Krańcowo II - Rozdział XI - Tajemnice Strefy Głodu

Aktualizacja: cze 6

Noc w Strefie Głodu nadchodziła w blasku dziesiątek ognisk płonących niemrawo przy szałasach. Zdawałoby się, że wśród tylu źródeł ciepłego światła nie ma sposobności, by stało się cokolwiek złego. Było to jednak tak złudne, jak chwilowy spokój panujący wśród herlaków. Ci z nich, którzy żyli tu dostatecznie długo, by nabrać jakiegokolwiek doświadczenia, zdążyli się już nauczyć, że noc nadchodząca po błysku to prawdziwy koszmar.

Większość z nich nie spała. Czuwali, wpatrując się w ogniska wzrokiem pozbawionym jakiegokolwiek życia czy nadziei. Mało kto ze sobą rozmawiał. Jedyny dźwięk, jaki roznosił się w powietrzu, pochodził z płonących gałęzi.

Nawet obrońcy, skrywający się za bezpiecznymi zasiekami przy H-markecie, wyglądali na niezwykle spiętych. Nerwowo świecili latarkami we wszystkie strony i chwytali za broń za każdym razem, gdy coś zdawało się poruszyć w półmroku.

Pojedynczy niewykształceni przychodzili w ciszy. Atakowali to, co mieli akurat na wyciągnięcie zniszczonych dłoni. Nie wybierali. Z tego powodu większość herlaków siedziała w grupach. Im większa była gromada, tym mniejsza szansa na zostanie kolejną ofiarą.

Gdy jakiś potwór natrafił na pełne ognisko, wszyscy po prostu uciekali pod płot. Ich jedyna nadzieja była w tym, że któryś z obrońców zastrzeli niewykształconego, nim ten zdąży kogoś zabić.

Pod płotem nie wolno jednak było się gromadzić ani zostawać zbyt długo. Wyrysowana na parkingu czerwona linia wyznaczała nieprzekraczalną granicę. Gdy niewykształcony leżał już martwy, herlacy zabierali jego ciało i wracali do swoich ognisk. Jeżeli ktoś nie chciał wrócić i uporczywie trzymał się okolic płotu, leżał po chwili martwy z dziurą w głowie, a jego ciało było również zabierane.

Była to niepisana umowa między Obrońcami a herlakami. Za linią miał być porządek. Gdy ciało niewykształconego nie zostało zabrane, ochrona nie strzelała do kolejnego, czekając aż ten zrobi masakrę.

Pecha mieli też ci, którzy pod płot uciec nie zdążyli. Gdy niewykształcony kogoś już dopadł, nikt mu nie pomagał, wszyscy tylko uciekali. Między herlakami nie było solidarności.

Ten przytłaczający obraz Strefy Głodu malował się przed Dzikim za każdym razem, gdy wyjrzał przez szybę w autobusie. Piętrus, zaparkowany w samym środku strefy, pozwalał zobaczyć nie tylko okolicę marketu, ale również blok w którym mieszkał Tyzak. Skupiając się, można stąd było zobaczyć nawet sam Gorgor, siedzibę Daniela.

Na szczęście dla mieszkańców autobusu, jako przynęta byli zbyt cenni by ich narażać. Kilku ludzi z Ręki Olbrzyma siedziało pod ich drzwiami, odstrzeliwując każdego niewykształconego, który znalazł się w zasięgu. Dziki przeraził się, widząc z jaką pewnością i spokojem radzili sobie oni z kolejnymi nadchodzącymi potworami. Nadzieja na to, że plan Maciejewskiego jednak nie wypali, umierała w nim z każdą minutą.

Zmęczony ciągłym widokiem śmierci, odwrócił się, patrząc teraz na puste piętro. Armia Daniela zabrała z niego wszystko oprócz podsufitki i fotela. – Żałosne - pomyślał, siadając na pustym miejscu.

Z dołu słychać było szepty autobusiarzy. Zdawało się, że nikt nie chce wzbudzać uwagi strażników, którzy pilnowali ich na zewnątrz. Dziki zastanawiał się o czym mogą rozmawiać. Może pomstowali właśnie na dzień, w którym Kuba powierzył mu opiekę nad autobusem?

Mimo wytężania uszu nie udało mu się wyłapać żadnego konkretnego słowa. Nie chciał jednak schodzić na dół i pakować się w kolejny ogień bezsensownych pytań... Co z nami będzie? Czy oni nas wypuszczą? Czy mamy jakiekolwiek szanse?

Nie znał odpowiedzi, a to, czego się domyślał, nikomu nie poprawiłoby humoru.

Do głowy ciągle przychodziły mu wspomnienia sprzed kilku godzin. Gdyby tylko szybciej rozprawił się z Żółtym i ruszył pomóc Kluczowi, albo krzyknął do Greena, by ten zaatakował Wiewióra od tyłu…Gdyby nie wypuścił broni z ręki, po tym jak Janek zahamował. Dziesiątki możliwych rozwiązań przechodziły mu przez głowę sprawiając, że gorycz którą czuł, znowu stała się nie do zniesienia.

Zaciskając pięść, uderzył z całej siły w szybę. Ból rozlał się po jego ręce, dając chwilowe zapomnienie. Uderzył po raz kolejny, a potem po raz kolejny. Uderzał pięścią w szybę, aż jego kostki pokryły się krwią, dopiero gdy szyba nie wytrzymała i pojawiło się na niej pęknięcie, wrócił do siebie.

Czując ból pulsującej dłoni, opadł załamany na krzesło. - Kurwa…dlaczego wszystko robię źle…

Przymknął oczy, nie chcąc patrzeć na własną krew cieknącą mu po dłoni. Uniósł jednak głowę, gdy usłyszał odgłos kroków na schodach. Czyżby do kogoś na dole dotarł jego wybuch?

Oli wczłapała się powoli na piętro, dostrzegł jej oczy przebiegające w półmroku. – Wszystko w porządku Dziki? – spytała, zbliżając się.

W tym momencie miał ochotę milczeć, udawać, że już dawno odpłynął. Wiedział jednak, że Oli na pewno się na to nie nabierze. - Tak, co z Kluczem? - spytał, chowając dłoń między fotel a ścianę busa.

Oli przyklęknęła obok, opierając głowę o jego ramię. - Green wyciągnął mu kulę i opatrzył ranę, ale wciąż nie jest z nim dobrze - odpowiedziała smutno.

Słysząc żal w jej głosie, Dziki przycisnął kostki do ściany ze wszystkich sił. Jakby chciał po raz kolejny ukarać się za to co zrobił. Jednocześnie skinął głową na znak, że zrozumiał. Nie miał ochoty na rozmowę, jeszcze nigdy w swoim życiu nie chciał tak bardzo po prostu zniknąć.

Dziewczyna nie odchodziła jednak, jej dłoń powędrowała po jego brzuchu a druga za plecami. Obejmowała go, a on po raz pierwszy poczuł, że nie ma na coś takiego najmniejszej ochoty.

Wyczuwając zapewne jego spięcie, dziewczyna spojrzała mu z niepokojem w twarz. Jej zwykle radosne oczy, przepełnione teraz żalem, były dla niego najgorszą możliwą karą. – To nie two… - zaczęła po chwili, przerwał jej jednak natychmiast. – OLI, DOŚĆ!

Podrywając się z miejsca, wyrwał się z uścisku dziewczyny. Tak bardzo się tego bał, tak bardzo nie chciał usłyszeć tych kłamliwych usprawiedliwiających go słów. Poczuł, jak gorycz rozlewa się w nim, aż w końcu nie utrzymał jej w środku i wykrzyczał. - Nie chcę, żebyś mnie usprawiedliwiała! Nie chcę, żeby ktokolwiek to robił! To, co się stało, to tylko i wyłącznie moja wina! Boże, gdyby Primo dalej był waszym strażnikiem, takie coś nigdy by …

W tym momencie dziewczyna nie wytrzymała i strzeliła go w twarz otwartą ręką. Spojrzała potem na jego zakrwawioną dłoń i spoliczkowała go ponownie. - NIE MASZ PRAWA TAK MÓWIĆ! - wykrzyczała, zalewając się łzami. - Prawda, Primo nigdy nas nie naraził. Primo zawsze trzymał nas na uboczu, ale gdyby ten autobus miał być dalej taki jak za czasów Prima... To równie dobrze mógłby wcale nie istnieć! Jeżeli ktoś myśli, że w tak chorym świecie można pomagać ludziom i się nie narażać, jest idiotą. Od kiedy zostałeś naszym Strażnikiem… Ja… ja nie byłam tak szczęśliwa od śmierci Brissa. W końcu robiliśmy to, dla czego to wszystko zostało stworzone, w końcu mieliśmy tu kogoś, kto rozumiał, że warto pomagać innym. Nie ze strachu, nie dla zysku albo "bo się kiedyś odwdzięczy” ale dlatego, że tak postępują ludzie. Nigdy nie miałam ci za złe decyzji, które podjąłeś, ale jeżeli kiedykolwiek powiesz, że ich żałujesz...że żałujesz tego, że tu jesteś...JA CIĘ ZNIENAWIDZĘ, DZIKI!

Dziewczyna padła na kolana, opierając głowę o jego nogi i wylewając na nie strumienie ciepłych łez. Nie był w stanie powiedzieć nawet słowa, język uwiązł mu w gardle. Po chwili Oli nie patrząc na niego, wyszeptała - tyle razy powtarzałam ci, że jesteś najlepszy... Nie dlatego, że dobrze strzelasz... Nie dlatego, że bez mrugnięcia oka rzucałeś się dla nas na niewykształconych. Dla mnie jesteś najlepszy, bo Nowy Świat nie zabił w tobie tego, co dobre. Łatwo być egoistą, łatwo nie przejmować się dobrem innych. Nawet w Starym Świecie żyjąc w taki sposób było zdecydowanie lepiej, ale ty nawet tutaj ciągle jesteś po prostu dobrą osobą.

Dziki nie poczuł się ani trochę lepiej. Wręcz przeciwnie, widząc jakie Oli pokładała w nim nadzieję, zrobiło mu się jeszcze bardziej wstyd. Uświadomił sobie, że klęczała przed nim niewinna, troskliwa i prawdopodobnie najbardziej bezinteresowna osoba, jaką kiedykolwiek spotkał. A on nie potrafił jej ochronić, nie potrafił też powiedzieć nic pocieszającego, położył tylko swoją dłoń na jej głowie. Nic co przyszło mu w tym momencie na myśl i tak nie przeszłoby mu przez gardło.

Oli podniosła się wciąż zalana łzami. Nie mogąc znieść widoku jej zrozpaczonej twarzy, Dziki wyjrzał przez okno. Pod siatką marketu trwała właśnie prawdziwa bitwa. Ogromny Krańcowski Dziad, znacznie większy niż ten, który pojawił się na polanie, przekroczył czerwoną linię i jednym uderzeniem zmiótł grupę herlaków. Wyglądało to niczym kosa ścinająca kłosy.

Tuż zanim przebiła się banda potłuków, dopadając do ludzi którzy nie zdążyli uciec i rozpoczęła bezlitosne okładanie leżących na ziemi. Obrońcy zgrupowali się i dzięki zmasowanemu ostrzałowi pozbawili w końcu Dziada życia. W panującym chaosie próbowali teraz wystrzelać pozostałych niewykształconych.

Przyglądając się temu, Dziki nie zauważył nawet, jak na piętro wszedł nieoczekiwany gość.

Postać ubrana była w czarno-biały mundur Braci z grubą czerwoną wstążką na ramieniu. Dopiero po chwili rozpoznał w nim Wiewióra. Przez kilka godzin, w których się nie widzieli, mężczyzna zdążył się umyć, ogolić, a nawet przyciąć włosy. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam…- stwierdził zdawkownie, patrząc na Oli.

Dziewczyna odwróciła głowę w stronę ściany, chcąc chyba ukryć ślady po płaczu.

- Czego od nas chcesz? - spytał gniewnie Dziki, ledwo powstrzymując się od rzucenia na mężczyznę.

- Daniel chce się z tobą spotkać - powiedział Wiewiór, poprawiając nerwowo wstążkę, która zsuwała mu się z ramienia. - Zaprasza cię na kolację. Na twoim miejscu bym nie odmawiał.

Oli popatrzyła na Dzikiego, kręcąc głową, gdy ten zbliżył się do Wiewióra. - Co z moimi towarzyszami? Mam ich zostawić?- spytał z kpiną.

- Nic im się nie stanie, pilnuje ich czterech doborowych żołnierzy. A teraz choć, naprawdę nie warto kazać Danielowi czekać - odparł Wiewiór, odwracając się na pięcie.

W tym momencie Dziki poczuł niewyobrażalną ochotę wyszarpnięcia mężczyźnie noża z kabury przy pasie. Myślał o tym by wbić mu go w plecy, tak samo jak on wcześniej zrobił to wszystkim weteranom.

Widząc jego zaciskającą się pięść, Oli doskoczyła, łapiąc go za rękę. Dziki skinął głową, wyślizgując się delikatnie z jej uścisku. - Nic mi nie będzie - wyszeptał. - Pilnuj pozostałych.

Na dole czekało na nich dwóch żołnierzy z Ręki Olbrzyma. Obaj zerkali podejrzliwie na mieszkańców autobusu, zaciskając jednocześnie dłonie na karabinach.- Dobra, tego zabieram do Gorgoru, reszta ma pozostać bezpieczna - rozkazał Wiewiór.

Żołnierze potwierdzili głowami, że przyjęli polecenie i wyszli z autobusu stając po obu stronach wejścia.

Dziki przecisnął się za Wiewiórem odprowadzany zaniepokojonymi spojrzeniami mieszkańców.

Weronika, która siedziała prawie przy wyjściu, złapała go za rękę. - Dziki, co się dzieje?- spytała przerażona.

- Muszę iść spotkać się z Danielem, bądźcie spokojni i nie próbujcie nic głupiego – wyszeptał, po czym ruszył za Wiewiórem na zewnątrz.

Chłód i zapach dymu było pierwszym, co przywitało go po wyjściu z autobusu. Zasunął kurtkę, spoglądając na najbliższe ognisko, gdzie żołnierze z Ręki opiekali kiełbasę.

- Trzymaj się blisko mnie - rozkazał Wiewiór i ruszył drogą między szałasami.

Wchodząc w głąb Strefy Głodu, Dziki dostrzegł, że siedzący przy ogniskach herlacy łypali na nich złowieszczo, jakby czekając na okazję, by rzucić im się do gardeł. Ze swoimi zapadłymi twarzami i brudnymi ubraniami bardziej przypominali niewykształconych niż ludzi.

Dostrzegając, jak Wiewiór ucieka od nich wzrokiem, powiedział zaczepnie. - Widzę, że wydanie nas ci się opłaciło, z tego co się orientuję to mundur Braci…- zakpił.

- Realizacja planu nie przyczyniła się do mojego awansu - odparł natychmiast były weteran. - Należałem do Braci, zanim w ogóle poznałeś to pojęcie. Po prostu musiałem być gdzie indziej – powiedział chłodno, zatrzymując się na chwilę.

Tuż przed nimi przebiegła właśnie grupa herlaków, uciekających w popłochu w stronę płotu.

Wiewiór zaklął pod nosem po czym złapał Dzikiego za kurtkę i wciągnął do najbliższego szałasu, blokując wejście kawałkiem sklejki.

Upadając na karton, który służył chyba za łóżko, Dziki poczuł zapach stęchlizny i moczu. Wewnątrz stał tylko brudny plecak, nie było nawet latarki. Sam szałas zrobiony był z euro palety i pudełek po rogalikach. Przez dziury w ścianach doskonale widać było, co dzieje się na zewnątrz.

- Bądź teraz cicho - wyszeptał Wiewiór.

Po chwili, Dziki usłyszał złowieszcze trzaski, przypominające dziesiątki łamanych gałęzi. Rumor narastał, aż w końcu jego źródło zdawało się przemieszczać zaledwie o krok od nich. Dziki miał wrażenie, że zaraz coś rozerwie szałas, w którym siedzą. Wiewiór złapał nerwowo za pistolet, a jego ręka zadrżała.

Przekręcając się, wyjrzał przez dziurę przy podłodze. Niemal natychmiast dostrzegł coś, co wyglądało jak czarne korzenie ogromnego drzewa wyciągnięte z ziemi. Tylko że zwykłe korzenie nie poruszałyby się jak nogi u jakiegoś owada.

Dziwna istota przemieściła się o krok od szałasu, podążając w ślad za uciekającymi herlakami.

- Co to było? – wyszeptał Dziki, gdy rumor całkiem zanikł.

- Leśniczy, naprawdę straszne cholerstwo – odparł Wiewiór, łapiąc się jednocześnie za krótkofalówkę. - Kurwa, nie powinienem wyłączać radia - dodał zirytowany.

Przez odbiornik od razu zaczęły wypływać dziesiątki komunikatów ze Strefy Głodu.

Mała grupa gospodarzy przy bloku 1, rozpoczynam atak… Zgromadzenie herlaków za czerwoną strefą, południe od wejścia, zbierać się do odparcia uderzenia...Punkt obserwacyjny jeden, Leśniczy w Strefie kwadrat –centrum/wyjście kieruje się w stronę płotu…

Wiewiór wsłuchiwał się przez chwilę w wiadomości, zapewne oceniając czy droga jest bezpieczna. Po jakimś czasie dał Dzikiemu znać, że mogą ruszać dalej. Wychodząc z szałasu, Dziki dostrzegł kawałki drewna i kilkanaście zgniecionych schronień.

Reszta drogi minęła im znacznie spokojniej. Idąc dalej w głąb Strefy Głodu, napotykali coraz mniej niewykształconych, a i siedzący przy ogniskach herlacy wyglądali na spokojniejszych. Dziki zastanawiał się nawet, dlaczego wszyscy koczujący ludzie nie próbują dostać się bliżej środka obozowiska. Odpowiedź przyszła jednak sama.

Gromada herlaków zauważyła swojego pobratymca przekradającego się między szałasami i dopadła do niego niemal natychmiast.

- Hej! Ty jesteś zewnętrzny, wypierdalaj na skraj obozu! - ryknął jeden z mężczyzn, wymachując wściekle kijem w swoich rękach.

Przybysz stawiał tylko nieznaczny opór, bo już po chwili został wygoniony na zewnętrzną część obozu przez mężczyzn wściekle łojących mu plecy kijami.

Dziki zmieszany tym widokiem, stwierdził retorycznie. - Więc nawet na dnie są ''lepsi'' i ''gorsi''...

Wiewiór, słysząc to, odpowiedział nie odwracając się jednak w jego stronę. - Środek obozowiska jest najbezpieczniejszy, kto ma tutaj szałas pilnuje go jak oka w głowie...

Po kolejnej minucie marszu natknęli się na następne zgromadzenie miejscowego samosądu. Trzech mężczyzn szarpało młodą dziewczynę, która mogła być w wieku Beaty albo Laury. Dziki zacisnął zęby, gdy nagle do jego uszu dobiegł znajomy głos.

- Ty zewnętrzna szmato! Ukrywać w moim szałasie ci się zachciało! - krzyknął mężczyzna, ciągnąc dziewczynę za włosy.

Dziki zbliżył się do walczących prawie natychmiast rozpoznając Łajzę, który miał być szpiegiem Wilka. Wiewiór zatrzymał się, opierając rękę na pasie z bronią, nie ingerował jednak w sytuację.

- Cześć! Pamiętasz mnie? - spytał Dziki, a Łajza obrócił się w jego stronę z miną jakby zobaczył ducha.

Szpieg Wilka pobladł i zaczął się trząść dukając – Ty... ty... co ty?

Dziki nie dał mu jednak skończyć, chwycił go za chabety i wyszeptał tak by Wiewiór tego nie słyszał. - Jeżeli tej dziewczynie spadnie dzisiaj włos z głowy, Daniel dowie się, że jesteś szpiegiem, a Wilk, że wciąż żyjesz i olałeś swoje zadanie. Nigdzie w Krańcowie nie znajdziesz spokojnego miejsca...

Łajza był w takim szoku, że przez chwilę poruszał tylko bezgłośnie ustami, niczym przerośnięta rybka w akwarium. Gdy jednak dotarły do niego słowa Dzikiego, natychmiast rzucił się w stronę dziewczyny. - Skarbie, tak mi przykro za moje zachowanie... Oczywiście jak chcesz, ukryj się w moim szałasie - powiedział, głaszcząc ją po głowie i prowadząc w stronę schronienia.

Wiewiór widząc to zaklaskał, spoglądając na Dzikiego. - Ładny gest, masz w sobie więcej charyzmy niż myślałem. Tylko, że próby wprowadzania moralności między degeneratami to orka na ugorze. Pamiętaj też, że ta dziewczyna nie siedzi tu bez powodu...

Dziki nie odpowiedział, dla niego to właśnie Wiewiór był moralnym degeneratem.

Były weteran prowadził Dzikiego dalej, aż doszli w końcu do sporego rzędu pawilonów ciągnących się po drugiej stronie Strefy Głodu.

Pierwsze co dało się zobaczyć, zbliżając do tego budynku, to ogromny napis GORGOR wymalowany na spadzistym dachu. Miejsce nie nosiło już nawet śladu tego czym było w Starym Świecie. Większość okien i drzwi była zamurowana, te które pozostawiono nienaruszone, zabezpieczono potężnymi kratami. Na balkonach znajdowały się stanowiska strzeleckie, obsadzone przez mężczyzn w czarno-białych mundurach.

Dziki, stając naprzeciw budynku, westchnął. - Więc tak wygląda siedziba Daniela...

Wiewiór zatrzymując się obok, odparł - ciężko było zabezpieczyć to miejsce, ale jest dla Armii szczególnie ważne. Chodź, wejście jest z tyłu budynku.

Przechodząc za róg, doszli do ogromnego betonowego muru, który musiał powstać już w Nowym Świecie. Przed bramą z kutej blachy stało dwóch strażników w czarnych mundurach. Takich samych jakie nosili obrońcy marketu.

Przyglądając się, Dziki dostrzegł na ich ramionach dość groteskowy napis. - Ja chronię Daniela, Daniel chroni mnie.

Strażnicy skłonili się lekko Wiewiórowi, otwierając bramę zza której natychmiast dobiegł niesamowity rumor oraz ostre światło. Cały plac za pawilonem tonął w oślepiającym blasku elektrycznych lamp. Gdy oczy Dzikiego wróciły już do normy, natychmiast dostrzegł kilka generatorów, połączonych ze sobą plątaniną kabli.

