Dopiero po chwili jeden z weteranów krzyknął – tam – wskazując palcem na dach autobusu.

Jeden z klonów Cichego rozmywał się właśnie, trzymając w rękach należący do Szarej karabin snajperski. - Daniel żyje! - zawołała istota, nim zniknęły jej usta.

Dziki ruszył w stronę Dix, przy której klęczał już Rengo. - Co z nią? - zawołał przestraszony, ale dwóch najbliższych defektowców odepchnęło go.

- Nie twoja sprawa! Wracaj lepiej do swojego przyjaciela! - warknął zastępca Dix i razem z innym członkiem grupy podniósł nieprzytomną dziewczynę do góry.


207 wyświetlenia10 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie