Krańcowo II - Rozdział XII - Podstęp

Zaktualizowano: cze 6


Cegielnia w Krańcowie zakończyła swoją działalność jeszcze przed powstaniem Nowego Świata. Ten potężny zakład, zatrudniający w przeszłości rzeszę pracowników, stał przez bardzo długi czas całkiem zapomniany. Wszelkie próby sprzedania jego terenu oraz budynków nigdy nie doszły do skutku, zostawiając niegdysiejszą chlubę miasta na pastwę złomiarzy oraz szwendających się po ruinach grup młodzieży.

Porzucone pomieszczenia biurowe, które od dwudziestu lat stały nieużywane, niszczały z każdym rokiem. Straszyły odpadającym tynkiem i rozbitymi na pył oknami, podobnie jak pozostawione na placu stare maszyny. Te pokrywały się coraz mocniej rdzą i powoli rozkradane, zamieniały się w kupę gruzu niepodobną do swojej oryginalnej formy. Odgrodzony plac niegdyś pełen gotowej cegły, stał pusty i jedynie ogromne kominy obwieszone nadajnikami telefonicznymi nosiły jakikolwiek ślad ludzkiej działalności.

Zapomniana w Starym Świecie cegielnia nie zmieniła swojego statusu po błysku. Opustoszałe miejsce nie miało dla szabrowników żadnej wartości. Zniszczone budynki pozbawione drzwi nie dawały żadnego schronienia. Niewykształceni, którzy krążyli tam całymi tabunami, dodatkowo zniechęcali do jakichkolwiek odwiedzin. Nic więc dziwnego, że teren cegielni zupełnie ignorowano i nie wiązano z nim jakichkolwiek planów. Aż do dzisiaj.

Z ogromnego otworu, który pozostał po oknie, wyjrzał właśnie Cichy, prawa ręka Daniela.

Przebiegając wzrokiem po placu, spojrzał na piętrowy autobus ustawiony w pobliżu wjazdu. Maciejewski, doskonale widoczny nawet z daleka, wygłaszał właśnie ostatnie instrukcje gromadzie przebranej za Rękę Olbrzyma.

Prawdziwi członkowie tej grupy, stłoczeni piętro niżej, przygotowywali się właśnie do swojej najważniejszej misji.

Cichy przebiegł wzrokiem dalej, aż na sam skraj cegielni, gdzie na małym placu żołnierz z oddziału ''Stalowych'' sprawdzał zamkniętą bramę. Stłoczone na niej Potłuki były ewidentnie poruszone obecnością pobliskich ludzi. Swoimi przypominającym maczugi głowami uderzały co i raz we wszystko co miały w zasięgu. Na szczęście jednak, niewykształceni byli zbyt słabi by chociaż uszkodzić betonowe ogrodzenie, za którym byli uwięzieni.

Żołnierz ze ''Stalowych'' uniósł kciuk do góry, dając z oddali znak, że wszystko jest przygotowane. Cichy odetchnął, opierając się o ścianę budynku.

Z pobliskiej klatki schodowej dobiegł do niego odgłos kroków. Ktoś zbliżał się na górę.

Mężczyzna w czarnym stroju ochrony H-marketu wszedł na obdrapany korytarz i uniósł dłoń w geście powitania. - Daniel Żyje! - zawołał.

- Żyje! - odpowiedział Cichy, z powrotem wyglądając przez dziurę po oknie. - Co sprowadza samego wielkiego Szachraja do tej starej ruiny? – spytał, wyciągając po chwili opakowanie papierosów.

- Ciekawość i nuda - odpowiedział przybysz, podchodząc.

- Chyba na brak zajęć w markecie nie narzekasz. Zwłaszcza teraz, po błysku… - stwierdził Cichy, częstując mężczyznę papierosem.

Szachraj wyciągnął zapalniczkę i zanim odpowiedział, dał sobie chwilę by po rozkoszować się dymkiem. - Tyzak mnie zastępuje, dzięki temu nie muszę tam siedzieć cały czas. Poza tym, tak sobie pomyślałem, że jeśli kiedyś jakiś zapaleniec zacznie spisywać ‘’historię Nowego Świata’’, to będzie jeden z jej kulminacyjnych momentów. Więc warto to zobaczyć…

Cichy słysząc to, roześmiał się. - Triumf Olbrzyma i upadek starych weteranów - podsumował.

Jego rozmówca wyglądał jednak na nieprzekonanego. Zaciągnął się ponownie papierosem i odpowiedział wypuszczając dym. – Strasznie się pośpieszyli z tym ostatecznym rozstrzygnięciem. Myślałem, że to jeszcze potrwa. Daniel najpierw sam mówił, że chce zminimalizować straty, miał dać ‘’olbrzymkom’’czas na nabranie doświadczenia, a teraz taki zryw.

- Musiał mieć swoje powody...- odparł wymijająco Cichy.

- Ale chyba nie przez Damiana? – spytał natychmiast Szachraj. - Przecież z porwaniem autobusu mogli spokojnie poczekać do następnego błysku...

Cichy wyrzucił peta przez okno, zerkając przenikliwie na swojego rozmówcę. - Do tego czasu kod, który przechwyciliśmy, mógł się zmienić… No i Dziki mógł w końcu zginąć. Z mniej lekkomyślnym strażnikiem ten plan by nie wypalił. – Próbował wyjaśnić sytuację.

Szachraj wyraźnie wątpił w wyjaśnienia Cichego. Przyglądając się zgromadzonej na dole grupie, westchnął. - To i tak za duże ryzyko, mieli zbyt mało czasu na przygotowanie, zgranie się ze sobą... Tak naprawdę dopiero teraz nauczyli się jako takiej współpracy. Daniel jeśli chodzi o planowanie, nie jest lekkomyślny…

Cichy odwrócił się, wlepiając wzrok w autobus. - Chyba nie jest... - stwierdził.

Szachraj oparł się o pozostałości parapetu. - Więc pewnie Zarzecze...- stwierdził tajemniczo, a Cichy zaklął, uderzając pięścią o mur. - Kurwa, więc już wiesz.

Szef ochrony H- Marketu wyprostował się wyraźnie zadowolony. - W Strefie Głodu ciężko zachować jakąś tajemnicę. Czasem jakiś pijany Brat przyjdzie wieczorem po butelkę, a czasem jakiś herlak sprzeda co usłyszał, za dolewkę zupy...

- Ludzie za dużo piją, a za mało myślą - wtrącił zirytowany Cichy, chcąc wyraźnie zakończyć ten temat.

Szachraj drążył jednak dalej. - Czemu Daniel trzyma to w tajemnicy? Zwłaszcza przed obrońcami? Jesteśmy jedna armią...- spytał, a w jego głosie pojawiła się nuta wyraźnego żalu.

Cichy westchnął, nie spoglądając nawet na rozmówcę. - A jak myślisz? Nie chciał, żeby to się rozniosło poza Armię... Wiesz przecież jak wygląda trzymanie tu czegoś w tajemnicy. Tak jak powiedziałeś, pijany Brat spowiada się Obrońcy. Dwóch twoich ludzi ględzi potem pod siatką, o tym co usłyszeli, a ciekawski banderowiec słucha. Nie mijają dwa dni i cała Strefa Głodu huczy o tym co działo się w Gorgorze. Od tego już krok, by wieść przeniosła się do wetów - stwierdził zrezygnowany.

Szachraj skinął twierdząco głową. - No niestety, tak właśnie jest. To wina tego, że ludzie czują się za swobodnie. Wszyscy uważają, że Daniel i tak wygra, nie zdając sobie sprawy jak bardzo utrudniają mu to swoim podejściem.

- No właśnie...- potwierdził wyraźnie zirytowany Cichy.

Szef ochrony nie miał jednak zamiaru zrezygnować. - No ale szambo się już wylało, informacja choć bez szczegółów, krąży po markecie. Powiesz mi dlaczego to śmierdzi?

Cichy pokręcił głową, spoglądając w końcu na rozmówcę. - Chyba stać cię na jakąś łapówkę, co? - spytał z przekąsem.

Szachraj pogrzebał chwilę w swojej kurtce, wyciągając dużą puszkę z energetykiem. - Mam to...- powiedział, podając napój Cichemu.

- Tajemnica Gorgoru sprzedana za pół litra gazowanej wody z cukrem...- stwierdził ironicznie.- Danielu, miej mnie w swojej opiece - dodał, otwierając napój.

Szachraj zaśmiał się, nadstawiając uszu.

Cichy wziął spory łyk i zaczął tłumaczyć. - Jakiś czas temu złapaliśmy gościa z Zarzecza. Facet był po prostu wyjebany od błędów. To zresztą nie był pierwszy taki przypadek, od dłuższego czasu rozsyłali zwiadowców po naszej części. Tylko, że tego akurat udało się nam złapać żywcem...

Szachraj słysząc to, wyraźnie zmarkotniał. - Szykują się pod inwazję?

Cichy wziął kolejny szybki łyk, mówiąc. - Z tego co od niego wyciągnęliśmy, wychodzi na to, że tak. Najgorsze jest to, że nie wiemy ilu z ich ludzi posługuje się błędami. Wszyscy ich zwiadowcy po prostu ‘’przeszli’’ przez rzekę, więc pewnie sporo... Dlatego plan z weteranami uległ przyśpieszeniu, Daniel chciał rozwiązać tę kwestię jak najszybciej, by móc skupić się na obronie.

Szachraj zaprotestował jednak. - Więc dlaczego dalej dowodzi tym Maciejewski? Czemu jest tu tylko Ręka Olbrzyma... Mogliśmy wyciągnąć ze Strefy Głodu wszystkie siły, zmiażdżyć to weterańskie ścierwo i...

Cichy przerwał mu jednak. - Nie wiesz nawet co tu się będzie działo. Strata Ręki Olbrzyma to coś na co możemy sobie pozwolić. Oni i tak wyszli z bandery, więc dla mnie jako ludzie są bez znaczenia. Bracia, Obrońcy, Stalowi a nawet wetowie będą nam potrzebni, by bronić naszej strony miasta...

- O czym ty mówisz? - spytał całkiem zgubiony Szachraj. - Weterani? Potrzebni nam?

- Dokładnie - odparł Cichy. - W tej całej akcji nie chodzi o to, by zabić wszystkich weteranów którzy przyjdą. Mają zginąć ich prowodyrzy: Wilk, Szara, Dix, Kuba i Krzak. Gdy przyjdą ludzie z Zarzecza, pozbawionych dowódców weteranów Daniel bez trudu przekona do walki ze wspólnym wrogiem...

Szachraj wyciągnął papierosy, najwidoczniej to co usłyszał musiało go mocno zdenerwować. - Mam wątpliwości czy dadzą się przekonać do walki o ''wspólną sprawę'' - stwierdził, otwierając opakowanie trzęsącymi rękoma.

- Nawet jeśli nie, to chodzi o to, by nie przeszkadzali, nie zmuszali do walki na dwa fronty. Bez „wataszków” nie będą zagrożeniem...

Szef ochrony zaciągnął się po raz kolejny. – Długo to my się spokojem nie nacieszyliśmy…

- Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek go mieli – podsumował jadowicie Cichy, wypijając do końca swoją łapówkę.

Mężczyźni stali przez chwilę, obserwując z oddali Maciejewskiego, który razem z Wiewiórem dyskutował o czymś przy autobusie. – Co o nim myślisz? - spytał Szachraj, przerywając ciszę.

- Ma to jakieś znaczenie? – odparł natychmiast Cichy.

Szachraj, któremu ciężko było ukryć zażenowanie gdy spoglądał na plac, burknął – odnoszę po prostu takie wrażenie, że masz jakieś obiekcje odnośnie Maciejewskiego.

Cichy nie odpowiedział od razu. Gniótł przez chwilę puszkę w dłoniach wyraźnie zamyślony. - Nie zrozum mnie źle…- stwierdził w końcu - …Bardzo cenię sobie jego siłę, a wkład jaki miał w uporządkowanie bandery był nieoceniony. No i udowodnił, że potrafi dowodzić mając pod sobą Rękę Olbrzyma… Ale dawać mu miejsce w Gorgorze? To chyba przesada, on po prostu nie pasuje…

- Czyli Daniel myli się co do niego?- spytał podejrzliwie Szachraj.

- Daniel się nie myli! - zaprotestował natychmiast Cichy - to znaczy… nie mylił się do tej pory. Wierzę, że musi mieć jakiś powód by dawać mu szansę.

Szachraj obrócił się, spoglądając na popękane kafelki. - Co do Krzyśka jednak się mylił... - powiedział, szurając nerwowo nogą po podłodze.

- Mówisz o Krzaku? - dopytał Cichy. - Z nim było inaczej, od początku nie zgadzał z Danielem w wielu kwestiach. Poza tym był bystry, spokojny… Maciejewski to jego zupełne przeciwieństwo, jest tępy i porywczy, ale wierny Danielowi.

- Skąd możesz mieć pewność? - spytał Szachraj, wciąż przegarniając butem ziemię.

- Bo piłem z nim kilka razy… Po wódce robi się strasznie gadatliwy. Potrafił nawtykać wszystkim: Piotrkowi, Łukaszowi, Marcinowi nawet tobie...nigdy jednak nawet nie zażartował na temat Daniela. Wódz jakoś zdobył jego szacunek – wyjaśnił Cichy.

Po chwili milczenia obaj mężczyźni dopadli do okna.

Z oddali widać było maszerujące postacie ubrane w czerwone stroje.

***

Nerwowa atmosfera wypełniła okolicę autobusu. Fałszywa Ręka Olbrzyma ściskała w drżących dłoniach pałki i siekiery, trzęsąc się w oczekiwaniu na przybycie weteranów. Nawet Wiewiór dał się ponieść panującemu napięciu, wypalając papierosa za papierosem.

Jedynie Maciejewski stojący przy drzwiach pojazdu wydawał się spokojny. Leniwie wodził wzrokiem po placu, jakby czekał na spotkanie w urzędzie, a nie na gromadę uzbrojonych ludzi. - Płuca wyrzygasz zanim przylezą, myślałem, że masz w sobie więcej ducha! – zakpił Olbrzym, odrywając na chwilę wzrok od bramy wejściowej, by zerknąć na Wiewióra.

Słysząc to, mężczyzna wyrzucił niedopalonego papierosa na ziemię. - Za to ty jesteś strasznie spokojny jak na ''największy cel'' - odparł mu natychmiast.

Maciejewski uśmiechnął się pod nosem, prężąc muskuły, od których jego kamizelka kuloodporna zatrzeszczała, jakby miała zamiar pęknąć. - Daniel nigdy nie stał z tyłu i ja też nie będę! - stwierdził dumnie.

Wiewiór popatrzył na niego krytycznie. - Wysoko aspirujesz porównując się do naszego wodza. Tylko że Daniel doskonale posługuje się błędami. A ty? - spytał z przekąsem.

Olbrzym odwrócił się w stronę Wiewióra, patrząc na niego z góry, jakby chciał go zgnieść. - A ja pokażę ci, jakie mierne znaczenie będą miały te twoje ''błędy'' gdy już zaczniemy - warknął Maciejewski, a Wiewiór wyszeptał pod nosem. - Chyba, że od razu zginiesz...

Olbrzym jednak musiał tego nie usłyszeć, bo wrócił do obserwowania bramy.

Pewność siebie Maciejewskiego nie udzielała się ani trochę stojącym obok niego ludziom. Pogłoski o umiejętnościach Dix krążyły między zgromadzonymi, psując już i tak nikłe morale. Gdy Olbrzym nagle zesztywniał, wlepiając wzrok w płot obok bramy, fałszywa Ręka była już na granicy ucieczki.

- IDĄ! – krzyknął Maciejewski, z jakiegoś powodu wyraźnie zadowolony. - Dobra łachmyci! - warknął, zwracając się do ludzi na placu.- Ustawiać się i nie ruszać, póki nie dam znaku. Jak któryś chociaż drgnie, to nogi z dupy powyrywam!

Gromada przybyła ze Strefy Głodu ustawiła się w jednej linii przed autobusem. Maciejewski wyszedł naprzeciw nich, nie sięgnął jednak po broń. Obserwował bramę, przez którą wszedł nieuzbrojony Defektowiec z rękoma uniesionymi do góry. - Dix chcę się z tobą dogadać! - zawołał, nie wchodząc na plac.

- TO NIECH GŁUPIA CIPA WŁAZI, NIE BĘDĘ ZDZIERAŁ GARDŁA! - zawołał Olbrzym.

Defektowiec zniknął z powrotem za płotem i już po chwili na plac weszła grupa dziesięciu uzbrojonych mężczyzn w czerwonych strojach. Na jej tyle maszerowała Dix, prowadząc skutego kajdankami Wilka.

Wśród zgromadzonych mieszkańców Strefy Głodu natychmiast rozgorzała dyskusja.

- Czyli jednak... poddali się... udało się bez walki... to jest ten Wilk?... Ta Dix nie wygląda strasznie... Dobrze, że chcą się dogadać...

- Zamknąć papy!- ryknął Maciejewski, uciszając podległych sobie ludzi.

Defektowcy ustawili się podobną linią naprzeciw fałszywej Ręki. Dix popchnęła Wilka, wysuwając się z nim do przodu.

Szeryf Krańcowa wpatrywał się w ziemię, zaciskając w złości zęby, za każdym razem przyśpieszając kroku, gdy lufa pistoletu Dix wbiła mu się w plecy.

Widząc to, Maciejewski w towarzystwie Wiewióra ruszyli w ich stronę. Spotkali się mniej więcej w połowie drogi między grupą Defektu, a ludźmi ze Strefy Głodu.

Dix, widząc kto idzie obok Olbrzyma, spojrzała pogardliwie. - Właśnie wiele rzeczy stało się dla mnie bardzo jasnych...- stwierdziła, patrząc na Wiewióra jak na ohydnego robala.

Olbrzym, który najwidoczniej uznawał zasadę ''wspólnego wroga'', zupełnie niespodziewanie oparł swoją ogromną rękę na ramieniu Wiewióra. - On przynajmniej miał dość rozumu, żeby stanąć po zwycięskiej stronie - powiedział, zerkając jednocześnie na spętanego Wilka.

- To się jeszcze okaże – odparła natychmiast Dix, po czym spytała - gdzie jest Dziki?

- Spokojnie, rozmyta! - odparł Maciejewski. - Myślisz, że nie wiem jakich sztuczek używacie? Oddam ci twojego kochasia, a potem jeb! Coś błyśnie i Wilk zniknie mi sprzed samych oczu. Dostaniesz najpierw ludzi z autobusu, jak ukręcę łeb Wilkowi oddam ci srajtka…

Dix pchnęła Wilka w stronę Olbrzyma. – Nie dbam o to co z nim zrobisz, ale jeśli Dzikiemu spadnie chociaż włos z głowy, pogrzebię cię w gruzach tej cegielni – zagroziła, zakładając ręce na pierś.

Maciejewski natychmiast chwycił mężczyznę i kopiąc mu w nogi, powalił go na kolana. – Wypuszczajcie ich! – zawołał, przykładając krótkofalówkę do ust.

- Nie zapomnij o Dzikim! – krzyknęła natychmiast Dix, a Maciejewski spojrzał na nią z politowaniem.

- Dostaniesz go, spokojnie…- odparł Olbrzym, łapiąc Wilka za kark swoją ogromną ręką.

Dix zamarła w oczekiwaniu, świdrując Maciejewskiego wzrokiem. Defektowcy za jej plecami stali w skupieniu, zaciskając palce na broni. W oddali dało się słyszeć pierwsze odgłosy kroków. Oczy liderki Defektu rozszerzyły się, kiedy obróciła głowę spoglądając na boczny plac. Jednak zamiast Dzikiego, albo kogokolwiek z autobusu, zza płotu wybiegł niewykształcony.

Pozbawiona rąk postać z ogromną głową, wyglądającą jak obszyta ludzką skórą piłka lekarska, zatrzymała się na chwilę, stając na placu.

Pierwszy z szoku wyrwał się Rengo.– Potłuk! – krzyknął, natychmiast biorąc istotę na cel.

Nim jednak zdążył wystrzelić, z bocznego placu wybiegła cała chmara podobnych bestii, natychmiast rzucając się na Defektowców.

Wykorzystując moment, w którym zszokowana Dix zerknęła w stronę towarzyszy, Maciejewski rąbnął ją w twarz, momentalnie obalając na ziemię. Jednocześnie szarpnął Wilka do tyłu, ciągnąc wyrywającego się mężczyznę jak worek.

- Stój! – krzyknęła Dix, podrywając się ziemi.

Nim liderka Defektu zdążyła dać krok w stronę Olbrzyma, zobaczyła Wiewióra mierzącego w jej stronę. Odskakując na bok, o włos minęła falę śrutu, która poleciała w jej stronę.

Maciejewski bez trudu przeciągnął o dwie głowy niższego Wilka za linię swoich ludzi. – Na nich! Nie oszczędzać nikogo! – rozkazał.

Fałszywa Ręka nie wyglądała jednak na skorą do wykonania polecenia. Mężczyźni zerkali na siebie. Żaden jednak nie ruszył w stronę defektowców walczących z Potłukami.

Widząc to, Olbrzym chwycił najbliższego z nich wolną ręką, nie wypuszczając Wilka z drugiej. – JUŻ!- krzyknął, pchając mężczyznę w stronę walczących.

Członkowie fałszywej Ręki ruszyli niechętnie do przodu. Nabierając rozpędu z każdym krokiem, wdarli się między niewykształconych i Defekt.

Jeden z nich trzymając w ręku siekierę wielką jak katowski topór, ruszył w stronę Dix, która uniknęła właśnie kolejnego strzału ze strzelby Wiewióra.

Dobiegając do dziewczyny, zamachnął się z wrzaskiem, jakby chciał przeciąć ją na pół.

Dix uchyliła się jednak przed nadlatującym ostrzem i prostując, uderzyła mężczyznę w gardło. Wzmocniony siłą błędu cios wbił atakującemu grdykę w głąb szyi, przez co padł on natychmiast na ziemię, dusząc się krwią.

Pozostali członkowie Armii nie odważyli się ruszyć na dziewczynę. Minęli ją szerokim łukiem tak, że w przerwie między nimi dostrzegła ona Olbrzyma zmierzającego w stronę autobusu. – MACIEJEWSKI! – krzyknęła, unosząc pistolet.

Olbrzym zdążył jednak wciągnąć Wilka za pojazd, znikając jej z pola widzenia.

Wpychając szeryfa Krańcowa na ścianę, Maciejewski sięgnął do pistoletu przy pasie. – Czas na ciebie! – zawołał, a w jego głosie zabrzmiał już triumf.

W tym samym momencie Wilk rozpłynął się w powietrzu, a na jego miejscu pojawiła się Szara z pistoletem w ręku. Kobieta trzymała wyprostowaną dłoń, przygotowana do strzału. Olbrzym zamarł, czując zimną lufę przy swoim czole.

Szara ścisnęła usta, spoglądając w oczy brata, jej palec zesztywniał na spuście…

W tym samym momencie, Wiewiór pojawił się znikąd i doskoczył do niej odciągając jej dłoń. Kobieta wystrzeliła w momencie gdy Olbrzym odchylał już głowę. Kula świsnęła, rozcinając mu skroń, z której momentalnie trysnęła krew.

Maciejewski stanął zszokowany, dotykając rany na głowie. Przez chwilę jego klatka piersiowa unosiła się gwałtownie, aż w końcu wydał z siebie pełen wściekłości ryk.

Obracającą się gwałtownie w stronę szarpiących się Wiewióra i Szarej, chwycił kobietę za głowę i biorąc potężny zamach wbił jej twarz w ścianę autobusu. Weteranka osunęła się natychmiast nieprzytomna, a Maciejewski jak w amoku, ruszył z powrotem w stronę placu.

- Wracaj tu, debilu! Musimy się przegrupować, wezwać ludzi! – krzyknął Wiewiór, ruszając za nim.

Ten jednak go nie słuchał, wyszukując wzrokiem Dix, która strzelała właśnie do jednego z Potłuków. Niczym rozwścieczony tur, ruszył natychmiast w jej stronę.

W międzyczasie przez główną bramę wbiegł Wilk, tym razem już rozkuty i z bronią w pogotowiu. Tuż za nim przedarli się: Mike, Krzak, Zjawa, Maniek, Dyzio i Kuba, po chwili do środka wpadła ciasno zbita gromada Grobelnych, oraz kilku innych wolnych weteranów.

***

- Kurwa, jaki chaos! – krzyknął Cichy, uderzając ręką o ścianę.

Szachraj, który wcisnął w oczy lornetkę, odparł natychmiast – wety wyczyszczą tych niewykształconych w kilka minut. Maciejewskiemu już puściły nerwy, on tego nie ogarnie... – westchnął zrezygnowany.

- Musimy coś zrobić! – odparł natychmiast Cichy, a Szachraj spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- Chcesz tam iść? To było zadanie Maciejewskiego!

Prawa ręka Daniela zerknął wyzywająco na swojego rozmówcę. – Zadanie jest Maciejewskiego, ale to co się tu stanie, będzie rzutowało na przyszłość Krańcowa! Chcesz ją oddać w ręce wetów pod wodzą Wilka?! A może szef ochrony H-Marketu zapomniał już jak się walczy w polu? Może szef ochrony H-Marketu po prostu się boi?

Szachraj roześmiał. – Kurwa Cichy, najbardziej boli mnie to, że doskonale wiem jak teraz ze mną pogrywasz. A jednak... jednak mam straszną ochotę pokazać im, jak walczy elita Armii! – powiedział, strzelając kostkami w palcach.

- Ja chronię Daniela…- zaczął Cichy.

- ...Daniel chroni mnie! – odparł Szachraj, stając na korytarzu. – Tylko ja nie mam tak łatwo rozkręcić woli…

Cichy spojrzał niepewnie na rozmówcę. – Czego potrzebujesz? – spytał.

- Uderz mnie, uderz najmocniej jak potrafisz – odpowiedział, nadstawiając twarz.

- Jesteś pewien? – dopytał Cichy.

- Lepiej ty, niż weterani!

***

Dix zabiła niewykształconego serią wystrzałów, dostrzegając w międzyczasie biegnącego w jej stronę Maciejewskiego. Od razu wymierzyła w niego pistolet. Olbrzym porwał jednak przebiegającego obok Potłuka i zasłaniając się nim jak tarczą, pędził dalej w stronę dziewczyny.

Kule świsnęły, wbijając się w twardą sylwetkę niewykształconego. Gdy był już prawie przy niej, Maciejewski poderwał istotę do góry i z impetem cisnął nią w liderkę Defektu.

Dix padła na ziemię, przygnieciona ciałem wciąż rzucającego się bezwładnie potwora. Z niemałym trudem zrzuciła go z siebie, by już po chwili ledwo uniknąć stopy Maciejewskiego, która rąbnęła w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą była jej głowa.

Dziewczyna, wciąż na plecach, obróciła się zwinnie i wymierzyła kopniaka w kolano Olbrzyma. Ten zachwiał się, a Dix wykorzystując okazję odczołgała się kawałek, by dać sobie czas na wstanie.

Maciejewski próbował chwycić ją od tyłu, ale jego rękę zablokował nadbiegający Mike.

- Może zmierzysz się z kimś swojego roz…- chciał powiedzieć strażnik murów, ale Olbrzym nie dał mu skończyć, natychmiast wymierzając cios głową.

Mężczyźni zwarli się momentalnie. Mike był o głowę niższy, ale nie ustępował Maciejewskiemu pod względem muskulatury.

Walczący wymienili kilka potężnych, ale chaotycznych ciosów. W końcu jednak, do Maciejewskiego wróciła jego rutyna zawodowego boksera. Odrywając się od Mike’a przyjął poprawną gardę, którą zablokował kilka następnych uderzeń. Wyczekując na okazję, wymierzył w końcu prawy prosty.

Mike’ z rozbitym nosem i krwawiącą wargą padł natychmiast na ziemię.

Dix próbowała wspomóc kompana ze Wspólnoty, ale w tym momencie kolejny strzał padł w jej kierunku. Tym razem, przed śmiercią ocaliło dziewczynę tylko działanie błędów. Śrut ze strzelby Wiewióra rozbiegł się dookoła niej, niczym rozgonione muchy.

- Ściągaj Banderaborda! Niech go tu przyślą, JUŻ! – krzyknął Wiewiór, próbując po raz kolejny trafić Dix.

Śrut zachował się jednak dokładnie jak poprzednim razem. Liderka Defektu nie chcąc dłużej wystawiać się na strzały, ukryła się za gromadą niewykształconych.

W międzyczasie Maciejewski nieco oprzytomniał. Złapał za radio wołając – Banderaboard, dawać go tu!

Nim jednak doszła do niego jakakolwiek odpowiedź, oślepił go błysk tuż pod jego stopami. Zjawa pojawiła się znikąd i z wrednym uśmiechem przycisnęła rękę do jego kamizelki. Przeczuwając, że dzieje się coś złego, Olbrzym odskoczył do tyłu jak słoń przed myszą. Już po chwili błysnęło po raz drugi, a Maciejewski dostrzegł ogromną dziurę wypaloną w swojej osłonie.

Część fałszywej Ręki rzuciła się w tym czasie do ucieczki, przeskakując przez ogrodzenie. Na placu oprócz Olbrzyma i Wiewióra została już tylko garstka ludzi ze Strefy Głodu. Na szczęście jednak dla żołnierzy Daniela, fala Potłuków zdawała się nie mieć końca, skutecznie wiążąc weteranów i Defekt w walce.

Maniek i Dyzio zostali odcięci w rogu placu i tylko ciągły ostrzał z pistoletów maszynowych uratował ich przed zatłuczeniem.

Grobelni zbili się w jeden kordon i próbowali zablokować drogę, przez którą niewykształceni dostawali się na plac.

Odcinając bramę, utrzymali się zaledwie kilka sekund, bo napór niewykształconych zmusił ich do wycofania. Osłaniając się wzajemnie tarczami, utworzyli okrąg, w którym skryło się kilku rannych weteranów.

Krzak poderwał oszołomionego po walce z Olbrzymem Mike’a, ratując go w ostatniej chwili przed nadbiegającymi Potłukami. Podtrzymując rannego towarzysza, dostał się do Dix. Liderka Defektu wykrzykując rozkazy, próbowała zebrać swój rozproszony po placu oddział do kupy.

- Kuba przekradł się do autobusu, jest pusty! – zawołał Krzak.

- Jak to pusty?! – krzyknęła Dix, gromadząc powoli swoich ludzi w jednym miejscu.

- Musieli ich gdzieś ukryć, trzeba przeszukać cegielnię. Niech któryś z twoich…- zaczął Krzak, ale przerwał momentalnie widząc, że na plac wbiegają Cichy i Szachraj.

Ten pierwszy zręcznie wyminął walczących i rzucił się z nożem prosto na Krzaka, który ledwo zdołał zasłonić się swoim karabinem. – WITAJ, BRACIE KRZYŚKU! – zawołał, napierając z taką siłą, jakby chciał przeciąć broń na pół.

Krzak po chwili siłowania odepchnął w końcu Cichego, a Dix razem z Mike’m rzucili się w jego stronę. Mężczyzna jednak zrobił się niewyraźny, zaczął się rozmywać, jakby nagle zachorował na ciężki defekt, a po chwili jego całkiem gładkie ciało upadło na ziemię.

- Uważajcie, to jego sztu… - chciał krzyknąć Krzach, ale w tym momencie spomiędzy walczących po raz kolejny wybiegł Cichy, rzucając się na niego. – WITAJ, BRACIE KRZYŚKU! – zawołał po raz wtóry.

W tym czasie Szachraj dobiegł do Olbrzyma, jego twarz była spuchnięta a z nosa lała mu się krew. - … kurwa, jak to boli – przeklął pod nosem, po czym zwrócił się do towarzysza z armii. – Maciejewski, tu już nie ma na co czekać! Gdzie twoi ludzie? Gdzie banderaboard?

Olbrzym rozejrzał się po placu, jakby oczekiwał, że jego ludzie magicznie pojawią się na nim. Gdy w końcu dotarło do niego, co się dzieje, natychmiast chwycił za krótkofalówkę. - Ręka! Do mnie, natychmiast!

- ...w drodze! – odpowiedział głos z radia.

Wtedy też Olbrzym poczuł jak kula o włos przeleciała mu obok głowy. Zjawa biegła w jego stronę, strzelając na oślep. Maciejewski cisnął radiem, które trzymał w ręku, prosto w twarz dziewczyny. Ta, nie spodziewając się czegoś takiego, nie zdążyła nawet wykonać uniku i padła na kolana z twarzą zalaną krwią.

Szachraj widząc ją, wykrzyczał głośne – KURWA! – W tym samym momencie ziemia pod jego stopami zadrżała.

Cały gruz, który leżał dookoła mężczyzny, uniósł się do góry, lewitując jak małe balony z helem. – Nażryjcie się, pieprzone wety! – krzyknął, a kamienie i resztki cegły wystrzeliły jak z karabinu we wszystkie strony.

Widząc to, Zjawa ruszyła w stronę Szachraja, ‘’przebłyskując’’ między kolejnymi falami kamieni.

Mężczyzna cofnął się, podrywając z ziemi kolejne sterty gruzu i próbował trafić dziewczynę.

W pewnym momencie weteranka nie zdążyła zsynchronizować kolejnego zniknięcia z nadlatującymi w jej stronę odłamkami. Trafiona boleśnie w bark odskoczyła na bok, rezygnując z pierwotnego celu.

Szachraj jednak nie odpuszczał i podrywając do góry coraz większe kawałki betonu, starał się dosięgnąć uciekającą teraz Zjawę.

Kolejny klon Cichego rozpadł się, odciągnięty od Krzaka przez Mike’a.

Dowódca ze Wspólnoty spojrzał na Dix, która mierząc dookoła czekała na kolejny atak. – Kuba przeszukuje cegielnię, musimy się utrzymać zanim nie znajdzie ludzi z autobusu!

- Zaraz kogoś…- zaczęła liderka Defektu, w tym momencie jednak nieludzki ryk przebiegł po placu. Banderaboard wyłonił się zza autobusu, zmierzając w kierunku walczących. – Nie mogę przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz chodziłem wolno…NAWET MARTWY, WCIĄŻ MOGĘ SŁUŻYĆ DANIELOWI! – zawołał super-żołnierz dwoma zupełnie odmiennymi głosami.

Widok przerażającego tworu Armii Daniela sparaliżował wszystkich.

Ponad trzymetrowa istota nosiła mundur wielkości plandeki, a czerwona wstążka na jej ramieniu mogła spokojnie służyć za szalik. Krocząc powoli, wykrzykiwała spod motocyklowego hełmu kolejne dziwne sformułowania. – Dlaczego ja nie czuję, że idę… ŚMIERĆ WETERANOM!- zawołała, ruszając w stronę walczących.

Dix pobiegła natychmiast w jego stronę. Kurz, który poderwał się w nienaturalny sposób pod jej stopami, zawirował dziewczynie dookoła kostek. Banderaboard widząc nadbiegającą liderkę Defektu, wykonał zamach z szybkością, której nie sposób było się spodziewać po jego posturze.

Uderzenie zostało przez chwilę zatrzymane przez Dix.

Super-żołnierz musiał jednak przebić się przez błąd, bo już po chwili trafiona ciosem dziewczyna potoczyła się po ziemi. – Już się nie boję weteranów! DANIEL PROWADZI MĄ DŁOŃ! – zawołał Banderaboard, maszerując teraz w stronę grupy Grobelnych.

W tym samym czasie Olbrzym i Wilk stanęli naprzeciwko siebie. Odcięci pośrodku placu przez niewykształconych, którzy szukali na ślepo kolejnych ofiar.

Wilk upuścił pistolet, w którym zabrakło mu już kul i wyciągnął nóż, wołając - Dzisiaj to skończymy Maciejewski!

- Masz rację – odparł Olbrzym. – Dzisiaj umrzesz!

Mężczyźni ruszyli na siebie. Wilk zręcznie uniknął pierwszego ciosu Olbrzyma i przebiegając pod jego ramieniem, pociągnął mu ostrzem poniżej kamizelki.

Maciejewski ryknął wściekle i łapiąc biegnącego Wilka za tył bluzy, szarpnął go na ziemię jak szmacianą lalkę. Szeryf Krańcowa potoczył się do tyłu. Olbrzym ruszył w jego stronę, chcąc dobić go potężnym kopniakiem w głowę. Gdy jednak do uderzenia zabrało dosłownie sekund, w Maciejewskiego wparował Potłuk. Istota zamachnęła się swoim maczugowatym ciałem, trafiając Olbrzyma w bark, a potem w plecy.

Rozwścieczony Maciejewski pchnął Potłuka oburącz, przez co istota praktycznie wykonała piruet na ziemi.

Wilk zdążył poderwać się w tym czasie na równe nogi. Tnąc zamaszyście po raz kolejny, pociągnął ostrzem po kamizelce Olbrzyma. Ten, nie przejmując się tym zupełnie, wymierzył mu podbródkowy. Szeryf Krańcowa dał krok do tyłu, przymroczony.

W tym samym czasie, Banderaboard rozbił jednym uderzeniem zgrupowanie Grobelnych. Potłuki natychmiast ruszyły między rozproszonych weteranów i rannych, których osłaniali. Najbliżsi Defektowcy ruszyli w stronę istoty, chcąc ratować niezdolnych do walki towarzyszy.

Zjawa, która uwolniła się w końcu od ostrzału Szachraja, pojawiła się natychmiast pod nogami super-żołnierza. Celując z pistoletu maszynowego, wystrzeliła cały magazynek w jego klatkę piersiową.

Z ciała Banderaboarda nie wyleciała jednak nawet kropla krwi. Spojrzał on na dziewczynę, mówiąc swoim dwugłosem – przypominasz mi kogoś, kogo kiedyś znałem… NIENAWIDZĘ CIĘ! –

Super-żołnierz wziął błyskawiczny zamach, ale weteranka błysnęła do tyłu. Rozwścieczony Banderaboard podążył za nią.

Wilk i Olbrzym ciągle toczyli nierozstrzygniętą walkę. Na ciele Maciejewskiego w wielu miejscach widać było cięcia od noża. Szeryf Krańcowa był tak poobijany, że jego twarz przypominała kolorem śliwkę.

Ostatni przebrani za Rękę Olbrzyma uciekali z placu. Szachraj zniknął ledwie chwilę temu, gdy tylko Zjawa zaczęła walkę z Banderaboardem. Kopie Cichego ciągle jeszcze pojawiały się w różnych miejscach, atakując losowych weteranów, ale po nim samym nie było już nawet śladu.

- Przegrałeś, Maciejewski – wysapał Wilk, a z jego obitych warg prysnęła wymieszana ze śliną krew.

- Jeszcze tu stoję... - odwarknął Olbrzym.

Mężczyźni ruszyli na siebie, zbierając resztki sił. Zmęczony Olbrzym był dużo wolniejszy, więc Wilk bez trudu uniknął nadlatującego ciosu. Przebiegając pod wyciągniętą ręką Maciejewskiego, wykonał kolejne cięcie na jego przedramieniu.

Olbrzym ryknął wściekle i łącząc obydwie ręce, rąbnął Wilka w plecy, przez co ten po raz kolejny upadł na ziemię.

W tym momencie do uszu obydwu mężczyzn dobiegł krzyk - Ogień! Pali się!

Maciejewski rozejrzał się i dostrzegł ogromny słup dymu, wydobywający się od strony kryjówki jego żołnierzy. Wykorzystując roztargnienie Olbrzyma, Wilk poderwał się z ziemi i wskoczył mu na plecy. Ostrze noża dotknęło brody Maciejewskiego, ten jednak zareagował błyskawicznie. Chwytając szeryfa Krańcowa za nadgarstek, uchronił się przed poderżnięciem gardła. Następnie zrobił coś, czego Wilk nie mógł się spodziewać.

Olbrzym rozpędził się do tyłu i wyskakując, z impetem rzucił się na plecy. Przygnieciony ciężarem mężczyzny Wilk, natychmiast wypuścił nóż. Pozbawiony tchu, był już na skraju przytomności.

Podnosząc się, Maciejewski chwycił na wpół przytomnego Wilka za szyję. - Urwę ci ten kurewski łeb! - warknął, opluwając szeryfa Krańcowa swoją krwią.