Jakiś mężczyzna o kruczoczarnych równych włosach zbliżył się natychmiast do wejścia. - Myślałem już Bracie Damianie, że się w coś wpakowałeś po drodze! - wykrzyczał, starając się przebić przez hałas.

Wiewiór, przechrzczony na Brata Damiana, odpowiedział – Nie spodziewałem się, że noce w Strefie Głodu są takie ciężkie!

- Dziś nie jest źle! Mało specjalistów... Wchodźcie lepiej, wieczerza już trwa! - odparł mężczyzna i wrócił do doglądania generatorów.

Wiewiór skinął na Dzikiego i poprowadził go przez podwórze do wejścia.

Solidne antywłamaniowe drzwi stanowiły jedyną drogę do Gorgoru. Przechodząc przez nie, weszli wprost do ogromnego jasnego pomieszczenia. W Starym Świecie musiało być to wejście do pierwszego ze sklepów mieszczących się dawniej w pawilonie. Na zakratowanej szybie wciąż widoczna była naklejka z godzinami otwarcia.

Obecnie, miejsce zostało przemianowane na swoiste muzeum ''osobliwości Nowego Świata”. Na półkach i podestach rozstawione były liczne anomalie i dziwactwa, które można było spotkać w Krańcowie.

Tuż obok wejścia stała gablota wypełniona zalanymi w formaldehyd głowami zniczy. Niewykształconych, którzy bardzo często krążyli w okolicach cmentarza.

Nieco dalej, na sporym manekinie, rozciągnięty był czerwony płaszcz Grabarza wraz z oprawionymi kolcami. Tuż za nim, na wieszaku, powieszony był strój Poległego.

To co jednak najbardziej zwracało uwagę, to ogromna oszklona gablota, pełna jakby się wydawało codziennych przedmiotów.

- To relikty - wyjaśnił niepytany Wiewiór, widząc jak Dziki spogląda na wystawę. - Każdy kryje w sobie jakiś niezrozumiały fenomen...

- Fenomen? – dopytał Dziki, przyglądając się na dzwoniący telefon komórkowy.

Wiewiór zbliżył się do gabloty. - A no właśnie, sam często spotykałem podobne rzeczy, gdy podróżowałem po Krańcowie. Ten telefon na przykład ciągle dzwoni - powiedział, wskazując palcem. - Jeżeli odbierzesz, po tamtej stronie usłyszysz czyjś oddech, ale nikt ci nigdy nie odpowie. Jak tylko się rozłączysz, zaczyna dzwonić od nowa, a jego bateria nigdy się nie rozładowuje - wyjaśnił.

- A to? – spytał Dziki, zerkając na mały zrywkowy kalendarz.

- Za każdym razem gdy na niego spojrzysz, pokazuje inną datę - odpowiedział Wiewiór. - Jeżeli kilka osób patrzy się naraz, tylko jedna z nich widzi cokolwiek. Pozostali dostrzegają pustą kartkę - dodał po chwili.

Dziki spojrzał na widoczną stronę i zobaczył datę 22 listopad. Zamknął na chwilę oczy i gdy tylko je otworzył, data zmieniła się na 3 grudnia. - Przerażające…- podsumował, odchodząc od wystawy.

Przebiegając wzrokiem po innych niesamowitościach, dostrzegł coś od czego jego serce zabiło szybciej. Na cokole, prawie pośrodku pomieszczenia, leżały dwie maski Delimera. W jednej z nich Dziki rozpoznał należące do siebie trofeum, zdobyte podczas walki z tą potworną bestią. Druga musiała pochodzić z twarzy niewykształconego zabitego przez Armię.

Dziki zbliżył się, przyglądając im uważnie. Różniły się one mocno od siebie. Ta należąca kiedyś do Dzikiego była prostsza, znacznie mniejsza i prawie gładka. Druga była dużo większa, miała dodatkową osłonę na szyje i boki głowy, a nity na jej łączeniach były doskonale widoczne. Do tego ta ze Strefy Głodu była podziurawiona jak ser szwajcarski, na masce Dzikiego było tylko jedno wgniecenie po kuli.

- Spodziewałem się, że to zwróci twoją uwagę - powiedział głos nienależący do Wiewióra. - Wybacz, że wziąłem ją bez pytania, ale chciałem sobie je porównać - stwierdził Daniel, który wszedł właśnie do pomieszczenia.

Dziki słysząc go, zesztywniał nie ośmielając się odwrócić, a lider Armii podszedł do cokołu. - Zapewne zauważyłeś, że różnią się od siebie - stwierdził, podnosząc obydwie maski. - Ten który przybył do Strefy Głodu, był dużo starszy. Maski rosną im przez całe życie, z wiekiem zaczynają też pojawiać się nity. - Przyglądając się chwilę trofeum Dzikiego, dodał - ten którego zabiłeś razem z Pierwszym był bardzo młody... Mógł mieć zaledwie kilka tygodni. Maska jest mała i prawie całkiem gładka, jakby dopiero ją wyprodukowano.

Kończąc oględziny, odłożył trofeum ze Strefy Głodu na miejsce, a drugą maskę oddał Dzikiemu. - Zachowaj ją, takie rzeczy są tego warte...

Dziki wziął przedmiot do ręki i spojrzał na na dowódcę Armii. - Chciałeś się ze mną widzieć - powiedział, przełykając nerwowo ślinę.

Daniel popatrzył na niego, jakby chciał go prześwietlić wzrokiem. - Nie masz się czego obawiać, chroni cię obietnica, którą złożyłem Bratu Damianowi. W sumie to nawet jestem zadowolony, że wymógł na mnie twoje bezpieczeństwo… - stwierdził, przeciągając się leniwie.

Wiewiór, słysząc to, odwrócił się i zaczął rozglądać po okolicznych półkach. Wyglądało na to, że jest mocno zawstydzony.

- Dlaczego cię to cieszy? - spytał Dziki niepewnie.

Daniel zaśmiał się. - Czy to nie oczywiste? Jako dowódca nie mógłbym tak po prostu zostawić przy życiu kogoś, kto tyle razy wystąpił przeciwko mnie. Nawet jeżeli prywatnie bardzo nie miałem ochoty cię zabijać... - odparł i gestem ręki zaprosił Dzikiego by przeszli dalej w głąb pawilonów.

Gdy szli dość długim korytarzem, który musiał powstać już w Nowym Świecie, dowódca tłumaczył dalej. - Utrzymanie w ryzach takiego chaosu jak Strefa Głodu wymaga twardego podejścia. Gdyby ktoś z bandery stwierdził, że może za lekko podchodzę do pewnych spraw, mógłby na ten przykład ośmielić się nie wykonać mojego polecenia. Tak jak ci kiedyś powiedziałem Dziki, w Strefie Głodu jest tylko jedna kara: śmierć. Obejmuje ona każdy rodzaj przewinienia: kradzież, bunt albo zadeklarowanie się po niewłaściwej stronie.

- Trochę to okrutne - wtrącił Dziki, zatrzymując się na chwilę.

- Okrutne, ale skuteczne… Porównaj to ze Starym Światem, jego standardami resocjalizacji i dawania drugiej szansy. Ja nie chciałbym na przykład, żeby ktoś kto zabił bliską mi osobę, chodził po świecie, bo "może się zmieni". Nie będę już nawet wspominał o całkowitej bezkarności jednostek stojących u władzy. Tylko perspektywa nieuniknionej śmierci, niezależnie od tego kim jesteś i jakie miałeś motywy, pozwala utrzymać w ryzach nawet martwych moralnie ludzi. Dlatego musisz zrozumieć, że choć bolałbym nad tym niezmiernie, to w momencie, gdy postanowiłeś uciec, mordując przy tym jednego z moich żołnierzy, nie mógłbym mieć dla ciebie litości… Na twoje jednak szczęście, Gorgor ma jeszcze kilka innych praw, które pozwoliły mi dać ci za sprawą brata Damiana drugą szansę…

- To znaczy? - dopytał Dziki.

Daniel podrapał się po brodzie, spoglądając na Wiewióra, który został całkiem z tyłu, najwidoczniej skrępowany całą sytuacją. - Tradycją stało się, że spełniam jedno życzenie nowo awansowanego Brata. Takie życzenia przybierają różne formy, od czysto materialnych jak wyjątkowo dobry apartament w naszym bloku, po nieco bardziej zawiłe jak nauka korzystania z błędów. Brat Damian zaś, poprosił żeby człowiek, który uratował mu życie, dostał drugą szansę. Nie widziałem przeciwwskazań.

Wiewiór odsunął się od nich udając, że przygląda się plakatowi Armii na jednej ze ścian. Dziki czuł jednak, że jest już naprawdę skrępowany całą sytuacją. Ignorując jego zachowanie, spytał natychmiast - to przez Pierwszego?

Daniel znowu przyjrzał się badawczo Dzikiemu. - Nie ukrywam, że Pierwszy ma z tym trochę wspólnego. Ciągle próbuję rozgryźć co on w tobie zobaczył, ale nie chodzi tylko o niego. Od momentu naszego spotkania za pierwszym razem, bardzo żałowałem, że nie trafiłeś pod moje skrzydła. Jesteś sztandarowym przykładem tego, co głosi doktryna Strefy Głodu - wyjaśnił.

Skonsternowany Dziki spytał natychmiast. - Jaka to doktryna?

Dowódca Armii odwrócił się, przyglądając plakatowi na ścianie. Na rysunku przedstawiającym jego samego, widniał ogromny napis ''Daniel – twoja ostatnia nadzieja”. - Ci, których Stary Świat skreślił bez powodu, w Nowym Świecie dokonują największych rzeczy - powiedział, wycierając palcem zatłuszczenie na obrazku.

- Nie rozumiem...- odparł natychmiast Dziki, a Daniel skupił się na nim ponownie.

- Popatrz na siebie. Chłopak ledwie po technikum, z niezbyt zamożnej rodziny, tyrający na czterobrygadówce jako operator mieszalnika, by móc opłacić śmierdzącą kawalerkę. Wiecznie wypłakujący się swojemu przyjacielowi Mike’owi, że pozostanie sam do końca życia. Z jedyną rozrywką w postaci grania w Police Force 4... Stary Świat nie dał ci szansy, a tutaj? Dzięki swojej odwadze i wytrwałości zostałeś strażnikiem autobusu, zdobyłeś serce kobiety i przyjaźń największego odludka jaki chodził po ziemi...

Dziki spojrzał zszokowany na dowódcę Armii. Daniel mógł być nawet najlepszym psychologiem na świecie, ale nie miał prawa wiedzieć aż tyle o jego życiu na podstawie tych kilku słów, które ze sobą zamienili.

Dowódca przeszedł dalej korytarzem a Dziki ruszył za nim. Przechodząc wykutym w ścianie wejściem, przeszli do kolejnego pomieszczenia. Te musiało pozostać niezmienione od czasów Starego Świata. Dawny salon myśliwski pełen był manekinów ubranych w zielone mundury oraz broni łowieckiej rozwieszonej w przeszklonych gablotach. Stan w jakim było pomieszczenie pozwalał przypuszczać, że było co najmniej po kilku resetach.

Dziki, który nie mógł ukryć zachwytu tą ilością broni i sprzętu, westchnął natychmiast. - Więc to tutaj zaopatruje się Armia...

Daniel rozejrzał się od niechcenia po sklepie. - To jedno z kilku miejsc, do tego niezwykle problematyczne. Po każdym odnowieniu wraca do stanu ze Starego Świata, więc musimy zabezpieczać wszystko od nowa. Gorgor to syzyfowa praca...

Dziki, zatrzymując się na chwilę przy gablocie ze strzelbami, spytał o inną nurtującą go rzecz. - Jakim cudem wiesz o mnie aż tyle? Przecież poza Mike'm nie ma w Nowym Świecie nikogo, kto by mnie tak dobrze znał...

Daniel uśmiechnął się wyraźnie zadowolony, że udało mu się zaintrygować Dzikiego.

- Bracie Damianie, poczekajcie na nas przy stole- rozkazał - Ja chcę się jeszcze przejść z Dzikim w jedno miejsce.

Wiewiór skinął głową i posłusznie ruszył dalej korytarzem. Daniel zaś wskazał Dzikiemu rozwidlenie na jego końcu, gdzie spiralne schody prowadziły na piętro. - Nie zastanawiałeś się kiedyś Dziki. dlaczego mieszkam właśnie tutaj? - spytał. - Prawie na samym skraju Strefy Głodu? Przecież logika podpowiada, że znacznie bezpieczniej byłoby za płotem H-marketu, w otoczeniu strażników i herlaków ściągających zagrożenie na siebie…

- Myślałem, że chodzi o to by mieć na oku ten sklep który mijaliśmy. Teraz jednak sądzę, że dużo rozsądniej byłoby po prostu szabrować go po każdym resecie, niż zabezpieczać za każdym razem...

Daniel potwierdził skinieniem głowy. - Dokładnie, ale moja kwatera znajduję się tu z innego powodu. Widziałeś Relikty tam na dole? Więc za chwilę pokażę ci relikt tak wyjątkowy, że zaniemówisz.

Po spiralnych schodach przeszli na piętro.

Pomieszczenia nad dawnymi sklepami były po prostu zwykłymi mieszkaniami. Daniel otworzył pierwsze drzwi w przejściu, zapraszając Dzikiego do ciemnego niemal pustego pokoju. Wewnątrz stało tylko biurko z komputerem i pojedyncze drewniane krzesło.

Dziki, nie mając nawet cienia wątpliwości, że komputer musi skrywać jakiś błąd, spytał od razu. - Co z nim jest nie tak?

- Usiądź i się przekonaj - zachęcił go Daniel.

Dziki zajął miejsce przy biurku. Pierwszą dość niespotykaną rzeczą było oczywiście to, że sam komputer był włączony. Generatory na zewnątrz świadczyły jednak, że cały Gorgor jest zasilany, więc to musiało być coś innego. Ruszając myszką, wyłączył wygaszacz ekranu. Przyglądał się chwilę ikonom, napisał coś w notatniku, ale komputer nie wydawał się w żaden sposób nadzwyczajny. Zerknął kątem oka na Daniela, który miał całkiem niezły ubaw z przyglądania się jego wysiłkom. Zdesperowany Dziki przypomniał sobie o kalendarzu z dołu, zerknął na datę w komputerze. Pochodziła z dnia, w którym doszło do pierwszego błysku. Wtedy też dostrzegł coś jeszcze, tuż obok zegara świeciła się ikona świadcząca o podłączeniu do internetu. Z jakimś dziwnym napięciem uruchomił przeglądarkę. Poczuł, jak serce łomocze mu z podniecenia, gdy wyszukiwarka internetowa załadowała się bez wyrzucania błędu. Wtedy też napisał pierwsze słowo, które przyszło mu do głowy - Krańcowo. Gdy drżącą ręką kliknął szukaj, miał wrażenie, jakby wszystkie odpowiedzi miały za chwilę pokazać się tuż przed nim…

Nadzieja jednak zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Wyszukiwarka wyświetliła pierwszą standardową stronę z opisem miasta, liczbą mieszkańców i najciekawszymi atrakcjami…

- Jak to właściwie działa? – spytał Dziki, odwracając się w stronę Daniela.

- Trudno powiedzieć - odpowiedział dowódca Armii. - Nie ma w tym żadnej logiki, jak zresztą w każdym błędzie, ale masz właśnie szczęście siedzieć przed prawdopodobnie jedynym komputerem, który ma możliwość łączenia się z siecią.

Dziki poczuł się dziwnie, zapomniał przez chwilę, że są w niewoli. Zapomniał o tym co ma wydarzyć się jutro. Siedział w tym momencie przed najbardziej niezwykłą rzeczą jaką do tej pory spotkał. - Można z kimś się skontaktować? Z kimś spoza Krańcowa? - spytał podniecony.

Daniel pokręcił jednak głową. - Niestety nie, cały ten "internet” trwa w jakimś dziwnym czasowym zawieszeniu. Badałem go na wszystkie możliwe sposoby. Strony informacyjne aktualizują się w normalny sposób, aż do godziny 14:56 wtedy sieć na chwilę znika. Gdy łączność wraca, wszystko się zapętla. Fora i czaterie wyświetlają normalne rozmowy między ludźmi, ale jeżeli gdzieś się zarejestrujesz i napiszesz cokolwiek, nikt cię nie zauważy. Podobnie tutaj, o 14:56 po restarcie sieci, wszystkie rozmowy będą toczyły się od nowa dokładnie w ten sam sposób. To ślepy zaułek...

Dziki opuścił zrezygnowany głowę. Daniel nachylił się w tym czasie nad klawiaturą, wystukując coś. - Komputer ten ma jednak inne ciekawe zastosowanie – powiedział, wyraźnie zadowolony. - Pamiętasz ze Starego Świata, Wirtualny-Skraj?

Dziki przytaknął. – To strona społeczności Krańcowa, miałem nawet konto...

- Większość miała – wtrącił Daniel. - Co ciekawe, nigdy nie myślałem jak wiele można się dowiedzieć z takiego miejsca. Wszyscy ludzie w Starym Świecie tak po prostu wyrzucający swoją prywatność do internetu, nie czując jak bardzo się przez to narażają...

Dziki spojrzał na Daniela z niedowierzaniem. - Więc to jest ta tajemnica? Oceniasz ludzi na podstawie ich profili na Skraju? Przecież większość z nich to kłamstwa, ludzie ściemniali żeby popisać się przed innymi…- zaprotestował.

Daniel jednak nie dał się zbić z tropu. - To prawda, ale ja sięgam znacznie głębiej. Bo widzisz, z tego komputera mam dostęp do wszystkich profili. Mogę oglądać prywatne rozmowy, usunięte zdjęcia i anonimowe komentarze… To jest miejsce, gdzie naprawdę poznajesz co ludzie myślą. Przeglądając twoją korespondencję z Mike'm, dowiedziałem się bardzo wiele o tobie i twoim spojrzeniu na świat.

- Nie musisz znać hasła? - spytał natychmiast Dziki.

- Mogę wpisać cokolwiek, i tak zadziała - odpowiedział Daniel. - Stąd wiem tyle o prawie każdym kto przychodzi do Strefy. Co do wyłapywania nowych ludzi, to już nie żaden błąd, tylko czysta technika i generatory. System monitoringu na dawnym parkingu działa doskonale, a moi ludzie obserwują Strefę Głodu dzień i noc.

- Rozumiem...- stwierdził Dziki.

Daniel ponownie popatrzył w swój dziwny przenikliwy sposób. - Pozwól, że pokażę ci jeszcze coś… Tylko najpierw powiedz, mówi ci coś pseudonim Bugaj? Tylko się nie pomyl, chodzi mi o Stary nie Nowy Świat.

Dziki podrapał się przez chwilę po głowię. Nie musiał jednak długo nad tym myśleć. - Trudno byłoby nie znać tego pseudonimu, to w końcu jedyna sławna postać z naszego miasta. Szkoda tylko, że znana przez bycie gangsterem.

Daniel uśmiechnął się, wpisując coś na klawiaturze. - A powiedz mi Dziki, pamiętasz jak Bugaj nazywał się naprawdę?

- Chyba... Tomasz Mikulski, ale nie jestem pewien - odpowiedział.

- Więc patrz, Dziki! - zawołał Daniel, odwracając w jego stronę monitor z załadowanym zdjęciem.

Pierwsze co rzucało się w oczy to ogromny czarny samochód i siedzący na jego masce mężczyzna z papierosem w dłoni. Dziki potrzebował chwili, by go rozpoznać, bo postać była ogolona i dobrze uczesana. Gdy jednak przyjrzał się uważnie, nie miał już wątpliwości. Mężczyzna ze zdjęcia to był Wilk.

- To niemożliwe...- wyszeptał.

- Ależ możliwe- zakpił Daniel. - Jak nie jesteś pewien, możesz przejrzeć inne zdjęcia, cały profil… Nie trzeba nawet wchodzić w prywatne wiadomości. Jakoś specjalnie nie krył się z tym, co robił…

Dziki pokręcił głową, przeglądając kolejne zdjęcia. Wilk/Bugaj balował na nich w towarzystwie bezkarkowych bandziorów, wyglądających jak stereotypowy obraz członka mafii. Daniel uśmiechnął się szeroko, widząc minę Dzikiego. - Szeryf Krańcowa, wprowadzający ład i porządek wśród weteranów. Najbardziej prawy i sprawiedliwy - zakpił lider Armii- zwykły pospolity bandzior, który myśli, że grzechy starego świata zostały zapomniane.

Dziki zaprotestował. - To musi być pomyłka, rozmawiałem z nim… on…

- Wydaje się w porządku? - wtrącił Daniel. - Na pewno umie się dobrze sprzedać. Poczytaj sobie jak ''kwieciście'' podrywał dziewczynki ze Skraja, a potem zobacz jak pisze do swoich kolegów po fachu. Dobry aktor, nic więcej...

- Może się zmienił...- stwierdził Dziki, ciągle świdrując oczami zdjęcia.

Daniel zaśmiał się, słysząc to. - A ja ci mówię Dziki, że jadowita jaszczurka nie zmienia skóry. No ale starczy tych dyrdymałów, zaprosiłem cię na wieczerzę. Pewnie już się tam dobrze bez nas bawią... - stwierdził, kierując się w stronę drzwi.

Dziki jednak nie wstawał. - Poczekaj, czy ja mógłbym…

- Jeszcze jeden profil? - spytał zaintrygowany Daniel. - O kogo chodzi? Chcesz sprawdzić swojego powiernika Kubę?

- Nie…- odpowiedział Dziki. - Nie wiem dokładnie kto to jest, znam tylko pseudonim, ale może go nie zmienił… może mógłbym spróbować?

- No to dawaj!- zawołał Daniel, wlepiając oczy w monitor.

Dziki spojrzał na wyszukiwarkę osób i powoli wpisał w okno - Smutny. O dziwo pokazał się jeden profil z jakąś karykaturalną postacią w awatarze. Z napięciem przycisnął na ikonę, zamiast profilu otworzyło się jednak czarne okno, a z głośników wydobył się niewyobrażalny gwizd. Wtedy na ekranie wylały się litery, które ułożyły się w krótkie zdanie: Pewne rzeczy muszą pozostać tajemnicą, Dziki.

Po tym komputer się zrestartował, a Daniel spojrzał zszokowany. - Kogo ty do cholery wpisałeś?

- Weterana...- odpowiedział Dziki - ...ale jak sam widzisz, nie takiego zwykłego. Nie wiem do końca czym on był, dlatego chciałem sprawdzić...

- Najwidoczniej bardzo dobrze umie ukrywać kim, lub czym jest. Na dziś starczy, idziemy na dół.

***

Widok stołu pełnego wszystkiego co w Krańcowie uważano za niedostępne, był czymś, co mogło onieśmielić. Wędliny, sery, kiełbasy, soki, wódka niemal wylewały się z blatu. W takich warunkach chyba każdy popuściłby swoje żądze i po prostu napchał się wszystkim, czego tak brak mu ze Starego Świata.

Dziki nie miał jednak apetytu. Cała ta sytuacja była dla niego tak irracjonalna i dziwna, że nie był w stanie przełknąć kęsa. Oto siedział między ludźmi, których uważano za największe zmory Krańcowa. O krok od człowieka, który zlecił porwanie autobusu i prawdopodobnie miał na rękach krew dziesiątek ludzi, a mimo to nie czuł lęku.

Kiedy Wiewiór przyszedł po niego do autobusu mówiąc, że Daniel chce się z nim widzieć, spodziewał się wszystkiego, co najgorsze. Jakiegoś dziwnego przesłuchania, wyciskania z niego tajemnic Kuby albo jakiejś gry psychologicznej, która będzie miała złamać jego ducha. Zamiast tego znalazł się po prostu przy stole jako jego atrakcja.

Siedzący dookoła Bracia co rusz zadawali mu różne całkiem zwyczajne pytania. Ile różnych błędów widział? Z jakimi niewykształconymi walczył? Jak sobie radzi przewodząc autobusem?

Dziki starał się nie prowokować Daniela, więc na każde pytania odpowiadał grzecznie, choć zdawkowo. Zawsze w głowie kołatała mu myśl, że może powie o jedno słowo za dużo, bo lider Armii bardzo uważnie przysłuchiwał się jego odpowiedziom. Nie chciał przypadkowo powiedzieć czegoś, co mogłoby w przyszłości narazić jego albo autobus.

- Trafiłeś do nas w naprawdę dobry dzień - stwierdził jeden z Braci, wyrywając go z chwilowego zawieszenia.

Dziki spojrzał na pucołowatego mężczyznę. Tak jak każdy z najbliższego kręgu Daniela, miał na sobie biało-czarne moro i krótką broń przy pasku. - Czemu? - spytał.

Mężczyzna przeciągnął się, sięgając jednocześnie po butelkę z wódką, którą rozlał do kieliszków ludzi przy stole, w tym Daniela. - Bo jesteśmy dopiero po resecie marketu. Teraz trzeba skonsumować wszystko co szybko się psuje, żeby nie marnować darów Nowego Świata - wyjaśnił odkładając butelkę na stół.

- Nie da się tego zamrozić? Chyba Market ma mroźnie?- spytał od niechcenia.

Niespodziewanie do rozmowy włączył się Daniel, który przechylił właśnie swoją szklankę.

- Generatory na to nie wydolą, ledwo wystarczają do utrzymania w działaniu tego co niezbędne. Jak system kamer i oświetlenie placów. Poza tym, mamy spory problem z paliwem, prawie wszystkie stacje benzynowe są po tamtej stronie…

Dziki usłyszał w głosie Daniela, że zdążył już trochę ''popłynąć”. Wykorzystując moment postanowił trochę pociągnąć przywódcę Armii za język. - Mam nadzieję, że Wilk się podda, nie chciałbym żeby kogoś z autobusu spotkała krzywda…- stwierdził delikatnie.

- Wątpię…- odpowiedział Daniel, podstawiając szklankę po kolejną dolewkę. – Prędzej Dix go przyprowadzi, zresztą nie masz się o co martwić. Dałem Bratu Damianowi słowo, a jego dotrzymanie jest ważne dla budowanego przeze mnie autorytetu.

- Puścisz nas? Mimo tego co zrobił Kuba, albo że ja nie byłem neutralny?- dopytywał.

- Kuba to parszywy tchórz, przyjdzie na niego czas. Ciebie chroni moje słowo, a mieszkańcy autobusu... Nie jestem zwolennikiem odpowiedzialności zbiorowej. Karanie grupy za grzechy pojedynczych członków to domena Starego Świata - odpowiedział Daniel, z coraz większym trudem skupiając wzrok. - Zresztą, Dziki… powiem ci szczerze. Ja wierzę, że gdyby Kuba nie zaciągnął cię do autobusu, pewnie już dawno piłbyś ze mną jako jeden z Braci. A wiesz dlaczego? Bo masz charakter, to czego brakuje tym herlakom ze strefy, po prostu jaja.

Dziki popatrzył zdziwiony. - Mówiłeś, że głodują tylko elity Starego Świata. Co mają do tego jaja?

Daniel prychnął ironicznie. - Nawet nie wiesz jak to jest połączone. Myślisz, że te nowobogackie fiuty mają w sobie chociaż odrobinę ikry? Czuli się pewni bo ochraniała ich protekcja urzędów albo rzesze prawników, trzymali się grupami traktując „biedniejszych” od siebie jak bydło… A nie mieli nawet do tego prawa, ich fortuny zarobili ich dziadowie albo ojcowie, ot ślepy traf urodzenia się w bogatej rodzinie. Dam ci taki przykład... Wiesz gdzie jest osiedle ''Różane''? Ta ulica pełna willi?

Dziki przytaknął, a Daniel kontynuował.

- Jakiś czas temu trafiła do Strefy Głodu grupa właśnie z tego osiedla. Chyba ukrywali się przez dłuższy czas i skończyły im się zapasy. Wszyscy byli dobrymi znajomymi. Sprawdziłem ich profile, wspólne wycieczki zagraniczne i bale do rana przy Whiskaczu. Zastanawiałem się, jak długo będzie trzeba, zanim się pożrą między sobą… I wiesz co? To nie trwało nawet tygodnia, widziałem już jak wyrywali sobie zupę z rąk… To już nawet Bandera ma więcej jedności…

- Wiesz... Głodowali - zaprotestował Dziki. - To jeszcze nie znaczy, że byli jak ty to mówisz? Moralnymi degeneratami…

Daniel zrobił zaciętą minę, uderzając szklanką o stół. - TO JEST WŁAŚNIE BRAK CHARAKTERU! - wykrzyczał, a większość siedzących przy stole skupiła na nim wzrok. - Byli zwartą grupą w nie najgorszym stanie, nikt im nie kazał przychodzić do Strefy Głodu. Mogli przecież szabrować budynki, walczyć z niewykształconymi…ALE NIE! W Starym Świecie dostali od życia wszystko, więc oczekiwali tego samego tutaj, więc dostają… Tak mało, jak to tylko możliwe…- stwierdził zawistnie lider Armii.

Bracia wrócili do swoich rozmów a Daniel przechylił kolejną szklankę.

- Pamiętasz jeszcze Tyzaka?- spytał, patrząc mętnie na Dzikiego. - Chłopak w Starym Świecie był zaszczuty, biedny, nie za urodziwy, słaby fizycznie. Każdy dzień w szkole był dla niego jak walka o przetrwanie, znosił ciągłe utyskiwania i pobicia, aż w końcu uwierzył, że jest śmieciem... Tak samo ocenił go ten ciul Kuba. A teraz? Jest prawą ręką "Szachraja”, dowódcy obrońców. Bez cienia strachu walczy z niewykształconymi, może nie jest tak wielki jak Maciejewski, ale nadrabia odwagą. Gdy trzeba bronić marketu, nie zastanawia się nawet chwili. A wiesz, co jest najważniejsze? Jest wdzięczny… Okazuje prawdziwą wdzięczność za szansę, którą mu dałem… Jak zresztą każdy z obrońców. Wszystkich wyciągnąłem z dna osobiście i są to najwierniejsi ludzie jakich mam. A jakbym awansował jakiegoś nowobogackiego dupka? Zaraz by uznał, że i tak mu się to należało, a potem zaczął zerkać jak tu się dochrapać wyżej… może nawet zająć moje miejsce...

Jeden z Braci wyciągnął butelkę, ale Daniel odmówił dolewki, kontynuując. - Wiesz, jaki był prawdziwy problem Starego Świata, Dziki? Że tym którzy powinni nim rządzić, brakowało odwagi, żeby po tę władzę sięgnąć. Dlatego zamiast kwitnącego społeczeństwa mieliśmy chaos a u władzy bandę goryli. Goryli, które potrafiły tylko wyrywać sobie banany z rąk, choć większość z tych małp miała już tyle żarcia, że i tak nie dałaby rady tego przeżreć… To jednak minęło i póki serce wali w mojej piersi, nie dopuszczę do tego, żeby to, co było w Starym Świecie, powróciło… KU LEPSZYM CZASOM, BRACIA!- wykrzyczał Daniel, podrywając się z miejsca ze szklanką w dłoni.

- DANIEL ŻYJE! - wykrzyczeli jednocześnie siedzący przy stole.

Dowódca Armii pochylił się nad stołem, zwracając się do Dzikiego. - Trochę przegiąłem z piciem, ale dziękuje Dziki, że towarzyszyłeś mi dzisiaj. Możesz mi wierzyć, że naprawdę żałuję… żałuję, że musieliśmy znaleźć się po przeciwnych stronach. Nie walcz ze mną Dziki… nie walcz ze mną, a może dla ciebie i dla autobusu znajdzie się miejsce w Nowym Świecie…Bracia, muszę się przewietrzyć! Odprowadzę naszego gościa.

***

Chłód Krańcowskiej nocy postawił Daniela nieco do pionu. We wnętrzu Gorgoru wydawałoby się, że mężczyzna zaraz odpłynie, ale teraz maszerował obok Dzikiego jakby wcale nie pił.

- Chyba się uspokoiło...- stwierdził Dziki, nie słysząc strzałów już od kilku minut.

- Niewykształceni przychodzą falami, niedługo znowu się zacznie - stwierdził Daniel, który od dłuższego czasu był wyraźnie zamyślony. - Dziki...- zaczął niespodziewanie. - Zagrajmy w grę, bardzo chcę wiedzieć kim jest Smutny. Wiem jednak, że nie masz powodu by mi to zdradzić... Dlatego proponuję pytanie za pytanie. Zadasz dowolne, jakie tylko chcesz. Jeśli będę mógł udzielić ci na nie odpowiedzi, ty powiesz mi co wiesz...

Dziki spojrzał na Daniela. Wyglądało na to, że traktuje to całkiem poważnie, dlatego wypalił od razu. - Jak się używa błędów?

Dowódca Armii popatrzył na niego, skonsternowany. - Cholera, mogłem przewidzieć, że spytasz właśnie o to. Nikt z używających błędów ci tego nie zdradzi, bo to pierwszy krok do poznania jego słabości... Przykro mi, to dla mnie zbyt duże ryzyko, jak na zaspokojenie ciekawości...

Dziki zamyślił się przez chwilę, czy było jeszcze coś co chciał wiedzieć. I wtedy przyszło mu coś do głowy. - Czym jest Bandera-board?

Daniel po raz kolejny wyglądał na zaskoczonego. - Skąd ty... ech moi ludzie mają za długie języki. Tu jednak nie widzę przeszkód by ci odpowiedzieć, a nawet pokazać. Musimy wejść na teren marketu, w międzyczasie opowiedz mi o Smutnym.

Idąc przez Strefę Głodu, Dziki streścił mniej więcej czego zdążył się dowiedzieć. Pominął jedynie fakt, że ze Smutnym spotkał się za Lasem Ludzi, oraz zataił jego powiązanie z Pierwszym. Daniel wsłuchiwał się uważnie, prowadząc go aż pod samą bramę H- Marketu

Stojący przy niej strażnicy powitali ich krzycząc - Bracie! - i natychmiast otworzyli przejście.

- To jest w markecie? - Spytał natychmiast Dziki, Daniel jednak pokręcił głową.

- Nie w samym. Bandera-board ma społeczne problemy i musieliśmy go odseparować - stwierdził tajemniczo Daniel.

Przeszli przy oświetlonej ścianie na drugi koniec marketu, po tej stronie panował dużo większy spokój. Przy siatce stała zaledwie garstka strażników, wyraźnie znudzonych obserwowaniem pustego pola za marketem.

Na końcu placu znajdowała się mała hala zamykana na ogromne podwójne drzwi. Daniel zatrzymał się tuż przed nią, a Dziki momentalnie poczuł, że coś jest nie tak. Nie wiedział czemu, ale miał wrażenie, że za drzwiami czyha coś ogromnego.

- Powiedz mi, Dziki...- zaczął nagle Daniel. - Zastanawiałeś się kiedyś, ile niewykształceni pamiętają ze swojego poprzedniego życia?

Dziki zastanowił się przez chwilę. - Chyba zależy który gatunek, wydaje mi się, że niektórzy pamiętają naprawdę dużo.

Daniel potwierdził skinieniem głowy. - Dokładnie, najwięcej pamiętają ci którzy są, że się tak wyrażę, powracającymi po śmierci tutaj.

Dziki spojrzał niepewnie w stronę podekscytowanego dowódcy, który wpatrując się w halę, kontynuował. - Od momentu, w którym istnieje Strefa Głodu, starałem się chronić najwierniejszych z moich ludzi... Niestety nie wszystko da się przewidzieć, czasem zdarzają się wypadki, czasem ktoś popełni błąd... Straciłem więc kilkunastu wiernych kompanów. Przez długi czas zastanawiałem się, czy kiedyś zobaczę któregoś z nich jako niewykształconego...

Dowódca Armii spojrzał się na Dzikiego, mówiąc - wiem, że to nie w twoim stylu, ale jeśli chcecie się poznać, lepiej żebyś wyglądał jak jeden z nas - stwierdził, podając Dzikiemu kawałek czerwonej wstążki.

Daniel zbliżył się do drzwi, czekając aż Dziki nałoży na siebie symbol Armii. Dopiero gdy ten przewiązał wstążkę nad prawym ramieniem, odsunął rygiel otwierając wrota.

- Bandera-board! Wyjdź i pokaż się! - krzyknął.

Już po chwili z magazynu dobiegły ciężkie kroki. Ogromna istota z twarzą ukrytą pod kaskiem motocyklowym wyłoniła się z wnętrza. Swoją budową przypominała małego Delimera. Jej ciało było niezwykle potężne i nieproporcjonalne, do tego w wielu miejscach okute żywcem blachą.

- SŁUŻYMY DANIELOWI! - wykrzyczał potwór.

Dziki cofnął się o krok do tyłu. Widział już kiedyś coś podobnego, w kościele kanibali spotkał się z człowiekiem na skraju przemiany w grabarza, to co stało przed nim teraz, było jednak dużo większe i na pewno groźniejsze.

Daniel, stając przed Dzikim, wyciągnął swoją rękę. - Poznaj Bandera-board, istotę stworzoną z Poległych i Heterohromitów, pierwszego super żołnierza w mojej Armii! – zawołał dumnie.



335 wyświetlenia18 komentarz