Wilk resztkami sił wbił paznokcie w ręce Olbrzyma próbując rozluźnić uścisk na swojej krtani. Maciejewski spojrzał na niego pogardliwie. - To twój koniec...- wysapał, podciągając go bliżej.

Szeryf Krańcowa rozszerzył przerażone oczy, gdy Olbrzym złapał go wolną ręką za brodę i wykręcił głowę z niewyobrażalną siłą. Z karku Wilka dobiegł głośny trzask, a jego bezwładne ciało wylało się z rąk Maciejewskiego.

W tym samym momencie przenikliwy krzyk rozdarł plac. Zarówno Weterani jak i niewykształceni zamarli przez chwilę, bo świdrujący wrzask zdawał się wydobywać z wnętrza każdego z nich.

Maciejewski spojrzał w głąb placu, dostrzegając jedynego człowieka dorównującego mu tutaj wzrostem. Szara miała otwarte usta, a jej krzyk zdawał się roznosić wszędzie. Jej włosy unosiły się jak podnoszone wiatrem, a z oczu wręcz błyskała żądza mordu.

Olbrzym wiedział, że kolejnego pojedynku już nie wygra. Ruszył biegiem w stronę przejścia, z którego nadbiegały Potłuki i przepychając się między niewykształconymi, zaczął uciekać z cegielni.

Krzak dostrzegając to, ruszył natychmiast w pościg. Szara popędziła zanim.

Na placu pozostali już tylko wrogowie Daniela, niewykształceni oraz Banderaboard.

Dix, która rozeznała się w sytuacji, wykrzyczała w stronę defektowców. - To prawie koniec! Musimy znaleźć Dzikiego!

Kuba, który pojawił się przy niej, zawołał – Dix, stało się coś dziwnego! Ludzie z ręki Olbrzyma leżą martwi pod płonącym budynkiem. Nie mogę też znaleźć nikogo z autobusu!

- Szukaj dalej! – krzyknęła literka Defektu, widząc jak Kuba robi się przeźroczysty i znika. Ona sama ruszyła na pomoc Zjawie.

Banderaboard nie odstępował weteranki nawet na chwilę, wymierzając bez zmęczenia kolejne ciosy, z których każdy mógł zgnieść człowieka jak muchę.

- Kurwa, za dużo błędów... jeszcze trochę i się rozmyję - pomyślała, przerażona Zjawa.

Kolejne błyśnięcie, które pozwoliło jej na uniknięcie uderzenia, było jednocześnie końcem jej sił. Dziewczyna padła na kolana. To był ten moment. Czuła już jak jej ciało zaczyna się odczulać, wiedziała że jeśli ''odskoczy'' jeszcze raz, zaleje się defektem. Banderaboard wciąż rozpędzony zaciskał już pięść do kolejnego ciosu.

Czy przeżyje to uderzenie, jeśli nie błyśnie? Czy warto przetrwać chorując na defekt?

Weteranka zamknęła oczy, szykując się na przyjęcie impetu ciosu, ale w tym momencie istna kanonada poleciała w stronę Super-żołnierza. Dix, razem z Defektowcami i weteranami, strzelała ze wszystkiego co mieli.

Banderaboard zatrzymał się, przyjmując bez wzruszenia kolejne pociski. - Nie jestem pewien czy mogę umrzeć po raz drugi...TO ONI UMRĄ!

Dix doskoczyła do Zjawy, odciągając ją na bok. - Jesteś na granicy, uciekaj! - zawołała w stronę weteranki.

Zjawa pokręciła jednak głową. - Moja wola szybko wraca, dajcie mi tylko chwilę...-

Liderka Defektu oparła weterankę o płot. W tym czasie Banderaboard ruszył w stronę strzelających. - Tam jest tylko ciemność, pamiętam tylko ciemność... DANIEL JEST MOIM ŚWIATŁEM! - wykrzykiwało monstrum, niestrudzenie atakując kolejnych ludzi.

Ci, którym nie udało się uniknąć uderzenia, odlatywali jakby trafił w nich rozpędzony samochód.

Zjawa stała przy płocie, próbując ze wszystkich sił zebrać się w sobie. - Dlaczego nie wraca, dlaczego właśnie teraz nie wraca. Przypomnij sobie, przypomnij jak cię zostawili, Iskierka... tak na ciebie mówił, a potem zostawił... zostawił na śmierć! PIERDOL SIĘ, LANCE!

Weteranka wyskoczyła przed walczących, trzęsąc się ze złości. - Nawet go tu kurwa nie ma! Jebany tchórz, któremu znowu się upiecze! Który nie przyszedł walczyć dla wspólnej sprawy! NIE MA CHOLERNEJ SPRAWIEDLIWOŚCI!

Banderaboard zatrzymał się, przyglądając zbliżającej dziewczynie. - Dlaczego znowu próbujesz, nie powinnaś już walczyć... JESTEŚ NICZYM!

- NIE! TO TY, BĘDZIESZ NICZYM! - krzyknęła Zjawa.

Znowu błysnęło, tym razem jednak weteranka pojawiła się kilka metrów nad ziemią, tuż naprzeciw twarzy super-żołnierza. Nim grawitacja zdążyła pociągnąć ją na dół, wbiła pistolet w głowę istoty, rozbijając szybę jej kasku. Spadając nacisnęła spust, lądując po chwili pod stopami potwora.

Banderaboard rzucił się do tyłu, wrzeszcząc. Najwidoczniej ukryta pod osłoną głowa była jego jedynym słabym punktem. Miotając się, super-żołnierz potknął się o trupy Potłuków i przebijając się przez ogrodzenie, padł w końcu na ziemię. - Znowu robi się ciemno, znowu słyszę ten gwizd, znowu robi się ciemno... BOJĘ SIĘ...

Super-żołnierz wyzionął ducha. Nikt jednak nie wiwatował. Wszyscy spoglądali na dziurę w płocie, za którą, jak sparaliżowany, stał Dziki w towarzystwie Pierwszego.


187 wyświetlenia4 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie